Pamflet na siebie

Pamflet na siebie

Autorzy: Tadeusz Konwicki

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 11.90 zł

„Pamflet na siebie” jest swoistym podsumowaniem twórczości dokonanym przez pisarza i oceną samego siebie jako człowieka. To odważna próba, w której autor zdecydował się obnażyć swoje braki, niedoskonałości, celowo się ośmieszyć. Konwicki nazwał zresztą tę publikację „gęstym strumieniem świadomości (...), której kłania się zacny doktor Alzheimer”. Co więcej, tworzył ją podobno z ogromną uciechą dla przyjemności swoich czytelników.
Ta dygresyjna opowieść pełna jest tego, co najbardziej cenimy w prozie pisarza: autoironii, kąśliwych uwag, błyskotliwych anegdot, barwnych relacji z podróży, które zlewają się w wartościową, niezmiernie interesującą całość.

KSIĄŻKI WYBRANE • TOM XVI

Tadeusz Konwicki

Pamflet na siebie

WARSZAWA 2011

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Zawartość kolekcji

Metryczka książki

1

Jak to się stało, że człowiek zyskał świadomość. Swój największy skarb i swoje nieszczęście. Czy zdobył ją za przyzwoleniem opatrzności, czy wbrew woli Wielkiego Eksperymentatora.

Rozum ludzki, tajemnicze jądro świadomości, niespokojna, ruchliwa myśl ludzka zakłóca prawa ewolucji naszej egzystencji. Myśl ludzka przerwie w końcu ten proces, nie wiadomo ku czemu zdążający i nie wiadomo przez kogo spowodowany. Koniec świata, koniec tej formy istnienia, jednej z wielu możliwych, spowoduje sam człowiek. A Pan Bóg będzie się przyglądał bezradnie owej śmierci, jednej z wielu prawdopodobnych.

***

Lubiłem historię, chociaż nie lubiłem powieści historycznych. Ale teraz, raptem, u progu starości, spostrzegam, że nie ma prawdziwej historii. Są tylko interesowne, mocno skłamane na swoją korzyść wersje zdarzeń utrwalone przez krzykliwych uczestników tej historii. Dzieje można naginać i przeinaczać wedle swej woli, byle tylko starczyło uporu i bezczelności.

***

Ja także, jak wielu przede mną, ulegam pokusie, żeby zapisać prawdę o moich współczesnych. Oczywiście moją prawdę, choć korygowaną moimi dobrymi obyczajami i moją dumą. Ta moja prawda byłaby może bliska prawdzie i pozwoliłaby następnym pokoleniom spojrzeć wnikliwiej na nasz skomplikowany czas. Ale ja przecież tego nie napiszę. Nie pozwoli na to mój honor i moja pobłażliwa pogarda wobec tych stworzeń, śród których żyję, tych osobników gnanych animalnymi odruchami. Przede wszystkim nie dopuści do tego moje lenistwo, ta dziwna potęga kierująca od dawna moimi postępkami.

***

Odegrać się na rówieśnikach. Zemścić się na rywalach. Upuścić kwartę złej krwi, co zbiera się od lat w starczych żyłach. Ale co to da. Komu to da. Na ile to zmieni gąszcz niewiadomego wokół nas. Jakie to może mieć znaczenie w nieznanej sumie.

***

Nie tylko ja przeżywam popłoch. Histerii uległa także nauka, tak dotychczas pyszna. Nagle przekonała się, że mało wie i nic nie rozumie. Wielki Wybuch może był, a może go nie było. Wszechświat jest nieskończony, ale chyba raczej jest skończony. Kto wie, czy nie ma nieskończonej liczby wszechświatów. Fizyka newtonowska okazała się tabliczką mnożenia dla dzieci. Kosmos drwi z Newtona i po trochu z Einsteina. Kosmos i mikrokosmos dziwaczy, wygłupia się, robi kawały uczonym. Wobec tego nikt nic nie wie i pada plackiem przed nierozpoznawalnym i nieodgadnionym.

Uczeni pielgrzymują na Wschód, tam szukają ratunku i ukojenia, pociechy i objaśnienia, nowego nieba i nowego Boga.

A inni szukają boskości w jawiącym się przed nami Wielkim Chaosie.

***

Strach to mój brat. Wspominałem już o tym kiedyś. Po śmierci ojca, w wieku trzech lat, poznałem się ze strachem. Jako tak zwany sierota podawany byłem z rąk do rąk. Wożono mnie po całej Wileńszczyźnie. Od jednej ciotki do drugiej, od wuja do kuzyna. Obce domy, nieznane, wrogie widoki za oknem. Rano domownicy wychodzili do pracy, zamykając mnie na klucz w pustym wnętrzu, pełnym skrzypienia podłóg, trzaskania szaf i jęków w kominie. Szczęk klucza w zamku był jednak najstraszniejszym dźwiękiem mego dzieciństwa. Zamknięcie, oddzielenie, wyizolowanie od świata. Błagałem, żeby zostawiano choćby szparkę, w drzwiach, w oknie, choćby na suficie. Ale gdzie tam. Kto by się tam przejmował fanaberiami podrzutka.

Ten strach wrócił po wielu latach. Nigdy nie usiądę w teatrze albo w kinie pośrodku widowni. A w samolocie proszę o miejsce przy przejściu. Strach idzie ze mną przez życie. Idzie właściwie przede mną.

***

Wyczytałem gdzieś taką anegdotę z początku naszego wieku. W pewnym towarzystwie rozprawiano o zgubnych nałogach. Na to stary szlagon przybyły ze wsi wtrąca swoje trzy grosze:

– A mój brat, panie dziejku, nie pił, nie palił, nie romansował i umarł.

– A ile miał lat? – ktoś pyta.

– Dwa.

***

Mnie się wydaje, że są trzy rodzaje strachów: strach animalny, strach intelektualny i strach metafizyczny. Strach animalny jest odruchowy. Doznajemy go, kurcząc się raptownie, gdy ktoś obok strzeli nieoczekiwanie. Strach intelektualny jest wytworem naszego umysłu, naszych spekulacji czy pracy wyobraźni. A strach metafizyczny to ta dziwna panika, która nas raptownie ogarnia, miażdży mózg, zrywa struny nerwów i pędzi nas przed siebie w objęcia śmierci.

***

Podobno pewien nasz dygnitarz partyjny zrobił w spodnie na posiedzeniu Biura Politycznego, kiedy w roku 1956 przyleciał nagle do Warszawy Nikita Chruszczow, żeby gasić niepokoje w Polsce.

Moja wnuczka Danusia, dość śmiała z natury, pół roku nie chciała wracać do domu przez pewną bramę na Nowym Świecie, ponieważ stamtąd otwierał się widok na całe kaskady dachów i mnóstwo kominów. A na jednym z nich był dymnik blaszany kształtem przypominający postać człowieka z pochyloną w zamyśleniu głową. Wiatr obracał tym urządzeniem, budząc dziwny lęk w małej Danusi. Nie wiadomo dlaczego bała się ona także pewnej niewinnej fontanny na Powiślu. Podczas spacerów wysyłała mnie przodem na przeszpiegi.

Lęki metafizyczne w moim życiu reprezentują wariaci, których jestem faworytem i ulubieńcem. Są takie dni, jakieś dziwne pory, kiedy urywają się telefony od wariatów. Gdy zadzwoni pierwszy i jakoś go ukoję, wiem, że zaraz będą dzwonić następni, aż do nocy, aż do tej pory, kiedy zmieni się aura lub koniunkcja gwiazd.

***

Chyba na początku roku 1964 zachorowałem na anginę. Tradycyjne leki jakoś mi nie pomagały, więc para przyjaciół lekarzy ze współczucia uradziła poleczyć mnie jakimś nowym antybiotykiem. Ale nie pamiętali, jaką dawką należy potraktować chorego. Więc po namyśle zastosowali lekarstwo trochę na zapas, żeby było dobrze, żeby na pewno poskutkowało.

I gdzieś na początku nocy zaczęły się dziać ze mną dziwne rzeczy. Za oknem luta zima, mróz, zawieja, pustkowie uśpionego miasta, a mnie dopada strach, przerażenie, jakaś nie do wytrzymania panika.

Brak powietrza, ucisk w głowie i dławiąca za gardło histeria, że jestem, że istnieję, że buzuje we mnie świadomość, której się nigdy nie pozbędę.

Ta świadomość, że mam świadomość, że uwięziono mnie w tym czymś niewidzialnym, co pulsuje we mnie, wokół mnie, co będzie mnie osaczać szamotaniną szczątków rozpierzchniętych myśli, co jest nieznane i nierozpoznawalne, może z innych światów albo nieznanych bytów, ta świadomość złożona z przenikających się świadomości rozszarpywanych przez przeczucia, ta właśnie świadomość, albo może inna, konkurencyjna, biorąca się ze świadomości globalnej, tej, co otacza naszą Ziemię i służy nam, pomaga w przetrwaniu, więc ta jakaś lepsza, życzliwsza mi świadomość kazała zerwać się z łóżka, podbiec do drzwi balkonowych, za którymi była biel śniegu i oblodzony kamienny trotuar ulicy.

Zacząłem się szarpać z drzwiami solidnie opatrzonymi na zimę. Przymarzły, obrosły lodem, zaszpuntowały się na amen. Ale wtedy przypomniałem sobie, że mam żonę, że jest ktoś życzliwy na tym pustynnym świecie. Obudziłem ją, zrobiła herbatę i tak, trzymając za rękę, powoli wprowadziła mnie w zwyczajność mego dawnego życia.

***

Poszedłem do psychiatry. Opowiadam mu o tych jakichś egzystencjalnych lękach, co mnie atakują ni z tego, ni z owego. Czasem w moim własnym łóżku, kiedy indziej po wódeczce, a nieraz nawet podczas czcigodnego zebrania. Pan doktór wysłuchał, coś sobie wpisał do zeszytu, a potem się zamyślił.

– Wie pan, dobrze by było, gdyby się pan przestraszył czegoś realnego. Klin klinem.

– Jadę do Związku Radzieckiego, do Buchary wybierać plener do filmu „Faraon”.

– O toto! – ucieszył się lekarz. – To bardzo dobrze. Związek Radziecki może pomóc. Niech pan spróbuje.

***

W Bucharze zamieszkaliśmy w jedynym reprezentacyjnym hotelu. Pechowo wszedłem do hotelowej toalety przy restauracji. Od tego momentu przez cały tydzień odżywiałem się już tylko łotewskimi szprotkami z puszki i chlebem.

Wracaliśmy samolotem nabitym pasażerami jak warszawski tramwaj w godzinach szczytu. Babcie z kobiałkami, pasterze z jakimiś zwierzątkami w zapazuchach, radzieccy playboye w kusych marynareczkach mimo trzydziestostopniowego mrozu, tulący do piersi jakieś tłumoczki owinięte organem partii pod tytułem „Prawda”.

W Moskwie nasz filmowy szef produkcji, Ludwik Hager, rozluźnił się i powiada:

– Wiecie co, napijemy się wreszcie dobrej kawy. Zapraszam.

Szliśmy dziesięć kilometrów przez zawianą śniegiem Moskwę. Nigdzie ani śladu kawiarni. Wreszcie patrzymy: miga neonowy napis „Kafiejnaja”.

Wchodzimy triumfalnie, siadamy przy marmurowym stoliku. Podchodzi kelnerka.

– Prosimy trzy duże mocne kawy – rzecze Ludwik.

– Kawy? U nas? – dziwi się kelnerka.

– A co się u was podaje?

– Lody i koniaczok.

***

Pomogło. Jak ręką odjął. Później w Warszawie ataki lękowe pojawiały się już coraz rzadziej, aż po latach w ogóle ustąpiły. Uśmierzył je jedwabny, ciepły kaftan bezpieczeństwa starości.

Te strachy narodziły się razem ze mną, razem ze mną rosły, dojrzewały, mężniały, robiły karierę, tyły, rozwydrzały się, aż wreszcie wybuchły uruchomione przez lekkomyślnych przyjaciół konowałów i zostały ukorzone przez wyższe strachy nie z tego świata. Teraz te moje własne, osobiste, mnie wyznaczone strachy czają się we mnie, przebiegają chyłkiem od serca do mózgu i od krtani do wątroby, czekają na swoją chwilę i się doczekają albo nie doczekają i razem ze mną powloką się w niebyt lub w inny byt.

***

Obawa, bojaźń, lęk, strach, trwoga, panika, przerażenie. Czy dobrze stopniuję? Są na pewno stany pośrednie. Każdy ma swoją skalę i swoje odmiany lęków.

A odwaga? Ta poskromicielka strachów tak skwapliwie wielbiona, szczególnie w sferach patriotycznych. Znamy odwagę płynącą z determinacji, z instynktu życia. To matka broniąca dzieci przed śmiercią. Odwaga towarzyska, odwaga na pokaz, odwaga wymuszona przez klakę. Widziałem takich zuchów podczas wojny, legendarnych junaków, którzy nagle załamywali się i tonęli w nikczemnym tchórzostwie, gdy ustawały te okoliczności, co ich uwznioślały i dawały żyro. Wreszcie ta odwaga prawie niezauważalna, odwaga jako wynik pracy umysłu, kalkulacji moralnej i przeźroczystego poczucia godności ludzkiej. Hołdują jej ci anonimowi szarzy osobnicy, którzy niosą na swoim grzbiecie cały trud naszego życia. I w dobrej, i w złej doli.

***

Ja o strachach i lękach nieraz już pisałem. Odwaga jest chwilowa, a strach wieczny. Odwagę my sami wymyśliliśmy, a strach dany jest od Boga. Strach jest naszym strażnikiem. Chroni nas przed nami samymi i przed wrażym przypadkiem chaosu. Strach jest regulatorem i bezpiecznikiem wielkiej machiny ewolucji. Strach, wstyd powiedzieć, służy po prostu zachowaniu gatunku.

***

Najlepiej ze strachem się oswoić. Przyjrzeć się jego mechanizmom, zrozumieć jego rolę w przyrodzie, zbadać okoliczności, które go rodzą.

Rozebrać go na czynniki pierwsze i przyjrzeć się każdemu włóknu. Kiedy skoczy nam raptem na kark, stawić mu bierny opór przez natychmiastowe włączenie aparatury myślowej, która, pochlebiona tym zaufaniem, skwapliwie zanalizuje agresywnego napastnika. Umysł, ambitny w swoim człowieczeństwie, sparuje atak i obedrze strach z jego metafizycznych aspiracji.

Do strachu można się nawet przyzwyczaić.

***

Podejrzewam, że sen jest myśleniem mózgu w stanie spoczynku. Przypomina to efekt płyty gramofonowej puszczonej na zwolnionych obrotach. Sen to myślenie rozpełzające się w przestrzeni. Może nawet kosmicznej.

***

Strach jest naszym cieniem. Malejącym, kiedy słońce jest w zenicie, powiększającym się przed wieczorem. Strach jak cień znika na długie chwile i raptem się pojawia nie wiadomo skąd i kiedy. Strach idzie przed nami i za nami przez całe życie. Miejmy nadzieję, że nie dalej.

***

Ekipa fińskiej telewizji robiła o mnie film. Pojechaliśmy też do Nowej Wilejki pod Wilnem, a właściwie teraz w Wilnie. Chciałem im pokazać ulicę Letnią i dom, w którym się urodziłem. Ale na miejscu okazało się, że ulicy Letniej nie ma. Zniknęła, przepadła, odeszła w nicość, jeśli w ogóle kiedyś istniała.

Lekko skonsternowany miotałem się między blokami mieszkalnymi tak charakterystycznymi dla budownictwa radzieckiego, więc szamotałem się między tymi kamiennymi barakami, przepytując starców, co pamiętają dawne czasy, o moją ulicę Letnią. Bez rezultatu.

Zatem wyszliśmy na mostek przerzucony nad Wilenką, tą samą, co płynie też przez Kolonię Wileńską, więc oparłem się o balustradę tego mostu i zapatrzyłem na kręty nurt mojej rzeki, w jej piwną toń z długimi włosami wodorostów u dna.

– Tylko Wilenka jest ta sama i zawsze taka będzie.

I w tym momencie zawstydziłem się swojej banalnej poetyckości. Bo woda w mojej rzece nie była wcale piwna. Toczyła się pode mną bura breja, omywając porzucone zardzewiałe miednice, stare opony samochodowe, zepsute odbiorniki telewizyjne.

Moja rzeka także umiera. Może razem zatrzymamy się w biegu któregoś zimowego dnia.

***

Ja wyższy i ja niższy. Ja wyższy, krążący jak satelita wokół tej naszej Ziemi, niemogący na nią spaść i niepotrafiący oderwać się od swojej trajektorii. Ja niższy, uwikłany na tym padole w setki marnych konfliktów, nędznych komplikacji i upokarzających incydentów.

Pół człowiek, pół zwierzę.

***

Powszechnym zmartwieniem starzejących się artystów jest problem młodych pokoleń. Co zrobić, żeby się podobać młodzieży, i jak utrafić w gust małolatów.

Ale demografowie powiadają, że przyrost naturalny w naszej ojczyźnie spada katastrofalnie. A zatem młodzieży będzie coraz mniej i nie warto się przejmować upodobaniami oraz fanaberiami kurczącej się gwałtownie grupy społecznej.

Wiemy również, że młodość trwa krótko, a starość wlecze się bez końca. Wobec tego machnijmy ręką na tę wymierającą młodzież i zajmijmy się nieśmiertelnymi emerytami.

***

Nie boję się armii najeźdźczych, nie lękam się policji, nie obawiam się śmierci. Nie odczuwam strachu nawet przed własną żoną.

Boję się tylko urzędu podatkowego i reinkarnacji. Bodajby się nigdy nie narodził ten, co wymyślił reinkarnację, czyli przerażającą wędrówkę dusz.

***

Noc. Za oknem prószy śnieg. W Kalifornii powódź, w Japonii trzęsienie ziemi. Kilkadziesiąt lokalnych wojen. Niebo wypełnione chmurami. Pewnie jak zawsze płyną z zachodu na wschód. Nie, nie płyną, czołgają się po zamarłej ziemi, uśpionej w tym miejscu Ziemi.

Co to wszystko znaczy. Co znaczy ten papier, postarzała ręka, plastykowe wieczne pióro. Moja myśl w szumie krwi w skroniach, moja myśl, czyli wszystko, czym jestem.

Strach to nasz brat.

2

Wczoraj widziałem na ludnej ulicy pijaka, który chwiejąc się na nogach, oddawał mocz w bramie. A ten zewłok ludzki to czterdzieści miliardów (a może bilionów) atomów. W tych atomach cząstki pędzą z szybkością równą szybkości światła. Są materią i nagle stają się falą. Powstają z niczego i giną w nicości.

***

Mnie, storturowanego mordęgą życia, wszyscy namawiają do kontemplacji. Że, na wzór wschodnich mędrców, dzięki wytrwałej kontemplacji, osiągnę wyższe stany duchowe i zbliżę się do Wielkiej Tajemnicy.

Dobrze, ale kto będzie zarabiał pieniądze, chodził na zakupy, sprzątał mieszkanie i niańczył dzieci.

***

Kilka lat temu niechcący dokonałem pewnego odkrycia z zakresu klimatologii. Otóż, spoglądając codziennie na mapy pogody, spostrzegłem, że kiedy centrum wyżu usadowi się w południowej Finlandii, można być pewnym w zimie parotygodniowego mrozu, a w lecie miesięcznej suszy na obszarze Europy Środkowej. Oczywiście meteorolodzy tego nie zauważyli i kiedy zapowiadają śnieżyce albo ulewy i gradobicia, ja spokojnie wyjeżdżam na narty lub do kąpielisk morskich.

Trochę się zapędziłem. Nigdzie nie wyjeżdżam z powodu braku gotówki. Ale swoje wiem.

***

Inteligencja jest matką humoru.

***

Przed wielu laty zadawałem się z grupą kolegów, moich rówieśników wojennych. Zadawałem się namiętnie, chociaż było mi trochę nieswojo. Panował śród nas duch powagi, surowości, a nawet fanatyzmu. Ja z wielkim trudem znosiłem tę konwencję, choć bardzo chciałem być poważny, surowy i fanatyczny. Mój głód humoru, wesołości, swawoli stawał jednak na przeszkodzie ambitnym planom. I w końcu zawsze po niewczesnym odezwaniu się albo lekkomyślnym zachowaniu widziałem zgorszenie w oczach moich młodych bliźnich. Rozumiałem z przykrością, że mają mnie za wesołka i przygłupa.

Ale pozbyć się upodobania do wesołości nie sposób. Ten nałóg ściga człowieka aż do grobu.

***

Czy poczucie humoru jest taką samą właściwością organiczną jak piegi albo leworęczność? A może Pan Bóg, tworząc nas taśmowo na niebiańskiej taśmie, od czasu do czasu uśmiechnie się i wtedy z jego rąk wychodzi produkt z dodatkowym gruczołem ukrytym gdzieś w zwojach mózgowych i nieznanym do dzisiaj nauce. Znowuż ateista będzie tłumaczył tę dziwną skłonność osobowości człowieka warunkami życia, wychowaniem lub wpływami otoczenia.

W każdym razie wygląda to na loterię. Jedni wygrywają urodę, drudzy mądrość, a jeszcze inni talenty. Najczęściej jednak wyciągamy puste losy. Mnie się trafił przemożny pociąg do wesołości.

***

Wesołość jest na ogół trzymana w pogardzie. Natomiast czczona jest ponurość. Ponury jegomość z góry jest przyjmowany jako głęboki, skomplikowany i wyższego gatunku. Gość z poczuciem humoru może oczekiwać sympatii, ale nigdy szacunku.

Prowokacyjnie używam słowa wesołość, choć w dobrym towarzystwie nawet ludzie z poczuciem humoru unikają wstydliwie tego wyrazu.

Bo rzeczywiście, z czego tu być wesołym na tym strasznym padole nazywanym Ziemią. Ale chyba bez tego pierwiastka rekreacji byłoby jeszcze straszniej.

***

Nie przepadam za literaturą humorystyczną. Trudno sobie wyobrazić faceta, który siada za biurkiem o dziewiątej rano i powiada do żony: „będę teraz rozśmieszać ludzi. Skończę koło południa”.

Humor jest rodzajem poezji, choć poezja dąsa się na to pokrewieństwo i wybiera sobie patos. Dowcipnym się nie jest, dowcipnym się bywa. Wesołość zjawia się nieoczekiwanie i raptem ginie.

Nie rozśmiesza mnie literatura, której ambicją jest rozbawić. Ale umieram ze śmiechu, kiedy w książce dramatycznej trafię na weselszy kawałek. Bo mnie się wydaje, że śmiech lubi sąsiadować z tragicznością. Śmieszność jest śmieszniejsza, kiedy przytuli się do tragizmu. Tragiczność jest tragiczniejsza, kiedy obejmie się ze śmiesznością. Chyba wiedzieli o tym starzy mistrzowie powieści. Domyślał się tego nawet posępny Dostojewski.

***

Wesołość, humor, śmieszność, żart, dowcip, kpina – to wszystko bierze się z tego włosa nerwu, który wyrobił się i umiejscowił w naszym umyśle. Gdzieś po drodze te zjawiska psychiczne degenerują się, przyjmując kształt parodii, pamfletu, a nawet paszkwilu. Myślę, że po prostu okólną drogą przebiegają przez wątrobę, rozcieńczając się w żółci.

Bo prawdziwa wesołość jest bezinteresowna jak wiersz.

***

Być może fundamentem śmieszności jest zaskoczenie. Ale przyczyną strachu też jest zaskoczenie. Jednakże zaskoczenie powodujące strach ma charakter egzystencjalny, związany z naszym animalnym rodowodem. Natomiast zaskoczenie rozładowujące się śmiechem działa w sferze intelektualnej i wymaga współpracy inteligencji.

Zatem wesołość jest produktem humanizacji naszego gatunku. Nie należy więc się wstydzić wesołości, która umila nam odsiadywanie wyroku na tej ładnej, ale dość niewygodnej planetce.

***

Mój kot Iwan od dziecka był pełen powagi, godności i dobrego mniemania o sobie. Patrzył z angielską flegmą na nasze przymilne wygłupiania się, czasem bez wielkiej emocji karcił nas łapą z wciągniętymi pazurami.

Ale wybitna inteligencja zmusiła go do pogodzenia się z poczuciem humoru. Nie mogę powiedzieć, że kot Iwan był dowcipny, boby to było za wiele. Jednak z czasem powoli miarkował swój surowy pogląd na życie, akceptując niektóre nasze żarty. Później z wrodzoną mu powściągliwością zaczął brać udział w domowych figlach. Co prawda zwykle łapał się na nieprzystojności wesołych zabaw i odchodził wyprostowany jak pruski oficer, z uniesionym dumnie ogonem.

W latach dojrzałych zagustował nawet w niezbyt ostentacyjnych żarcikach i wybrał sobie za partnerkę moją starszą córkę Marysię. Chyba dlatego, że Marysia miała śród domowników najwyższy współczynnik inteligencji.

Pewne jego dowcipy, zabawne powiedzonka i wieloznaczne wybryki powtarzamy sobie często w naszym domu, choć kota Iwana już dawno nie ma śród Ziemian, choć dawno przeinkarnował się w niemądrego męża stanu albo w bezmyślną stonogę. Nie, nie, cofam te słowa. Kot Iwan wart jest lepszego losu. Myślę, że w pozycji imponującej, z uniesionym i wyprostowanym ogonem, krąży w kosmosie i łapie komety za złociste warkocze.

***

Zwierzęta także mają poczucie humoru. Oczywiście zwierzęta z zaczątkiem inteligencji. Czy raczej zwierzęta doganiające nas mozolnie w darze inteligencji. Wystarczy tu wspomnieć o delfinach. A przecież każdy z nas zetknął się z jakimś rozgarniętym i dowcipnym stworzeniem, nie tylko takim, co chodzi na dwóch nogach w postawie wyprostowanej i czyta gazety.

***

Skrajnością zjawiska, które rozważamy, jest czarny humor i szyderstwo. Te ekstremalne formy rozpleniły się szczególnie w krajach tak zwanego realnego socjalizmu, czyli w warunkach dość dziwacznego totalitaryzmu.

Wygląda na to, że beznadzieja, rozpacz i bezsilny bunt prowadzą literaturę w świat groteski, ponurego humoru i autoszyderstwa, w ulubioną poetykę niewolników.

***

Wesołość jako produkt inteligencji kocha skrót, kondensację, lapidarność. Jeden lekkomyślnie dodany zaimek może przemienić dowcip w niedołężną anegdotę.

Wielu snobujących się prostaków usiłuje podszywać się pod inteligentów, posługując się żartem. Ale sami się od razu demaskują przez brak zrozumienia poezji, która stoi skrótem intelektualnym i emocjonalnym.

***

Czy to jest przypadek, że całą współczesną cywilizację, życzliwą człowiekowi, zbudowały społeczeństwa obdarzone poczuciem humoru, ceniące bardziej dowcip niż wzór naukowy?

***

Poczucie humoru to pierwszy semestr szkoły filozofów.

Poczucie humoru uwalnia nas od balastu animalnego. Czyni nas niepodległymi. Obdarza nas radością przeczucia wyższych światów, jeśli takie w ogóle istnieją.

***

Ja wyższy mógłbym być – mówiąc patetycznie – ptakiem. Ja niższy zawsze będę płazem.

***

Ale, powiedzmy sobie otwarcie, posępna i ponura część populacji też jest potrzebna jako miara wesołości i jej wspaniałe, skuteczne tło.

***

Anegdota jednego z moich przyjaciół artystów hołdujących bezinteresownej, spontanicznej wesołości. Otóż przed wojną odbywa się pogrzeb żony znanego ówcześnie aktora Osterwy. Pada deszcz, nastrój posępny, żałobnicy powoli rozchodzą się w milczeniu, a mistrz klęczy patetycznie nad otwartym grobem w strugach deszczu. Jakaś wielbicielka nie wytrzymuje napięcia, podbiega i woła:

– Boże, mistrzu, jaki pan wstrząsający!

Osterwa podnosi głowę:

– A widziała mnie pani w kaplicy?

Seria „Książki Wybrane” Tadeusza Konwickiego obejmuje następujące pozycje:

I

Dziura w niebie

II

Sennik współczesny

III

Wniebowstąpienie

IV

Zwierzoczłekoupiór

V

Nic albo nic

VI

Kronika wypadków miłosnych

VII

Kalendarz i klepsydra

VIII

Kompleks polski

IX

Mała apokalipsa

X

Wschody i zachody księżyca

XI

Rzeka podziemna, podziemne ptaki

XII

Nowy Świat i okolice

XIII

Bohiń

XIV

Zorze wieczorne

XV

Czytadło

XVI

Pamflet na siebie

XVII

Rojsty

XVIII

Wniebowstąpienie (audiobook)

RYSUNKI

Danuta Konwicka

TEKST NA PODSTAWIE RĘKOPISU OPRACOWAŁ I PRZYGOTOWAŁ DO DRUKU

Przemysław Kaniecki

REDAKTOR SERII

Dariusz Fedor

KOREKTA

Teresa Kruszona

PROJEKT OKŁADKI

Maciej Kałkus

OPRACOWANIE GRAFICZNE

Artur Hanc

PRODUCENCI WYDAWNICZY

Robert Kijak, Małgorzata Skowrońska

KOORDYNACJA PROJEKTU

Joanna Batorska

© Copyright for illustrations: Tadeusz Konwicki, Maria Konwicka, Danuta Wesołowska-Sponar

© Copyright by Tadeusz Konwicki 2010

© Copyright by AGORA SA 2011

Wszystkie prawa zastrzeżone

Wydanie I elektroniczne

Warszawa 2011

ISBN 978-83-268-0186-0

Konwersja i edycja publikacji

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Rojsty Pamflet na siebie Czytadło Zorze wieczorne Bohiń Nowy Świat i okolice 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter