Kurtyka

Kurtyka

Autorzy: Bernadette McDonald

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Biografie Kryminał / sensacja Sport

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 400

Cena książki papierowej: 44.99 zł

cena od: 27.99 zł

Pierwsza biografia Wojtka Kurtyki, laureata Złotego Czekana za całokształt dokonań wspinaczkowych, którego przejście Świetlistej Ściany Gasherbruma IV zostało uznane za jedno z najważniejszych dokonań XX wieku. Partnerami wspinaczkowymi Kurtyki były alpejskie legendy swoich czasów: polski himalaista Jerzy Kukuczka, szwajcarski przewodnik górski Erhard Loretan czy brytyjski alpinista Alex MacIntyre.

To głęboko poruszająca opowieść o wybitnym, ale i skomplikowanym indywidualiście, który konsekwentnie przez całe życie unikał rozgłosu. Aż do teraz. Do pracy nad biografią namówiła go Bernadette McDonald, ceniona kanadyjska autorka książek o tematyce górskiej, która ma na swoim koncie takie bestsellery, jak „Tomaž Humar” (2008), „Ucieczka na szczyt” (2011), „Alpejscy wojownicy” (2015), tłumaczone na wiele języków i często nagradzane.

Kurtyka – sztuka wolności swoją światową premierę miała w sierpniu 2017 i już odbiła się szerokim echem – została nagrodzona w prestiżowym międzynarodowym konkursie literatury górskiej Banff Mountain Book 2017 w kategorii Non Fiction oraz National Outdoor Book Awards 2017 w kategorii Historia/Biografia. Ta pozycja spodoba się zarówno miłośnikom wspinaczki, jak i wszystkim czytelnikom, którzy marzą o górskich krajobrazach i pragną dotknąć nieba.

Tytuł oryginału: Art of Freedom: The Life and Climbs of Voytek Kurtyka

Redakcja: Paweł Sajewicz, Paweł Goźliński

Konsultacja merytoryczna: Adam Pustelnik

Korekta: Jacek Bławdziewicz

Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter

Opracowanie graficzne: ProDesGraf

Przygotowanie zdjęć do druku: Paweł Bajer

Zdjęcie na okładce: Robert Schauer

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

© copyright by Agora SA 2018

© copyright by Bernadette McDonald 2018

© copyright for Polish translation by Maciej Krupa 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN 978-83-268-2072-4 (epub), 978-83-268-2073-1 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

WPROWADZENIE

Rozdział 1. ZWIERZ

Rozdział 2. WSPINACZKOWY TRENING

Rozdział 3. HINDUKUSZ – BEZ SMYCZY

Rozdział 4. ŚCIANA TROLLI

Rozdział 5. BANDAKA – PIĘKNOŚĆ Z MORDORU

Rozdział 6. POŻĄDAJĄC GŁODU

Rozdział 7. TANIEC Z CHWILĄ

Rozdział 8. ENFANT TERRIBLE

Rozdział 9. PODNIEBNA LINIA

Rozdział 10. ŚWIETLISTA ŚCIANA

Rozdział 11. NA ROZSTAJU DRÓG

Rozdział 12. TRANGO TOWER

Rozdział 13. NOCĄ I NAGO

Rozdział 14. TANIEC PODCHWYTÓW

Rozdział 15. CHIŃSKI MAHARADŻA

Rozdział 16. METAFIZYCZNE ZAKAMARKI

Epilog. KLUCZOWY MOMENT

Chronologia wybranych wspinaczek

Podziękowania

Przypisy

Wybrana bibliografia i źródła

Indeks

Fotografie

WPROWADZENIE

Góry nie są stadionami, gdzie karmię swoją ambicję osiągania sukcesów,

są one katedrami, w których praktykuję moją religię

– ANATOLIJ BUKRIEJEW

Jest się twórczym jeno za cenę mnóstwa przeciwieństw

– FRIEDRICH NIETZSCHE, ZMIERZCH BOŻYSZCZ

(TŁUM. STANISŁAW WYRZYKOWSKI)

Wojtek Kurtyka wstał wcześnie. Zaparzył kawę i podszedł do okna, by popatrzeć, jak ożywa niebo o świcie. Kiedy pastelowe odcienie rozmyły się w perłowy kolor, przeszedł do biurka. Jak zwykle nadeszły mejle od dostawców i pojawiły się problemy z polskim urzędem celnym, z którymi będzie się musiał później uporać. Było też kilka pytań od wspinaczy o drogi wspinaczkowe i niespodziewana wiadomość od niejakiego Christiana Trommsdorffa. „Chcielibyśmy zaprosić pana jako członka jury na rozdanie Złotych Czekanów w Chamonix w dniach od 22 do 25 kwietnia 2009 roku”.

Doroczne nagrody Piolets d’Or, czyli Złote Czekany, znane jako Oscary świata wspinaczkowego, są przyznawane w uznaniu najbardziej śmiałych i nowatorskich wspinaczek górskich, jak również za całokształt dokonań na tym polu. Christian Trommsdorff, przewodnik górski z Chamonix i przewodniczący komitetu organizacyjnego nagrody, pragnął, żeby Wojtek – jeden z najbardziej uznanych alpinistów wszech czasów – pomógł w wyborze najlepszych osiągnięć wspinaczkowych. Ale nie mógł spodziewać się z jego strony następującej odpowiedzi:

Serdeczne dzięki za zaproszenie do jury Złotych Czekanów. Przykro mi, że nie będę mógł w nim zasiąść... Rozumiem, że świat opiera się na monstrualnej strukturze dzikiej rywalizacji, a co za tym idzie: nagród i wyróżnień. Ale ta struktura jest wrogiem prawdziwej sztuki. Tam gdzie rządzą wyróżnienia i nagrody, tam kończy się prawdziwa sztuka. Szczerze wierzę w to, że wspinanie może wynieść wspinacza na poziom fizycznego i mentalnego dobrostanu oraz mądrości, ale nagrody i zaszczyty wynoszą wspinacza na poziom próżności i egocentryzmu. Wzięcie udziału w takiej grze... jest dla wspinacza niebezpieczne. Nie jestem gotów, by wziąć udział w tej grze, i nie mogę przyjąć pańskiego zaproszenia.

Oprócz filozoficznego dyskomfortu związanego z „grą” Wojtka wprawiała w zakłopotanie perspektywa klasyfikowania przejść wspinaczkowych w ramach „potwornej, dzikiej rywalizacji”. Jak można porównywać trawers Makalu, którego dokonał francuski alpinista Pierre Béghin, z czterdziestodniowym solowym wejściem japońskiego wspinacza Takeyasu Minamiury na Trango Tower? Albo zimowe wejście na Everest Krzysztofa Wielickiego z wejściem Erharda Loretana „na lekko” na tę samą górę? Wydawało się rzeczą absurdalną, by porównywać pionierski zapał Reinholda Messnera z nadludzką wytrzymałością Jerzego Kukuczki. Według Wojtka „takie rozważania miały tyle sensu, ile pytanie, co jest lepsze – seks czy Boże Narodzenie”.

Wojtek utrzymywał, że alpinizm jest zbyt skomplikowany, by poddać go klasyfikacjom i porównaniom. Istnieje tak wiele jego aspektów: estetyczny, fizyczny, metafizyczny, logistyczny, imaginacyjny. I jest w nim tak wiele cierpienia. Jak można mierzyć cierpienie wspinaczy? „Nacisk środków masowego przekazu, by stworzyć (na ich własny użytek) gwiazdę numer jeden, jest próbą zredukowania alpinizmu do jednego wymiaru”, napisał w odpowiedzi. „I oznacza degradację wspinaczki”.

Christian śmieje się, kiedy przypomina sobie ten ostro sformułowany mejl. Nie zraził się jego treścią. Rok później napisał jeszcze bardziej śmiały list, tym razem prosząc Wojtka, by przyjął Złoty Czekan za całokształt dokonań wspinaczkowych. Wojtek odpisał raz jeszcze.

Cześć Christian,

to diabelska propozycja. Zawsze miałem poczucie, że uciekam w góry od codziennego publicznego bałamuctwa, a ty proponujesz mi, bym brał w nim udział. Zawsze uciekałem w góry, by znaleźć krzepiący dowód, że jestem wolny od społecznych pęt nagród i zaszczytów, a ty mi je proponujesz. Zawsze idę w góry z wielkim oczekiwaniem, że mogę wznieść się ponad własne ludzkie słabości, a ty próbujesz wrobić mnie w najbardziej niebezpieczną z nich: złudzenie, że jestem osobą godną wyróżnień. Całe moje życie jest walką z tym złudzeniem. Jestem bardzo świadom tego, że pożądanie nagród i wyróżnień jest największą pułapką naszego ego i dowodem próżności. Przykro mi, że nie mogę wziąć w tym udziału. Nie mogę przyjąć Złotego Czekana. Mówiąc szczerze, w głębi serca jestem bardzo zaniepokojony, ponieważ odmawiając przyjęcia waszej nagrody, mogę się kierować... wiesz czym? Niestety, również próżnością. Nawet nie próbujcie mnie uhonorować. Wspinacze posiadają nadzwyczajne poczucie wolności i mam nadzieję, że zrozumiecie mój niepokój w obliczu tak wielkiego zaszczytu.

Nie tylko wspinacze ulegają podobnemu skrępowaniu, dotyczy to także poetów. Leonard Cohen tak pisał o swojej niechęci przyjęcia kanadyjskiej nagrody w uznaniu jego życiowych dokonań: „Jedną z przyczyn, dla których unika się takich spraw, jest to, że wywołują one pewne naprawdę głębokie emocjonalne reakcje... bardzo rzadko zdarza się artyście czy pisarzowi, że ma przed sobą taką bezwarunkową aprobatę swojej pracy”. Ale Leonard Cohen ostatecznie przyjął nagrodę, powiedział publiczności: „Przemykamy się gdzieś za naszymi piosenkami do Galerii Sław”[1].

Christian był co najmniej uparty. Prawdopodobnie myślał, że Wojtek kieruje się fałszywą skromnością. Uznał że, warto spróbować raz jeszcze. W 2010 roku wysłał trzeci list, ponownie proponując nagrodę za całokształt dokonań wspinaczkowych. Wojtek był zdezorientowany. Czyżby nie wyraził się dość jasno? W swojej odpowiedzi próbował być bardziej stanowczy.

Drogi Christianie,

o rany, to jest dla mnie propozycja niemożliwa do przyjęcia. Musiałbym postąpić całkowicie wbrew sobie... Przyznaję, że... pragnę życzliwości i miłości ze strony innych ludzi, ale bardzo obawiam się ich podziwu. Pokornie wyznaję, że jestem dumny jak paw, kiedy mnie podziwiają, ale dokładnie z tego powodu nie mogę przyjmować wielkich nagród... Nagrody te graniczą z bluźnierstwem. Czy nagrodziłbyś publicznie pustelnika za lata duchowej praktyki? My nie jesteśmy pustelnikami, ale nasze doświadczenia są czasami bliskie pewnemu rodzajowi oświecenia, które zmienia nasze życie... Pragnę zachować te cenne chwile niezakłócone. Nie mogę przehandlować ich za publiczne zaszczyty... Christianie, jestem szczerze wdzięczny za twoją propozycję i zawstydzony, nie mogąc jej przyjąć.

Z przyjaźnią

Woj

Wojtek nie wiedział jednak, że Christian w swoich wytężonych wysiłkach, by nagrodzić go Złotym Czekanem, nie był osamotniony. Najbardziej szanowani alpiniści świata dziwili się, że Wojtek nie dostał jeszcze tej nagrody, i naciskali na komitet organizacyjny, żeby naprawił to niedopatrzenie. W roku 2012 Christian napisał jeszcze jeden list, ponownie proponując nagrodę. Wojtek stracił cierpliwość.

Drogi Christianie,

Przepraszam. NIE, NIE! Nie będę już więcej rozmawiał na temat Złotych Czekanów.

Przedstawiłem ci swoje powody.

Nie próbuj robić ze mnie idioty...

Woj

Jaki człowiek wciąż konsekwentnie odmawiałby przyjęcia wyrazu najwyższego uznania ze strony swojego środowiska? W końcu nagroda Złotego Czekana za całokształt dokonań wspinaczkowych nie jest przyznawana przez producentów filmowych, polityków czy prezesów klubów alpinistycznych. Jest wyrazem uznania dla alpinistów ze strony alpinistów. Wojtek jednak odmówił jej przyjęcia, ponieważ utrzymywał, że chce uniknąć pułapki publicznego uznania. Jego podejście wydawało się godne podziwu, a zarazem nieuprzejme. Było to bez wątpienia intrygujące, ponieważ trudno sobie wyobrazić kogoś bardziej godnego tej nagrody.

Wojtek Kurtyka w latach siedemdziesiątych pchnął himalajską wspinaczkę na nowe tory, udowadniając, że można wchodzić trudnymi drogami w małych zespołach na najwyższe szczyty świata. Wykaz jego przejść obejmuje między innymi jedenaście wielkich ścian w Hindukuszu, Himalajach i Karakorum, z czego sześć to ściany ośmiotysięczników.

Niemal od swojego pierwszego kontaktu ze skałą, pierwszego spojrzenia na góry, Wojtek przejawiał jedyne w swoim rodzaju podejście do wspinaczki. W czasach kiedy większość wspinaczy w Himalajach zdobywała góry w tradycyjnym oblężniczym stylu, on wspinał się tam w stylu alpejskim – czy też bez smyczy, jak sam zwykł był mawiać. Kiedy wspinaczka w stylu alpejskim w górach wysokich stała się normą, on przeszedł do realizacji wejść jednodniowych i zdobywał po dwa ośmiotysięczniki podczas jednej wyprawy. Kiedy zaczął klasycznie przechodzić drogi hakowe w Polsce, stworzył nową skalę wspinaczkową, która bardziej precyzyjnie określała poziom trudności i która jest stosowana do dziś. Gdy inni polscy wspinacze przesuwali granice skalnej wspinaczki, używając lin i ławeczek, on przechodził na żywca ich najtrudniejsze drogi. Jego styl był wizjonerski, a on zawsze pozostawał wierny swojej wizji. Nie sprzeniewierzał się wyznawanym wartościom dla samego szczytu. Nawet na K2, górze swoich marzeń, Wojtek odpuścił zdobycie szczytu, nie chcąc wchodzić na niego drogą, która go nie interesowała.

Jego podejście nigdy nie było jednowymiarowe. Chociaż uznawał fizyczny, sportowy wymiar wspinaczki, to w równym stopniu fascynowały go wyzwania intelektualne, ciągła konieczność podejmowania decyzji, rozwiązywania problemów i tworzenia strategii, których wymagało wspinanie. Jeszcze ważniejszy był dla Wojtka estetyczny wymiar alpinizmu, który, w przypadku pewnych wejść, zbliżał się do wymiaru duchowego. Był ambitnym wspinaczem, którego pociągały wielkie lodowe ściany, techniczne skalne urwiska i niezrealizowane jeszcze wysokościowe trawersy. Kiedy szukał nowych linii na tych urzekających szczytach, miał na oku piękno, a w sobie głód śmiałości. Powiadał, że: „Piękno jest dla mnie bramą do innego świata”[2].

Pamiętam nasze pierwsze spotkanie w 2010 roku, kiedy zgodził się udzielić mi wywiadu do książki o polskich wspinaczach, którą wówczas pisałam[3]. Miałam się na baczności z powodu opinii na jego temat: że unika społeczności wspinaczkowej, a w szczególności dziennikarzy. Mimo to wydawał się człowiekiem uprzejmym i chętnym do pomocy, wręcz przyjacielskim, kiedy proponował mi w swoim domu kolejne filiżanki kawy (rozpuszczalnej) i godzinami opowiadał o swoich wspinaczkach. Podtrzymywaliśmy kontakt, a ja w końcu zaproponowałam, że napiszę jego biografię. Później było jeszcze wiele filiżanek kawy (tym razem z błyszczącego nowością ekspresu) oraz dni wspólnego ślęczenia nad zdjęciami i dziennikami.

Dziś, kiedy świętuje swoją siedemdziesiątkę, Wojtek jest eleganckim mężczyzną, uprzejmym i dość oficjalnym. Szczupły, zadbany i raczej niewysoki, jest niezwykle silny. Mimo tej siły porusza się z nadzwyczajną lekkością. Jest bardzo zamknięty w sobie, a nawet nieśmiały. Świadomy swoich słów, działań i myśli, przyznaje, że jest perfekcjonistą. Jest bezwzględnie zdyscyplinowany, ale czasem potrafi być spontaniczny jak dziecko. Jego myśli są głębokie, ale nie opuszcza go nigdy poczucie humoru. Świat go podziwia, ale on najbardziej ceni sobie przyjaźń. Kłębek sprzeczności. Jak odkryłam podczas długich godzin naszych rozmów, są w nim jakaś intensywność i moc, które mogą niepokoić.

Wyzwanie związane z pisaniem opowieści o Wojtku Kurtyce nie polegało na zbieraniu koniecznych szczegółów dotyczących jego życia ani na przedstawieniu ich w logicznym porządku. Prawdziwym wyzwaniem było nadanie takiego kształtu i znaczenia tym faktom, by ujawnić zasadnicze wartości, zgodnie z którymi Wojtek żyje, a wszystkie one obracają się wokół pojęcia wolności.

Pamiętanie jest także aktem wyobraźni, czynnością niedoskonałą i ulegającą wpływom. Dla Wojtka przywoływanie tych ważnych chwil sprzed lat, a nawet sprzed dziesięcioleci, miało charakter wybiórczy. Czasami wydawało się, że jego wspomnienia są jak ruchome święta. A znajdowanie prawdy – istoty tych wspomnień – było kluczem do zrozumienia jego charakteru. Siedem lat później, kiedy ta książka ma ukazać się w druku, owa odkrywcza podróż osiągnęła na swoim szlaku miejsce, w którym można odpocząć – literacki biwak na ścieżce Wojtka w poszukiwaniu sztuki wolności.

ROZDZIAŁ 1

ZWIERZ

Stąd niedaleko, gdzie prowadzę, jest kraj. Nazywa się: życie. Poznasz je po jego powadze.

– RAINER MARIA RILKE, KSIĘGA GODZIN

(TŁUM. ADAM POMORSKI)

Mity rodzą się wcześnie. Przez blisko siedemdziesiąt lat Wojtek Kurtyka utrzymywał świat w przekonaniu, że urodził się 20 września 1947 roku. Mówiąc uczciwie, to nie Wojtek zapoczątkował to oszustwo. Rok 1947 był w Polsce dla narodzin rokiem burzliwym. W wyniku drugiej wojny światowej zginęło ponad sześć milionów obywateli, a kraj był w chaosie i ruinie: dla większości ludzi zapisywanie dat urodzenia nie było rzeczą najważniejszą. Zdarzyło się więc, że mały Wojtek, który przybył na świat bez ceremonii w małej wiosce Skrzynka 25 lipca 1947 roku, nie został zarejestrowany aż do 20 września tegoż roku. Po cóż przejmować się dwoma miesiącami? Nie warto było się tym martwić, przynajmniej zdaniem jego znakomitego, ale czasami rozkojarzonego ojca Tadeusza Kurtyki, znanego w Polsce jako pisarz Henryk Worcell.

Tadeusz urodził się w 1909 roku. Chociaż przez polskie ziemie znajdujące się pod zaborami miał się wkrótce przetoczyć koszmar pierwszej wojny światowej, chłopiec dorastał w gospodarstwie otoczonym przez faliste bukowe lasy, które oplatały meandrujące strumienie. Z pasją łowił ryby, zbierał jagody i grzyby. Mimo dociekliwego umysłu i naturalnej inteligencji buntował się przeciwko szkolnym ograniczeniom. Sprzeciwiał się również żądaniom swojego ciężko pracującego ojca, który oczekiwał od chłopaka w tej samej mierze pomocy w gospodarstwie, jak i nadążania za nauką w szkole. Tadeusz nienawidził jednego i drugiego. Kiedy skończył szesnaście lat, opuścił dom i przeniósł się do niedalekiego Krakowa.

Mimo wojennych zniszczeń znacznych obszarów Polski Kraków był i nadal pozostaje miastem szacownych uniwersytetów, strzelistych kościołów, muzeów, pomników i galerii, magnesem zarówno dla ludzi wykształconych, jak i wpływowych. Życie towarzyskie krakowskiej elity obracało się wokół restauracji skupionych przy okazałych ulicach. Pierwszą pracą Tadeusza było zmywanie naczyń w jednym z najlepszych lokali – w restauracji Grand Hotelu. To tam czołowi krakowscy przedsiębiorcy i politykierzy spotykali się z tuzami kultury, by razem jeść, pić i wymieniać się jałowymi plotkami.

W krótkim czasie Tadeusz wyrósł na pewnego siebie, przystojnego młodzieńca i awansował na kelnera. Ta zmiana spowodowała interesujący zwrot w jego życiu. Jeden z gości Grand Hotelu Michał Choromański zauważył, że Tadeusz lubił dla relaksu w czasie przerw w pracy czytać klasykę literatury. Na przykład Sonatę Kreutzerowską Tołstoja i inne utwory. Choromański, który był pisarzem, zachęcił Tadeusza, żeby poza czytaniem również spróbował pisać. Tadeusz spróbował i okazał się w tym niezły. Wkrótce notował swoje myśli o intrygujących zdarzeniach, których był świadkiem, i rozmowach, które przypadkiem usłyszał w Grand Hotelu. Podsłuchiwał bezczelnie i zauważył, że jest w stanie zrekonstruować rozmowę ze zdumiewającą dokładnością. Rezultatem była powieść opublikowana pod pseudonimem Henryk Worcell. Zaklęte rewiry, wydane drukiem w roku 1936, wywołały w Polsce spore zamieszanie i rozpoczęły pisarską karierę tego młodego człowieka. Mimo że Tadeusz użył w książce nieco zamaskowanych fikcyjnych nazwisk, skandal wokół plotkarskich anegdot z życia szacownych mieszczan zagroził jego bezpieczeństwu w Krakowie. Ojciec Wojtka uciekł więc do Zakopanego u stóp Tatr, gdzie przystąpił do miejscowej cyganerii artystów i pisarzy.

W pierwszych latach drugiej wojny światowej Tadeusz, który do tego czasu zdążył już zdobyć pisarski rozgłos, włączył się w działania organizacji podziemnej w pobliskim Krakowie. Plany grupy obejmowały zamach na ważnego niemieckiego generała, lecz wkrótce zawisła nad nimi groźba wykrycia. Dla Tadeusza dużo bezpieczniej było zgłosić się na ochotnika do niemieckiego obozu pracy, niż pozostać w Polsce. W ten sposób wyjechał do Miśni w Niemczech.

Daleko za wschodnią granicą Polski, na terenie obecnej Ukrainy, a wówczas Związku Radzieckiego, rozwijała się inna rodzinna historia. Antonina Moszkowska urodziła się w 1922 roku w polskiej rodzinie jako jedno z sześciorga dzieci. Jej wychowanie było tak ciężkie, jak poziom wykształcenia niski. Tamte tereny zamieszkiwali zarówno Polacy, jak i Ukraińcy, a kiedy podczas drugiej wojny światowej przybyli Niemcy, Antoninę wysłano na roboty do Miśni, gdzie pozostała do roku 1945.

Antonina i Tadeusz poznali się i zakochali: troskliwa dziewczyna o anielskiej twarzy, pochodząca ze wsi w rejonie Żytomierza, i młody mężczyzna spod Tarnowa, który już wówczas na dobre porzucił rodowe nazwisko i był znany pod swoim twórczym pseudonimem Henryk Worcell.

Zaraz po zakończeniu wojny wrócili do Polski i pobrali się, ale musieli stawić czoła trudnym wyborom: czym się zająć i gdzie zamieszkać. Cały kraj aż kipiał od ruchów migracyjnych, ponieważ granice z Niemcami i Związkiem Radzieckim zostały przesunięte. Na skutek konferencji jałtańskiej i poczdamskiej wschodnie terytoria Niemiec, aż do rzeki Odry, teraz należały do Polski. W konsekwencji niemieccy obywatele mieszkający na tych terenach musieli je opuścić. W tym samym czasie polscy obywatele mieszkający na wschodnich kresach Polski, obecnie kontrolowanych przez Sowietów, musieli również zmienić miejsce zamieszkania. Polacy ze wschodu przenieśli się na nowo uzyskane polskie terytorium, a Niemcy – jeszcze bardziej na zachód. Wiele domów i gospodarstw, wcześniej należących do niemieckich rodzin i przez nie zamieszkanych, zostało przejętych przez Polaków. Zdarzały się zdumiewające przypadki, kiedy napływowi Polacy przejściowo dzielili z wyjeżdżającymi Niemcami te same pomieszczenia. Ta niezwykła sytuacja stała się tematem twórczości Henryka. Z pozoru jego teksty przedstawiały oficjalną wersję tych delikatnych, czasami niezręcznych, politycznych i kulturowych zderzeń. Lecz na głębszym poziomie Worcell zmagał się z emocjonalnym wyniszczeniem, jakie spowodowała ta wędrówka ludów. Ludzie byli sparaliżowani przez lata terroru, a każdy mijający dzień zacierał wspomnienie kraju, który kiedyś znali.

Henryk i Antonina znaleźli gospodarstwo we wsi Skrzynka w południowo-zachodniej Polsce, na terenach, gdzie poprzednio były Niemcy. Tamtejszy idylliczny krajobraz pulsuje falistymi wzgórzami, zielonymi lasami, rzekami pełnymi pstrągów i leczniczymi gorącymi źródłami. Początkowo wydawał się rajem dla pary, która dopiero co wróciła z robót w Niemczech. Wprowadzili się do dobrze funkcjonującego gospodarstwa, które przez kilka pierwszych miesięcy dzielili z mającymi wyjechać niemieckimi właścicielami. Stres potęgował fakt, że gospodarstwo nie należało do Kurtyków, lecz było własnością państwa.

Wkrótce po przyjeździe rodzina się powiększyła. Wojtek urodził się pierwszy, po nim na świat przyszło jeszcze dwóch braci ‒ o trzy lata młodszy Jan, a po kolejnych trzech latach Andrzej. Henryk zajmował się pisaniem i oczywiście gospodarstwem. Cztery krowy, byk, koń, źrebię, dwa cielaki, trzy kozy, dwie owce, dwadzieścia kurczaków, pięć gęsi, szesnaście królików, dwa prosiaki i cztery hektary ziemi. To wymagało wiele pracy. A ponieważ Henryk czuł się dobrze raczej w świecie idei i słów, gospodarstwo zaczęło marnieć. Po czterech latach wysiłków oboje z żoną przyznali, że nie nadają się na rolników.

Przenieśli się do sąsiedniej wsi Trzebieszowice i wprowadzili do solidnego białego domu z dwoma niezależnymi mieszkaniami. Rodzina Kurtyków zajmowała pierwsze piętro, a Henryk nadal pisał, nie unikając trudnych tematów. Miał mocne poczucie sprawiedliwości oraz równości i stawał w obronie tych, którzy według niego byli źle traktowani, co go czasem wpędzało w tarapaty. Podczas jednego z takich zajść został pobity tak mocno, że stracił wzrok w jednym oku. Innym razem został dźgnięty nożem. Rodzina uważała, że karano go za stanowcze przekonania, i była z niego dumna. Ale to były skomplikowane i niełatwe w ocenie czasy w powojennej komunistycznej Polsce. Nie sposób dociec, jakie siły stały za tymi wydarzeniami ani czego władze komunistyczne mogły ostatecznie oczekiwać od Henryka Worcella.

Pomimo życia podszytego napięciem rodzina pozostała w Trzebieszowicach do 1957 roku. Chociaż Henryk już cały swój czas poświęcał na pracę literacką, potrzebował pobudzenia, jakie daje pisarskie środowisko. Kiedy Związek Literatów Polskich zaproponował mu mieszkanie w pobliskim Wrocławiu wraz z wolnością twórczą, nie mógł odmówić. Cała rodzina przeniosła się do czwartego pod względem wielkości miasta w kraju, by zacząć tam nowe życie.

Wrocław jest wytwornym miastem z bogatym dorobkiem kulturowym. Barok i gotyk, tradycja czeska i niemiecka przenikają ten architektoniczny kalejdoskop, który rozkwita pomnikami i katedrami. Ale w 1957 roku Wrocław nie był taki piękny. Pod koniec drugiej wojny światowej miasto stało się sceną jednej z ostatnich wielkich bitew Armii Czerwonej z Niemcami. Dwa dni przed końcem wojny w Europie Niemcy ostatecznie się poddali, ale do tego czasu ponad połowa Wrocławia uległa zniszczeniu. Prawie dziewięćdziesiąt tysięcy osób straciło życie na skutek nieudanej ewakuacji, a kolejne osiemdziesiąt tysięcy zginęło w swoim mieście. Pod koniec wojny ludność Wrocławia składała się z prawie dwustu tysięcy Niemców i trudnej do ustalenia liczby robotników przymusowych wielu narodowości. W ciągu kolejnych dwóch lat miasto przeszło pod polskie rządy, a próżnię powstałą z powodu masowej emigracji Niemców wypełnili obywatele polscy. Większość przybyła do miasta ze wschodnich terenów Polski.

Kurtykowie nie mieli niezawodnego ani stałego źródła dochodu, ale na szczęście ich mieszkanie było bezczynszowe. Rodzina żyła z honorariów autorskich Henryka, które w najlepszym razie spływały rzadko. Kiedy przychodziła zaliczka na ich poczet, mogli przez chwilę związać koniec z końcem. Nawet kiedy mieli jakieś pieniądze, trudno było kupić w sklepie wystarczająco dużo jedzenia, a kolejki były otępiająco długie. Kawałek ziemi w pobliżu ich mieszkania pozwolił na założenie ogródka warzywnego, ale chociaż nigdy nie głodowali, to ich dieta była raczej skąpa. Składały się na nią dość regularnie ziemniaki i kapusta. Żeby powiększyć rodzinne dochody, Antonina znalazła w końcu pracę jako recepcjonistka. Pomimo dość oszczędnego stylu życia wydawało się, że Henryk jest we Wrocławiu bardziej spełniony, otoczony pisarzami i wydawcami, zanurzony w życie kulturalne.

Kiedy rodzina przeniosła się do Wrocławia, Wojtek miał zaledwie dziesięć lat, a przeprowadzka wywołała w jego życiu emocjonalny zamęt. Najszczęśliwszy był, gdy wędrował po lasach i biegał po okolicznych wzgórzach. Kiedy tkwił za oknem sypialni w mieszkaniu na trzecim piętrze, gapiąc się na obce mu kamienice, tęsknił za lasem i rzeką. „Przeprowadzka do Wrocławia była doświadczeniem traumatycznym” – wspominał. „Byłem dotkliwie świadom utraty czegoś nadzwyczaj mi drogiego. Pamiętam, jak patrzyłem przez to okno, gapiłem się na ruch uliczny i płakałem”.

Kilka razy dręczył go senny koszmar, w którym spotykał coś w rodzaju widma czy zjawy z przerażająco złą duszą. W owym śnie Wojtek stał wyzywająco przed tą zjawą, próbując się z nią zmierzyć. Czasami robił jeden lub dwa trwożne kroki w jej kierunku, po czym budził się z krzykiem. Kiedy doświadczenie koszmaru się powtórzyło, próbował zrobić o jeden krok więcej. Ale z każdym krokiem sen stawał się bardziej realny, a strach bardziej pierwotny. Kolejny krok obezwładniał go i wywoływał przeczucie śmierci.

Stopniowo przyzwyczajał się do miejskiego życia. Nie miał wyboru. Mała wiejska społeczność z wczesnego dzieciństwa zapewniła mu jasno wyłożone, mocne, konserwatywne zasady. Ale obdarzony żywą wyobraźnią, gromadząc nowe idee i doświadczenia, zaczął budować swoje własne życie. Miasto, chociaż odstręczające, oferowało odmienne perspektywy, nowych przyjaciół i alternatywne sposoby życia.

Jedną z form ucieczki były dla Wojtka kolonie letnie. W owym czasie i miejscu były to proste formy wypoczynku, dzieci kwaterowano w pustych w okresie wakacji szkołach, spały tam na rozkładanych polowych łóżkach, żywiły się prostym jedzeniem ze stołówki i brały udział w zorganizowanych zajęciach sportowych. Wojtek miał fioła na punkcie sportów – biegów, pchnięcia kulą, boksu i szermierki – był bardzo żywy i lubił współzawodnictwo. Ale największą atrakcją kolonii letnich była ich lokalizacja: wybrzeże Bałtyku, góry i pojezierza. Każdego lata przez trzy tygodnie Wojtek oddychał wiejskim powietrzem, pływał w morzu i odnawiał swego ducha. „To było fantastyczne”, wspominał.

Pisarska renoma Henryka rosła, podobnie jak jego powodzenie. Teraz, kiedy co kilka lat publikował książkę, jego honoraria wzrastały, znacznie zwiększyła się też liczba zaproszeń na spotkania autorskie. Został wybrany na prezesa wrocławskiego oddziału Związku Literatów Polskich, podróżował po Polsce, głosząc wykłady i podpisując książki. Jego zdjęcia z tamtego okresu przedstawiają pewnego siebie mężczyznę z podniesioną głową i zawadiacko trzymanym papierosem, rozmawiającego ze swoimi wielbicielami. Przez cały ten czas pozostał człowiekiem religijnym. Jak również pijącym. Trzydniowe libacje nie były niczym nadzwyczajnym. Matka Wojtka przyjęła rolę żywicielki, dając swoim trzem synom tak wiele miłości i stabilizacji, jak tylko mogła.

Pobożność Henryka stworzyła ogromną barierę pomiędzy nim a najstarszym synem. Wojtek nawet jako dziecko podziwiał wyniosłą architekturę katedr, ale śmiertelnie nudził się kazaniami w kościele. „Nie znalazłem w nich nigdy żadnej duchowości”, narzekał. „A ta muzyka! Wydawała mi się strasznie smutna – nawet przerażająca... Rzadko wyrażała jakąkolwiek radość z obcowania z Bogiem. Zbyt często wyrażała ludzkie cierpienie i błagalny stosunek do Boga. Wydawała się zdominowana strachem. Dlaczego? Ponieważ ponad tą religią ciąży groźna wizja piekła, a muzyka wyraża tę straszliwą możliwość. Z tej muzyki czerpałem silne przeczucie, że piekło jest moim przeznaczeniem. Odkąd skończyłem cztery czy pięć lat, czułem się naprawdę osaczony. Postrzegałem to jako rodzaj religijnego terroru”.

Mimo to był posłusznym dzieckiem, więc do szesnastego roku życia co tydzień uczestniczył we mszy świętej, najpierw na wsi, a potem w mieście. Przyjął pierwszą komunię i wyznawał grzechy w konfesjonale. Prawdopodobnie rytuał czasami wydawał mu się dość praktyczny. Ale w końcu przestał się spowiadać, a niedługo później odmówił chodzenia do kościoła. „Był to w pewnym sensie akt buntu”, wspominał. „Rewolta! Oświadczyłem moim rodzicom: »Już tam nie pójdę. Uważam, że to brednie. Dla mnie to bezcelowe. Nie mam zamiaru stać tam i słuchać tych wszystkich opowieści o niebie i piekle. Nie ufam im ani ich nie akceptuję«”. Jego ojciec był zaskoczony i zagniewany. Matka zasmucona. Chociaż ojciec i syn nie byli w stanie przedyskutować tej kwestii, Wojtek przekonał matkę, że nie potrafi kontynuować farsy stania w kościele, śpiewania podczas liturgii, przyjmowania komunii i udawania, że wierzy. „Ponieważ była to wielka manipulacja, moje naturalne poczucie uczciwości nie zgadzało się z nią”, wyjaśnił. Antonina niechętnie przyjęła jego stanowczą decyzję, zapewne musiało to być dla niej trudne, bo religia przenikała polską kulturę i tradycję.

Dużo później Wojtek od czasu do czasu wejdzie do kościoła i będzie poruszony pobożnością, którą wyczuje w modlących się ludziach. Ale podstawowe dogmaty chrześcijaństwa – niebo i piekło, miłosierdzie Boże, istnienie Boga, który, zdaniem Wojtka, wydawał się ucieleśniać wszelkie najbardziej pospolite i powszechne ludzkie pragnienia: nieograniczonej władzy, ślepej lojalności i okrucieństwa – uważał za trujące dla inteligentnego umysłu. „Ten Bóg jest odbiciem najniższych z ludzkich pożądań”, mówił. Mimo to, nawet będąc nastolatkiem, rozumiał, że ludzie odruchowo czują otaczającą ich sferę duchowości i naturalnie pragną się z nią połączyć. Nie tylko to rozumiał – czuł to. Ale nie w kościele. Często na łonie przyrody. Owszem, słuchając muzyki i w gruncie rzeczy doświadczając wszelkich form artystycznej ekspresji. Później górskie wyprawy wzbogaciły jego poczucie duchowej jakości, a góry i wspinaczka stały się narzędziami łączącymi go z tymi doznaniami.

Pomimo ich trudnych wzajemnych relacji Wojtek i jego ojciec mieli wiele wspólnego. Henryk był człowiekiem wymagającym intelektualnie, podobnie jak młody Wojtek. Henryk był pisarzem, a Wojtek w końcu także będzie pisał. Henryk był buntowniczym synem, a Wojtek po przeprowadzce do miasta przyjął podobną postawę. I pomimo wszelkich przeciwności jedną nietypową kwestią, która ich łączyła, było zagadnienie duchowości.

Chociaż Henryk był tradycyjnym chrześcijaninem, miał skłonności do mistycyzmu inspirowane pismami katolickiego filozofa Pierre’a Teilharda de Chardina, w szczególności jego książką Fenomen człowieka. Kosmiczna teologia de Chardina obejmowała proces ewolucji i zapewne z tego powodu budziła kontrowersje wewnątrz kościoła. Myśliciel uważał, że wszystko w przyrodzie jest przeniknięte boskim umysłem bądź duchem. „Przebywanie wśród przyrody było dla mnie czymś pięknym”, mówił Wojtek. „Odkryłem, że wszystko, co mnie otacza, jest duchowe i niezwykle piękne, oraz że doświadczenie tego piękna pozwala mi z łatwością przyjąć Boga, który ma cechy wizji de Chardina”. Na pewnym poziomie było to pierwsze zetknięcie się Wojtka z koncepcjami zwykle kojarzonymi z buddyzmem, aczkolwiek wyrażonymi przez katolickiego filozofa i jezuitę. Osobliwym zbiegiem okoliczności ten sam ksiądz stał się intelektualnym wzorcem zarówno dla ojca, jak i syna. Chociaż Wojtek był wciąż młodym człowiekiem, jego głębokie i pozytywne doświadczenie duchowego wymiaru przyrody dało mu wewnętrzną siłę do krytyki tradycyjnych pojęć chrześcijaństwa.

Jego bezkompromisowe podejście nie ograniczało się do kościoła. Podobnie jak jego ojciec przed laty Wojtek buntował się w szkole. Nie chciał nosić obowiązującego go mundurka. „Tak, to prawda”, wspominał ze śmiechem. „Ale w szkole byli dość tolerancyjni. Nie wyrzucali cię od razu z klasy, jak w Rosji, gdy nie pojawiłeś się w granatowej bluzie”. W szkole wykazywał się dużą inteligencją, ale był leniwy w wykonywaniu prac domowych. „Największy problem miałem z przedmiotem, który nazywał się język polski”. W gruncie rzeczy było to bardziej skomplikowane. Wojtek miał świadomość tradycji literackich, z których się wywodził, i od najmłodszych lat żywił silne pisarskie ambicje. Kiedy był jeszcze w szkole podstawowej, przeczytał w klasie jedno ze swoich wypracowań, i natychmiast został oskarżony o prezentację tekstu napisanego przez jego ojca. Potraktował to jednak jako komplement. Zachęcony, sporo czytał, stale coś pisał i wiele się po sobie spodziewał. Ale mimo silnie rozwiniętego daru wyobraźni miał braki w dziedzinie gramatyki, ortografii i składni.

Kiedy rozpoczął naukę w szkole średniej, natrafił na problematyczną nauczycielkę. Pani Bawolska była pedantką, jeśli chodzi o kompozycję i gramatykę. „Typowa zombi” – jak ją określał Wojtek. Przekonywał, że była całkowicie pozbawiona wrażliwości na jakąkolwiek odmienność czy osobliwość. Wiedziała, że ojciec Wojtka jest znanym pisarzem, wpływową postacią w Związku Literatów Polskich, i wydawało się, że to ją drażni. Dawała to odczuć Wojtkowi. „Kompletnie mnie paraliżowała. Niczego się od niej nie nauczyłem. Czułem się zagubiony i speszony. Zniszczyła moją wiarę w zdolność pisania i tkwiło to we mnie długo. Być może do dzisiaj!” – złościł się Wojtek.

Co dziwne, nie rozmawiał z ojcem o swoich pisarskich aspiracjach. Nigdy nie poprosił go o radę. Zamiast tego nosił swoje literackie marzenia ukryte głęboko w sobie. Henryk, nieświadomy artystycznych skłonności syna, przyjął bardziej praktyczne podejście i nakłaniał go do podjęcia raczej studiów technicznych niż humanistycznych. Świat idzie ku nowoczesności, argumentował ojciec, i Wojtek może zrobić błyskotliwą karierę w nauce. Przekonanie Henryka, że Wojtek reprezentuje ścisły umysł, pogłębiło jeszcze bardziej dystans pomiędzy nimi. Ojciec w coraz większym stopniu postrzegał syna jako chłodnego intelektualistę, pozbawionego intuicji, duchowości i uczuć, które Henryk wysoko sobie cenił. „Postrzegał mnie niemal jak jakiegoś kosmitę”, powiedział Wojtek wiele lat później. „Coraz więcej nas dzieliło. Z całą pewnością szanowałem ojca, ale nie było między nami bliskości”. W ich relacji tragedią było to, że Wojtek w istocie tryskał emocjami i wrażliwością, ale jego ojciec tego nie dostrzegał.

Ojciec nie przeczuwał również, że w Wojtku zaczęło się budzić coś nowego. Wydarzyło się to na szkolnej wycieczce w Tatry, podczas której Wojtek po raz pierwszy zetknął się z górami. „Pamiętam tamtą chwilę”, powiedział. „Nie wspinałem się. Po prostu patrzyłem na góry. Patrzyłem i podziwiałem. Czułem, jak gdyby te góry były żywe. Należałem do nich. Czułem się ich częścią. Miałem mocne pragnienie, żeby mi jakoś odpowiedziały, i czułem coś w rodzaju żalu, że nie dają mi żadnego znaku”. Wojtek odkrył emocjonalny związek z krajobrazem, który sięgał daleko poza rozumienie i tworzył jeszcze większy dystans między ojcem a synem.

Mimo że ojciec go nie rozumiał, Wojtek robił mniej więcej to, czego od niego oczekiwano. Rozpoczął studia na Politechnice Wrocławskiej i po pięciu latach uzyskał tytuł inżyniera elektronika. Ale elektronika zupełnie go nie interesowała. Rzadko bywał na wykładach, do egzaminów wolał wkuwać dzień i noc. „Po wyjściu z sali egzaminacyjnej w mojej głowie nie pozostawał żaden ślad wyuczonej wiedzy”, wspominał ze śmiechem.

Miejsce to zapełniała wiedza z nowej dziedziny. Wojtek odkrył wspinaczkę skalną.

Jego pierwsze doświadczenie ze skałą miało miejsce w 1968 roku. Elżbieta Waga – znana jako Ela – studiowała we Wrocławiu medycynę i zaprosiła Wojtka, żeby pojechał w skałki z nią i pewnym asystentem z uczelni. Ów asystent, bez wątpienia bardziej zainteresowany Elą niż wspinaczką, był z powodu obecności Wojtka wyraźnie w kwaśnym nastroju. Ale nic nie mogło stłumić ich przyjemności z baraszkowania wśród granitowych turni Sokolików w pobliżu Jeleniej Góry, gdzie trenowali wspinacze z Wrocławia. „Pierwszy kontakt ze skałą wywołał wrażenie czegoś dawno zapomnianego, a jednak w dziwny sposób znajomego”, wspominał Wojtek. „Natychmiast po zrobieniu pierwszych trzech przechwytów wiedziałem, że będę to robił nadal”.

I robił. Więcej i więcej. W istocie skalna wspinaczka stała się dla Wojtka czymś w rodzaju pułapki. „Przypuszczam, że nie rozumiałem, jak poważna była to pułapka”, przyznał później. Zapewne kiedy porzucił nudne wykłady z elektroniki dla czegoś, co pochłaniało każdą myśl i emocję, musiał doznać ulgi. Wyraził to ekolog Edward Osborne Wilson w swojej książce Konsiliencja. Jedność wiedzy – ludzie „poszukują typu środowiska sprzyjającego ich naturalnym skłonnościom”[1]. Pociąg Wojtka do pionowego świata skały wydawał się zgodny z jego przeznaczeniem.

W późnych latach sześćdziesiątych Wrocławski Klub Wysokogórski był pełen dobrych wspinaczy: Wanda Rutkiewicz, Bogdan Jankowski, Krzysztof Wielicki, wszyscy oni byli przyszłymi gwiazdami społeczności wspinaczkowej. Wojtek wkrótce stał się intrygującym dodatkiem na tej scenie. Młodzieniec drobnej budowy, emanował pasją, a jego gibkie ciało było gotowe do akcji. Jego ciekawość była nieograniczona, a zdolności obserwacji imponujące. Dotyczyły nie tylko spraw konkretnych i rzeczowych, ale również subtelnych i emocjonalnie zróżnicowanych. Mimo swojej wrażliwości w towarzystwie przyjmował niemal arogancką pozę, przyodzianą w hipisowskie opaski i kwieciste koszule. Połączenie jego naturalnego talentu i atrakcyjnego wyglądu robiło wielkie wrażenie.

Właśnie w pobliskich skałkach Wojtek poznał Wandę, piękną i wysportowaną młodą studentkę, która stanie się najsłynniejszą polską alpinistką. Zauroczyły go jej głęboko osadzone oczy i zachwycający uśmiech, ale trwało to tylko kilka tygodni. W głowie miał co innego: myśl o granitowej skale pod palcami.

Wojtek wciąż jeszcze nie był w pełni członkiem wspinaczkowej społeczności. Klub Wysokogórski kierował się ścisłymi przepisami, a Wojtek zdołał już pokazać, że omija przepisy i reguły. Klub kładł nacisk zarówno na teoretyczne, jak i praktyczne szkolenie swoich członków. Kończyły je egzaminy potwierdzające poziom umiejętności. Dopiero po ich zdaniu można było rozpocząć samodzielną wspinaczkę. Każdy młody wspinacz musiał przedstawić wykaz przejść wraz nazwiskami partnerów. Miało to zapewnić rozsądne i stopniowe przejście od poziomu nowicjusza do doświadczonego wspinacza. Kiedy określony poziom wyszkolenia został osiągnięty, można było samodzielnie wspinać się w Tatrach, a także poza nimi w Alpach.

Wojtek nie miał cierpliwości do tych procedur. Interesowało go tylko wspinanie. Płynne i harmonijne wznoszenie się. Odczuwanie faktury skały, jej ciepła i trudności, jakie sprawia. Eksperymentował z technikami koniecznymi, by utrzymać się na pionowych i przewieszonych ścianach. Kształtował swoje ciało, aż stało się szczupłe i prężne, ponieważ rozumiał, że ciało jest instrumentem i medium w tej nowo odkrytej pasji. Wspinał się, wspinał, wciąż się wspinał.

Jego dążenie do doskonałości umknęło czujności Polskiego Związku Alpinizmu; PZA nigdy go nie szkolił, nigdy nie egzaminował i z pewnością nigdy nie nadał mu taternickich uprawnień. Niemniej jednak, kiedy Wojtek Kurtyka skończył politechnikę z niechcianym dyplomem inżyniera elektronika, był już jednym z najlepszych skalnych wspinaczy w Polsce. Z powodu jego płynnego, intuicyjnego, naturalnego stylu wspinania wkrótce zaczął być znany w środowisku jako Zwierz.

[...]

PRZYPISY

WPROWADZENIE

[1] Sylvie Simmons, I’m Your Man. McClelland & Stewart, Toronto 2012, s. 459.

[2] Krajobraz ze ściany. Z Wojtkiem Kurtyką rozmawia Zbigniew Skierski, A/ZERO 2012 nr 1 (20), s. 9.

[3] Bernadette McDonald, Ucieczka na szczyt, tłum. Wojtek Fusek, Warszawa 2012.

Rozdział 1. ZWIERZ

[1] Edward O. Wilson Konsiliencja. Jedność wiedzy, tłum. Jarosław Mikos, Poznań 2002.

[...]

Rodzice Wojtka Kurtyki Antonina Moszkowska i Tadeusz Kurtyka. Tadeusz przybrał literacki pseudonim Henryk Worcell. Ze zbiorów Wojciecha Kurtyki.

Dom w Trzebieszowicach, w którym do dziesiątego roku życia Wojtek mieszkał wraz z całą rodziną Kurtyków. Zajmowali mieszkanie na pierwszym piętrze. Ze zbiorów Wojciecha Kurtyki.

Matka Wojtka Kurtyki Antonina Kurtyka. Ze zbiorów Wojciecha Kurtyki.

Ojciec Wojtka Kurtyki u szczytu swojej kariery literackiej. Wikimedia.

Młodzi polscy wspinacze, w większości z Klubu Wysokogórskiego w Krakowie. Wojtek Kurtyka pierwszy od lewej w górnym szeregu, dalej: Jurek Farat, Władek Vermessy, Riko Malczyk, Tomek Opozda. U dołu między innymi Marek Kowalczyk. Ze zbiorów Wojciecha Kurtyki.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kurtyka Alpejscy wojownicy Ucieczka na szczyt 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002