Wszystko, tylko nie mięta

Wszystko, tylko nie mięta

Autorzy: Ewa Nowak

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 18.40 zł

Lekko napisana, dowcipna debiutancka powieść jednej z najbardziej popularnych pisarek dla młodzieży! Jej bohaterowie – niezwykle barwna, lekko zakręcona rodzina Gwidoszów podbiła serca tysięcy młodych czytelników: przesympatyczna mama (z kilkunastoma niezwykłymi pomysłami na minutę, a wszystkie zgodne z najnowszymi trendami), która po czterdzieste postanowiła zająć się psychologią, tata, który wziął sprawy we własny ręce i zamiast dalej być nauczycielem postanowił zająć się ubezpieczeniami, kot o imieniu Pies i pies Łata, który nie lada zaskoczy swoich państwa... A przede wszystkim nazywany przez koleżanki szkolnym casanową zabójczo przystojny maturzysta Kuba, jego dwa lata młodsza siostra Malwina (w oczach starszego brata – ot, siostra jak siostra) i uwielbiana przez bliskich przesympatyczna Marysia – często najtrzeźwiej z rodziny myśląca... pięciolatka.
Aż chciałoby się pomieszkać trochę z Gwidoszami w ich niewielkim warszawskim mieszkaniu, gdzie od czasu do czasu czegoś brakuje, ale miłości – nigdy.
I myślenia o miłości.  I marzeń Malwiny, by wreszcie mieć chłopaka. I zaskoczenia Kuby, który w końcu pozna dziewczynę, która nie patrzy na niego z uwielbieniem. I na każdy temat ma inne zdanie...
Na szczęście z rodziną Gwidoszów nie trzeba się rozstawać na zawsze – powraca bowiem w kolejnych książkach Autorki.
Ewa Nowak z charakterystyczny dla niej poczuciem humoru daje nam wszystkim – jakby mimochodem – uśmiechniętą lekcję empatii.

Copyright © Ewa Nowak, 2017

Redaktor prowadzący, redakcja

Dorota Koman

Korekta

Grażyna Nawrocka

Projekt graficzny okładki

Magdalena Zawadzka

Ilustracja na okładce

© MyStocks/Shutterstock.com

ISBN 978-83-8123-588-4

Warszawa 2017

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

W ludzkich siedliskach kowadła dźwięczą

I ogień pod miechem huczy;

To on im przecież narzędzia wręczył,

On ich do kunsztu przyuczył.

Jacek Kaczmarski, Lament tytana

Jackowi Kaczmarskiemu,

Z podziękowaniami

Rozdział pierwszy

Gwidoszowie mieszkali na parterze. I w odróżnieniu od swoich sąsiadów byli z tego bardzo zadowoleni. Rodzinnym zwyczajem było podawanie sobie przez okno toreb z zakupami, bagaży po wakacyjnych wyjazdach, a przede wszystkim dzieci. Oczywiście przy każdej takiej operacji należało otworzyć cztery kłódki zamykające kraty, co czyniło ją nieznośnie długą, a poza tym towarzyszyły jej histeryczne okrzyki w rodzaju: „Kto ostatni widział klucze?!”. Ale co tam, Gwidoszowie uwielbiali zamieszanie.

Tata Gwidosz codziennie przez kuchenne okno podawał mamie gazetę, za co niezmiennie otrzymywał dwie kanapki w szarej, papierowej torebce i owoc, który zmieniał się w zależności od pory roku. Tata Gwidosz brał go bez większych oporów, ponieważ mógł się go pozbyć, zanim jeszcze doszedł do parkingu. Po drodze mijał Centrum Osteoporozy oraz pokracznego kundla o niebagatelnej kubaturze, który od lat bez przekonania pilnował pobliskiej willi i zawsze miał apetyt na wszelką surowiznę. Psisko kochało zatem nieznanego przechodnia za codzienną porcję życiodajnych witamin, a tata Gwidosz kochał psa za jego apetyt na zdrową żywność, której tata może nie tyle nienawidził, ile miał lekki przesyt, a wyrzucić po prostu nie miał moralnej odwagi.

Z dobrodziejstw parteru korzystały też zwierzęta. Gigantycznych rozmiarów kot kastrat o imieniu Pies i pies – Łapa. Duet ten mógł dosłownie godzinami wyglądać przez okno. Poza tym oba zwierzaki przysparzały problemów z utrzymaniem chociażby pozorów porządku, co stanowiło cudowny pretekst dla pani domu, aby unikać domowych robót, które w tej rodzinie uważała za bezcelowe.

*

Joanna Maria Gwidosz należała do osób, które potrafią składać sobie najdziwniejsze obietnice, ale niestety, dotrzymują ich najwyżej przez dwa tygodnie. Jednak odkąd jej najmłodsze, trzecie dziecko skończyło trzy lata i zaczęło uczęszczać do przedszkola, Joanna podjęła postanowienie narzucenia sobie i rodzinie zdrowego stylu życia. Siedziała więc teraz w kuchni na drewnianym (ekologicznym) taborecie i popijała z wyszczerbionego glinianego kubka wodę mineralną. Oczywiście niegazowaną. Kubek ten był dziełem jej najstarszej pociechy, Kuby. Przy każdej okazji prezentowała go gościom, znajomym i sąsiadom, nie wyłączając listonosza, który od lat udawał szczere zainteresowanie tym wątpliwym dziełem sztuki, bowiem doskonale wiedział, że jego zainteresowanie sprawami klientów jest wprost proporcjonalne do napiwków, jakie dostaje za roznoszenie rent, emerytur i zasiłków. Odkąd Joanna Gwidosz porzuciła zdradziecki cholesterol na rzecz pełnych witamin owoców i warzyw, latem dostawał w kubku Kuby wodę, a zimą cieniutką herbatę z rumianku. Dziś jednak przyniósł list do Malwiny, córki Gwidoszów, i wymówił się od picia w glinianym maszkaronie. Zostawił Joasię w kuchni samą, przygnębioną brakiem towarzysza chętnego do wspólnego wypicia kilku łyków mięty.

Była za cztery pierwsza. Do odebrania Maryni z przedszkola zostały jeszcze dwie godziny, zupa z porów była już gotowa. Przydałoby się pozmywać, ale Joanna uznała, że na to na razie szkoda czasu. Z całą pewnością nie była niewolnicą porządków. W tym domu zmywało się dopiero po zabrudzeniu ostatniego z naczyń. Latami maskowała się przed mężem i dziećmi, biorąc na siebie możliwie najwięcej pozadomowych obowiązków (działalność w trójkach klasowych, opieka w czasie wycieczek i szkolnych imprez). Teraz sięgnęła po telefon i połączyła się ze swoją bratnią duszą.

– Cześć, Lenuś! Co robisz? Nie przeszkadzam ci?

Lena, przyjaciółka rodziny, robiła korekty i zawsze można ją było zastać w domu. Jej mąż, dobrze zarabiający dyrektor handlowy, był tyranem i zazdrośnikiem. Jedynym zajęciem, na które pozwalał swojej żonie, były prace redakcyjne, i to tylko w domu. Joasia miała zacięcie psychologiczne i z chęcią ustaliłaby z przyjaciółką, jakież to traumatyczne przeżycia z wczesnego dzieciństwa determinują tę chorobliwą zazdrość i chęć kontroli nad żoną i córką. Gdyby miała okazję… Ale Lena nie dawała jej takiej okazji. Nigdy.

– Kochanie, jak dobrze, że dzwonisz, mam dziś fatalny dzień – przywitała Asię przyjaciółka.

– A co się stało? Masz kłopoty? Jeśli chcesz, możemy o tym porozmawiać. – Asia nie mogła lepiej trafić.

Na początku września rozpoczęła kurs dla terapeutów. Wymyśliła sobie, że musi się dokształcić i spełnić swoje odwieczne marzenie. Lena po prostu spadła jej z nieba.

– Kochanie, nie wiem, czy możesz mi pomóc. Nie wiem, czy w ogóle chciałabym o tym rozmawiać.

To było dokładnie to, na co Joasia liczyła. Wypiła mały łyczek wody. Zniżyła głos i przystąpiła do fachowej rozmowy terapeutycznej. Tak sobie przynajmniej myślała.

– Leno, znamy się wiele lat (nie wiedziała bidula, że ten argument raczej zamyka ludziom usta, niż otwiera) i jesteśmy sobie bardzo bliskie, więc możemy porozmawiać. Najgorsze, co możesz zrobić, to dusić problem w sobie. Nie tłamś tego, pozwól sobie pomóc. Człowiek z zewnątrz ma zawsze świeższe spojrzenie na problemy drugiego. Nie zamykaj się przede mną.

– No dobrze – bąknęła zniecierpliwiona Lena. – Przyjeżdża moja teściowa.

– Tak, i co dalej?

– Nic dalej, to jest właśnie ten problem. Chodzi o to, że trzeba wypucować całe mieszkanie. No wiesz: podłogi, kafelki, okna. To straszna jędza, a ja mam chore korzonki i za diabła nie dam rady tego zrobić. Szukałam przez ogłoszenia, ale wiesz, ile kosztuje umycie jednego okna? No, strzelaj!

Joasia nie dość, że nie chciała strzelać, to była tak rozgoryczona błahością problemu, że zapragnęła jak najszybciej zakończyć tę żenującą rozmowę. Tym bardziej że usłyszała zgrzyt klucza w zamku.

Najstarszy i jedyny syn Gwidoszów był zdaniem matki najbardziej kłopotliwym z domowników. Jeśli odpowiednio szybko nie podsunie mu talerza ze zdrową zupą porową, gotów wygrzebać z lodówki parówki (czysty cholesterol) albo nawet frytki.

– A, więc szukasz kogoś do sprzątania. – Głos Asi nie krył rozczarowania.

– Kto dzwoni? – zainteresował się Kuba tylko po to, aby zrobić mamie przyjemność, że interesuje się życiem rodziny.

– Ciocia Lena – szepnęła Joasia, zakrywając słuchawkę ręką. – Kochana, może ci kogoś znajdę. A ile chcesz za to zapłacić i co to ma dokładnie być? Aha, pięćset złotych. I co? Wszystkie okna, podłogi, jakieś pranie, prasowanie, nie? Dobra. Jak tylko ktoś…

– Mamo, mamo! Ciocia szuka kogoś do sprzątania? – rozgorączkował się Kuba.

– Tak, weź sobie zupę – odparła niestrudzona propagatorka zdrowej żywności. – Dobrze, spróbuję ci kogoś podesłać. Tak, tak, wiem, że to sprawa na wczoraj. A co u Adusi? – zapytała, żeby zyskać na czasie i dopilnować, co bierze Kuba.

– Mamo, błagam cię, powiedz cioci, że już kogoś znalazłaś. Potrzebuję kasy. Bardzo potrzebuję, a mogę to spokojnie zrobić.

Asia popukała się znacząco w czoło, po czym jednym wprawnym ruchem nogi (trzydzieści minut gimnastyki każdego dnia to podstawa dobrego samopoczucia) otworzyła na oścież drzwi do pokoju Kuby. Pokój był malutki. Najmniejszy w całym mieszkaniu. Pięć metrów kwadratowych. Znajdował się w stanie wskazującym na aktywne użytkowanie przez osobnika płci męskiej (brudne skarpetki walały się dosłownie wszędzie) w wieku szkolnym (czasopisma, zeszyty, podręczniki) o zainteresowaniach muzycznych (stosiki płyt kompaktowych, głównie z muzyką Mozarta i Chopina). Wszystko to tworzyło na mikroskopijnym parapecie malownicze góry, mając za tło coś, co było oknem, zanim szyby pokryła centymetrowa warstwa brudu. Jednak Kuba był zdesperowany.

– Mamuś, maminko, proszę. Ja sobie świetnie poradzę. Zacznę od swojego pokoju, zgoda? Mamik!

– Tak? Oj, co ty powiesz?! – Asia nieudolnie podtrzymywała rozmowę z Leną, ale i do niej powoli docierała kwota, jaką przyjaciółka pragnie uiścić za coś tak prostego jak sprzątanie. – Wiesz, Lenuś, może ja bym u ciebie posprzątała? U nas teraz bardzo krucho z finansami. Zanim Mariusz zacznie przynosić pieniądze, zanim się rozkręci, to jest świetna propozycja. – Mówiąc to, patrzyła w oczy syna, w których z każdą chwilą coraz wyraźniej widać było żądzę krwawej zemsty za kradzież genialnego pomysłu. – Ty musisz się uczyć. Matura, zapomniałeś? – szepnęła konfidencjonalnie, zakrywając dłonią mikrofon w słuchawce.

– Matura jest za dziewięć miesięcy, zapomniałaś? Jak sam nie zarobię, to ty będziesz musiała mi dać. – Kuba sięgnął po broń ostateczną.

Trafił zresztą w dziesiątkę. Jego rodzice wiedzieli, że nie jest rozrzutny i jeśli mówi o pieniądzach, to rzeczywiście ich potrzebuje.

– Narobiłeś głupstw? – szepnęła Asia dramatycznie, bo była typową matką, która słysząc o większych potrzebach finansowych syna, wyobraża sobie zaraz co najmniej trzy jego koleżanki z klasy w zaawansowanej ciąży, a jego w charakterze pozwanego w sprawie o ustalenie ojcostwa.

– Mamo!!!

– Kochana, wiesz, to dla mnie dość niezręczna sytuacja, tyle lat się znamy… – Lena zaczęła mimo bolących korzonków nerwowo chodzić po swoim mieszkaniu, bo za nic nie chciała się zgodzić, aby jej przyjaciółka cokolwiek porządkowała w jej domu.

Znała mały sekrecik Asi dotyczący jej wrodzonej awersji do prac domowych. Wyłowiła więc jednym uchem, że Kuba wrócił ze szkoły, i postanowiła zepchnąć rozmowę na dyżurny temat, jakim w tym roku była jego matura.

Tymczasem Asia robiła się na przemian blada i czerwona. Tak przeraziły ją własne rojenia na temat dalszego zmarnowanego życia jej ukochanego syna (185 centymetrów wzrostu i 75 kilo żywej wagi, stalowe mięśnie i do tego szczere, przyjazne oczy jak bławatki oraz brązowy pas w karate), że jak najprędzej chciała się dowiedzieć, jakie ma kłopoty.

– Lena, słuchaj, tak mi przyszło do głowy, że może Kuba by u ciebie posprzątał. Wiesz, młodym teraz bardzo potrzebne są pieniądze na… na… na kursy języków obcych – zmyśliła na poczekaniu.

I zobaczyła, jak jej syn rozdziawia usta i wybałusza oczy ze zdziwienia. Chciał bowiem dopiero przy kolacji oznajmić rodzinie, że zakwalifikował się na najwyższy semestr w szkole języków obcych i zamierza sam zebrać fundusze na kształcenie. Mama zupełnie go zaskoczyła i jednocześnie przyczyniła się do podjęcia twardego postanowienia, że już nigdy, przenigdy, nie będzie jej okłamywać, bo jakimś cudem ona zawsze umie to wykryć.

– Halo, ciocia? Dzień dobry – przejął słuchawkę. – Słyszałem, że ciocia potrzebuje kogoś do sprzątania? Ja bardzo chętnie, tylko kiedy to miałoby być?

Szybko ustalili termin. Każdemu z nich zależało na sfinalizowaniu sprawy. Lena bała się panicznie, że to jednak Asia postanowi zająć się jej domem, a Kuba oczyma wyobraźni widział siebie, jak z discmanem na uszach, popijając colę z cytryną, przechadza się z nowoczesnym odkurzaczem po wielkim i pięknym mieszkaniu ciotki. Na wyobraźnię podziałał mu czytany ostatnio artykuł Sprzątający diabeł (o pięknych młodzieńcach, którzy sprzątając mieszkanie jedynie w slipkach, pozwalają starszym paniom napawać oczy widokiem swoich boskich ciał).

Umówili się na najbliższy weekend. Ciotka z mężem akurat jechali na niedzielę do matki Leny niedaleko Urli pod Warszawą. Lena nigdy nie jeździła tam sama – mąż nie pozwoliłby na to. Tylu młodych rolników, listonosz, nie wspominając o letnikach dokoła.

Kuba, uskrzydlony i radosny, nie protestował nawet przeciwko zupie maminego autorstwa i był gotowy do wysłuchania dobrze mu znanych rodzicielskich pogadanek z cyklu: Dojrzałość fizyczna nie oznacza dojrzałości psychicznej oraz: Chyba nie chcesz zmarnować sobie życia, pochopnie wiążąc się dzieckiem. Kuba lubił te przemowy, bo słuchając ich, zaczynał czuć się o wiele lepiej. Przynajmniej jego matka widziała w nim zagrożenie dla cnoty niezliczonych panienek. Zajadał wysoko zmineralizowaną zupę z porów i delektował się swoimi myślami. Wyobrażał sobie siebie jako czołowego uwodziciela kraju, no, przynajmniej szkoły, i uśmiechając się do tej wizji, przytakiwał matce – przyszłej terapeutce.

*

Mieszkanie Gwidoszów składało się z trzech pokoi. Największy zajmowali rodzice i ich najmłodsze dziecko – pięcioletnia Marynia. Średni pokój należał do Malwiny. Był jedynym miejscem, gdzie czasem robiono generalne porządki. Wszędzie stały w nim wazony z trzeciej świeżości kwiatami, które gospodyni kochała. Jedna ze ścian pokryta była sosnowymi półkami wypełnionymi książkami. Tematyka tej domowej biblioteki była najdziwniejsza: od Encyklopedii muzyki, przez Zbigniewa Herberta, na przewodnikach po Europie kończąc. Na ścianach wisiały różnej wielkości antyramy, a w nich fotografie Malwiny i kilka prac jej siostrzyczki. Na jednej z nich Marynia przedstawiła rodzinę jako świetliste aniołki z pięknymi aureolami i tylko mamę, stojącą z boku, w roli diabła o potężnych rogach z widłami w ogromnej czerwonej łapie. Rysunek ów powstał zaraz po awanturze na temat konieczności jedzenia kaszy manny przez czterolatka. Scysja ta zakończyła się pierwszym klapsem w życiu Maryni, która postanowiła przelać swe uczucia wobec matki na papier. Malwinę bardzo cieszyło, ilekroć mogła cioci lub babci przypomnieć, jaka jest genealogia tego obrazka, i pośmiać się trochę z zażenowanej terapeutki. Kiedy Malwina była w szkole, jej pokój okupowały zwierzaki. Przeżywały okres prosperity. Po pierwsze, bardzo pasowały do maminej koncepcji rodziny pełnej, bogatej duchowo i oczywiście posiadającej zwierzaki (kontakt ze zwierzętami wspomaga proces wychowania). Po drugie, ostatnie badania ujawniły ostatecznie, że żadne z nich nie jest przyczyną alergii Maryni. Jak się okazało, wszystkiemu winna była nieposkromiona mania do produkowania gipsowych figurek ze specjalnych gumowych foremek. Gips stiukowy zniknął więc z domu, a zwierzęta zostały.

Kot o imieniu Pies byłby zapewne czarnym jak smoła persem, gdyby na ścieżkach życia jego matki nie stanął dachowiec w ryżo-bure łaty. Pies nosił więc na futrze romantyczną mieszankę czerni i rozmaitych prążków, które czyniły go klasycznym kocim kundlem. Łapa miał zapewne być bokserem. Ale i jego matka uległa naturze, więc przypominał raczej labradora z cechami wyżła. Po matce bokserce została mu jednak sierść. U Gwidoszów tylko tak pokraczne stworzenia miały szansę na doświadczenie prawdziwej miłości (z prezentami na Gwiazdkę włącznie). Ta rodzina miała serca otwarte na rozmaite indywidua, które przyciągała jak lodówka magnesy. I zwierząt rzeczywiście nigdy w niej nie brakowało.

Pół roku temu Gwidoszowie pojechali do schroniska Na Paluchu, żeby kupić pieska. Nie mieli jeszcze wtedy samochodu, a Marysię zostawili z babcią, bojąc się, że rozdzierający widok tylu bezpańskich zwierząt byłby dla niej za dużą przykrością. Przez całą drogę kłócili się zajadle, jaki to ma być pies. I chociaż koncepcje co do wzrostu, maści i długości sierści mieli zgoła odmienne, jednak w jednym byli zgodni – to musi być pies piękny. Wrócili z najbardziej szkaradnym stworzeniem gatunku pies domowy, bo natychmiast zrozumieli, że jest tak brzydki, że jeśli nie oni, to nikt go nie przygarnie. Mama miała nawet pomysł, żeby kupić dwa stworzenia, ale wobec braku uzasadniających go racjonalnych argumentów, jej projekt padł. Wrócili do domu z Łapą. Kiedy po jakimś czasie przez okno w kuchni wlazł im idealnie pasujący wyglądem do Łapy kociaczek, Marynia bez wahania uznała:

– O, mamy drugiego pieska.

I tak już zostało.

*

Malwina była zupełnie atrakcyjną dziewczyną. Uderzająco podobną i do mamy, i do Maryni, do czego przyczyniały się przede wszystkim oczy. Piękne, błękitne tęczówki, zawsze roziskrzone białka, a na dodatek wszystko okolone długimi, czarnymi rzęsami i mocno zarysowanymi brwiami. Przy jej jasnych włosach był to kontrast bardzo udany. Lubiła pokazywać się w towarzystwie mamy i siostry, i słyszeć ciągłe uwagi, jakie to są podobne. Dziwna rzecz: o ile o siostrze i mamie sądziła, że są całkiem, całkiem, o tyle sobie jakoś szczędziła pochwał. A mówiąc wprost – uważała się za mało udany egzemplarz. Miała kłopoty z cerą, które maskowała, nadużywając fluidu swojej mamy. Ubierała się zgodnie z modą – kompletnie nietwarzową dla młodych dziewcząt. Do tego obwieszała się masą wisiorków, mając złudną nadzieję, że odwróci to uwagę od jej twarzy. Dręczyła się właśnie lekturą, którą nieroztropnie podsunęła jej mama, a mianowicie Zapałką na zakręcie Krystyny Siesickiej. Bohaterka opowiadania była śliczna jak anioł i mimo takiego sobie charakteru chłopcy uganiali się za nią tabunami. Mama oczywiście uważała, że lektura, na której ona sama się wychowała, będzie również stosowna dla córki. Niestety, zapomniała o akceleracji, czyli wcześniejszym dojrzewaniu kolejnych pokoleń. Powinna raczej podsunąć Malwince Jednoroczną wdowę Irvinga, którą zresztą po kryjomu czytał właśnie Kuba, znajdując tam bardzo interesujące dla siebie fragmenty.

*

Malwina dojechała do domu autobusem 506 akurat w chwili, gdy rodzice z ołówkiem w ręku planowali domowy budżet na najbliższe dni. To znaczy do pierwszego.

– Muszę zacząć jakoś inaczej mówić o polisach. Wiesz, próbuję najpierw konkretnie. Chyba zacznę się rzeczywiście nagrywać, to podobno daje rewelacyjne rezultaty. Co jest dziś na obiad? Byłem u Gołębiewskich, chcą ubezpieczyć syna. Fajni ludzie. Ona robi znakomitą szarlotkę. A co u ciebie, Maleńka? – Tato chciał jakoś zatuszować swój błąd z szarlotką.

– No – mruknęła zachęcająco Joasia. Wyjęła z lodówki dwa półlitrowe jogurty. Po czym na tym samym oddechu powiedziała: – Lena da Kubie pięćset złotych za posprzątanie mieszania.

– Co? Pięćset złotych?! Mowy nie ma. Nigdy się na to nie zgodzę!

– Na co się nie zgodzisz?

– Może oni by się wreszcie ubezpieczyli? – Ojciec próbował odnaleźć tożsamość w nowym zawodzie.

– Cześć, rodzino! – zagadnęła wesoło Malwina. – Co na obiad?

– Zupa z porów, specjalnie dodałam majeranek, tak jak lubisz – podlizywała się mama.

– Wracając do tematu: córeńko, prosiłem cię, abyś staranniej domywała talerze. No, popatrz, na tym są resztki wczorajszych gołąbków z soją – zirytował się ojciec.

– Tatku, to ty wczoraj zmywałeś – słodko odparła „córeńka” i na wszelki wypadek przytuliła się do ojcowego policzka.

– No, no, bez podlizywania, a w ogóle to mnie nie przytulaj, bo jeszcze pójdę siedzieć za molestowanie seksualne.

– No, wiecie co! – nie na żarty oburzyła się mama. – Wam to nie warto nic powiedzieć. Czy do was naprawdę nie dociera, jaki to poważny problem? Niedoczekanie wasze, żebym wam jeszcze kiedyś zdradziła, o czym rozmawiamy na kursie. Też temat do żartów! – wściekała się, mieszając z furią pokrojone śliwki węgierki i poszatkowane pory ze złociutką oliwą z oliwek (tłoczoną na zimno).

– Tak, masz rację, Asieńko. Tyle tylko że to mnie się nieustannie molestuje. I to, niestety, tylko finansowo.

– Co, mówicie o molestowaniu seksualnym? – zainteresował się Kuba, wchodząc do kuchni. – Ja to bym chciał, żeby mnie ktoś tak solidnie wymolestował – rozmarzył się, po czym nalał sobie dokładkę zielonkawej zupy i odpłynął z lekturą do swojego pokoju, zostawiając skonsternowaną mamę i konwulsyjnie śmiejących się siostrę i ojca.

*

Marysia była przeraźliwie chudym i bardzo rozpieszczonym stworzeniem, które beztrosko wykorzystywało wszystkich wokoło, czerpiąc ile się da z przywileju bycia najmłodszą. Mówi się, że jedynacy to najwięksi egocentrycy. Nie wierzcie w to – będąc najmłodszym dzieckiem w wieloosobowej rodzinie, ma się jeszcze lepiej, bo można dodatkowo wykorzystywać starsze rodzeństwo. Marynia miała nietuzinkowe jak na pięciolatkę spojrzenie na świat. Dominował w nim pogląd, iż nie warto tracić czasu na telewizję, za to warto na rozmowy z dorosłymi, bo zawsze można od nich wyciągnąć coś ciekawego. A z innych zainteresowań to lubiła ogrywać w karty, kogo się da (preferowała nieskomplikowaną wojnę).

Miała jednakże pewną wyjątkową cechę – była wrażliwa na sztukę. Tego wtorkowego wieczora, spowita w maminą białą haleczkę i resztki dawnej firanki, z pasją ćwiczyła partię czterech łabędzi z Czajkowskiego. Dzieło to wprowadził do jej świadomości tato meloman. Marynia trenowała już ten fragment ze wszystkimi członkami rodziny, ale niestety – nikt nie sprostał jej wymaganiom. Rodzina po krótkiej i nerwowej naradzie w kuchni postanowiła zaprosić dwie niepodejrzewające niczego sąsiadeczki w wieku zbliżonym do wieku Marysi i tym samym mieć chwilę spokoju. Od tej pory zza drzwi pokoju rodziców dało się słyszeć kapralskie komendy Maryni: „Jak tańczysz? Nierówno, jeszcze raz…”.

Ani Kuba, ani Malwina nie rozumieli, dlaczego ich koledzy unikają kontaktów z młodszym rodzeństwem. Oni oboje niemalże wyrywali sobie siostrę siłą. Oczywiście tylko wtedy, gdy mieli na to ochotę. Na dłuższą metę Marynia była, jak każdy pięciolatek, nie do strawienia.

W zeszłym roku na obozie żeglarskim Kuba poznał „fantastyczną panienkę”. Teraz, z perspektywy roku, rozumiał już, że dopadł go klasyczny Syndrom Instruktora Narciarskiego. Na obozie Kuba, spędzając upojne chwile ze starszą od siebie o dwa lata Panią Instruktor, nie zaprzątał sobie głowy myślami, jak też ta eteryczna i uduchowiona istota będzie się prezentowała u jego boku w Warszawie, a nade wszystko w jego wypełnionym przez ludzi, książki i zwierzęta mieszkaniu. Bardzo szybko okazało się, że uduchowienie było zwykłym brakiem poczucia humoru, a eteryczność była bardzo męcząca – szczególnie gdy randka wypadła Kubie w tym samym terminie co pomoc babci w przesuwaniu mebli. Pani Instruktor była dziwnie kanciasta, jeśli nie spacerowała brzegiem jeziora przy świetle księżyca. Kuba zrozumiał to natychmiast po przyjeździe do domu. Ona jednak nie. Kuba, młodzian dobrze wychowany, który usłyszał z ust rodziców niejedną pogadankę na temat: Wrażliwość uczuć młodych dziewcząt, nie umiał jej tak po prostu spławić. Wypożyczył więc Marysię i udał się na randkę. Biedna Pani Instruktor po trzydziestu minutach pożegnała się czym prędzej i nerwowo czyszcząc sobie liczne plamy po Marysinych jagodziankach, nie pojawiła się w życiu Kuby już więcej. Marysia okazała się bardzo pożytecznym stworzeniem domowym. Tyle tylko że rozpieszczonym do granic wytrzymałości, jak to zwykle bywa w rodzinach nauczycieli, psychologów i innych naprawiaczy świata.

Aktualnie w sercu Kuby była pustka. Mówiąc uczciwie, ado­rował kilka różnych dziewczyn jednocześnie, ale wszystkie bez przekonania. Ot, żeby nie wyjść z wprawy.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Table of Contents

Rozdział pierwszy

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dane wrażliwe Wszystko, tylko nie mięta Bardzo biała wrona Edison. O wielkim wynalazcy Mecz o wszystko Jezioro łabędzie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy