Dług. Pierwsze pięć tysięcy lat

Dług. Pierwsze pięć tysięcy lat

Autorzy: David Graeber

Wydawnictwo: Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Kategorie: Publicystyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 58.47 zł

Wszystkie podręczniki ekonomii mówią to samo. Pieniądz wynaleziono po to, by zastąpić uciążliwy i skomplikowany barter – aby starożytni nie musieli już nosić swoich towarów na rynek. Co jest nie tak w tej wersji historii? Otóż nie ma cienia dowodu na jej prawdziwość.

 

Antropolog David Graeber w porywający sposób pokazuje, że to nie pieniądz, ale dług był i jest podstawą naszej ekonomii, a często także moralności.

 

Już w okresie narodzin rolniczych imperiów ludzie korzystali z rozbudowanych systemów kredytowych. Dług stał się wygodnym narzędziem władzy i podporządkowania sobie dłużników. System jednak nie mógł funkcjonować bez nasilającej się przemocy. Dłużnicy niemogący spłacić swoich wierzycieli stawali się niewolnikami. Aby uniknąć rozruchów i rewolucji, władcy regularnie umarzali długi swoich poddanych.

 

 

Dług. Pierwsze pięć tysięcy lat to fascynująca kronika tej słabo znanej części historii. Pokazuje wpływ historii długu na przebieg ludzkich losów i jej związek z dzisiejszymi kryzysami finansowymi. Pyta również o to, co w istocie jesteśmy sobie nawzajem winni i co to właściwie znaczy, a także podważa powszechne przekonanie, że dług zawsze musi zostać spłacony.

David Graeber

Dług. Pierwsze pięć tysięcy lat

Warszawa 2018

Originally published in the English language by Melville House Publishing USA, under title Debt: The First 5,000 Years

First published in hardcover in 2011

First Melville House printing of this edition: October 2014

Copyright © 2011, 2012, 2014 David Graeber

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2018

Wydanie polskie oparte na oryginalnym wydaniu zaktualizowanym i rozszerzonym (2014)

All rights reserved

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-65853-46-2

Supported by a grant from the Open Society Foundations.

Książka ukazuje się przy wsparciu Open Society Foundations.

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Rozdział 1. O doświadczeniu moralnego zamętu

Rozdział 2. Mit barteru

Rozdział 3. Przedwieczne długi

Rozdział 4. Okrucieństwo i odkupienie

Rozdział 5. Krótki traktat o moralnych podstawach stosunków gospodarczych

Rozdział 6. Gry w płeć i śmierć

Rozdział 7. Honor i poniżenie

Rozdział 8. Kredyt kontra kruszec

Rozdział 9. Epoka osiowa

Rozdział 10. Wieki średnie

Rozdział 11. Epoka wielkich kapitalistycznych imperiów

Rozdział 12. Początek czegoś nowego

Posłowie

Bibliografia

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

1 O doświadczeniu moralnego zamętu

dług

1. suma pieniędzy, którą należy zwrócić

2. stan, w którym znajduje się osoba zobowiązana do spłaty pieniędzy

3. uczucie wdzięczności za otrzymaną przysługę lub świadczenie

Oxford English Dictionary

Jeśli jesteś winien bankowi sto tysięcy dolarów, masz problem. Jeśli jesteś winien sto milionów dolarów, problem ma bank.

amerykańskie przysłowie

Dwa lata temu, w rezultacie kilku zbiegów okoliczności, znalazłem się na przyjęciu w ogrodzie opactwa westminsterskiego. Czułem się trochę nieswojo. Nie chodzi o to, że reszta gości nie była sympatyczna i miła. Ojciec Graeme, organizator przyjęcia, okazał się uprzejmym i czarującym gospodarzem. Mimo wszystko czułem się mocno nie na miejscu. W pewnym momencie ojciec Graeme poinformował mnie, że przy pobliskiej fontannie czeka ktoś, z kim z pewnością zechcę porozmawiać. Osobą tą była szczupła, elegancka kobieta pracująca, jak wyjaśnił, jako adwokatka: „Choć bardziej w typie działaczki. Pracuje w fundacji, która zapewnia obsługę prawną londyńskim ruchom walczącym z ubóstwem. Przypuszczalnie będziecie mieli o czym rozmawiać”.

Wdaliśmy się w pogawędkę. Opowiedziała mi o swojej pracy. Powiedziałem jej, że przez wiele lat byłem aktywnym działaczem ruchu na rzecz sprawiedliwości na świecie – „ruchu alterglobalistycznego”, jak o nim mówiły media. Wzbudziło to jej zainteresowanie: czytała oczywiście sporo o Seattle, Genui, gazie łzawiącym i starciach ulicznych, ale… Cóż, czy rzeczywiście udało nam się w ten sposób cokolwiek wywalczyć?

– Właściwie to – podjąłem – zdumiewa mnie, jak wiele zdołaliśmy osiągnąć w ciągu tych pierwszych paru lat.

– Na przykład?

– Na przykład udało nam się niemal doszczętnie rozmontować MFW.

Jak się okazało, nie wiedziała dokładnie, czym jest MFW, więc wyjaśniłem, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy w praktyce odgrywa rolę światowego egzekutora długów: „Coś w stylu gości, którzy przyjeżdżają połamać ci ręce, tyle że w świecie wielkiej finansjery”. Zacząłem rozwodzić się nad tłem historycznym, opowiadając, jak w latach 70., w czasie kryzysu naftowego, kraje OPEC wpompowały tak wiele swoich nowo nabytych bogactw w zachodnie banki, że te miały kłopoty ze znalezieniem sensownych inwestycji. Powiedziałem o Citibanku i Chase, które rozesłały wówczas po świecie swoich gońców, aby przekonali dyktatorów i polityków w krajach Trzeciego Świata do zaciągnięcia pożyczek (nazywało się to wtedy „bankowością spekulacyjną”). Wspomniałem, że początkowo miały one skrajnie niskie stopy procentowe, które niemal natychmiast poszybowały do około dwudziestu procent wskutek rygorystycznej polityki pieniężnej Stanów Zjednoczonych na początku lat 80., co w tej i następnej dekadzie doprowadziło do kryzysu zadłużenia w Trzecim Świecie. Do akcji wkroczył wówczas MFW, dając do zrozumienia, że biedne kraje, które chcą uzyskać refinansowanie swoich pożyczek, zostaną zobowiązane do porzucenia regulacji cen na podstawowe artykuły żywnościowe oraz rezygnacji z utrzymywania strategicznych rezerw żywności, a także darmowej służby zdrowia i nieodpłatnej edukacji. Wszystko to zniszczyło najważniejsze źródła wsparcia wielu najbiedniejszych i najbardziej bezbronnych ludzi na świecie. Mówiłem o biedzie, przemocy, niedożywieniu, beznadziei i złamanym życiu.

– Ale jakie było wasze stanowisko? – zapytała prawniczka.

– W sprawie MFW? Chcieliśmy jego rozwiązania.

– Nie, mam na myśli dług Trzeciego Świata.

– Chcieliśmy go anulować. Pierwszym żądaniem było powstrzymanie MFW przed narzucaniem reform strukturalnych, z których wynikały największe problemy. To jednak udało nam się przeforsować zaskakująco szybko. Bardziej długofalowym celem była kasacja długu. Coś w rodzaju biblijnego jubileuszu. Z naszego punktu widzenia – ciągnąłem – trzydzieści lat, kiedy pieniądze płynęły z najbiedniejszych państw do najbogatszych, zdecydowanie wystarczy.

– Ale przecież oni pożyczyli pieniądze! – zaprotestowała, jakby była to sprawa zupełnie oczywista. – Człowiek powinien spłacać swoje długi.

W tym momencie zorientowałem się, że nasza rozmowa pójdzie w zupełnie innym kierunku, niż się tego początkowo spodziewałem.

Od czego by tu zacząć? Mogłem zwrócić uwagę, że pożyczki zostały zaciągnięte przez niewybranych przez nikogo dyktatorów, którzy większość z tych pieniędzy wpłacili zaraz na swoje szwajcarskie konta, i poprosić prawniczkę, aby zastanowiła się nad sprawiedliwością żądań, aby roszczenia wierzycieli zostały uregulowane nie przez dyktatora albo jego kolesiów, ale, najzupełniej dosłownie, przez odebranie żywności głodnym dzieciom. Albo poprosić ją, żeby pomyślała, jak wiele z tych biednych krajów spłaciło już do tej pory trzykrotność albo czterokrotność swojego długu, ale dzięki magicznej sztuczce procentu składanego wciąż nie zaczęło spłacać kwoty głównej. Mogłem również powiedzieć, że istnieje różnica między refinansowaniem pożyczek a domaganiem się, aby korzystające z refinansowania kraje wprowadziły ortodoksyjne wolnorynkowe rozwiązania wymyślone w Waszyngtonie albo Zurychu, na które nie wyrazili i nigdy nie wyrażą zgody ich obywatele, i że to odrobinę nieuczciwe wymagać od kogoś przyjęcia demokratycznej konstytucji, a następnie upierać się, że bez względu na to, kto zostanie wybrany, i tak nie będzie sprawował faktycznej kontroli nad prowadzoną przez te kraje polityką. Mogłem dodać, że narzucona przez MFW polityka ekonomiczna po prostu się nie sprawdza. Podstawowy problem polegał wszakże na czym innym. Było nim samo założenie, że człowiek musi spłacać swoje długi.

W stwierdzeniu tym najbardziej zdumiewająca jest w istocie jego fałszywość nawet z punktu widzenia standardowej teorii ekonomicznej. Pożyczkodawca godzi się zawsze na pewien stopień ryzyka. Jeśli wszystkie długi, bez względu na to, jak idiotyczne, dałoby się w każdych warunkach odzyskać – gdyby nie istniało na przykład prawo o bankructwie – skutki byłyby katastrofalne. Czy pożyczkodawcy mieliby wówczas powód, aby nie udzielać głupich kredytów?

– Wiem, że to brzmi banalnie – powiedziałem – ale zabawne w tym wszystkim jest to, że z ekonomicznego punktu widzenia pożyczki powinny działać zupełnie inaczej. Instytucje finansowe mają stanowić kanały doprowadzające zasoby do opłacalnych inwestycji. Gdyby bank miał gwarancję, że otrzyma z powrotem swoje pieniądze wraz z oprocentowaniem bez względu na to, co zrobi, system przestałby działać. Powiedzmy, że wszedłbym do najbliższego oddziału Królewskiego Banku Szkocji, mówiąc, że właśnie dostałem bardzo wiarygodne informacje na temat koni biorących udział w gonitwie. „Pożyczycie mi państwo parę milionów funtów?” Rzecz jasna zostałbym przez pracowników banku wyśmiany. Zdają sobie przecież sprawę, że gdyby mój koń nie dobiegł do mety, nie mieliby szans odzyskać swoich pieniędzy. Ale wyobraźmy sobie, że istniałoby prawo gwarantujące im zwrot pieniędzy bez względu na okoliczności, nawet jeśli oznaczałoby to, bo ja wiem, sprzedanie przeze mnie do niewoli własnej córki, oddanie swoich organów czy coś w tym stylu. Wówczas czemu nie? Po co czekać na kogoś, kto położy na stole realistyczny plan założenia samoobsługowej pralni? W gruncie rzeczy jednak do tego sprowadza się świat powołany do życia przez MFW – do stworzenia warunków, w których banki będą gotowe z własnej woli przekazać miliardy dolarów w ręce garstki ewidentnych oszustów.

Nie doszedłem do tego punktu, ponieważ mniej więcej w tym momencie pojawił się pijany finansista i zorientowawszy się, że rozmawiamy o pieniądzach, zaczął opowiadać zabawne anegdotki o zagrożeniach dla moralności – które dość nieoczekiwanie zmieniły się po chwili w długie i niezbyt wciągające sprawozdanie z jednego z jego podbojów erotycznych. Oddaliłem się.

Po kilku dniach wciąż słyszałem jednak w głowie to zdanie: „Człowiek powinien spłacać swoje długi”.

Jego siła wynika w rzeczywistości z faktu, że nie jest to twierdzenie o charakterze ekonomicznym, lecz moralnym. Czy regulowanie swoich długów nie jest przypadkiem najważniejszym składnikiem moralności? Oddawanie ludziom tego, co im się należy. Akceptacja swoich powinności. Wywiązywanie się ze swoich obowiązków wobec innych, a także oczekiwanie, że oni wywiążą się ze swoich wobec nas. Czy istnieje bardziej oczywisty przykład wymigiwania się od swoich zobowiązań niż złamanie danego przyrzeczenia lub odmowa spłaty długu?

Zdałem sobie sprawę, że to właśnie pozorna oczywistość tego stwierdzenia czyniła je tak podstępnym. Było to jedno z tych zdań, które w pewnych okolicznościach pozwalają przejść do porządku dziennego nad rzeczami paskudnymi. Brzmi to zapewne dość mocno, jednak w obliczu niektórych spraw trudno zachować powściągliwość, zwłaszcza gdy widziało się ich efekty. Przez niemal dwa lata mieszkałem w górach na Madagaskarze. Krótko przed moim przybyciem wybuchła tam epidemia malarii. Miała wyjątkowo ostry przebieg, ponieważ choroby nie było w tym regionie od kilku pokoleń, więc większość ludzi utraciła nabytą wcześniej odporność. Problem polegał na tym, że utrzymanie programu zwalczania komarów wymagało nakładów finansowych, należało bowiem przeprowadzać okresowe testy, aby się przekonać, czy komary nie rozmnażają się ponownie, i rozpylać środki chemiczne, gdyby się okazało, że ich liczba znów rośnie. Nie chodziło o wielkie sumy, jednak ze względu na programy oszczędnościowe narzucone przez MFW rząd musiał ograniczyć testy. Śmierć poniosło dziesięć tysięcy osób. Spotykałem młode matki opłakujące zmarłe dzieci. Wydawałoby się, że niełatwo bronić straty dziesięciu tysięcy istnień ludzkich tylko po to, by Citibank nie musiał się wycofać z pewnej nieodpowiedzialnej pożyczki, która tak czy owak nie miała wielkiego znaczenia dla ogólnego bilansu firmy. Ale oto stała przede mną przyzwoita pod każdym względem kobieta – pracująca zresztą w organizacji dobroczynnej – która uważała za rzecz całkowicie oczywistą, że tak właśnie być powinno. W końcu w grę wchodziły pożyczone pieniądze, a człowiek musi spłacać swoje długi.

■ ■ ■ ■ ■

Zdanie to chodziło za mną przez kilka kolejnych tygodni. Dlaczego dług? Skąd bierze się przedziwna moc tego pojęcia? Dług konsumencki stanowi siłę napędową naszej gospodarki. Z mechanizmu wydatków finansowanych deficytem korzystają wszystkie nowoczesne państwa. Dług stał się kluczowym zagadnieniem polityki międzynarodowej. Najwyraźniej nikt nie wie jednak, czym właściwie on jest ani w jaki sposób o nim myśleć. Fakt, że nie wiemy, czym jest dług, sama wieloznaczność tego pojęcia – stanowi źródło jego mocy. Jeśli historia czegokolwiek uczy, to tego, że nie ma lepszego uzasadnienia stosunków opartych na przemocy, nadania im pozorów moralności, niż przedstawienie ich w kategoriach długu – przede wszystkim dlatego, że to ofiara sprawia wówczas wrażenie strony postępującej niewłaściwie. Rozumieją to mafiosi, podobnie jak dowódcy zwycięskich armii. Przez tysiące lat agresywni mężczyźni potrafili wmówić swoim ofiarom, że są im coś winne. W najgorszym razie „zawdzięczają im życie” (wiele mówiący zwrot1), ponieważ nie zostały zabite.

Współcześnie agresję militarną uznaje się na przykład za zbrodnię przeciw ludzkości, a sądy międzynarodowe orzekające w tego rodzaju kwestiach zwykle żądają od agresorów wypłaty reparacji. Niemcy musiały płacić ogromne sumy po pierwszej wojnie światowej, a Irak wciąż wypłaca reparacje Kuwejtowi po dokonanej przez Saddama Husajna inwazji w 1990 roku. Jednak dług Trzeciego Świata, dług krajów takich jak Madagaskar, Boliwia czy Filipiny, działa w dokładnie odwrotny sposób. Niemal wszystkie zadłużone kraje Trzeciego Świata zostały w pewnym momencie zaatakowane i podbite przez państwa europejskie – często te same, u których kraje te są obecnie zadłużone. W 1895 roku Francja najechała Madagaskar, obaliła rząd ówczesnej królowej Ranavalony III i ogłosiła kraj francuską kolonią. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie generał Gallieni zrobił po przeprowadzeniu „pacyfikacji” – jak zwykło się to wówczas nazywać – było obłożenie wysokimi podatkami malgaskiej ludności. Częściowo po to, aby zwróciły się koszty inwazji, a częściowo dlatego, że francuskie kolonie miały się samofinansować i trzeba było zdobyć środki na budowę planowanych przez francuski rząd kolei, dróg, mostów i plantacji. Malgaskich podatników nigdy nie zapytano, czy chcą tych wszystkich rzeczy ani jak i gdzie należałoby je zbudować2. Przeciwnie: w następnych pięćdziesięciu latach francuska armia i policja zabiły wielu Malgaszów, którzy zbyt głośno protestowali przeciwko narzuconym im rozwiązaniom (ponad pół miliona osób, według niektórych szacunków, w trakcie jednej tylko rewolty z 1947 roku). Madagaskar nigdy nie wyrządził porównywalnych szkód Francji. Mimo to Malgasze od początku słyszeli, że są winni Francji jakieś pieniądze, co nie zmieniło się zresztą do dziś, podobnie jak uznanie takiego stanu rzeczy za sprawiedliwy przez resztę świata. Kiedy „społeczność międzynarodowa” dostrzega w tym kontekście problem moralny, chodzi zwykle o zbyt wolne jej zdaniem tempo spłaty długu przez rząd Madagaskaru.

Jednak dług nie jest tylko sprawiedliwością zwycięzców. Może być również sposobem na ukaranie tych zwycięzców, których nie przewidziano do tej roli. Najbardziej spektakularny przykład stanowi tu historia Republiki Haiti – pierwszego biednego państwa, któremu zostało narzucone permanentne poddaństwo za długi. Haiti było krajem założonym przez dawnych niewolników, którzy – pośród wzniosłych deklaracji uniwersalnych praw i wolności – ośmielili się nie tylko rozpocząć powstanie, ale również pokonać armię napoleońską, przysłaną, by wtrącić ich na powrót w niewolę. Francja natychmiast doszła do wniosku, że nowa republika jest jej dłużna 150 milionów franków za szkody wynikające z zamknięcia plantacji, jak również konieczność pokrycia kosztów nieudanych ekspedycji wojskowych, a wszystkie kraje, nie wyłączając Stanów Zjednoczonych, zgodziły się nałożyć na Haitańczyków embargo do momentu, aż odszkodowanie zostanie wypłacone. Jego suma celowo została ustalona na absurdalnie wysokim poziomie (równowartość 18 miliardów dolarów), a wprowadzone embargo spowodowało, że nazwa „Haiti” stała się od tamtego czasu synonimem długu, biedy i ludzkiego nieszczęścia3.

Czasami dług zdaje się jednak znaczyć coś zupełnie innego. Od 1980 roku Stany Zjednoczone, które domagały się spłaty długu Trzeciego Świata na twardych zasadach, same narobiły długów przekraczających łączne zobowiązania całego Trzeciego Świata – przede wszystkim za sprawą wydatków wojskowych. Amerykański dług zagraniczny przybiera jednak postać obligacji skarbowych znajdujących się w rękach inwestorów instytucjonalnych w krajach (takich jak Niemcy, Japonia, Korea Południowa, Tajwan, Tajlandia, państwa Zatoki Perskiej), które w większości są de facto protektoratami wojskowymi USA – z gęstą siecią amerykańskich baz zaopatrzonych w broń i sprzęt, które zakupiono, powiększając państwowy deficyt. Obecnie, odkąd do gry włączyły się Chiny, sytuacja uległa niewielkim zmianom (Chiny są przypadkiem szczególnym z powodów, które staną się jasne później), jednak nawet Chińczycy zdają sobie sprawę, że fakt posiadania przez nich tak wielkiej liczby amerykańskich obligacji skarbowych czyni ich do pewnego stopnia zależnymi od amerykańskich interesów. Zależność ta działa znacznie słabiej w drugą stronę.

Jaki jest zatem status pieniędzy spływających ciągle do amerykańskiego skarbca? Bliżej im do pożyczki czy daniny? W przeszłości potęgi militarne utrzymujące setki baz wojskowych poza własnym terytorium określało się potocznie mianem „imperiów”, a imperia stale domagały się danin od podlegających im ludów. Amerykański rząd, rzecz jasna, przekonuje, że nie reprezentuje imperium – jednak bez trudu dałoby się bronić poglądu, że jedynym powodem, dla którego upiera się on, by uznawać te transfery pieniężne za „pożyczki”, a nie „daniny”, jest próba ukrycia prawdy na temat tego, z czym w istocie mamy tu do czynienia.

Prawdą jest oczywiście, że pewne rodzaje długów i niektóre kategorie dłużników były przez wieki traktowane inaczej niż reszta. Gdy w latach 20. XVIII wieku brytyjską opinię publiczną poinformowano o warunkach panujących w więzieniach dla dłużników, jedną ze spraw, które najbardziej ją zbulwersowały, był fakt, że więzienia te zwyczajowo dzielono na dwie części. Arystokratyczni więźniowie, którzy często uznawali krótki pobyt we Fleet albo Marshalsea za coś w rodzaju biograficznego szyku, stołowali się obsługiwani przez kelnerów w liberii i regularnie przyjmowali wizyty prostytutek. Po stronie „pospólstwa” zubożali dłużnicy siedzieli skuci razem w niewielkich celach, „pokryci robactwem i brudem”, jak ujmował to jeden z raportów, gdzie umierali w cierpieniu, „bez współczucia, z głodu i wskutek więziennej gorączki”4.

W pewnym sensie współczesne stosunki gospodarcze na świecie to większa wersja tej samej rzeczywistości: Ameryka gra w niej rolę luksusowego dłużnika, Madagaskar – biedaka głodującego w celi obok, a służący bogatych dłużników pouczają go, że sam sprowadził na siebie problemy przez swoją nieodpowiedzialność.

Chodzi w tym również o coś bardziej zasadniczego, kwestię o charakterze filozoficznym, którą należy poddać analizie. Jaka jest różnica między gangsterem wyciągającym pistolet i żądającym, aby dać mu tysiąc dolarów „za ochronę”, a tym samym gangsterem wyciągającym pistolet i żądającym udzielenia mu tysiącdolarowej „pożyczki”? Zasadniczo te sytuacje są oczywiście takie same. Jednak pod pewnymi względami istnieje między nimi różnica. W przypadku amerykańskiego długu wobec Korei czy Japonii, gdyby stosunki sił uległy w pewnym momencie zmianie, gdyby Ameryka utraciła prymat militarny, gdyby gangster stracił swoich pomagierów, na całą tę „pożyczkę” można by spojrzeć zupełnie inaczej. Mogłaby się okazać autentycznym ciężarem. Ale kluczowym elementem w tej układance w dalszym ciągu pozostaje pistolet.

Jeden ze starych skeczów wodewilowych przekazuje tę prawdę w sposób jeszcze bardziej elegancki – tutaj w wersji Steve’a Wrighta:

Parę dni temu idę ulicą z kolegą, zza rogu wypada na nas oprych ze spluwą i mówi: „Wyskakiwać z kasy”.

Sięgam po portfel i myślę sobie: „Może jeszcze nie wszystko stracone”. Wyciągam parę banknotów, odwracam się do kolegi i mówię: „Fred, tu jest te pięćdziesiąt dolców, które byłem ci winien”.

Rabusia tak to rozwścieczyło, że wyciągnął tysiąc dolarów z własnej kieszeni, zmusił Freda do pożyczenia mi tych pieniędzy, a potem mi je znowu zabrał.

W ostatecznym rachunku człowiek ze spluwą może robić to, na co ma ochotę. Jednak nawet zarządzanie porządkiem opartym na przemocy, jeśli ma być efektywne, wymaga ustanowienia pewnego zbioru zasad. Nie mogą one być całkowicie arbitralne. W pewnym sensie nie ma nawet znaczenia ich treść, przynajmniej na początku jest ona obojętna. Rzecz w tym, że gdy zaczyna się ujmować rzeczywistość w kategoriach długu, ludzie nieuchronnie będą stawiać pytania, kto, co i komu jest naprawdę winien.

Dług stanowi przedmiot sporów toczących się przynajmniej od pięciu tysięcy lat. Przez większą część ludzkiej historii – w każdym razie historii państw i imperiów – większość istot ludzkich słyszała, że znajduje się w gronie dłużników5. Historycy, przede wszystkim historycy idei, z niejasnych względów rzadko się zastanawiali, jakie były koszty ludzkie tej sytuacji. Zwłaszcza że – bardziej niż cokolwiek innego – wywoływała ona stale powracający gniew i frustrację. Powiedzcie ludziom, że są gorsi – raczej ich w ten sposób nie uszczęśliwicie, ale zdumiewająco rzadko dochodzi wówczas do zbrojnej rewolty. Powiedzcie ludziom, że są równi reszcie, ale ponieważ ponieśli porażkę, nie zasługują nawet na to, co posiadają – utracili do tego prawo – a szanse na wywołanie gniewu szybko wzrosną. Taka lekcja zdaje się płynąć z historii. Przez tysiące lat walka bogatych z biednymi przyjmowała w dużej mierze postać konfliktu wierzycieli z dłużnikami – sporów dotyczących pożyczek na procent, niewolnictwa za długi, przejęć i zwrotów własności, darowania długów, konfiskaty owiec, zajmowania winnic i sprzedawania dzieci dłużników w niewolę. Z tego samego powodu przez ostatnie pięć tysięcy lat powstania ludowe zaczynały się w ten sam sposób, z zadziwiającą regularnością: od rytualnego zniszczenia rejestru długów – tabliczek, papirusów, ksiąg – w zależności od formy, jaką przyjmował on w danym miejscu i czasie. W następnej kolejności buntownicy zwykle sięgają do ksiąg własności i rejestrów należności podatkowych. Znakomity filolog klasyczny Moses Finley lubił powtarzać, że wszystkie ruchy rewolucyjne w starożytnym świecie miały jeden program: „Anulować długi i podzielić na nowo ziemię”6.

Nasza tendencja do pomijania milczeniem tych faktów jest zastanawiająca, jeśli weźmie się pod uwagę, jak wielka część współczesnego języka religii i moralności ma u swych źródeł właśnie te konflikty. Pojęcia takie jak „dzień zapłaty”7 czy „odkupienie” to tylko pierwsze z brzegu przykłady pochodzące bezpośrednio z języka starożytnych finansów. W szerszym znaczeniu to samo można powiedzieć o „winie”, „wolności”, „przebaczeniu”, a nawet „grzechu”. Spory o to, co, komu i od kogo się należy, odegrały kluczową rolę w kształtowaniu się naszego podstawowego słownictwa dotyczącego dobra i zła.

Pozostałością faktu, że znaczna część języka moralności narodziła się na gruncie sporów o długi, jest widoczna do dziś niespójność tego pojęcia. Kto chce się spierać z królem, musi się odwołać do królewskiego języka, bez względu na sensowność przesłanek stojących u jego podstaw.

Pierwsze, na co natrafia człowiek przyglądający się historii długu, to moralny zamęt. Jego najbardziej oczywistym przejawem jest pojawiające się niemal wszędzie przekonanie, że (1) oddawanie pożyczonych pieniędzy jest kwestią moralnej przyzwoitości, a jednocześnie że (2) wszyscy ludzie parający się pożyczaniem pieniędzy są podli.

Jeżeli chodzi o ostatni punkt, to opinie zmieniały się wielokrotnie. Jedną ze skrajnych możliwości odkrył francuski antropolog Jean-Claude Galey we wschodnich Himalajach, gdzie jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku kasty niższe (nazywano je „pokonanymi”, ponieważ wierzono, że ich członkowie są potomkami ludności podbitej wiele wieków wcześniej przez kastę obecnych właścicieli ziemskich) żyły w stanie ciągłego zadłużenia. Pozbawieni ziemi i bez grosza przy duszy, „pokonani” musieli ubiegać się o pożyczki u właścicieli ziemskich, aby móc cokolwiek zjeść. W całym mechanizmie nie chodziło o pieniądze, wszak sumy były niewielkie, ale o to, że biedni dłużnicy byli zobligowani do spłaty odsetek w formie pracy, co oznaczało, że mieli przynajmniej zapewniony dach nad głową i wyżywienie, remontując i sprzątając domy swoich wierzycieli. Dla „pokonanych” – jak zresztą dla większości ludzi na świecie – najważniejszymi wydatkami w życiu były wesela i pogrzeby. Wymagały one sporych sum, które zawsze pochodziły z pożyczek. W takich przypadkach, jak wyjaśnia Galey, częstą praktykę stanowiło przyjmowanie przez wierzycieli z klasy wyższej jednej z córek pożyczkobiorcy. Niekiedy zabezpieczeniem była ta sama panna młoda, na której ślub biedak musiał pożyczyć pieniądze. Musiała się ona zgłosić do domu wierzyciela po swojej nocy poślubnej, spędzić tam kilka miesięcy jako jego konkubina, a gdy bogacz już się nią znudził, zgodzić się na odesłanie do pobliskiego obozowiska drwali, gdzie przez rok albo dwa odpracowywała dług ojca jako prostytutka. Po jego spłacie wracała do męża i mogła rozpocząć małżeńskie życie8.

Wydaje się to szokujące czy wręcz skandaliczne, ale Galey nie wspomina o jakimś większym poczuciu niesprawiedliwości. Wszyscy zdawali się sądzić, że taka jest kolej rzeczy. Zastrzeżeń nie zgłaszali też miejscowi bramini, będący ostatecznymi arbitrami w sprawach moralności – czemu zresztą trudno się dziwić, ponieważ najwięksi pożyczkodawcy często sami wywodzili się z ich szeregów.

Nie wiadomo, rzecz jasna, co ludzie mówili za zamkniętymi drzwiami. Gdyby grupa maoistowskich buntowników przejęła kontrolę nad tym obszarem (działają oni niekiedy na terenach wiejskich w tym regionie Indii) i zorganizowała proces miejscowych lichwiarzy, nagle pojawiłyby się zapewne bardzo różne głosy.

To, o czym pisze Galey, jest z mojego punktu widzenia jedną z możliwych skrajności: tą, w której sami lichwiarze stanowią najwyższe autorytety moralne. Porównajmy to choćby ze średniowieczną Francją, gdzie moralność pożyczkodawców stała pod znakiem zapytania. Kościół katolicki zawsze zabraniał pożyczania na procent, jednak zasadę tę często łamano, dlatego hierarchia kościelna organizowała misje duszpasterskie, podczas których mnisi z zakonów żebraczych podróżowali z miasteczka do miasteczka, przestrzegając lichwiarzy, że jeśli się nie nawrócą i nie oddadzą w całości odsetek uzyskanych od swoich ofiar, z pewnością skończą w piekle.

Kazania te, z których liczne przetrwały, pełne są drastycznych opowieści o Boskim sądzie nad zatwardziałymi lichwiarzami: o bogaczach dotkniętych szaleństwem lub straszliwymi chorobami, dręczonych na łożu śmierci przez widziadła demonów lub węży, które wkrótce będą pożerać ich ciała. W XII wieku, kiedy wymierzone w lichwiarzy kościelne kampanie osiągnęły apogeum, zaczęto stosować więcej sankcji bezpośrednich. Papież rozesłał do lokalnych parafii instrukcje nakazujące ekskomunikować wszystkich znanych lichwiarzy. Nie można im było udzielać sakramentów i pod żadnym pozorem nie wolno ich było pogrzebać w poświęconej ziemi. Pewien francuski kardynał, Jacques de Vitry, pisał około 1210 roku o przypadku wyjątkowo wpływowego lichwiarza, którego przyjaciele naciskali na księży z własnej parafii, aby ci przymknęli oko na te zasady i pozwolili go pochować na miejscowym cmentarzu:

Ale ponieważ przyjaciele lichwiarza nastawali, ksiądz, by uniknąć ich nacisków, odmówił modlitwę i rzekł im: „Połóżmy jego ciało na ośle i zobaczymy, jaka jest wola Boga i co on uczyni: tam, gdzie osioł go zaniesie, do kościoła, na cmentarz czy gdzie indziej, tam go pochowam”. Trupa umieszczono na ośle, ten nie skręcając ani na prawo, ani na lewo, powiódł go prosto za miasto, na miejsce, gdzie wieszano złodziei na szubienicy, i silnym wierzgnięciem wrzucił go pod szubieniczne widły, do gnojówki9.

W światowej literaturze trudno znaleźć choćby jeden przykład budzącego sympatię lichwiarza – w każdym razie zawodowego lichwiarza, co z definicji oznacza kogoś pożyczającego na procent. Przypuszczalnie żaden inny zawód (chyba że komornik) nie cieszy się równie złą sławą. Jest to tym bardziej uderzające, że w przeciwieństwie do komorników lichwiarze często należą do najbogatszych i najbardziej wpływowych osób w swoich społecznościach. Tymczasem już samo słowo „lichwiarz” przywodzi na myśl finansowe hieny i krew na rękach, funty ciała, handlowanie duszą – a w tle tego wszystkiego Diabła, który sam jest często przedstawiany jako lichwiarz, zły księgowy ze swoimi rejestrami i zestawieniami, względnie jako postać skrywająca się za plecami lichwiarza i czekająca na stosowny moment, by zawładnąć duszą łajdaka, który za sprawą swojej profesji niewątpliwie zmierza najkrótszą ścieżką do piekła.

Historia poucza, że istnieją tylko dwa skuteczne sposoby, dzięki którym człowiek pożyczający na procent może uniknąć moralnego piętna: albo przerzucając zobowiązania na stronę trzecią, albo przekonując, że dłużnik jest od niego jeszcze gorszy. W średniowiecznej Europie feudałowie często stosowali pierwszy z tych sposobów, zatrudniając Żydów. Wielu mówiło nawet o „swoich” Żydach – to jest tych znajdujących się pod ich osobistą opieką. W praktyce oznaczało to zwykle pozbawienie znajdujących się na ich ziemiach Żydów innych środków utrzymania niż lichwa (stanowiło to dla nich gwarancję niemal powszechnej niechęci), a także okresowe kampanie antysemickie, ukazujące Żydów jako istoty godne pogardy. Umożliwiało to również przejęcie ich majątku. Drugi sposób jest oczywiście bardziej popularny. Posługiwanie się nim prowadzi jednak zwykle do wniosku, że wina leży po obu stronach. Cała ta pożyczka to szemrany interes. W efekcie z dużym prawdopodobieństwem dojdzie do potępienia zarówno wierzyciela, jak i dłużnika.

Inne tradycje religijne mają odmienną perspektywę. Hinduistyczne kodeksy prawne z okresu średniowiecza nie tylko zezwalają na udzielanie oprocentowanych pożyczek (pod warunkiem że odsetki nie przekroczą kwoty kredytu), ale często podkreślają, że dłużnik, który nie spłaci długu, odrodzi się jako niewolnik w domu swojego wierzyciela lub – w myśl późniejszych kodeksów – narodzi się ponownie jako koń albo wół. Ta sama tolerancja wobec pożyczkodawców i groźba karmicznej zemsty na dłużnikach pojawiają się w wielu nurtach buddyzmu. Mimo to, gdy tylko ludzie dochodzili do wniosku, że lichwiarze posuwają się za daleko, popularność zyskiwały dokładnie takie same historie jak w Europie. Jedną z nich – zapewniając o jej prawdziwości – opowiada autor pochodzący ze średniowiecznej Japonii. Mówi ona o straszliwym losie Hiromushime, żony bogatego gubernatora prowincji sprawującego rządy około 776 roku. Wyjątkowo chciwa kobieta

dolewała wodę do wina ryżowego i nabijała sobie kabzę, sprzedając rozcieńczone w ten sposób sake. Pożyczając coś komuś, posługiwała się małą miarką, a w dniu spłaty długu brała do ręki dużą. Pożyczając ryż, kładła na wadze małe odważniki, a kiedy oddawano jej dług, używała tylko dużych. Pobierane przez nią odsetki były zawrotne – często stanowiły dziesięciokrotność albo nawet stukrotność pierwotnej sumy pożyczki. Była nieugięta w kwestii odzyskiwania długów, nie okazywała żadnej litości. Z tego powodu wielu ludzi zaczęło się bać. Opuścili swoje domy i udali się w wędrówkę do innych prowincji10.

Po jej śmierci mnisi przez siedem dni modlili się nad jej zamkniętą trumną. Siódmego dnia jej ciało w cudowny sposób ożyło:

Ci, którzy przyszli na nią popatrzeć, poczuli potworny odór. Od pasa w górę stała się wołem z czterocalowymi rogami wystającymi z czoła. Jej ręce zmieniły się w racice, jej paznokcie rozdzieliły się na dwie części, tak że przypominały teraz kopyta wołu. Od pasa w dół jej ciało było jednak ludzkie. Nie lubiła ryżu i wolała jeść trawę. Robiła to w sposób przypominający przeżuwanie. Naga, wylegiwała się w swoich odchodach11.

Zbiegli się gapie. Pełni winy i wstydu członkowie rodziny starali się rozpaczliwie kupić przebaczenie, darując wszystkie zaciągnięte u nich długi i przekazując znaczną część majątku instytucjom religijnym. Szczęśliwie, potwór wreszcie zmarł.

Autor, który sam był mnichem, uważał, że opowieść ta mówi w oczywisty sposób o przedwczesnej reinkarnacji – prawo karmiczne ukarało kobietę za pogwałcenie przez nią „rozsądku i miary”. Nie dawał mu jednak spokoju fakt, że buddyjskie księgi święte, o ile w ogóle wypowiadały się w tej kwestii, nie dostarczały jasnego precedensu. Zazwyczaj to dłużnicy mieli odrodzić się jako woły, a nie osoby udzielające pożyczek. W rezultacie, gdy trzeba wyłożyć morał opowieści, stanowisko mnicha staje się pokrętne:

Jak głosi jedna z sutr: „Gdy nie zwrócimy pożyczonych rzeczy, naszą zapłatą będą narodziny pod postacią konia lub wołu”. „Dłużnik jest niczym niewolnik, wierzyciel podobny jest do pana”. I raz jeszcze: „dłużnik jest bażantem, a wierzyciel jastrzębiem”. Kiedy znajdziesz się w sytuacji, w której udzieliłeś pożyczki, nie wywieraj nadmiernej presji na dłużniku, aby ci ją zwrócił. Jeśli tak postąpisz, odrodzisz się jako koń lub wół i staniesz się sługą tego, który był twoim dłużnikiem, i zapłacisz za wszystko po wielokroć12.

Czego powinniśmy się zatem spodziewać? Dłużnik i wierzyciel nie mogą jednocześnie skończyć jako zwierzęta w należących do nich oborach.

Wydaje się, że wszystkie wielkie religie trafiają w pewnym momencie na ten dylemat. Z jednej strony jeśli prawdą jest, że wszystkie ludzkie stosunki zawierają pierwiastek długu, z moralnego punktu widzenia są one z konieczności podejrzane. Przypuszczalnie wina ciąży na obu stronach wyłącznie na mocy faktu wejścia w relację dłużną, a już z całą pewnością grozi im wielkie ryzyko grzechu, gdy dłużnik będzie się spóźniał ze spłatą. Z drugiej strony kiedy mówimy, że ktoś zachowuje się tak, „jakby nikomu nic się od niego nie należało”, zwykle nie mamy na myśli wcielenia wszystkich cnót. W świeckiej rzeczywistości moralność polega w znacznej mierze na wypełnianiu swoich zobowiązań wobec innych i mamy uparty zwyczaj wyobrażania sobie tych zobowiązań w postaci długów. Niewykluczone, że mnisi potrafią uniknąć tego dylematu, całkowicie zrywając ze świecką rzeczywistością, jednak reszta z nas zdaje się skazana na życie we wszechświecie pozbawionym większych znamion sensu.

■ ■ ■ ■ ■

Historia Hiromushime stanowi doskonałą ilustrację pragnienia, by zrzucić winę z powrotem na oskarżyciela – podobnie jak w opowieści o martwym lichwiarzu i ośle, nacisk położony na widok odchodów, zwierzęcość i poniżenie w oczywisty sposób ma podkreślać dziejową sprawiedliwość, polegającą na doświadczeniu przez wierzyciela tych samych uczuć upokorzenia i hańby, które zwykle stają się udziałem dłużników. To bardziej plastyczny i namacalny sposób, by zadać to samo pytanie: „kto, komu i co jest tak naprawdę winien?”.

To zarazem dowód na to, że stawiając takie pytanie, z miejsca zaczynamy się posługiwać językiem długu. Gdy zalegamy z uregulowaniem długów, „naszą zapłatą będą narodziny pod postacią konia lub wołu”; gdy zaczniesz się zachowywać niedorzecznie w roli udzielającego pożyczek, również „zapłacisz”. Nawet karmiczną sprawiedliwość można w ten sposób sprowadzić do języka handlu.

Dotykamy w tym miejscu kluczowego problemu tej książki: jakie są konsekwencje faktu, że nasze poczucie moralności i sprawiedliwości zostaje sprowadzone do języka umowy handlowej? Co się dzieje, gdy redukujemy zobowiązania moralne do postaci długów? Czy coś się w nich wówczas zmienia? I w jaki sposób mamy o nich mówić, skoro nasz język został w tak ogromnym stopniu ukształtowany przez rynek? Na pewnym poziomie różnica między zobowiązaniem a długiem jest prosta i oczywista. Dług to obowiązek spłaty pewnej sumy pieniędzy. W efekcie dług, w przeciwieństwie do innych zobowiązań, można precyzyjnie wyliczyć. Dzięki temu długi mogą być proste, bezosobowe i beznamiętne – co zarazem sprawia, że można je przenosić z jednej osoby na drugą. Gdy ktoś jest winien innej osobie przysługę albo życie, jego dług ma charakter indywidualny. Ale jeśli ktoś ma dług w wysokości czterdziestu tysięcy dolarów, a stopa oprocentowania wynosi dwanaście procent, nie ma tak naprawdę wielkiego znaczenia, kto udziela pożyczki. Żadna ze stron nie musi być szczególnie wyczulona na potrzeby, pragnienia czy możliwości drugiej – co z pewnością miałoby miejsce, gdyby przedmiotem długu była przysługa, szacunek lub wdzięczność. Nie trzeba oceniać kosztów ludzkich, wystarczy ustalić kwotę główną, bilans samego pożyczkodawcy, karę umowną i stopę procentową. Jeśli ostatecznie będziesz musiał opuścić swój dom i poszukać szczęścia gdzie indziej, jeśli twoja córka skończy w osadzie górniczej, zarabiając jako prostytutka, cóż – jest to sytuacja niefortunna, ale z punktu widzenia pożyczkodawcy ma ona znaczenie drugorzędne. Pieniądz to pieniądz, umowa jest umową.

Z tej perspektywy – przyjrzymy się temu szczegółowo w dalszej części tekstu – kluczowe znaczenie ma zdolność przekształcania przez pieniądz moralności w bezosobową arytmetykę i wynikająca stąd moc legitymizowania spraw, które w przeciwnym razie wydawałyby się naganne lub skandaliczne. Podkreślany przeze mnie element przemocy odgrywa tu rolę drugoplanową. Różnica między „długiem” a zwykłym zobowiązaniem moralnym nie polega na obecności lub nieobecności uzbrojonych oddziałów, które mogą wyegzekwować należność, zajmując własność dłużnika lub grożąc, że połamią mu nogi. Najważniejsze jest to, że wierzyciel może określić dokładną sumę, jaką winien mu zwrócić pożyczkobiorca.

Patrząc na tę sprawę nieco dokładniej, szybko zauważymy jednak, że te dwa elementy – przemoc i kwantyfikację – łączy bezpośredni związek. W istocie nie można właściwie wskazać sytuacji, w których istniałyby one samodzielnie. Francuscy lichwiarze mieli wpływowych przyjaciół i najemników zdolnych zastraszyć nawet hierarchów kościelnych. W jaki inny sposób mieliby odzyskać długi, które formalnie były bezprawne? Hiromushime była nieprzejednana w stosunku do swoich dłużników – „nie okazywała żadnej litości” – ale pamiętajmy, że jej mąż piastował funkcję gubernatora. Nie musiała okazywać litości. Kto nie ma za sobą armii uzbrojonych mężczyzn, nie może pozwolić sobie na podobną skrupulatność.

Proces, w wyniku którego przemoc lub groźba użycia przemocy przekształca stosunki międzyludzkie w matematykę, będzie stałym przedmiotem rozważań w tej książce. To zasadnicze źródło moralnego zamętu, który otacza niemal wszystko, co ma jakikolwiek związek z problematyką długu. Pojawiające się w tym kontekście dylematy moralne wydają się niemal tak stare jak ludzka cywilizacja. Ich ślady można odnaleźć w najwcześniejszych zapisach ze starożytnej Mezopotamii. Wczesne filozoficzne opracowanie tego zagadnienia pojawia się w Wedach, a potem przewija się ono w niezliczonych wariantach przez całą udokumentowaną historię i do dziś stanowi kluczowy składnik naszych instytucji – państwa i rynku – a także naszych podstawowych intuicji dotyczących natury wolności, moralności czy uspołecznienia. Wszystko to ukształtowało się pod wpływem wojen, podbojów i niewolnictwa w sposób, którego nie potrafimy już dziś nawet dostrzec, ponieważ nie potrafimy sobie wyobrazić, że otaczająca nas rzeczywistość mogłaby wyglądać inaczej niż teraz.

■ ■ ■ ■ ■

Istnieją oczywiste powody, dla których jest rzeczą niezwykle istotną, aby to właśnie teraz prześledzić ponownie historię długu. We wrześniu 2008 roku rozpoczął się kryzys finansowy, który doprowadził całą światową ekonomię na skraj zapaści. Pod wieloma względami rzeczywiście do niej doszło. Transport morski zamarł, a tysiące statków stanęło w dokach albo trafiło na złom13. Dźwigi budowlane zostały rozebrane na części, ponieważ brakowało nowych zleceń. Liczne banki przestały udzielać pożyczek. Kryzys nie tylko wywołał powszechny gniew i zdumienie, ale stał się początkiem debaty publicznej na temat natury długu, pieniądza, a także instytucji finansowych, którym udało się uzależnić od swoich decyzji losy całych narodów.

Trwało to jednak tylko chwilę. Do dyskusji nigdy w rzeczywistości nie doszło. Ludzie odczuwali jej potrzebę, ponieważ historia, której wysłuchiwali przez ostatnie dziesięć lat, właśnie okazała się gigantycznym kłamstwem. Naprawdę nie da się tego powiedzieć łagodniej. Przez lata wszyscy słyszeli o całej gamie wyrafinowanych innowacji finansowych: kredytowych i towarowych instrumentach pochodnych, obligacjach hipotecznych, hybrydowych papierach wartościowych, swapach ryzyka kredytowego itp. Nowe rynki instrumentów pochodnych były tak niewiarygodnie skomplikowane, że – jak głosi jedna z często przytaczanych anegdot – czołowy dom maklerski musiał zatrudnić astrofizyków do obsługi programów inwestycyjnych, bo nawet finansiści nie byli w stanie ich zrozumieć. Przekaz był jasny: zostawcie te sprawy zawodowcom. Swoim rozumem i tak tego nie ogarniecie. Nawet jeśli nie podoba się wam specjalnie kapitalizm finansowy (a niewielu było takich, którzy próbowali przekonywać o jego zaletach), pracownicy sektora finansowego są na tyle kompetentni – w istocie ich umiejętności sprawiają wręcz nadnaturalne wrażenie – by z miejsca odrzucić mrzonki o demokratycznym nadzorze nad operacjami rynków finansowych. (Ten sposób myślenia przejęło również wielu akademików. Dobrze pamiętam konferencje z 2006 i 2007 roku, na których modni teoretycy przekonywali, że nowe formy sekurytyzacji w połączeniu z nowymi technologiami informacyjnymi zwiastują nadchodzącą zmianę w kwestii natury czasu oraz naszego postrzegania różnicy między tym, co możliwe, a tym, co rzeczywiste. Pamiętam, że powiedziałem do siebie wówczas: „Frajerzy!”. I miałem rację.)

Później, gdy opadł kurz, okazało się, że wiele, a być może większość z nich była w gruncie rzeczy zakrojonymi na wielką skalę przekrętami. Na porządku dziennym były takie operacje, jak udzielanie ubogim rodzinom kredytów hipotecznych skonstruowanych w taki sposób, aby nigdy nie zostały spłacone; przyjmowanie zakładów dotyczących okresu, po którym dłużnicy przestaną regulować należności; składanie hipotek oraz związanych z nimi zakładów w pakiet i odsprzedawanie inwestorom instytucjonalnym (nierzadko funduszom emerytalnym właścicieli tych hipotek) – przekonując ich przy tym, że bez względu na okoliczności wyjdą na swoje; umożliwienie tym samym inwestorom obrotu tymi pakietami, jakby to były pieniądze, zrzucenie odpowiedzialności za ostateczną spłatę zadłużenia na wielki konglomerat ubezpieczeniowy, który w przypadku utraty płynności finansowej wskutek obciążenia długiem (co było oczywiście nieuniknione) będzie ratowany przed upadkiem przez podatników (tak się w istocie stało)14. Innymi słowy, przypomina to wyjątkowo zmyślną wersję tego, co zrobiły banki, pożyczając pieniądze dyktatorom w Boliwii i Gabonie pod koniec lat 70.: udzielanie skrajnie nieodpowiedzialnych pożyczek, przy pełnej świadomości, że gdy sprawa się wyda, politycy i biurokraci zrobią wszystko, aby doszło do spłaty długu, bez względu na liczbę zrujnowanych przy okazji ludzi.

Tym razem bankierzy robili to jednak na niewyobrażalną skalę. Całkowita wysokość sprokurowanego przez nich długu była wyższa niż łączny produkt krajowy brutto dowolnego państwa na świecie – co wciągnęło świat w niekontrolowany wir i niemal zniszczyło sam system.

Wojsko i policja szykowały się do walki ze spodziewanymi protestami i niezadowoleniem społecznym, ale do ich wybuchu ostatecznie nie doszło. Bez większych zmian pozostał również system. Początkowo wszyscy zakładali, że wraz z zapaścią wiodących kapitalistycznych instytucji (Lehman Brothers, Citibank, General Motors) i kompromitacją ekonomicznych pretensji do wiedzy tajemnej dojdzie do poważnej dyskusji na temat natury długu i instytucji kredytowych.

Wydawało się, że większość Amerykanów jest gotowa do przyjęcia radykalnych rozwiązań. Sondaże pokazywały, że przytłaczająca większość uważa, że banków nie należy ratować bez względu na gospodarcze konsekwencje i że należy wykupić toksyczne hipoteki znajdujące się w rękach zwykłych obywateli. W Stanach Zjednoczonych jest to niezwykłe. Od czasów kolonialnych Ameryka miała wyjątkowo negatywny stosunek do dłużników. To dziwne, biorąc pod uwagę, że pierwsi osadnicy często byli ludźmi uciekającymi przed długami. Z drugiej strony idea, że moralność polega na płaceniu długów, jest w Ameryce zakorzeniona silniej niż niemal w jakimkolwiek innym społeczeństwie. W czasach kolonialnych niekiedy przybijano do słupa ucho niewypłacalnego dłużnika. Stany Zjednoczone były jednym z ostatnich krajów, które uchwaliły prawo o upadłości. Konstytucja już w 1787 roku zobowiązała nowy rząd do stworzenia tego rodzaju regulacji, jednak wszystkie zmierzające do tego próby odrzucano „z przyczyn moralnych” do 1898 roku15. Zmiana nastrojów miała zatem charakter epokowy. Przypuszczalnie z tego powodu moderatorzy debaty w mediach i ciałach ustawodawczych uznali, że nie jest to odpowiedni moment do wprowadzania reform. Amerykański rząd ograniczył się do wydania trzech bilionów dolarów na program Band-Aid i postanowił nie zmieniać niczego. Bankierzy zostali uratowani, w przeciwieństwie do drobnych dłużników – z nielicznymi wyjątkami16. W środku najgłębszej recesji gospodarczej od lat 30. ubiegłego wieku jesteśmy świadkami procesu zgoła odwrotnego. Korporacje finansowe naciskają na rząd, który chwilę wcześniej ocalił je przed upadkiem, aby wykorzystał środki prawne przeciwko zwykłym obywatelom w tarapatach finansowych. „To nie zbrodnia być zadłużonym – informuje «Star Tribune» z aglomeracji Minneapolis-St. Paul – jednak ludzi wsadza się regularnie do więzienia za niepłacenie długów”. W Minnesocie „wykorzystanie nakazów aresztowania przeciwko dłużnikom wzrosło o 60 procent w ciągu ostatnich czterech lat i w 2009 roku odnotowano 845 takich przypadków […]. W Illinois i południowo-zachodniej Indianie niektórzy sędziowie umieszczają w więzieniu dłużników, którzy nie płacą w terminie ustalonych sądownie rat. W skrajnych przypadkach ludzie wychodzą na wolność dopiero po wniesieniu minimalnej opłaty. W styczniu [2010 roku] sędzia skazał mężczyznę z Kenney w Illinois na karę «bezterminowego» więzienia, dopóki nie zgromadzi trzystu dolarów na spłatę długu zaciągniętego w tartaku”17.

Tak więc zmierzamy do odtworzenia czegoś na kształt więzień dla dłużników. W końcu musi dojść do jakiegoś przełomu. W 2011 roku, gdy fala ruchów ludowych przetoczyła się przez Bliski Wschód, odbijając się echem na całym świecie, tysiące osób w Europie i Ameryce również zaczęły się domagać dyskusji na temat najważniejszych problemów, które pojawiły się w kontekście 2008 roku. Przez chwilę poświęcono im nieco uwagi, po czym dyskusja gwałtownie zamarła, a w mediach zapanowała cisza. A wszystko to pomimo faktu, że gospodarka światowa z dużym prawdopodobieństwem podąża wprost ku następnej katastrofie finansowej. Jedyne pytanie brzmi, jak długo jej to zajmie.

Doszliśmy do punktu, w którym część najważniejszych instytucji musiała niechętnie przyznać, że taka jest prawda. Amerykańska Rezerwa Federalna latem 2012 roku ogłosiła plan masowego umorzenia długów hipotecznych – i odkryła, że klasa polityczna nie jest nim zainteresowana. Przez pewien czas nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy pod kierownictwem Dominique’a Straussa-Kahna próbował występować w roli sumienia globalnego kapitalizmu, wydając ostrzeżenia, że jeśli nie zboczymy z obranego kursu, załamanie jest nieuchronne, a na kolejny program ratunkowy raczej nie ma co liczyć. Opinia publiczna po prostu się na to nie zgodzi i w efekcie tym razem wszystko naprawdę się rozleci. „MFW ostrzega, że kolejny pakiet ratunkowy «zagrozi demokracji»” – głosił jeden z nagłówków. (Oczywiście mówiąc o „demokracji”, mają oni na myśli „kapitalizm”). Trudno całkowicie zignorować fakt, że nawet ci, którzy czują się odpowiedzialni za utrzymanie sprawności globalnego systemu gospodarczego – i którzy jeszcze parę lat temu zachowywali się tak, jakby miał on istnieć wiecznie – dziś wszędzie wokół dostrzegają zalążki apokalipsy.

■ ■ ■ ■ ■

W tym wypadku MFW miał sporo racji. Wszystko wskazuje na to, że naprawdę stoimy na krawędzi epokowych przemian.

Oczywiście ludzie zawsze wyobrażali sobie, że cała otaczająca ich rzeczywistość jest na wskroś nowoczesna. Ile razy słyszeliśmy, że wprowadzenie wirtualnych pieniędzy, dematerializacja gotówki i przemiana dolarów w plastik oraz elektroniczne impulsy doprowadziły do powstania całkowicie nowego świata finansów? Przekonanie, że znajdujemy się na nieznanym terytorium, było oczywiście jednym z powodów, dla których Goldman Sachs do spółki z AIG mógł z taką łatwością przekonać ludzi, że nikt nie jest w stanie zrozumieć ich nowych i cudownych instrumentów finansowych. Przyglądając się całej sprawie z szerszej perspektywy, natychmiast zauważymy jednak, że wirtualny pieniądz nie jest żadną nowością. W istocie tak wyglądał pieniądz w początkach swego istnienia. System kredytowy, rachunki rozliczeniowe, a nawet instytucja funduszu reprezentacyjnego istniały na długo przed pojawieniem się gotówki. Są one równie stare jak cywilizacja. Prawdą jest, że historia toczy się między okresami zdominowanymi przez kruszce – gdy zakłada się, że złoto i srebro są pieniądzem – a okresami, w których przyjmuje się, że pieniądz to abstrakcja, wirtualna jednostka rachunkowa. Historycznie rzecz biorąc, pieniądz kredytowy był jednak pierwszy, a to, z czym mamy do czynienia obecnie, jest powrotem do założeń, które uchodziłyby za oczywistość choćby w okresie średniowiecza albo nawet w starożytnej Mezopotamii.

Historia dostarcza również fascynujących wskazówek, czego możemy oczekiwać. Na przykład: w przeszłości, w czasach wirtualnego pieniądza kredytowego niemal bez wyjątku tworzono instytucje, których zadanie polegało na zapobieganiu różnym wypaczeniom – na przykład wchodzeniu wierzycieli w sojusze z biurokratami i politykami, aby wycisnąć ostatni grosz z całej reszty, co dziś wydaje się zjawiskiem powszechnym. Zwykle w parze z tego rodzaju instytucjami szły mechanizmy chroniące dłużników. Dzisiejsza epoka pieniądza kredytowego zdaje się podążać w dokładnie przeciwnym kierunku. Zaczęła się od stworzenia globalnych instytucji, na wzór MFW, mających za zadanie chronić nie dłużników, lecz wierzycieli. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę skalę historyczną, o której mówimy, dziesięć albo dwadzieścia lat nie ma większego znaczenia. Wciąż wiemy bardzo niewiele na temat tego, co może się wydarzyć.

■ ■ ■ ■ ■

Ta książka opowiada historię długu, ale przy okazji wykorzystuje tę historię, aby zadać podstawowe pytania o naturę i przyszłość istot ludzkich oraz ludzkiego społeczeństwa – o to, co w istocie jesteśmy sobie nawzajem winni i co to właściwie znaczy, że stawiamy sobie to pytanie. W rezultacie książka zaczyna się od próby obalenia szeregu mitów – nie tylko mitu barteru, o którym opowiada pierwszy rozdział, ale również konkurencyjnych mitów o pierwotnym długu wobec bogów albo wobec państwa, które w ten czy inny sposób współtworzą nasze zdroworozsądkowe założenia o naturze gospodarki i społeczeństwa. W myśl tych założeń państwo i rynek górują nad wszystkim jako dwie opozycyjne zasady. Historyczna rzeczywistość pokazuje jednak, że narodziły się one jednocześnie i stale się nawzajem przenikały. Przekonamy się, że wspólną cechą wszystkich tych błędnych przekonań jest sprowadzanie wszelkich ludzkich stosunków do wymiany, tak jakby nasze związki ze społeczeństwem, a nawet z samym kosmosem, dało się wyrazić w kategoriach umowy handlowej. Prowadzi to do następnego pytania: jeśli nie wymiana, to co? W rozdziale piątym zacznę odpowiadać na to pytanie, korzystając z osiągnięć antropologii, aby przybliżyć pogląd mówiący o moralnych fundamentach życia gospodarczego. Następnie powrócę do kwestii źródeł pieniądza, aby pokazać, że sama zasada wymiany pojawiła się w znacznym stopniu na skutek przemocy – rzeczywiste początki pieniądza to zbrodnia i odszkodowanie, wojna i niewolnictwo, honor, dług i odkupienie. To z kolei otwiera pole dla – rozpoczynającej się w rozdziale ósmym – autentycznej historii ostatnich pięciu tysięcy lat długu i kredytu, z jej ciągłą oscylacją między okresami wirtualnego i fizycznego pieniądza. Wiele z odkryć, o których będzie mowa, ma charakter zupełnie nieoczywisty: począwszy od nowoczesnych koncepcji praw i swobód, których źródło stanowi starożytne prawo niewolnicze, przez średniowieczny chiński buddyzm jako fundament kapitału inwestycyjnego, a skończywszy na fakcie, że wiele z najsłynniejszych koncepcji Adama Smitha wydaje się spisanych żywcem z prac teoretyków wolnego rynku ze średniowiecznej Persji (historia, która ma dziś ciekawe konsekwencje dla zrozumienia siły przyciągania politycznego islamu). Wszystko to przygotowuje grunt dla świeżego spojrzenia na ostatnie pięć wieków, zdominowane przez imperia kapitalistyczne, i pozwala podjąć próbę odpowiedzi na pytanie, o co właściwie gra toczy się obecnie.

Bardzo długo panował intelektualny konsensus, że nie można już zadawać Wielkich Pytań. Dziś coraz bardziej wychodzi na to, że nie mamy prawa tego nie robić

* * *

1 W oryginale they owe them their lives, co znaczy zarazem „zawdzięczają im własne życie”, jak i „są im winne/dłużne własne życie” [przyp. tłum.].

2 Skutki były możliwe do przewidzenia – koleje, drogi i mosty powstały nie po to, aby malgaska ludność mogła się łatwiej przemieszczać po swoim kraju, ale głównie po to, by transportować produkty z plantacji do portów i tak zdobywać obcą walutę pozwalającą w ogóle finansować te inwestycje.

3 Stany Zjednoczone uznały Republikę Haiti dopiero w 1860 roku. Francja zawzięcie obstawała przy swoich żądaniach i ostatecznie między 1925 a 1946 rokiem, gdy Republika Haiti znajdowała się pod amerykańską okupacją, została zmuszona do spłaty 21 miliardów dolarów.

4 Henry Hallam, The constitutional history of England, from the accession of Henry VII to the death of George II, Widdelton, London 1866, s. 269 – 270. Ponieważ rząd nie uważał za stosowne opłacić kosztów utrzymania więźniów, oczekiwano, że osadzeni pokryją je sami. Jeśli nie byli w stanie tego zrobić, po prostu umierali z głodu.

5 Jeśli uznamy zobowiązania podatkowe za długi, mówimy tu o przytłaczającej większości ludzkiej populacji – tymczasem podatki i długi pozostają ze sobą w najgorszym razie w bezpośrednim związku, wszak konieczność zebrania pieniędzy potrzebnych do zapłacenia podatku była na przestrzeni wieków najczęstszą przyczyną, dla której ludzie popadali w długi.

6 Zob. Moses Finley, Slavery in classical antiquity: views and controversies, W. Heffer & Sons, Cambridge 1960, s. 63; tegoż, The ancient Greeks: an introduction to their life and thought, Viking Press, New York 1963, s. 24; tegoż, The Ancient Economy, University of California Press, Berkeley 1974, s. 80; tegoż, Economy and Society in Ancient Greece, Penguin, New York 1981, s. 106; tegoż, Politics in the Ancient World, Cambridge University Press, Cambridge 1983, s. 108. A są to jedynie te odniesienia, które udało mi się zlokalizować. To, co Finley mówi o Grecji i Rzymie, wydaje się równie prawdziwe w przypadku Japonii, Indii czy Chin.

7 W oryginale day of reckoning, czyli dzień Sądu Ostatecznego [przyp. tłum.].

8 Zob. Jean-Claude Galey, Creditors, Kings and Death: determinations and implications of bondage in Tehri-Garhwal (Indian Himalayas), [w:] Debts and Debtors, ed. Charles Malamoud, Vikas, New Delhi 1983, s. 67 – 124.

9 Cyt. za: Jacques Le Goff, Sakiewka i życie. Gospodarka i religia w średniowieczu, przeł. Hanna Zaremska, Wydawnictwo Marabut, Gdańsk 1995, s. 78.

10 Kyōkai Record of Miraculous Events in Japan (c. 822 AD), Tale 26, cyt. za: William R. LaFleur, The karma of words: Buddhism and the literary arts in medieval Japan, University of California Press, Berkeley 1986, s. 36. Zob. także: Kyoko Motomochi Nakamura, Miraculous stories from the Japanese Buddhist tradition: the Nihon ryōiki of the monk Kyōkai, Routledge, London 1996, s. 257 – 259.

11 William R. LaFleur, dz. cyt., s. 36.

12 Tamże, s. 37.

13 Jan Hoffman, Shipping Out of the Economic Crisis (https://www.brown.edu/initiatives/journal-world-affairs/sites/brown.edu.initiatives.journal-world-affairs/files/private/articles/16.2_Hoffman.pdf). Właściwie jedyną branżą związaną z transportem morskim, która zyskała po 2008 roku, była ta zajmująca się przerabianiem frachtowców na złom.

14 Simon Johnson, będący w tamtym czasie głównym ekonomistą MFW, ujął tę sprawę zwięźle w artykule w „The Atlantic”: „Niemal wszyscy autorzy regulacji, ustawodawcy i akademicy, zakładali, że szefowie banków wiedzą, co robią. Teraz już wiemy, że tak nie było. Na przykład Dział Produktów Finansowych w AIG zarobił 2,5 miliarda dolarów brutto w 2005 roku, przede wszystkim dzięki sprzedaży tanich ubezpieczeń na skomplikowane, niesprawdzone papiery wartościowe. Ta strategia, często opisywana jako «zbieranie drobnych sprzed jadącego walca» przynosi zyski w latach prosperity, ale ma katastrofalne następstwa w okresach bessy. Ostatniej jesieni AIG zalegał z wypłatą ubezpieczeń na papiery wartościowe w łącznej wysokości 400 miliardów dolarów. Do dziś rząd amerykański, starając się ocalić firmę, wyasygnował w formie inwestycji i pożyczek 180 miliardów dolarów, aby pokryć straty, które wedle stosowanych przez AIG wyrafinowanych modeli szacowania ryzyka były właściwie niemożliwe” (zob. tegoż, The Quiet Coup, „Atlantic Monthly”, May 2009, http://www.theatlantic.com/doc/200905/imf-advice). Rzecz jasna Johnson pomija scenariusz, w którym ludzie z AIG zdawali sobie doskonale sprawę, co się wydarzy, ale po prostu się tym nie przejmowali, ponieważ wiedzieli, że walec i tak ostatecznie przejedzie po kimś innym.

15 Anglia na przykład miała narodowe ustawodawstwo dotyczące upadłości już w 1571 roku. W Stanach Zjednoczonych próba stworzenia federalnego prawa o bankructwie spaliła na panewce w 1800 roku. Między 1867 a 1878 rokiem istniało prawo mające odciążyć zadłużonych weteranów wojny secesyjnej, ale zostało ono ostatecznie zniesione z pobudek moralnych (zob. niedawne, dobre opracowanie Manna: Bruce H. Mann, Republic of Debtors: Bankruptcy in the Age of American Independence, Harvard University Press, Cambridge 2002). Reforma prawa o bankructwie z większym prawdopodobieństwem przyczyni się do zaostrzenia przepisów niż do ich liberalizacji, tak jak się stało ze zmianami wprowadzonymi przez Kongres w 2005 roku w wyniku branżowych nacisków.

16 Ustanowiony po bailoucie fundusz pomocy uwzględnił tylko niewielki odsetek roszczeń posiadaczy hipotek i nie doszło do żadnej liberalizacji prawa o bankructwie, które zaledwie dwa lata przed kryzysem, pod naciskiem sektora finansowego, zostało zaostrzone.

17 Chris Serres, Glenn Howatt, In Jail for Being in Debt, Minneapolis-St. Paul „Star Tribune”, June 9, 2010, www.startribune.com/local/95692619.html.

2 Mit barteru

Na każde subtelne i złożone pytanie istnieje doskonale prosta i jasna odpowiedź, która jest błędna.

H. L. MENCKEN

Jaka jest różnica między zwykłym zobowiązaniem – przekonaniem, że powinniśmy zachowywać się w określony sposób, albo nawet przeświadczeniem, że ktoś jest coś komuś winien – a długiem w ścisłym sensie? Odpowiedź jest prosta: pieniądze. Różnica między długiem a zobowiązaniem polega na tym, że dług da się precyzyjnie wyliczyć. To zaś wymaga istnienia pieniądza.

Pieniądze nie tylko czynią dług możliwym. Pieniądz i dług pojawiają się jednocześnie. Do najwcześniejszych znanych dokumentów pisanych należą mezopotamskie tabliczki z zapisami długów, racji żywnościowych wydawanych przez świątynie oraz zaległych opłat za dzierżawę ziem świątynnych, których wysokość określano za pomocą odpowiadających im ilości srebra i zboża. Część najwcześniejszych prac z zakresu filozofii moralnej to dla odmiany refleksje dotyczące możliwości ujęcia moralności jako długu, czyli w kategoriach pieniężnych.

Historia długu jest z konieczności historią pieniądza – dlatego najłatwiej zrozumieć rolę, jaką odegrał dług w ludzkim społeczeństwie, przyglądając się po prostu formom i sposobom posługiwania się pieniędzmi na przestrzeni wieków, a także argumentom pojawiającym się w tym kontekście. Oczywiście taka historia pieniądza różni się od tej, do której przywykliśmy. Na przykład gdy ekonomiści mówią o początkach pieniądza, rzadko wspominają o długu. Najpierw jest barter, potem pieniądz. Kredyt pojawia się później. Sięgając do książki poświęconej historii pieniądza we Francji, Indiach czy Chinach, sporo dowiemy się o biciu monet, a bardzo niewiele o mechanizmach kredytowych. Przez niemal sto lat moi koledzy po fachu, antropolodzy, przekonywali, że taki obraz jest z gruntu błędny. Wersja przyjęta przez teorię ekonomiczną ma niewiele wspólnego z tym, co można zaobserwować, przyglądając się życiu ekonomicznemu toczącemu się w autentycznych wspólnotach i na realnie istniejących rynkach. Wszędzie tam dostrzeżemy bowiem dziesiątki sposobów zadłużania się jednych ludzi u innych. Przekonamy się również, że większość transakcji przebiega bez użycia fizycznie istniejących pieniędzy.

Skąd ten rozdźwięk?

Częściowo wynika on z natury materiału dowodowego: monety stanowią część znalezisk archeologicznych, w przeciwieństwie do mechanizmów kredytowych. Dla ekonomistów istnienie kredytu i długu zawsze było w pewnym stopniu skandalem, ponieważ właściwie nie pozwalało utrzymać fikcji, że strony zaangażowane w kredyt działają z pobudek czysto „ekonomicznych” (na przykład że pożyczając pieniądze obcej osobie, robię to samo, co pożyczając tę samą sumę komuś z rodziny). Dlatego tak wielkie znaczenie miało rozpoczynanie historii pieniądza od wyobrażonego świata, z którego kredyt i dług zostały całkowicie usunięte. Zanim będziemy mogli zastosować zdobycze antropologii do odtworzenia prawdziwej historii pieniądza, musimy zrozumieć, na czym polega błąd tradycyjnego ujęcia.

Ekonomiści zwykle mówią o trzech funkcjach pieniądza. Stanowi on środek wymiany, tezauryzacji, czyli przechowywania wartości, i jednostkę rozliczeniową. Wszystkie podręczniki ekonomii przypisują największe znaczenie pierwszej z tych funkcji. Oto względnie typowa próbka z wydanej w 1996 roku książki Case’a, Faira, Gärtnera i Heathera:

Pieniądz jest kluczowym elementem gospodarki rynkowej. Wyobraźmy sobie, jak wyglądałoby życie bez niego. Alternatywą dla ekonomii monetarnej jest barter, bezpośrednia wymiana dóbr i usług na inne dobra i usługi, bez korzystania z pośrednictwa pieniądza.

Jak działa system barterowy? Załóżmy, że chcę zjeść na śniadanie croissanty, jajka i wypić sok pomarańczowy. Zamiast iść do sklepu spożywczego, aby kupić te rzeczy za pieniądze, musiałbym znaleźć kogoś, kto je posiada i zamierza sprzedać. Musiałbym również mieć coś, czego chcą piekarz, dostawca soku pomarańczowego i sprzedawca jajek. Posiadanie ołówków na sprzedaż na nic się nie przyda, jeśli nie znajdują się one na liście życzeń piekarza oraz sprzedawcy soku pomarańczowego i jajek.

W systemie barterowym, aby wymiana doszła do skutku, wymagana jest zgodność potrzeb dwóch stron. Chcąc dobić targu, muszę nie tylko znaleźć kogoś, kto ma to, na czym mi zależy, ale ta osoba musi również chcieć czegoś ode mnie. Tam, gdzie liczba znajdujących się na rynku dóbr jest niewielka, jak dzieje się we względnie prostych gospodarkach, znalezienie kogoś, z kim można się wymienić, nie nastręcza wielkich trudności, co czyni barter często wykorzystywaną opcją1.

Ten ostatni punkt budzi wątpliwości, ale został sformułowany na tyle nieprecyzyjnie, że trudno go jednoznacznie obalić.

W rozwiniętym społeczeństwie, w którym istnieje wiele dóbr, wymiany barterowe pochłaniają nieproporcjonalną ilość energii. Wyobraźmy sobie, że musimy znaleźć ludzi sprzedających rzeczy kupowane przez nas podczas zwykłej wizyty w supermarkecie, a zarazem gotowych przyjąć to, co możemy im zaoferować w zamian za ich produkty.

Oficjalny środek wymiany (lub środek płatniczy) bez trudu eliminuje problem zgodności potrzeb partnerów wymiany2.

Podręczniki – co należy podkreślić – nie mówią, że do takich sytuacji faktycznie doszło, lecz postulują hipotetyczny scenariusz. „Aby przekonać się, że społeczeństwo odnosi korzyści ze środka wymiany – piszą Begg, Fischer i Dornbusch – wyobraźmy sobie ekonomię barterową”3. „Wyobraźmy sobie, jakie mielibyśmy kłopoty – piszą Maunder, Myers, Wall i Miller – gdybyśmy musieli obecnie wymieniać swoją pracę bezpośrednio na owoce pracy innych ludzi”4. „Wyobraźmy sobie – piszą Parkin i King – że masz koguty, ale chcesz mieć róże”5. Przykłady można mnożyć bez końca. Niemal wszystkie wykorzystywane obecnie podręczniki ekonomii wykładają tę sprawę w taki sam sposób. Z historii wiemy – odnotowują – że w zamierzchłych czasach nie było pieniądza. Jak musiało wówczas wyglądać życie? Najlepiej wyobraźmy sobie gospodarkę podobną do naszej, tyle że bez pieniędzy. To musiało być naprawdę niewygodne! Nie ulega wątpliwości, że ludzie wynaleźli pieniądze, aby ułatwić sobie życie.

Historia pieniądza opowiadana przez ekonomistów zawsze zaczyna się od baśniowego świata barteru. Problem stanowi umieszczenie tej fantazji w czasie i przestrzeni. Czy mówimy o jaskiniowcach, argonautach Pacyfiku czy amerykańskich pionierach? Jeden z podręczników, autorstwa Josepha Stiglitza i Johna Driffilla, zabiera nas w podróż do czegoś, co przypomina scenerię bajkowego miasteczka w Nowej Anglii albo na Środkowym Zachodzie:

Można wyobrazić sobie starej daty farmera wymieniającego się z kowalem, krawcem, właścicielem sklepiku i lekarzem w jego miasteczku. Aby barter mógł dojść do skutku, potrzeby obu stron muszą się jednak ze sobą zgadzać […]. Henry ma ziemniaki i potrzebuje butów, Joshua ma niepotrzebną parę butów i potrzebuje ziemniaków. Wymiana zadowoli obu. Jeśli jednak Henry ma drewno na opał, a Joshua go nie potrzebuje, barter butów Joshuy dojdzie do skutku tylko wtedy, gdy jednemu albo obu z nich uda się znaleźć dodatkowych uczestników wymiany. Pieniądz pozwala na dokonywanie tego rodzaju wielostronnych transakcji w znacznie prostszy sposób. Henry sprzedaje komuś za pieniądze swoje drewno i przeznacza uzyskaną sumę na zakup butów Joshuy6.

Po raz kolejny pojawia się tu kraina fantazji podobna do dzisiejszego świata, nie licząc usuniętych z niej w tajemniczy sposób pieniędzy. W rezultacie jest ona pozbawiona sensu. Kto przy zdrowych zmysłach założyłby w takich warunkach sklep spożywczy? I w jaki sposób zapewniłby sobie zaopatrzenie? Odłóżmy jednak te pytania na bok. Istnieje prosty powód, dla którego wszyscy autorzy podręczników ekonomii czują się w obowiązku opowiedzieć tę samą historię. Nie ma przesady w stwierdzeniu, że dla ekonomistów jest to najważniejsza opowieść, jaka kiedykolwiek została opowiedziana. Zapisując ją w roku 1776, Adam Smith, profesor filozofii moralnej na Uniwersytecie Glasgow, dał bowiem impuls, który doprowadził do pojawienia się niezależnej dyscypliny zwanej ekonomią.

Nie wymyślił tej historii od zera. Już w 330 roku p.n.e. Arystoteles podejmował podobne kwestie w swoim traktacie o polityce. Początkowo, jak twierdził, rodziny musiały wytwarzać środki utrzymania na własną rękę. Z czasem pojawiła się specjalizacja. Niektóre rodziny uprawiały zboże, inne produkowały wino, wymieniając jedno na drugie7. Pieniądz, zdaniem Arystotelesa, musiał pojawić się jako rezultat tego procesu. Ale, podobnie jak średniowieczni scholastycy, którzy od czasu do czasu powtarzali tę historię, Arystoteles nigdy nie wyjaśnił dokładnie, w jaki sposób do tego doszło8.

Po wyprawach Kolumba, gdy hiszpańscy i portugalscy awanturnicy przeczesywali świat w poszukiwaniu nowych złóż srebra i złota, te nieprecyzyjne spekulacje odeszły do lamusa. Nikomu nie udało się odkryć krainy barteru. Większość XVI- i XVII-wiecznych podróżników udających się do Afryki czy Indii Zachodnich zakładała, że wszystkie społeczeństwa mają własne formy pieniądza, ponieważ wszystkie mają rządy, te zaś nie potrafią się obyć bez własnej waluty9.

Adam Smith postanowił zrewidować poglądy obowiązujące w jego czasach. Przede wszystkim sprzeciwił się stanowisku mówiącemu, że pieniądz jest wytworem rządu. Pod tym względem Smith podążał tropem liberalnej tradycji wywodzącej się od Johna Locke’a, który dowodził, że racją istnienia rządu jest ochrona własności prywatnej i że działa on najlepiej wtedy, gdy stara się ograniczyć do tej funkcji. Smith poszedł dalej, utrzymując nie tylko, że własność, pieniądz i rynki istniały wcześniej od instytucji politycznych, ale że stanowią one fundament ludzkiego społeczeństwa. Jeśli rząd ma do odegrania jakąkolwiek rolę w sprawach finansowych, polega ona na zagwarantowaniu jakości pieniądza. Dzięki tej teoretycznej konstrukcji Smith mógł uznać ekonomię za niezależny obszar ludzkich dociekań, z własnym zestawem praw i reguł, które odróżniają ją na przykład od etyki czy polityki.

Argumentacji Smitha warto przyjrzeć się bliżej, ponieważ stanowi ona, jak twierdzę, wielki założycielski mit ekonomii.

Smith zaczyna od pytania, co stanowi fundament życia gospodarczego. Otóż jest ono następstwem „pewnej skłonności ludzkiej natury […] skłonności do wymiany, handlu i zamiany jednej rzeczy na drugą”10. Zwierzęta tego nie robią. „Nikt nigdy nie widział – przekonuje Smith – aby jeden pies zamieniał z drugim dobrowolnie i celowo jedną kość na drugą”11. Ludzie jednak, jeśli pozostawi się im swobodę, zaczną z pewnością wymieniać i porównywać ze sobą różne rzeczy. Tacy po prostu jesteśmy. Nawet logika i rozmowa są w rzeczywistości odmianami handlu, i podobnie jak w przypadku każdej wymiany, także na ich gruncie ludzie będą dążyć do maksymalizacji własnych korzyści12.

Wymiana prowadzi do podziału pracy leżącego u podstaw wszystkich ludzkich osiągnięć i cywilizacji. W tym miejscu akcja przenosi się do kolejnego z baśniowych królestw znanych tylko ekonomistom. Jego mieszkańcy stanowią mieszaninę północnoamerykańskich Indian i środkowoazjatyckich wędrownych pasterzy13:

Na przykład w plemieniu myśliwych lub pasterzy ktoś wyrabia łuki i strzały szybciej i zręczniej niż inni. Wymienia je często na bydło lub zwierzynę u swoich towarzyszy i w końcu spostrzega, że tym sposobem może uzyskać więcej bydła i zwierzyny, niż gdyby sam chodził na łowy. Ze względu przeto na swój własny interes z wyrobu łuków i strzał robi swoje główne zajęcie i staje się czymś w rodzaju płatnerza. Drugi prześciga innych w budowaniu szałasów lub przenośnych domów. Przyzwyczaja się służyć w ten sposób sąsiadom, którzy nagradzają go również bydłem i zwierzyną, aż wreszcie widzi swą korzyść w tym, aby oddać się całkowicie temu zajęciu i staje się czymś w rodzaju cieśli. W ten sposób trzeci zostaje kowalem lub kotlarzem, a czwarty garbarzem wyprawiającym futra i skóry, najważniejszą część ubrania dzikich […]14.

Dopiero gdy pojawią się już eksperci od strzał, wigwamów i całej reszty, ludzie zaczynają zauważać pewien problem. Warto przy okazji zwrócić uwagę na typowe w tego rodzaju przykładach przenikanie się obrazów dzikich członków plemion pierwotnych z właścicielami małomiasteczkowych sklepików.

Wtedy jednak, gdy podział pracy dopiero powstawał, możliwość wymiany musiała często napotykać bardzo znaczne przeszkody i trudności. Przypuśćmy, że jeden człowiek posiada pewnego dobra więcej, niż sam potrzebuje, podczas gdy drugi ma go mniej. Wobec tego pierwszy rad by zbyć część owego nadmiaru, a drugi chętnie by go nabył. Lecz jeśli tak się zdarzy, że drugi nie ma żadnej rzeczy, której by potrzebował pierwszy, to nie mogą dokonać żadnej wymiany. Rzeźnik posiada w swym sklepie więcej mięsa, niż sam może spożyć, a piwowar i piekarz chętnie nabyliby pewną część tego mięsa. Lecz poza rozmaitymi wyrobami swych rzemiosł nie mogą oni nic w zamian ofiarować […]15.

Aby nie znaleźć się w tak niedogodnym położeniu, każdy roztropny człowiek wszelkich epok, od czasu, gdy wprowadzono podział pracy, musiał oczywiście tak starać się pokierować swymi interesami, aby każdego czasu oprócz właściwego produktu swej pracy posiadać jeszcze pewną ilość takiego czy innego towaru, o którym mógł sądzić, że prawdopodobnie mało kto nie zechce przyjąć go w zamian za produkt swojej pracy16.

Tak więc wszyscy zaczną niewątpliwie gromadzić coś, czego ich zdaniem przypuszczalnie mogą chcieć inni. Ma to paradoksalny efekt, ponieważ w pewnym momencie towar ten zamiast tracić na wartości (skoro jego niewielką ilość ma każdy), zaczyna ją zyskiwać (gdyż staje się faktycznie pieniądzem):

Sól jest ponoć powszechnym środkiem handlu i wymiany w Abisynii; pewien gatunek muszli – w niektórych okolicach wybrzeża Indii; suszony sztokfisz – w Nowej Fundlandii; tytoń – w Wirginii; cukier – w niektórych angielskich zachodnio-indyjskich koloniach; skóry surowe lub wyprawione – w pewnych innych krajach; a w Szkocji jest jeszcze dziś wieś, gdzie, jak mi mówiono, nie jest rzeczą niezwykłą, że robotnik przynosi do piekarni czy szynku gwoździe zamiast pieniędzy17.

Ostatecznie, rzecz jasna, przynajmniej w handlu na dużą odległość, wszystko to kończy się na metalach szlachetnych, które mają właściwości idealne, by służyć jako pieniądze. Są trwałe, poręczne i dają się dzielić na dowolną liczbę identycznych części.

Różne narody używały do tego celu różnych metali. Żelazo było powszechnym środkiem obrotu handlowego u starożytnych Spartan; miedź – u starożytnych Rzymian; a złoto i srebro – u wszystkich narodów bogatych i trudniących się handlem18.

[…]

Pierwotnie zdaje się używano do tego celu metalu w sztabach, nie znacząc ich ani nie wybijając monet.

[…]

Gdy używano metali w tym surowym stanie, napotykano dwie poważne niedogodności; po pierwsze, trudno było je ważyć, po drugie, trzeba było ustalić próbę. Gdy chodzi o szlachetne metale, gdzie mała różnica ilości stanowi o wielkiej różnicy wartości, na to, by je zważyć z należną ścisłością, potrzeba co najmniej nader dokładnych wag i odważników. Zwłaszcza by zważyć złoto, trzeba drobiazgowej dokładności19.

Widać, dokąd to zmierza. Używanie nieregularnych metalowych sztabek jest łatwiejsze niż barter, ale czyż ujednolicenie jednostek – na przykład wyciskanie na kawałkach metalu jednakowych symboli, potwierdzających wagę i próbę za pomocą różnych nominałów – nie byłoby jeszcze prostsze? Z pewnością tak, i właśnie dlatego zaczęto bić monety. Wprowadzenie bitej monety wymagało zaangażowania ze strony rządu, ponieważ zwykle to w jego rękach znajdowały się mennice. W standardowej wersji tej opowieści rządy miały tylko tę jedną rolę do odegrania – zapewnić podaż pieniądza – i zwykle wywiązywały się z niej kiepsko. Historia zna wiele przypadków pozbawionych skrupułów władców, którzy dewaluowali monetę, powodując inflację i polityczne zawirowania, zamiast kroczyć wytyczoną przez ekonomię drogą zdrowego rozsądku.

Co symptomatyczne, opowieść ta odegrała kluczową rolę nie tylko przy powstaniu takiej dyscypliny jak ekonomia, ale również w upowszechnieniu przekonania, że istnieje coś takiego jak „ekonomia” lub „gospodarka” z własnym zbiorem kierujących nią zasad, niezależna od życia politycznego i stanowiąca właściwy przedmiot badań ekonomistów. „Ekonomia” jest tym obszarem, gdzie oddajemy się naszej naturalnej skłonności do wymiany i handlu. Robimy to bez przerwy. Tak będzie również w przyszłości. Pieniądz to tylko najskuteczniejszy środek służący do tego celu.

W późniejszym okresie ekonomiści tacy jak Carl Menger i Stanley Jevons dopracowali szczegóły tej opowieści, przede wszystkim dodając szereg równań matematycznych, by pokazać, że przypadkowa grupa ludzi mających przypadkowe pragnienia teoretycznie może nie tylko zacząć wykorzystywać pojedynczy towar w roli pieniądza, ale również wytworzyć jednolity system cen. Przy okazji wprowadzili całą listę imponujących pojęć technicznych (na przykład „niedogodności” stały się „kosztami transakcyjnymi”). Jednak najważniejsze jest to, że obecnie cała ta historia stała się dla większości ludzi elementem zdrowego rozsądku. Przekazujemy ją dzieciom w podręcznikach szkolnych i muzeach. Wszyscy ją znają. „W zamierzchłych czasach był sobie barter. Żyło się ciężko, więc ludzie wynaleźli pieniądze. Potem pojawiły się banki i kredyty”. Wszystko to układa się w doskonale prostą, konsekwentną historię rozwoju, mówiącą o rosnącym wyrafinowaniu i abstrakcji, które w logiczny i nieuchronny sposób przeprowadziły ludzkość od wymiany kłów mastodontów w epoce kamienia łupanego do świata giełd, funduszów hedgingowych i sekurytyzowanych instrumentów pochodnych20.

Tę opowieść naprawdę słyszy się wszędzie. Wszędzie tam, gdzie są pieniądze. Pewnego razu w miasteczku Arivonimamo na Madagaskarze miałem przywilej przeprowadzenia wywiadu z Kalanoro, małą widmową istotą, którą miejscowy szaman trzymał, jak twierdził, w kredensie w swoim domu. Był to duch brata niesławnej miejscowej lichwiarki, strasznej kobiety imieniem Nordine. Prawdę mówiąc, odczuwałem lekką niechęć przed wchodzeniem w jakiejkolwiek relacje z tą rodziną, ale uległem namowom części moich przyjaciół – w końcu mój rozmówca pochodził z dawnych czasów. Postać przemawiała zza zasłony przedziwnym i upiornym dyszkantem. Interesowała ją wyłącznie rozmowa o pieniądzach. W końcu, nieco poirytowany całą maskaradą, zapytałem: „To czym płaciłeś w czasach, gdy jeszcze byłeś na świecie?”. Tajemniczy głos odparł bez zastanowienia: „Wtedy nie posługiwaliśmy się pieniędzmi. W dawnych czasach istniał barter, wymienialiśmy towary bezpośrednio, jeden za drugi”.

■ ■ ■ ■ ■

Tak więc opowieść dotarła wszędzie. Stanowi ona mit założycielski naszego systemu gospodarczego. Jest tak głęboko zakorzeniona w wiedzy potocznej, nawet w miejscach takich jak Madagaskar, że większość ludzi nie potrafi sobie wyobrazić, w jaki inny sposób doszło do pojawienia się pieniędzy.

Problem w tym, że nie ma żadnych dowodów na jej prawdziwość, istnieje za to ogromny materiał dowodowy, który jej przeczy.

Od wieków badacze próbują znaleźć legendarną krainę barteru. Bez powodzenia. Adam Smith umiejscowił swoją opowieść w autochtonicznej Ameryce Północnej (inni obstawiali Afrykę lub Pacyfik). W czasach Smitha można było przynajmniej twierdzić, że szkockie biblioteki nie dawały dostępu do wiarygodnych informacji o systemach gospodarczych amerykańskich Indian. Ale pół wieku później istniały już między innymi publikacje Lewisa Henry’ego Morgana o Lidze Irokezów, z których jasno wynikało, że najważniejszą instytucją gospodarczą wśród narodów irokeskich były długie chaty. Składowano w nich większość dóbr, które następnie rozdzielały rady kobiet, i nikt nie słyszał o wymianie grotów strzał na płaty mięsa. Ekonomiści po prostu zignorowali nowe informacje21. Na przykład Stanley Jevons w 1871 roku napisał książkę, która stała się klasyczną pracą o narodzinach pieniądza, a przykłady do niej zaczerpnął wprost od Smitha – z Indianami wymieniającymi dziczyznę na skóry bobrów i łosi – i nie korzystał z faktycznych opisów życia Indian, które pokazywały niezbicie, że Smith swoje historie wymyślił. Mniej więcej w tym samym czasie misjonarze, podróżnicy i pracownicy kolonialnej administracji rozpierzchli się po świecie, wielu z kopią książki Smitha pod pachą, z nadzieją odnalezienia krainy barteru. Nikomu się to nie udało. Odkryli niemal niewyczerpaną wielość różnych systemów gospodarczych. Jednak do dziś nikt nie potrafi wskazać takiej części świata, w której zwykły sposób przeprowadzania transakcji gospodarczych między sąsiadami przybierałby postać „dam ci dwadzieścia kurczaków, a ty daj mi tę krowę”.

Wnioski z najlepszej pracy antropologicznej o barterze, autorstwa Caroline Humphrey z Cambridge, nie pozostawiają wątpliwości: „Nigdy nie opisano żadnego przypadku czystej gospodarki barterowej, nie mówiąc o tym, by miało na jej bazie dojść do powstania pieniądza. Cały dostępny materiał etnograficzny sugeruje, że jej istnienie jest fikcją”22.

Nie należy stąd wyciągać wniosku, że barteru w ogóle nie ma – czy też że nigdy nie praktykowali go ludzie, których Smith określiłby mianem „dzikich”. Rzecz w tym, że niemal nigdy nie dochodzi do niego – jak wyobrażał sobie Smith – między mieszkańcami jednej wioski. Zazwyczaj odbywa się on między obcymi, a nawet wrogami. Zacznijmy od Nambikwara z Brazylii. Spełniają oni wszystkie kryteria: są prostym społeczeństwem bez większego podziału pracy i żyją w niewielkich gromadach, których liczebność na ogół nie przekracza stu osób. Raz na jakiś czas, gdy członkowie jednej grupy spostrzegą w pobliżu ogniska innej, wysyłają swoich emisariuszy, by wynegocjowali spotkanie pozwalające na przeprowadzenie handlu. Jeśli propozycja zostanie przyjęta, najpierw ukrywają kobiety i dzieci w lesie, a potem zapraszają mężczyzn z sąsiedniej gromady do obozu. Każda z hord ma swojego wodza. Gdy wszyscy zajmą miejsce, obaj wodzowie wygłaszają oficjalną mowę wychwalającą drugą stronę i umniejszającą znaczenie własnej. Wszyscy odkładają na bok broń, wspólnie śpiewają i tańczą – choć taniec przypomina zbrojną potyczkę. Następnie mężczyźni z obu stron podejmują próbę handlu.

Jeśli ktoś chce dostać jakiś przedmiot, wychwala jego zalety. Natomiast mężczyzna, który ceni przedmiot znajdujący się w jego posiadaniu i chce w zamian wiele, zamiast przekonywać o jego wartości, mówi, że przedmiot ten do niczego się nie nadaje, i w ten sposób pokazuje, że chce go zatrzymać. „Ten topór jest kiepski, bardzo stary i tępy” – powie o należącym do niego toporze, który chce otrzymać ktoś inny.

Rozmowa toczy się gniewnym tonem aż do zawarcia porozumienia. Kiedy do niego dochodzi, mężczyźni wyrywają sobie nawzajem przedmioty z rąk. Jeśli przedmiotem wymiany jest naszyjnik, nie zdejmuje się go i nie wręcza drugiemu, tylko czeka, aż ten zerwie go z szyi gwałtownym ruchem. Dyskusje, często prowadzące do walk, pojawiają się, gdy jedna ze stron okaże się zbyt niecierpliwa i chwyci przedmiot, zanim druga strona skończy się o niego wykłócać23.

Wszystko kończy się wielką ucztą, na której znów pojawiają się kobiety, co również może stanowić źródło problemów, ponieważ muzyka i dobry nastrój stwarzają okazję do flirtu24. Prowadzi to niekiedy do kłótni z zazdrości. Zdarzają się przypadki śmierci uczestniczących w nich osób.

Tak więc mimo odświętnego nastroju barter odbywał się między ludźmi, którzy w innych okolicznościach mogli stać się wrogami, i łatwo przechodził w otwarty konflikt. Co więcej, jeśli relacja etnograficzna jest dokładna, gdy któraś ze stron czuła się później pokrzywdzona, bez trudu mogło to doprowadzić do prawdziwej wojny.

Przenieśmy się teraz do zachodniej części Ziemi Arnhema w Australii, zamieszkiwanej przez lud Gunwinggu, który słynie z rytualnych ceremonii wymiany noszących nazwę dzamalag. W tym przypadku groźba przemocy wydaje się bardzo odległa. Częściowo ze względu na system połów (moiety), który obejmuje cały region: nikomu nie wolno zawierać małżeństwa czy choćby uprawiać seksu z osobami ze swojej połowy, bez względu na miejsce, z którego pochodzą, ale wszyscy z drugiej połowy znajdują się w gronie potencjalnych partnerów. Z tego powodu dla mężczyzny, nawet z odległej wspólnoty, połowa kobiet stanowi uczciwą partię, a druga połowa z definicji znajduje się poza zasięgiem. Region jednoczy się również dzięki specjalizacji. Każda grupa ma własny produkt handlowy, który wymienia w ramach barteru z innymi.

Poniżej przytaczam fragment opisu ceremonii dzamalag z lat 40. ubiegłego wieku, której świadkiem był antropolog Ronald Berndt. Raz jeszcze rytuał zaczyna się w chwili, gdy nieznajomi po wstępnych negocjacjach zostają zaproszeni do głównego obozu gospodarzy. W tym przypadku goście słynęli z „bardzo cenionych ząbkowanych włóczni”, natomiast gospodarze mieli dostęp do dobrego europejskiego sukna. Handel zaczyna się w momencie, gdy grupa gości, składająca się zarówno z mężczyzn, jak i kobiet, wkracza na przeznaczony do tańca „pierścień” i trzech z nich zaczyna zabawiać gospodarzy muzyką. Dwóch mężczyzn intonuje pieśń, a trzeci akompaniuje im na didgeridoo. Wkrótce pojawiają się miejscowe kobiety i przypuszczają atak na muzyków:

Mężczyźni i kobiety podnoszą się z miejsc i zaczynają tańczyć. Dzamalag zaczyna się w momencie, gdy dwie kobiety Gunwinggu z przeciwnej połowy niż śpiewający mężczyźni „dają im dzamalag”. Wręczają mężczyznom kawałek płótna, dotykają ich lub biją, przewracając na ziemię, a także nazywają ich swoimi mężami dzamalag i żartują z nimi w erotyczny sposób. Po chwili inna kobieta z połowy przeciwnej niż mężczyzna grający na rurze wręcza mu tkaninę, atakuje go i zaczyna z nim żartować.

Tak zaczyna się wymiana dzamalag. Mężczyźni z grupy gości siedzą spokojnie, podczas gdy kobiety z przeciwnej połowy dają im tkaninę, biją ich i zapraszają do kopulacji. Pozwalają sobie w stosunku do nich na wszystko, a ich poczynaniom towarzyszą śpiew, taniec, ogólna wesołość i oklaski. Kobiety starają się rozwiązać opaski biodrowe mężczyzn lub dotknąć ich penisów i odciągnąć ich poza obręb „pierścienia”, aby odbyć z nimi stosunek. Mężczyźni z ociąganiem na twarzy idą za swoimi partnerkami i kopulują z nimi w zaroślach z dala od ognia oświetlającego tancerzy. Czasami dają im tytoń lub koraliki. Kiedy kobiety wracają, oddają część tytoniu swoim mężom, którzy wcześniej zachęcali je do dzamalag. Sami z kolei wykorzystują tytoń, by zapłacić swoim partnerkom dzamalag25.

Pojawiają się nowi śpiewacy i muzycy, którzy również stają się obiektem ataków i zostają zaciągnięci w pobliskie zarośla. Mężczyźni zachęcają swoje żony, żeby „nie były nieśmiałe”, aby utrzymać reputację Gunwinggu, którzy są znani z gościnności. W końcu także ci mężczyźni wykazują się inicjatywą w stosunku do żon swoich gości, proponując im tkaninę, bijąc je i udając się wspólnie w zarośla. Koraliki i tytoń krążą wśród uczestników. Wreszcie, gdy wszyscy uczestnicy przynajmniej raz zostali z kimś skojarzeni, a goście czują się usatysfakcjonowani otrzymanym suknem, kobiety przerywają taniec i stają w dwóch rzędach, a goście ustawiają się w kolejce, aby im zapłacić.

Przybyli mężczyźni z jednej połowy tańczą, posuwając się w kierunku kobiet z przeciwnej połowy, aby „dać im dzamalag”. Trzymają w rękach włócznie o tępych zakończeniach, udając zadawanie ciosów, ale zamiast tego uderzają kobiety płaską częścią ostrza. „Nie przebijemy was, ponieważ zrobiliśmy to już za pomocą naszych penisów”. Wręczają kobietom włócznie. Następnie przybyli mężczyźni z drugiej połowy robią to samo z kobietami z przeciwnej, oddając im włócznie z ząbkowanymi grotami. W ten sposób ceremonia dobiega końca, po czym następuje ogólny podział żywności26.

Ten przypadek jest wyjątkowo efektowny, ale efektowne przypadki są pouczające. Gospodarzom z plemienia Gunwinggu, dzięki względnie przyjaznym stosunkom między ludami sąsiadującymi ze sobą na zachodnim obszarze Ziemi Arnhema, udało się zebrać wszystkie elementy pojawiające się w barterze Nambikwara (muzykę, taniec, potencjalną wrogość, intrygę seksualną) i połączyć je w rodzaj świątecznej gry – przypuszczalnie niepozbawionej elementu ryzyka, lecz (jak podkreśla etnograf) uznawanej za wielką frajdę przez wszystkich jej uczestników.

Wszystkie tego rodzaju przypadki handlu przez barter łączy ze sobą fakt, że ich uczestnicy są sobie obcy i więcej się nie spotkają, a już z całą pewnością nie nawiążą się między nimi trwałe relacje. To dlatego tak dobrze sprawdza się bezpośrednia wymiana jeden na jeden. Każda ze stron dobija targu i idzie dalej. Jest to możliwe dzięki wytworzeniu początkowej przyjaznej atmosfery, w postaci wspólnych przyjemności, muzyki i tańca – typowych składników towarzyskości, które stanowią niezbędną otoczkę handlu. Potem dochodzi do właściwej wymiany, będącej pokazem skrytej wrogości, która z konieczności towarzyszy każdej wymianie dóbr materialnych między obcymi – gdy nikt nie ma szczególnego powodu, aby nie wykorzystać drugiej strony. Tu wrogość pojawia się w formie udawanej agresji, choć w przypadku Nambikwara, gdzie element towarzyskości jest bardzo słaby, pozorowana agresja w każdej chwili może się przerodzić w autentyczny konflikt. Gunwinggu, mający luźniejsze podejście do seksualności, całkiem sprytnie połączyli w jedną całość agresję i wspólne przyjemności.

Przypomnijmy w tym miejscu język podręczników ekonomii: „Wyobraźmy sobie społeczeństwo, w którym nie istnieje pieniądz”. „Wyobraźmy sobie ekonomię barteru”. Przytoczone przed chwilą przykłady pokazują dobitnie, że większość ekonomistów dysponuje dość ograniczoną wyobraźnią27.

Dlaczego? Najprostsza odpowiedź byłaby następująca: aby w ogóle mogła się pojawić dyscyplina zwana „ekonomią”, zajmująca się przede wszystkim sposobami, jakimi posługują się jednostki, aby najkorzystniej wymienić buty na ziemniaki lub sukno na włócznie, musi ona zakładać, że wymiana tego rodzaju dóbr nie ma nic wspólnego z wojną, namiętnością, przygodą, tajemnicą, seksem czy śmiercią. Ekonomia zakłada podział ludzkiej działalności na różne sfery, który u ludów takich jak Nambikwara czy Gunwinngu po prostu nie występuje. Podział ten byłby zaś niemożliwy bez wprowadzenia pewnych instytucji – prawników, więzień oraz policji – które gwarantują, że nawet ludzie niedarzący się szczególną sympatią i niemający żadnego interesu w utrzymywaniu ze sobą trwałych stosunków, tylko chcący po prostu wejść w posiadanie jak największej ilości dóbr należących do kogoś innego, nie zrobią tego w najprostszy z możliwych sposobów (poprzez kradzież). To z kolei pozwala nam zakładać, że życie zostało schludnie podzielone na rynek, gdzie robimy zakupy, oraz „sferę konsumpcji”, gdzie zajmują nas takie kwestie, jak muzyka, świętowanie i flirty miłosne. Innymi słowy, wizja świata stanowiąca fundament podręczników ekonomii, do której upowszechnienia w tak wielkim stopniu przyczynił się Adam Smith, stała się na tyle oczywistym składnikiem naszej wiedzy potocznej, że mamy problem z wyobrażeniem sobie jakiegokolwiek innego scenariusza.

Podane przykłady pozwalają zrozumieć, dlaczego nie istnieje społeczeństwo oparte na barterze. W takim społeczeństwie wszyscy byliby o włos od skoczenia sobie nawzajem do gardeł – stale gotowi do podjęcia zawieszonej na chwilę walki. Owszem, do barteru dochodzi niekiedy wśród ludzi, którzy nie uważają się nawzajem za obcych, jednak zwykle z powodzeniem mogliby się nimi stać – nie mają bowiem poczucia wzajemnej odpowiedzialności ani zaufania do siebie. Nie odczuwają też potrzeby nawiązania trwałych stosunków. Pasztuni z północnego Pakistanu słyną na przykład z wielkiej gościnności, jednak do barteru dochodzi tam między ludźmi, których nie łączą więzy wynikające z gościnności (lub pokrewieństwa, lub czegokolwiek innego).

Ulubioną formą wymiany wśród mężczyzn jest barter lub adal-badal (dawaj i bierz). Mężczyźni są zawsze przygotowani do wymiany jednej z posiadanych rzeczy na coś atrakcyjniejszego. Często wymienia się rzeczy podobne: radio za radio, okulary słoneczne za okulary słoneczne, zegarek za zegarek. Jednak wymieniać można również przedmioty różniące się od siebie, na przykład rower za dwa osły. Adal-badal praktykuje się zawsze z osobami niespokrewnionymi i jest on dla mężczyzn źródłem wielkiej przyjemności, gdyż można przechytrzyć partnera wymiany. Dobra wymiana, a więc taka, w której mężczyzna czuje, że zyskał więcej niż druga strona, jest powodem do przechwałek i dumy. Jeśli wymiana poszła źle, podejmuje się próby renegocjowania jej warunków lub, w przypadku niepowodzenia, opchnięcia niechcianego przedmiotu jakiemuś naiwniakowi. Najlepszym partnerem w adal-badal jest ktoś mieszkający daleko, a więc ktoś, kto nie ma okazji do narzekań28.

Środkowa Azja to niejedyne miejsce, gdzie wymiana odbywa się w równie bezwzględnej atmosferze. Brak skrupułów wydaje się wpisany w istotę barteru – co wyjaśnia, dlaczego wiek albo dwa przed Smithem angielskie słowa truck and barter, wzorem ich francuskich, hiszpańskich, niemieckich, niderlandzkich czy portugalskich odpowiedników, znaczyły dosłownie „oszukać, przechytrzyć, wystrychnąć na dudka, orżnąć”29. Wymiana jednego przedmiotu bezpośrednio na inny, przy jednoczesnej próbie uzyskania jak największych korzyści z tej transakcji, jest typowym sposobem traktowania ludzi, na których nam nie zależy i których nie spodziewamy się zobaczyć w przyszłości. Czy istnieje powód, by nie wykorzystać takiej osoby? Jeśli, przeciwnie, komuś zależy na innym – sąsiedzie, przyjacielu – na tyle, by utrzymywać z tą osobą poprawne i uczciwe relacje, z całą pewnością weźmie pod uwagę jej położenie, jak również indywidualne pragnienia i potrzeby. Nawet jeśli wymienia się jeden przedmiot na inny, z dużym prawdopodobieństwem wymiana przyjmie wówczas formę daru.

■ ■ ■ ■ ■

Aby zilustrować tę myśl, powróćmy do podręczników ekonomii i problemu „podwójnej zgodności potrzeb”. Kiedy zostawialiśmy Henry’ego, potrzebował pary butów, ale pod ręką miał jedynie ziemniaki. Joshua miał dodatkowe buty, za to nie potrzebował ziemniaków. Ponieważ nie pojawił się jeszcze pieniądz, Henry i Joshua mieli kłopot. Jak powinni się zachować?

Przede wszystkim – co przypuszczalnie jest już w tym momencie jasne – musimy się dowiedzieć o nich nieco więcej. Kim są? Czy są spokrewnieni? A jeśli tak, to w jaki sposób? Wydaje się, że są mieszkańcami niewielkiej wspólnoty. Dowolne dwie osoby mieszkające całe swoje życie w tej samej małej wspólnocie będą miały za sobą długą i skomplikowaną historię wzajemnych relacji. Być może są przyjaciółmi, rywalami, sojusznikami, kochankami, wrogami lub kilkoma z wymienionych naraz?

Autorzy przykładu zdają się zakładać, że chodzi o dwóch sąsiadów o mniej więcej zbliżonym statusie, pozostających ze sobą w przyjacielskich, choć nieprzesadnie bliskich stosunkach – a więc na tyle blisko neutralnej równości, na ile to w ogóle możliwe. To jednak wciąż niewiele wyjaśnia. Na przykład gdyby Henry mieszkał w długiej chacie Seneków i potrzebował butów, Joshua w ogóle nie byłby mu potrzebny. Napomknąłby o tym po prostu żonie, która poinformowałaby o tym inne kobiety, wzięła materiał ze wspólnego składu i uszyła mu buty. Szukając scenariusza odpowiedniego dla fikcyjnego podręcznika ekonomii, możemy też umieścić Joshuę i Henry’ego w niewielkiej, intymnej wspólnocie w rodzaju Nambikwara lub Gunwinggu.

SCENARIUSZ 1

Henry podchodzi do Joshuy ze słowami: „Fajne buty!”.

Joshua odpowiada: „Oj nie, wcale nie są wiele warte, ale jeśli ci się podobają, możesz je sobie wziąć”.

Henry bierze buty.

Nikt nie wspomina o ziemniakach Henry’ego, ponieważ obie strony zdają sobie świetnie sprawę, że gdyby Joshua kiedykolwiek potrzebował ziemniaków, Henry by się z nim podzielił.

I to właściwie tyle. W tym przypadku nie wiadomo oczywiście, jak długo Henry będzie mógł nosić otrzymane buty. Przypuszczalnie będzie to zależało od ich atrakcyjności. Gdyby chodziło o zupełnie zwyczajne buty, zapewne cała sprawa skończyłaby się w tym miejscu. Jeśli jednak są one pod jakimś względem piękne lub niezwykłe, mogą stać się obiektem przechodnim. Istnieje znana historia o tym, jak John Marshall i Lorna Marshall, badający w latach 60. zwyczaje Buszmenów z Kalahari, dali nóż jednemu ze swoich ulubionych informatorów. Kiedy pojawili się rok później, okazało się, że podczas ich nieobecności niemal wszyscy członkowie grupy byli w jakimś momencie właścicielami noża. Z drugiej strony kilku z moich arabskich znajomych potwierdza, że w mniej egalitarnych kontekstach sprawę można załatwić w inny sposób. Jeśli przyjaciel wychwala bransoletkę lub torbę, właściwą odpowiedzią jest na ogół „możesz ją sobie wziąć”. Jeśli jednak komuś bardzo zależy na zatrzymaniu posiadanego przedmiotu, zawsze może powiedzieć: „Prawda, że ładna? Dostałem ją w prezencie”.

Autorzy podręcznika, rzecz jasna, mają na myśli nieco bardziej anonimową transakcję. Najwyraźniej wyobrażają sobie obu mężczyzn jako głowy patriarchalnych domostw, mających ze sobą dobre relacje i gromadzących własne zapasy. Być może mieszkają oni w tej samej szkockiej wiosce z rzeźnikiem i piekarzem z przykładu Adama Smitha lub w nowoangielskiej osadzie kolonialnej. Z jakiegoś powodu nie słyszeli wszakże nigdy o pieniądzu. Jest to osobliwa fantazja, zobaczmy jednak, dokąd nas zaprowadzi.

SCENARIUSZ 2

Henry podchodzi do Joshuy ze słowami: „Fajne buty!”. W wersji nieco bardziej realistycznej – być może to żona Henry’ego strategicznie informuje w trakcie pogawędki żonę Joshuy o kiepskim stanie butów swojego męża, który narzeka od pewnego czasu na odciski.

Następnego dnia zjawia się Joshua, wręczając Henry’emu parę butów, której sam nie potrzebuje, i mówiąc, że jego prezent jest zwykłym sąsiedzkim gestem. Z pewnością nie oczekuje niczego w zamian.

Nie ma znaczenia, czy Joshua jest szczery. Jego gest oznacza udzielenie pożyczki. Od teraz Henry jest jego dłużnikiem.

W jaki sposób może mu się zrewanżować? Na tysiące sposobów. Niewykluczone, że Joshua naprawdę potrzebuje ziemniaków. Henry odczekuje przez grzeczność parę dni i zanosi mu je z komunikatem, że to również tylko mały prezent. Możliwe, że Joshua nie potrzebuje ziemniaków w tym momencie, więc Henry czeka, aż będą mu potrzebne. A może Joshua organizuje rok później przyjęcie i przechodząc obok podwórka Henry’ego, rzuca od niechcenia: „Ładna ta świnia…”.

W każdym z tych scenariuszy problem „podwójnej zgodności potrzeb”, do którego z takim uporem powracają autorzy podręczników ekonomii, zwyczajnie znika. Henry może nie mieć tego, czego Joshua chce w danym momencie. Jeśli jednak są sąsiadami, to oczywiście tylko kwestią czasu pozostaje, kiedy będzie to miał30.

To zaś oznacza, że znika potrzeba gromadzenia powszechnie akceptowanych przedmiotów w sposób sugerowany przez Smitha. Niepotrzebny staje się również wynalazek pieniądza. Tak jak się to dzieje w przypadku wielu małych społeczności, każdy po prostu pamięta, co kto jest komu winien.

Pojawia się tu jednak pewien koncepcyjny problem, który mógł dostrzec uważny czytelnik. Henry „jest Joshui coś winien”. Coś, czyli co? W jaki sposób można określić wielkość przysługi? Na jakiej podstawie twierdzi się, że ta ilość ziemniaków albo ta duża świnia stanowi równowartość pary butów? Bo jeśli te przedmioty są swoimi przybliżonymi ekwiwalentami, musi istnieć sposób pozwalający ustalić, że X jest z grubsza równowartością Y albo czymś odrobinę gorszym bądź lepszym. Czy nie wynika stąd, że coś w rodzaju pieniądza, przynajmniej w sensie jednostki obrachunkowej, za pomocą której można porównać ze sobą wartość różnych przedmiotów, musiało już wcześniej istnieć?

W większości gospodarek opartych na darze istnieje proste rozwiązanie tego problemu. Rzeczy zostają podzielone na kilka uporządkowanych hierarchicznie typów. Świnie i buty mogą być uznane za przedmioty mające mniej więcej jednakowy status. Czym innym są jednak koralowe naszyjniki. Aby je otrzymać, należy również oddać naszyjnik, a przynajmniej jakiś rodzaj biżuterii. Antropolodzy zwykle mówią w tym kontekście o różnych „kręgach wymiany”31. To nieco upraszcza sprawę. Gdy międzykulturowy barter staje się normą, zazwyczaj opiera się na podobnych zasadach. Pewne przedmioty można wymienić wyłącznie na określone inne (na przykład sukno na włócznie), dzięki czemu łatwo wypracować standardowe ekwiwalencje. Nie pomaga nam to jednak w rozwikłaniu zagadki pochodzenia pieniądza. Prawdę mówiąc, teraz robi się pod tym względem jeszcze gorzej. Dlaczego bowiem ktoś miałby gromadzić sól, złoto albo ryby, jeśli niektórych rzeczy nie da się za nie w ogóle uzyskać?

Istnieją dobre powody, aby przypuszczać, że barter nie jest zjawiskiem szczególnie starym i że rozpowszechnił się dopiero w czasach nowożytnych. W większości znanych przypadków dochodzi do niego wśród ludzi, którzy znają pieniądze, lecz z takich czy innych powodów nie mają do nich dostępu. Rozbudowane systemy barterowe często pojawiają się w wyniku upadku gospodarek narodowych: ostatnio w Rosji w latach 90. oraz w Argentynie około 2002 roku; w pierwszym przypadku ruble, a w drugim dolary stały się właściwie bezużyteczne32. Niekiedy pojawiają się wówczas zalążki nowej waluty. Jak wiadomo, w obozach jenieckich i w wielu więzieniach walutą obiegową często są papierosy, co niezwykle cieszy zawodowych ekonomistów33. Także w tym przypadku mowa jest jednak o ludziach, którzy posługiwali się kiedyś pieniędzmi, a teraz muszą sobie poradzić bez nich – dokładnie na wzór sytuacji, której „wyobrażenie” pojawia się w przywoływanych przeze mnie podręcznikach ekonomii.

Częstszym rozwiązaniem jest wprowadzenie jakiejś formy systemu kredytowego. Stało się tak w okresie, w którym spora część Europy „powróciła do barteru” po upadku Cesarstwa Rzymskiego, i po raz kolejny później, kiedy rozpadło się Imperium Karolińskie. Ludzie w dalszym ciągu rozliczali się za pomocą dawnej cesarskiej waluty, nawet jeśli nie używali już monet34. Pieniądze nie są też obce pasztuńskim mężczyznom lubiącym wymieniać rowery na osły. Pieniądz istnieje w tej części świata od tysięcy lat. W gronie równych wolą oni jednak wymianę bezpośrednią, ponieważ uważają ją za bardziej męską35.

Najważniejsze jednak, że to samo dotyczy przykładów Adama Smitha o wykorzystywaniu w charakterze pieniądza ryb, gwoździ czy tytoniu. Po wydaniu Bogactwa narodów przyjrzeli się im badacze i odkryli, że właściwie we wszystkich przypadkach opisywani przez Smitha ludzie rozumieli działanie pieniądza i posługiwali się nim – jako jednostką rozliczeniową36. Weźmy suszonego dorsza, podobno wykorzystywanego w charakterze pieniądza w Nowej Fundlandii. Jak dowodził niemal sto lat temu brytyjski dyplomata A. Mitchell-Innes, opis Smitha był w rzeczywistości iluzją wywołaną prostym mechanizmem kredytowym:

W pierwszych latach nowofundlandzkiego przemysłu rybnego nie istniała stała europejska populacja wyspy. Rybacy udawali się tam jedynie w trakcie sezonu rybackiego. Ci zaś, którzy nie byli rybakami, skupowali od rybaków suszonego dorsza i sprzedawali im towary codziennego użytku. Rybacy sprzedawali handlarzom połów w cenie rynkowej wyrażonej w funtach, szylingach i pensach, otrzymując w zamian kredyt zapisywany w księgach, który wykorzystywali, płacąc za swoje zakupy. Pozostałą kwotę kupcy oddawali im za pośrednictwem poleceń wypłaty odbieranych w Anglii lub we Francji37.

Podobnie było w szkockiej wiosce. To nie tak, że ktoś naprawdę wchodził do miejscowego pubu, wydłubywał wbity w powałę gwóźdź i zamawiał przy barze pintę piwa. Pracodawcom w czasach Smitha często brakowało monet, aby opłacić pracowników. Na wynagrodzenia czekało się niekiedy rok albo dłużej. W tym czasie przyjętym zwyczajem było wynoszenie przez pracowników części własnego urobku albo niewykorzystanych surowców: drewna, tkanin, lin itp. Gwoździe stanowiły więc de facto procent od długu pracodawcy. Robotnicy szli do pubu, otwierali rachunki, a gdy nadarzała się okazja, przynosili z pracy worek gwoździ, żeby zabezpieczyć się przed niewypłacalnością. Prawo czyniące z tytoniu legalny środek płatniczy w Wirginii wydaje się z kolei podjętą przez plantatorów próbą zobligowania miejscowych kupców do przyjmowania tytoniu w okresie zbiorów. Prawo to zmuszało wszystkich kupców z Wirginii, aby stali się pośrednikami w przemyśle tytoniowym – czy im się to podoba, czy nie. Na tej samej zasadzie wszyscy kupcy zachodnioindyjscy musieli przekształcić się w handlarzy cukrem, ponieważ cukier to było jedyne, co przynosili ich bogatsi klienci w ramach spłaty długu.

Tak więc w sztandarowych przykładach Smitha ludzie tworzyli systemy kredytowe na potrzeby chwili, ponieważ doskwierał im niedobór rzeczywistych pieniędzy – złotych i srebrnych monet. Jednak najbardziej miażdżący cios tradycyjnym wersjom historii ekonomii zadał przekład egipskich hieroglifów, a później mezopotamskiego pisma klinowego. Dzięki temu początki wiedzy historycznej przesunęły się o niemal trzy tysiąclecia wstecz – od Homera (około 800 roku p.n.e.), wokół którego krążyły one w czasach Smitha, do mniej więcej 3500 roku p.n.e. Teksty te pokazały, że systemy kredytowe w opisywanym przez nas kształcie poprzedziły wynalazek pieniądza o tysiące lat.

System mezopotamski jest najlepiej udokumentowany, lepiej niż podobny do niego system z faraońskiego Egiptu, Chin dynastii Shang (o którym wiemy niewiele) czy cywilizacji doliny Indusu (o której nie wiemy nic). Tak się składa, że o Mezopotamii wiemy bardzo dużo, ponieważ zdecydowana większość dokumentów zapisanych pismem klinowym miała charakter finansowy.

Gospodarka sumeryjska skupiała się wokół rozległych kompleksów pałacowo-świątynnych. Często na ich terenie pracowały tysiące osób: kapłani i urzędnicy, rzemieślnicy w warsztatach produkcyjnych, rolnicy i pasterze doglądający rozległych posiadłości. Mimo że starożytny Sumer był przez długi okres podzielony na niepodległe państwa-miasta, do czasu uniesienia kurtyny w 3500 roku p.n.e. zarządzający świątyniami stworzyli jednolity system rachunkowy – który do pewnego stopnia wciąż nam towarzyszy, wszak to właśnie Sumerom zawdzięczamy liczenie na tuziny, sześćdziesięciominutową godzinę lub dwudziestoczterogodzinną dobę38. Podstawową jednostką walutową był srebrny szekel. Srebro o wadze jednego szekla stanowiło równowartość jednego gura, czyli jednego buszla jęczmienia. Szekel dzielił się na 60 min, odpowiadających jednej porcji jęczmienia – wedle zasady, że miesiąc ma trzydzieści dni, a pracownicy świątynni otrzymują dwie racje jęczmienia dziennie. Łatwo dostrzec, że „pieniądz” w tym znaczeniu nie jest w żadnym wypadku konsekwencją transakcji handlowych. Został stworzony przez biurokratów starających się kontrolować na bieżąco zasoby i przesuwać je pomiędzy różnymi działami.

Świątynni biurokraci wykorzystywali system do kalkulacji długów (czynsze, opłaty, pożyczki…) w srebrze. W praktyce pełniło ono funkcję pieniądza. I rzeczywiście znajdowało się w obrocie pod postacią nieobrobionych kawałków, „metalu w sztabach”39, jak to ujął Smith40. W tym punkcie miał więc rację. Ale to niemal jedyny fragment jego narracji wolny od błędów. Po pierwsze dlatego, że srebra w obiegu nie było wiele. Większość tkwiła w skarbcach świątynnych lub pałacowych; niektóre z nich znajdowały się w tym samym miejscu, pilnie strzeżone, dosłownie przez tysiące lat. Sztabki można było bez trudu zestandaryzować, oznakować i stworzyć system gwarantujący ich czystość. Istniała potrzebna do tego technika. Tyle że nikt nie odczuwał specjalnej potrzeby, aby z niej skorzystać. Między innymi dlatego, że o ile długi wyliczano w srebrze, ich spłaty można było dokonywać w innej formie – nadawało się do tego niemal wszystko, co ktoś miał akurat pod ręką. Chłopi zadłużeni wobec świątyni lub pałacu, albo wobec świątynnego lub dworskiego urzędnika, przypuszczalnie regulowali długi w jęczmieniu. Z tego powodu ustalenie stosunku srebra do jęczmienia było tak ważne. Nikomu nie robiono by jednak problemów, gdyby przyprowadził ze sobą kozy, przyniósł meble albo lapis-lazuli. Świątynie i pałace stanowiły wielkie zakłady produkcyjne, które mogły zrobić użytek właściwie ze wszystkiego41.

Na targach, które pojawiły się w mezopotamskich miastach, ceny również ustalano w srebrze, a te z nich, których wprost nie kontrolowały świątynie i pałace, zazwyczaj zmieniały się w zależności od popytu i podaży. Ale nawet tutaj posiadane przez nas dowody sugerują, że większość transakcji opierała się na kredycie. Kupcy (zatrudnieni przez świątynie lub pracujący na własną rękę) jako nieliczni na większą skalę posługiwali się srebrem. Jednak nawet oni większość transakcji zawierali na kredyt. Również zwykli ludzie kupujący piwo od handlujących nim kobiet lub miejscowi karczmarze otwierali rachunki, których spłaty dokonywano w jęczmieniu w trakcie żniw lub w innej formie, w zależności od tego, co miało się właśnie pod ręką42.

W tym miejscu rozsypują się niemal wszystkie tradycyjne opowieści na temat początków pieniądza. Nie ma wielu przypadków, w których historyczne teorie zostałyby tak całkowicie i systematycznie obalone. Już w pierwszych dekadach XX wieku dostępne były wszystkie elementy niezbędne do napisania historii pieniądza na nowo. Grunt przygotował Mitchell-Innes – cytowany przeze mnie już w związku ze sprawą nowofundlandzkiego dorsza – w dwóch esejach opublikowanych w nowojorskim „Banking Law Journal” w 1913 i 1914 roku. Wyłożył on w nich rzeczowo fałszywe założenia, na których opierała się dotychczasowa historia ekonomii, i zasugerował, że tym, czego naprawdę brakuje, jest historia długu:

Jednym z popularnych błędów związanych z handlem jest przekonanie, że w czasach nowożytnych pojawiło się korzystne finansowo rozwiązanie zwane kredytem i że zanim zostało ono wynalezione, za wszystko płacono gotówką czy też, mówiąc inaczej, za pomocą monet. Wnikliwe badanie pokazuje, że prawda jest dokładnie odwrotna. W dawnych czasach monety odgrywały znacznie mniejszą rolę w handlu niż obecnie. Monet było w istocie tak mało, że nie wystarczały one nawet na potrzeby dworu [w średniowiecznej Anglii] i królewskich posiadłości, które często korzystały z różnego rodzaju żetonów pozwalających dokonywać drobnych płatności. Waluta była na tyle nieistotna, że królowie nie mieli żadnych oporów, aby od czasu do czasu zebrać ją w całości, przekuć na nowe monety i wprowadzić z powrotem do obiegu, ponieważ handel toczył się w tym czasie bez żadnych przeszkód43.

W istocie historię monetarną opowiadamy zwykle całkowicie na opak. Nie zaczęliśmy od barteru i nie wynaleźliśmy pieniędzy, aby następnie rozwinąć systemy kredytowe. Było dokładnie na odwrót. To, co dziś nazywamy pieniądzem wirtualnym, było pierwsze. Monety pojawiły się znacznie później i upowszechniały się w różnym tempie, nigdy do końca nie wypierając systemów kredytowych. Barter natomiast wydaje się w znacznej mierze przypadkowym produktem ubocznym posługiwania się monetami lub pieniądzem papierowym. Historycznie rzecz biorąc, do barteru dochodziło przede wszystkim wówczas, gdy ludzie przywykli do transakcji gotówkowych z jakiegoś powodu tracili dostęp do waluty.

Ciekawe, że nigdy do tego nie doszło. Nigdy nie napisano nowej historii pieniądza. To nie tak, że któryś z ekonomistów obalił tezę Mitchella-Innesa. Po prostu go zignorowano. Podręczniki nie zmieniły swojej narracji – choć cały dostępny materiał dowodowy pokazuje jej fałszywość. Ludzie wciąż piszą historie pieniądza będące tak naprawdę historiami waluty, wychodząc z założenia, że w przeszłości były one z konieczności tym samym. Okresy niedoboru i rezygnacji z użycia monet w dalszym ciągu postrzega się jako momenty, w których gospodarka przeżywała „nawrót do barteru”, tak jakby sens tego zwrotu był oczywisty, gdy w rzeczywistości nikt tak naprawdę nie wie, co on właściwie znaczy. Skutek jest taki, że w zasadzie nie mamy pojęcia, w jaki sposób mieszkaniec – dajmy na to – niderlandzkiego miasteczka w 950 roku kupował ser, łyżki albo zatrudniał muzyków, aby zagrali na weselu jego córki, nie mówiąc o tym, jak się to obywało w Pembie czy Samarkandzie44.

* * *

1 Karl E. Case, Ray C. Fair, Manfred Gärtner, and Ken Heather, Economics, Prentice Hall, London 1996, s. 564.

2 Tamże.

3 David Begg, Stanley Fischer, Rudiger Dornbusch, Economics (Eighth Edition), McGraw-Hill, Maidenhead, Berkshire 2005, s. 384.

4 Peter Maunder, Danny Myers, Nancy Wall, Roger LeRoy Miller, Economics Explained (Third Edition), Harper Collins, London 1991, s. 310.

5 Michael Parkin, David King, Economics (Second Edition), Addison-Wesley Publishers, London 1995, s. 65.

6 Joseph Stiglitz, John Driffill, Economics, W. W. Norton, New York 2000, s. 521.

7 Zob. Arystoteles, Polityka, I 9 1257.

8 Nie jest również pewne, czy w ogóle mamy tu do czynienia z barterem. Arystoteles posługiwał się terminem métadosis, oznaczającym w jego czasach „dzielenie się” lub „rozdzielanie czegoś”. Od czasów Smitha zwykło się to słowo przekładać jako „barter”, jednak Karl Polanyi już dawno temu podkreślał, że jest to przypuszczalnie tłumaczenie nieprecyzyjne, chyba że Arystoteles starał się nadać temu słowu zupełnie nowe znaczenie (zob. Karl Polanyi, Aristotle Discovers the Economy, [w:] Trade and Market in the Early Empires, ed. Karl Polanyi, Conrad M. Arensberg, Harry W. Pearson, The Free Press, Glencoe 1957, s. 64 – 94). Teoretycy początków greckiego pieniądza, od Lauma (zob. Bernhard Laum, Heiliges Geld: Eine historische Untersuchung ueber den sakralen Ursprung des Geldes, J. C. B. Mohr, Tübingen 1924) po Seaforda (zob. Richard Seaford, Money and the Early Greek Mind: Homer, Philosophy, Tragedy, Cambridge University Press, Cambridge 2004), zwracali uwagę, że zwyczaj dzielenia dóbr (np. łupów wojennych, mięsa na ofiarę) przypuszczalnie odegrał kluczową rolę w rozwoju greckiej waluty. (Krytykę tradycji utrzymującej, że Arystotelesowi chodzi o barter, przedstawia Sasan Fayazmanesh w Money and Exchange: Folktales and Reality, Routledge, New York 2006).

9 Pisze o tym w swoich pracach Jean-Michel Servet. Zob. tegoż, La fable du troc, numéro spécial de la revue „XVIIIe siècle, Economie et politique” (sous la direction Gérard Klotz, Catherine Larrère et Pierre Retat), no. 26/1994, s. 103 – 115, oraz tegoż, Le troc primitif, un mythe fondateur d’une approche économiste de la monnaie, „Revue numismatique” 2001, s. 15 – 32. Servet zauważa również, że w XVIII wieku te relacje nagle się skończyły, ustępując miejsca ciągłym wzmiankom o „prymitywnym barterze” w opisach Oceanii, Afryki i obu Ameryk.

10 Adam Smith, Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów, t. 1, przeł. Stefan Wolff, Oswald Einfeld, Zdzisław Sadowski, Warszawa 2007, s. 19 (w oryginale Smitha: a certain propensity in human nature […] the propensity to truck, barter, and exchange one thing for another [przyp. tłum.]).

11 Tamże. Przekonamy się jeszcze, że sformułowanie to ma przypuszczalnie znacznie dłuższy rodowód.

12 „Gdyby się przyjrzeć zasadzie ludzkiego umysłu, na której opiera się ta skłonność do wymiany i handlu, szybko się zorientujemy, że jest to w oczywisty sposób naturalna inklinacja każdego człowieka do perswazji. Oferta szylinga, która wydaje nam się tak oczywista i jasna, jest w rzeczywistości propozycją argumentu, który ma przekonać kogoś do postąpienia w określony sposób, ponieważ leży to w jego interesie” (Adam Smith, Lectures on Jurisprudence, Glasgow Edition of the Works and Correspondence of Adam Smith, Vol. 5, Liberty Fund, Indianapolis 1982, s. 56). Fascynujące, że to właśnie Smith jest autorem poglądu widzącego w wymianie fundament naszych zdolności umysłowych, manifestujących się na gruncie języka (jako wymiana słów) oraz ekonomii (jako wymiana dóbr materialnych). Większość antropologów za autora tego stanowiska uważa Claude’a Lévi-Straussa (zob. tegoż, Antropologia strukturalna, przeł. Krzysztof Pomian, Wydawnictwo KR, Warszawa 2000).

13 Wzmianka na temat pasterzy sugeruje, że Smith może mieć na myśli inną część świata, jednak gdzie indziej jego przykłady – choćby wymiana jelenia na bobry – zdradzają wyraźnie, że pisząc, myśli o lasach na północnym wschodzie Ameryki Północnej.

14 Adam Smith, Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów, t. 1, s. 21.

15 Tamże, s. 30.

16 Tamże, s. 30 – 31.

17 Tamże, s. 31.

18 Tamże, s. 32.

19 Tamże.

20 Jak się wydaje, idea historycznej sekwencji od barteru przez pieniądz do kredytu pojawia się po raz pierwszy w wykładach włoskiego bankiera Bernardo Davanzatiego (1529 – 1606) [zob. Richard Waswo, Shakespeare and the Formation of the Modern Economy, „Surfaces”, Vol. 6, 217 (V.1.0A), http://www.pum.umontreal.ca/revues/surfaces/vol6/waswo.html]. W spójną teorię przekształcili ją niemieccy historycy ekonomii: Bruno Hildebrand (1864), który wyróżnił prehistoryczne stadium barteru, starożytne stadium monety oraz, po krótkim nawrocie barteru w średniowieczu, nowoczesne stadium gospodarki kredytowej; oraz jego uczeń Karl Bücher (1907), w którego pracach przyjęła ona kanoniczną postać. W naszych czasach tę wizję uznaje się powszechnie za wiedzę potoczną. Pojawia się ona przynajmniej w postaci milczących założeń u Marksa, a otwarcie u Simmela – a wszystko to, jak już zostało powiedziane, pomimo faktu, że wszelkie późniejsze badania historyczne jednoznacznie ją obaliły.

21 Choć zwróciły one uwagę wielu innych. Zwłaszcza prace Morgana z lat 1851, 1877 i 1881, podkreślające zarówno własność kolektywną, jak i ogromną rolę kobiet, z radami kobiet kontrolującymi w zasadzie życie gospodarcze, zrobiły tak wielkie wrażenie na wielu radykalnych myślicielach – w tym na Marksie i Engelsie – że dały początek czemuś na kształt kontrmitu o prymitywnym komunizmie i pierwotnym matriarchacie (zob. Lewis Henry Morgan, Liga Ho-de’-no-sau-nee, czyli Irokezów, przeł. Bartosz Hlebowicz, Kęty 2011; tegoż, Społeczeństwo pierwotne, czyli badanie kolei ludzkiego postępu od dzikości przez barbarzyństwo do cywilizacyi, przeł. Aleksandra Bąkowska, nakładem redakcyi „Prawdy”, Warszawa 1887; tegoż, Houses and House-Life of the American Aborigines, University of Chicago Press, Chicago 1965).

22 Anna Chapman idzie jeszcze dalej, zauważając, że jeśli czysty barter definiować jako wymianę samych przedmiotów, a nie transformację stosunków międzyludzkich, to nie ma pewności, czy coś takiego kiedykolwiek istniało (zob. Anne Chapman, Barter as a Universal Mode of Exchange, „L’Homme” 22 (3), 1980, s. 33 – 83). Zob. także: Patrick Heady, Barter, [w:] Handbook of Economic Anthropology, ed. James Carrier, Edward Elgar, Cheltenham 2005, s. 262 – 274.

23 Claude Lévi-Strauss, Guerre et commerce chez les Indiens d’Amerique du Sud, „Renaissance”, Vol. I, fascicule 1 et 2, École Libre des Hautes Études, Paris 1943. Cyt. za: Jean-Michel Servet, Primitive Order and Archaic Trade. Part II, „Economy and Society” 11 (1), 1982, s. 33.

24 Łatwo sobie wyobrazić, że dla młodych kobiet i mężczyzn spędzających niemal cały swój czas z kilkunastoma osobami w swoim wieku pokusa seksualnej odmiany musi być silna.

25 Ronald M. Berndt, Ceremonial Exchange in Western Arnhem Land, „Southwestern Journal of Anthropology” 7 (2), 1951, s. 161. Zob. także: Stephen Gudeman, The Anthropology of Economy, Blackwell, London 2001, gdzie pojawia się analiza podobna do mojej.

26 Ronald M. Berndt, dz. cyt., s. 151.

27 Dalej przekonamy się jednak, że muzyka, taniec, narkotyki, luksusowe prostytutki czy możliwość przemocy nie są niczym niezwykłym w kontekście dzisiejszych międzynarodowych umów handlowych. Pierwszym z brzegu przykładem literatury na ten temat jest książka Johna Perkinsa (Confessions of an Economic Hit Man, Ebury Press, New York 2005).

28 Charles Lindholm, Generosity and jealousy: the Swat Pukhtun of Northern Pakistan, Columbia University Press, New York 1982, s. 116.

29 Servet podaje całą litanię tego rodzaju zwrotów (zob. Jean-Michel Servet, Le troc primitif, un mythe fondateur d’une approche économiste de la monnaie, s. 20 – 21).

30 Jest to sprawa tak oczywista, że aż trudno uwierzyć, jak rzadko o niej dotychczas mówiono. Jedynym znanym mi ekonomistą klasycznym, który brał pod uwagę możliwość, że odroczone płatności mogły uczynić barter zbędnym, jest Ralph Hawtrey (zob. Ralph G. Hawtrey, Currency and Credit, Longmans, Green and Co., London 1928, s. 2, cyt. za: Paul Einzig, Primitive Money in its Ethnological, Historical, and Economic Aspects, Pergamon Press, New York 1949, s. 375). Inni zakładają bez rozsądnej przyczyny, że wszystkie wymiany, nawet w gronie sąsiedzkim, musiały z konieczności być tym, co ekonomiści nazywają „trans akcjami kasowymi”.

31 Zob. Paul Bohannan, Some Principles of Exchange and Investment among the Tiv, „American Anthropologist” 57, 1955, s. 60 – 67; Fredrik Barth, Economic Spheres in Darfur, „Themes in Economic Anthropology”, ASA Monographs, No. 6, Tavistock, London 1969, s. 149 – 174; Nancy Munn, The Fame of Gawa: A Symbolic Study of Value Transformation in aMassim (Papua New Guinea) Society, Cambridge University Press, Cambridge 1986; David Akin, Joel Robbins, An Introduction to Melanesian Currencies: Agencies, Identity, and Social Reproduction, [w:] tychże (red.), Money and Modernity: State and Local Currencies in Melanesia, University of Pittsburgh Press, Pittsburgh 1998, s. 1 – 40. Dobre streszczenie tej koncepcji można znaleźć u Gregory’ego (zob. Christopher A. Gregory, Gifts and Commodities, Academic Press, New York 1982, s. 48 – 49). Daje on przykład systemu z górskich rejonów Papui-Nowej Gwinei z sześcioma kategoriami cennych przedmiotów. Świnie i kazuary znajdują się na szczycie hierarchii, „wisiorki z muszli perłowej, wieprzowe żeberka, kamienne kilofy, pióropusze z piór kazuarów i opaski na głowę z muszelek kauri” na drugim poziomie itd. Zwykle przedmioty konsumpcyjne pojawiają się jedynie na dwóch ostatnich poziomach, obok żywności luksusowej oraz, szczebel niżej, podstawowych warzyw.

32 Zob. Jean-Michel Servet, Démonétarisation et remonétarisation en Afrique-Occidentale et Équatoriale (XIXe-XXe siècles), [w:] La monnaie souveraine, ed. Michel Aglietta, André Orleans, Odile Jacob, Paris 1998, s. 289 – 324; Caroline Humphrey, Barter and Economic Disintegration, „Man” 20, 1985, s. 48 – 72.

33 Klasycznym tekstem na ten temat jest esej Radforda, zob. R. A. Radford, The Economic Organization of a POW Camp, „Economica” 12 (48), 1945, s. 189 – 201.

34 Na początku XVII wieku nazywano funtami, szylingami i pensami (lub liwrami, denarami i sou) dawne karolińskie nominały, mimo że przez ostatnie osiemset lat faktycznie używane monety były zupełnie inne lub zwyczajnie nie istniały (zob. Luigi Einaudi, The Theory of Imaginary Money from Charlemagne to the French Revolution, [w:] Enterprise and Secular Change, ed. F. C. Lane, J. C. Riemersma, Allen & Unwin, London 1956).

35 Inne przykłady barteru istniejącego równolegle z pieniądzem można znaleźć w tekstach Orlove’a (zob. Benjamin Orlove, Barter and Cash Sale on Lake Titicaca: A Test of Competing Approaches, „Current Anthropology” 27 (2), 1986, s. 85 – 106) oraz Barnesa i Barnes (zob. Robert Harrison Barnes, Ruth Barnes, Barter and Money in an Indonesian VillageEconomy, „Man” (New Series) 24 (3), 1989, s. 399 – 418).

36 Jedną z wad napisania książki uznawanej za klasykę jest to, że w wielu przypadkach ludzie rzeczywiście takie przykłady sprawdzą (zaletą jest natomiast to, że nawet jeśli odkryją twój błąd, wciąż będą cytować cię jako autorytet).

37 A. Mitchell Innes, What is Money?, „Banking Law Journal”, May 1913, s. 378. Dalej zauważa: „Wystarczy chwila refleksji, aby dostrzec, że towar podstawowy nie może służyć jako pieniądz, ponieważ środek wymiany jest wymieniany ex hypothesi przez wszystkich członków wspólnoty. Tak więc jeśli rybacy płaciliby za swoje zakupy w dorszu, kupcy też musieliby płacić za swojego dorsza w dorszu, co jest oczywistym absurdem”.

38 Pierwsze najprawdopodobniej pojawiły się świątynie. Pałace, których znaczenie stopniowo rosło, przejęły z czasem świątynny system administracji.

39 Smith posługuje się sformułowaniem rude bars. W polskim przekładzie mowa jest w tym miejscu o „metalu w sztabach”, których używano, „nie znacząc ich ani nie wybijając monet”. Zob. Adam Smith, Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów, t. 1, s. 32 [przyp. tłum.].

40 Smith tego sobie nie uroił: tego rodzaju sztabki nazywano w jego czasach hacksilber (zob. Miriam S. Balmuth, Hacksilber to Coinage: New Insights into the Monetary History of the Near East and Greece, „Numismatic Studies”, No. 24, American Numismatic Society, New York 2001).

41 Przykłady egipskie można znaleźć u Griersona (zob. Philip Grierson, The Origins of Money, Athlone Press, London 1977, s. 17).

42 Zob. Michael Hudson, Reconstructing the Origins of Interest-Bearing Debt and the Logic of Clean Slates, [w:] Debt and Economic Renewal in the Ancient Near East, ed. Michael Hudson, Marc Van de Mieroop, CDL Press, Bethesda 2002, s. 25; tegoż, The archeology of money: debt vs. barter theories of money, [w:] Credit and State Theories of Money, ed. Randall Wray, Edward Elgar Press, Cheltenham 2004, s. 114.

43 A. Mitchell-Innes, dz. cyt., s. 381.

44 Monumentalna książka Money and Its Use in Medieval Europe Petera Spufforda (Cambridge University Press, Cambridge 1988), poświęcająca setki stron wydobyciu srebra i złota, mennicom i psuciu waluty, zawiera tylko dwie albo trzy wzmianki dotyczące różnego rodzaju ołowianych lub skórzanych pieniędzy żetonowych bądź drobnych mechanizmów kredytowych, dzięki którym zwykli ludzie zawierali prawdopodobnie zdecydowaną większość codziennych transakcji. Na ten temat, pisze Spufford, „nie wiemy właściwie nic” (tamże, s. 336). Jeszcze dobitniejszy przykład, który później będzie dla nas ważny, stanowi rabosz: korzystanie z raboszów zamiast gotówki było popularne w średniowieczu, jednak poza Anglią właściwie nie prowadzono systematycznych badań na ten temat.

3 Przedwieczne długi

Rodząc się, każde istnienie rodzi się jako dług wobec bogów, świętych, Ojców i ludzi. Gdy ktoś składa ofiarę, to ze względu na dług, jaki ma od urodzenia wobec bogów […]. Gdy ktoś recytuje święty tekst, to ze względu na dług, jaki ma wobec świętych […]. Gdy ktoś pragnie potomstwa, to ze względu na dług, jaki ma od urodzenia u ojców […]. Jeśli zaś ktoś udziela gościny, to ze względu na dług, jaki ma wobec ludzi.

Śatapathabrahmana 1.7.12, 1 – 6

Wypędźmy z siebie złe następstwa koszmarów, tak jak spłacamy długi.

Rygweda 8.47.17

Współczesne podręczniki ekonomii zaczynają od wiosek wyobrażonych, ponieważ nie mają nic do powiedzenia na temat rzeczywistych. Nawet ekonomiści musieli jednak w końcu przyznać, że Kraina Barteru Smitha jest tak naprawdę fikcją1.

Pytanie brzmi: dlaczego mit mimo wszystko przetrwał? Ekonomiści od dawna kwestionują inne fragmenty Bogactwa narodów – na przykład teorię wartości opartej na pracy czy dezaprobatę Smitha dla spółek akcyjnych2. Dlaczego nie mieliby więc odrzucić również mitu barteru – jako uroczej oświeceniowej przypowiastki – poddając analizie pierwotne rozwiązania kredytowe, a w każdym razie poszukując czegoś bliższego świadectwom historycznym?

Otóż wydaje się, że mit barteru nie może zniknąć, ponieważ stanowi kluczowy element całego dyskursu ekonomii.

Przypomnijmy cele Smitha podczas pisania Bogactwa narodów. Przede wszystkim książka ta stanowiła próbę nadania nowej dyscyplinie, jaką była ekonomia, statusu nauki. Oznaczało to nie tylko konieczność posiadania własnego przedmiotu badań – tego, co dziś nazywamy „gospodarką”, choć samo przekonanie o jej istnieniu było w czasach Smitha nowe – ale również konieczność popularyzacji przekonania, że funkcjonuje ona na podstawie praw podobnych do tych, które wedle niewiele wcześniejszych ustaleń sir Isaaca Newtona rządzą światem fizycznym. Newton przedstawił Boga jako kosmicznego zegarmistrza, który zaprojektował fizyczną maszynerię wszechświata w taki sposób, aby przynosiła ludziom maksymalną korzyść, a potem pozwolił jej działać samoistnie. Smithowi marzyła się podobna argumentacja3. Bóg – czy też, jak o tym pisał, Boska Opatrzność – poukładał wszystko w taki sposób, że nasze dążenie do własnej korzyści, przy braku ingerencji w mechanizm rynku, „niczym wiedzione niewidzialną ręką” przyczyni się do ogólnego dobrobytu. Słynna niewidzialna ręka Smitha była, jak pisze o tym w Teorii uczuć moralnych, narzędziem Boskiej Opatrzności. Była całkiem dosłownie ręką Boga4.

Gdy ekonomia okrzepła jako dyscyplina, argumenty teologiczne przestały być konieczne czy ważne. Ludzie wciąż się spierają, czy pozostawiony samemu sobie rynek doprowadzi do rezultatów przewidzianych przez Smitha, ale nikt nie kwestionuje samego istnienia „rynku”. Założenia leżące u podstaw tych dyskusji uznano za część zdrowego rozsądku – do tego stopnia, że, jak starałem się pokazać, widząc dwa cenne przedmioty zmieniające właścicieli, zakładamy, iż w normalnych okolicznościach dzieje się tak, ponieważ dwoje ludzi jednocześnie doszło do wniosku, że wymiana przyniesie im materialną korzyść. Co ciekawe, ekonomiści przestali w konsekwencji uznawać obecność lub nieobecność pieniądza za czynnik o istotnym znaczeniu. Pieniądz jest wszak tylko towarem mającym ułatwić wymianę, przydatnym do mierzenia wartości innych towarów. Poza tym nie ma szczególnych właściwości. W 1958 roku Paul Samuelson, jeden z luminarzy szkoły neoklasycznej, która w dalszym ciągu dominuje we współczesnej myśli ekonomicznej, wyraził niesmak z powodu czegoś, co określił mianem „społecznego uwikłania pieniądza”. „Nawet w najbardziej zaawansowanych gospodarkach przemysłowych – przekonywał – jeśli zredukujemy wymianę do jej nagiej istoty i usuniemy zaciemniającą obraz warstewkę pieniądza, zobaczymy, że handel między jednostkami i narodami sprowadza się do barteru”5. Inni mówili o „zasłonie pieniądza” rozmywającej obraz „realnej gospodarki”, w której ludzie produkują realne dobra i usługi, wymieniając je między sobą6.

To właśnie ostateczna apoteoza zdrowego rozsądku ekonomii. Pieniądz jest nieważny. Gospodarki – „realne gospodarki” – są w rzeczywistości rozległymi systemami barterowymi. Jak na złość, historia przekonuje jednak, że bez pieniądza te rozległe systemy barterowe nie występują. Nawet gdy gospodarki „powracają do barteru”, co miało się przytrafić średniowiecznej Europie, nie rezygnują całkowicie z pieniędzy. Po prostu nie korzystają wówczas z gotówki. Na przykład w średniowieczu wszyscy w dalszym ciągu ustalali wartość narzędzi i żywego inwentarza w starej walucie rzymskiej, mimo że monet z tego okresu od dawna nie było już w obiegu7.

To za sprawą pieniądza mogliśmy spojrzeć na siebie w sposób, do jakiego zachęcają nas ekonomiści: jak na zbiór jednostek i narodów, których głównym zajęciem jest wymiana. Oczywiście samo istnienie pieniędzy do tego nie wystarczy. W przeciwnym razie ekonomię wynaleziono by w starożytnym Sumerze, a w każdym razie zdecydowanie wcześniej niż w 1776 roku, kiedy pojawiło się Bogactwo narodów Adama Smitha.

Brakującym elementem jest dokładnie to, czego rolę Smith starał się umniejszyć: polityka rządu. W Anglii czasów Smitha rynek – świat rzeźników, kupców żelaznych i właścicieli sklepów z pasmanterią – można było zobaczyć jako niezależną sferę ludzkiej aktywności, ponieważ istniała wspierająca ją polityka rządu. Potrzebne do tego było prawo i policja, ale również odpowiednia polityka monetarna, do której (skutecznie) namawiali liberałowie w rodzaju Smitha8. Wymagało to ustalenia wartości waluty w srebrze, ale i zdecydowanego zwiększenia podaży pieniądza, a zwłaszcza drobnych monet. Do tego z kolei potrzebne były ogromne ilości cyny i miedzi, a także regulacja działalności banków, które w tamtym okresie stanowiły jedyne źródło papierowych pieniędzy. Sto lat przed Bogactwem narodów doszło do dwóch prób powołania państwowych banków centralnych, we Francji i w Szwecji, jednak w obu przypadkach skończyły się one spektakularną klęską. Niedoszłe banki centralne wypuściły noty pieniężne o charakterze głównie spekulacyjnym, których wartość załamała się w chwili, gdy inwestorzy stracili w nie wiarę. Smith opowiadał się za papierowymi pieniędzmi, ale podobnie jak wcześniej Locke, uważał, że względny sukces Banku Anglii i Banku Szkocji wynikał głównie z ich polityki ścisłego powiązania wartości papierowych pieniędzy z metalami szlachetnymi. W ekonomii stało się to obowiązującym punktem widzenia. Do tego stopnia, że alternatywne teorie pieniądza jako kredytu, opisywane przez Mitchella-Innesa, szybko zostały zmarginalizowane, ich zwolennicy uznani za pomyleńców, ich pomysły zaś zaszufladkowane jako ten rodzaj myślenia, który prowadzi do pojawienia się złych banków i baniek spekulacyjnych.

Tym bardziej na miejscu będzie zatem rozważenie tych alternatywnych koncepcji.

Państwowa i kredytowa teoria pieniądza

Mitchell-Innes opowiadał się za czymś, co stało się znane jako kredytowa teoria pieniądza. W XIX wieku najwięksi zwolennicy tej koncepcji nie wywodzili się z ojczyzny Mitchella-Innesa, Wielkiej Brytanii, lecz z dwóch rosnących wówczas w siłę potęg rywalizujących z Brytyjczykami – Stanów Zjednoczonych i Niemiec. Teoretycy pieniądza kredytowego utrzymywali, że pieniądz nie jest towarem, lecz narzędziem księgowym. Innymi słowy: nie jest w ogóle „rzeczą”. Nie można dotknąć dolara ani marki niemieckiej, tak jak nie można dotknąć godziny ani centymetra sześciennego. Jednostki walutowe są wyłącznie abstrakcyjnymi jednostkami miary i, jak słusznie zauważyli zwolennicy teorii pieniądza kredytowego, historycznie rzecz biorąc, tego rodzaju abstrakcyjne systemy rachunkowe pojawiły się na długo przed wprowadzeniem do obiegu jakiegokolwiek namacalnego środka wymiany9.

Prowadziło to w oczywisty sposób do kolejnego pytania. Jeśli pieniądz jest tylko miarą, to co właściwie mierzy? Odpowiedź była prosta: dług. Moneta jest w istocie skryptem dłużnym, IOU10. Popularny pogląd głosi, że banknot jest, czy też powinien być, obietnicą spłaty określonej sumy „prawdziwych pieniędzy” (złota, srebra czy czegokolwiek innego). Teoretycy pieniądza kredytowego twierdzą, że banknot stanowi po prostu obietnicę spłaty czegoś o tej samej wartości co uncja złota. Pieniądz nigdy nie był niczym innym. Nie ma zasadniczej różnicy między srebrnym dolarem, monetą dolarową z wizerunkiem Susan B. Anthony z imitującego złoto stopu miedziowo-niklowego, zielonym papierkiem z podobizną Jerzego Waszyngtona czy cyfrowym sygnałem komputera w jakimś banku. Pod względem intelektualnym koncepcja, że kawałek złota stanowi w rzeczywistości jedynie skrypt dłużny, nie jest szczególnie zdroworozsądkowa, ale coś musi być na rzeczy, skoro nawet wtedy, gdy w obiegu znajdowały się monety złote i srebrne, ich wartość niemal nigdy nie odpowiadała wartości kruszcu służącego do ich produkcji.

W jaki sposób mogło dojść do pojawienia się pieniądza kredytowego? Wróćmy do fikcyjnego miasteczka profesorów ekonomii. Powiedzmy, że Joshua dał buty Henry’emu, który zamiast przysługi obiecuje mu oddać w zamian rzecz o równej wartości11. Henry daje Joshui skrypt dłużny. Joshua może poczekać i zgłosić się do Henry’ego, gdy będzie on dysponował czymś wartościowym. Skrypt dłużny zostaje wówczas zniszczony i sprawa jest zakończona. Załóżmy jednak, że Joshua przekazuje skrypt dłużny trzeciej osobie – Sheili – której jest winny coś innego. Z powodu zaciągniętego wcześniej długu może przekazać go również czwartej osobie – Loli – a wtedy pożyczoną sumę będzie jej winien Henry. W ten sposób rodzi się pieniądz. Cały ten proces jest bowiem potencjalnie nieskończony. Jeśli Sheila chce kupić parę butów od Edith, może jej po prostu wręczyć skrypt dłużny i zapewnić ją, że Henry na pewno go spłaci. Teoretycznie nie ma powodu, aby skrypt dłużny nie krążył w miasteczku przez lata – pod warunkiem że ludzie w dalszym ciągu mają zaufanie do Henry’ego. Jeśli trwa to dostatecznie długo, mogą oni zresztą całkowicie zapomnieć, kto był jego emitentem. Takie rzeczy się zdarzają. Antropolog Keith Hart opowiedział mi kiedyś historię swojego brata, który w latach 50. był brytyjskim żołnierzem stacjonującym w Hongkongu. Żołnierze zwykli regulować swoje należności w barach, wypisując czeki na rachunki w Anglii. Lokalni kupcy dopisywali później na czeku własne uwagi i przekazywali go sobie jak walutę. Któregoś razu brat Harta widział jeden ze swoich czeków, wypisany pół roku wcześniej, na ladzie lokalnego sklepu, pokryty około czterdziestoma dopiskami w języku chińskim.

Teoretycy kredytu, tacy jak Mitchell-Innes, twierdzą, że gdyby nawet Henry dał Joshui złotą monetę zamiast kawałka papieru, sytuacja zasadniczo by się nie zmieniła. Złota moneta jest obietnicą zwrotu czegoś, co odpowiada wartością złotej monecie. Ostatecznie złota moneta sama w sobie jest bezużyteczna. Przyjmuje się ją tylko dlatego, że zakłada się, iż tak samo postąpią inni.

W tym sensie wartość jednostki walutowej nie jest miarą wartości przedmiotu, lecz miarą naszego zaufania do innych istot ludzkich.

Rzecz jasna element zaufania wszystko komplikuje. Wczesne banknoty cyrkulowały niemal dokładnie w opisany przeze mnie sposób, z tą różnicą, że wzorem chińskich kupców każdy odbiorca dodawał swój podpis, aby potwierdzić prawomocność długu. Trudność ze stanowiskiem czartalistycznym – tak bowiem zaczęto je nazywać, od łacińskiego charta oznaczającego żeton – polega na ustaleniu, dlaczego ludzie wciąż ufają kawałkowi papieru. Czy nie można by po prostu napisać na skrypcie dłużnym imienia Henry’ego? Owszem, taki system żetonów dłużnych może działać w niewielkiej wiosce, gdzie wszyscy się znają, a nawet w obrębie większej wspólnoty – na przykład wśród XVI-wiecznych kupców włoskich lub XX-wiecznych kupców chińskich, gdzie przynajmniej potencjalnie można było dotrzeć do wszystkich zainteresowanych osób. W ten sposób nie da się jednak tworzyć rozwiniętych systemów walutowych i nie ma dowodów na to, by kiedykolwiek to się powiodło. Do przeprowadzenia większości codziennych transakcji przez wszystkich mieszkańców średniej wielkości miasta potrzeba by milionów skryptów dłużnych12. Aby poręczyć wszystkie z nich, Henry musiałby być niemal niewyobrażalnie bogaty.

Nie byłoby to jednak aż takim problemem, gdyby nasz Henry był na przykład Henrykiem II – królem Anglii, księciem Normandii, panem Irlandii i hrabią Andegawenii.

Podstawowy bodziec do rozwoju czartalizmu dała „niemiecka szkoła historyczna”, której najsłynniejszym przedstawicielem był historyk G. F. Knapp; jego Staatliche Theorie des Geldes została wydana w 1905 roku13. Jeśli pieniądz jest po prostu jednostką miary, zainteresowanie nim ze strony cesarzy i królów jest zrozumiałe. Niemal zawsze ingerowali oni w oficjalne systemy wag i miar na obszarze własnych królestw. Prawdą jest również to, zauważa Knapp, że kiedy raz zostaną ustanowione, takie systemy stają się bardzo odporne na zmiany. W czasach panowania Henryka II (1154 – 1189) niemal każdy obywatel zachodniej Europy wciąż prowadził swoje rachunki za pośrednictwem systemu monetarnego ustanowionego przez Karola Wielkiego jakieś trzy i pół wieku wcześniej, czyli za pomocą funtów, szylingów i pensów – mimo że niektóre z tych monet nigdy nie istniały (Karol Wielki nigdy nie wybił srebrnego funta), żadnego z autentycznych karolińskich szylingów i pensów nie było już w obiegu, a faktycznie używane monety różniły się ogromnie pod względem wielkości, wagi, czystości i wartości14. Według czartalistów nie ma to jednak większego znaczenia. Liczy się istnienie jednolitego systemu mierzenia kredytów i długów oraz jego stabilność. Przypadek waluty karolińskiej jest szczególnie pouczający. Imperium Karola Wielkiego rozpadło się relatywnie szybko, jednak stworzony przez niego system monetarny był wykorzystywany do prowadzenia rachunków przez kolejne osiemset lat. W XVI wieku mówiono o nim całkowicie wprost jako o „pieniądzu wyobrażonym”, a denary i liwry zostały kompletnie zarzucone jako jednostki rozliczeniowe mniej więcej w okresie rewolucji francuskiej15.

Według Knappa to, czy znajdujący się w obiegu, rzeczywisty, materialnie istniejący pieniądz odpowiada „pieniądzowi wyobrażonemu”, nie jest sprawą kluczową. Nie ma większego znaczenia, czy jest to srebro czyste, zubożone, skórzany żeton czy suszony dorsz – o ile państwo akceptuje je przy płaceniu podatków. Wszystko, co zyskuje w tym kontekście aprobatę państwa, automatycznie staje się walutą. Jedną z najważniejszych form waluty w Anglii za czasów Henryka były „rabosze” lub „rewasze” wykorzystywane do zapisywania długów. Rabosze były skryptami dłużnymi. Osoby zawierające transakcję brały gałązkę leszczyny, robiły na niej nacięcia wskazujące na wysokość pożyczonej kwoty, a następnie dzieliły ją na pół. Wierzyciel zatrzymywał jedną połówkę, nazywaną „udziałem” (stąd słowo „udziałowiec”), dłużnik zaś dostawał drugą, nazywaną „odcinkiem” (stąd zwrot „odcinek kuponu”)16. Poborcy podatkowi wykorzystywali takie listewki, aby wyliczyć kwoty należności od miejscowych szeryfów. Często jednak zamiast czekać na podatek, poborca egzekwujący należność od Henry’ego sprzedawał rabosze po obniżonej cenie. Trafiały one wówczas do obiegu jako żetony stwierdzające dług wobec rządu i były wymieniane przez wszystkich, którzy gotowi byli za nie zapłacić17.

Nowoczesne banknoty działają na podobnej zasadzie, choć mechanizm jest tu odwrotny18. Przypomnijmy sobie przypowieść na temat skryptu dłużnego Henry’ego. Czytelnik mógł wówczas zauważyć pewną szczególną zależność: skrypt dłużny może działać jako pieniądz wyłącznie do momentu spłaty długu przez Henry’ego. Na tej logice oparto działanie Banku Anglii – pierwszego udanego nowoczesnego banku centralnego. W 1694 roku konsorcjum angielskich bankierów pożyczyło 1,2 mln funtów królowi. W zamian otrzymało królewski monopol na emisję banknotów. W praktyce oznaczało to, że mieli oni prawo wydawać skrypty dłużne na sumę odpowiadającą części długu zaciągniętego u nich przez króla każdemu mieszkańcowi królestwa, który chciał od nich uzyskać pożyczkę lub złożyć własne pieniądze w banku – tym samym „monetyzując” lub wprowadzając do obiegu nowo wytworzony dług królewski. Dla bankierów był to świetny interes (pobierali od króla ośmioprocentowe odsetki w skali rocznej od pierwotnego długu oraz odsetki od tych samych pieniędzy, gdy trafiały w formie kredytu do klientów), który działał jednak tylko do momentu spłaty długu. Pożyczka ta nie została spłacona do dziś. Nie ma takiej możliwości. Gdyby do tego doszło, cały system monetarny Wielkiej Brytanii przestałby istnieć19.

Podejście to pozwala rozwiązać jedną z niewątpliwych tajemnic polityki fiskalnej wielu wczesnych królestw. Dlaczego w ogóle pobierały one podatki? Tego pytania zwykle sobie nie zadajemy. Odpowiedź wydaje się oczywista. Rządy pobierają podatki, ponieważ chcą się dobrać do pieniędzy obywateli. Jeśli jednak Smith miał rację, a złoto i srebro stały się pieniędzmi za sprawą naturalnych procesów rynkowych, całkowicie niezależnie od działalności rządów, to czy wówczas nie byłoby lepiej po prostu przejąć kontrolę nad kopalniami złota i srebra? Królowi wystarczyłoby wówczas pieniędzy na wszystko. W ten sposób postępowali na ogół władcy starożytni. Jeśli na ich terytorium znajdowały się kopanie złota i srebra, sprawowali nad nimi kontrolę. Jaki sens miało wydobywanie złota, stemplowanie go własnym wizerunkiem i wprowadzanie do obiegu wśród poddanych, aby następnie zażądać od nich jego zwrotu?

To rzeczywiście dość zagadkowe. Jeśli jednak pieniądze i rynki nie powstają samorzutnie, jest to w istocie doskonale logiczne. Na tym polega najprostszy i najefektywniejszy sposób tworzenia rynków. Weźmy hipotetyczny przykład: załóżmy, że król chce wyposażyć pięćdziesięciotysięczną armię. W starożytności lub średniowieczu wyżywienie sił tej wielkości stanowiło gigantyczny problem. Kiedy armia nie znajdowała się w ruchu, trzeba było mieć do dyspozycji niemal taką samą liczbę ludzi i zwierząt, aby zdobyć i dostarczyć jej niezbędne zaopatrzenie20. Jeśli jednak po prostu rozda się żołnierzom monety, a następnie wprowadzi wymóg nakazujący każdej rodzinie w królestwie zwrócenie władcy jednej z nich, przekształca się całą gospodarkę narodową w ogromną machinę zaopatrzenia dla wojska. Od tego momentu bowiem wszystkie rodziny, które chcą uzyskać dostęp do monet, muszą znaleźć sposób, aby włączyć się w ogólny wysiłek dostarczania żołnierzom niezbędnych artykułów. Rynki pojawiają się jako efekt uboczny.

To nieco komiksowy opis. Nie ma jednak wątpliwości, że rynki rozwijały się wokół starożytnych armii. Wystarczy rzucić okiem na Arthaśastrę Kautilji, „krąg suwerenności” Sasanidów lub chińskie Yán Tiě Lùn21, aby się przekonać, że starożytni władcy poświęcali dużo czasu rozważaniom na temat związków między kopalniami, żołnierzami, podatkami i żywnością. Zdaniem wielu z nich stworzenie tego rodzaju rynków nie tylko pozwalało zaopatrzyć żołnierzy, lecz zapewniało również inne korzyści. Oznaczało bowiem, że urzędnicy nie muszą już pozyskiwać potrzebnych im artykułów bezpośrednio od ludzi ani produkować tych rzeczy w królewskich warsztatach i majątkach. Innymi słowy: mimo wciąż utrzymującej się liberalnej sugestii – wywodzącej się, jak poprzednio, od Smitha – że państwa i rynki są w jakiś sposób ze sobą sprzeczne, świadectwa historyczne pokazują, że prawda jest dokładnie odwrotna. W społeczeństwach, w których nie ma państwa, zwykle nie ma również rynków.

Jak łatwo zrozumieć, dla ekonomistów głównego nurtu wywodzących się z tradycji Adama Smitha państwowe teorie pieniądza zawsze stanowiły temat tabu. Czartalizm postrzegano jako populistyczny drugi obieg teorii ekonomicznej, popularny głównie wśród dziwaków22. Co ciekawe jednak, ekonomiści głównego nurtu często pracowali dla rządów, doradzając im politykę bardzo podobną do tej, którą opisywali w swoich pracach czartaliści (rozwiązania fiskalne wspierające rozwój rynków na obszarach, na których rynek wcześniej nie istniał), mimo że w teorii opowiadali się za tezą Smitha, że rynki pojawiają się spontanicznie i samoistnie.

Działo się tak zwłaszcza w świecie kolonialnym. Wróćmy na chwilę na Madagaskar. Wspominałem już, że jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobił francuski generał Gallieni, zdobywca Madagaskaru, kiedy podbój wyspy dobiegał końca w 1901 roku, było wprowadzenie pogłównego. Stawki były wysokie, co więcej, podatek można było zapłacić wyłącznie w wyemitowanych właśnie frankach malgaskich. Innymi słowy: Gallieni wydrukował pieniądze, a potem zażądał, żeby każdy w kraju zwrócił mu część z nich.

Najbardziej uderzający był jednak język, za pomocą którego mówił o wprowadzonym przez siebie podatku. Nazywał go impôt moralisateur, „podatkiem edukacyjnym” lub „umoralniającym”. Krótko mówiąc, jego celem – posługując się ówczesnym językiem – było nauczenie tubylców wartości pracy. Ponieważ „podatek edukacyjny” pobierano krótko po zakończeniu żniw, najpewniejszym sposobem, aby rolnicy mieli szansę go zapłacić, było umożliwienie im sprzedaży części zbiorów ryżu chińskim lub indyjskim kupcom, którzy wkrótce pojawili się w miasteczkach w całym kraju. Tyle że żniwa stanowiły okres, w którym cena ryżu była z oczywistych względów najniższa. Jeśli ktoś sprzedał za dużo, nie zostawała mu wystarczająca ilość, aby przez resztę roku wyżywić rodzinę. Z tego powodu musiał zaciągać kredyt, aby później, gdy ceny były znacznie wyższe, odkupić własny ryż od kupców, którym wcześniej go sprzedał. W rezultacie rolnicy szybko popadali w rozpaczliwe długi (kupcy dzięki lichwiarskim pożyczkom zyskiwali zaś podwójnie). Z kolei najprostszym sposobem, by spłacić dług, była uprawa na sprzedaż jakiejś opłacalnej rośliny – na przykład kawy czy ananasów – lub wysłanie dziecka do pracy najemnej w mieście bądź na jedną z plantacji zakładanych przez Francuzów na całej wyspie. Projekt ten może sprawiać wrażenie cynicznej intrygi nastawionej na zmuszenie chłopów do nisko opłacanej pracy – i jest to prawda – jednak działo się tu coś jeszcze. Władza kolonialna mówiła całkiem wprost (przynajmniej w wewnętrznych dokumentach) o potrzebie pozostawienia chłopom odrobiny pieniędzy, aby przyzwyczaić ich do drobnych luksusów – parasoli, szminek, ciastek – dostępnych w chińskich sklepach. Kluczową sprawą było wykształcenie w nich nowych smaków, zwyczajów i oczekiwań, tak by stworzyły one podwaliny popytu konsumenckiego, który przetrwa długo po zniknięciu kolonizatorów, na zawsze przywiązując Madagaskar do Francji.

Ludzie nie są jednak głupi i większość Malgaszów świetnie zdawała sobie sprawę z zamiarów kolonizatorów. Niektórzy chcieli stawić opór. Ponad sześćdziesiąt lat po inwazji francuski antropolog Gérard Althabe widział wioski na wschodnim wybrzeżu wyspy, których mieszkańcy kornie stawiali się na plantacjach kawy, zarabiając pieniądze na pogłówne, aby po jego zapłaceniu umyślnie zignorować towary wystawione na sprzedaż w lokalnych sklepach i przekazać pozostałe pieniądze seniorom rodu, którzy kupowali za nie bydło na ofiary dla przodków23. Wielu mówiło zupełnie otwarcie, że uważają, iż unikają w ten sposób pułapki.

Tego rodzaju opór rzadko jednak trwa wiecznie. Rynki kształtowały się stopniowo nawet w tych częściach wyspy, gdzie wcześniej w ogóle ich nie było. Wraz z nimi pojawiła się sieć niewielkich sklepów. Kiedy przyjechałem na Madagaskar w 1990 roku, pokolenie po obaleniu pogłównego przez rząd rewolucyjny, logika rynku stała się do tego stopnia intuicyjna, że nawet media spirytystyczne recytowały kwestie, których autorstwa nie powstydziłby się Adam Smith.

Lista podobnych przykładów ciągnie się bez końca. Tego rodzaju procesy zachodziły niemal w każdym zakątku świata podbitym przez europejskie armie, w którym rynek był wcześniej nieobecny. Europejczycy wcale nie odkrywali barteru; wykorzystywali dokładnie te techniki, które odrzucała ekonomia głównego nurtu, aby stworzyć podwaliny rynku.

W poszukiwaniu mitu

Antropolodzy narzekają na mit barteru od niemal stu lat. Od czasu do czasu ekonomiści wskazują z lekkim rozdrażnieniem, że istnieje względnie prosty powód, dla którego opowiadają wciąż tę samą historię pomimo przeczących jej dowodów: antropolodzy nigdy nie wymyślili lepszej24. To zrozumiałe zastrzeżenie. Istnieje na nie wszakże prosta odpowiedź. Antropolodzy nie potrafili napisać prostej, przekonującej historii początków pieniądza, ponieważ przypuszczalnie nie da się tego zrobić. Pieniądz, muzyka, matematyka czy biżuteria nie zostały „wynalezione”. To, co nazywamy „pieniądzem”, nie jest w ogóle „rzeczą”. Jest to sposób matematycznego porównywania ze sobą różnych przedmiotów przy użyciu proporcji: tak jak w stwierdzeniu, że jeden X odpowiada sześciu Y. W tym sensie pieniądz jest przypuszczalnie tak stary jak myśl ludzka. Gdy staramy się mówić konkretniej, odkrywamy, że istnieje niemal nieskończenie wiele różnych zwyczajów i praktyk, które uprościliśmy do postaci tego, co dziś nazywamy „pieniądzem”. To dlatego ekonomiści, historycy i cała reszta mają tak wielkie kłopoty z podaniem jego jednej definicji.

Teoretykom pieniądza kredytowego długo doskwierał brak sugestywnej narracji. Nie znaczy to, że w sporach o pieniądz, które rozgorzały między 1850 a 1950 rokiem, po arsenał mitologiczny nie sięgali inni. Zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie w 1894 roku „greenbackerzy”, dążący do całkowitego oderwania dolara od złota, aby umożliwić rządowi swobodne wydatki na programy tworzenia miejsc pracy, wpadli na pomysł marszu na Waszyngton – idea ta miała zyskać przemożny wpływ na historię Ameryki. Czarnoksiężnika z krainy Oz L. Franka Bauma, opublikowanego w 1900 roku, uznaje się zwykle za przypowieść stworzoną na potrzeby populistycznej kampanii Williama Jenningsa Bryana, który dwukrotnie startował w wyborach prezydenckich z programem uwolnienia produkcji srebra – obiecując zastąpienie standardu złota systemem dwukruszcowym, który pozwalałby na produkcję dowolnej liczby monet srebrnych obok złotych25. Podobnie jak w przypadku greenbackerów jednymi z głównych zwolenników takiego rozwiązania byli dłużnicy. Zwłaszcza rodziny farmerów ze Środkowego Zachodu, takie jak rodzina małej Doroty, zmuszone stawić czoło potężnej fali bankructw podczas głębokiej recesji w latach 90. XIX wieku. W myśl populistycznej interpretacji Złe Czarownice ze Wschodu i Zachodu to bankierzy ze Wschodniego i Zachodniego Wybrzeża (ludzie wspierający ograniczoną podaż pieniądza i korzystający na niej), a Strach na Wróble to farmerzy (którzy nie byli dość rozgarnięci, by uniknąć pułapki). Blaszany Drwal jest proletariatem przemysłowym (który nie okazał się dość wrażliwy, by działać solidarnie z farmerami), Tchórzliwy Lew przedstawia zaś klasę polityczną (która nie ma odwagi interweniować). Znaczenia drogi brukowanej żółtą kostką, srebrnych trzewiczków, Szmaragdowego Grodu i nieszczęsnego Czarnoksiężnika przypuszczalnie nie trzeba wyjaśniać26. „Oz” to oczywiście skrót od „uncji”27. Jako próba stworzenia nowego mitu opowieść Bauma odniosła zdumiewający sukces. Jako propaganda polityczna – zdecydowanie mniejszy. William Jennings Bryan trzy razy przegrał wybory prezydenckie, standardu srebra nigdy nie wprowadzono, a współcześnie niewielu ludzi pamięta, czego w ogóle Czarnoksiężnik z Krainy Oz miał dotyczyć28.

Dla teoretyków pieniądza państwowego był to problem. Opowieści o władcach wykorzystujących podatki, aby stworzyć rynki na podbitych terytoriach i zapłacić żołnierzom albo innym funkcjonariuszom państwa, nie są szczególnie porywające. Niemieckie idee pieniądza jako wcielenia woli narodu nie cieszyły się specjalnym wzięciem.

Przy okazji każdej większej recesji konwencjonalny leseferyzm otrzymywał kolejne ciosy. Kampanie Bryana zrodziły się z paniki 1893 roku. W czasach Wielkiego Kryzysu przekonanie, że rynek ma zdolność samoregulacji, o ile rząd zapewni stabilny związek pieniądza z metalami szlachetnymi, zostało kompletnie zdyskredytowane. Od około 1933 do 1979 roku wszystkie ważniejsze rządy kapitalistyczne zmieniły kurs i przyjęły jakąś odmianę keynesizmu. Keynesowska ortodoksja wychodziła z założenia, że kapitalistyczne rynki nie będą dobrze działać, jeśli kapitalistyczne rządy nie zechcą wejść w rolę niańki: przede wszystkim za pomocą finansowanych deficytem zastrzyków pieniądza do znajdującej się w dołku gospodarki. W latach 80. Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii i Ronald Reagan w Stanach Zjednoczonych w demonstracyjny sposób odrzucili te założenia, trudno jednak powiedzieć, w jak wielkim stopniu był to element teatru politycznego29. W każdym razie działali oni w okresie, który nastąpił po jeszcze poważniejszym ciosie zadanym monetarnej ortodoksji: decyzji Richarda Nixona z 1971 roku, by całkowicie zerwać związek dolara z metalami szlachetnymi, znieść standard złota i wprowadzić system płynnych reżimów walutowych, który od tego czasu dominuje w światowej gospodarce. Znaczyło to w praktyce, że wszystkie waluty narodowe stały się odtąd, jak lubią mawiać ekonomiści neoklasyczni, „pieniądzem fiducjarnym”, opierającym się wyłącznie na zaufaniu społecznym.

Sam John Maynard Keynes był znacznie bardziej otwarty na, jak to ujmował, „alternatywne tradycje” pieniądza kredytowego i państwowego niż jakikolwiek inny ekonomista o podobnej randze (a niewykluczone, że Keynes jest najważniejszym myślicielem ekonomicznym XX wieku) przed nim albo po nim. W niektórych okresach studiował je niezwykle intensywnie. W latach 20. badał mezopotamskie rachunki bankowe spisane pismem klinowym, starając się ustalić pochodzenie pieniądza – było to jego „babilońskie szaleństwo”, jak o tym później mówił30. Wnioski, które przedstawił na samym początku Treatise on Money, swojej najsłynniejszej pracy, były jedynymi, do jakich można dojść, jeśli nie zaczyna się od sztywnych założeń, lecz starannego badania świadectw historycznych: pomyleni outsiderzy mieli, ogólnie rzecz biorąc, słuszność. Niezależnie od tego, jak wyglądały jego prapoczątki, przez ostatnie cztery tysiące lat pieniądz był w praktyce produktem państwa. Jednostki, pisał Keynes, zawierają ze sobą umowy. Zaciągają długi i obiecują ich spłatę.

Z tego powodu państwo ma pierwszeństwo jako prawodawca egzekwujący spłatę tego, co odpowiada nazwie lub opisowi z umowy. Po raz drugi wkracza wówczas, gdy rości sobie prawo do decydowania i stwierdzania, co odpowiada tej nazwie, jak również do okresowej korekty własnych rozstrzygnięć – kiedy, innymi słowy, rości sobie pretensje do wpływania na kształt słownika. Takie prawo rezerwują sobie wszystkie nowoczesne państwa i dzieje się tak przynajmniej od około czterech tysięcy lat. Gdy w ewolucji pieniądza zostaje osiągnięty ten etap, spełniają się przewidywania czartalizmu Knappa – doktryny mówiącej, że pieniądz jest wyłącznym dziełem państwa […]. Nie ulega wątpliwości, że współcześnie wszystkie pieniądze w krajach cywilizowanych mają charakter czartalistyczny31.

Nie oznacza to, że państwo z konieczności tworzy pieniądz. Pieniądz jest kredytem, można go stworzyć za pośrednictwem prywatnych umów (na przykład pożyczek). Państwo jedynie egzekwuje umowę i określa ramy prawne. Stąd dramatyczna konstatacja Keynesa: banki tworzą pieniądze i nie ma pod tym względem żadnych naturalnych ograniczeń. Bez względu bowiem na to, jak wiele pożyczą, pożyczkobiorca nie ma innego wyboru niż zwrócić pieniądze do tego samego banku, a tym samym, z perspektywy systemu bankowego jako całości, sumy po stronie „ma” i „winien” zawsze będą się równoważyć32. Implikacje tego faktu były radykalne, mimo że radykałem nie był sam Keynes, który zawsze starał się przedstawiać omawiany problem w sposób pozwalający włączyć go do głównego nurtu teorii ekonomicznej.

Keynes nie był również twórcą mitów. Przedstawiciele alternatywnej tradycji odpowiedzieli na mit barteru nie za sprawą wysiłków Keynesa (on sam uznał ostatecznie, że początki pieniądza nie są szczególnie istotne), lecz w pracach części neokeynesistów, którzy nie bali się wyciągnąć ostatecznych konsekwencji z niektórych jego bardziej radykalnych sugestii.

Słabym ogniwem w kredytowo-państwowych teoriach pieniądza była zawsze kwestia podatków. Co innego wyjaśnić, dlaczego wczesne państwa wymagały ich płacenia (aby tworzyć rynki), a co innego zapytać, co dało im do tego prawo. Przyjmując, że władcy pierwszych państw nie byli po prostu gangsterami i że podatki nie były po prostu wymuszeniem – a żaden teoretyk pieniądza kredytowego, o ile mi wiadomo, nie postrzegał w tak cyniczny sposób nawet najwcześniejszych rządów – należy zapytać, jak tłumaczyli ten problem.

Współcześnie wydaje się nam, że znamy odpowiedź na to pytanie. Płacimy podatki, aby rząd zapewnił nam określone usługi. Przede wszystkim bezpieczeństwo. Ochrona militarna często była jedynym świadczeniem, które potrafiły zapewnić pierwsze państwa. Teraz oczywiście rządy gwarantują nam mnóstwo innych rzeczy. Rzekomo wszystko to sięga wstecz do jakiejś pierwotnej „umowy społecznej”, na którą wszyscy wyrazili zgodę, choć nikt do końca nie wie, kiedy ani kto właściwie to zrobił, ani tym bardziej, dlaczego mamy się czuć związani decyzją odległych przodków akurat w tej jednej kwestii, skoro nie czujemy się szczególnie związani ich innymi decyzjami33. Wszystko to ma sens przy założeniu, że rynki poprzedzają pojawienie się rządów. Gdy tylko zdamy sobie sprawę, że tak nie jest, tego rodzaju argumentacja staje się trudna do utrzymania.

Istnieje wyjaśnienie alternatywne, zgodne z ustaleniami teorii pieniądza państwowo-kredytowego. Nosi nazwę „teorii długu pierwotnego”; rozwijano ją głównie we Francji za sprawą zespołu badaczy – nie tylko ekonomistów, lecz także antropologów, historyków i filologów klasycznych, początkowo skupionych wokół Michela Aglietty i André Orléana34, a ostatnio Bruna Théreta. W Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii wątki te podejmowali również niektórzy neokeynesiści35.

Stanowisko to pojawiło się stosunkowo niedawno i z początku rozwijało się w kontekście rozważań na temat natury euro. Stworzenie wspólnej europejskiej waluty dało impuls nie tylko do wielu debat intelektualnych (Czy wspólna waluta z konieczności oznacza stworzenie wspólnego państwa europejskiego albo wspólnej gospodarki i społeczeństwa europejskiego? Czy są one w istocie tym samym?). Doprowadziło również do gorących dyskusji politycznych. Za powołaniem strefy euro opowiedziały się przede wszystkim Niemcy, gdzie banki centralne wciąż uznają za swój podstawowy cel walkę z inflacją. Co więcej, ponieważ rygorystyczna polityka monetarna i potrzeba zbilansowania budżetów zostały wykorzystane jako najważniejsza broń przeciwko europejskim mechanizmom państwa opiekuńczego, spór o euro z konieczności stał się areną walk politycznych między bankierami a emerytami, wierzycielami a dłużnikami, nie mniej gorących niż w Ameryce w latach 90. XIX wieku.

W myśl najważniejszej w tym kontekście tezy wszelkie próby oddzielenia polityki pieniężnej od społecznej są błędem. Teoretycy długu pierwotnego przekonują, że polityka monetarna i społeczna zawsze były tym samym. Rządy wykorzystują podatki do tworzenia pieniądza, a mogą to robić, ponieważ stały się strażnikami długu, jaki mają wobec siebie nawzajem obywatele. Dług ten jest istotą społeczeństwa. Istniał na długo przed pieniądzem i rynkami, które są jedynie sposobami, aby z niego odrobinę uszczknąć.

Pierwotnym językiem tak rozumianego długu nie było państwo, lecz religia. Broniąc tej tezy, Aglietta i Orléan sięgają do niektórych dzieł wczesnej sanskryckiej literatury religijnej: hymnów, modlitw i poezji zebranych w Wedach oraz brahmanów – komentarzy kapłańskich, które powstały na przestrzeni kolejnych wieków, tekstów, które dziś uznaje się za fundament myśli hinduskiej. Nie jest to wybór tak dziwny, jak mogłoby się wydawać. Teksty te stanowią najwcześniejszą znaną refleksję historyczną na temat natury długu.

W istocie nawet w najwcześniejszych poematach wedyjskich, ułożonych mniej więcej między 1500 a 1200 rokiem p.n.e., znajdziemy stałe zainteresowanie długiem – traktowanym jako synonim winy i grzechu36. Istnieją liczne modlitwy zawierające błagania do bogów o uwolnienie z kajdan lub pęt długu. Czasami wydaje się, że mówią o długu rozumianym dosłownie – na przykład Rygweda 10.34 zawiera obszerny opis smutnego losu hazardzistów, którzy „włóczą się bezdomni, w ciągłym lęku, zadłużeni, w poszukiwaniu pieniędzy”. Gdzie indziej znaczenie tego słowa jest wyraźnie metaforyczne.

Postacią często pojawiającą się w tych hymnach jest Jama, bóg śmierci. Dług stanowi ciężar nałożony na człowieka przez Śmierć. Każde nieuregulowane zobowiązanie, wobec bogów albo ludzi, sprawia, że życie człowieka toczy się w cieniu Śmierci. Wydaje się, że dług często, nawet w tych bardzo wczesnych tekstach, pojawia w zastępstwie cierpienia wewnętrznego, z powodu którego człowiek zanosi błagania do bogów – zwłaszcza Agniego, figury ofiarnych płomieni – o wybawienie. Dopiero w brahmanach komentatorzy zaczynają łączyć te różne wątki w bardziej całościową filozofię. Wnioski: sama ludzka egzystencja jest formą długu.

Rodzący się człowiek jest długiem. Przez własne ja jest zrodzony do Śmierci i tylko dzięki ofierze wyzwala się od Śmierci37.

Z tego powodu ofiarę (sami komentatorzy byli kapłanami, którzy przeprowadzali rytuały ofiarne) nazywano „daniną dla Śmierci”. W rzeczywistości, z czego kapłani zdawali sobie sprawę lepiej niż ktokolwiek inny, ofiarę składano wszystkim bogom, nie tylko Śmierci – Śmierć była jedynie pośrednikiem. Tyle że postawienie sprawy w taki sposób natychmiast rodziło problem, który pojawia się zawsze, gdy próbuje się ująć życie ludzkie za pomocą podobnych kategorii. Jeśli żyjemy na kredyt, to czy jest ktoś, komu zależałoby na jego spłacie? Życie w długu oznacza winę, niekompletność, jednak usunięcie braku może oznaczać wyłącznie unicestwienie. Z tej perspektywy składanie ofiary można uznawać za coś w rodzaju spłaty odsetek, a życie poświęcanego zwierzęcia za prowizoryczny substytut tego, co naprawdę stanowi przedmiot długu, czyli nas samych – proste odroczenie tego, co nieuchronne38.

Komentatorzy proponowali różne drogi wyjścia z tego dylematu. Niektórzy ambitni bramini zaczęli przekonywać swoich klientów, że właściwie przeprowadzony rytuał ofiary daje możliwość zerwania z ograniczeniami kondycji ludzkiej i osiągnięcia wieczności (ponieważ w obliczu wieczności wszystkie długi stają się nieistotne)39. Innym sposobem było poszerzenie zakresu pojęcia długu, tak aby wszystkie zobowiązania społeczne stały się długiem w tej czy innej postaci. Dwa słynne fragmenty w brahmanach mówią o tym, że rodzimy się jako dług wobec bogów, który można uregulować przez ofiarę, wobec Mędrców – twórców nauk wedyjskich, który można spłacić przez ich studiowanie, wobec przodków („Ojców”), który spłacamy, posiadając dzieci, oraz „ludzi” – czyli całej ludzkości – którego spłatę stanowi gościna udzielana obcym40. Tak więc każdy, kto wiedzie przyzwoite życie, stale spłaca takie czy inne egzystencjalne długi. Zarazem jednak, w miarę zlewania się pojęcia długu z prostym poczuciem zobowiązania społecznego, staje się on czymś znacznie mniej przerażającym niż przekonanie, że czyjeś życie jest pożyczką zaciągniętą u Śmierci41. Dzieje się tak między innymi dlatego, że zobowiązania społeczne mają zawsze podwójny charakter: ojciec posiadający potomstwo jest nie tylko dłużnikiem, ale również wierzycielem.

Teoretycy długu pierwotnego twierdzą, że idee zawarte w tekstach wedyjskich to nie osobliwość tradycji intelektualnej rozwijanej we wczesnej epoce żelaza przez ekspertów od rytuałów z doliny Gangesu, lecz istotny element całej historii myśli ludzkiej. Weźmy następujące twierdzenie, pochodzące z eseju francuskiego ekonomisty Bruna Théreta pod niezbyt porywającym tytułem The Socio-Political Dimensions of the Currency: Implications for the Transition to the Euro, opublikowanego w „Journal of Consumer Policy” w 1999 roku:

W początkach pieniądza mamy do czynienia z „relacją przedstawienia” śmierci jako niewidzialnego świata przed życiem i po nim – przedstawienia będącego wytworem funkcji symbolicznej właściwej gatunkowi ludzkiemu, nakazującej postrzegać narodziny jako dług pierwotny zaciągnięty przez wszystkich ludzi u potęg kosmicznych, z których wyłoniła się ludzkość.

Spłata tego długu, niemożliwa na ziemi – jego pełny zwrot jest wszak poza zasięgiem – przyjmuje postać ofiar, które zasilając konto żyjących, umożliwiają przedłużanie życia, a w niektórych przypadkach osiągnięcie wieczności przez dołączenie do Bogów. Ten pierwotny postulat bądź wierzenie łączy się wszakże z powstaniem suwerennych potęg, których legitymizacja opiera się na zdolności przedstawiania całości pierwotnego kosmosu. I to właśnie te potęgi wynalazły pieniądz jako metodę spłaty długów – środek, którego abstrakcyjny charakter pozwala rozwikłać paradoks ofiary, polegający na tym, że śmierć staje się trwałym środkiem ochrony życia. Dzięki tej instytucji wierzenia zostają przeniesione na walutę ostemplowaną wizerunkiem suwerena – pieniądz zostaje włączony do obiegu, jednak jego zwrot odbywa się zgodnie z logiką tej drugiej instytucji, a mianowicie podatku / spłaty długu z życia. Tym sposobem pieniądz przejmuje również funkcję środka płatniczego42.

Pokazuje to przy okazji, jak różne są standardy debaty w Europie i w świecie anglo-amerykańskim. Trudno wyobrazić sobie amerykańskiego ekonomistę dowolnego nurtu piszącego podobne słowa. Tyle że mamy tu do czynienia po prostu ze zręczną syntezą. Natura ludzka nie skłania nas do „wymiany, handlu i zamiany jednej rzeczy na drugą”. Sprawia raczej, że nieustannie tworzymy symbole – takie jak pieniądz. W komosie wypełnionym niewidzialnymi siłami postrzegamy siebie właśnie w ten sposób – jako dłużników wszechświata.

Pomysłowość koncepcji Théreta polega na połączeniu tej wizji z państwową teorią pieniądza – mówiąc „suwerenne potęgi”, Théret ma bowiem na myśli „państwo”. Pierwsi władcy byli uważani za świętych; albo sami byli bogami, albo zajmowali uprzywilejowaną pozycję pośredników między istotami ludzkimi a najwyższymi siłami rządzącymi kosmosem. To zaś prowadzi nas do zrozumienia, że dług wobec bogów w istocie od początku był długiem wobec społeczeństwa, dzięki któremu staliśmy się tym, czym jesteśmy.

Ów „pierwotny dług”, pisze brytyjski socjolog Geoffrey Ingham, „jest tym, co żyjący zawdzięczają ciągłości i trwałości społeczeństwa zabezpieczającego ich jednostkowe istnienie”43. Z tej perspektywy nie tylko przestępcy mają „dług wobec społeczeństwa” – wszyscy jesteśmy w pewnym sensie winni, mamy naturę przestępców.

Ingham zauważa na przykład, że choć nie ma bezpośredniego dowodu, że pieniądz pojawił się właśnie w taki sposób, potwierdza to „wiele pośrednich wskazówek etymologicznych”.

We wszystkich językach indoeuropejskich słowa oznaczające „dług” są synonimiczne z tymi, które oznaczają „grzech” lub „winę”. Pokazuje to związki między religią, płatnością oraz pośredniczeniem przez pieniądz między obszarami sacrum i profanum. Istnieje na przykład związek między pieniądzem (niemieckie Geld), odszkodowaniem lub ofiarą (staroangielskie Geild), podatkiem (gockie Gild) oraz, rzecz jasna, winą (współczesne angielskie guilt)44.

Weźmy jeszcze jeden ciekawy trop: dlaczego bydło tak często wykorzystywano w charakterze pieniądza? Niemiecki historyk Bernhard Laum dawno temu zwrócił uwagę, że u Homera, gdy ludzie szacują wartość statku lub zbroi, zawsze odmierzają ją w sztukach bydła – choć kiedy dochodzi do wymiany, bydło nigdy nie jest faktycznym środkiem płatniczym. Trudno nie dojść w tej sytuacji do wniosku, że działo się tak ze względu na wykorzystywanie bydła w charakterze ofiary dla bogów. Przedstawiało ono zatem wartość absolutną. Od Sumeru po Grecję klasyczną ofiary w świątyniach składano za pomocą srebra i złota. Przypuszczalnie więc pieniądz wszędzie ma swoje źródła w tym, co uważano za rzecz najbardziej odpowiednią jako dar dla bogów45.

Jeśli król po prostu przejął nadzór nad długiem pierwotnym, który jesteśmy winni społeczeństwu ze względu na fakt, że to właśnie ono nas ukształtowało, to jest to zwięzłe wyjaśnienie, dlaczego rząd czuje, iż ma prawo żądać od nas podatków. Podatki są miarą naszego długu wobec społeczeństwa, którego jesteśmy wytworem. Nie wyjaśnia to jednak, w jaki sposób ten absolutny dług życia można przekonwertować na pieniądz, będący z definicji środkiem mierzenia i porównywania ze sobą wartości różnych rzeczy. To problem zarówno dla teoretyków pieniądza kredytowego, jak i ekonomistów neoklasycznych, chociaż ujmują go inaczej. Teoria pieniądza barterowego zmusza do rozwiązania problemu, dlaczego to właśnie ten a nie inny towar – i w jaki sposób – ma stanowić miarę wartości innych przedmiotów. Natomiast jeśli nasz punkt wyjścia stanowi teoria kredytowa, zostajemy z problemem opisanym przeze mnie w rozdziale pierwszym: jak przekształcić zobowiązanie moralne w określoną sumę pieniędzy? W jaki sposób od poczucia, że winni jesteśmy komuś przysługę, można dojść ostatecznie do systemu rachunkowego pozwalającego precyzyjnie określać liczbę owiec, ryb bądź kawałków srebra potrzebnych do spłaty długu? Czy w rozważanym przez nas obecnie przypadku: co pozwala przejść od absolutnego długu wobec Boga do bardzo konkretnych długów wobec naszych kuzynów lub właściciela szynku?

Odpowiedź udzielana przez teoretyków długu pierwotnego po raz kolejny jest bardzo pomysłowa. Jeśli podatki wyrażają absolutny dług wobec społeczeństwa, którego jesteśmy wytworem, to pierwszy krok w stronę prawdziwego pieniądza robimy wtedy, gdy zaczynamy te długi wyliczać znacznie dokładniej, tworząc systemy grzywien, opłat i kar, a nawet długów wobec konkretnych jednostek, które skrzywdziliśmy w ten czy inny sposób, a zatem wobec których znajdujemy się w stosunku „grzechu” lub „winy”.

Brzmi to odrobinę nieprawdopodobnie, ale w rzeczywistości wcale takie nie jest. W przypadku wszystkich teorii powstania pieniądza, którym przyglądaliśmy się do tej pory, zaskakujące jest to, że niemal całkowicie pomijają one ustalenia antropologii. Antropolodzy wiedzą bardzo wiele na temat gospodarek społeczeństw bezpaństwowych – a także o tym, jak funkcjonują one w dalszym ciągu w miejscach, gdzie państwa i rynki nie były w stanie usunąć wszystkich wcześniejszych tradycji. Dostępne są na przykład niezliczone analizy wykorzystywania bydła w roli pieniądza we wschodniej i południowej Afryce albo pieniędzy muszelkowych w obu Amerykach (wampum to najsłynniejszy przykład) i Papui-Nowej Gwinei, pieniędzy paciorkowych, pieniędzy w postaci piór, żelaznych pierścieni, muszelek kauri, muszelek zawiaśnika, mosiężnych sztabek czy grzebieni dzięciołów46. Literatura ta bywa pomijana przez ekonomistów z prostej przyczyny: „prymitywne waluty” tego rodzaju rzadko się wykorzystuje do kupowania i sprzedawania przedmiotów, a jeśli nawet, to rzadko się kupuje i sprzedaje za ich pośrednictwem żywność i towary codziennego użytku – kurczaki, jajka, buty czy ziemniaki. Zwykle nie służą one do kupowania rzeczy, lecz przebudowy stosunków międzyludzkich. Przede wszystkim do aranżowania małżeństw i rozstrzygania sporów, zwłaszcza tych, które powstają w wyniku zabójstw i poniesionej szkody.

Istnieją przekonujące dowody na to, że nasze pieniądze powstały właśnie w taki sposób – angielskie słowo „płacić”, to pay, pochodzi od słowa oznaczającego „uspokoić, załagodzić”, to pacify, appease – jak wówczas, gdy należało dać komuś coś cennego, aby na przykład wyrazić, jak źle się czujemy po zabiciu jego brata w pijackiej rozróbie i jak bardzo chcielibyśmy uniknąć sytuacji, w której stanie się to przyczyną większego rozlewu krwi47.

Teoretyków długu interesuje zwłaszcza ta ostatnia możliwość. Częściowo dlatego, że zwykle pomijają literaturę antropologiczną i skupiają się na wczesnych kodeksach prawnych – czerpiąc w tym inspirację z przełomowej pracy jednego z największych XX-wiecznych numizmatyków, Philipa Griersona, który w latach 70. jako pierwszy zasugerował, że pieniądz mógł mieć u swych źródeł wczesne praktyki prawne. Grierson był ekspertem od wczesnego średniowiecza w Europie; fascynowały go tak zwane barbarzyńskie kodeksy prawne, ustanowione przez wiele ludów germańskich po upadku Cesarstwa Rzymskiego w VII i VIII wieku – Gotów, Fryzów, Franków i tak dalej – po których wkrótce pojawiły się podobne kodeksy od Rusi po Irlandię. To niewątpliwie fascynujące dokumenty. Z jednej strony pokazują one czarno na białym, jak błędne są relacje na temat europejskiego „powrotu do barteru” w tym okresie. Niemal wszystkie germańskie kodeksy prawne wykorzystują rzymskie pieniądze do wyliczania należności. Na przykład grzywnom za kradzież niemal zawsze towarzyszą nie tylko żądania zwrotu skradzionej własności, ale również wypłaty zaległego odszkodowania (lub odsetek w przypadku kradzieży pieniędzy) za czas, w którym właściciel został pozbawiony do niej dostępu. Z drugiej strony wkrótce kodeksy prawne pojawiają się na obszarach, które nigdy nie znajdowały się pod rzymskim panowaniem – w Irlandii, Walii, krajach nordyckich, na Rusi – i są jeszcze bardziej pouczające. Często świadczą o zdumiewającej inwencji, tak pod względem środków wykorzystywanych przy uiszczaniu płatności, jak i dokładnej klasyfikacji szkód i uchybień wymagających odszkodowania:

Odszkodowanie na mocy praw walijskich wypłaca się głównie w żywym inwentarzu, a w myśl praw irlandzkich w żywym inwentarzu i kobiecych służących (cumal), a w obu przypadkach także w formie metali szlachetnych. W kodeksach germańskich najważniejszy jest metal szlachetny […]. W ruskich srebro i futra, od kunich po wiewiórcze. Szczegółowość tych praw jest niesłychana. Nie tylko pod względem liczby wymienionych szkód indywidualnych – istnieją odszkodowania za utratę całej ręki, dłoni, palca dłoni, paznokcia, uderzenie w głowę sprawiające, że widoczny staje się mózg lub odłupany zostaje kawałek kości – ale również uwagi, jaką przywiązują do własności poszczególnych domostw. Artykuł II prawa salickiego mówi o kradzieży świń, artykuł III bydła, artykuł IV owiec, artykuł V kóz, artykuł VI psów, rozróżniając szczegółowo zwierzęta w różnym wieku i różnych płci48.

Ma to głęboki sens psychologiczny. Mówiłem już, jak trudno sobie wyobrazić, że system dokładnych ekwiwalencji – jedna młoda zdrowa krowa mleczna jako równowartość dokładnie trzydziestu sześciu kurczaków – mógł powstać na bazie wielu rodzajów wymiany darów. Jeśli Henry daje Joshui świnię i uważa, że otrzymał w zamian podarunek nieadekwatny, może wyśmiać Joshuę jako centusia, ale nie dysponuje matematyczną formułą pozwalającą określić poziom jego skąpstwa. Wyobraźmy sobie jednak, że świnia Joshui zniszczyła ogródek Henry’ego, co doprowadziło do bójki, w której Henry stracił palec u nogi, po czym jego rodzina zmusiła Joshuę do stawienia się przed zgromadzeniem wioskowym. To właśnie w takich okolicznościach ludzie stają się drobiazgowymi legalistami i mają skłonność do reagowania gniewem, jeśli czują, że otrzymali jedno ziarenko mniej, niż im się słusznie należy. W tym tkwią źródła matematycznej dokładności, choćby precyzyjnego definiowania wartości dwuletniej prośnej maciory. Co więcej, wymierzanie grzywien wymagało stałego określania ekwiwalencji. Załóżmy bowiem, że wysokość kary została ustalona w skórach kuny, jednak klan sprawcy nie ma do nich dostępu. Ile powinien mieć futer wiewiórki? Lub kawałków srebra? Tego rodzaju problemy musiały pojawiać się nieustannie i prowadziły do stworzenia przynajmniej prowizorycznego zbioru zasad dotyczących tego, jakie przedmioty można uznać za równoważne. Wyjaśnia to przypuszczalnie, dlaczego walijskie kodeksy prawne z czasów średniowiecza nie tylko potrafią szczegółowo wyliczać wartość krów mlecznych ze względu na ich wiek i jakość, ale również zawierają wykaz wartości pieniężnej wszystkich przedmiotów, które zwykle znajdowały się w zagrodzie, aż po najmniejsze kawałki drewna – choć nie ma powodu, aby sądzić, że tego rodzaju przedmioty kupowano w owym czasie na rynku49.

■ ■ ■ ■ ■

Wszystko to wydaje się bardzo przekonujące. Po pierwsze tego rodzaju założenia intuicyjnie sprawiają wrażenie prawdziwych. W końcu rzeczywiście wszystko zawdzięczamy innym. Tak po prostu jest. Język, którym mówimy i za pomocą którego myślimy, nasze zwyczaje i przekonania, smakujące nam potrawy, wiedzę, dzięki której możemy spuścić wodę w toalecie i włączyć światło, a nawet gesty i formy naszej odmowy i buntu przeciw społecznym konwencjom – wszystkich tych rzeczy nauczyliśmy się od innych, a większość z tych ludzi od dawna nie żyje. Gdybyśmy mieli wyobrazić sobie nasz dług wobec nich wszystkich, bez wątpienia okazałby się on nieskończony. Pytanie brzmi: czy ujmowanie tego w kategoriach długu naprawdę ma sens? Ostatecznie dług z definicji jest czymś, co przynajmniej potencjalnie możemy spłacić. Byłoby dziwne, gdyby ktoś wyraził pragnienie rozliczenia się ze swoimi rodzicami – to trochę tak, jakby już nie chciał czuć się ich dzieckiem. Czy naprawdę chcielibyśmy być kwita z całą ludzkością? Co by to właściwie miało znaczyć? I czy takie pragnienie jest naprawdę fundamentalną cechą myśli ludzkiej?

Można to powiedzieć jeszcze inaczej. Czy teoretycy długu pierwotnego opisują mit – odkryli głęboką prawdę na temat kondycji ludzkiej, obecną we wszystkich społeczeństwach i wyrażoną w wyjątkowo jasny sposób w niektórych tekstach ze starożytnych Indii – czy też może są twórcami własnego mitu?

Wydaje się, że chodzi o to drugie. Tworzą własny mit.

Wybór źródeł wedyjskich jest znaczący. Tak się składa, że nie wiemy właściwie nic o ludziach będących autorami tych tekstów i bardzo niewiele wiemy na temat społeczeństwa, w którym powstały50. Nie wiemy nawet, czy w wedyjskich Indiach istniały oprocentowane pożyczki – co oczywiście nie jest obojętne dla pytania, czy kapłani rzeczywiście postrzegali ofiarę jako spłatę odsetek kredytu zaciągniętego u Śmierci51. W rezultacie materiał ten może służyć jedynie jako coś w rodzaju czystego płótna, względnie płótna zapisanego hieroglifami w nieznanym języku, na które możemy przenieść niemal dowolną z naszych projekcji. Jeśli przyjrzymy się innym starożytnym cywilizacjom, w przypadku których znamy szerszy kontekst, przekonamy się, że koncepcja ofiary jako płatności w nich nie występuje52. Przeglądając prace starożytnych teologów, zobaczymy, że większości z nich nie była obca idea, iż ofiara stanowi sposób nawiązywania przez istoty ludzkie stosunków handlowych z bogami, uważali ją jednak za wyraźnie śmieszną: skoro bogowie już teraz mają wszystko, czego pragną, co właściwie mieliby zaproponować im ludzie?53 Widzieliśmy w poprzednim rozdziale, jak trudno jest obdarować królów. W przypadku bogów (nie mówiąc o Bogu) problem ten staje się nieskończenie trudniejszy. Wymiana zakłada równość. W relacjach z kosmicznymi siłami uznawano to z definicji za niemożliwe.

Nie do utrzymania jest również teza, że długi wobec bogów przejęło państwo, a w konsekwencji stały się one fundamentem systemu podatkowego. Rzecz w tym, że w świecie starożytnym wolni obywatele zwykle nie płacili podatków. W większości przypadków daninę pobierano wyłącznie od podbitych ludów. Tak wyglądało to już w starożytnej Mezopotamii, gdzie mieszkańcy niepodległych miast zwykle w ogóle nie musieli płacić podatków bezpośrednich. Na tej samej zasadzie, jak pisze Moses Finley, „Grecy klasyczni uznawali podatki bezpośrednie za przejaw tyranii i jeśli tylko było to możliwe, starali się ich unikać”54. Obywatele ateńscy nie płacili żadnych podatków bezpośrednich, mimo że miasto czasami rozdzielało pieniądze wśród obywateli, jak w negatywnym podatku dochodowym – bezpośrednio, jak w przypadku wpływów z kopalń srebra w Lawrio, bądź pośrednio, jak w przypadku szczodrych honorariów za zasiadanie w ławie przysięgłych lub udział w zgromadzeniach. Daninę musiały jednak płacić miasta podległe. Nawet w imperium perskim daniny królowi nie musieli płacić Persowie, obowiązywała ona jednak mieszkańców podbitych prowincji55. Tak samo było w Rzymie, gdzie przez długi czas obywatele rzymscy nie tylko nie płacili żadnych podatków, ale mieli również prawo do części daniny pozyskanej od innych, którą otrzymywali w formie zasiłku – to właśnie „chleb” ze słynnego żądania „chleba i igrzysk”56.

Innymi słowy, Benjamin Franklin mylił się, mówiąc, że w tym świecie nic nie jest pewne z wyjątkiem śmierci i podatków. Z tego samego powodu trudniejsza do utrzymania staje się również idea, że długi w jednej i drugiej sferze są w istocie tym samym.

Nie obala to wszakże teorii pieniądza państwowego. Nawet te państwa, które nie ściągały podatków bezpośrednich, ustalały różnego rodzaju opłaty, kary, taryfy i grzywny. Wszystko to rzeczywiście trudno jednak pogodzić z teoriami widzącymi w pierwszych państwach strażników jakiegoś przedwiecznego, kosmicznego długu.

Co ciekawe, teoretycy długu pierwotnego nigdy nie mieli wiele do powiedzenia o Sumerze czy Babilonii, wyjąwszy fakt, że to w Mezopotamii wynaleziono praktykę pożyczania pieniędzy na procent, przypuszczalnie dwa tysiące lat przed spisaniem Wed – i że to właśnie na jej obszarze pojawiły się pierwsze państwa. Jeśli jednak przyjrzymy się historii Mezopotamii, staje się to odrobinę mniej zaskakujące – i przeczy pod wieloma względami przewidywaniom teoretyków długu pierwotnego.

Powiedzieliśmy wcześniej, że życie mezopotamskich państw-miast toczyło się pod dyktando świątyń. Były to ogromne, złożone kompleksy produkcyjne, w których zatrudnienie znajdowały często tysiące osób – od pasterzy i tragarzy, przez prządki i tkaczy, po tancerki i administrację świątynną. Przynajmniej od 2700 roku p.n.e. ambitni władcy tworzyli kompleksy pałacowe zorganizowane na wzór świątyń – z tą różnicą, że o ile życie świątynne skupiało się wokół komnat boga lub bogini, przedstawianych w postaci świętego wizerunku, który słudzy świątynni żywili, ubierali i zabawiali tak, jakby był żywą osobą, o tyle życie pałacu skupiało się wokół komnat faktycznie żyjącego króla. Władcy sumeryjscy rzadko posuwali się do deklaracji własnej boskości, jednak często byli bardzo blisko. Gdy jednak jako kosmiczni władcy ingerowali w życie swoich poddanych, nie narzucali im wcale długów państwowych, lecz anulowali prywatne57.

Nie wiemy dokładnie, kiedy i w jaki sposób pojawiły się pożyczki na procent, ponieważ poprzedzają one, jak się wydaje, pismo. Przypuszczalnie świątynna administracja wpadła na ten pomysł, starając się sfinansować handlowe karawany. Tego rodzaju handel był kluczowy, ponieważ mimo że dolina rzeczna starożytnej Mezopotamii była niesłychanie żyzna i wytwarzała ogromne nadwyżki zboża i innej żywności, jak również dawała możliwość utrzymania ogromnej liczby zwierząt hodowlanych – co z kolei zasilało prężny przemysł wełniarski i skórzany – to brakowało w niej niemal wszystkich innych artykułów. Kamień, drewno, metal, a nawet srebro na pieniądze trzeba było importować. Zarządzający świątynią bardzo wcześnie wprowadzili więc zwyczaj przekazywania dóbr lokalnym kupcom – osobom prywatnym, a także funkcjonariuszom świątynnym – którzy sprzedawali je za granicą. Dzięki odsetkom świątynie uczestniczyły w uzyskiwanych w ten sposób zyskach58. Zasada odsetek upowszechniła się bardzo szybko. Wkrótce mieliśmy już do czynienia z pożyczkami nie tylko komercyjnymi, ale również konsumenckimi – lichwą w klasycznym sensie tego słowa. Wydaje się, że w 2400 roku p.n.e. miejscowi urzędnicy i bogaci kupcy udzielali już chłopom znajdującym się w kłopotach pożyczek pod zastaw, a także zaczynali przejmować ich własność, kiedy chłopi stawali się niewypłacalni. Zwykle zaczynało się od zboża, owiec, kóz i mebli. Potem przychodziła kolej na pola i domy, względnie – lub w ostateczności – członków rodziny. Słudzy, jeśli dom nimi dysponował, byli oddawani jako pierwsi. Następnie do wierzycieli trafiały dzieci, żony, a w skrajnych przypadkach również sami dłużnicy. Wszyscy stawali się peonami, czyli poddanymi za długi. Nie byli to niewolnicy, lecz ludzie bardzo do nich zbliżeni, zmuszeni do ciągłej pracy w domu wierzyciela, a niekiedy w świątyniach lub pałacach. Teoretycznie, rzecz jasna, każdą z tych osób można było odzyskać, kiedy pożyczkobiorca spłacał dług, jednak z oczywistych względów wraz z utratą kolejnych zasobów spłata długu stawała się dla chłopa coraz odleglejszą perspektywą.

Konsekwencje tego procesu groziły rozpadem społeczeństwa. Jeśli z jakiegoś powodu trafiały się gorsze zbiory, spora część chłopów stawała się poddanymi za długi. Rozdzielano rodziny. Wkrótce ziemia zaczynała leżeć odłogiem, ponieważ zadłużeni rolnicy porzucali domy ze strachu przed niewolą i dołączali do półkoczowniczych band żyjących na pustynnych peryferiach miejskiej cywilizacji. W obliczu całkowitej dezintegracji społeczeństwa sumeryjscy, a później babilońscy królowie okresowo zarządzali ogólną amnestię – „czyste tabliczki”, jak mówi o tym historyk gospodarki Michael Hudson. Tego rodzaju dekrety zwykle anulowały wszystkie długi konsumenckie (nie dotyczyło to długów komercyjnych), zwracały ziemię jej pierwotnym właścicielom i pozwalały wszystkim poddanym za długi wrócić do swoich rodzin. Po pewnym czasie królowie zaczęli zwyczajowo ogłaszać takie deklaracje po objęciu władzy, a wielu z nich musiało powtarzać je co jakiś czas w trakcie panowania.

W Sumerze określano je mianem „deklaracji wolności”. Jest rzeczą istotną, że sumeryjskie słowo amargi – pierwsze znane słowo oznaczające wolność w jakimkolwiek języku – znaczy dosłownie „powrót do matki”; wszak to właśnie na to wyzwoleni peoni otrzymywali wówczas pozwolenie59.

Michael Hudson uważa, że królowie mezopotamscy mogli sobie pozwolić na tego rodzaju amnestie wyłącznie ze względu na swoje kosmiczne prerogatywy: obejmując władzę, we własnym mniemaniu dokonywali aktu ponownego stworzenia społeczeństwa, a tym samym mieli prawo do wymazania wszystkich istniejących zobowiązań moralnych. Nawet w tym przypadku jednak jesteśmy wciąż lata świetlne od wniosków formułowanych przez teoretyków długu pierwotnego60.

■ ■ ■ ■ ■

Przypuszczalnie największym problemem w całej literaturze pisanej z tej perspektywy jest jej początkowa przesłanka. Zaczynamy od nieskończonego długu wobec czegoś, co nazywa się „społeczeństwem”. Projektujemy go na bogów. Ten sam dług przejmują następnie królowie i rządy poszczególnych państw.

Idea społeczeństwa jest zwodnicza, ponieważ podsuwa nam obraz świata podzielonego na szereg niewielkich segmentów zwanych „społeczeństwami”, a także sugestię, że wszyscy ludzie zdają sobie sprawę, do którego z tych segmentów należą. Historycznie rzecz biorąc, było to raczej rzadkie. Przypuśćmy, że jestem chrześcijaninem i ormiańskim kupcem żyjącym za panowania Dżyngis-chana. Czym będzie dla mnie „społeczeństwo”? Czy chodzi o miasto, w którym się wychowałem, społeczność międzynarodowych kupców (z własnym rozbudowanym kodeksem etycznym), w której obracam się na co dzień, innych ludzi mówiących po ormiańsku, świat chrześcijański (lub tylko chrześcijaństwo wschodnie), a może mieszkańców imperium mongolskiego rozciągającego się od Morza Śródziemnego po Koreę? Królestwa i imperia rzadko bywały najważniejszymi punktami odniesienia w życiu ludzi. Królestwa powstają i przeżywają upadki, rosną w siłę i słabną. Rządy mogą zaznaczać swoją obecność w naszym życiu jedynie sporadycznie i wielu ludzi w historii nigdy nie miało całkowitej pewności, jakiemu właściwie podlegają władcy. Nawet całkiem niedawno dla wielu mieszkańców świata nie było do końca jasne, do jakiego kraju powinni należeć albo dlaczego mieliby się tym w ogóle przejmować. Moja matka, urodzona jako Żydówka w Polsce, powiedziała mi kiedyś dowcip zapamiętany z dzieciństwa:

Było sobie małe miasteczko na granicy Rosji i Polski. Nikt nie był całkiem pewien, do kogo należy. Pewnego dnia podpisane zostało oficjalne porozumienie i wkrótce zjawili się geodeci, aby wytyczyć granicę. Gdy rozłożyli swoje przyrządy miernicze na wzgórzu, niektórzy mieszkańcy wsi podeszli do nich.

– No to gdzie jesteśmy, w Rosji czy w Polsce?

– Według naszych obliczeń wasza wieś zaczyna się teraz w Polsce, dokładnie trzydzieści siedem metrów od granicy rosyjskiej.

Mieszkańcy wsi natychmiast zaczęli tańczyć z radości.

– Dlaczego tańczycie? – spytali geodeci. – Co to za różnica?

– Jak to, nie rozumiecie? – usłyszeli w odpowiedzi. – Od teraz nie będziemy już musieli przeżywać kolejnej okropnej rosyjskiej zimy!

Jeśli rzeczywiście rodzimy się z nieskończonym długiem wobec ludzi, którzy umożliwili nam życie, ale nie ma jednostki zwanej „społeczeństwem” – to komu lub czemu właściwie je zawdzięczamy? Wszystkim? Wszystkiemu? Niektórym ludziom lub rzeczom bardziej niż innym? I jak mamy spłacić dług tak mglisty? Wreszcie, co przypuszczalnie najważniejsze, komu i na jakiej podstawie wolno twierdzić, że ma prawo nas poinstruować, w jaki sposób możemy swój dług spłacić?

Gdy postawimy tę sprawę w taki sposób, okazuje się, że brahmany zawierają bardzo subtelną refleksję dotyczącą kwestii, w której właściwie nikt nie potrafił udzielić lepszej odpowiedzi. Jak wspomniałem, nie wiemy wiele o warunkach powstawania tych tekstów. Wiadomo jednak, że kluczowe dokumenty pochodzą z okresu mniej więcej między 500 a 400 rokiem p.n.e. – a więc z grubsza z czasów Sokratesa – który w Indiach zbiega się z pojawieniem się w życiu codziennym obywateli handlu i rozwiązań w rodzaju pieniądza monetarnego i oprocentowanych pożyczek. Ówczesne klasy intelektualne, podobnie jak w Chinach i Grecji, zmagały się z konsekwencjami tych procesów. W Indiach sprowadzało się to do pytania: co to właściwie znaczy, kiedy wyobrażamy sobie nasze zobowiązania jako długi? Komu zawdzięczamy nasze życie?

Charakterystyczne, że w odpowiedzi udzielonej przez myślicieli indyjskich nie ma w ogóle mowy o „społeczeństwie” ani o państwach (choć królowie i rządy z pewnością istniały we wczesnych Indiach). Nacisk pada na długi wobec bogów, mędrców, ojców i „ludzi”. Nietrudno przełożyć to na język bardziej współczesny. Możemy powiedzieć to w następujący sposób: zawdzięczamy naszą egzystencję lub, innymi słowy, mamy dług przede wszystkim wobec:

• wszechświata, sił kosmicznych czy też, jak powiedzielibyśmy dzisiaj: Natury. To fundament naszego życia. Spłaty dokonuje się poprzez rytuał będący aktem szacunku i uznania dla tego, co nas przerasta61;

• twórców wiedzy i osiągnięć kulturowych będących przedmiotem naszego podziwu, nadających naszej egzystencji właściwą formę, znaczenie, jak również konkretny wymiar. Chodzi nie tylko o filozofów i naukowców, którzy stworzyli naszą tradycję intelektualną, lecz wszystkich ludzi, od Williama Szekspira po tę dawno zapomnianą kobietę gdzieś na Bliskim Wschodzie, która jako pierwsza upiekła chleb na zakwasie. Dług wobec nich spłacamy przez naukę i wnoszenie własnego wkładu w rozwój kultury i wiedzy;

• naszych rodziców, a także ich rodziców – naszych przodków. Spłacamy ten dług, sami stając się czyimiś przodkami; całej ludzkości, której zwracamy dług przez wspaniałomyślność okazywaną obcym – czyli przez podtrzymywanie komunistycznej bazy uspołecznienia, która umożliwia istnienie stosunków międzyludzkich, a w konsekwencji życia.

Mówiąc jednak o tym w ten sposób, zaczynamy podkopywać przesłanki całej koncepcji. Wymienione przez nas długi w niczym nie przypominają długów komercyjnych. Dzięki potomstwu można uregulować zobowiązania wobec rodziców, ale trudno uznać za spłatę długu wobec wierzyciela pożyczenie pieniędzy innej osobie62.

Przekład

Bartosz Kuźniarz

Redakcja

Magdalena Błędowska

Korekta

Magdalena Torczyńska | tekstem.pl

Projekt okładki, układ typograficzny, skład i łamanie

Marcin Hernas | tessera.org.pl

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

ul. Foksal 16, II p.

00-372 Warszawa

redakcja@krytykapolityczna.pl

www.krytykapolityczna.pl

Książki Wydawnictwa Krytyki Politycznej dostępne są w redakcji Krytyki Politycznej (ul. Foksal 16, Warszawa), Świetlicy KP w Trójmieście (Nowe Ogrody 35, Gdańsk), Świetlicy KP w Cieszynie (al. Jana Łyska 3) oraz księgarni internetowej KP (wydawnictwo.krytykapolityczna.pl).

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dług. Pierwsze pięć tysięcy lat Utopia regulaminów. O technologii, tępocie i ukrytych rozkoszach biurokracji 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Wybieraj wystarczająco dobrze Listy niezapomniane W rodzinie ojca mego