Zaginione Miasto Boga Małp

Zaginione Miasto Boga Małp

Autorzy: Douglas Preston

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 400

Cena książki papierowej: 44.99 zł

cena od: 20.90 zł

Lasy Mosquitii w Hondurasie to najgęstsza i najtrudniej dostępna dżungla świata, pełna jadowitych węży, jaguarów oraz muchówek roznoszących „biały trąd”. Właśnie tam miało istnieć legendarne Miasto Boga Małp, wedle legendy – przeklęte. Wieloletnie poszukiwania nie przyniosły rezultatów. Kolejną wyprawę zorganizował dokumentalista i odkrywca, laureat Nagrody Emmy, Steve Elkins. Dzięki nowoczesnej technologii laserowej jej członkom udało się zlokalizować położenie tajemniczego prekolumbijskiego miasta. A to zaledwie początek mrożącej krew w żyłach opowieści...

„Książkę Douglasa Prestona czyta się jak fabułę, a niekiedy nawet jak science fiction. Tymczasem jest to dokument, świadectwo niesamowitej wyprawy w poszukiwaniu legendarnego miasta. Autor przybliża nam tajemniczą cywilizację, która – być może – była powiązana w swojej późniejszej fazie z Copan, miastem-państwem Majów. Ale również to historia o przyrodzie, która skłania autora do refleksji nad niefrasobliwością współczesnego człowieka, który bezrefleksyjnie niszczy naturę, zagrażając egzystencji własnej i przyszłych pokoleń” – Elżbieta Dzikowska, podróżniczka

„To świetnie napisana książka o przygodzie niczym z filmów o Indianie Jonesie! Są w niej poszukiwacze zaginionych miast i upadłe cywilizacje kryjące się w nieprzebytych tropikalnych lasach. Strzegą ich nie tylko jadowite węże, ale też kartele narkotykowe próbujące ukryć swoje ciemne interesy. Ale ta książka jest też o czymś ważniejszym – to ostrzeżenie, że ignorowanie zmian klimatu, niszczenie środowiska, a także zachłanność i oderwanie elit od społeczeństwa mogą doprowadzić do zagłady nawet najwspanialszą cywilizację. Dawno nie czytałem tak dobrej książki z tak wyraźnym przesłaniem” – Adam Wajrak, przyrodnik

Tytuł oryginału: The Lost City of the Monkey God / Douglas Preston

Redakcja: Jacek Rakowiecki

Konsultacja merytoryczna: Michał Gilewski

Korekta: Monika Ochnik

Projekt graficzny okładki: Ula Pągowska

Zdjęcie na okładce: Fotolia

Zdjęcie wyklejka: Deborah Feingold

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

© copyright by Agora SA 2018

© copyright by Splendid Mendax, Inc. 2018

© copyright by Douglas Preston, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2066-3 (epub), 978-83-268-2067-0 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

rozdział 1. Brama Piekieł

rozdział 2. Mogę powiedzieć ci tylko tyle, że leży ono w jednej z Ameryk

rozdział 3. Zabił go diabeł, bo ośmielił się spojrzeć na to zakazane miejsce

rozdział 4. Kraina okrutnej dżungli i niemal niedostępnych łańcuchów górskich

rozdział 5. Wrócę do Miasta Boga Małp, żeby rozwiązać jedną z ostatnich tajemnic zachodniego świata

rozdział 6. Wypłynęliśmy czółnami ku jądru ciemności

rozdział 7. Rybka, która połknęła wieloryba

rozdział 8. Lasery w dżungli

rozdział 9. Nikt nigdy wcześniej czegoś takiego nie robił

rozdział 10. Nigdy nie chciałbym tam wracać. Ta rzeka to najniebezpieczniejsze miejsce na Ziemi

rozdział 11. Tego miejsca nie ma na mapach – w środku dziczy jesteśmy zdani tylko na siebie

rozdział 12. Jest tam wielkie miasto

rozdział 13. Widziano, jak strzyka jadem na odległość dwóch metrów

rozdział 14. Nie zrywajcie kwiatów!

rozdział 15. Cały ten teren i wszystko, co tam widzicie, zostało zupełnie przeobrażone ludzką ręką

rozdział 16. Nie mogę poruszyć nogami. Wciąga mnie

rozdział 17. To prastare miejsce, mówią, że zaczarowane

rozdział 18. Kiedyś to było zapomniane miejsce, ale te czasy się skończyły!

rozdział 19. To są nasi przodkowie

rozdział 20. Kultura ta odgrywała zasadniczą rolę, wiążąc ze sobą obie Ameryki

rozdział 21. Sęp – symbol śmierci i przeobrażenia – zajmował miejsce pośrodku

rozdział 22. Przynieśli strach, a wraz z nimi zwiędły kwiaty

rozdział 23. Czterech członków ekspedycji zachorowało i mają jednakowe objawy

rozdział 24. Miałem wrażenie, że płonie mi głowa

rozdział 25. Próbuje umówić się na herbatkę z twoim układem odpornościowym

rozdział 26. La Ciudad del Jaguar

rozdział 27. Zostaliśmy sierotami, och, synowie moi!

Posłowie. Czy nasza cywilizacja chyli się ku upadkowi?

Podziękowania

Źródła i bibliografia

Indeks

Fotografie

Źródła zdjęć

Przypisy

rozdział 1

BRAMA PIEKIEŁ

W głębi Hondurasu w regionie La Mosquitia znajdują się jedne z ostatnich niezbadanych miejsc na Ziemi. Jest to ogromny obszar, nad którym nikt nie sprawuje żadnej kontroli – ponad 80 tysięcy kilometrów kwadratowych[1] lasu deszczowego, bagien, lagun, rzek i gór. To teren tak niegościnny, że na pierwszych mapach nazywano go Portal del Infierno, czyli Brama Piekieł. Należy do najniebezpieczniejszych miejsc świata i przez wieki opierał się wysiłkom eksploratorów. Jeszcze dziś, w XXI wieku, setki kilometrów kwadratowych lasów Mosquitii pozostają niezbadane przez naukowców.

W sercu tego obszaru najgęstsza dżungla świata porasta srogie łańcuchy górskie, których wierzchołki sięgają niemal dwóch tysięcy metrów. Jej krajobraz uzupełniają strome wąwozy, majestatyczne wodospady i huczące górskie rzeki. Rocznie na obszar ten spada ponad trzy tysiące milimetrów deszczu[2] powodującego gwałtowne powodzie i lawiny błotne. Tamtejsze bagna potrafią pochłonąć człowieka bez śladu. Jadowite węże i jaguary buszują w poszyciu gęstym od lian, których zagięte ciernie rozrywają skórę i odzież. W takim terenie grupa doświadczonych, wyposażonych w maczety i piły wędrowców może przebyć nie więcej niż pięć kilometrów w ciągu morderczej, dziesięciogodzinnej wędrówki.

Mosquitia jest niebezpieczna nie tylko z powodu przeszkód stawianych przez naturę. W Hondurasie liczba morderstw należy do najwyższych na świecie. Przez ten kraj – głównie przez Mosquitię – przerzuca się osiemdziesiąt procent kokainy przeznaczonej na amerykański rynek. Kartele narkotykowe sprawują kontrolę nad tutejszymi wioskami i miasteczkami. Amerykański Departament Stanu nie zezwala swoim urzędnikom na wyjazdy w region Mosquitii i do sąsiadującego z nią stanu Gracias a Dios, „gdyż wiarygodne informacje wskazują, że jest to wysoce niebezpieczne dla obywateli Stanów Zjednoczonych”. Ta złowieszcza izolacja przyniosła niezwykłe skutki: z Mosquitią od wieków wiąże się jedna z najchętniej powtarzanych i najbardziej oddziałujących na wyobraźnię legend świata. Gdzieś w tej dziczy, powiadają, znajduje się „zaginione miasto” z białego kamienia. To „Ciudad Blanca” – Białe Miasto – choć czasem mówi się o nim „Zaginione Miasto Boga Małp”. Jedni twierdzą, że należało do Majów, inni – że przed tysiącami lat zbudował je inny lud, którego dziś już nie ma.

15 lutego 2015 roku siedziałem na zebraniu w sali konferencyjnej hotelu Papa Beto w honduraskim mieście Catacamas. Za parę dni nasz zespół miał wyruszyć do niezbadanej doliny głęboko w górach Mosquitii, określanej po prostu jako „Cel Numer Jeden”. Plan zakładał, że helikopter dostarczy nas na brzeg bezimiennej rzeki, gdzie – zdani na własne siły – założymy w dżungli podstawowy obóz – bazę wypadową do badania ruin nieznanego miasta. Przed nami żaden inny badacz nie zapuszczał się do tej części Mosquitii. Nikt z nas nie miał pojęcia, co zobaczymy na miejscu w gęstej, dziewiczej dżungli, w której od wieków nie stanęła ludzka stopa.

Nad Catacamas zapadła noc. Odprawę prowadził kierownik do spraw logistyki naszej ekspedycji, były żołnierz Andrew Wood, zwany „Woodym”. Służył w stopniu starszego sierżanta w jednostkach specjalnych SAS, a później w oddziałach elitarnej Gwardii Coldstreamskiej[3], gdzie był ekspertem w dziedzinie prowadzenia działań bojowych i przetrwania w dżungli. Rozpoczął odprawę, informując, że jego zadanie można opisać bardzo zwięźle: ma utrzymać nas przy życiu. Zorganizował to spotkanie, aby się upewnić, czy jesteśmy świadomi zagrożeń czyhających na nas podczas eksploracji doliny. Chciał, by wszyscy członkowie wyprawy, nawet jej nominalni kierownicy, przyjęli do wiadomości, że to on wraz ze swoją złożoną z byłych komandosów SAS drużyną będzie dowodzić wyprawą przez te dni, które spędzimy w lesie. Mieliśmy przyjąć strukturę dowodzenia zbliżoną do wojskowej i wykonywać rozkazy żołnierzy bez żadnych zastrzeżeń.

Cała nasza ekipa spotkała się wówczas po raz pierwszy. Była to grupka przyrodników, fotografów, filmowców i archeologów, której na doczepkę towarzyszyłem także ja – pisarz. Różniliśmy się od siebie znacznie pod względem umiejętności przetrwania w terenie.

Woody omówił zagadnienia bezpieczeństwa, wypowiadając się w lakonicznym brytyjskim stylu. Mieliśmy zachować czujność jeszcze przed wejściem do lasu. Catacamas było niebezpiecznym miastem, nad którym kontrolę sprawował brutalny kartel narkotykowy – żadne z nas nie mogło opuszczać hotelu bez uzbrojonej eskorty. Nie pozwolono nam nikomu opowiadać o celu naszej wyprawy. Nie mogliśmy rozmawiać o projekcie przy obsłudze hotelu, pozostawiać na widoku papierów odnoszących się do naszej pracy ani publicznie prowadzić rozmów przez telefony komórkowe. Hotel miał wielki sejf, w którym musieliśmy trzymać dokumenty, pieniądze, mapy, laptopy i paszporty.

Wśród zagrożeń naturalnych na szczycie listy były jadowite węże. Fer-de-lance, czyli kajsaka, mówił Woody, w tym regionie nazywana jest barba amarilla („żółtobroda”). Herpetolodzy uważają ją za najgroźniejszego przedstawiciela grzechotnikowatych. Zabija w Nowym Świecie więcej osób niż jakikolwiek inny wąż. Poluje nocą, a przyciąga ją ludzka aktywność. Jest agresywna, drażliwa i szybka. Widziano, jak strzyka jadem z kłów na odległość dwóch metrów i przegryza się przez najgrubsze skórzane buty. Bywa, że po jednym ukąszeniu dalej ściga ofiarę, by uderzyć ponownie. Jej jad jest zabójczy – jeśli nie umrzesz na miejscu wskutek wylewu krwi do mózgu, możesz paść ofiarą szoku septycznego. Jeżeli mimo to uda ci się przeżyć, ukąszoną kończynę często trzeba amputować, ponieważ trucizna wywołuje martwicę tkanek. Trafimy na teren, ciągnął Woody, do którego nocą i przy złej pogodzie nie docierają śmigłowce, więc ewakuacja ukąszonego może opóźnić się o kilka dni. Mieliśmy więc nosić kevlarowe getry przeciw ukąszeniom nawet – czy raczej zwłaszcza – wtedy, gdy będziemy wychodzili nocą za potrzebą. W czasie przekraczania leżącej kłody mieliśmy zawsze najpierw na niej stanąć, a dopiero potem zeskoczyć, nigdy zaś nie przestępować nad nią, nie wiedząc, co kryje się po drugiej stronie. W ten sposób przyjaciel Woody’ego, Steve Rankin, filmowiec z ekipy Beara Gryllsa, został ukąszony na Kostaryce, gdy ekipa poszukiwała dobrych lokacji do kręcenia odcinka programu. Choć nosił getry ochronne, ukryta po niewidocznej stronie kłody kajsaka ugryzła go w stopę – kły weszły w skórę buta jak w masło. „I oto skutek” – powiedział Woody i puścił w obieg swojego iPhone’a. Zobaczyliśmy straszne zdjęcie operowanej stopy Rankina. Choć podano mu antytoksynę, martwica objęła tkankę, którą trzeba było wyciąć aż do ścięgien i kości. Co prawda stopę ocalono, ale by zakryć otwartą ranę, konieczny był autoprzeszczep fragmentu tkanki z uda[4]. Woody oznajmił, że nasza dolina jest idealnym habitatem dla kajsaki.

Zerknąłem na współtowarzyszy podróży: wesoła atmosfera, którą wcześniej odczuwaliśmy, siedząc wokół basenu z piwem w dłoni, teraz się ulotniła.

Potem nastąpił wykład o roznoszących choroby owadach, w tym komarach, moskitach[5] i muchówkach, pchłach tropikalnych, kleszczach, pluskwiakach z podrodziny Triatominae (zwanych „całującymi robakami”, bo lubią przysysać się do twarzy), skorpionach i „mrówkach pociskowych”, których ukąszenie powoduje ból porównywalny do postrzału z broni palnej. Jednak chyba najstraszniejsza choroba występująca na terenie Mosquitii to leiszmanioza skórna nazywana białym trądem, którą wywołuje użądlenie zainfekowanej muchówki. Wiciowiec Leishmania przemieszcza się do błon śluzowych w nosie i ustach ofiary, gdzie żywi się tkanką, aż w miejscu twarzy powstaje ogromna sącząca się rana. Woody podkreślał, jak ważne jest regularne stosowanie środka na komary z DEET na całym ciele i spryskiwanie nim odzieży, a po zmroku – dokładne okrywanie skóry.

Dowiedzieliśmy się także, że pająki i skorpiony wchodzą w nocy do butów, dlatego trzeba je zawieszać do góry nogami na wbitych w ziemię palikach i każdego ranka wytrząsać. Woody opowiadał o zjadliwych czerwonych mrówkach, które kłębią się w podszyciu leśnym i przy najlżejszym poruszeniu gałęzi spadają całymi kaskadami na włosy i szyję, a ich ukąszenie wymaga natychmiastowej ewakuacji. Uważnie się przyjrzyjcie – ostrzegał – każdej gałęzi, łodydze czy pniakowi, na którym zamierzacie położyć rękę. Nie przedzierajcie się na oślep przez gęste zarośla. Poza ukrytymi owadami i wspinającymi się po drzewach wężami wiele roślin posiada ciernie i kolce zdolne poharatać do krwi. W dżungli powinniśmy nosić rękawice, najlepiej takie do nurkowania, ponieważ dobrze chronią przed ukłuciami. Ostrzegał nas, jak łatwo jest zgubić się w lesie – czasem wystarczy odejść na kilka metrów od reszty. Nikt pod żadnym pozorem nie mógł samodzielnie oddalać się od obozu lub odłączać od grupy podczas marszu. Na każdy wypad mieliśmy zabierać plecak z zestawem do przetrwania, obejmującym jedzenie, wodę, odzież, repelent, latarkę, nóż, zapałki i pałatkę przeciwdeszczową – sprzęt, który uratuje nam skórę na wypadek, gdybyśmy się zgubili i musieli spędzić noc pod jakąś ociekającą deszczem kłodą. Dostaliśmy gwizdki – natychmiast po uświadomieniu sobie, że się zgubiliśmy, mieliśmy się zatrzymać, gwizdać i czekać, aż ktoś po nas przyjdzie.

Pilnie słuchałem. Bardzo pilnie. W bezpiecznej sali konferencyjnej wydawało się, że Woody chce nas nastraszyć, byśmy karnie wypełniali polecenia, i wyolbrzymia niebezpieczeństwa, by ci członkowie ekspedycji, którzy nie nawykli do leśnych warunków, dmuchali na zimne. Byłem jedną z zaledwie trzech osób w sali, które miały już okazję przelecieć nad „Celem Numer Jeden”, czyli odległą doliną, do której zmierzaliśmy. Z nieba wyglądała jak pocętkowany słonecznymi plamami tropikalny raj, a nie groźna, wilgotna, malaryczna, pełna węży dżungla opisywana przez Woody’ego. Uznałem więc, że na pewno nic się nam nie stanie.

rozdział 2

MOGĘ POWIEDZIEĆ CI TYLKO TYLE, ŻE LEŻY ONO W JEDNEJ Z AMERYK

Legendę o Białym Mieście usłyszałem w 1996 roku, gdy na zlecenie czasopisma „National Geographic” pisałem tekst o starożytnych świątyniach Kambodży. Było to wkrótce po tym, jak NASA wykonała przelot wyposażonym w nowoczesny system radarowy samolotem DC-10 nad różnymi fragmentami tamtejszej dżungli, by sprawdzić, czy można w ten sposób zajrzeć pod szatę roślinności. W należącym do NASA Laboratorium Napędu Odrzutowego (Jet Propulsion Laboratory, JPL) w Pasadenie w stanie Kalifornia zebrane materiały przeanalizował zespół specjalistów w dziedzinie „odległej detekcji”, czyli odczytywania obrazów powierzchni Ziemi wykonanych z przestrzeni kosmicznej. Wśród uzyskanych danych eksperci odnaleźli ruiny nieznanej, ukrytej w kambodżańskiej dżungli świątyni z XII wieku. Spotkałem się z szefem zespołu Ronem Blomem, by wypytać go o szczegóły.

Blom nie wyglądał jak stereotypowy naukowiec: był brodaty, krzepki i wysportowany, nosił okulary awiatorki i kapelusz w stylu Indiany Jonesa. Zyskał międzynarodowy rozgłos, odkrywając zaginione miasto Ubar na Pustyni Arabskiej. Gdy zapytałem, nad czym teraz pracuje, zaczął opowiadać o różnych misjach: tworzył mapę tras przewozu kadzidła przez Pustynię Arabską, wyznaczał przebieg Jedwabnego Szlaku i zajmował się kartografią pól bitewnych wojny secesyjnej w Wirginii. Wyjaśnił, że dzięki złożeniu zdjęć radarowych wykonanych przy różnej długości fali promieniowania podczerwonego i „zmłóceniu tych danych” za pomocą komputerów można sięgnąć na pięć metrów pod powierzchnię piasku, przebić się przez baldachimy dżungli, a nawet wykasować współczesne drogi i tory, by ukazać przebieg starodawnych szlaków.

Odnajdowanie takich ścieżek było ciekawe, ale mnie zaintrygował pomysł wykorzystania tej technologii do wyszukiwania następnych zaginionych miast, takich jak Ubar. Gdy go o to zagadnąłem, nagle zaczął mówić ogródkami. „Racja, faktycznie przyglądamy się paru takim miejscom”.

Naukowcy nie umieją kłamać: od razu się zorientowałem, że Blom nie chce opowiadać o jakimś ważnym projekcie. Przycisnąłem go i w końcu przyznał:

– To może być spore odkrycie, ale nie mogę o nim mówić. Pracuję dla prywatnej firmy. Podpisałem umowę z klauzulą poufności. Cała sprawa opiera się na legendzie o pewnym zaginionym mieście. Mogę powiedzieć ci tylko tyle, że leży ono w jednej z Ameryk. Legenda wskazuje ogólnie na pewien obszar i teraz zbieramy dane satelitarne, żeby wyznaczyć konkretne cele.

– Znaleźliście je?

– Nie mogę nic więcej dodać.

– Dla kogo pracujesz?

– Nie mogę ci tego powiedzieć.

Blom zgodził się poinformować swojego tajemniczego pracodawcę, że jestem zainteresowany projektem, i poprosić jego lub ją o kontakt telefoniczny. Nie obiecał jednak, że do niego dojdzie.

Rozpalony ciekawością postanowiłem zidentyfikować to „zaginione miasto” – zadzwoniłem do kilku znanych mi archeologów zajmujących się Ameryką Środkową, a oni podzielili się ze mną swoimi domysłami. David Stuart, badacz starożytnego hieroglificznego pisma Majów z Peabody Museum przy Uniwersytecie Harvarda, który odegrał znaczącą rolę w sukcesie tego projektu, powiedział mi:

– Znam te tereny całkiem nieźle. Niektórych tamtejszych obszarów archeolodzy w ogóle nie badali. Miejscowi często opowiadali mi o różnych miejscach, które widzieli podczas polowania w lesie – wielkich ruinach i posągach. Większość tych historii jest prawdziwa. Ci ludzie nie mają powodu, by kłamać.

Dodał, że w samych tekstach majańskich znajdują się tajemnicze uwagi na temat miast i świątyń, których nie sposób odnieść do żadnych znanych stanowisk archeologicznych. Ten teren to ostatnie miejsce na Ziemi, gdzie mogłoby się znajdować nieodkryte od stuleci prekolumbijskie miasto.

Gordon Willey, nieżyjący już majolog z Harvardu, od razu przywołał legendę o Białym Mieście.

– Pamiętam, że gdy byłem w Hondurasie w 1970 roku, krążyły różne historie o miejscu zwanym Ciudad Blanca, Białe Miasto. Miało leżeć w głębi lądu daleko od wybrzeża. Gadały o nim po barach różne typki i uznałem, że pewnie chodzi o jakieś wapienne klify.

Mimo to Willey postanowił sprawdzić ich relacje.

– Nie dostałem jednak pozwolenia na wyprawę. – Władze Hondurasu rzadko wydają zezwolenia na badania archeologiczne w dżungli z uwagi na związane z nimi niebezpieczeństwa.

Tydzień później zadzwonił do mnie pracodawca Bloma. Nazywał się Steve Elkins i przedstawił się jako „filmowiec, ciekawski facet, łowca przygód”. Chciał wiedzieć, dlaczego wziąłem Bloma na spytki.

Odparłem, że chciałbym napisać krótki artykuł do „New Yorkera” na temat poszukiwań legendarnego miasta, cokolwiek to było. W końcu zgodził się porozmawiać, ale tylko pod warunkiem, że nie podam lokalizacji ruin ani nazwy kraju. Nieoficjalnie przyznał, że faktycznie szukają Ciudad Blanca, znanego także jako Zaginione Miasto Boga Małp. Zabronił mi jednak o tym wspominać do czasu, gdy potwierdzą swoje przypuszczenia w terenie.

– Napisz tylko, że chodzi o zaginione miasto gdzieś w Ameryce Środkowej. Nie pisz, że w Hondurasie, bo będziemy mieli przewalone.

Elkins słyszał zarówno europejskie, jak i miejscowe legendy o Białym Mieście, „rozwiniętym i bogatym, o rozległej sieci handlowej”, które leżało gdzieś w głębi niedostępnych gór Mosquitii. Od wieków nie tknęła go ludzka stopa i pozostawało równie nienaruszone jak w dniu, gdy je opuszczono. Byłoby to odkrycie archeologiczne o ogromnym znaczeniu. „Uznaliśmy, że dzięki zdjęciom lotniczym ustalimy właściwy obszar i wybierzemy obiecujące cele do dalszej naziemnej eksploracji”, powiedział Elkins. Blom wraz z ekipą skupili się ostatecznie na terenie o powierzchni około dwóch i pół kilometra kwadratowego, który nazwali Celem Numer Jeden – w skrócie T1 – gdzie, jak się wydawało, znajdują się jakieś spore budowle. Elkins odmówił dalszych wyjaśnień.

– Nie mogę ci nic więcej powiedzieć, bo te zdjęcia lotnicze każdy może kupić. Każdy może nas ubiec i przypisać sobie wszelkie zasługi. Ktoś może również splądrować miasto. Natomiast my musimy już tylko tam pojechać i planujemy ruszyć na wiosnę. A wtedy – dodał – mam nadzieję, że ogłosimy światu wielkie nowiny[6].

rozdział 3

ZABIŁ GO DIABEŁ, BO OŚMIELIŁ SIĘ SPOJRZEĆ NA TO ZAKAZANE MIEJSCE

Najjaśniejszy Panie,

[...] Otrzymałem wiarygodne wieści o istnieniu ogromnych, bogatych krain, którymi rządzą potężni władcy. [...] Ustaliłem, że jedna znajduje się dziesięć dni marszu z miasta Trujillo, czyli w odległości od 50 do 60 mil angielskich[7]. Doniesienia na jej temat są tak cudowne, że nawet biorąc poprawkę na przesadę, jest ona bogatsza od Meksyku, ma równie wiele miast i osad oraz podobną gęstość populacji, a także ustrój.

W 1526 roku Hernán Cortés napisał słynny piąty list do cesarza Karola V, przebywając na pokładzie swojego statku zacumowanego w zatoce Trujillo u wybrzeży Hondurasu. Historycy i antropolodzy uważają, że raport ten, napisany sześć lat po podboju Meksyku, zasiał ziarno mitu o Ciudad Blanca – Mieście Boga Małp. Zważywszy że „Meksyk”, czyli imperium Azteków, posiadał oszałamiające bogactwa oraz stolicę liczącą co najmniej trzysta tysięcy mieszkańców, zapewnienia Cortésa, iż nowa kraina jest jeszcze wspanialsza, zasługują na uwagę. Pisał, że Indianie nazywają ją „Prastarą Krainą Czerwonej Ziemi”, i podawał niejasne wskazówki umiejscawiające ją gdzieś w górach Mosquitii.

Jednak wtedy wśród ludzi Cortésa wybuchł bunt, który trzeba było stłumić, toteż ostatecznie nie wyruszono na poszukiwanie Prastarej Krainy Czerwonej Ziemi. Patrząc na poszarpane szczyty gór, dobrze widoczne z zatoki, Hiszpan musiał rozumieć, że taka wyprawa byłaby wielkim wyzwaniem. Legenda zaczęła jednak żyć własnym życiem, tak jak opowieści o El Dorado powtarzane od wieków w Ameryce Południowej. Dwadzieścia lat po powstaniu piątego listu Cortésa misjonarz Cristóbal de Pedraza, który miał później zostać pierwszym biskupem Hondurasu, twierdził, że podczas jednej ze swych trudnych podróży misjonarskich zapuścił się głęboko w góry Mosquitii i ujrzał niezwykły widok: ze stromego klifu oglądał położone w dolinie rzeki wielkie bogate miasto. Indiański przewodnik powiedział mu, że możni tej krainy jedzą i piją ze złotych naczyń. Pedrazy nie interesowało jednak złoto – ruszył dalej, omijając dolinę. Niemniej list, który napisał później do Karola V, podsycił legendę.

Przez kolejne trzysta lat geografowie i podróżnicy opowiadali różne historie o ruinach miast w Ameryce Środkowej. W latach 30. XIX wieku nowojorczyka Johna Lloyda Stephensa ogarnęła obsesja na punkcie zaginionych miast w środkowoamerykańskich lasach deszczowych – postanowił je odkryć, jeśli rzeczywiście istnieją. Udało mu się zdobyć posadę ambasadora w efemerycznym państwie, jakim były Zjednoczone Prowincje Ameryki Środkowej. Przybył do Hondurasu w 1839 roku, w czasie gdy ZPAŚ rozpadały się wśród brutalnych wstrząsów wojny domowej. W panującym chaosie dostrzegł szansę – choć niebezpieczną – by samodzielnie ruszyć na poszukiwania tajemniczych ruin.

Zabrał ze sobą znakomitego brytyjskiego artystę Fredericka Catherwooda, który zaopatrzył się w urządzenie zwane camera lucida, aby móc wyświetlić na kartonie i odrysować nawet najmniejsze detale napotkanych znalezisk. We dwóch, w towarzystwie miejscowych przewodników, przemierzali Honduras tropem pogłosek o wspaniałym mieście. Zapuściwszy się w głąb lądu, trafili w końcu do nędznej, nieprzyjaznej, dręczonej plagą komarów wioski Copán, leżącej na brzegu rzeki opodal granicy z Gwatemalą. Dowiedzieli się od tubylców, że na drugim brzegu rzeczywiście znajdują się starodawne świątynie zamieszkiwane wyłącznie przez małpy. Stojąc na plaży, zobaczyli po przeciwnej stronie rzeki mury z ociosanego kamienia. Przebyli nurt na mułach, wspięli się po schodach i wkroczyli do miasta.

„Weszliśmy po szerokich kamiennych stopniach – pisał później Stephens – które w pewnych miejscach zachowane były w doskonałym stanie, a w innych zniszczone przez wyrastające ze szczelin drzewa, po czym dotarliśmy do tarasu, którego formy nie sposób byłoby dostrzec wśród roślinności. Przewodnik torował nam drogę maczetą [...] przez gęste zarośla i raptem trafiliśmy na kamienną kolumnę o kwadratowej podstawie. [...] Od frontu widniała na niej postać osobliwie i bogato ubranego mężczyzny o twarzy poważnej, surowej i budzącej grozę – był to bez wątpienia czyjś rzeźbiarski portret. Z tyłu zobaczyliśmy wzór, który z niczym nam się nie kojarzył, zaś boki pokrywały hieroglify”.

Obraz Indian, jaki do tego momentu posiadała większość mieszkańców Ameryki Północnej, opierał się na lekturach i spotkaniach z łowiecko-zbierackimi plemionami żyjącymi wzdłuż granicy. Rdzennych mieszkańców Nowego Świata postrzegano jako „półnagich dzikich Indian”, którzy nigdy nie wypracowali nic, co można by określić mianem „cywilizacji”.

Wyprawy Stephensa zmieniły ten obraz. Był to ważny moment dziejowy – świat przekonał się, że w Amerykach istniały odrębne zdumiewające cywilizacje. Stephens pisał: „Nieoczekiwany widok tej kolumny w jednej chwili na zawsze rozwiał wszelkie nasze wątpliwości odnośnie dziejów Ameryki [...], dowodząc z pełną mocą nowo odkrytych dowodów historycznych, że ludzie zamieszkujący niegdyś kontynent amerykański nie byli dzicy”. Nazywany Majami lud, który zbudował rozległe miasto pełne piramid i świątyń, pokrywając gmachy pismem hieroglificznym, utworzył cywilizację równie zaawansowaną jak starożytne kultury Europy.

Stephens, jak na rzutkiego przedsiębiorczego Amerykanina przystało, bezzwłocznie nabył ruiny Copán za pięćdziesiąt dolarów od właściciela tych ziem i stworzył plan (później zarzucony), by wszystkie budynki rozebrać, załadować na barki, przewieźć do Stanów i tam zrekonstruować jako atrakcje turystyczne. Przez kilka kolejnych lat Stephens i Catherwood badali starożytne miasta Majów od Meksyku po Honduras, tworząc ich mapy i wszystko rejestrując. Nigdy jednak nie zapuścili się do Mosquitii – być może odstraszyły ich góry i dżungle znacznie trudniejsze do pokonania niż wszelkie inne przeszkody, na jakie natrafili dotąd na terytoriach Majów.

Wydali dwutomową pracę o swoich odkryciach zatytułowaną Incidents of Travel in Central America, Chiapas, and Yucatan (Wydarzenia z podróży do Ameryki Środkowej, Chiapas i Jukatanu) pełną emocjonujących historii o ruinach, bandytach i morderczych przeprawach przez dżunglę, którą Catherwood bogato zilustrował znakomitymi rysunkami. Ich książka stała się jednym z największych bestsellerów literatury faktu w XIX wieku. Amerykanie rozentuzjazmowali się na myśl, że Nowy Świat miał miasta, świątynie i kolosalne zabytki na miarę tych ze Starego Świata, nieustępujące piramidom egipskim i chwalebnym budowlom starożytnego Rzymu. Dzieło Stephensa i Catherwooda zapoczątkowało w Stanach romantyczną wizję zaginionych miast, utrwalając powszechne przekonanie, że dżungle Ameryki Środkowej kryją jeszcze mnóstwo sekretów.

Niebawem cywilizacja Majów stała się najintensywniej badaną dawną kulturą Nowego Świata. Zajmowali się tym nie tylko naukowcy. Kościół Świętych w Dniach Ostatnich dopatrzył się w Majach jednego z zaginionych plemion Izraela – Lamanitów – o których opowiada wydana w 1830 roku Księga Mormona. Według niej Lamanici opuścili Izrael i około 600 roku przed naszą erą pożeglowali do Ameryki. Ich potomkom w Nowym Świecie objawił się Jezus i nawrócił ich na chrześcijaństwo. Księga opisuje także wiele innych wydarzeń sprzed przybycia Europejczyków.

W XX wieku Kościół Mormoński wysłał wielu hojnie finansowanych archeologów do Meksyku i Ameryki Środkowej, by potwierdzili te opowieści za pomocą wykopalisk. Choć ich prace zaowocowały wieloma wartościowymi odkryciami, badania okazały się dla nich wyjątkowo trudne – stojąc przed jednoznacznymi dowodami, że mormońska wizja historii jest błędna, część z nich utraciła wiarę, zaś kilkoro z grona tych, którzy głośno wyrażali swoje wątpliwości, zostało ekskomunikowanych.

Wyglądało na to, że terytoria majańskie rozciągające się od południowego Meksyku po Honduras kończą się na Copán. Rozległe, zalesione góry na wschód od tego miasta, zwłaszcza te w Mosquitii, były tak niebezpieczne, że prawie ich nie eksplorowano i przeprowadzono tam bardzo niewiele badań archeologicznych. Na wschód od Copán odkrywano pozostałości innych prekolumbijskich kultur spoza kręgu majańskiego, ale te przeszłe społeczności pozostawały nieuchwytne i słabo zbadane. Trudno było określić, jak daleko na wschód i południe sięgały wpływy Majów. Wobec braku wiedzy krzewiły się sensacyjne pogłoski o coraz większych i bogatszych miastach – może majańskich, a może nie – ukrytych w niedostępnej puszczy. Historie te fascynowały nie tylko archeologów, ale także poszukiwaczy skarbów.

Na początku XX wieku liczne opowieści i plotki zlały się w legendę o świętym, zakazanym Ciudad Blanca – mieście będącym prawdziwym kulturowym skarbem, które wciąż czeka na odkrycie. Tę nazwę nadali mu zapewne Indianie Pech (znani też jako Paya) z Mosquitii. Antropolodzy usłyszeli od nich relacje o „Kaha Kamasa”, czyli Białym Domu, leżącym ponoć za górską przełęczą u zbiegu dwóch rzek. Niektórzy Indianie twierdzili, że miejsce to było azylem, do którego szamani ich ludu uciekli przed nacierającymi Hiszpanami, by już nigdy nie powrócić. Inni uważali z kolei, że Hiszpanie wkroczyli w mury Białego Miasta, lecz zostali przeklęci przez bogów i zginęli lub zostali na zawsze pochłonięci przez las. Jeszcze inne indiańskie historie opisują miasto tragiczne, dotknięte licznymi kataklizmami, którego mieszkańcy odeszli, uświadomiwszy sobie, że bogowie się na nich gniewają. Z biegiem wieków stało się miejscem przeklętym, w którym każdy przybysz umierał na jakąś chorobę lub ginął z rąk diabła. Istniały także amerykańskie wersje tej legendy: badacze, poszukiwacze złota oraz pierwsi lotnicy opowiadali o połyskujących wapiennych ruinach murów obronnych wyrastających ponad roślinność gdzieś w środkowej części Mosquitii. Wydaje się prawdopodobne, że wszystkie te historie – tubylcze, hiszpańskie i amerykańskie – połączyły się, tworząc podstawę legendy o Białym Mieście albo Małpim Bogu.

Chociaż wielu podróżników pojechało śladami odkryć Stephensa do lasów deszczowych Ameryki Środkowej, niemal żaden z nich nie zapuścił się na odstraszające tereny Mosquitii. W latach 20. XX wieku luksemburski etnolog Edouard Conzemius badał je jako jeden z pierwszych Europejczyków, pływając dłubanką po rzece Plátano. Podczas wyprawy doszły go słuchy o „ważnych ruinach, które dwadzieścia lub dwadzieścia pięć lat temu odkrył pewien poszukiwacz kauczuku po tym, jak zgubił się w puszczy między rzekami Plátano i Paulaya”. Raportował dalej: „Człowiek ten opisywał fantastyczne widoki. Mówił o ruinach ważnego miasta z budynkami z białego, podobnego do marmuru kamienia. Otaczały je wysokie mury z tego samego materiału”. Wkrótce po zrelacjonowaniu swojego odkrycia zbieracz kauczuku zniknął. „Zabił go diabeł, bo ośmielił się spojrzeć na to zakazane miejsce” – powiedział Conzemiusowi pewien Indianin. Gdy etnolog próbował wynająć przewodnika do Białego Miasta, Indianie udawali, że nie znają drogi. Bali się, jak mu powiedziano, że jeśli je przed nim odkryją, zginą.

Przed rokiem 1930 rozpowszechniająca się legenda przykuła uwagę amerykańskich archeologów i dużych instytucji, które uważały nie tylko za możliwe, lecz wręcz prawdopodobne, że w niezbadanych górskich dżunglach na skraju obszaru Majów kryje się zrujnowane miasto, a może nawet zaginiona cywilizacja[8]. Być może chodzi o jedną z kultur majańskich, a może jakąś inną, zupełnie nieznaną.

Na początku lat 30. Biuro Etnologii Ameryki przy Instytucie Smithsona wysłało archeologa na wschód od Copán, by określił, czy cywilizacja Majów istniała w dzikich dżunglach Mosquitii. Naukowiec ten, William Duncan Strong, był człowiekiem wyprzedzającym swoje czasy: spokojnym, starannym, rzetelnym w badaniach, stroniącym od sensacji i rozgłosu. Jako jeden z pierwszych badaczy stwierdził, że Mosquitię zamieszkiwał jakiś starożytny lud i nie byli to Majowie. Spędził pięć miesięcy 1933 roku na podróżach po Hondurasie – dłubanką przemierzał Rio Patuca i niektóre jej dopływy. Prowadził ilustrowany dziennik, który obecnie przechowuje Instytut Smithsona. Wypełniają go szczegółowe opisy oraz detaliczne rysunki ptaków, zabytków i krajobrazów.

Strong odkrył ważne stanowiska archeologiczne, które starannie opisał i naszkicował, a ponadto przeprowadził kilka próbnych wykopalisk. Odkrył między innymi kopce stanowiska La Floresta, starożytne osady Wankibila i Dos Quebradas oraz Brown Site. Podróż upływała mu burzliwie – na pewnym jej etapie odstrzelono mu nawet palec. (Nie ma pewności, co się dokładnie stało – niewykluczone, że przypadkowo sam go sobie odstrzelił). Zmagał się z deszczem, owadami, jadowitymi wężami i gąszczem dżungli.

Strong natychmiast zdał sobie sprawę, że miast, które odkrywa, nie założyli Majowie. Lud ten budował z kamienia, podczas gdy w badanym regionie rozwijała się odrębna wyrafinowana kultura tworząca ogromne nasypy. Jednak choć badania Stronga wykazały niezbicie, że Mosquitia nie należała do obszaru majańskiego, nasunęły więcej pytań niż odpowiedzi. Kim byli ci ludzie, skąd przywędrowali i dlaczego dopiero teraz natknięto się na pierwsze ślady po nich? Jakim cudem żyli i uprawiali ziemię w tak trudnym, pokrytym dżunglą terenie? Jakie relacje łączyły ich z potężnymi majańskimi sąsiadami? Kopce i kurhany stanowiły kolejną tajemnicę: czy kryły się w nich zagrzebane budynki lub grobowce, czy też wznoszono je w jakichś innych celach?

Strong, odkrywając kolejne starożytne cuda, wciąż słyszał opowieści o najwspanialszej z wszystkich ruin – Białym Mieście – które jednak lekceważył, nazywając je „milutką legendą”. Gdy siedział na brzegu Rio Tinto w głębi Mosquitii, miejscowy informator opowiedział mu następującą historię, którą badacz zanotował w notesie pod nagłówkiem „Zakazane Miasto”.

To zaginione miasto, pisał, znajduje się na brzegu jeziora położonego w głębi gór na północy, a wokół jego białych murów rozciągają się zagajniki drzew pomarańczowych, cytrynowców i palm bananowych. Lecz jeśli kogoś skusi zakazany owoc, zagubi się wśród tych wzgórz na zawsze. „Tak mówi legenda – pisał Strong – ale lepiej byłoby postąpić jak ojciec jednego z informatorów, który szedł wzdłuż biegu rzeki, aż zamieniła się w wąski strumyk szemrzący wśród ciemnych skał i drzew, a potem, nie mając innego wyjścia, zawrócił. Dzięki temu miasto wciąż tam pozostanie. «Zakazany owoc» – «Ciudad Blanca» – zapewne jeszcze długo będzie kusił ciekawskich”.

Te wszystkie pogłoski, legendy i opowieści przygotowały grunt pod kolejny etap eksploracji. Polegał on z jednej strony na organizowaniu gorączkowych i niepomyślnych ekspedycji w poszukiwaniu zaginionego miasta, a z drugiej – na podjęciu pierwszych poważnych badań archeologicznych w regionie. I wszystkie te działania przyczyniły się ostatecznie do odkrycia sekretu Białego Miasta.

[...]

1. Widok na rzekę Pao. Zaginione miasto leży przy jej nienazwanym dopływie

2. Pierwsze strony honduraskiego dziennika Williama Duncana Stronga z 1933 roku. Strong był jednym z pierwszych archeologów, którzy badali ten region

3. Sam Glassmire (po lewej) w 1959 roku wraz z jednym z przewodników podczas polowania na Białe Miasto

4. Ręcznie narysowana mapa Sama Glassmire’a ukazująca położenie „Zaginionego Miasta”, które odkrył podczas wyprawy w 1960 roku

[...]

ŹRÓDŁA ZDJĘĆ

1. Douglas Preston

2. Honduras 1933, Dziennik wyprawy #1, Box 20, William Duncan Strong Papers, National Anthropological Archives, Smithsonian Institution

3. Zdjęcie dzięki uprzejmości Bonita Brody’ego Stewarta

4. Rysunek mapy przekazany przez Bonitę Brody’ego Stewarta

PRZYPISY

[1] Co mniej więcej odpowiada całej powierzchni Austrii albo łącznej powierzchni województw mazowieckiego i łódzkiego [przyp. red.].

[2] W Polsce średnio około 600 milimetrów, w Tatrach – około 1700 milimetrów [przyp. red.].

[3] Jeden z czterech najstarszych pułków brytyjskich o rodowodzie sięgającym drugiej połowy XVII wieku [przyp. red.].

[4] To zdjęcie można łatwo znaleźć w sieci, jeśli ktoś ma dość mocne nerwy na takie widoki.

[5] Nazwa La Mosquitia nie pochodzi jednak od moskitów. Wzięła się raczej od nazwy zamieszkującego wybrzeże ludu tubylczego o mieszanym indiańskim, europejskim i afrykańskim pochodzeniu, który przed wiekami nabył od Hiszpanów muszkiety (po hiszpańsku mosquetes) i odtąd był nazywany Miskito, Mosquito lub Ludem Muszkietowym. Niektórzy twierdzą jednak, że nazwa obszaru pochodzi z ich rdzennego języka.

[6] Mój artykuł ukazał się w wydaniach „New Yorkera” z 20 i 27 października 1997 roku.

[7] Od przeszło osiemdziesięciu do prawie stu kilometrów [przyp. red.].

[8] Dzisiejsi archeolodzy unikają słowa „cywilizacja”, ponieważ wskazuje ona na wyższość jednych ludów nad innymi – wolą posługiwać się terminem „kultura”. Sam jednak będę się nim dalej posługiwał przy założeniu, że nie chodzi o wartościowanie, lecz wskazanie, iż dana kultura jest złożona i zajmuje duży obszar.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zaginione Miasto Boga Małp Poza granicą lodu Karmazynowy brzeg Błękitny labirynt Zaginiona wyspa Projekt Kraken 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran