Nieświęta rodzina

Nieświęta rodzina

Autorzy: Danuta Noszczyńska

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 22.24 zł

Czy można nauczyć się  miłości?

Przewrotna opowieść o rodzinie tak typowej, że aż innej …

Aga przyszła na świat w domu, w którym dość swobodnie podchodzono do kwestii wierności małżeńskiej. W miejsce ogólnie przyjętych norm moralnych z pokolenia na pokolenie wykształciły się całkiem odmienne od nich reguły i zwyczaje. W tak urządzonym przez dorosłych świecie dziecko od początku nie ma łatwego życia. Zagubiona w tym irracjonalnym świecie sama musi odkrywać podstawowe prawdy o życiu, doświadczając wielu porażek i  bolesnych doświadczeń. Ale kiedy zaczynają się naprawdę duże problemy, rodzina musi zdać poważny  życiowy test. Czy wykorzysta szansę na wielką zmianę i odczarowanie słów, które nie miały znaczenia?

Danuta Noszczyńska zabiera nas w świat pełen dystansu i nieco czarnego humoru, za który pokochały ją tysiące czytelniczek.

Książka jest trzecią powieścią z serii „Siedem grzechów głównych”, poprzednie to "Zła miłość" – pycha i "Futra, perły i łzy jak piołun gorzkie" – chciwość. Teraz kolej na rozwiązłość.

Danuta Noszczyńska – plastyczka, reżyserka, twórczyni amatorskich teatrów Azet i Amarant, absolwentka krakowskiego liceum plastycznego oraz Wydziału Filozoficznego UJ. Opublikowała książki: "Historia nie Magdaleny", "Blondynka moralnego niepokoju", "Hormon nieszczęścia", "Mogło być gorzej", "Kufer babki Alicji", "Luizę pilnie sprzedam", "Pod dwiema kosami, czyli przedśmiertne zapiski Żywotnego Mariana", "Wszystkie życia Heleny P.", "Harpia" (trzy ostatnie nagrodzone na Festiwalu Literatury Kobiet „Pióro i Pazur”), "Farbowana blondynka", "Zła miłość" i "Futra, perły i łzy jak piołun gorzkie".

Copyright © Danuta Noszczyńska, 2017

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Nicola Smith/Trevillion Images;

Victoria Harrison/Fotolia.com

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Jan Fręś

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

Sylwia Kozak-Śmiech

ISBN 978-83-8123-585-3

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Agi

ROZDZIAŁ I

Dom na wzgórzu

Śnieg padał i padał, tworząc coraz grubszą warstwę puchu na ziemi, drzewach i widocznych w oddali dachach. Z okna naszego domu, znajdującego się na najwyższym chyba wzniesieniu w okolicy, Maciuś już od południa obserwował zjeżdżające na sankach dzieci, które każdej zimy bez skrępowania korzystały ze sprzyjającego takim zabawom ukształtowania mojej posesji, a ja im nie zabraniałam. Dom stał na pochyłej działce, a kawał ogrodu przed nim ciągnął się hen w dół, aż do głównej ulicy. Gdy się tu wprowadziłam razem z synkiem i tatą, nie było jeszcze ogrodzenia, ale do dziś, mimo iż dookoła stanął solidny płot oraz brama, mali amatorzy zimowych sportów zupełnie się tym nie przejmowali, goszcząc u mnie każdej zimy.

– Weź no, Tedi, wyjdź z nim na te sanki w końcu – poprosiłam męża, który już od co najmniej dwóch godzin obiecywał Maciusiowi, że pójdzie z nim pozjeżdżać.

Mój synek był jeszcze o wiele za mały, by mógł wyjść z domu bez opieki dorosłych, nawet gdybym mogła przez cały czas widzieć go z okna.

– Zaraz – odparł Tedi. – Jem.

– Godzinę temu też jadłeś – odparłam, nie chcąc okazywać zbytniego zniecierpliwienia, bo mój mąż gotów był się jeszcze obrazić i z Maciusiowych sanek nici…

– Na głodnego nie pójdę – burknął Tedi. – A w ogóle to… jak skończę jeść, podjadę do sklepu po prawdziwe sanki dla niego, drewniane. Te, które ma, są całkiem bez sensu. Co to w ogóle jest? Ni to rynna, ni nocnik, w dodatku z plastiku. Dla bab i dziewuch co najwyżej. Nasz syn będzie jeździł jak prawdziwy facet, solidnym pojazdem, i to z kierownicą.

– Dobrze, ale jutro mu go kupisz, spójrz, jak on tęsknie patrzy na te dzieciaki…

– Maciuś! – zwrócił się Tedi do chłopczyka. – Ty się nie patrz tęsknie. Normalnie się patrz, chłopu nie wypada się tęsknie patrzeć. Zaraz wrócę, a wtedy cała ta banda będzie się tęsknie patrzeć na ciebie.

Mój mąż – jak na niego dość szybko – się zebrał i wyszedł. Nie zdążyłam nawet, a może i nie chciałam, go uświadomić, że ma na brodzie sporej wielkości gluta z keczupu. A idź w cholerę z tym glutem – pomyślałam i też zaczęłam zbierać się do wyjścia. Od dwóch dni byłam na zwolnieniu lekarskim. Grypsko, które mnie dopadło, od tygodnia leczone domowymi sposobami i od przedwczoraj antybiotykiem, za cholerę nie chciało odpuścić. Ale co było robić, okutałam się porządnie, Maciusia wbiłam w lekko przyciasny już kombinezon i poszliśmy pozjeżdżać. Jego radość natychmiast sprawiła, że przestałam zwracać uwagę na obolałe kości, pękający z bólu łeb i nieprzyjemne dreszcze.

Tedi wrócił dobrze po dwudziestej. Sanki, jakie ze sobą przytaskał, były najzwyklejsze, nie miały żadnej kierownicy, tyle tylko, że były drewniane.

– No, mały, pośpiesz się, idziemy! – krzyknął od drzwi. – Ja już się nie będę rozbierał. Aga, ubierz go prędko, zanim się zapocę na śmierć!

Podeszłam do Tediego powoli, oparłam się o framugę drzwi i patrząc w tę jego obmierzłą, bezmyślną gębę, powiedziałam:

– Maciuś już śpi.

– Jak to… śpi? Nie zaczekał na mnie? – obruszył się Tedi.

– Czekał, ale się nie doczekał…

Odwróciłam się i wolno, z pozornym spokojem wróciłam do salonu, by dopić którąś już z rzędu gorącą herbatę z cytryną i miodem. Pobyt na mroźnym powietrzu zrobił swoje i wszystkie dolegliwości odczułam teraz ze zdwojoną siłą.

– Mięczak! Chowasz go na mięczaka! – Mój mąż usiadł obok mnie i zaraz potem wypił moją herbatę.

– Zarazisz się…

– Czym? – prychnął Tedi. – Symulowaną grypą? Daj spokój, Aga, nie bądź dziecinna…

Włączyłam telewizor i udawałam, że skupiam się na programie.

– On na pewno śpi? – upewnił się Tedi.

– Tak.

– To weź się przytul…

Przyciągnął mnie do siebie gwałtownym ruchem i włożył mi rękę w dekolt, drugą usiłując wsadzić mi w spodnie od dresu. Ściskał moje piersi, każdą po kolei, w międzyczasie skutecznie już dobierając się do dolnych partii.

– Chodź… – mruczał mi do ucha podniecony. – Pobaraszkujemy sobie trochę…

Poszłam za nim do sypialni jak automat. Tadek zdjął ze mnie tylko spodnie i majtki, nie mając najwyraźniej cierpliwości do reszty. Leżałam teraz pod nim i zastanawiałam się, na czym polega mój problem. Mój cholerny życiowy problem, pech, przekleństwo. Ten najbardziej aktualny polegał na tym, że wyszłam za Tediego. On nie był ojcem Maciusia. Maciuś, moja największa miłość i największe szczęście, był owocem, czy – jak by to inaczej ująć – krwią z krwi innego mojego problemu o imieniu Czarek. Czaruś – to imię w zasadzie mówi wszystko… Z całej siły starałam się odwrócić myśli od Czarka, jak zawsze, gdy znów próbował w nich zagościć.

– Ej, jakaś taka… nieobecna jesteś… – dotarło do mnie jakby z oddali, lecz pozwoliło odwrócić moją uwagę od wszystkiego, co z Czarkiem związane.

Spojrzałam w stronę, z której dochodził ten głos, i ujrzałam nad sobą czerwoną twarz Tadka, unoszącą się nade mną rytmicznie. Trochę się wyłączyłam i całkiem zapomniałam, że właśnie uprawiam z nim seks. Nie odpowiedziałam, w sumie nie było po co, bo po tych słowach Tadek zaraz skończył. Skończył i zasnął. Wyszłam cicho z łóżka i wzięłam gruntowny prysznic. Zrobiłam sobie potem jeszcze jedną herbatę i na powrót usiadłam przy telewizorze. Ściszyłam głos, by Maciuś, a już nie daj Boże Tadek, się nie obudził. Znów zamyśliłam się tak głęboko, że nawet nie usłyszałam, kiedy do salonu wszedł tata. Dopiero gdy podszedł do mnie i ucałował mnie w policzek, ponownie odzyskałam świadomość.

– I jak, córeczko?

Tata pytał o moje samopoczucie w związku z chorobą, ale ja odpowiedziałam zdecydowanie bardziej ogólnie.

– Do dupy, tatuś. Całkiem do dupy i się nie zanosi, żeby było inaczej. Powiedz mi, czemu jednym udaje się wszystko, czego się dotkną, a ja, a my… – dodałam, bo ten swoisty życiowy pech dotyczył również mojego ojca – cokolwiek byśmy zrobili, zawsze jest do dupy?

– I ja się nieraz nad tym zastanawiałem. – Tata przytulił mnie do siebie. – Ale tak widać musi być… Jak to najstarsi górale mawiali, dupą wojujesz, od dupy zginiesz…

– Myślisz? – spytałam z pewną wątpliwością.

– Myślę. Sama wiesz, już zresztą o tym gadaliśmy. Takie geny kurewskie, przekazywane z pokolenia na pokolenie.

– Od zawsze? – spytałam, bo nieraz mnie to nurtowało. To znaczy, kto był, że tak powiem, protoplastą tego wielopokoleniowego kurewstwa.

– No ja nie wiem, czy od zawsze, bo ileż to się można w te pokolenia cofnąć. Ale jak jesteś ciekawa, to możesz spytać dziadka Grześka, póki jeszcze żyje.

– A wiesz, jednak wolę nie – odparłam z wahaniem, bowiem wyczyny dziadka i jego potomnych były dla mnie wystarczającym balastem przez całe dotychczasowe życie.

– Kładź się spać, córeczko. – Tata poklepał mnie po ręce. – Późno już, szkoda tak forsować chore ciało.

– I duszę, tatku. – Ucałowałam go na dobranoc i ze sporą niechęcią udałam się do sypialni.

Tadek spał twardo, chrapał, ciamkał i pochrumkiwał, a to były trzy główne oznaki, że choćby z armaty strzelać, on się nie obudzi. Mnie jednak sen nie chciał utulić w swych kojących ramionach. Zastanawiałam się długo w noc, nie pierwszy zresztą raz, jak mogłam dopuścić do sytuacji, by w wieku dwudziestu kilku lat, z wyglądem, który sprawiał, że oglądali się za mną prawie wszyscy heteroseksualni faceci, i wykształceniem (niepełnym wyższym) – z własnej nieprzymuszonej woli co noc leżeć obok najzwyklejszego wieprza. Bez urody, ogłady, o IQ nieco wyższym od mrówkojada. Albo i nie…

Zazwyczaj sama zapędzałam się takimi rozważaniami w kozi róg, bo to przecież mój tatko, drugi po Maciusiu najukochańszy facet w życiu, mnie w tę sytuację wmanewrował z najszlachetniejszych pobudek i w najlepszej wierze. Jak więc miałam mu to mieć za złe? Sobie, owszem, bo przecież mogłam się nie zgodzić, ale skoro już się zgodziłam, ja byłam winna. Otóż pewnego razu mój wspaniały, ale równie naiwny jak ja ojczulek wparował do domu z przypadkowo spotkanym kolegą. Nieco młodszym od siebie i dużo starszym ode mnie. Tak zwanym kawalerem z odzysku. Opowiadał, że tak mu się życie pechowo ułożyło, a raczej nie ułożyło, że ze względu na charakter swojej pracy nie założył nowej rodziny, dlatego teraz, gdy nagle skroił mu się nadspodziewanie długi urlop, zwyczajnie nie może sobie miejsca znaleźć. A że nawinął się akurat tacie pod rękę, ojczulek, jak to on, zaprosił go do nas. Natychmiast zaangażował go do pomocy przy pracach gospodarczych w ogrodzie, karmił, poił i dotrzymywał wieczorami towarzystwa. Tatuś do dziś idzie w zaparte, że nawet przez myśl mu wówczas nie przeszło, by mnie z nim wyswatać, a ja mu wierzę. To znaczy wówczas mu nie przyszło, ale gdy już się zorientował, jak bardzo wpadłam Tediemu w oko, przyszło mu natychmiast. Oczywiście do niczego mnie nie przymuszał, nie naciskał, roztaczał tylko przede mną wizję, jak bardzo Tedi mógłby polepszyć naszą życiową sytuację.

Tatko był wówczas bez pracy, to ja utrzymywałam dom, mojego synka i jego, na szczęście zarabiałam bardzo dobre pieniądze. Niewystarczające jednak, by żyć całkiem bezproblemowo, zwłaszcza że mieliśmy do spłacenia kredyt wzięty na kupno naszego domu. Czas robi swoje, pranie mózgu też, więc w końcu i mnie się zaczęło wydawać, że małżeństwo z Tadeuszem mogłoby być dla nas całkiem korzystne, to znaczy zyskowne dla naszej sytuacji materialnej, być może całkiem niezłe dla mojego synka, dla mnie natomiast nieszczególnie przykre. Tedi pracował jako kierowca tira, w związku z czym w domu mógł bywać jedynie w weekendy, a kolosalne pieniądze, które zarabiał, mog­ły nam pozwolić bardziej bezstresowo wyjść z długu. Tak więc przestałam w końcu odrzucać jego awanse, robiłam to dla mojej rodziny, taty, synka, i być może dla osiągnięcia jako takiego poczucia bezpieczeństwa. Dziś wiem, że była to największa głupota w moim życiu. No, może na równi z wdaniem się w romans z Czarkiem, ale dzięki temu miałam przynajmniej Maciusia. Dzięki małżeństwu z Tedim miałam wyłącznie niesmak, stany lękowe i wiecznie nawracającą grzybicę pochwy.

Ślub z Tadeuszem wzięliśmy pod koniec sierpnia, w ulewne, pochmurne popołudnie. Nie miałam na sobie ani białej sukni, ani welonu, chociaż moja teściowa bardzo na to nalegała. Tadkowi też by się to podobało, ale się zaparłam i już. Wówczas ciągle jeszcze miałam ogólną niechęć do facetów po tym wszystkim, co spotkało mnie ze strony Czarka – bawidamka i kurwiarza jak mój dziadek, i jak on niespecjalnie przystojnego i godnego zaufania. Ale miał w sobie to coś, co tak bardzo pociągało wszystkie kobiety w mojej rodzinie, ten błysk w oku, pod wpływem którego dech zapierało mi w piersi i miękły nogi, a potem już mógł robić, co tylko chciał. Taka karma? W każdym razie gdy stałam przed urzędnikiem stanu cywilnego z facetem, który chyba jeszcze niczego nie jadł, a już był upaćkany na gębie i z którym za moment miałam zacząć stanowić podstawową komórkę społeczną – błagałam w duchu wszystkie niebiańskie i piekielne moce, aby się nagle otworzyły drzwi i stanął w nich ktokolwiek, kto by (jak w amerykańskich filmach) wykrzyczał, że zna powody, dla których nie mogę się związać z tym oślizłym typkiem, a ja rzuciłabym mu ślubny bukiet pod nogi i zwiała, gdzie oczy poniosą…

Nic podobnego się nie wydarzyło. Zostałam żoną pospolitego wieprzka i jestem nią do dziś. Niestety, tę jakąś irracjonalnie absurdalną, denną i beznadziejną życiową głupotę w całości odziedziczyłam po babci Kundzi. Gdybym była bardziej podobna do dziadka, to ja bym wybierała, z kim chcę być, kiedy i na jak długo.

ROZDZIAŁ II

Wszystko zaczęło się od dziadka

Dziadek Grzesiek, można by rzec, był – i jest, ale już jakby mniej – postacią tragiczną. Głównie dla kobiet swojego życia, a już najbardziej dla mojej rodzonej babci. Babcia Kundzia kochała go od zawsze miłością ogromną, bezkrytyczną i chyba raczej bezwzajemną, choć kto wie, podobno faceci jego pokroju potrafią kochać wszystkie swoje kobiety jednocześnie. Gdyby nie ta miłość – wielka, romantyczno-tragiczna – być może babcia odegrałaby w moim życiu jakąś większą rolę, ale w jej sercu poza dziadziusiem nie było już miejsca dla nikogo: ani dla swojej córki, a mojej matki, ani dla syna, a tym bardziej dla hałaśliwej drobnicy zwanej wnukami. Babcia za młodu była kobietą tak piękną, że nawet jej wizerunek na fotografii z tamtych czasów mógłby wprawić mężczyznę w głęboki erotyczny niepokój. Z pewnością tak było niegdyś z dziadkiem, który nie odpuścił, póki jej nie zdobył, a potem, nie wiem czy z równym entuzjazmem, się z nią ożenił.

Dziadek nie należał do przystojnych facetów; niezbyt wysoki, nieszczególnie zgrabny i na twarzy też niespecjalny. Miał jednak w sobie to coś, co umożliwiało mu zdobycie każdej, ale to dosłownie każdej kobiety. Przede wszystkim był uroczy i szarmancki, miał też jakąś nadprzyrodzoną cechę, dzięki której wiedział nie tylko, czego ogólnie rzecz biorąc kobietom potrzeba, ale i czego potrzebuje ta konkretna, jedna jedyna, na którą aktualnie zagiął parol. Poza tym dziadek był artystą, z zawodu jubilerem złotnikiem, a to już z pewnością potrafiło przekonać do niego wszystkie, jeśli wrodzony urok nie wystarczał. Dziadziuś miał własną pracownię jubilerską i sklep, w którym sprzedawał wyłącznie biżuterię własnego projektu, jakiej gdzie indziej nie można było dostać. Wszystkie jego wyroby były niepowtarzalne.

Były to czasy, gdy w naszym kraju nie każdy mógł sobie pozwolić na tego rodzaju precjoza, ale tych „niekażdych” było całkiem sporo: badylarzy, rzadkich, aczkolwiek bardzo forsiastych prywatnych przedsiębiorców, drobnych ciułaczy. Wszyscy oni bardzo radzi inwestowali w złoto, zyskując przy tej okazji status dobrych mężów, gdyż nie były to żadne sztabki, tylko najniezwyklejsza damska biżuteria. Dzięki temu dziadzio obracał się wśród przedstawicieli elit nie tylko ze sfer prywatnych, ale i państwowych, którzy dzięki wykonywanym zawodom żyli nie tyle z uczciwej wypłaty, co ze szczodrych dowodów wdzięczności – czyli przede wszystkim prawników i lekarzy.

Ale wracając do babci Kundzi: to była inteligentna kobieta, choć mówi się, że te ładne są zazwyczaj głupie. Babcia jednak doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że dziadek zdradza ją na lewo i prawo, ale niestety kochała go zbyt mocno, by zgłaszać w tej sprawie jakiekolwiek reklamacje typu „miłość, wierność i inne ble-ble do usranej śmierci”. Taki instynkt samozachowawczy: a nuż by się poczuł urażony i odszedł do aktualnej flamy? Nie, babcia Kundzia była na to zbyt mądra, dlatego kochała i cierpiała, nieco później zaś kochała, cierpiała i piła… A gdy dziadek po dziesięciu latach małżeństwa wymienił ją na nowszy model, kochała go nadal, więc jeszcze więcej cierpiała i jeszcze więcej piła. Nic dziwnego, że dzieci stały się dla niej od tej pory przeszkodą, bo nie dość, że przeszkadzały jej w totalnie pochłaniającym kochaniu dziadka i ograniczały możliwość picia, to jeszcze na każdym kroku jej go przypominały. Moja mama co prawda – na szczęście lub nie – odziedziczyła urodę po babci Kundzi, jej brat natomiast po dziadku, ale choć bardzo się starał, talent do uwodzenia mu tej „urody”, jak w przypadku dziadka, nie rekompensował. Pewnie dlatego w którymś momencie zraził się do kobiet i został gejem, ale o tem potem.

* * *

Być może gdyby dziadek zszedł babci z oczu raz na zawsze oraz nieodwracalnie, potrafiłaby w końcu zapomnieć o nim na tyle, by zacząć normalnie żyć. Ale mąż i ojciec jej dzieci miał pełne prawo do spotykania się z nimi, kiedy tylko miał na to ochotę. Babunia świetnie umiała to wykorzystać i sprowadzała dziadunia do domu tak często, jak jej się udawało. Z wielką zawziętością i mściwością przygotowywała wówczas wszystko, co dziadek lubił jeść, a nawet, jako koneser nie tylko kobiet, ale i kulinariów, był gotów dla takich na przykład flaczków jagnięcych z parmezanem wiele poświęcić… I tu babunia była górą, bowiem jego nowa żona poza dużymi zgrabnymi cyckami i buźką niedorozwiniętej łani nie prezentowała sobą (zdaniem babci) niczego więcej.

– Poza sypialnią, rzecz jasna, bo nogi to każda rozłożyć umi – mawiała do mnie w czasie, gdy mój wiek kompletnie nie pozwalał mi pojąć, do czego rozłożone nogi miałyby w małżeństwie służyć.

Tak więc dni, w których moją matkę i jej brata odwiedzał ich tatuś, były dniami szczególnymi, bo oprócz tego, że mieli przez chwilę ojca, mieli również i matkę. I jedzenie było takie normalne, gotowane, i pełną parą brali udział w rodzinnym życiu, które polegało na przekazywaniu ojcu słów matki i vice versa, mimo iż siedzieli naprzeciw siebie. Ot, taka gra towarzyska, która weszła do tradycji na tyle mocno, że trwała i trwała mimo zmieniających się dziadkowych żon. Bo babcia biła je wszystkie na głowę w gotowaniu i pieczeniu.

Mój dziadek, dżentelmen, mimo iż żenił się wyłącznie z wybranymi kobietami, pozostałym, którym ze względu na swój zajęty stan nie był w stanie zaoferować małżeństwa, dawał inne dowody miłości. Zaprojektował kiedyś niezwykle oryginalną zawieszkę do łańcuszka, przedstawiającą dwa kopulujące na listku koniczyny żuczki. Bardzo podobała się ona wszystkim kobietom, w sumie nie wiadomo czemu, bo w zasadzie niczym szczególnym nie olśniewała. Wydumał więc sobie chłopina, że aby wilk (czyli kolejna panienka) był syty i owca (czyli niepowtarzalność jego wytworów) cała, każdorazowo dodawał koniczynce jeden listek, a żuczkom nóżkę.

Pierwszą obdarowaną w ten sposób była babcia Kundzia, a ponieważ trzeba było być naprawdę głupim, ślepym lub jedno i drugie, by nie rozpoznać w arcydziele jubilerskim ręki dziadka, znalazła sobie oprócz dogadzania jego podniebieniu jeszcze jedno zajęcie, które nazywała polowaniem na ladacznice. Z lubością całymi dniami snuła się po mieście, ale szczególnie chętnie zapuszczała się w ulubione miejsca kobiet, takie jak zakłady fryzjerskie, kosmetyczne, drogerie, sklepy z fatałaszkami. I całkiem nierzadko zdarzało jej się na szczęśliwą posiadaczkę takiej koniczynki z żuczkami trafić… Wówczas babunia zabierała się do roboty: w sobie tylko wiadomy sposób zdobywała tożsamość i adres owej damy, a następnie skupiała się na smarowaniu anonimów. Najlepiej było, jeśli delikwentka posiadała męża. Jeśli nie, babcia pisała do jej rodziców, przełożonych w zakładzie pracy, a od biedy wieszała bardzo konkretny paszkwil w klatce bloku, w którym nieszczęsna mieszkała. Albo na słupie, albo na przykościelnej tablicy ogłoszeń. Myślę, że w ten sposób robiła nawet dziadkowi przysługę, bo on, jako dżentelmen, nigdy nie potrafił zręcznie zakończyć romansu, a że dość szybko się nim nudził, była żona wyręczała go w tym bardzo skutecznie.

Druga żona dziadziusia była od niego dziesięć lat młodsza. Osobiście niewiele o niej wiem, ale w rodzinie od czasu do czasu można usłyszeć opowiastkę, jak któregoś dnia pod nieobecność babci oboje z dziadkiem dokonali podziału majątku. Dzielili tak gorliwie, że ta jakaś tam… nawet nie pamiętam jej imienia, zabrała kolejkę elektryczną brata mojej mamy. I tu powstała druga hipoteza związana z jego zmianą orientacji: otóż wujek Goguś (od Grzegorza, po dziadku) zaczął wówczas z braku laku bawić się lalkami swojej siostry i od tej pory powoli ponoć tracił zainteresowanie męskim światem. Dość długo tłumił w sobie coraz bardziej nasilające się gusta ku płci tej samej, aż wreszcie przypadek sprawił, że ugruntowały się one w nim na dobre. Jak już wspomniałam, nie bardzo szło wujkowi Gogusiowi wyrywanie lasek, choć starał się jak mógł. W jego przypadku nawet upominki w złocie nie pomagały. Któregoś razu jednak wrócił do domu z nocnych sobotnio-niedzielnych wojaży z niezwykle interesującą, młodziutką brunetką. Babcia Kundzia obojętna na wszystko, co nie było związane z jej mężem, nawet się nie skrzywiła. Goguś spędził z brunetką tak upojną noc, że rano oznajmił swojej niezbyt zainteresowanej tematem matce, iż będzie się żenił. I to pilnie.

– Weź sobie wobec tego jakiś pierścionek z mojej kasetki. – Babcia machnęła ręką w stronę swojej toaletki. – Poproś ją o rękę i daj mi, do jasnej cholery, wreszcie spokój, gdyż gołąbki muszę zacząć robić. Grzesiu dzisiaj przychodzi…

No i właśnie, gdyby nie wizyta dziadka, wujek Goguś długo jeszcze pozostawałby w nieświadomości co do swojej pierwszej ukochanej, gdyż był chłopcem wrażliwym, naiwnym i tyle co przestał być prawiczkiem. Narzeczona wujka, Rafaela, została na obiedzie, bo w końcu była już niemal członkiem rodziny. Dziadek w obecności giętkiej, urokliwej czarnulki prężył się, nadymał i błyskał dowcipem. Nie zważając kompletnie (bo to było od niego silniejsze), że ma do czynienia z przyszłą synową, roztaczał swój czar i tylko czyhał na jakieś małe sam na sam. Gdy Rafaela udała się do toalety, pod pretekstem postawienia wody na kawę podążył za nią. Wrócił w mgnieniu oka.

– Czy ty możesz mnie, Goguś, objaśnić, czemu twoja narzeczona szcza na stojąco? – spytał lekko skonsternowany.

– Nie wiem. – Goguś wzruszył ramionami. – Kibla nie zna, może się boi, że się czymś zarazi.

– To niemożliwe. Nie dałaby rady szczać, stojąc pół metra od sedesu. Ona tam musi coś na przodzie mieć…

– Co ty bredzisz, Grzesiu? – obruszyła się babcia. – Już ty dobrze wiesz, co baby na przodzie mają.

– No właśnie dlatego się dziwię, że wiem.

Rafaela wróciła do stołu, obciągnęła skromnie swoje króciutkie mini i usiadła, zakładając nogę na nogę. Przy stole na moment zapanowała cisza, ale babcine gołąbki dość szybko pomogły wszystkim zapomnieć o sprawie. Wujek Goguś, mimo iż się z samego rana oświadczył, o ślubie nigdy już nie wspomniał. Żył i żyje sobie z Rafaelą do dziś, a cała reszta jest po prostu milczeniem…

* * *

Trzecia żona dziadka była rodowitą Angielką, o typowej… angielskiej urodzie. Jej niewątpliwą zaletą, poza być może jakimiś ukrytymi talentami, było to, że miała w tej Anglii duży dom i spory majątek. Komuna jeszcze u nas nie kwapiła się, by odpuścić, a złakniona męskiej adoracji Helen Baker była świetną przepustką dla dziadka do rozkosznej zgnilizny Zachodu. Po dość gwałtownym rozwodzie z drugą żoną dziadziuś wziął z Helen ślub, już w jej ojczyźnie. Obwieszona złotem i rzecz jasna wisiorkiem z kilkunastolistną już koniczynką, tudzież żukami o nieprawdopodobnej liczbie nóg, oblubienica z zamglonymi ze szczęścia oczami powiedziała przed ołtarzem „I do” – i tak zaczęło się nowe życie dziadka Grzesia.

Dzięki połączonym kapitałom, czyli temu, co w nieruchomościach, ruchomościach oraz żywych funtach wniosła w małżeństwo Helen, a także temu, co dziadziuś przytachał na obczyznę w walizce, otworzyli do spółki w jej rodzinnym mieście ogromną jubilerską firmę z licznymi oddziałami, sklepami i sklepikami. Ojciec Helen, bogaty przedsiębiorca, który poza jedyną córką świata nie widział, wspierał ich jak mógł, nie żałując niczego. Nie wspomniałam jeszcze, że tym razem to małżonka była o dziesięć lat od dziadka starsza, będąca w okresie, że tak powiem, poprokreacyjnym. Bolał nad tym bardzo jej ojciec, bo niestety nie zanosiło się na przedłużenie rodu w linii jakiejkolwiek. Dziadek ubolewał razem z nim, roniąc gorzkie łzy i drąc szaty podczas rodzinnych, mocno zakrapianych kolacji. Wiedział bowiem, że choćby nie wiadomo jak ronił i jak darł, bycie ojcem mu na szczęście nie grozi. Mógł za to ten fakt śmiało wykorzystać w przyszłości, gdyby mu się życie u boku Helen znudziło. O dziwo, dziadek wytrzymał z nią całe siedem lat, ale chyba nie cierpiał z tego powodu zbytnio, bo gdy już w końcu wrócił do kraju, pokazał mi swój najnowszy autorski wyrób: zawieszkę w kształcie stokrotki z dwiema kopulującymi na niej stonogami…

Ale to tak na marginesie, gdyż temat jeszcze się nie wyczerpał. Po siedmiu latach współżycia z angielską małżonką dziadek zaczął „czuć pustkę”. Polegała ona na tym, że nagle w sposób nieprawdopodobnie bolesny z dnia na dzień uświadamiał sobie, że nigdy w tym wielkim domu nie usłyszy „tupotu małych stópek”. I coraz bardziej dramatycznie dawał temu wyraz.

– Ale ty pszeczez masz już jakieś bejbis. – Myślę, że tak wówczas mogła mu powiedzieć Helen.

– Owszem. Ale one nie mają już małych stópek. – Jak znam mojego dziadka, to właśnie coś w tym stylu jej odpowiedział.

A kiedy zmarł jego angielski teść, bez najmniejszych już oporów sprzedał cały wspólny majątek i wrócił do kraju. Przybita wyrzutami sumienia z powodu swojej niepłodności angielska żona nie zaprotestowała nawet jednym słowem.

* * *

Jestem pewna, że decyzję dziadka o odejściu od Helen przyśpieszyło pojawienie się w jego życiu przyszłej czwartej żony o wdzięcznym imieniu Ilona. Ta chuda i nieprawdopodobnie wysoka turystka z Polski zjawiła się w dziadkowej pracowni zupełnie niespodziewanie. Przeczytała na tabliczce nazwisko właściciela i niezmiernie się ucieszyła, że oto w chwili dla niej tak niekomfortowej i przykrej Bóg zesłał jej w swojej opatrzności rodaka. Ilonka zgubiła dokumenty, a nie bardzo umiała się porozumiewać po angielsku, więc ktoś taki jak mój dziadek był w tym momencie na wagę złota. Dosłownie i w przenośni… Dziewoja opowiedziała mu o swoim nieszczęściu, robiąc przy tym różne sprytne wygibasy błękitnymi oczami, które zaraz potem rozpaczliwie utkwiła w oczach dziadka. Nieco już wyblakłych, z sinawymi worami, których z czasem nabawił się od ślęczenia przy lupie. Dziadek miał jednak dar odradzania się jak Feniks z popiołu, jeśli miał ku temu odpowiednią inspirację. Co z tego, że Ilona była o połowę młodsza, co z tego, że o pół metra wyższa, gdy jak mniemał, oboje nagle poczuli do siebie „to coś”? W jednej sekundzie zniknęły wory spod jego oczu, usta nabrzmiały niebezpiecznie, natychmiast też stracił na wadze i zyskał na wzroście. Nie wiem, jak on to robił, ale widziałam takie numery na własne oczy. Jak się można domyślać, podstarzały amant nie kwapił się za bardzo, by pomóc nieznajomej w powrocie do kraju; przeciwnie, wynajął jej pokój w najlepszym hotelu i stał się bardzo częstym gościem, by rzecz jasna zdawać jej na bieżąco sprawozdanie z postępów swoich starań. Tak czy inaczej, dziewucha zakotwiczyła w tym hotelu na dwa miesiące, a gdy się z niego wyprowadzała, z konieczności towarzyszyło jej czterech bagażowych. I dziadek, niosący za nią torebkę z najprawdziwszego krokodyla.

Za pieniądze wyszarpane od Helen dziadziuś urządził w Polsce super-hiper wypasione wesele, wprowadził się do bardzo nowoczesnego jak na owe czasy domu (nabytego od jednej z moich ciotek, ale na razie nie będę komplikowała wątku) i oczywiście otworzył pracownię złotniczą oraz kilka sklepów jubilerskich. Zdobył się też na nieprawdopodobny gest względem swoich „bejbis” o całkiem już sporych stópkach, a mianowicie kupił mojej matce i jej bratu ogromniastą willę w sąsiednim mieście. Tak wielką i urządzoną z tak ogromnym przepychem, jakby była budowana specjalnie dla niego. Bo tak się złożyło, że jej poprzedni właściciele, nieustępujący w niczym majętności dziadkowi, mieli podobne jak on upodobania. W tym domu przyszło mi spędzić sporą część dzieciństwa i wczesnej młodości, bo moja matka w międzyczasie wyszła za tatę i tam ja zostałam poczęta.

Dom Ilony i dziadka był zdecydowanie od naszego mniejszy, co jej o dziwo zupełnie nie przeszkadzało. Zresztą… fakt, był dużo mniejszy, ale co z tego, skoro gdy nasz miał aż czternaście pokoi, ich miał „tylko” osiem? Więc w sumie Ilona nie miała na co się skarżyć, zwłaszcza że dziadek tę lokalową skromność rekompensował jej wszelakimi innymi dobrami: autami, futrami, biżuterią, zagranicznymi wojażami w miejsca dowolnie przez nią wybrane. Po latach okazało się jednak, że dziadek tego ich domu wcale nie kupił, tylko wynajął. Może tu wspomnę, ale tymczasem tylko wspomnę, że jest to ten sam dom, w którym mieszkam dziś z tatą, synkiem i małżonkiem.

Ilona była albo na tyle przebiegła, albo na tyle głupia, że w rok i sześć miesięcy po ślubie obdarowała dziadka potomkiem. Gdy została matką, przestała robić w domu cokolwiek, choć do tej pory również robiła niewiele. Nie sprzątała, nie prała, nie gotowała. Jedyną rzeczą, na którą dziadek mógł z jej strony liczyć, była poranna kawa i dbanie o to, by w domu nigdy nie zabrakło papierosów i żołądkowej gorzkiej.

Jasiek urodził się jako wcześniak i być może dzięki temu albo po prostu dzięki podobieństwu do matki zawsze był nieprawdopodobnie chudy, długi i blady. Zapewne nie bez wpływu na jego rozwój były też specyficzne metody wychowawcze i sposób odżywiania go przez Ilonę. Gdy chłopak przyszedł na świat, macierzyństwo było już na tyle łatwe, że nie wymagało zbyt wielkiego nakładu pracy. Wszystko załatwiały pampersy, nawilżające chusteczki do wycierania tyłka i mleko w proszku, które można było rozpuścić nawet w wodzie z kranu. Dlatego być może Jasiek był taki, jaki był: niemal do szóstego roku życia siurał i walił kupska w pampersy i prawie niczego nie lubił jeść poza chińskimi zupkami, bo Ilona wprowadziła je do jego jadłospisu zaraz potem, gdy przestał się odżywiać mlekiem w proszku i przecieranymi papkami ze słoików. Załatwianie się w pampersy wyperswadowały Jaśkowi panie z przedszkola, ale monodieta z chińskich zupek została mu być może i do teraz. Nie wiem, bo Jasiek jak tylko dorósł, ożenił się, wyjechał z żoną do Lublina i nasz kontakt całkowicie się urwał.

Co na to wszystko dziadek? Ano, nic. Jak zawsze pochłaniały go bez reszty praca zawodowa i rekreacyjne skoki w bok. Do domu wracał coraz później i bywał w nim coraz rzadziej. Dlatego być może do dziś nie rozwiódł się z Iloną, bo po prostu czas, jaki z nią spędzał, był zbyt krótki, by mogła mu zacząć w czymkolwiek przeszkadzać. Poza tym pewnie nie miał już ochoty po raz kolejny się żenić, a fakt, że miał już żonę, skutecznie studził zakusy jego kolejnych kochanic na coś więcej niż przelotny romans. Tę samotność we dwoje osładzała Ilonie żołądkowa gorzka w ilościach wprost proporcjonalnych do pogłębiającej się frustracji. Z czasem w ich domu zagościły syf, kiła, mogiła i karaluchy. Nie przeszkadzało to Ilonie, bo „żołądkowa” nie pozwalała jej w sposób realny ocenić swojego położenia, nie przeszkadzało też dziadkowi, gdyż on, w przeciwieństwie do żony, uprawiał życie bardziej towarzyskie niż rodzinne.

* * *

Kiedy dziadziuś ożenił się z Iloną, babcia Kundzia naprawdę się wkurzyła. Jak nigdy dotąd, choć logicznie rzecz biorąc powinna była się już przyzwyczaić.

– No bo co on sobie wyobraża, kutas nienażarty jeden? – wykrzykiwała od czasu do czasu. – Przecież ja coraz starsza jestem i młodsza już nie będę!

– Ale przecież to nie z tobą się dziadek ożenił, więc to raczej nie twój problem – dziwiłam się tym jej wybuchom.

– Jak to nie mój? – zaperzała się babcia. – Myślisz, że ja ciągle mam siłę, żeby za tymi jego dupami nadążać? Muszę przecież wiedzieć, z kim mam do czynienia! A tu ledwie zbiorę konieczne informacje, wypracuję jakąś taktykę, metodą prób i błędów dopasuję do sytuacji, a ten ciach! Już ma inną.

Na taki argument nie byłam w stanie odpowiedzieć. Bo w sumie co racja, to racja, babunia zawsze musiała znać słabe punkty rywalki, by skutecznie w dziadkowych małżeństwach mieszać. Jedno było pewne: żadna nie dorównywała jej w kuchni, tu babcia miała zawsze asa w rękawie i dziadka w garści. Ale zdarzało się też i tak, że gdy na przykład druga żona dziadka nie cierpiała opery, którą ten uwielbiał, babcia kupowała od czasu do czasu dwa bilety i na czas trwania spektaklu znów stawała się jego „namber łan”. Angielka natomiast była zimna i bez seksualnego polotu, więc gdy dziadek wpadł kiedyś na tydzień do kraju, udało jej się nawet ze dwa lub trzy razy zaciągnąć go do łóżka. A tu masz, tak dobrze żarło i zdechło!

Ilona była nie tylko kupę lat od babci młodsza i wyglądała, zdaniem dziadka, jak Kate Moss, modelka, na widok której (również zdaniem dziadka) krew gotowała się facetom w żyłach, lecz jeszcze na dodatek towarzyszyła mu z początku w wyjściach do opery. Miarka się przebrała, gdy Ilona urodziła dziadkowi syna. Babcia podjarała się do tego stopnia, że… sama wyszła za mąż, za niejakiego Lucjana Odrzywoła, masarza z zawodu. Jedyną jej radością z tego stanu rzeczy było, że dziadek naprawdę, autentycznie i w bardzo widoczny sposób się wściekł. No bo jak to! Jego Kundzia? Za mąż?? Za obcego faceta???

Satysfakcja babci nie trwała jednak długo, bo w ramach owej wścieklizny dziadzio przestał się u niej dożywiać, skutkiem czego to ona teraz zapierdzielała do jego zakładu z menażkami. Zmierziło więc babcię to jej małżeństwo dość prędko, bo w niecały rok. Wyrzuciła z domu nowego ślubnego, nie zawracając sobie głowy rozwodem, ale on sam ją od tej formalności wybawił, ponieważ się powiesił z rozpaczy. Wtenczas babcia Kundzia popadła w totalną apatię. Nie z powodu samobójczej śmierci Lucjana, ale dlatego, że sama sobie w miarę już ułożone stosunki z dziadziusiem pokomplikowała. Wciąż jeszcze gotowała i piekła, a potem zjadała wszystko w pojedynkę. I jeszcze więcej piła. W ciągu pół roku utyła tak bardzo, że zafundowała sobie fotel na kółkach, żeby móc łatwiej poruszać się po kuchni. Przypomniała sobie też o pewnym drobnym fakcie: że posiada dwójkę dzieci, których chrześcijańskim obowiązkiem jest zająć się nie do końca sprawną matką.

CIĄG DALSZY DOSTEPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

ROZDZIAŁ I. Dom na wzgórzu

ROZDZIAŁ II. Wszystko zaczęło się od dziadka

ROZDZIAŁ III. Matka Joanna od demonów

ROZDZIAŁ IV. No i jestem

ROZDZIAŁ V. Dom, w którym straszy

ROZDZIAŁ VI. Wzgardzony wianek

ROZDZIAŁ VII. Hesia

ROZDZIAŁ VIII. Zaskakująco mały świat

ROZDZIAŁ IX. Szymonek vs Damianek

ROZDZIAŁ X. Płomienne zorze

ROZDZIAŁ XI. Seksualne wybryki tatki

ROZDZIAŁ XII. Tabu

ROZDZIAŁ XIII. Makabryczny numer cioci Haneczki

ROZDZIAŁ XIV. Czaruś

ROZDZIAŁ XV. Tuż przed odjazdem pociągu

ROZDZIAŁ XVI. Jak mama stała się babcią

ROZDZIAŁ XVII. Tedi

ROZDZIAŁ XVIII. Wszystkie nasze dzieci

ROZDZIAŁ XIX. Wigilia i inne tradycje

ROZDZIAŁ XX. Solidarność jajników

ROZDZIAŁ XXI. Odczarować pecha

Post scriptum

Spis treści

ROZDZIAŁ I. Dom na wzgórzu

ROZDZIAŁ II. Wszystko zaczęło się od dziadka

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Nieświęta rodzina Futra, perły i łzy jak piołun gorzkie Dopóki śmierć nas nie połączy Zła miłość Farbowana blondynka Harpia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy