Czternasta złota rybka

Czternasta złota rybka

Autorzy: Jennifer L. Holm

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Kategorie: Dla dzieci

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 17.86 zł

Co by było, gdybyście oboje z DZIADKIEM byli w tym samym wieku? Ellie nie lubi zmian. Tęskni za piątą klasą. I za najlepszą przyjaciółką. A nawet za zmarłą złotą rybką. I nagle pewnego dnia w jej życiu pojawia się dziwny chłopiec. Wszystkimi chce dyrygować. Wydaje się lekko stuknięty. Ale najdziwniejsze jest to… że przypomina dziadka Ellie, uczonego, który ma bzika na punkcie nieśmiertelności. Czyżby ten niezdarny nastolatek był naprawdę dziadkiem Melvinem? I czy ostatecznie udało mu się rozwikłać tajemnicę wiecznej młodości?

CZTERNASTA ZŁOTA RYBKA Fragment

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Zajrzyj na strony:

Dedykacja

Motto

1 Złotko

2 Puzzle

3 Pierścionek

4 Magik

5 Meduza

6 Chrupiący corn dog

7 Nasze miasto

8 Możliwe

9 Owoc

10 Salk i Oppenheimer

11 Budynek numer dwadzieścia cztery

12 Rodzynki w czekoladzie

13 Ankh

14 Ser

15 Asystent laboratoryjny

16 Kapcie

17 Prawo przyjaźni

18 Stopnie naukowe

19 Dżin w butelce

20 Szalony naukowiec

21 Świeczki

22 Męki dojrzewania

23 Dostawa pizzy

24 Nobel

25 Chłód

26 Mumia

27 Potem

28 Obserwacja

29 Miłe początki

Od autorki

Podziękowania

Polecane źródła

Jennifer L. Holm

Krótka recenzja książki

Życiorys wybranej postaci historycznej Ellie Cruz

Galeria uczonych autorstwa Ellie

Strona redakcyjna

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Dla Jonathana, Willa i Millie

– moich szalonych naukowców

Człowieka nie można nauczyć niczego.

Można mu jedynie pomóc odkryć to w sobie.

Galileusz

1

Złotko

W przedszkolu miałam wychowawczynię o imieniu Starlily, jak ten jednorożec. Nosiła barwne, ręcznie farbowane sukienki i zawsze częstowała nas ciasteczkami musli z nasionami lnu, zupełnie pozbawionymi smaku. Kazała nam siedzieć bez ruchu w porze podwieczorku, kichać w łokieć i nie jeść plasteliny (większość dzieci uważała ją za jadalną).

Pewnego dnia na odchodnym pani Starlily podarowała każdemu z nas złotą rybkę. Kupiła dziesięć za dolara w sklepie zoologicznym. Zanim zabraliśmy je do domu, nasi rodzice wysłuchali stosownego wykładu.

– Złote rybki nauczą państwa dzieci, czym jest cykl życia – tłumaczyła wychowawczyni. – One nie żyją zbyt długo.

Zaniosłam swoją do domu i nazwałam ją Złotko, jak wszystkie dzieci na świecie, przekonane, że tylko im to przyszło do głowy. Tymczasem okazało się, że moja Złotko była inna niż wszystkie.

Ona jedna nie umarła.

Wciąż żyła, kiedy rybki moich kolegów z przedszkola odeszły już do wielkiego niebieskiego akwarium. I kiedy poszłam do zerówki, i do pierwszej klasy. Żyła w klasie drugiej, trzeciej i czwartej. Dopiero w zeszłym roku, to znaczy w piątej klasie, weszłam rankiem do kuchni i zobaczyłam swoją rybkę pływającą w szklanej kuli brzuchem do góry.

Mama jęknęła, kiedy jej o tym powiedziałam.

– Nie żyła długo – stwierdziła.

– Co ty mówisz? – zdumiałam się. – Przeżyła siedem lat!

Mama się uśmiechnęła.

– Ellie, to nie była ta sama rybka. Pierwsza przetrwała ledwie dwa tygodnie. Kiedy umarła, kupiłam nową i wpuściłam na jej miejsce. Przez tych kilka lat przewinęło się u nas wiele rybek.

– To którą z kolei była ta ostatnia?

– Pechową trzynastką – odparła mama.

– Wszystkie były pechowe – zauważyłam.

Urządziłyśmy Złotej Trzynastce pogrzeb w muszli klozetowej i poprosiłam mamę o psa.

2

Puzzle

Mieszkamy w domu przypominającym pudełko na buty. Mamy dwie sypialnie i łazienkę, w której toaleta wiecznie się zapycha. Nie mówię o tym głośno, ale sądzę, że jest nawiedzana przez te wszystkie rybki, które spuszczono w niej z wodą.

Nasze podwórko jest ciasne – stanowi betonowy prostokąt, na którym z trudem mieści się stół z krzesłami. I właśnie dlatego mama nie zgadza się na psa. Twierdzi, że to byłoby wobec niego nie w porządku, bo pies musi mieć dużo miejsca do biegania.

Moja opiekunka Nicole wchodzi do kuchni, gdzie układam puzzle. Układanka zajmuje cały stół.

– Ciągle nad tym ślęczysz, Ellie – zauważa Nicole. – Ile jest tych kawałków?

– Tysiąc – odpowiadam.

Układanka przedstawia zdjęcie Nowego Jorku – scenę uliczną z żółtymi taksówkami. Uwielbiam puzzle. Lubię dopasowywać do siebie poszczególne fragmenty. Zestawiać ze sobą części wystające i te z wyciętymi otworami oraz odszukiwać te z kątami prostymi i do umieszczenia w rogach.

– Kiedyś wystąpię na Broadwayu – informuje Nicole.

Ma długie, tłuste włosy i powinna występować w reklamach szamponu. Grała Julię w spektaklu Romeo i Julia w reżyserii mojej mamy, w tutejszym liceum. Mama pracuje jako nauczycielka dramy1, a mój tata jest aktorem. Rozwiedli się, kiedy byłam mała, ale wciąż się przyjaźnią.

Ciągle mi powtarzają, że muszę odnaleźć w sobie pasję. A konkretnie chodzi im o to, żebym zaangażowała się w teatr. Nie interesuję się teatrem. Czasem w ogóle się zastanawiam, czy urodziłam się we właściwej rodzinie. Denerwuję się na scenie (zbyt często widziałam, jak aktorzy gubią tekst), nie przepadam też za pracą zakulisową (zawsze w końcu każą mi prasować kostiumy).

– A, prawda, dzwoniła twoja mama. Spóźni się – mówi Nicole. I niemal po namyśle dodaje: – Musiała pojechać na policję po twojego dziadka.

W pierwszej chwili sądzę, że się przesłyszałam.

– Co takiego? – pytam. – Coś mu się stało?

Nicole wzrusza ramionami.

– Nie mówiła. Ale pozwoliła nam zamówić pizzę.

Godzinę później mam żołądek wypchany pizzą, ale wciąż nic nie wiem.

– Czy mama wspominała, dlaczego dziadek trafił na policję?

Nicole wygląda na zaskoczoną.

– Nie. Często wpada w tarapaty?

Potrząsam głową.

– Nie wydaje mi się. To znaczy on jest stary – wyjaśniam.

– A ile ma lat?

Nie jestem pewna. Szczerze mówiąc, nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Dziadek zawsze wyglądał staro – ze zmarszczkami, siwizną i laską. Jak każdy dziadek.

Widujemy się dwa lub trzy razy do roku, najczęściej w chińskiej restauracji. Dziadek zawsze zamawia kociołek z moo goo gai2 i chowa do kieszeni saszetki z sosem sojowym. Często się zastanawiam, co z nimi robi. Mieszka niedaleko, ale nie najlepiej dogaduje się z mamą. Dziadek jest naukowcem i twierdzi, że praca w teatrze to nie praca. Wciąż jeszcze jest zły na mamę, że nie studiowała na Harvardzie jak on.

Z daleka dobiega nas dźwięk alarmu samochodowego.

– Może miał wypadek? – podsuwa Nicole. – Nie wiem, skąd tyle narzekania na młodzież za kierownicą, starzy ludzie prowadzą o wiele gorzej.

– On już nie prowadzi.

– To może się zabłąkał. – Nicole puka się w głowę. – Moja sąsiadka chorowała na alzheimera. Ciągle gdzieś uciekała i potem policja odwoziła ją do domu.

Brzmi to tak, jakby mówiła o psie.

– Jakie to smutne – zauważam.

Nicole potakuje ruchem głowy.

– Megasmutne. Kiedy uciekła po raz ostatni, wpadła pod samochód! Czysty obłęd!

Gapię się na nią z otwartą buzią.

– Ale twojemu dziadkowi na pewno nic się nie stało – mówi. Zaraz potem odgarnia włosy z twarzy i się uśmiecha. – Hej! Zrobimy sobie popcorn i obejrzymy film?

3

Pierścionek

Przez okno mojego pokoju wpada fala ciepłego powietrza. Mieszkamy nad zatoką, w cieniu San Francisco, i późnowrześniowe noce bywają chłodne. Ale dziś wieczorem jest gorąco, jakby słońce nie chciało zajść.

Kiedyś uwielbiałam swój pokój, lecz teraz trochę mi przeszło. Ściany są ozdobione śladami dłoni umaczanych w farbie. To dłonie moje i mojej najlepszej przyjaciółki Brianny. Rozpoczęłyśmy dzieło w pierwszej klasie i co roku dodawałyśmy nowe odciski. Widać, jak moje dłonie robią się coraz większe, bo życie toczy się dalej.

W tym roku szkolnym ani tego lata nie odcisnęłyśmy nowych śladów naszych rąk, bo Brianna odkryła swoją pasję: siatkówkę. Każdą sekundę poświęca teraz na ćwiczenia, treningi i udział w zawodach. Tak naprawdę to już nie wiem, czy wciąż jest moją przyjaciółką.

Jest późno, kiedy brama garażowa nareszcie się otwiera. Słyszę, że mama rozmawia w holu z Nicole, i idę do nich.

– Dziękuję, że zostałaś – mówi mama do opiekunki.

Wygląda na zmęczoną. Tusz do rzęs rozmazał się jej pod oczami, czerwona szminka dawno się starła. Naturalnym kolorem włosów mamy jest brudny blond, podobnie jak moim, ale ona swoje farbuje. Obecnie na fioletowo.

– Drobiazg – odpowiada Nicole. – Czy z pani ojcem wszystko w porządku?

Mama ma nieprzenikniony wyraz twarzy.

– W jak najlepszym. Dziękuję, że pytasz. Odwieźć cię do domu?

– Nie trzeba! – rzuca Nicole. – Przy okazji: mam superwiadomość, pani Lisso!

– Tak?

– Dostałam pracę w galerii! Ekstra, prawda?

– Nie wiedziałam, że szukasz pracy – bąka mama.

– Nie sądziłam, że ją dostanę. To dla mnie wielka szansa. Będę pracowała w punkcie przekłuwania uszu.

– Kiedy zaczynasz? – pyta mama.

– Właśnie tu pojawia się problem. Chcą, żebym przyszła do pracy jutro po południu, a to znaczy, że nie będę już mogła się zajmować Ellie. Naprawdę powiadomiłabym panią wcześniej, gdyby…

– Rozumiem – mówi mama, a ja słyszę napięcie w jej głosie.

Nicole patrzy na mnie.

– Zapomniałam ci powiedzieć, że przyznali mi specjalne zniżki! Bomba, co? Wpadaj, kiedy zechcesz.

– Uhm, dobrze – mruczę.

– Pójdę już. Dobranoc – żegna się Nicole.

– Dobranoc – odpowiada mama jak echo.

Stoimy w drzwiach i patrzymy, jak odchodzi w noc.

– Czy ona właśnie rzuciła pracę u nas? – pytam. Jestem lekko wstrząśnięta.

Mama kiwa głową.

– Fantastyczny dzień.

Wytężam wzrok, wypatrując w mroku sylwetki opiekunki, ale dostrzegam kogoś innego: chłopca z długimi włosami. Stoi pod starym, usychającym drzewem palmowym na trawniku przed naszym domem. Palmowiec rozrzuca wszędzie swoje wielkie brązowe liście i mama mówi, że trzeba będzie go ściąć.

Chłopiec jest smukły, muskularny. Wygląda na trzynaście, może czternaście lat. U nich czasem trudno to ocenić.

– Musisz wystawić kontener na śmieci! – woła do mamy. Nazajutrz będzie dzień wywózki i kontenery naszych sąsiadów stoją już rzędem na ulicy.

– Mógłbyś już wejść? – prosi mama.

– A kiedy ostatnio nawoziliście trawnik? Wyrosły wam paluszniki.

– Jest późno. – Mama się niecierpliwi, przytrzymując drzwi.

Zastanawiam się, czy to któryś z jej uczniów. Czasem pomagają jej wnosić i wynosić ciężkie rzeczy ze starej sfatygowanej furgonetki.

– Trzeba dbać o dom, jeśli się chce utrzymać jego wartość – ciągnie chłopak.

– No, już!

Nastolatek niechętnie schyla się po duży worek marynarski i wchodzi do domu.

Nie wygląda jak typowy amator szkolnego teatru. Oni zwykle noszą dżinsy i podkoszulki, wygodny strój do pracy. On ma na sobie pogniecioną prążkowaną koszulę, poliestrowe spodnie khaki, tweedową marynarkę z łatami na łokciach i skórzane mokasyny. Najdziwniejsze są jednak jego skarpetki – czarne, eleganckie. Chłopcy z liceum rzadko takie noszą. Ten sprawia wrażenie, jakby właśnie wybierał się na bar micwę3.

Świdruje mnie wzrokiem.

– Dostaniesz świadectwo z paskiem?

Zaskoczył mnie, ale odpowiadam:

– Nie wystawili nam jeszcze wszystkich ocen.

Mam wrażenie, że go skądś znam. Ma ciemnobrązową, gęstą czuprynę, a na końcach pofarbował włosy na siwo. Może występował w którymś z maminych przedstawień?

– Kto ty jesteś? – pytam.

Ignoruje pytanie.

– Musisz mieć dobre oceny, jeśli chcesz się dostać na studia doktoranckie.

– Doktoranckie? Ona ma jedenaście lat! – wtrąca mama.

– Nigdy nie jest za wcześnie, żeby zacząć się starać. A, właśnie… – Chłopak patrzy wymownie na kostium mamy. – To miałaś dziś na sobie w pracy?

Mama lubi się przebierać, korzystając ze szkolnej garderoby teatralnej. Dziś rano wyszła z domu w długiej do ziemi czarnej satynowej spódnicy i dopasowanym do niej bolerku. Pod spód włożyła romantyczną białą bluzkę z falbanami.

– Może warto pomyśleć o kupnie jakiegoś ładnego kostiumu – proponuje chłopak.

– Widzę, że nie wyszedłeś jeszcze z epoki kamienia łupanego – odparowuje mama.

Chłopak odwraca się i lustruje wzrokiem moją piżamę: krótkie spodenki i top.

– Dlaczego nosisz taką kusą piżamę? – pyta. – Gdzie się podziały koszule nocne? Też tak się uganiasz za chłopaczyskami jak twoja matka?

– Wszystkie dziewczynki w jej wieku noszą takie piżamy – odpowiada za mnie mama. – I wcale nie uganiałam się za chłopakami.

– Musiałaś się uganiać, skoro wzięłaś ślub w tajemnicy.

– Byłam zakochana – cedzi mama przez zaciśnięte zęby.

– Doktorat jest trwalszy niż miłość – prycha chłopak. – Nigdy nie jest za późno na podjęcie nauki. Powinnaś zdobyć solidne wykształcenie.

Ta rozmowa coś mi przypomina. To jak film, który już widziałam. Przyglądam się chłopcu – jego włosom o siwych końcówkach, niedbałej pozie, temu, jak otwiera i zamyka prawą dłoń, jakby coś chwytał. Moją uwagę szczególnie przyciąga ciężka złota obrączka, która przesuwa się luźno na jego środkowym palcu. To pierścionek, jaki dostaje się w college’u. Wygląda na stary i zniszczony i ma oczko z czerwonego kamienia.

– Widziałam już ten pierścionek – mówię i przypominam sobie, na czyim ręku.

Wybałuszam oczy na chłopca.

– Dziadek…? – pytam.

4

Magik

– A kogo się spodziewałaś? – zwraca się do mnie dziadek. – Wróżki Zębuszki?

Wygląda jak trzynastoletni chłopiec, ale kiedy przyglądam mu się bliżej, dostrzegam cechy dziadka. Wodniste niebieskie oczy. Lekko drapieżne usta. Sposób, w jaki brwi spotykają się pośrodku czoła.

– To jakieś czary? – dziwię się.

Chłopak wydyma wargi i patrzy na mamę.

– Jak ty wychowujesz moją wnuczkę? Pozwalasz jej wierzyć w czary? Tak się właśnie dzieje, kiedy człowiek bawi się w teatr. – Wymawia „teatr”, jakby to było brzydkie słowo.

– Myśl, co chcesz, tato. – Mama reaguje jak znudzona nastolatka.

Dziadek odwraca się w moją stronę.

– To nauka, jasna i prosta – informuje.

Nie widzę w tym jednak nic prostego, więc kręcę głową.

Dziadek ostentacyjnie wzdycha.

– To chyba oczywiste. Opracowałem metodę polegającą na odwracaniu procesu starzenia się dzięki regeneracji komórkowej.

Patrzę na niego w osłupieniu.

– Używając potocznego języka: odkryłem lek na starość. – Głos mu drży z przejęcia. – Czyli odnalazłem źródło młodości!

Nie wiem, co o tym myśleć. Chłopak mówi zupełnie tak jak dziadek. Kusi mnie, żeby zajrzeć mu do kieszeni i sprawdzić, czy nie ma tam sosu sojowego. Z drugiej strony nie jestem całkowicie pewna, czy wierzę w to wszystko. Zastanawiam się, czy jakiś pomyleniec nie ukradł dziadkowi pierścionka, żeby oszukać mamę. Mama daje się nabierać na smutne dziecięce opowiastki.

Odwracam się do niej.

– Jesteś pewna, że to dziadek?

Mama przewraca oczami.

– Tak, to on.

– Oczywiście, że ja! – zaperza się chłopak. Wyciąga sfatygowany skórzany portfel dziadka i pokazuje mi prawo jazdy. Ze zdjęcia patrzy na mnie pomarszczona twarz dziadka, a jego spojrzenie jest identyczne jak spojrzenie chłopca.

– Ale fajnie – szepczę.

– Fajnie? To wydarzenie epokowe! Dostanę Nobla! – Dziadek podnosi głos. – Melvin Herbert Sagarsky będzie sławny.

Mama ziewa. Najwyraźniej nie robi to na niej wrażenia. A może jest po prostu zmęczona. Już późno.

– Idę do łóżka. Może zajmiesz się trochę wnuczką? – Patrzy wymownie na dziadka. – Tylko nie wkładaj nic dziwnego do lodówki.

Mama opowiada, że kiedy była mała, dziadek przechowywał w lodówce swoje eksperymenty. I tak na przykład szalki Petriego lądowały tuż obok twarożku i masła.

Zostajemy w kuchni sami. Dziadkowi głośno burczy w brzuchu.

– Macie coś do jedzenia? – pyta. – Umieram z głodu.

– Jest pizza – informuję.

Dziadek staje nad blatem i pochłania resztki pizzy.

– To główne pożywienie laborantów, kiedy muszą eksperymentować po nocach – mówi.

Potem idzie do lodówki, wyjmuje mleko i nalewa sobie pełną szklankę. Wypija i nalewa drugą.

Macha mi przed oczami kartonem mleka i głośno mu się odbija.

– Pamiętaj, żeby zażywać wapń. To, co mówią o gęstości kości, to prawda. W ciągu ostatnich dziesięciu lat życia straciłem z pięć centymetrów.

– Skurczyłeś się?

– Dolegliwości wieku starczego – wyjaśnia.

– Przynajmniej teraz odrosły ci włosy – mówię.

– Nie tylko włosy! – Oczy mu błyszczą. – Mam doskonały wzrok i słuch i całkiem pozbyłem się artretyzmu! – Wywija palcami.

– A za co cię zatrzymała policja? – pytam.

– Twierdzili, że wtargnąłem na cudzy teren – odpowiada. – Udzielono mi pouczenia.

– Gdzie to było?

– W moim laboratorium! – Prycha z oburzeniem. – Praktycznie sam je zbudowałem! Mam papiery na dziewiętnaście zatwierdzonych tam patentów. Można by się spodziewać odrobiny szacunku.

Kiwam głową, chociaż nie mam pojęcia, co to patent.

– Odkąd firma sprowadziła tych wiecznie paplających inwestorów, wszystko się zmieniło. Im chodzi wyłącznie o maksymalizację zysków przy minimalizacji ryzyka. Nie mają respektu dla nauki.

Potem ziewa. Wygląda na to, że nagle stracił energię, jakby ktoś go wyłączył. Ramiona mu opadają. Nieoczekiwanie wygląda jak przeciętny trzynastolatek, któremu przydałoby się strzyżenie.

– Gdzie będę spał? – pyta.

5

Meduza

Zawsze to ja wstaję pierwsza, bo lubię przyrządzać śniadanie. Mama nie znosi gotować i żartuje, że nie wie, czy naprawdę jestem jej dzieckiem. A ja czuję się w kuchni swobodnie. Znam reguły i lubię eksperymenty.

Ostatnio wymyśliłam potrawę o nazwie Zwariowana Mieszanka Naleśnikowa. Smażę zwykłe naleśniki i dodaję do nich najróżniejsze składniki. Do tej pory przygotowałam wersję z pianką (czekolada, pianki, okruszki z krakersów typu graham), bananową (z bananami, kawałkami czekolady i wisienkami do koktajli) oraz piña colada (z ananasem i kokosem).

Tego ranka decyduję się na klasykę, czyli masło orzechowe. Do masy z masła orzechowego dodaję wiórki czekoladowe. Wykładam naleśniki na talerze, kiedy do kuchni wchodzi dziadek. Ma na sobie staromodną piżamę, taką bawełnianą, zapinaną na guziki. Włosy związał z tyłu jedną z moich ulubionych gumek. Musiał ją znaleźć w łazience.

– Toaleta szwankuje – mówi. – Musiałem ją przetkać.

– To się często zdarza. Zjesz naleśniki? – pytam.

– Tak, dziękuję. – Bierze sobie talerz.

Je szybko i zaraz sięga po dokładkę. Podejrzewam, że nastoletni chłopcy w ogóle dużo jedzą.

Dziadek po spaniu ma potargane włosy, znam ten problem. Moje włosy zachowują się dokładnie tak samo. Sterczą na wszystkie strony. Nie znoszę tego. Ciekawe, czy odziedziczyłam je po nim.

– Mam dobry spray na splątane włosy – mówię.

Macha w moją stronę łyżeczką.

– Mam poważniejsze zmartwienia niż fryzura. Muszę wydostać z laboratorium mojego T. melvinusa. To, co pomogło mi opracować mechanizm odwracania procesów gerontologicznych.

– Co znaczy „gerontologiczne”? – pytam, bo słowo zabrzmiało jak straszna choroba.

– To proces starzenia się.

W pewnym sensie miałam rację.

– A czym jest T. melvinus?

– Pełna nazwa brzmi Turritopsis melvinus. To gatunek meduzy.

– Meduza ci to zrobiła? Żartujesz sobie ze mnie?

Dziadek unosi brew.

– Tak trudno w to uwierzyć? Natura zna liczne przykłady zdolności regeneracyjnych.

– Czyżby?

Dziadek pochyla się do przodu, jest skupiony.

– Weźmy na przykład wypławka białego. Możesz go przeciąć na pół, a z każdej części rozwinie się nowy osobnik. Stułbie, stworzenia wodne, potrafią odtwarzać części swojego ciała, a morski anemon wydaje się w ogóle nie podlegać procesom starzenia.

Nigdy nie słyszałam o żadnym z nich.

– Jest jeszcze Turritopsis nutricula – ciągnie dziadek z zachwytem. – T. nutricula to meduza, która potrafi cofnąć proces rozwoju swojego organizmu do stadium polipa. Wraca do młodszej siebie!

Jakie to interesujące. On sam jest interesujący. Jakbym nigdy wcześniej go nie słuchała. Może tak było. Zwykle kiedy się spotykamy, dziadek spiera się z mamą.

– Skąd tyle wiesz na ten temat? – pytam.

– Prowadzę badania w tej dziedzinie od czterdziestu lat. Taki projekt na boku. Opublikowałem kilka artykułów na ten temat.

Zaczynam myśleć, że może wcale go nie znam. Nie naprawdę. Jakby odgrywał rolę Dziadka w naszym przedstawieniu, ale pod makijażem był kimś więcej. Prawdziwym człowiekiem.

– Kilka miesięcy temu napisał do mnie pewien australijski nurek z Filipin, ponieważ przeczytał w internecie, że badam meduzy. Sądził, że znalazł nietypowego przedstawiciela T. nutricula, więc poprosiłem, żeby mi go wysłał. Typowa T. nutricula jest mała, ma zaledwie kilka milimetrów. Nie większa niż paznokietek na twoim różowym paluszku. – Dziadek wystawił własny różowy paluszek. – Ala ta nutricula, którą mi wysłał, była olbrzymia, miała więcej niż trzysta milimetrów średnicy.

– Trzydzieści centymetrów!

– I poza tym inne niezwykłe cechy. Wiedziałem, że mam do czynienia z nową odmianą. Nazwałem ją Turritopsis melvinus.

– Czy nie powinna nosić imienia po swoim odkrywcy? – spytałam.

– Ależ on ją tylko schwytał – żachnął się dziadek. – A ja ją zidentyfikowałem. Wykonałem całą pracę. A potem opracowałem mieszankę i przetestowałem ją na myszach.

– Przeprowadzałeś eksperymenty na myszach? – Wydaje mi się to o wiele gorsze niż spuszczanie złotej rybki w toalecie.

– Na dorosłych myszach – potwierdza. – Kilka dni po tym, jak wstrzyknąłem im mieszankę, cofnęły się do okresu dojrzewania.

– Mysie nastolatki? – Usiłuję sobie wyobrazić długowłose, pryszczate myszki.

– Otóż to! – wykrzykuje dziadek. – Od razu więc wstrzyknąłem mieszankę również sobie, a resztę już znasz! Próbowałem wydostać T. melvinusa z laboratorium, kiedy złapał mnie ten najemny glina.

Myślę przez chwilę o tym, co usłyszałam.

– A nie mogłeś zadzwonić do dawnego szefa i powiedzieć, co się stało? To się chyba nazywa przełom w nauce? Założę się, że twoi zwierzchnicy bardzo by się ucieszyli.

– Nie mają pojęcia o moim odkryciu. – Dziadek ma teraz nieprzejednaną minę. – Poza tym przypisaliby sobie całą zasługę. A odkrycie jest moje!

– Dzień dobry, ranne ptaszki! – świergocze mama.

Dziś ma na sobie swój typowy kostium: żarówiastą fioletową sukienkę przed kolana i wysokie czarne kozaki.

Dziadek głośno wciąga powietrze na jej widok.

– Melisso! Nie możesz tak pójść do pracy!

– Dlaczego? – pyta mama.

– Bo widzę górną część twoich ud!

Mama macha lekceważąco ręką i zaczyna zbierać swoje rzeczy.

– Jedziemy, bo się spóźnimy.

– Na co się spóźnimy? – pyta dziadek.

– Do szkoły, oczywiście.

– Do szkoły? – Dziadek prycha. – Ja już skończyłem szkołę. Mam dwa doktoraty, czyżbyś zapomniała?

– Przykro mi, ale musisz jechać z nami. Już dzwoniłam do Bernadetty. – Bernadetta jest sekretarką w gimnazjum i koleżanką mamy.

– I co jej powiedziałaś? – pytam.

Mama wskazuje brodą dziadka.

– Że Melvin jest synem moich dalekich kuzynów. Jego tata zmarł, a matka ponownie wyszła za mąż za faceta uzależnionego od metamfetaminy. Chłopak nie dogaduje się z ojczymem, podejrzewa, że ten podłożył ogień pod przyczepą, w której znajdował się jego tata. Przyjechał do nas autostopem i go przyjęłam.

– Naprawdę dobre – mówię.

– Twój tata ucieszyłby się, słysząc tę historię – przytakuje mama. – Pochodzi ze sztuki, którą napisał w college’u, Hamlet we Fresno. Wyreżyserowałam ją.

Ale dziadek nam przerywa.

– Dlaczego nie mogę po prostu zostać w domu? Doskonale potrafię się sobą zająć – mówi jak wszystkie nastolatki świata.

– Zapomniałeś już, że policja kazała mi się tobą opiekować? Pracuję z dzieciakami. Jestem nauczycielką. Nie pozwolę, żeby w moim domu przesiadywał trzynastoletni wagarowicz. Ktoś cię zobaczy i stracę pracę.

Zapada cisza, dziadek wbija wzrok w podłogę.

– Dobra. Pojadę – mruczy.

– Świetnie – kwituje mama i dodaje: – A tak poza tym będziesz nowym opiekunem Ellie.

6

Chrupiący corn dog

Pod koniec piątej klasy urządzono nam uroczystą ceremonię dla absolwentów. Wszyscy się wystroili, przyszli rodzice i robili zdjęcia. Dostaliśmy nawet dyplomy owinięte czerwonymi wstążkami.

Potem mój tata, mama, jej chłopak Ben i ja poszliśmy na obiad do mojej ulubionej meksykańskiej restauracji, ciasnego baru, w którym można dobierać sobie frytki za darmo.

– Bez urazy, Ellie – zaczął Ben, gdy czekaliśmy na zamówienie. – Wydaje mi się śmieszne, żeby urządzać imprezę dla absolwentów szkoły podstawowej.

Ben nie mówi wiele, ale kiedy już otwiera usta, efekty zawsze są interesujące.

– Myślę, że to miło świętować ich sukces – wtrąciła mama.

Ben zachichotał.

– Ukończenie szkoły podstawowej trudno nazwać sukcesem. Gimnazjum to co innego.

Tata się skrzywił.

– Powinni dawać medal za to, że dotrwało się w nim do końca.

Wtedy nie rozumiałam, co miał na myśli. Teraz już wiem. Gimnazjum jest jak toaleta przy autostradzie, stojąca w szczerym polu. Brudna i cuchnąca, w dodatku tłoczą się tam dziwni ludzie. Kiedy kończyłam podstawówkę, znałam w niej wszystkich. Przyglądałam się, jak rosną, a oni przyglądali się mnie. Wiedzieliśmy, kto zmoczył się w majtki w zerówce i czyj tata zawsze krzyczał zbyt głośno na ławce podczas meczu t-ballu. Nie mieliśmy przed sobą tajemnic i czuliśmy się z tym swojsko.

W gimnazjum znajdujesz się nagle w tłumie nieznajomych. Czasem sprawiają wrażenie, że pochodzą z innej planety.

Na przykład ten chłopak ubrany jak got. Wszystko ma czarne: spodnie, koszulkę, grubą kurtkę i ciężkie martensy. Przekłuł sobie ucho, brew i nos; na lotnisku na pewno uruchamia wykrywacze metalu. Albo te dwie dziewczyny, które ubierają się jak bliźniaczki, chociaż nimi nie są. Noszą identyczne ubrania, aż po skarpetki. Słyszałam, jak rozmawiają – jedna kończyła zdanie drugiej.

Stoję w kolejce po lunch i rozglądam się za wolnym miejscem. Nie mamy stołówki, jemy na dziedzińcu, a mewy krążą nam nad głowami. Słyną z tego, że potrafią zanurkować i porwać frytki z tacki.

Dostrzegam wolne miejsce obok dziewczyny, z którą pracuję w parze w szkolnym laboratorium. Ma na imię Momo i chodziła do innej podstawówki. W tej chwili zauważam też Briannę, która usiadła razem z grupą dziewczyn z drużyny siatkarskiej. Miejsce naprzeciwko niej jest wolne, więc przysiadam się do nich ze swoim posiłkiem: chrupiącym corn dogiem4, łódeczkami ziemniaczanymi i plasterkami pomarańczy.

– Obcięłaś włosy? – dziwię się głośno.

Brianna zawsze nosiła długie włosy, tak jak ja. W trzeciej klasie obie miałyśmy grzywki. Wspólnie zbierałyśmy pieniądze na zakup ślicznych spinek do włosów. Tworzyły takie błyszczące łuki, do których były przytwierdzone neonowe piórka i tęczowe wstążki.

Teraz Brianna nie potrzebuje już spinek. Ma krótką fryzurę na boba. Nigdy nie uzyskałabym takiego efektu. Mam zbyt niesforne włosy.

– Będzie mi wygodniej grać w siatkówkę – wyjaśnia.

Wygląda ładnie, ale nie jak Brianna.

Pokazuję swój lunch.

– Popatrz! Chrupiący corn dog!

Brianna parska śmiechem.

To taki nasz żart. Obie uwielbiamy corn dogi. Kiedyś nawet wymyśliłyśmy reklamę, w której występował chrupiący corn dog.

Recytuję swój tekst:

– Chrupiący corn dog jest dobry na wszystko. W plastrach i w kostkach, potrawą jest pyszną.

Brianna mi wtóruje:

– Chrupiący corn dog można złożyć w koc. Można na nim przespać całą noc!

Wymyślamy coraz bardziej absurdalne przykłady.

– Recenzuje książki!

– Przyprawia psa o miauczenie!

Śmiejemy się i przez chwilę jest niemal tak jak dawniej. Wyciągam do niej swojego chrupiącego corn doga.

– Chcesz połowę?

Waha się, a potem przecząco potrząsa swoją fryzurą na boba.

– Nasz trener wciąż powtarza, żebyśmy się zdrowo odżywiały.

– Przyjdziesz do mnie na noc w sobotę? – pytam.

Brianna jest skrępowana.

– Mam zawody.

– W porządku.

Pamiętam, jak kiedyś, podczas obozu letniego, wybrałam się na ryby. Nic nie złowiłam, chociaż zarzucałam wędkę z robakiem niezliczoną ilość razy.

Przysłuchuję się, jak dziewczyny rozmawiają o siatkówce. Uważają, że trener jest wymagający, że jakaś Serena powinna popracować nad serwami, i mówią, że hotel, w którym zatrzymają się w ten weekend, ma basen.

Jedna z nich podrywa się z miejsca ze swoją tacą.

– Nie możemy się spóźnić – mówi.

– Na co? – pytam Briannę.

– Mamy spotkanie drużyny w sprawie zbierania funduszy – wyjaśnia. – Urządzamy wyprzedaż wypieków.

– To pa – rzucam, ale jej już nie ma.

Patrzę na swojego corn doga i zastanawiam się, czy nie jestem przypadkiem głupim robakiem.

Czyjaś taca ląduje na stole naprzeciwko mnie.

– Nie uwierzysz! – wykrzykuje dziadek.

Jest w granatowych poliestrowych spodniach, koszuli zapinanej na guziki, krawacie i swetrze z wycięciem w serek pod tweedową marynarką.

– Zapłaciłem tylko trzy dolary za szkolny lunch! – ciągnie. – To dopiero okazja!

Połyka swojego corn doga w kilku kęsach i patrzy na mój nietknięty lunch.

– Będziesz to jadła? – pyta.

– Chrupiący corn dog przywraca młodość – żartuję.

Wzdycham i przesuwam tacę w jego kierunku.

7

Nasze miasto

Autobus, którym wracaliśmy po lekcjach, był zatłoczony, a w dodatku ktoś najadł się czosnku. Dziadek narzekał przez całą drogę do domu.

Nie jest fanem gimnazjum. Twierdzi, że to nudy i strata czasu, szczególnie wuef. Ale najbardziej oburza go zawartość podręczników. Macha mi przed oczami książką do fizyki.

– Nie uwierzysz! Ani słowa! Nawet przypisu! Totalnie zlekceważyli!

– Ale co? – pytam.

– Mnie! Powinienem być w tej książce.

Autobus się zatrzymuje i dzieci wysiadają.

Dziadek wpatruje się w podręcznik.

– Jak mogli nie wspomnieć o Sagarskym?

– Pewnie dlatego, że Sagarsky to hochsztapler – odzywa się za nami jakiś głos.

Odwracamy się. To ten chłopak, Got. Rzadko jeździ autobusem. Zwykle podwozi go zdezelowanym autem ktoś starszy.

– Hochsztapler? – zaperza się dziadek. – Coś ty za jeden?

Chłopak się przedstawia.

– Raj. – Zerka na mnie. Długie kosmyki czarnych włosów opadają mu na czoło.

– Jestem Ellie. Ellie Cruz. A to jest mój dzia… – Gryzę się w język. – Mój kuzyn Melvin.

Dziadek wpatruje się w Raja.

– Co masz do Sagarsky’ego?

– Mój nauczyciel twierdzi, że tacy hochsztaplerzy jak on psują dobre imię ludzi nauki.

– Psują dobre imię? Sagarsky jest uznanym naukowcem! – protestuje dziadek.

Raj wzrusza ramionami.

– Zdaniem mojego nauczyciela to kolejny szarlatan poszukujący źródła wiecznej młodości.

Autobus zwalnia z piskiem hamulców.

– Tu wysiadamy – informuję dziadka i pociągam go za sobą. Odwracam się do Raja. – Miło było cię poznać.

Raj kiwa głową.

– Do zobaczenia.

– Niekoniecznie, jeśli ja mam tu coś do powiedzenia! – rzuca dziadek na odchodnym i gromi go wzrokiem.

– Dziś kompletuję obsadę! – ogłasza mama, wchodząc do kuchni. – Zamówmy coś, żeby to uczcić!

Podchodzi do szuflady, w której trzymamy jadłospisy z różnych miejsc, i zaczyna je przeglądać.

– Może coś tajskiego? Albo birmańskiego? – proponuje. – Jest też nowy koreański grill-bar, do którego mam wielką ochotę wpaść.

– Nie jadam takich rzeczy – oświadcza dziadek.

– Gdybyś spróbował, mógłbyś zmienić zdanie – przymila się mama.

Ale dziadek wpada w wojowniczy nastrój.

– Nie będę niczego próbował. Lubię chińszczyznę. Przynajmniej wiem, co jest w środku. W każdej chińskiej knajpie podają to samo.

Całe to gadanie o chińskim jedzeniu sprawia, że robię się głodna.

– Zamawiam zupę wonton – mówię.

Mama wzdycha.

– Dobrze – przystaje, ale traci entuzjazm.

Kiedy wraca z jedzeniem, zasiadamy na taboretach przy kuchennym blacie. Dziadek podejrzliwie gmera w swoim pudełku.

– To mi nie wygląda na moo goo gai, jakie zwykle zamawiam. Dostrzegam ostre przyprawy. Wiesz, że nie lubię pikantnych potraw, Melisso.

– To stare sprawdzone moo goo gai pan, tato – mówi mama.

Dziadek połyka kęs i ogłasza werdykt:

– Nie jest pikantne.

– To dobrze – kwituje mama. – Bo już się martwiłam.

– Hmm – mruczy dziadek. – A poprosiłaś o dodatkowy sos sojowy?

– Tak, tato. Jest w torbie – odpowiada mama, przewracając oczami. – Zmieniając temat: dzieciaki, które obsadziłam w rolach Emily i George’a, są fantastyczne!

Głowa dziadka podrywa się w górę.

– Wystawiacie Nasze miasto?5 Przecież to nuda.

Ma rację. Oglądałam to już na scenie, niewiele się tam dzieje. Zasadniczo sztuka opowiada o mieszkańcach małego miasteczka o nazwie Grover’s Corners. Mama lubi ten dramat, bo ma liczną obsadę, więc na scenie może wystąpić wielu aktorów.

Teraz poucza dziadka, jakby był jednym z jej uczniów:

– Wybacz, ale Nasze miasto jest prawdopodobnie najlepszą sztuką obejmującą całość ludzkiego doświadczenia.

– Szkoda tylko, że jest taka nudna – odparowuje dziadek.

– Nie masz pojęcia, o czym mówisz. To piękny tekst. Gwiazda na firmamencie amerykańskiego dramatu. Po prostu nie lubisz tego gatunku.

Dziadek ziewa szeroko.

Dzwoni telefon, więc zrywam się, żeby odebrać.

– Bonjour – słyszę serdeczny głos taty.

Zabieram aparat do holu.

– Cześć, tato! Jak leci?

– Męczy mnie to cowieczorne uganianie się za Jeanem Valjeanem6.

Tata dostał rolę Javerta w objazdowej produkcji Nędzników. Są w drodze od sierpnia. To przedstawienie to dla niego ważny krok w karierze. Ale bez taty nic nie jest takie samo. Kiedy byłam mała, on zostawał ze mną w domu, żeby mama mogła zdobyć dyplom nauczycielki. Tata twierdzi, że próby zabawiania brzdąca były najlepszym treningiem aktorskim, jaki mógł mu się trafić.

– Gdzie jesteś? – pytam.

– W Iowa City.

– Mają basen w hotelu?

– Tak, kryty.

– Toaleta znów się zapchała – informuję.

Tata wzdycha.

– Zerknę na nią po powrocie. – Tata już z nami nie mieszka, ale zawsze dba o dom mamy.

– Stęskniłam się za tobą.

– Ja za tobą też – odpowiada.

Dziadek mówi coś głośno i mama mu odkrzykuje. Ich głosy dobiegają do holu.

– Macie towarzystwo – zauważa tata.

– Dziadek wpadł na obiad.

– Nie mów, na pewno jecie chińszczyznę – rzuca sucho.

– Skąd wiesz?

Tata prycha do słuchawki.

– Ten stary nigdy się nie zmieni.

Zerkam na dziadka siedzącego w kuchni. Zapadł się na krześle, długie włosy sięgają mu do ramion, koszula wisi jak na kołku.

– Nie powiedziałabym.

8

Możliwe

W pierwszym semestrze mam nauki ścisłe. Mój nauczyciel nazywa się Ham i wszyscy sobie żartują, chrumkając głośno za jego za plecami7. Lubię go. Jest zabawny i nosi śmieszne krawaty w homary i babeczki.

Dziś rano weszłam do klasy w ostatniej chwili, bo się spóźniliśmy. Dziadek nie chciał wyjść przed wydrukowaniem czegoś z internetu. Nie miałam czasu zajrzeć do szafki po podręcznik.

I oczywiście pan Ham od razu powiedział:

– Proszę otworzyć podręczniki na stronie trzydziestej.

Jęknęłam.

– Możesz się przysiąść do mnie – szepcze Momo i przesuwa książkę tak, by leżała między nami.

– Dzięki – odpowiadam szeptem.

Na lunch podają kanapkę z farszem. Nikt nie wie, z czego dokładnie ten farsz się składa, ale jesteśmy zgodni co do tego, że jest ohydny.

Kiedy wreszcie odstoję swoje w kolejce, rozglądam się za Brianną i wtedy słyszę, że ktoś mnie woła po imieniu.

– Ellie! Tutaj! – Dziadek siedzi przy stoliku i energicznie do mnie macha. – Zająłem ci miejsce.

Dzisiaj też ma na sobie ciekawy zestaw: białą koszulę z jasnoniebieskim krawatem, poliestrowe spodnie khaki i oczywiście eleganckie czarne skarpetki. Najdziwniejszym elementem tego stroju jest spinka do włosów. Należy do mnie – jest jaskraworóżowa – i nawet mu pasuje.

Dziadek stuka palcem w plik kartek leżących przed nim.

– Już ja pokażę temu typkowi Rajowi!

Tak go właśnie nazywa: „ten typek Raj”.

– To drukowałeś dziś rano? – pytam. – Co to właściwie jest?

– Moje artykuły.

– Artykuły?

– Mówiłem ci, że sporo publikuję. Jestem znany. Mam wirtualny fanklub w Finlandii – dodaje.

– Jesteś sławny?

Dziadkowi opadają ramiona.

– Fanklub liczy tylko stu trzydziestu jeden członków – przyznaje. – Ale oszaleją, kiedy nareszcie ogłoszę swoje odkrycie w postaci T. melvinusa. Zostanę drugim Jonasem Salkiem!

Mówi tak, jakby to był nasz krewny, którego powinnam znać, lecz nigdy nie poznałam.

– Kim jest Jonas Salk? – pytam.

– Czego was uczą w tej szkole? – Dziadek patrzy na coś za moimi plecami. – Gdyby w tym kraju przeznaczano na nauki ścisłe połowę czasu, który poświęca się na wiwaty na cześć jakiegoś idioty kopiącego piłkę, wiedziałabyś, kim jest Jonas Salk.

Odwracam się, żeby sprawdzić, na co patrzy, i czuję ukłucie bólu. W rogu dziedzińca grupka dziewczyn podaje sobie piłkę do siatkówki. Brianna też tam jest. Wybija piłkę i dziewczyny głośno się śmieją. Zmuszam się, żeby odwrócić wzrok.

– Opowiedz mi o Salku – proszę.

– Jonas Salk opracował szczepionkę przeciwko polio.

Boję się zapytać, ale się przełamuję.

– A co to jest polio?

– Polio to straszna choroba! Dzieci popadały po niej w kalectwo. Albo je zabijała. Salk wraz z grupą uczonych opracowali pierwszą szczepionkę przeciwko polio. On sam przetestował ją na sobie.

– Na sobie? – To zakrawa na obłęd, jakbym słyszała o doktorze Jekyllu i panu Hyde. – Był jakimś szalonym naukowcem czy coś w tym stylu?

Dziadek prostuje się na krześle i patrzy na mnie twardym wzrokiem.

– Wszyscy naukowcy są trochę szaleni, Ellie.

W pierwszej chwili biorę to za żart, ale zdaję sobie sprawę, że mówi poważnie.

– Ludzie przeciętni zwykle rezygnują w obliczu codziennych trudności. Naukowcy próbują wciąż od nowa, mimo że ponoszą porażki. Nieraz przez całe życie. Ale nie poddajemy się, ponieważ pragniemy rozwiązać łamigłówkę.

– Lubię łamigłówki – mówię.

– Tak, ale czy zdarzyło ci się którąś porzucić, bo była zbyt trudna?

Potwierdzam skinieniem głowy.

– A naukowcy nigdy nie rezygnują. Wciąż próbują, bo wierzą w to, co możliwe.

– Możliwe?

– Że możliwe jest wynalezienie leku na polio. Że możliwe jest odtworzenie ciągu ludzkiego DNA. Że możliwe jest znalezienie metody na odwrócenie procesu starzenia się. Że nauka może zmienić świat.

Teraz rozumiem.

Drzewo palmowe kołysze się na wietrze, brązowe liście się sypią. Coś się we mnie zmieniło, jakby kawałek układanki trafił na swoje miejsce.

Patrzę na dziadka.

– Chyba wiem, dokąd chodzi Raj po szkole.

9

Owoc

Raj czeka przy krawężniku. Gapi się na samochody jadące ulicą w obu kierunkach. Dziadek staje przed nim i zaczyna grzebać w plecaku. To mój stary tornister z podstawówki, w kotki. Myślałam, że dziadek będzie z nim wyglądał głupio, ale uznał, że plecak jest idealny i nie obchodzi go, co sobie pomyślą ludzie.

– Ty! – woła dziadek.

Raj odwraca się w naszą stronę. Obrzuca mnie krótkim spojrzeniem, a potem kieruje wzrok na dziadka.

Dziadek wyciąga plik kartek i wpycha je w ręce Raja.

– Patrz i płacz – mówi.

Raj przegląda teksty. Podnosi głowę.

– Większość została opublikowana ponad trzydzieści lat temu.

Dziadek patrzy na niego w osłupieniu. Milczy, ale już po chwili odzyskuje mowę:

– Einstein też publikował dawno temu. Z niego też będziesz sobie kpił?

– Jesteś śmieszny – kwituje Raj.

Przy krawężniku zatrzymuje się nieduży samochód, za kierownicą siedzi nastolatek. Ma takie same ciemne oczy jak Raj, ale wygląda na starszego o kilka lat. Raj składa swoją wysoką sylwetkę wpół i sadowi się na przednim siedzeniu.

– Śmieszny, tak? – zaperza się dziadek. – Co ty wiesz?! Dzieciak z ciebie.

Raj wychyla się przez otwarte okno i mierzy dziadka wzrokiem.

– Niewiele. Ale sam nie jesteś dużo starszy. – Urywa. – Więc co ty wiesz?

Po powrocie do domu dziadek idzie prosto do kuchni.

– Umieram z głodu – oznajmia.

– Podgrzeję burrito – proponuję. Nie ma lepszego połączenia smaków niż ryż, odsmażana fasola i ser.

Dziadek zaparza sobie herbatę. Precyzyjnie odmierza ilość wrzątku nalewanego do kubka, dodaje dwie doskonale pełne łyżeczki cukru i metodycznie miesza, jakby przyrządzał jakąś miksturę. Przypominam sobie naszą rozmowę o szalonych naukowcach.

– Podobało mi się to, co mówiłeś przy lunchu – zagajam. – O nauce. Tylko od czego zacząć?

Dziadek patrzy na mnie znad kubka.

– O czym mówisz?

– Kiedy układam puzzle, zawsze zaczynam od kawałka o prostych ściankach. Od czego byś zaczął, gdybyś chciał znaleźć lek na polio albo inną chorobę?

– Od oczu, ma się rozumieć – odpowiada.

– Jak to?

Dziadek patrzy na paterę z owocami stojącą na blacie.

– Weźmy na przykład tę paterę. Co widzisz? – pyta.

To drewniana zniszczona misa. Leży na niej kilka jabłek, banan, gruszki i mango. Jestem pewna, że mama kupiła mango po okazyjnej cenie, ponieważ rzadko to robi.

– Misę z owocami?

– A te owoce są żywe czy martwe? – drąży dziadek.

Przyglądam im się bliżej. Jabłka są czerwone i błyszczące, a na bananie nie ma żadnych zadrapań.

– Żywe.

Dziadek bierze jabłko i obraca je w palcach.

– Czyżby? Ma korzenie? Pobiera składniki odżywcze? Wodę? To są oznaki życia.

– W takim razie chyba nie – przyznaję.

Dziadek macha jabłkiem.

– Umiera w chwili, gdy je zrywasz.

Potem podchodzi do blatu i bierze nóż ze stojaka. Rozkrawa nim jabłko i ukazuje równy rząd brązowych nasion.

– Proszę – mówi, dotykając ich czubkiem noża. – A co powiesz o nich?

– Są martwe? – zgaduję.

– Otóż nie. Są uśpione, oczekujące. Wystarczy, że zakopiesz je w ziemi, podlejesz wodą i zapewnisz im trochę słońca, a zakiełkują. W pewnym sensie są więc nieśmiertelne. I przez cały czas znajdowały się w jabłku.

Czuję się zupełnie zbita z tropu.

– Sądziłam, że nauka polega na eksperymentowaniu w laboratoriach – przyznaję.

Dziadek zaprzecza ruchem głowy.

– Najważniejszym narzędziem naukowca jest obserwacja. Galileusz, ojciec współczesnej nauki, zaobserwował, że wokół Jowisza krążą księżyce, co dowodzi, że Ziemia nie jest centrum wszystkiego. Jego obserwacje zmusiły ludzi do zmiany myślenia o swoim miejscu we wszechświecie.

Dziadek się rozgląda i mówi:

– A skoro już o tym wspomniałaś, przydałoby mi się laboratorium.

– Do czego?

– Do badań nad T. melvinusem, kiedy już go odzyskamy, ma się rozumieć – rzuca, jakby to było oczywiste. – Muszę powtórzyć badania, jeśli chcę opublikować wyniki.

Zastanawiam się przez chwilę. Nasz dom nie jest zbyt duży.

– Może w garażu? – podsuwam.

Idziemy do garażu i dziadek powoli się po nim przechadza. Połowa stoi pusta, bo tam mama parkuje samochód, ale po drugiej stronie piętrzą się pudła pełne rekwizytów teatralnych z ostatnich kilku lat. Jest tam również stary stół do pracy taty, nasze rowery i lodówka. Mama gromadzi w niej mrożonki przed rozpoczęciem pracy nad spektaklem.

Dziadek pociera nieistniejącą brodę.

– Elektryczność. Porządne oświetlenie. Nie ma klimatyzacji, ale mogło być gorzej. Przynajmniej nie wylądowałem na pustyni jak Oppenheimer.

Już tylko na niego patrzę.

– Robert Oppenheimer. Z czasów drugiej wojny światowej – podpowiada dziadek.

– Nie doszliśmy tak daleko na historii – wyjaśniam. – Wciąż siedzimy w starożytnej Grecji.

– Robert Oppenheimer był genialnym fizykiem. Prowadził Projekt Manhattan, w którym opracowano bombę atomową. Oppenheimer przetestował ją na pustyni w Nowym Meksyku.

– Łał – mówię.

Dziadek rozgląda się wokół.

– Cóż, nie ma to jak dzisiejsze czasy. Uporządkujmy ten lokal.

Dziadek chce ustawić stół laboratoryjny tam, gdzie znajdują się kontakty elektryczne, a to oznacza usunięcie stamtąd wszystkich pudeł z rekwizytami. Zajmuje nam to prawie dwie godziny. Znajdujemy pudło lampek, które mocuje się na spinacze, i dziadek rozmieszcza je nad stołem do pracy.

Nagle otwierają się drzwi garażu i zatrzymuje się przed nimi samochód mamy. Mama nie może zaparkować, bo przenieśliśmy stertę pudeł na wolną stronę. Wyłącza silnik i wchodzi.

– Co wy wyprawiacie? – pyta.

– Urządzamy laboratorium – odpowiadam.

– Tutaj? W garażu?

– Chcę kontynuować badania – wyjaśnia dziadek.

– A gdzie ja będę parkować?

– Może przed domem? – proponuję.

– Raczej nie – odpowiada mama.

Dziadek patrzy na nią surowo.

– Stajesz na drodze naukowych odkryć.

– Staję na drodze ptakom, które chcą zanieczyścić mój wóz.

Ułożenie wszystkiego z powrotem zajmuje nam całe popołudnie.

10

Salk i Oppenheimer

Mam opisać sławną postać historyczną. Zamiast wybrać którąś z tych najbardziej oczywistych, jak William Szekspir, Thomas Jefferson czy Harriet Tubman8, zasiadam przed komputerem i szukam nazwisk, które wymieniał dziadek. Galileusz. Jonas Salk. Robert Oppenheimer.

Galileusz został przedstawiony na starym płótnie olejnym, jakie mogłoby wisieć w muzeum De Young w San Francisco. W tym stroju mógłby występować w sztuce Szekspira i zupełnie nie wygląda na realną osobę.

Za to Salk i Oppenheimer wydają się naprawdę interesujący. Salk dokładnie odpowiada powszechnym wyobrażeniom na temat naukowca: jest w okularach, białym fartuchu laboratoryjnym, trzyma w rękach probówki. Generalnie widać, że ma bzika na punkcie nauki.

Oppenheimer nie przypomina typowego uczonego. Jest przystojny, o przenikliwym spojrzeniu. Patrzy melancholijnie w obiektyw, jak aktor z dawnego Hollywood. Na jednym ze zdjęć ma na głowie kapelusz, a w ustach papierosa. Potrafię sobie wyobrazić tatę, jak gra tę postać w filmie. Poza tym Oppenheimer ma powiązania z rejonem Zatoki San Francisco: wykładał na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Mama wciąż wychwala tamtejszy program teatralny.

Od razu rzuca mi się w oczy podobieństwo między tymi ludźmi: obaj brali udział w wojnach, w których znaczącą rolę odgrywała nauka. Jonas Salk walczył z polio. Robert Oppenheimer – podczas drugiej wojny światowej. Salk wynalazł szczepionkę przeciw polio, Oppenheimer opracował bombę, którą zrzucono na Japonię, co zakończyło wojnę.

Historia Oppenheimera szczególnie przypomina hollywoodzki film. Prowadził wyścig z Niemcami o to, kto pierwszy zbuduje bombę. Oglądam zdjęcie przedstawiające wybuch atomowy. Wielka chmura w kształcie grzyba. Pod zdjęciem zamieszczono cytat z Oppenheimera, słowa, które wypowiedział po tym, jak testy broni atomowej zakończyły się sukcesem: „Wiedzieliśmy, że świat już nie będzie taki sam. Niektórzy się śmiali. Inni płakali. Większość milczała”.

Rozumiem, jak musiał się czuć. Tak jak mój dziadek, gdy zmienił się w nastolatka. Science fiction staje się rzeczywistością. Mama mówi, że będąc dzieckiem, nie umiałaby sobie wyobrazić telefonu komórkowego, a teraz wszyscy je mają. Oprócz mnie, oczywiście. Rodzice twierdzą, że jestem za mała.

Dziadek wchodzi do mojego pokoju bez pukania. Staje jak wryty na widok odcisków dłoni.

– Do licha. Co się stało z twoimi ścianami?

– Tak właśnie miały wyglądać – wyjaśniam.

– To taka moda? Gdzie się podziały ładne tapety?

Pokazuje swoją twarz. Jest kompletnie załamany. Ma pryszcze na czole i wielką czerwoną krostę na brodzie.

– Masz jakiś krem na trądzik?

– Jest w łazience – mówię i dziadek wchodzi tam za mną.

– Nie mogę uwierzyć, że w wieku siedemdziesięciu sześciu lat znów muszę leczyć trądzik – gdera.

Szukam w szufladzie, znajduję tubkę z kremem i mu ją wręczam. Dziadek smaruje swoje pryszcze.

– Może następnym razem wynajdę lek na trądzik – burczy.

I znów zamawiamy chińszczyznę na obiad. Mama miała ochotę na sushi, ale dziadek stwierdził, że decyduje ten, kto ma najwyższy stopień naukowy. Wygrał, bo ma podwójny doktorat.

Podczas jedzenia łapię się na tym, że przyglądam się dziadkowi i mamie, jakbym była naukowcem, własną wersją Galileusza. Przede wszystkim usiedliśmy inaczej niż zwykle. Kiedy jesteśmy z mamą same, siadamy obok siebie. Teraz dziadek zajmuje miejsce u szczytu stołu, jakby był królem. I to, jak ze sobą rozmawiają – a właściwie to, że nie rozmawiają ze sobą. Dziadek zasypuje mamę pytaniami, które wyraźnie ją irytują. Czy ma jeszcze swoje notatki ze studiów? Czy chciałaby się spotkać z jego kolegą, wykładowcą biologii w Stanford, i porozmawiać z nim o programie studiów? Czy chce, żeby jej pomógł napisać podanie o przyjęcie na studia?

Mama odpowiada na kilka pytań, a potem milknie i wbija wzrok w talerz jak nastolatka. Nagle to do mnie dociera: chociaż jest dorosła i prowadzi dorosłe życie, dziadek nadal traktuje ją jak dziecko.

Po obiedzie rozdaję wszystkim ciasteczka z wróżbami. Dziadek nie jest uszczęśliwiony swoją.

– Co ci wyszło? – pytam.

– „Będziesz miał nowe ciuchy” – odpowiada.

– Dobry pomysł, tato. Mógłbyś sobie kupić ciuchy w nieco lepszym stylu. Wyglądasz, jakbyś robił zakupy w sklepie dla starców. Mogę cię podrzucić do galerii – oferuje się mama.

– Co chcesz od mojego ubrania? Jest całkiem nowe! Kupiłem je parę tygodni temu, kiedy odmłodniałem. – Dziadek zwraca się do mnie. – Musiałem, bo się skurczyłem. – I znów patrzy na mamę. – Skoro już o tym wspomniałaś, chciałbym pożyczyć od ciebie samochód, Melisso.

Mama gwałtownie chwyta powietrze.

– Pożyczyć samochód? Sądziłam, że już nie prowadzisz.

Dziadek gromi ją wzrokiem.

– Wiele się zmieniło. Poza tym mam coś do załatwienia.

– Nie możesz wziąć mojego auta. – Mama cedzi słowa. – Jesteś za młody.

Dziadek prostuje się na krześle.

– Nic podobnego. Chcesz zobaczyć moje prawo jazdy?

– Tato… – Mama próbuje go udobruchać. – Pomyśl, co by się stało, gdyby cię zatrzymano. Nie wyglądasz na posiadacza prawa jazdy.

Ma rację. Z tymi pryszczami i długimi kosmykami wymykającymi się spod mojej spinki ledwo wygląda na kogoś, kogo można wpuścić na film dla widzów powyżej trzynastego roku życia.

– Nikt mnie nie zatrzyma.

– Przecież wiem, jak prowadzisz! Ciągle zjeżdżasz z prawego pasa – przypomina mama z jękiem.

– Bo dzięki temu łapię lepszy balans. – Dziadek się nie zraża. – Czysta fizyka.

– Kiedyś spowodujesz wypadek.

Wzrok dziadka twardnieje.

– Wypadek? Chcesz rozmawiać o wypadkach? A kto rozbił volkswagena? Kto go owinął wokół drzewa?

– To… nie była mo-moja wi-wina – jąka się mama. – Padał deszcz. Droga była śliska. I było ciemno.

– Dopiero spłaciłem ten wóz.

Patrzą na siebie jak bokserzy na ringu.

– Muszę pożyczyć samochód – powtarza dziadek.

Mama ostatecznie odmawia.

– Masz pojęcie, ile razy pożyczała wóz ode mnie? – oburza się dziadek, gdy jedziemy autobusem do szkoły. Jest wściekły.

– Dlaczego jej nie poprosisz, żeby cię podwiozła? – proponuję.

– Nie zawiezie mnie do laboratorium – mówi. – Tamten strażnik powiedział jej, że złoży skargę, jeśli mnie zobaczy w pobliżu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Drama – metoda dydaktyczno-wychowawcza nastawiona na kształtowanie osobowości przez twórczość. Zadaniem prowadzącego dramę jest zainicjowanie fikcyjnej sytuacji, która pozwala uczestnikom wchodzić w różne role. Ich odgrywanie wyzwala spontaniczność, prowokuje do improwizacji, rozwija wyobraźnię i wrażliwość oraz uczy umiejętności współpracy z innymi. [wróć]

Moo goo gai – amerykańska wersja tradycyjnej chińskiej potrawy z kawałkami kurczaka, grzybami i warzywami. [wróć]

Bar micwa – uroczystość, podczas której 13-letni chłopiec żydowski wchodzi w okres dorosłości, staje się odpowiedzialny za swe czyny i ma odtąd prawo czynnie uczestniczyć w obrządkach religijnych w synagodze. [wróć]

Chrupiący corn dog – parówka w cieście z mąki kukurydzianej. [wróć]

Nasze miasto – sztuka amerykańskiego dramatopisarza Thorntona Wildera z 1938 roku. [wróć]

Jean Valjean – bohater Nędzników Wiktora Hugo. [wróć]

Ham (ang.) – szynka wieprzowa. [wróć]

Thomas Jefferson – trzeci prezydent USA, jeden z autorów Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Harriet Tubman – zbiegła niewolnica, która z narażeniem życia umożliwiła ucieczkę z niewoli ponad trzystu innym Afroamerykanom, a w czasie wojny secesyjnej była zwiadowcą w armii Unii i pierwszą kobietą przywódcą. [wróć]

Tytuł oryginału:

The fourteenth goldfish

Text copyright © 2014 by Jennifer L. Holm

© Copyright for the Polish translation by Monika Gajdzińska, Warszawa 2018

© Copyright for the Polish edition

by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2018

Jacket art and interior illustrations Copyright © 2014

by Tad Carpenter

Redaktor prowadzący Katarzyna Lajborek

Opieka redakcyjna Magdalena Korobkiewicz

Redakcja Katarzyna Szroeder-Dowjat

Korekta Ewa Mościcka, Małgorzata Ruszkowska

Redakcja techniczna, projekt okładki na podstawie oryginału Paweł Nowicki

ISBN 978-83-10-13356-4

Plik wyprodukowany na podstawie Czternasta złota rybka, Warszawa 2018

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: naszaksiegarnia@nk.com.pl

Konwersję wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Czternasta złota rybka 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia