Czytadło

Czytadło

Autorzy: Tadeusz Konwicki

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 10.00 zł

„Czytadło” ukazuje warszawski chaos początku lat 90. W Polsce rozpoczął się festiwal pomysłów na przyszłość, organizowane są demonstracje i głodówki, powstają ruchy najbardziej „zbawienne”, jak choćby Sobór Słowiański. W życiu publicznym biorą, co prawda, udział niedobitki upadłego ustroju, ale dominują w nim już ludzie „nowi”. Mnożą się pretendenci do posad ministerialnych, władzę próbują przejąć niespełnieni przywódcy. Podejmowane są coraz dziwniejsze inicjatywy. Nawet główny bohater utworu, który nie chce uczestniczyć w tym zwariowanym karnawale, nie zdoła obronić swojej niezależności. Życie wciąga go w wir wydarzeń. Na domiar złego znowu powracają do niego zmory przeszłości, a tajemnicze morderstwo pięknej dziewczyny stawia go w sytuacji podejrzanego o popełnienie zbrodni.
„Czytadło” to powieść odwołująca się do konwencji kryminalnej i romansowej. Stanowi poruszającą, satyryczną wizję III RP u progu niezawisłości. Jest też obrazem środowiska warszawskich pisarzy i polityków, wśród których obracał się Konwicki. Niedopowiedzenia, niejasna granica między snem i jawą, podwójność widzenia, wszystkie te charakterystyczne dla pisarza sposoby przedstawiania świata, tworzą dystans wobec opowiadanej historii. Pozwalają autorowi postawić niezmiernie przykrą diagnozę polskiego społeczeństwa po 1989 r.

KSIĄŻKI WYBRANE • TOM XV

Tadeusz Konwicki

Czytadło

WARSZAWA 2011

Spis treści

Czytadło

Zawartość kolekcji

Metryczka książki

Słyszałem monotonne i uporczywe stukanie do drzwi. Mówię: stukanie, ale raczej był to natrętny dygot źle zamkniętych drzwi. Początkowo samoreżyserujący się sen próbował objaśnić te dźwięki jakąś sytuacją, której nie rozumiałem, a potem z wolna jęła się urealniać jawa. Zobaczyłem przed sobą ścianę, nie znaną mi, z rozpływającymi się cieniami, później dostrzegłem na rożku poduszki czarną plamkę jak zaschnięta kropla krwi i poczułem piekący, trochę pulsujący ból na czole. Gdzie ja jestem, pomyślałem. Skąd się znalazłem pod porysowaną mrokiem ścianą. Lecz łoskot szarpanych gwałtownie drzwi nie ustawał.

Wolno podniosłem się z łóżka i machinalnie poszedłem w tę stronę, gdzie powinny być drzwi. Po drodze przewróciłem krzesło, pewnie z moim własnym ubraniem. Przed sobą widziałem mrugający punkcik jaskrawego światła. To było chyba moje mieszkanie i mój wizjer w ciemnej płaszczyźnie drzwi.

– Zaraz. Chwileczkę. Już otwieram – chciałem powiedzieć, ale gardło odmówiło posłuszeństwa i tylko zachrypiałem, kaszląc boleśnie.

Przekręciłem zamek i drzwi same zaczęły się otwierać. Zobaczyłem młodego, łysiejącego człowieka w jasnym garniturze, a za nim dwóch policjantów.

– Można wejść? – spytał blondyn.

– Tak. Ale dlaczego?

– Zaraz panu powiem – i przestąpił próg, a za nim obaj policjanci.

– Co się stało? – zapytałem ponownie.

Jeden z policjantów został przy niezamkniętych drzwiach. Drugi towarzyszył blondynowi, który delikatnie popychał mnie w głąb mieszkania.

– Popełniono morderstwo – rzekł blondyn, a ja pomyślałem, że skądś dobrze znam takie teksty.

– Gdzie popełniono morderstwo? – i kątem oka poznawałem swój przedpokój z wielkim wieszakiem, na którym trwały nieruchomo nasze zimowe płaszcze.

– U pana. W pańskim mieszkaniu.

Pomyślałem raptownie, że dobrze byłoby się roześmiać i spróbowałem to zrobić. Ale on nie zwrócił na to uwagi, popchnął mnie znowu w głąb pokoju.

– Może pan się trochę ubierze – powiedział, a każdą swoją kwestię zaczynał od jakiegoś myknięcia, jakby był absolwentem Oxfordu.

Spojrzałem w dół i zdrętwiałem. Miałem na sobie tylko kurtkę od pidżamy. Zacząłem szukać zgubionej części ubioru, obmacałem bezskutecznie całe łóżko, wreszcie spostrzegłem swoje spodnie poniewierające się na podłodze.

Blondyn zaczekał dyskretnie, aż uporam się z garderobą i wtedy dopiero podszedł do okna i energicznie rozsunął zasłony.

Zobaczyłem nasz pokój w pierwszym brzasku dnia. Półkę z książkami, telewizor z mętnym światłem w szklanym ekranie, przewrócone krzesło, moje drzewko szczęścia, które rozrastało się w wielką ilość grubych pni zwieńczonych chuderlawą koroną.

– Nazywam się Korsak – powiedział blondyn. I dodał coś w tym rodzaju: – podkomisarz Korsak.

Nie byliśmy jeszcze przyzwyczajeni do nowego nazewnictwa policyjnego, my, klienci dawnej komunistycznej milicji.

– Wie pan, boli mnie głowa. Nie mogę zebrać myśli.

– Nic dziwnego. Ma pan guza na czole.

– Ja mam guza? – i podszedłem do naszego starego lustra pełnego szlachetnych liszajów. Pomacałem czarny gruzeł zakrzepłej krwi nad prawą brwią.

Młody, chudy policjant z białą pałką przy boku jak z urwanym sznurem od bielizny pokazał cywilowi wzrokiem naszą kanapkę, która była skrzyżowaniem skrzyni na bieliznę i rozkładanego tapczanika używanego czasem przez rzadkich gości.

A ja spostrzegłem, że drżę z porannego zimna i nie mogę powstrzymać tego drżenia. Chrząknąłem ciężko raz, drugi, żeby przetkać gardło.

Blondyn, czyli podkomisarz Korsak, wolno ruszył do kanapki, omijając rozrzucone na podłodze ubranie. Zatrzymał się tyłem do mnie i patrzył chwilę na obłość skłębionego koca. Potem wolno schylił się i raptem zerwał ten nasz stary koc, który zjeździł z nami połowę świata. Zobaczyliśmy wszyscy trzej leżącą na wznak młodą kobietę. Z otwartymi ustami patrzyła w sufit. Białe piersi zbiegające w stronę pach, piersi tak okrągłe, jakby wyrysowane cyrklem, kępka zwichrowanych ciemnych włosów w spojeniu nóg.

– Niech pan podejdzie.

Zbliżyłem się ostrożnie. Z ogromnym wysiłkiem przełknąłem ślinę jak klej stolarski.

– Pan ją zna, prawda?

– Nie, chyba nie.

Widziałem na niej delikatny ślad opalenizny, który powodował, że ciało to podobne było do starego wosku.

– Więc kto to jest?

– Nie wiem. Zdaje się, być może poznałem ją wczoraj.

Leżała przed nami wyzbyta erotyzmu, budząca jakąś grozę, jakąś duszność, jakąś nieznaną przedtem panikę.

– Strasznie się źle czuję. Czy mogę na moment wyjść na balkon?

Korsak chwilę pomyślał, potem myknął i odpowiedział niechętnie:

– Może pan wyjść, ale proszę nie zamykać drzwi.

Trochę się zataczając, wyszedłem na powietrze. Boże, co się stało. Dlaczego właśnie mnie musiało się coś takiego przytrafić. To przecież niemożliwe. Bezmyślnie zerknąłem w stronę pokoju. Policjant przykrywał kocem tę nieznaną dziewczynę, a Korsak przyglądał mi się bacznie, oddzielony ode mnie tylko progiem balkonu.

I zobaczyłem wtedy przed sobą tunel ucichłej ulicy, półnagie nieruchome drzewa i na samym końcu ciężki masyw Pałacu Kultury. Ale ten Pałac dziwnie się przybliżył. Stał na wyciągnięcie ręki, strasznie wyrazisty, namacalny, jakby wycięty z grubej brązowej tektury, z czarnymi prostokątami okien pozbawionych nie tylko światła, ale i szyb. Tkwił jak martwa dekoracja teatralna, raczej operowa, i był do tego stopnia realny, niestonowany zwykłą mgłą, codziennym smogiem, rozmyciem oddalenia, że pomyślałem: jakby wypompowano z miasta powietrze. Patrzyłem tak i nie mogłem oderwać wzroku od tego nieboszczyka architektonicznego i bałem się przenieść wzrok gdzie indziej.

Wtedy wszedł na balkon podkomisarz albo jakoś podobnie utytułowany cywilny policjant, pochylił się nad zardzewiałą balustradą i dał komuś znak ręką. Potem wyprostował się, patrzył na ten Pałac i na wypłowiałe granatowe niebo za nim, niebo podmyte od horyzontu anemiczną czerwienią.

– Dostanie pan zapalenia płuc – powiedział.

– Nie. Chyba nie. Jest mi ciepło.

– Proszę wracać.

Weszliśmy do pokoju. Usłyszałem jakiś rumor na schodach, energiczne głosy, ktoś mocował się z drzwiami. Wreszcie pojawiło się kilku mężczyzn, a jeden z nich, w szarym fartuchu, dźwigał ogromną walizę. Pewnie ekipa dochodzeniowa. Znany rytuał. Ceremoniał naszej artystycznej powszedniości.

Oczywiście jakiś starszy pan, pewnie doktor, zrzucił koc i pochylił się nad ciałem młodej kobiety. Co się dzieje, pomyślałem. I co będzie dalej. Czym się to skończy. I co ja tu robię w tym wnętrzu, które znam jak ze snu. Siebie znam też jakby ze snu.

– Więc nie może pan podać personaliów denatki?

Tak, i terminologia akuratna. On do tego wszystkiego jąka się odrobinę. Tyle, ile trzeba dla przydania wytworności. Bo teraz moda na jąkanie się, które oznacza namysł i pewną ambiwalencję sądów, nonszalancję i zarazem drobiazgowość analizy.

– Nie wiem – odrzekłem, szczękając zębami. – Ale wydaje mi się, że ona ma, że miała na imię Wera.

– A gdzie jej ubranie?

– Ubranie? Gdzieś powinno być. Może w łazience.

I zrobiło mi się wstyd. Machinalnie sprawdziłem, czy mam spodnie na sobie. Żeby to się już skończyło. Żeby się w ogóle nie zaczęło.

Korsak poszedł do łazienki, za chwilę wrócił z pustymi rękami.

– Zapal światło – powiedział rzeczowym tonem ten od wielkiej walizy. Któryś z policjantów nacisnął taster. Zmrużyłem oczy przed potopem porażającego światła.

– No cóż – odezwał się podkomisarz, myknąwszy uprzednio.

Ale wtedy technik dochodzeniowy podniósł w naszą stronę migocący elektrycznym światłem skalpel.

– Są ślady spermy na prześcieradle.

– Matko Boska. To niemożliwe. Ja jestem schludny – jęknąłem cicho.

Wszyscy popatrzyli na mnie. Gdzieś w tych zagonach ulic za oknem odezwał się alarm samochodowy. Gwizdał histerycznie jak sygnał karetki pogotowia.

– Przepraszam – rzekł technik. – To zaschnięty skrzep krochmalu.

Dzięki Bogu i za to, pomyślałem. Dlaczego ja nie umarłem wcześniej. Tyle razy miałem okazję. Wszystko się nie układa. Nie układa od lat.

– No cóż – powiedział Korsak. – A ja tak strasznie nie lubię rozpoczynania myśli od tego „no cóż”. – Pojedziemy do komendy.

Ubrałem się jako tako, wyjąłem z szafki dokumenty, z własnej inicjatywy je wyjąłem i w towarzystwie Korsaka oraz tych dwóch pierwszych policjantów wyszedłem na schody. Drzwi sąsiadów były lekko uchylone, spostrzegłem wiele oczu wlepionych we mnie. Wszystko jedno, pomyślałem. Teraz to już wszystko jedno. Tak się musiało skończyć. Ale co się miało tak skończyć. Moje życie. Mój los. Mój niefart.

Na dole, przed domem, między karetkami czekał samochód osobowy. Na dachu obracały się kolorowe światła. Zauważyłem, że lewe było czerwone, natomiast prawe niebieskie. Kiedyś eskortowano pieszo. Czasem w pociągu.

Obaj policjanci siedli z przodu wozu, a ja z Korsakiem z tyłu. Samochód wytoczył się na mroczniejącą ulicę między szamoczące się w korkach auta. Śród pobekiwania klaksonów sunęliśmy wolno w stronę placu Trzech Krzyży. Słaby ruch w słabym miasteczku osłabłego kontynentu, pomyślałem. Gruzowisko zapomnianych wojen, umarłych reżymów, niedokończonych cywilizacji. Jakaś gwiazda, z pewnością fałszywa gwiazda zaranna wytrzeszczała się nad doliną ulicy.

– Ja chyba umrę – szepnąłem.

– Co pan powiada? – ocknął się blondyn. W łyśnięciach świateł latarni ulicznej spostrzegłem zadbany czubek jego głowy. Troszczył się pewnie o te wątlutkie, pisklęce włosy, które cofały się z uporem ku potylicy. To pedant. Obawa o włosy uczy mężczyznę pedanterii.

– Źle się czuję. Ciągle jeszcze ciemno. Która to godzina?

– Dziewiętnasta – powiedział, spoglądając na pusty przegub ręki.

– Dziewiętnasta? – powtórzyłem. – A mnie się wydawało, że to świt. Zgubiłem gdzieś całą dobę.

Co się stało. Co się stało ze mną. Skądś to wszystko znam. Ktoś mi o tym opowiadał. Albo czytałem w gazecie. On tak się troszczy o swoje włosy, a ja mam ich za dużo. Zostawiłbym mu w spadku. Mnie się już włosy znudziły.

– Niech pan spojrzy. Gorbaczow idzie – powiedziałem sennie.

– Gdzie?

– Tam, koło tego butiku. Ale już wszedł do bramy.

Korsak przyglądał mi się z uwagą.

– Lekarz był podobny do Juliusza Cezara.

– Który lekarz?

– Ten, co przyjechał z waszą ekipą. Pan pewnie obok prawa studiował psychologię?

– Nie, astronomię. Ale nie skończyłem.

Gdyby były takie ogromne jak domy zamrażarki. Zamrozić się i przeczekać. Aż zapomną, aż minie teraźniejszość. W radiu policyjnym jakieś byle jakie rozmowy. Ktoś się śmieje. Ktoś życzy spokojnej nocy. A może ona wstanie nagle, wstanie i pójdzie naga do łazienki.

– Jesteśmy na miejscu – powiedział blondyn.

Wysiedliśmy przed komisariatem. Znałem ten budynek, zwykłą kamienicę czynszową. Kiedyś bywałem tu doprowadzany przez patrole. Kiedyś interesowałem się polityką i kochałem nieszczęśliwą ojczyznę.

Koło drewnianych, topornych drzwi, wiele razy nie wiadomo czemu wyłamywanych, porysowanych łomami i oblewanych farbą, koło tych drzwi leżała na chodniku Cyganka ze śpiącym dzieckiem w objęciach. Na nasz widok jęła zawodzić proszalnie w nieznanym języku.

A w środku był remont. Stały tu obrosłe wapnem drabiny, na podłodze walały się gazety z dawnych epok, kręcili się malarze w papierowych furażerkach na głowie.

– Prosto, prosto – rzekł Korsak i skręcił w lewo.

Podeszliśmy do drzwi obitych zardzewiałą blachą. Otworzył je kluczem, zapalił światło i pokazał mi jakiś stół kuchenny i dwa taborety. Usiadłem na jednym z nich.

– Proszę poczekać.

Wyszedł, nie zamykając drzwi na klucz. Mógłbym skorzystać z okazji. Ale lepiej umrzeć. Dobrze byłoby zamknąć oczy i znaleźć się po drugiej stronie. Ładnie to wykombinowano, znaleźć się po drugiej stronie. Magiczne prześwity, tajemnicze zakamarki, niegłębokie przepaście. Uboga magia.

Pusty pokój. Ciemnoszara lamperia obiega nagie ściany. Ktoś coś wydrapywał na tej szarości. Krzyk protestu, może imię chwilowej ukochanej albo złotą myśl, od której nie sposób się uwolnić. On jest astronomem. Ma w głowie cały trójwymiarowy model wszechświata. Stale jest świadom lotu niebiesko-białej lekko zgniecionej kuli w pozornej pustce. Dla nas jest noc, a dla niego półobrót na własnej osi ambitnej i zarozumiałej planetki.

Wyciągnąłem zły los z czapki przeznaczenia. Cyka ból w głębi czoła. Zbiera mi się na wymioty.

Wrócił Korsak. Po drodze uczesał jeszcze raz swoją wiosenną czuprynkę. Ustawił pośrodku stołu magnetofon w skórzanym futerale i wykonawszy jakiś dziwny, ale energiczny ruch łokciami, przygładził dłońmi włosy na skroniach.

– Odpowie pan na kilka pytań.

– Odpowiem. Spróbuję.

Zaczął trzaskać klawiszami aparatu. Potem myknął po swojemu i zapytał:

– No więc jak to się zaczęło?

Wtedy szczęknęły drzwi i ktoś wsadził głowę podobną do głowy prezydenta Ameryki.

– Wszystko zebraliśmy, co się dało. Trochę włosów, różnych. Jakieś śmiecie, dużo kurzu i guzik od niemieckiego munduru z czasów wojny. Daję do laboratorium.

Korsak skinął głową, a kiedy zamknęły się drzwi, zachęcił z czymś w rodzaju współczucia:

– No, słucham pana.

Miał twarz właściwie o ostrych rysach, ale jakby w ostatnim momencie zmiękczonych przez opatrzność. Na pewno umiał uśmiechać się ciepło i przyjaźnie, kiedy była po temu okazja.

– Nie wiem. Nie wiem, czy tak było. Wszystko mi się plącze. Coś z dalekiej przeszłości, coś z dawnych lat, z wczorajszego dnia i z ostatniej nocy. Nie wiem. Pamiętam tylko, że mi się strasznie nudziło. Ale mnie się zawsze nudziło. Chciałem coś załatwić, czekałem na jakieś telefony. Ale było to tylko oszukiwanie samego siebie. Wyszedłem na balkon, przyglądałem się wróblom, biły się, kopulowały bezwstydnie, czekały, że rzucę im jakieś okruchy. Rozsuwały się ciężkie chmury i wyszedł z mgły Pałac Kultury, na który często patrzę i nic w nim nie widzę. Później leciał samolot, pewnie z Moskwy do Paryża, płynął tak wysoko, że zobaczyć można było tylko biały, mocno rozrzedzony kilwater na czystym niebie. I wtedy spostrzegłem, że ten łuk pozostawianych spalin jest bardzo głęboki, prawie półkulisty i uświadomiłem sobie, jak niewielka jest Ziemia i jak niebezpiecznie bliski jest horyzont, za którym Ziemia spada stromo ku obcym krajom, ku obcym morzom. Zrobiło mi się jeszcze bardziej nieswojo. Poczułem się sam i właściwie nikomu niepotrzebny, nawet rubrykom statystycznym, a może nawet samemu Panu Bogu. A przecież gdzieś w podświadomości tkwiła pamięć o tych zaprosinach na imieniny ludzi miłych, ale także nikomu niepotrzebnych. Ja już nie lubię tych zdawkowych spędów dosyć nudnych dla mnie osobników, co z kieliszkami w ręku stoją po kątach pokoju i rozmawiają o wszystkim, to znaczy o niczym. Ja się boję takiego zamknięcia z bliźnimi, których unikam na ulicy. Uciekam przed nimi dokoła zastawionego stołu, umykam do kuchni, kryję się w łazience. Kiedyś lubiłem spotkania z nieznanymi albo nie dość znanymi osobami. Odczuwałem jakąś wewnętrzną drżączkę jak myśliwy w kniei. Kogoś raptem urzekłem, kogoś uwiodłem, kogoś zepatowałem rozkosznie. Ale teraz żyłka myśliwska osłabła. Odechciało mi się polować na niezamożnych, wyliniałych, szukających ratunku bliźnich. Chcą ode mnie nektaru pocieszenia, ambrozji otuchy albo zwykłego, choćby wyświechtanego słowa pociechy. Lecz ja przecież nie mam już nic do rozdania. Ja sam potrzebuję miłych kłamstewek i odrobinę zdawkowego podziwu. Pogardzam taką jałmużną, ale jest mi potrzebna jak lekki niuch taniego narkotyku. Zatem z góry nienawidziłem przez cały dzień tego przyjęcia i przysięgałem sobie, że prędzej zdechnę, nim wyjdę z domu. Więc obszedłem całe mieszkanie, strąciłem pył zwinięty w ruloniki pod martwymi kaloryferami, wyjąłem jedną czy dwie książki, próbując czytać, zapaliłem i zgasiłem telewizor, a potem nagle, żeby się nie rozmyślić, chwyciłem marynarkę i już byłem na schodach.

– Przepraszam – odezwał się blondyn. – Muszę coś sprawdzić. – Zaczął trzaskać klawiszami, odezwała się jakaś muzyka a potem mój chrypiący głos. – W porządku. Słucham pana.

– Zacząłem od obszernej preambuły, bo chciałbym, żeby pan zrozumiał moją sytuację psychologiczną, a wtedy, być może, jaśniejszy wyda się bieg zdarzeń.

Umilkłem na chwilę, a on skorzystał z okazji i z tym dziwnym, obszernym, automatycznym ruchem łokci uniósł dłonie i przygładził puszek włosów na skroniach. Ktoś okropnie krzyczał za ścianą. Korsak uśmiechnął się zachęcająco.

– Nie wiem, wszystko mi się plącze. Ale chcę opowiedzieć najprawdziwiej. Najszczerzej z mego punktu widzenia. Ja wiem, że nie ma prawdy obiektywnej, więc niech będzie moja własna, osobista. Zatem znalazłem się na tych imieninach i wszystko przebiegało jak zwykle przy takich okazjach. Ale tym razem była nieznajoma i trochę dziwna dziewczyna. Co prawda dziwność jej także wydawała mi się skądś znajoma. Pan też spotykał owe młode kobiety wyzywająco ubrane, ze zrobionym ekscentrycznie makijażem, co po trzech godzinach płaczą i opowiadają o jakimś Zdzichu albo Zbychu, co wyjechał znienacka do Ameryki i słuch po nim zaginął – przerwałem rażony jakimś kłującym bólem, który przeleciał mi przez głowę od skroni do skroni. – Właściwie odechciało mi się mówić. Może lepiej niech pan pyta.

Zerwał się z taboretu, przebiegł na ukos po pokoju, a potem zaśmiał się trochę do siebie i trochę do mnie.

– Ja tę astronomię dawno zapomniałem. Moja żona jest psychologiem, ale także mamy problemy. Wszyscy mają problemy. Prezydenci i kloszardzi. Fabrykanci i bezrobotni. Niedorozwinięci i artyści.

– Tak, ja także myślałem, że nie mam problemów, że zostały daleko za mną. Ale ta dziewczyna, ta młoda kobieta, na pozór obca, impertynencka i odpychająca, ale ta kobieta wydała mi się skądś znajoma, jakby z młodości, z innej epoki, z innego obyczaju i jakby przebrana specjalnie dla mnie na tę okazję. Od pewnego czasu mało piję. Wypiłem już w życiu, co miałem wypić. Więc i tego wieczoru wymówiłem się raz i drugi od kieliszka, aż raptem, nie wiadomo kiedy, golnąłem całą szklaneczkę pod jej szyderczym wzrokiem. Ja wiem. Ja wszystko wiem. Znam na wylot wszystkie te nasze zachowania, które wydają nam się oryginalne i własne, spowodowane niepowtarzalnym incydentem, a są tylko odruchem właściwym dla każdego egzemplarza naszego gatunku. Więc ja wszystko wiem i mogę nawet przewidzieć obskurny automatyzm następnych gestów i poczynań, więc ja wszystko wiedząc [może bez przecinka?? – rytm] kropnąłem jeszcze jedną szklaneczkę, żeby się rozluźnić i nie odczuwać banalności sytuacji podczas banalnych uroczystości imieninowych. Potem, męcząc się tym beznadziejnym i prostackim konwenansem, wdałem się z nią w rozmowę, właściwie w mały pojedynek albo utarczkę słowną. Jak wszyscy samcy mego gatunku stałem się szyderczy i odrobinę agresywny, trochę nonszalancki, a nawet miejscami dowcipny. Sam sobie przyglądałem się w duchu ze zgrozą, ale brnąłem dalej, gotów zresztą w każdej chwili do rejterady. Jeszcze kwadransik, mówiłem sam do siebie, i w nogi. Co mi szkodzi piętnaście minut, i tak przed jedenastą będę w domu. Jak to dobrze znaleźć się wcześnie we własnym łóżku.

– Przepraszam – Korsak szczęknął klawiaturą. – Wie pan, pół roku temu mieliśmy taki wypadek: pewien autor powiesił się, stwierdziwszy, że popełnił mimowolny plagiat. Zresztą z dziewiętnastowiecznego klasyka.

– A co to ma do rzeczy?

– Nic. Tak mi się przypomniało. My mamy przy komendzie małe kółko teatralne. Chcemy spróbować Szekspira. Chyba przede wszystkim policja ma prawo wystawiać Szekspira. Słuchamy dalej.

– Napiłbym się wody.

– Strasznie mi przykro, ale u nas remont.

– Ciężko mi się przyznać, jednak muszę powiedzieć, że zrobiła na mnie wrażenie. Wydała mi się piękna, naprawdę urodziwa, nosząca swoją powierzchowność z niedbałą nonszalancją. Tak, to salonowe wyrażenie najlepiej określa jej wdzięk. Miała ciemne włosy, albo mi się wydały ciemne w tym półmrocznym pokoju, miała fiołkowe oczy i przepraszam za ten banał: miała dziwnie białą, a właściwie bladą cerę twarzy chronioną pieczołowicie przed słońcem rondem kapelusza. Teoretycznie od takich dziewcząt aż się roi na amerykańskich, francuskich czy polskich przyjęciach. Ale ona mi przypominała moją młodość, a może nawet dzieciństwo. Bo tam, skąd ja pochodzę, spotykało się często takie młode kobiety o ciemnych włosach, fiołkowych oczach i bladej cerze. I potem one pojechały na Syberię albo pośpiesznie wyszły za mąż za bohaterskiego partyzanta, który okazał się pijakiem, albo po prostu zostały starymi pannami z niewiadomych powodów. Pan jest bardzo podobny do pewnego aktora. Czy wie pan o tym?

– Wiem – Korsak uśmiechnął się wyrozumiale. – Ludzie często mi mówią. Ktoś nawet prosił mnie o autograf w kościele – przygładził szybko włosy na skroniach, zapomniawszy na chwilę o obowiązkowym jąkaniu.

– Biust miała niby okryty, ale naprawdę lepiej by było, gdyby był odkryty. Przykro mi to wszystko mówić, bo jestem już w latach, ale tak się zdarzyło i nie było na to rady. Wiedziałem, że jestem trochę śmieszny, wstydziłem się sam siebie, jednak puściłem się w jakieś tany. Ku swojej zgrozie zrobiłem się jakoś erotyczny, ona udawała zdziwienie, ale nie była przeciw. Gdybym ja to mógł odwołać, skasować za sobą, unieważnić na wieczność. Więc jakieś tańce, ja do niej – dziecko, ona do mnie – staruszku, banał, straszny banał, ale gdzieś po drodze wprowadziłem chyba trzecią szklaneczkę do organizmu, stałem się zuchowaty, w jakichś strzępach świadomości widziałem wytrzeszczone oczy biesiadników, ktoś mnie pokazywał palcem, jakaś paniusia zanosiła się śmiechem, a przecież nie chciałem pić, mam nadkwasotę, to oni pili, chleli, zalewali się, ja po trzeźwemu na widok butelki odbezpieczam pistolet, więc ja, niech pan wierzy, naprawdę niewinny, coś sobie przypominałem, Europę, tak Europę Środkowowschodnią, wojny, rewolucje, katastrofy moralne, wstydy, rozpacze, poniżenia, niegodne postępki i łaknienie wzniosłości. Więc szamotałem się sam ze sobą i ciągle widziałem w każdym błysku światła jej przymrużone impertynencko oczy i wzgardliwy uśmiech, tak jak widziało przede mną takie oczy i taki uśmiech miliony głupkowatych mężczyzn nad Wisłą, Wołgą czy Renem. Ja nie mogę tego zrozumieć, boli mnie głowa, mam dreszcze.

– Przepraszam, czy pan mieszka sam?

– Ależ nie. Jestem żonaty. Żona wyjechała. Wyjeżdżając, powiedziała, wiesz, mam przeczucie. Matko Boska, tylko się powiesić. Czy jest w Polsce kara śmierci?

– Może pan jest już zmęczony?

– Ach, mnie wszystko jedno. Im szybciej, tym lepiej. Ohyda. Co się ze mną stało. Ale mnie się zdawało, że dokądś wracam. W inny obszar. W jakiś wymiar oblany słodkim światłem jak we śnie, który się zdarza raz na dziesięć lat. Ileż ja razy przyglądałem się kolegom, którzy tonęli w takim właśnie imieninowym bajorze. Teraz dręczą mnie wyrzuty sumienia, ale wczoraj leciałem na łeb na szyję. Panie komisarzu podobny do gwiazdora filmowego, panie komisarzu, ja nie jestem erotomanem. Nie lecę jak pies za każdą suką. Jestem człowiekiem wyemancypowanym, panuję nad swoimi zmysłami, popędami, odruchami. Korzystam z miłości tyle, co trzeba. Dla ozdobienia naszej idiotycznej egzystencji.

– A co z nią, denatką? – spytał raptem Korsak.

– Z denatką? – osłupiałem.

– Tak. Niedługo będziemy mieli jej personalia.

– Personalia – powtórzyłem i umilkłem. Chwyciły mnie dreszcze. Przez chwilę dygotałem, patrząc na kręcące się ośki kasety magnetofonowej. Co ja tu robię. Gdzie mnie zagnało. I co zagnało. Mnie, który zawsze tak ostrożnie kosztowałem życia. Ostrożnie. A wojna, a amoki intelektualne i moralne, a cały ten chłam życiowy. Paręset metrów stąd jest mój dom, moja codzienność, moje skrzypiące łóżko. Co mnie oddzieliło od mego gasnącego żywota.

– Może pan chce odpocząć. Należy się panu kolacja, bo chyba zatrzymamy pana.

Nawet nie zwróciłem uwagi na jego słowa dające do myślenia.

– Nie jestem głodny. Mam chyba gorączkę. Dostałem maczugą w łeb. Maczugą najeżoną odłamkami krzemienia – i dotknąłem palcem czoła i poczułem obrzydliwą narośl zaschniętej rany. – Wydało mi się, że ją kocham. Byłem gotów w tamtej chwili ożenić się z nią bez namysłu, obrzucić ją brylantami kupionymi na kredyt, i sam się rozrzewniałem swoją wielkodusznością, pogardą dla mieszczańskich norm życia i pogardą wolnego człowieka, który rządzi sobą, a także swoim losem. Ona uciekała przede mną, widziałem jakieś zażenowane paniusie, ale wkrótce się odnajdywała, jacyś panowie dyskretnie opuszczali pokój, chciałem ją schwytać, ale już była przy otwartym oknie i niebezpiecznie wychylała się przez parapet, ratowałem ją z opresji, szepcząc żartobliwie, bez specjalnego zaangażowania, ciepłe słówka, gdzieś trzaskały drzwi, ruszała z jękiem winda, robiło się coraz bardziej pusto, ona już miała oczy zamglone, puść, mówiła, puść, nie można, nie trzeba, potem ktoś mnie popychał do drzwi, dziękujemy, było miło, na razie, do zobaczenia. Boże, teraz będzie najgorsze.

– Tu nie ma wstydu – szepnął Korsak. – U nas tylko grzechy. My przyzwyczajeni.

– Czy mogę podejść do okna?

– Oczywiście. Bardzo proszę.

Zbliżyłem się do zardzewiałych krat. W szybie z zastygłymi bąbelkami powietrza zobaczyłem mętne odbicie naszego pokoju. Komisarz także wstał od stołu. Wykonywał właśnie jakieś dziwne ruchy przypominające gimnastykę rozluźniającą. Potem zaczął robić miny, a właściwie wyczyniać gwałtowne grymasy swoimi ustami jakby poprawiał sztuczną szczękę albo usiłował przełknąć ość rybią.

[...]

Seria „Książki Wybrane” Tadeusza Konwickiego obejmuje następujące pozycje:

I

Dziura w niebie

II

Sennik współczesny

III

Wniebowstąpienie

IV

Zwierzoczłekoupiór

V

Nic albo nic

VI

Kronika wypadków miłosnych

VII

Kalendarz i klepsydra

VIII

Kompleks polski

IX

Mała apokalipsa

X

Wschody i zachody księżyca

XI

Rzeka podziemna, podziemne ptaki

XII

Nowy Świat i okolice

XIII

Bohiń

XIV

Zorze wieczorne

XV

Czytadło

XVI

Pamflet na siebie

XVII

Rojsty

XVIII

Wniebowstąpienie (audiobook)

RYSUNKI

Danuta Konwicka

TEKST NA PODSTAWIE RĘKOPISU OPRACOWAŁ I PRZYGOTOWAŁ DO DRUKU

Przemysław Kaniecki

REDAKTOR SERII

Dariusz Fedor

KOREKTA

Teresa Kruszona

PROJEKT OKŁADKI

Maciej Kałkus

OPRACOWANIE GRAFICZNE

Artur Hanc

PRODUCENCI WYDAWNICZY

Robert Kijak, Małgorzata Skowrońska

KOORDYNACJA PROJEKTU

Joanna Batorska

© Copyright for illustrations: Tadeusz Konwicki, Maria Konwicka, Danuta Wesołowska-Sponar

© Copyright by Tadeusz Konwicki 2010

© Copyright by AGORA SA 2010

Wszystkie prawa zastrzeżone

Wydanie I elektroniczne

Warszawa 2011

ISBN 978-83-268-0185-3 (epub), 978-83-268-0869-2 (mobi)

Konwersja i edycja publikacji

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Rojsty Pamflet na siebie Czytadło Zorze wieczorne Bohiń Nowy Świat i okolice 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter