Zorze wieczorne

Zorze wieczorne

Autorzy: Tadeusz Konwicki

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 11.90 zł

„Zorze wieczorne” to utwór z początkowych lat polskiej transformacji ustrojowej. Tworzą go luźno powiązane przemyślenia pisarza, wspomnienia z podróży po świecie (m.in. z pobytu w Australii i Japonii), anegdoty i impresje dotyczące przeróżnych tematów. Tytuł zaczerpnięty został z zasłyszanej przez autora wypowiedzi Józefa Piłsudskiego.
W tym zbiorze osobistych spostrzeżeń znajdziemy też portrety osób ważnych dla pisarza: Leopolda Tyrmanda, Adama Michnika, redaktorki Zofii Łuczek, opis rodziny Konwickiego i – umieszczone w centralnym miejscu książki – opowiadanie o Żydzie uciekinierze „Kilka dni wojny, o której nie wiadomo, czy była”. W tej miniaturze literackiej wojna schodzi na plan dalszy, a właściwie – zgodnie z tytułem – jakby jej nie ma. Głównym tematem utworu staje się miłość, która unieważnia wszelkie zło i nadaje sens życiu.

KSIĄŻKI WYBRANE • TOM XIV

Tadeusz Konwicki

Zorze wieczorne

WARSZAWA 2011

Spis treści

***

Portret mężczyzny w kolorowych skarpetkach

***

Kilka dni wojny, o której nie wiadomo, czy była

***

Portret jąkającego się chłopca

***

Portret kobiety w cieniu

***

Portret zbiorowy mojej rodziny

Przypisy

Zawartość kolekcji

Metryczka książki

***

Ja nie umiem i nie lubię pisać po polsku. Moje książki to pobojowiska dramatycznych walk z polszczyzną.

Ale przecież nie znam żadnego innego języka.

***

Słowo. Nieraz już biadałem nad zagładą słów. W XX wieku mordowano masowo nie tylko ludzi. Słowa także uległy bezlitosnej eksterminacji. Słowa torturowano, palono, gazowano, słowom wyłupiano oczy, łamano kości, poddawano je zbrodniczym eksperymentom medycznym. Słowa były wypędzane na wygnanie, słowa więziono albo zmuszano do współpracy z tajnymi policjami. Słowa zrzucano ze skał lub zniewalano do wyrzeczenia się tożsamości. Słowa zgwałcone, splugawione, wymóżdżone, słowa wytarzane w rynsztokach czy na śmietnikach. Nie tylko ideologie oraz reżymy były totalitarne. Totalitarne okazały się brukowe popołudniówki, fabryki bestsellerów, wielkie kampanie reklamowe, a także głośniki telewizyjne czy radiowe.

Nie lubię słów. Jeśli któregoś muszę użyć, dokonuję przedtem drobiazgowych oględzin. Obtłukuję najpierw z łajna i rdzy. Potem nastawiam im kości, wtłaczam tlen do płuc, podrywam na nogi i czekam, aż nabiorą życia. Oczywiście nie dzieje się to tak długo, jak opisuję ten proceder. Cała akcja trwa błyskawicznie w pobudzonych bitach mojego mózgu.

Nie lubię słów. Już nie mam do nich zaufania. Nażyłem przez lata wiele uprzedzeń. Stałem się podejrzliwy i wszystkie one stłoczone w zdaniach cudzych i moich wydają mi się brzydkie, rachityczne, niezdolne do uniesienia myśli czy uczucia.

Jak stroiciel fortepianów wybierałem słowo i dociosywałem się w nim ostatecznej i jednoznacznej treści, umieszczałem je w wierszu, to znaczy w pustej przestrzeni pełnej tajemniczości, i ono odzywało się wtedy jak dzwon i jego głos brzmiał całą skalą swego dźwięku, budził w pustce kolejne echa i zacichał długo jak życie boskiego stworzenia. Ale i poezja zabija słowa. Uśmierca je przez natłok słów. Jest za dużo poezji na świecie, a w niej za dużo słów.

***

Znany krakowski tygodnik „Przekrój” podaje za jakimś polskim czasopismem następujące ogłoszenie:

„Grono miłośników erotyzmu-oglądaczy

pozna małżeństwo lub parę pokazywaczy”.

Oto teatr sprowadzony do swojej pierwotnej istoty. Akt kopulacyjny pokazywany przez aktorów-pokazywaczy i katharsis widowni, czyli grona oglądaczy. Potem można obudowywać i rozbudowywać ten rdzeń misterium. Można dodać jakieś ważne przeszkody, które retardują przygotowania do kopulacji, a można też wszystkim kazać śpiewać, w końcu można nawet dorzucić girlsy.

Wszyscy jesteśmy oglądaczami. Ktoś nas wyposażył w tę skłonność, może ewolucja, może opatrzność. Codziennie w milionach sal teatralnych, kinowych, koncertowych, kabaretowych, burdelowych oglądamy pokazywaczy.

Może i ja jestem jednym z pokazywaczy?

***

Teraz napiszę zdanie: „F. wyszedł na ulicę i wsiadł do samochodu”. Gdybym je miał napisać w powieści albo opowiadaniu, czułbym się bardzo nieszczęśliwy. Nawet w tym momencie, żeby umilić sobie napisanie takiego zdania, wybrałem literę F. dla skrótu imienia albo nazwiska. To F. jest ciekawsze, bardziej intrygujące niż P., R. czy W.

Owo zdanie irytuje mnie przez swoją oczywistość, przez najprościej podaną informację. Nie lubię, nie mogę, nie potrafię pisać takich zdań, a przecież z nich składa się normalna powieść czy zwykła nowela. Bardzo często takie zdanie jest konieczne dla zrozumiałości historii, więc gdybym go musiał użyć, chciałbym zaraz tę informację czymś ubarwić, wyposażyć w niespodziankę, albo rozwidnić jakąś szczeliną, w której mignęłoby coś niepokojącego.

Nie, ja nie jestem opowiadaczem i nie lubię słuchać czyichś opowiadań. Bardzo często usiłowałem wejść w skórę opowiadacza, przyjrzeć się uważnie, jak on uprawia swój proceder, od czego zaczyna i na czym kończy, jak unika pedanterii w opisie i jak wyszukuje kulminację psychiczną, jak prowadzi narrację i jaką przygotowuje puentę. Ale szybko się nudziłem tymi badaniami. Ja jestem z innego gatunku. Z innej rasy.

Nie jestem opowiadaczem. Ja toczę walkę z bliźnimi. Przy pozorach uprawiania prozy ja zwykłych ludzi zaczepiam na ulicy, chwytam ich za poły płaszcza, za włosy, za gardła z początkami choroby Basedowa. Czego chcę od nich? Czy współczucia? Czy chcę ich nawrócić? Czy może pragnę, żeby dali jakiś znak, że nie jestem samotny?

***

Mam zaszczyt pochodzić z tego zakątka Europy, który dawniej nazywano Wielkim Księstwem Litewskim. Jest to kraina bardzo dziwna, pełna tajemnic, gdzie do dziś błąkają się po resztkach puszcz i po ostatkach rojstów widma starych bogów pogańskich, a także upiory najnowszych zbrodni i masowych mordów. Tam aż do współczesnych czasów czci się drzewa jako święte i niektóre rzeki nazywa się świętymi. Ten zaścianek europejski położony jest w osobliwym miejscu, na uroczysku, gdzie do niedawna jeszcze stał lodowiec, gdzie kaprys geologiczny zostawił wiele tajemnic we wnętrzu ziemi, gdzie telluryczne emanacje jeszcze teraz rządzą ludzkimi losami, choć prawie wszystko stratował tam realny socjalizm.

Ale ja chciałbym wspomnieć o bardzo dziwnych mieszkańcach tego księstwa, które żyje już tylko w pamięci niektórych ludzi. Chociaż ostatnio coraz częściej różni badacze kierują swoje teleskopy, detektory i mikroskopy w tę stronę. Wielkie Księstwo Litewskie ma szansę na zmartwychwstanie oraz długi żywot w wyobraźni, a także we wdzięcznej pamięci całych pokoleń skłopotanej i zmęczonej Europy. Lecz to już inna historia, do której może jeszcze powrócę, jeśli nie powrócą przede mną inni odkrywcy zagubionych kultur i zapomnianych skromnych cywilizacji.

Ja chciałbym powiedzieć kilka słów o dziwakach i oryginałach tak obficie rodzących się na tej ziemi, z której dzień i noc biją w niebo sztychy niepokojącego światła i strzelają gejzery niesamowitego promieniowania.

To się zaczęło już dawno. Pamiętam, że czytałem kiedyś o jakimś Radziwille, który w swoich dobrach wielkości sporego województwa postanowił wprowadzić judaizm. Po prostu przestudiował wszystkie religie świata oraz najbardziej egzotyczne wierzenia i doszedł do wniosku, że religia mojżeszowa jest bezkonkurencyjna. Wobec tego wygnał ze swego terytorium wszystkich księży, potem zabrał się do nawracania gwałtem swoich poddanych na judaizm.

Innego Radziwiłła, Karola „Panie Kochanku”, wielu współczesnych uważało za półgłówka. Mnie się on wydaje genialnym prekursorem surrealizmu. Chcę tu powtórzyć za dzisiejszym historykiem taką oto anegdotkę o księciu „Panie Kochanku”, zwanym w ten sposób od swego ulubionego zwrotu.

Otóż książę lubował się w opowiadaniach o swoich rzekomych podróżach. Pewnego razu opisywał żeglugę po morzu bodajże Kaspijskim. – Zobaczyła mnie tam pewna syrena – powiada – i zakochała się śmiertelnie.

– No i co, no i co? – dopytują się dworzanie.

– No i nic. Urodziło nam się milion śledzi.

Z tej ziemi wyszedł słynny prałat papieski, ks. Walerian Meysztowicz, który zaczynał od kariery kawalerzysty, tu urodzili się Mackiewiczowie, Cat i Józef. Cat-Mackiewicz w którejś ze swoich książek pisze o słynnej tamtejszej szlachciance, matce wielu urodziwych córek, z których jedną wydała za księcia Zubowa, ostatniego faworyta Katarzyny II, cesarzowej rosyjskiej. Powiada więc Mackiewicz, że owa Walentynowiczowa miała wieś i dwadzieścia siedem dusz. Dwadzieścia siedem dusz toż to groteska – dodaje, litując się nad ubóstwem rodaczki.

Stamtąd pochodził także wspaniały reportażysta Melchior Wańkowicz, który szokował swoich biesiadników gigantycznymi jajami, rzekomo strusimi, jakie sam przyrządzał ukradkiem. A przecież trzeba pamiętać, że spod Trok koło Wilna wywodził się ojciec Stanisława Ignacego Witkiewicza, którego świat zna jako Witkacego. Nie od rzeczy będzie przypomnieć, że i Gombrowicz powoływał się na swój żmudzki rodowód.

A Miłosz? Wnętrze jego czaszki wypełnione jest odcedzoną europejskością, rozpatrywaną z czcią na uniwersytetach wszystkich kontynentów. Ale przecież w tym człowieku buszują wszystkie diabły litewskie i wszystkie demony znad Dniepru i Niemna.

Trzeba również pamiętać o pysznej postaci Marszałka Piłsudskiego. Słyszeliśmy o nim co nieco jako o strategu, polityku czy pisarzu. Ale czy przyjrzeliście się bliżej temu ostatniemu z oryginałów i dziwaków litewsko-polskich czy polsko-litewskich. Będę zawsze pamiętał scenkę opisaną przez któregoś z jego adiutantów. Piłsudski siedzi samotnie w swoim gabinecie i rozmawia nie wiadomo z kim. Może z duchami postaci historycznych, może ze swoimi nieżyjącymi rodzicami, a może po prostu, najzwyczajniej z Panem Bogiem. Gada tak w pustkę swoim bardzo wileńskim akcentem i wali pięścią w biurko.

Mnie się bardzo podoba, że Marszałek do swego otoczenia w momentach irytacji zwracał się: „wy, Polacy”. A kiedy już był bardzo rozeźlony, mawiał: „wy priwiślincy”.

Dziś już nie ma oryginałów. Dziś są tylko wariaci.

***

Od Władysława Kopalińskiego, pisarza i leksykografa (nie wiem, czy to najwłaściwsze słowo, ale bardzo mi się podoba), więc od Władka usłyszałem następującą anegdotkę: starego grenadiera napoleońskiego po latach rodzina, a więc dzieci i wnuki, męczą, żeby powiedział, jak było pod Moskwą w 1812 roku. Na to staruszek-grenadier: – Nic nie pamiętam, nic nie pamiętam. Pamiętam tylko, że było bardzo gorąco.

I ja siebie widzę w podobnej sytuacji jak napoleoński grenadier. Właściwie już niczego nie pamiętam. Czasem ktoś mi przypomni moje przed laty zachowanie albo mój postępek i ja słucham tego niczym o obcym człowieku. Co ciekawsze, nie pamiętam nie tylko swoich grzesznych postępków, ale też i dobrych, którymi można by było czasem się chlubić.

Kiedy zacząłem pisać? W domu uczono mnie początków, do szkoły poszedłem od razu do trzeciej klasy. Więc w domu, w ogrodzie albo na łące musiałem pewnie pisać to, co piszą wszystkie dzieci, a więc „Ala ma kota”, „to jest kot Ali”, choć w dzieciństwie nie spotkałem nigdy żadnej Ali.

Wydaje mi się, że pierwszym moim tekstem z pewnymi pretensjami literackimi było wypracowanie, które napisałem na egzaminie wstępnym w Gimnazjum im. Króla Zygmunta Augusta w Wilnie. Parę razy już wspominałem o tym słynnym nie tylko w Wilnie gimnazjum i liceum. Ale mam ochotę coś o nim powiedzieć i teraz. Mieściło się ono przy ulicy zwanej Mała Pohulanka, na krawędzi stromego zbocza porosłego zdziczałymi ogrodami, w których zapewne skrywała się nieznana mi szkoła żydowska, bo na pauzach uczniacy rzucali w ten gąszcz kamieniami, a i stamtąd czasem nadleciał kawałek cegły albo nieduży brukowiec. Nasze gimnazjum musiało mieć jakieś metafizyczne właściwości choćby z tego względu, że gdzie bym się nie ruszył, czy to do Ameryki, czy do Azji, czy nawet do Australii, wszędzie spotykam elewów tej szkoły. Kiedy przeglądam nekrologi w warszawskich gazetach, okazuje się, że co trzeci nieboszczyk chodził do naszej budy na Pohulance.

Otóż zdając egzamin do tej dość elitarnej szkoły i nie widząc żadnych szans na zdanie, tak się spiąłem przy pisaniu wypracowania, tyle zmobilizowałem w sobie słabych mocy, tak uderzyłem w sentymentalizm, że musiało to skruszyć kamienne serca belfrów. Pamiętam, o dziwo, nawet temat wypracowania: „Co może opowiedzieć ławka szkolna?”. Jak się zdaje, moja ławka opowiedziała o mnie, biedaku z Kolonii Wileńskiej, i zrobiła to tak przejmująco, że srogi profesor Burczyk, który się potem okazał tyranem i okrutnikiem w dziedzinie łaciny, że profesor Burczyk, a drżała przed nim cała szkoła, że profesor Burczyk odnalazł mnie w ogromnej zgrai zdających pyszałków wileńskich, zaprowadził do ustronnego kąta i jął wypytywać o szkołę powszechną, o warunki domowe, rodzinne, o moje zainteresowania. Ja pewnie pojechałem utartą i pewną drogą swego sieroctwa. Chyba nawet trochę rozrzewniłem srogiego belfra i w ten sposób stałem się uczniem owego gimnazjum, w co przedtem nikt nie chciał uwierzyć. I to był mój pierwszy sukces literacki.

Ktoś mi niedawno przypomniał, że miałem też pewne osiągnięcia w trzeciej klasie gimnazjalnej, kiedy w 1940 roku zajęli Wilno Rosjanie. Tu trzeba dodać, że w odróżnieniu od innych miast europejskich, którym czas leciał monotonnie pod okupacją niemiecką, my w Wilnie wojnę przebyliśmy dość żywo, bez chwili nudy. W 1939 roku, po przegranej wojnie z Niemcami, zajęli nas Litwini, jeszcze wtedy niepodlegli. Ale przedtem przez kilka tygodni byliśmy pod okupacją Armii Czerwonej. W 1940 roku Stalin przyłączył Litwę do Związku Radzieckiego i my na chwilę staliśmy się obywatelami radzieckimi. Ledwo zdążyliśmy się oswoić z tą sytuacją, już w 1941 roku wybuchła wojna niemiecko-radziecka i Wilno zajęli Niemcy, którzy również nie zagrzali tu miejsca, bo wczesnym latem 1944 już musieli uciekać, oddając Wilno wracającej Armii Czerwonej.

Ale zamiast się chwalić, wspomnę o moich studiach w trzeciej klasie gimnazjum roku szkolnego 40/41. Otóż przypomniał mi mój kolega z ławy, znany scenograf filmowy Andrzej Borecki, że w tym czasie doznałem jakiejś iluminacji literackiej, bo prawie każde moje wypracowanie czytał całej klasie ówczesny polonista, pan Wołoszyn. Przyszedł on do naszej klasy w czasach radzieckich i wszyscy po kątach szeptali, że to przedwojenny komunista. My byliśmy usposobieni antyradziecko, a może nawet wręcz reakcyjnie, więc dokuczaliśmy poloniście dość często, a może nie tyle jemu, co władzy radzieckiej. Bo on budził naszą skrywaną sympatię. Przychodził do szkoły w ciemnym garniturze i w białej koszuli, co wzbudzało w nas jakiś lękliwy i posępny nastrój. Przy czarnych włosach miał woskowożółtą twarz, a do tego bardzo często kaszlał i spluwał do śnieżnobiałej chusteczki. Był chory na gruźlicę.

Więc ten nasz profesor coś sobie upatrzył w moich wypracowaniach i jął je czytać z aprobatą zrazu trochę zawistnym kolegom, a później wdzięcznym słuchaczom. Nic nie pamiętam, nic nie pamiętam, ale pamiętam, że uprawiałem wtedy z upodobaniem formę pastiszu, a może stylizowałem te felietony na dawne formy literackie, a najpewniej chyba uprawiałem zwykłą publicystykę, sprowadzając zadaną tezę do absurdu. Jednym słowem robiłem to, co dziś robią renomowani felietoniści krajowi i zagraniczni.

Tu sobie, nie wiem czemu, przypomniałem naszego prefekta z wcześniejszych lat, księdza zwanego przez nas pieszczotliwie „Pietią”. Otóż ksiądz „Pietia”, tęgi, w drucianych okularach na ogromnym nosie, ze szczeciną szpakowatych włosów czesanych na jeża, otóż „Pietia” posługiwał się taką polszczyzną, że ja przy nim mogłem uchodzić za Mazura albo nawet Krakowiaka.

Mieliśmy obowiązek uczestniczyć w niedzielnych mszach w kaplicy gimnazjalnej. Ja dojeżdżałem pociągiem do szkoły, wobec tego w niedzielę często zawodziłem spodziewania księdza „Pieti”. I nierzadko w poniedziałek czcigodny prefekt otwierał swój czarny tajemniczy notesik, patrzył na mnie znad drucianych okularów i powiadał dobitnym, rozlewnym głosem:

– Wot tobie pałeczka.

I stawiał mi pałę w swoim kajeciku.

Pokazałem na chwilę jak na starym zdjęciu postać zacnego prefekta. Ale chciałem rzec na końcu, że te moje pierwsze sukcesy literackie były też ostatnimi na wiele, wiele lat, które majaczyły niejasno przede mną.

***

Jest druga połowa lutego. Żyję dosyć długo, ale takiej zimy nie pamiętam. W południe termometry pokazują plus czternaście, piętnaście, szesnaście stopni Celsjusza. Ani śniegu, ani deszczu. U nas na Wileńszczyźnie o tej porze trzymały najsroższe mrozy, do trzydziestu stopni zimna. W taki czas byliśmy zwalniani ze szkoły. Szaleństwo nart. Biegi, zjazdy, skoki. A pod wieczór wszystko na nas zamarzało. Wracaliśmy do domu w blaszanym przyodziewku.

Kiedyś opisywałem jeden z wariantów końca świata. Z powodu braku wody. Śmierć planety w wyniku odwodnienia. Ale takich wariantów może być wiele. Dziury ozonowe, efekt cieplarniany, nie do zatrzymania przypadkowy wybuch atomowy, nasza biologiczna degeneracja. A oprócz tego tysiąc innych możliwości, których jeszcze nie znamy.

Podobno każdy człowiek, przychodząc na świat, ma już zakodowany rodzaj śmierci jemu przeznaczony. Czy nasza Ziemia nosi w sobie i na sobie wyznaczony przez opatrzność nieodwołalny wyrok?

Za oknem szaleje wiatr wiosenny, a może jeszcze jesienny. Lecą z dziwnym pośpiechem z zachodu na wschód nawet niebrzydkie chmury, które dopiero co, może jeszcze nad Atlantykiem, były przystojnymi obłokami. Ptaki pokrzykują niespokojnie w czubach drzew wypełnionych kłębami jasnożółtej jemioły. Pewne krzaczki dały się już nabrać zwariowanej pogodzie i obsypały się nieśmiałymi listkami. Te ostrożniejsze czekają, udając jeszcze zimową śmierć.

Wszyscy źle śpią i ja źle śpię. W jaki sposób wyemancypowaliśmy się na tej marnej planecie i zrobiliśmy skromną karierę? I co my mamy z tej kariery?

***

Na widok białej, czystej kartki papieru i pióra uderza mi gorąco do głowy, wilgotnieją skronie, ciarki lecą po plecach. Przeżyłem wojnę i widziałem wiele rzeczy, które mogły przestraszyć człowieka. Ale czystej kartki i pióra boję się najbardziej.

Czytam z czcią zwierzenia różnych literatów o tym, jak ciężko przychodzi im pisanie. Że harują od rana do nocy, że poprawiają dziesiątki razy, że przepisują po stokroć. Ja im zazdroszczę, ja bym przepisywał tysiąc razy, żeby mi wyszła „Czarodziejska góra” albo przynajmniej „Winnetou, czerwonoskóry dżentelmen”.

Lękam się papieru i pióra, tak jak saper boi się leżącej przed nim miny. Kiedy wreszcie muszę zabrać się do pisania, bo wypada coś robić, odczuwam tremę już kilka dni przedtem. Budzę się po nocach z krzykiem, wszystkie przedmioty wypadają mi z rąk za dnia, zamiast czapki usiłuję włożyć na głowę sweter, w uszach grają jakieś świerszczyki od podwyższonego ciśnienia i zaczynam mówić bełkotliwie i nikt nie rozumie, o co mi chodzi.

Myślę, że z takim samopoczuciem sędziwy stary kawaler wchodzi do sypialni młodziutkiej żony w noc poślubną. Ja trzęsę się ze strachu, że coś się stanie, co się już nie odstanie. Że uruchamiam coś, czego nie da się odwołać. Że wchodzę na ring, gdzie bardzo rzadko odnoszę zwycięstwa, gdzie najpewniej czeka mnie nokaut.

***

Jeszcze o słowach. O słowach, z których składa się polszczyzna, mój mały, prywatny czyściec.

Jak już wspomniałem, są słowa ładne i brzydkie, pojemne i ciasne, dźwięczne i głuche, pachnące i lekko cuchnące, podniosłe i skromne, wesołe i posępne, głupkowate i majestatyczne. Są słowa płaskie jak deska, przenoszące tylko informację pozbawioną wszelkiego zabarwienia czy to intelektualnego, czy to emocjonalnego. I są słowa łaskoczące naszą wyobraźnię, pobudzające ekrany pamięci, uruchamiające podświadomość. Są też słowa-klucze, które otwierają w ciemności błyski jakichś scenek, drobnych wydarzeń, przelotnych incydentów.

Ale do tych słów trzeba się najpierw dostać. Należy je obtłuc z rdzy, błota, łajna. Musi się je wyprostować, nasycić powietrzem. I zaczekać, aż nabiorą koloru. A później można jeszcze osiągnąć wiele nowych znaczeń pomocniczych, nieoczekiwanych dźwięków i raptownych kiksów emocjonalnych przez szczególne uszeregowanie tych słów. Składnię wszyscy mają w uchu. Stała się ona automatyczna przez wielokrotność powtarzania. Poeci „Skamandra” bawili się na wieczorach poetyckich swoich rywali zgadywaniem rymów w czytanych wierszach. My też odgadujemy dalszy ciąg zdania po początku, po budowie tego początku, po jego zapowiedzianym rytmie dźwiękowym, a często nawet myślowym.

Mój przyjaciel Gustaw Holoubek, największy nasz aktor, powiada, że ucząc się na pamięć roli, przynajmniej czwartej części tekstu nie musi się uczyć. Bo są to prefabrykaty, gotowe segmenty myślowo-słowne, obszerne stereotypy powtarzające się w każdym tekście pisanym czy mówionym.

Ja też w swoich pierwocinach podporządkowywałem się ogólnemu przyzwyczajeniu. Chciałem być taki jak wszyscy. Dopiero z czasem, kiedy zacząłem się buntować przeciwko wszystkiemu i wszystkim, powoli odnajdywałem swój własny głos. Ja teraz mam własną składnię, własne rygory szyku słów, którymi mają prawo posługiwać się wszyscy. Ale moja składnia, moja budowa zdań, oparta jest na muzyce, którą zapamiętałem z dzieciństwa, muzyce kakofonicznej, pełnej dźwięków azjatyckich, mongolskich, słowiańskich utrzymujących się z trudem w europejskiej dyscyplinie. Dlatego moje słowa opatrzone są niewidocznymi bemolami i krzyżykami, wiszą nad nimi, jak w nutach, niewidoczne kropki, co zmieniają trochę wartość słowa i albo je obniżają, albo nieoczekiwanie podwyższają. Stosuję również słowa-pobudki, to znaczy takie słowa, które raptownie budzą czytelnika usypianego rytmem prozy.

Kulawy rytm mojej prozy był zawsze moim wielkim zmartwieniem. Kłopotem, którego jednak nie chciałem się nigdy pozbyć. To znaczy czasem go gubiłem na chwilę, kiedy pociągnęła mnie jakaś fraza zapamiętana z klasyki, albo kiedy zimitowałem tak zwaną piękną polszczyznę, bo w każdym z nas drzemie przecież niewyżyty imitator. Ale rychło musiałem wracać do swojego rytmu, na swój szlak, co przypomina ciężki tor przeszkód.

Lecz jednego dnia doznałem ulgi. Usłyszałem bowiem z płyty patefonowej głos Marszałka Piłsudskiego, mego rodaka. Jego zdania przypominały nieforemne, ciężkie głazy wleczone z ogromnym trudem przez bezdroża. Jego zdania to były niekończące się pochody rzeczowników i przymiotników marzących o czasowniku, który wreszcie zjawiał się na końcu. A wszystko to wypowiedziane było w jakimś przeciągłym recytatywie jak we frazie tańców połowieckich. Tak mówili moi dziadkowie, mój ojciec, moja matka, wszyscy ci oryginałowie dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, o których już pisałem, a którzy patronują mnie z wysokości nieba.

***

Jestem proletariuszem. W mojej prozie także jestem proletariuszem. I dlatego przypuszczam, że marnie muszę wypadać w przekładach francuskich, w języku salonów, dyplomacji i wyższych sfer. Ponieważ mam uraz na punkcie pretensjonalności, ponieważ lękam się wszystkiego, co nienaturalne, ponieważ obawiam się popadnięcia w pozy, dlatego pielęgnuję w sobie ową nierzucającą się w oczy, nienachalną, nienatrętną proletariackość, którą po trosze sobie wymyśliłem jako sposób na życie. Sposób na życie intelektualne i artystyczne.

Dlatego staram się pisać nie „posiada”, tylko „ma”, nie „udał się”, tylko „poszedł”, nie „spożył”, tylko „zjadł”.

Ale co to dzisiejszego nerwowego czytelnika obchodzi?

Cierpliwości. Niedługo jako premię dam wytrwałym spory kawał prozy pełnej erotycznych ekscesów, nieprzyzwoitych zwierzeń i totalnej sprośności.

***

Kiedy spojrzę czasem ukradkiem wstecz, zawstydza mnie naiwny pacyfizm moich pierwocin literackich. Skąd się wzięły wtedy u mnie ta ckliwość, ten sentymentalizm, to cierpiętnicze postękiwanie?

Myślałem o tym bardzo długo. Refleks owego nastroju, przypominającego powieści niemieckie z lat dwudziestych, można dostrzec nawet w ostatnich moich książkach. Skąd się wzięła ta płaczliwość u normalnego, zdrowego mężczyzny, który zaczynał pisać, kiedy powstawały „Medaliony” Nałkowskiej, obozowa proza Borowskiego, czy „Buty” J. J. Szczepańskiego?

Wiemy dobrze, jakie prawa rządzą w pokojowym świecie. Wystarczy zajrzeć do kodeksu karnego albo wejść na chwilę do kościoła i posłuchać kazania. Znamy z grubsza prawa wojenne, a właściwie ograniczenie tych praw podczas wojny. Ale i na froncie działa żandarmeria wojskowa, prokuratorzy, sądy wojenne.

Trochę inaczej bywa w partyzantce. Myślę tu o partyzantce zorganizowanej, zhierarchizowanej, powiązanej wieloma nićmi z organizacją podziemną wyposażoną w szczątkowe organa prawne. Tam już wiele paragrafów wszelkich możliwych kodeksów ulega zawieszeniu.

Ale mój najdramatyczniejszy epizod partyzancki to jesień, zima i wiosna 44/45. To była, jak wiadomo, partyzantka antyradziecka na Wileńszczyźnie, ruch podziemny tępiony ogniem i mieczem przez dywizje NKWD i przez wszystkie najtajniejsze radzieckie służby specjalne. Wtedy już nie było czasu na msze polowe, na defilady, na odznaczenia i flirty z łączniczkami. Żyliśmy w coraz dzikszych okolicznościach i sami dziczeliśmy po trochu.

I nagle którejś nocy uświadomiłem sobie, że byłem wtedy bogiem. Może nie całkowitym bogiem i nie w pełni boskiego majestatu, jednakże miałem wiele prerogatyw boskich.

Mogłem zdjąć ostatnie buty chłopu albo odebrać chorym dzieciom krowę, mogłem spalić świątynię lub wymierzyć staremu człowiekowi karę czterdziestu „szampołonów”, czyli wyciorów, jako chłostę, a mogłem też każdego, kto mi się nawinął pod rękę, skazać na śmierć, czyli po prostu zamordować.

Tak jest, z moim patrolem, z moim małym oddziałkiem partyzantów różnego wieku, różnej religii i różnego pochodzenia, z kilkunastoma uzbrojonymi po zęby mężczyznami jak duch przemierzałem podwileńskie puszcze, zaścianki, wielkie wsie i małe miasteczka. Ja byłem wyrocznią moralną i prawodawcą. Praktykiem mojej własnej etyki i prokuratorem mego własnego prawodawstwa. Byłem bogiem nocy, jak powiadają w sentymentalnych romansach.

Teraz boję się przejść przez ulicę w nieprzepisowym miejscu. Teraz z biciem serca, uniżenie się kłaniając, przestępuję próg urzędu podatkowego, teraz drżę na widok byle jakiego munduru.

Wtedy decydowałem, prawie bez chwili namysłu, o przyszłym życiu spotkanego człowieka albo o jego natychmiastowej śmierci. Nade mną były tylko obojętne, takie same od milionów lat, milczące gwiazdy.

A ja wtedy miałem osiemnaście lat.

***

Dzisiaj świat oswoił mnie z tajemniczym sacrum człowieczej śmierci. Dzisiaj, pijąc herbatę, patrzę na ekran telewizora, gdzie piętrzą się sterty posiekanych kulami ciał kobiecych albo rozerwanych na sztuki dzieci. Bezwstydny, zwyrodniały, wstrętny terroryzm dzisiejszego świata zatarł w mojej pamięci te dziwne i straszne noce pierwszej powojennej zimy w dalekim litewskim mateczniku Europy. Dziś już o nadrannej godzinie duchów nie nachodzą mnie widma i upiory ludzi, których zabijaliśmy wtedy, jak zabija się baranka na ofiarę.

Patrzę ze zdziwieniem na siebie z tych pierwszych lat powojennych, kiedy stoję we włosiennicy pacyfizmu z naiwnym gęsim piórem w ręce, stoję przed białą kartą papieru jak przed barokowym katedralnym konfesjonałem.

***

Uważny polonista spostrzegł, że w anegdocie o grenadierze czy raczej gwardziście napoleońskim użyłem sformułowania „nic nie pamiętam”. Otóż każde polskie dziecko wie, że poprawną formą tego wyrażenia byłoby zdanie „niczego nie pamiętam”. Oczywiście i ja bym zastosował poprawną wersję, gdyż jestem pokornym sługą polonistyki. Ale przecież okrzyk „nic nie pamiętam” w swojej potoczności, w swoim kolokwializmie jest i smaczniejszy, i naturalniejszy, i bogatszy emocjonalnie. Wariant poprawny narzuca się niefortunnie swoją grzecznością, jakąś skazą książkową, jest po prostu prawidłowy, ale niewyrazisty.

Dlatego ja, tak grzeszny wobec polszczyzny, muszę głębiej brnąć w błędy, gdyż takie jest moje przeznaczenie. Oczywiście popełniam te błędy jak mogę najrzadziej, lecz jednak popełniam, w imię dynamiki słowa i myśli.

Mógłbym również unikać natrętnego zaimka „ja”, korzystając z wygody końcówek fleksyjnych czasowników, co odróżnia nasz niezbyt piękny język na przykład od angielskiego. Mógłbym, ale nie chcę, choć wielu purystów zarzuci mi skłonność do rusycyzmów. To moje „ja” jest konieczne i wcale nie wyraża mego egocentryzmu. Moje „ja” jest silnym akcentem, krzykiem, wybuchem emocji. Moje „ja” jest skrzypem furtki w domu rodzinnym, stęknięciem wody w rzece, kiedy dziewczyny kąpią się latem o zmroku, jest moim własnym jękiem, gdy budzę się nad ranem zlany potem.

Nie trzeba popełniać błędów, ale też nie należy ich unikać.

***

Chciałem strasznie coś powiedzieć, coś wyrazić, coś zakomunikować dobitnie całemu światu, którego jeszcze nie znałem. Wydawało mi się, że za mną jest pustka i przede mną będzie pustka, jeśli nie wykrzyczę cicho tego wszystkiego, co zobaczyłem w bezludnych puszczach, co przeżyłem w zamarłych, spalonych wioskach białoruskich, co przeżyłem podczas długich nocy partyzanckich, które były dla nas najdłuższymi dniami.

Tego lata i tej jesieni 1945 błąkałem się po Polsce, a później już tylko po starym Krakowie. Szukałem dla siebie miejsca, ale nie kąta w izbie czy zajęcia. Szukałem spokojnego miejsca w swoim rozpuchniętym, obolałym, mocno skaleczonym sumieniu. A ta kontuzja sumienia była tym dotkliwsza, że w owym czasie sumienie miałem młode, niestwardniałe, nie ledwo żywe.

Oczywiście w takiej opresji ukojenia szuka się w metafizyce, w romansikach albo – wstyd powiedzieć – w literaturze. Ja wtedy, ja ówczesny z ogromną stertą rdzawych włosów na głowie, włosów, co były pamiątką po niezapamiętanym ojcu, więc ja chudy, przeźroczysty, z początkami gruźlicy przeleciałem się histerycznie po metafizyce, po nieśmiałych flirtach i stanąłem przy literaturze, którą było ukradkowe pisanie wierszy.

Ale mój niecierpliwy charakter, mój stały wewnętrzny niepokój, moja nieposkromiona ruchliwość przyczyniły się do tego, że ten tak powszechny okres duchowego pokwitania, te ciche rekolekcje wewnętrzne wyrażające się w układaniu wierszy rymowanych i nierymowanych, że ten wstydliwy czas zapaści nie trwał długo.

Zdążyłem jednak spłodzić dziesięć albo najwyżej piętnaście wierszy. Kilka wysłałem do redakcji pewnego tygodnika i nigdy nie otrzymałem odpowiedzi. Myślę czasem, że gdybym otrzymał lub gdyby lekkomyślnie wydrukowano te wierszyki nieróżniące się szczególnie od innych wierszy innych początkujących poetów, więc gdyby opublikowano te moje pierwociny, może inaczej potoczyłoby się moje życie i zupełnie różny byłby mój los. Ale nie wiem już teraz, czy stało się dobrze, czy źle.

Później próbowałem wszystkiego. Pisywałem nieśmiało reportaże, notki o książkach albo filmach, cichcem smażyłem jakieś ślamazarne opowiadanka. Nie, ja nie wybuchłem jasnym płomieniem talentu, nie zbulwersowałem młodych i starych skrybów swoją innością, swoją agresją i swoją młodzieńczą pychą.

Nie, ja czołgałem się bez przekonania po obrzeżach tych wielkich pól albo stepów literackich. Pisałem o tym, o czym już dawno inni napisali, i pisałem, a raczej starałem się tak pisać, jak inni pisali.

Co za straszna, brudna noc za mną, a właściwie paskudny, szary, beznadziejny świt u progu mojej kariery. Mojej kariery? Czy mojej smętnej golgoty?

***

Ktoś mi kiedyś opowiadał pewne zdarzenie z czasów stalinowskich. Otóż jechał on pociągiem w przedziale razem z jakąś rodziną. Najważniejszą osobą był sześcioletni rezolutny chłopczyk, obserwowany z miłością przez matkę i ojca. Mój znajomy, biorąc udział w ogólnej zabawie, zapytał w pewnym momencie energicznego chłopczyka:

– A kim chcesz być, kiedy dorośniesz?

– Ja będę krytykiem – odparł chłopczyk z całą pewnością siebie.

Ale to już był przejaw innych czasów, epoki demokratycznego centralizmu i władztwa inżynierów dusz ludzkich. Za moich młodych lat, jak za czasów Mickiewicza, po Wileńszczyźnie błąkało się wielu gimnazjalistów z artystycznymi czuprynami i z romantyczną mgłą w oku, otoczonych ostrożnym szacunkiem, jakim w Rosji darzy się „jurodiwych”, czyli nawiedzonych.

Może w grę tu wchodziła i ówczesna moda, która preferowała śród młodzieżowych fanaberii tak zwane skłonności artystyczne. Mnie się też wydawało, że będę uprawiał jakiś wolny zawód, nieskrępowany regułami mieszczańskiego bytowania.

Nieraz się zastanawiałem, co by było ze mną, gdyby inaczej potoczyły się moje losy. Na przykład, gdyby pod koniec czterdziestego czwartego aresztowało mnie NKWD, tak jak mego przyjaciela ówczesnego Staszka D., gdybym trafił do łagru albo został traktorzystą w jakimś radzieckim kołchozie, albo gdybym uciekł z Polski w 1946 i większość życia spędził na Zachodzie.

Myślę jednak, że w końcu trafiłbym do fachu artystycznego. Może zostałbym filmowcem albo grafikiem czy nawet może kompozytorem nowoczesnej muzyki, bo za grosz nie mam słuchu. Bo te kody genetyczne, które ktoś we mnie umieścił, albo kody, z których ja się rozwinąłem do postury średniego wzrostu i średniej wagi mężczyzny, te właśnie kody uwarunkowały moje predyspozycje fizyczne oraz duchowe. Ja po prostu nie bardzo nadawałem się do życia. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności wojna mną pokierowała, wojna za mnie decydowała w wyborach życiowych i wojna zdjęła ze mnie wiele odpowiedzialności za mój własny los.

Później obowiązki wojny przejął totalitaryzm, w którym przyszło mi żyć kilkadziesiąt lat. Napisałem „totalitaryzm” i sam zląkłem się tej uroczystej nominacji. Bo przecież ten totalitaryzm to cała moja młodość i wiek męski. A więc czekanie na życie i potoczne, niezauważalne życie: raptowne zapaści miłosne, głupie sportowe ambicje, sporo alkoholu i naiwne próby literackie. A wszystko tuż obok więzień, cenzury i umysłowego gwałtu. Bardzo długo los dokonywał za mnie wyborów życiowych.

Ale przecież chciałem tylko powiedzieć, że nie jestem pewny swojej literatury. Gdyby w Krakowie w 1945 roku, kiedy dostałem się na polonistyczne studia uniwersyteckie, ktoś mi zafundował stypendium, może dziś byłbym zgorzkniałym profesorem gimnazjalnym. Gdybym dla zarobku nie poszedł do redakcji tygodnika literackiego na korektora, może byłbym dziś zgorzkniałym bibliotekarzem. Gdybym ze wstydu w tej redakcji nie zaczął pisywać ubogich opowiadanek, żeby jakoś usprawiedliwić swoją obecność w środowisku literackim, może dziś byłbym zgorzkniałym wykolejeńcem. A tak jestem zgorzkniałym warszawskim literatem.

Ale ja nie o tym chciałem. Miałem zamiar opisać swoje błądzenie po omacku w mrocznym przedsionku literatury. Napisałem setki tysięcy słów bez znaczenia, albo raczej słów śmieci, słów atrap, słów nieboszczyków. Jak wielu innych nieszczęśników próbowałem dorównać tym, których się czytało. Powtarzałem zatem ich fabuły, ich aforyzmy, ich eleganckie metafory i potoczne słowa.

Dopiero po latach, sam nie wiem kiedy, usłyszałem w swoim uchu swój własny głos. Trochę pokraczny, przykry w słuchaniu, czasem nawet fałszujący, ale swój, mój, mnie przyrodzony głos.

Chcę po prostu rzec, powiedzieć, oznajmić, że tak jak ze świeżo zamontowanego kranu długo leci rdzawa, mętna, chora woda, tak i ze mnie wiele lat wyciekały słowa, zdania, akapity mętne, nijakie, a nawet szkodliwe. Długo trzeba było czekać na czystą wodę i ta przenośnia z wodą trafnie oddaje walor mojej biednej prozy.

***

Wspomniałem, że z powodu swojej głuchoty na muzykę mógłbym zostać ciekawym i odkrywczym kompozytorem muzyki nowoczesnej. Oczywiście czytający weźmie to moje wyznanie za niezbyt fortunny paradoks. Ale nie. To nie jest przekorny aforyzm. Ja już sto razy oświadczałem się jako wróg przekory. Przekora to kategoria infantylna. Przekora to umysłowe ubóstwo. Przekora to poetyka polskich pismaków.

Ja chciałbym trochę ponarzekać na zdolności dane od Boga. Ja chciałbym tu przekląć łatwość ręki i łatwość głowy. Ja chciałbym obgadać to, co w Polsce nazywają talentem.

Mój przyjaciel, jeden z najsłynniejszych na świecie plakacistów, Henryk Tomaszewski, przez całe swoje życie walczy z darem bożym, który dała mu opatrzność, a mianowicie z fenomenalnym zmysłem plastycznym. Tomaszewski nawet wtedy, kiedy bierze do ręki rąbek materiału, odczuwa całą siłę urody materii. Tomaszewski jest plastykiem totalnym.

Ale łatwość, biegłość, samoistność jest zgubą dla artysty. Sztuka karmi się ułomnością. Plastyk, pozbawiony przymiotu łatwości, szukając rekompensaty, musi uruchomić tak zwaną inteligencję twórczą. Grafik, któremu same się rysują nogi, ręce, głowy, konie i samoloty, nigdy nie dokona żadnego artystycznego odkrycia. Będzie grzecznym realistycznym remiechą albo sprawnym imitatorem.

Inteligencja artystyczna. Praca umysłowa w dziedzinie sztuki. Odkrycia i upadki, wynalazki i klęski, nowatorstwo i samounicestwienie.

Może tak samo jest z pisaniem. Może łatwość pisania okupiona jest gadulstwem, banalnością i upodobaniem do rezonerstwa. Może ten, co gładko plecie, nie musi wysilać głowy, ani nie potrzebuje spinać tych wewnętrznych mocy, które są jedyną i ostatnią naszą aparaturą poznawania tajemnic mikro- i makrokosmosu.

Gdybym się zajął muzyką, to prędzej byłbym Bachem niż Bacharachem. Na szczęście większość moich bliźnich woli być Bacharachem niż Bachem.

***

Powyższy rozdzialik jest krystalicznie czystym przykładem hucpy. Mojej nieśmiałej hucpy. A co to jest hucpa – może objaśnić każda encyklopedia polska albo żydowska.

Ale zabijcie mnie – w tym, co mówię, jest jakaś racja. Sztuka to rekompensata za nasze marne życie na marnej planecie, która nie wiadomo dokąd leci w mroźnej i pustej przestrzeni. Prawdziwa sztuka bierze się z choroby, bólu i nieszczęścia.

Dobrze, co to jest prawdziwa sztuka? Dawniej tym terminem nazywano produkty brodatych panów w pelerynach, co na poddaszach wadzili się z Bogiem, pokasłując gruźliczym kaszlem. Dzisiaj ich nie ma. Zniknęli na jakimś zakręcie historii albo może wyzdrowieli.

Dzisiejsi artyści latają własnymi samolotami i studiują kursy giełdowe. Dzisiaj sztuka jest wielkim światowym biznesem. Sztuka kosztuje ogromne pieniądze i przynosi ogromne zyski. Czy łatwo przychodzi, czy ciężko, powinna od tego rozhisteryzowanego tłumu tłoczącego się wokół nas wyciągać miliony.

Co tu więc gadać o sztuce ambitnej albo byle jakiej. Co tu prawić o inteligencji artystycznej i o niebezpieczeństwach rzemieślniczej sprawności. Patrzmy na tych, co robią majątki na książkach, obrazach czy sonatach, i uczmy się pilnie od nich. Może oni właśnie są w posiadaniu owej tajemniczej inteligencji, tej cudownej dyspozycji umysłowej, która będzie rządzić nowym wspaniałym światem człowieczej kultury.

***

Ja także miałem parę sukcesów w życiu. Pamiętam pewne znaczące zdarzenie z końca lat siedemdziesiątych, kiedy wydałem moją powieść „Mała Apokalipsa”. Wracam do domu któregoś dnia, a tu w progu czeka na mnie trochę niespokojna żona i powiada mi, że od rana dzwoni do mnie jakiś nieznany, mocno rozgorączkowany jegomość. Przyznaję, że zrobiło mi się trochę nieswojo. „Mała Apokalipsa”, wydana w podziemiu, została niezbyt życzliwie przyjęta przez ówczesne władze, a i tak zwane organa, czyli policja polityczna, miały do mnie sporo zastrzeżeń. Więc dosyć niespokojnie czekałem na dzwonek telefonu, tym bardziej że otrzymywałem wtedy sporo nieprzyjemnych anonimów tą drogą.

No i wreszcie zadzwonił. Drżącą ręką podniosłem słuchawkę i usłyszałem zdenerwowany, podniecony, prawie histeryczny głos nieznajomego człowieka:

– Panie Konwicki, właśnie przeczytałem pańską „Małą Apokalipsę”. Podaje pan w niej receptę na łupież. Ale przy jednej z ingrediencji nie ma wartości wagowej. To pewnie błąd korektorski, a ja potrzebuję natychmiast tej recepty. Dla mnie to sprawa życia i śmierci.

Odetchnąłem z ulgą, że to nie pogróżka ani nie zaproszenie na rozmowę ostrzegawczą.

– Może aptekarz będzie wiedział? – powiadam.

– Aptekarz nie chce zrobić recepty. Domaga się precyzyjnej miary tego jednego składnika.

– Ale lekarz, mój przyjaciel, który wystawił tę receptę, wyemigrował na Zachód po marcu 1968.

– To niech pan do niego zadzwoni i zapyta, bo ja się zabiję.

– Spróbuję zadzwonić. Proszę zgłosić się wieczorem.

No i zamówiłem rozmowę międzynarodową. Mój przyjaciel lekarz po dziesięciu latach zapomniał już o polskim łupieżu i o swoich receptach. Z wielkim trudem, przy mojej pomocy, jakoś odtworzył tę starą receptę, którą zacytowałem lekkomyślnie w swojej książce.

Nie wiem, czy moja książka przyczyniła się do obalenia tyranii, ale na pewno pomogła szlachetnemu rodakowi uwolnić się od przykrej dolegliwości.

Inny przypadek potwierdza mój niezwykły dar profetyczny. Otóż ciotka pewnego znajomego wypisała na kuponie totolotka liczby, które ja zaproponowałem do grania społeczeństwu polskiemu w swojej powieści „Wniebowstąpienie”. Jakaż była moja radość, kiedy dowiedziałem się w kilka miesięcy później, że dzięki moim czarodziejskim liczbom czcigodna ciotka znajomego wygrała stawkę.

A już nie tak dawno otrzymałem liścik od szacownej starszej pani, która przeczytała u kogoś mój „Kalendarz i klepsydrę”. Obsypując mnie niezasłużonymi komplementami, ta miła korespondentka błagała o przesłanie jej owej książki, bardzo trudnej wtedy do dostania, motywując swoją prośbę dość ekscentrycznym pragnieniem, żeby ten tom mojej prozy dzieci po śmierci włożyły do jej trumny.

Ale z „Kalendarzem i klepsydrą” zdarzyła mi się i taka przygoda. Pewnego wieczoru zadzwonił telefon.

– Czy pan Konwicki, literat?

– Tak, ja.

– Jestem robotnikiem z zakładów „Ursus”. Czytam teraz pana książkę. Na stronie 136 pisze pan, że był stalinistą. Czy to prawda?

– Niestety, prawda.

– Dziękuję. W tej chwili wyrzucam pana książkę do kosza na śmieci.

Usłyszałem szczęk odkładanej słuchawki. Powinienem napisać, jak piszą moi koledzy – „a potem długo w noc płakałem”. Nie płakałem w nocy, ale było mi nieswojo. Mógł to być telefon od jakiegoś oficera służby bezpieczeństwa, lecz ci zwykle terroryzowali mnie niewysokim tytułem naukowym, powiadając na przykład: – tu magister Kękuś. Ale mógł to być zwykły przyzwoity czytelnik, którego po prostu zdenerwowałem, a denerwować czytelnika to moja przecież specjalność.

Oczywiście, jak o wszystkich przykrościach, i o tej wkrótce zapomniałem. Ale któregoś wieczoru znowu odezwał się telefon.

– Czy pan Konwicki?

– Tak, to ja.

– Dobry wieczór. Jestem tym robotnikiem z Ursusa, który do pana dzwonił, pamięta pan?

– Tak, pamiętam.

– Ja jednak przeczytałem książkę do końca. I chciałem pana przeprosić za tamten telefon.

To wszystko. Jak na czterdzieści parę lat uporczywych wysiłków literackich – raczej niewiele.

***

Grzebię w jakichś szpargałach, pomiętych kartkach, naderwanych rachunkach, czyichś listach, na które nigdy nie odpiszę. Nie prowadzę dzienniczka, podręcznego raptularza, nie zapisuję złotych myśli i nie zbieram wycinków o sobie. A tu raptem, myszkując w makulaturze w poszukiwaniu czystej kartki, a tu raptem znajduję stroniczkę z zaczętym i niedokończonym tekstem. Co to jest?

„Przede mną już niedaleka droga. Zamykają się ostatnie wątki fabularne, gasną ostatnie pejzaże, cichną ostatnie konwulsje koło serca albo koło wątroby. Przede mną czerń, czarna czerń wiecznego mrozu oświetlana skąpo eksplozjami umierających i rodzących się gwiazd. Między zdaniami – lata, między słowami – epoki. Kiedy to napisałem, w który nowy rok, przed jaką niewiadomą zimą. Cień nadchodzącej choroby, próbna śmierć, a może pierwszy spazm prawdziwej agonii.

Czy ja umrę w Kolonii Wileńskiej. Czy sczeznę w mojej Kolonii, nie ruszając się z miejsca, z wiecznego cienia rzucanego przez warszawski Pałac Kultury. Tak, to nasza Kolonia Wileńska, moja własna i wspólna, wspólna dla tych, co tam rodzili się i umierali, wspólna dla tych, których uczyniłem jej mieszkańcami, więc ta Kolonia podpłynie jakiejś chwili pode mnie niczym chmura i ja zstąpię na nią jak do łodzi Charona”.

No tak. No tak. Poznaję ten ton. Co pewien czas zabieram się do umierania. Przygotowuję się starannie jak na wesele. Porządkuję tak okoliczności, żeby nie zrobić subiekcji rodzinie. Zniknąć z pola widzenia jak przechodzień.

Więc co pewien czas przystępuję do umierania. Mam szczerą wolę i ochotę umrzeć najlżejszym kosztem. Ale zawsze coś stanie na przeszkodzie. Zadzwoni niespodziewany telefon, żarówka przepali się w łazience, trzeba zapłacić komorne. No i muszę przerwać liturgię umierania, podnieść się z wyra i wyjść na miasto.

Ten odnaleziony karteluszek to jeden z moich testamentów.

***

Powtórzyłem jeszcze raz kilka anegdotek, które przytaczałem już wiele razy. Dla rozruchu, dla kurażu, dla pocieszenia swojej kurzej pamięci.

A za oknami wielki sezon nowości. Walą się stare porządki, sięgają po wolność kraje, o których myśleliśmy, że dawno umarły. Coś się stało – jak powiadają mądrzy ludzie. Diabeł zaspał albo Pan Bóg stracił cierpliwość.

Coś się stało. Może niezauważalnie zmienił się skład powietrza, może przez dziury w atmosferze przedostały się jakieś nowe cząsteczki z kosmosu, a może nastąpił jakiś nagły spazm w naszych systemach nerwowych.

Coś się stało. Niemożliwe okazało się możliwym. Wilk zaczął beczeć jak owca. Owieczkom raptem wyrosły kły. Dziki wiatr wieje od miesiąca. Huragany przewracają lasy i miasta. Straszny podmuch niczym eksplozja atomowa ogarnia kulę ziemską ze wschodu na zachód.

Coś się stało. Może ja się powtarzam, jak się powtarza pacierze przed zaśnięciem.

***

Muszę jednak jeszcze raz przypomnieć, o czym już pisałem i mówiłem. Muszę tu powrócić do owego nagrobka Wacława Nałkowskiego, na którym czytamy wykuty w kamieniu, a może zatopiony w żeliwie ten oczywisty, a ciągle niedający mi spokoju napis: „Naturo, naturo, wdzięcznym ci za życie”.

Ja wiem, że odpowiada on nastrojom i duchowi, a także intelektualnym ambicjom owego czasu, kiedy z wolna kończył się wiek XIX i w oddali majaczył tęczowo, oczekiwany z wielkimi nadziejami, wiek XX.

Ale też i w tekstach ówczesnych zwykłych zjadaczy chleba albo średnich kupców warszawskich, także w pamiętnikach autorów jawi się ów smakowity kult życia, apoteoza błogiej egzystencji na do końca niezbadanej jeszcze planecie. Bardzo często jakiś birbant warszawski kończy swoje wspominki tak skwapliwie powtarzanym zdaniem: jestem zadowolony ze swego losu i jeśli miałbym się jeszcze raz narodzić, to tak samo chciałbym przeżyć swoje życie.

Pamiętam te wszystkie puenty grubych tomów zapełnionych opisami kolorowych smakowitości egzystencji człowieczej w statecznych rygorach mieszczaństwa. Pamiętam również to pełne zadowolenia z siebie wzdychanie naszych szlagonów, co odchodzili z tego świata z dubeltówką w ręku, w siodle, smagani przez pachnące żywicą wiatry, po sporej szklance okowity.

Te wyczytane i wysłuchane bajdy zawsze budziły we mnie coś w rodzaju zazdrości, a także jakiegoś niepokoju, lęku czy przykrości. Otóż muszę tu wyznać poufnie, z pewnym nawet zażenowaniem, że ja nie jestem wdzięczny naturze za swoje życie.

Można mi wierzyć albo nie wierzyć. I właściwie niezbyt mi zależy na wierze czytelnika. Muszę sam sobie coś powiedzieć, muszę zracjonalizować pewien ruch wewnętrzny w moich trzewiach, może raczej mój bezruch, mój twardy opór, moją własną przez nikogo nie dostrzeganą opozycję wobec życia i wobec was wszystkich.

Wiele razy mnie spowiadano i ja sam spowiadałem się przed przypadkowym rozmówcą albo przed wami, których się nazywa opinią publiczną. Wyznam teraz, może zbyt późno, że moja spowiedź była trochę prawdziwa, ale też mocno nieprawdziwa. Mówiłem o sobie i o swoim życiu odrobinę tak, jak oczekiwali moi rozmówcy. Oceniałem siebie i swój los w ten sposób, jakiego wy pragnęliście. Posługiwałem się kategoriami socjologicznymi, historycznymi czy psychologicznymi przez was ustanowionymi.

Ale teraz, pod koniec życia, myślę, że moje życie i mój los podlegały trochę innym regułom. Że robiłem to wszystko, co wy, ale myślami byłem gdzie indziej. Że mówiłem to wszystko, co mówiłem, i sam słuchałem ze zdziwieniem swego mówienia.

Ja nie jestem wdzięczny za swoje życie i nie byłbym wdzięczny za każde inne. Mnie się życie, nasz byt na tej małej planecie, zupełnie nie podoba. Mnie to życie nawet w jakiś sposób rani. Właściwie rani nie mnie, ale moją świadomość, która wysnuła się, wydęła się, wyrosła nie wiadomo z czego. Z drobin kodu genetycznego, z powietrza, wody, albo z kotletów schabowych.

Mnie to życie gniewa i obraża. Ale irytuje mnie również wasza wegetacja, zwana szumnie egzystencją. Nie chcę opatrzności podejrzewać o złe intencje, więc potraktuję nasze bytowanie jako nieszczęśliwy przypadek, jakąś losową kraksę w odległym zaścianku kosmicznym. Dlaczego uruchomiono taką skomplikowaną i gigantyczną machinę, jaką jest każdy z nas, do tak skromnego istnienia. Te miliardy komórek i biliony współzależności między nimi, żeby urodzić się, parę razy wpaść w szał, a kilka razy ulec błogości, trochę pokopulować, trochę pozazdrościć, trochę podręczyć bliźnich, zjeść kilkuset braci-ssaków, pocierpieć w chorobach i rozsypać się w proch w zimnej jamie.

Czy do tego potrzebne atomy, bity, bioprądy, neutrony, ładunki dodatnie i ujemne, tysiąc różnych nieodgadnionych tajemnic.

Nie. Ktoś źle pomyślał albo mu się nie udało. Po co te straszne cierpienia. Dzieci rodzące się z nowotworami mózgu, odrażające kalectwa, niewysłowione bóle i wreszcie konanie w męce i przerażeniu. Mnie się to nie podoba. I jeśliby mi ktoś zaproponował skasowanie mego życia wstecz do nicości i wymazanie fal mojej świadomości w tym niezrozumiałym trwaniu, które nazywamy wszechświatem, więc jeśli ktoś by mógł mi pomóc i wyrwać mnie raz na zawsze z tego wszystkiego, pocałowałbym go z wdzięczności w rękę.

Ja wiem, skoro nic nie rozumiemy, skoro nic nie możemy poradzić na tę swoją nieszczęsną obecność w niezrozumiałości – to należy zachować się po męsku, nie jęczeć, nie wygrażać piąstkami nie wiadomo komu, nie zadręczać bliźnich swoim dyskomfortem i nie obrzydzać im życia, z którym się pogodzili.

Ja wiem, ja rozumiem i staram się nie kwękać, ale muszę czasem dyskretnie zaskuczeć, bo to objaśnia moje postępki, moje wybory i moje morale.

Jak łatwo się domyślić, moja obraza na życie, mój gniew, a właściwie moja wściekłość każe mi bardzo podejrzliwie przyglądać się mojej i waszej egzystencji. I nie jest moją winą, że owo uwielbiane przez niektórych życie tak wiele ma pierwiastków animalnych i tak mało człowieczych. To znaczy ogromny spadek po naturze w jej zwierzęcej formie i bardzo skromny nasz własny dorobek, który czyni nas podobno stworem zwanym homo sapiens.

To wszystko, co opisują ślicznie poeci i epicy, te walki o własne i cudze gniazda, te zdobywania samic, ta chęć podporządkowania sobie stada, to wyrywanie nawzajem z pyska każdego kęsa, ta rozkosz z zabijania rywali, a więc owa materia naszego żywota, zwana pięknie dramatem ludzkiej doli, jest niczym innym, niczym innym, aż boję się powiedzieć, jest po prostu naszym posagiem animalnym. Nadbudowa intelektualna, którą dorobiliśmy do żałosnej praktyki egzystencjalnej, jest bardzo skromna i dla mnie niezadowalająca.

Ja chyba od dziecka byłem przeciw życiu i przeciw wszystkiemu. To znaczy pod naporem dyscyplin familijnych, towarzyskich, społecznych usiłowałem się zachowywać tak jak wy wszyscy. Ale wewnątrz, w sobie, w tym słabym płomyku nie wiadomo czego, co nazywamy duszą albo skromniej świadomością, a więc w środku byłem przeciw. Szedłem, ale byłem przeciw, jadłem, ale byłem przeciw, szanowałem starszych, ale byłem przeciw, uczestniczyłem w czynnościach patriotycznych albo ideologicznych, ale byłem przeciw, kochałem panienki, ale…, no nie, tu się trochę zapędziłem.

Mnie zawsze drażniła ta część animalna w nas samych. Tę animalność, ten okropny spadek po płazach i gadach widziałem wszędzie i w każdym. Ktoś coś robił i pięknie to nazywał, a ja widziałem małpoluda z kością mamuta w ręku.

Jedyną moją osłodą, jedynym moim wytchnieniem było obcowanie z tym czymś tak kruchym i ulotnym, co stworzyliśmy nie wiadomo z czego w sobie i koło siebie, a co nieprecyzyjnie nazywamy człowieczeństwem. Człowieczeństwo jako zaprzeczenie grzechu animalności. Człowieczeństwo jako wątłe światło w obmierzłych ciemnościach.

Więc ja żyłem w konspiracji. Jadłem, piłem, chodziłem do szkoły, chciałem oddać życie za ojczyznę, szukałem posady, basowałem kolegom, co chcieli organizować się, żeby zdominować innych, również zorganizowanych, więc robiłem to wszystko z wami, ale po cichu, w ukryciu swego mózgu i marnego systemu nerwowego ja przeciwko wam knułem, byłem stale gotowy do podłożenia bomby, gdyby mnie było na to stać, to nawet bomby intelektualnej, chętnie bym was wypatroszył z tego głodu podtrzymania wegetacji, z tej chuci prokreacyjnej, z tej żądzy zadowolenia bardzo prymitywnego.

Dlatego mnie, uwikłanego w wewnętrzną konspirację, łatwo było skusić złudnymi błyskami racjonalizmu. Mnie bardzo prosto można wzruszyć sztuczną biżuterią naszej skromnej myśli, ja natychmiast się rozpłaczę, widząc najskromniejszy fant naszego własnego dorobku wydźwigającego nas ponad poziom animalności.

Moje klęski, nędze i zbrodnie biorą się z tej mojej obsesji, którą opisuję, opisuję i nigdy do końca nie opiszę.

Zmęczyłem się. Co to kogo może obchodzić, że jakiś tam literat w mało ważnym kraju jest niezadowolony z życia jako formy istnienia. Co to może obchodzić ciebie, mój bracie, dwunożny ssaku, który idziesz cudzołożyć z sąsiadką, wybierasz się na proszoną kolację albo nie możesz doczekać się jutra, kiedy otrzymasz awans.

Naturo, naturo, wdzięcznym ci za życie. Ta wasza natura to kanibalizm, zwierzęca męka i paroksyzm przerażenia w błysku pośród wiecznej śmierci, błysku, którego nie rozumiemy.

***

Mam wyrzuty sumienia. Trochę się zapędziłem. Proponuję wziąć flamaster i zamazać kilka poprzednich stron. Gucio Holoubek, mój przyjaciel, powiedział mi parę dni temu, że przeczulenie bierze się z rozleniwienia. A ja już sam wiem, że to rozleniwienie, a właściwie jakaś gnuśność, przychodzi z wiekiem, ze zwolnieniem wewnętrznych obrotów, ze zmęczeniem materiału.

Gdzież poczucie humoru. Gdzież ta dziwna witamina, która pomagała mi przetrwać sześćdziesiąt lat. Tę liczbę lat chciałem opatrzyć wieloma paskudnymi przymiotnikami. Ale jednak zdołałem się powstrzymać. Poczucie humoru. Śmiech. Ten dziwny skurcz twarzy i rytmiczny, kaskadowaty wydech podobny do gdakania rosłej kury. Śmiech. To jedyny wartościowy prezent od opatrzności.

Seria „Książki Wybrane” Tadeusza Konwickiego obejmuje następujące pozycje:

I

Dziura w niebie

II

Sennik współczesny

III

Wniebowstąpienie

IV

Zwierzoczłekoupiór

V

Nic albo nic

VI

Kronika wypadków miłosnych

VII

Kalendarz i klepsydra

VIII

Kompleks polski

IX

Mała apokalipsa

X

Wschody i zachody księżyca

XI

Rzeka podziemna, podziemne ptaki

XII

Nowy Świat i okolice

XIII

Bohiń

XIV

Zorze wieczorne

XV

Czytadło

XVI

Pamflet na siebie

XVII

Rojsty

XVIII

Wniebowstąpienie (audiobook)

RYSUNKI

Danuta Konwicka

TEKST NA PODSTAWIE RĘKOPISU OPRACOWAŁ I PRZYGOTOWAŁ DO DRUKU

Przemysław Kaniecki

REDAKTOR SERII

Dariusz Fedor

KOREKTA

Teresa Kruszona

PROJEKT OKŁADKI

Maciej Kałkus

OPRACOWANIE GRAFICZNE

Artur Hanc

PRODUCENCI WYDAWNICZY

Robert Kijak, Małgorzata Skowrońska

KOORDYNACJA PROJEKTU

Joanna Batorska

© Copyright for illustrations: Tadeusz Konwicki, Maria Konwicka, Danuta Wesołowska-Sponar

© Copyright by Tadeusz Konwicki 2010

© Copyright by AGORA SA 2010

Wszystkie prawa zastrzeżone

Wydanie I elektroniczne

Warszawa 2011

ISBN 978-83-268-0184-6

Konwersja i edycja publikacji

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Rojsty Pamflet na siebie Czytadło Zorze wieczorne Bohiń Nowy Świat i okolice 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter