Stephen Curry. Potrójne oblicze

Stephen Curry. Potrójne oblicze

Autorzy: Marcus Thompson

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Sport

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 39

Cena książki papierowej: 320.00 zł

cena od: 26.18 zł

Kiedy w 2009 roku startował w drafcie, jego matka dopytywała Steve’a Kerra, czy syn w ogóle ma szansę trafić do NBA. Nikt nie mógł się spodziewać, że wybór Stephena Curry’ego będzie jedną z najlepszych decyzji w historii Golden State Warriors i do tego stopnia odmieni losy ligowego outsidera.

„Niech nie zwiedzie was ten uśmiech” – przestrzega dziś LeBron James. Wie, co mówi, bo choć Steph nie jest ani najsilniejszy, ani najwyższy, ma coś, co cechuje wielkich mistrzów: instynkt zabójcy ujawniający się w decydujących momentach.

Poznaj różne twarze gracza, który w ostatnich sezonach zachwyca cały koszykarski świat. Przeczytaj o drodze na szczyt NBA, która nie miała prawa się powieść. Dowiedz się, jak wypracował swój fenomenalny rzut z dystansu, choć niewiele brakowało, by skończyło się to przerwaniem kariery.

Odkrywcza, zaskakująca, napisana z reporterskim zacięciem książka. Niezwykła biografia zawodnika, który dla rzutów za trzy stał się tym, kim Michael Jordan dla slam dunków, a Magic Johnson dla asyst. To po prostu trzeba przeczytać!

***

Kiedyś w Waszyngtonie Curry zdobył 51 punktów. W pierwszej kwarcie trafił 6 z 7 trójek i wywoływał ekscytację trybun każdym kolejnym złożeniem się do rzutu. Ta książka wyjaśnia, skąd wziął się ten artysta-hipnotyzer.

 - Łukasz Cegliński, PolskiKosz.pl

W tej książce nie tylko odkrywamy tajemnicę sukcesu sportowego Curry’ego i Golden State Warriors, ale zostajemy też zaproszeni do rodzinnego stołu. Możemy się przekonać, jaki tak naprawdę jest człowiek, który kryje się za maską wielkiej gwiazdy NBA.

 - Michał Owczarek, Sport.pl

Co łączy Jordana, LeBrona Jamesa i Curry’ego? Ich przyjście do NBA zmieniło nie tylko tę ligę, ale także koszykówkę na całym świecie. Curry wprowadził własne reguły gry i stał się idolem młodego pokolenia. Jego historia nie miała prawa się wydarzyć. I dlatego jest tak niesamowita.

 - Michał Pacuda, PROBASKET

Jest zawodnikiem, który zmienił zasady gry w koszykówkę, ale jednocześnie pokazał, że w tym sporcie ważniejsze od wzrostu i muskulatury są technika, umiejętność kozłowania, podawania i rzucania. Ta książka udowadnia, że Curry to wzór dla nastolatków nie tylko pod względem sportowym.

 - Szczepan Radzki, dziennikarz sportowy i twórca bloga KolekcjonerButow.pl 

To jest książka o tobie i o mnie, bo każdy z nas miewa momenty zwątpienia. Każdy z nas przynajmniej raz w życiu czuł, że nie jest odpowiednio traktowany i szanowany. Każdy z nas chciał w takim momencie zamknąć usta niedowiarkom i krytykom. Steph Curry zrobił to w wielkim stylu... a to jeszcze nie było jego ostatnie słowo. 

 - Karol Śliwa, blog Karol Mówi…

Fragment książki - Stephen Curry. Potrójne oblicze

issuu.com/wydawnictwosqn/docs/curry_20issuu

STEPHEN CURRY 

 Stephen Curry – dwukrotny mistrz NBA w barwach Golden State Warriors. Wybrany przez Wojowników z numerem siedem w drafcie w 2009 roku. Dwa razy zdobywał nagrodę dla najlepszego koszykarza sezonu zasadniczego. Cztery razy występował w Meczu Gwiazd, wygrywał też Skills Challenge i konkurs rzutów za trzy punkty w trakcie Weekendu Gwiazd NBA. Rekordzista w liczbie celnych (402) i oddanych (886) rzutów za trzy punkty w trakcie pojedynczego sezonu oraz autor kilku innych rekordowych osiągnięć.

Dla mojej żony,

która jest największym namacalnym dowodem, że Bóg mnie kocha

i chce dla mnie jak najlepiej.

Nadal nie znajduję słów,

które mogłyby wyrazić, ile dla mnie znaczysz.

Dziękuję, Dawn.

Tato,

wciąż jesteś, i zawsze będziesz, moim ulubionym czytelnikiem.

Pisałem tę książkę, tęskniąc za Tobą i Twoim wielkim nosem.

Wstęp

Okolice zatoki San Francisco to pełen energii region koszykarski, być może nawet trochę niedoceniany. Oakland ma długą koszykarską historię, to stąd wywodzą się członkowie Galerii Sław NBA: Bill Russell, Jason Kidd, Gary Payton, a także inne znane nazwiska koszykarskie – Paul Silas, Antonio Davis, Brian Shaw, J.R. Rider, a teraz Damian Lillard. Dzięki związkom z tą dyscypliną NBA jest w tych okolicach uwielbiana. Nawet w czasach, kiedy Warriors byli do niczego, bilety sprzedawały się tu nieźle, dużo lepiej niż obecnie w halach kilku dobrych drużyn. Od początku XX wieku Warriors mają stałą bazę oddanych kibiców, którzy są ze swoją drużyną na śmierć i życie. Choć częściej na śmierć.

Nie chodzi o to, że Warriors byli kiepscy, nie chodzi o to, że mieli szansę na coś wielkiego i ją zmarnowali. Było znacznie gorzej – Warriors nie mieli żadnego znaczenia. Kibice cierpieli, bo ich drużyna pozostawała nijaka. Kiedy masz swoją siedzibę na Zachodzie, a media sportowe są zdominowane przez Wschodnie Wybrzeże, musisz zrobić coś spektakularnego, żeby przyciągnąć uwagę. W przypadku Warriors do publicznej świadomości przedostawały się zazwyczaj historie negatywne, tak jak ta, kiedy Latrell Sprewell zaczął dusić swojego trenera. Albo jak ta, kiedy zespół sprzedał swoją młodą gwiazdę, Chrisa Webbera.

Mecze Warriors rzadko pojawiały się w ogólnokrajowych transmisjach, więc niewiele osób poza zatoką San Francisco miało okazję ich oglądać, polubić i obdarzyć szacunkiem, choćby dzięki wspomnieniom z dzieciństwa. I sam zespół, i jego kibice byli koszmarni i mało widoczni. Każdy wieloletni fan Warriors potrafi opowiedzieć historyjkę o tym, jak spotyka kogoś, kto nie mieszka w Kalifornii i nie wie nawet, w jakim mieście grają Golden State Warriors. Byli tak nieistotni, że nikt nie zadał sobie trudu, by rzucić na nich jakąś klątwę, która uczyniłaby ich historię ciekawszą i wartą śledzenia.

Warriors byli zawsze na tyle daleko od tytułu mistrzów NBA, że nawet nie stawiali sobie takich celów. Ich kibice marzyli tylko o tym, żeby ich ulubieńcy awansowali do play-offów i może napędzili trochę stracha jakiejś naprawdę dobrej drużynie. I zyskali dzięki temu choć odrobinę szacunku. Choć mieli poczucie dumy, doprowadzenie do sytuacji, w której zaczną cokolwiek znaczyć, było bardziej realistyczne od pierścieni. Gdyby Warriors wspięli się na poziom drużyn takich jak Sonics, Blazers czy Jazz – na tyle dobrych, że przegrały dopiero w wielkich finałach z prowadzonymi przez Michaela Jordana Chicago Bulls – to już byłoby święto.

Po czym pojawił się Stephen Curry i wszystko odmienił.

Zanim LeBron James dał Cleveland pierwszy mistrzowski tytuł od 54 lat i zanim Cubs wygrali World Series po raz pierwszy od ponad 100 lat, to Warriors byli tą przeklętą drużyną, której udało się w końcu przerwać pasmo nieszczęść. Ale w przeciwieństwie do tamtych nie byli nigdy pupilkami Ameryki. Nikt nie trzymał za nich kciuków tak jak za Cavaliers czy Cubs, albo za baseballistów Boston Red Sox, którzy po blisko stuleciu przełamali złą passę i w 2004 roku zdobyli mistrzowski tytuł. Częściowo wynikało to z faktu, że w rejonie zatoki San Francisco pojawiały się w międzyczasie ekipy mistrzowskie: baseballowe drużyny Oakland Athletics i San Francisco Giants czy futboliści 49ers. Ciężej więc było wykrzesać z siebie współczucie.

I oto teraz, po dwóch wspaniałych magicznych sezonach, świeżość towarzysząca nowym Warriors zdążyła się już ulotnić. Można nawet mówić o poczuciu zmęczenia materiału. W ciągu kilku lat ekipa z Golden State przeszła drogę od uroczego start-upu, na którym umieli się poznać tylko prawdziwi znawcy, przez tytuł wielkich mistrzów, aż do miana znienawidzonych faworytów, z których klęski wiele osób się cieszyło[1]. Tymczasem w zatoce San Francisco wiele osób wciąż jeszcze kręci z niedowierzaniem głowami. Rzesze kibiców nie zdążyły jeszcze oswoić się z myślą, że ich ulubieńcy są mistrzami NBA, że ich ukochani Warriors zdążyli już nawet stać się koszykarskimi czarnymi charakterami.

Wtedy nikt jeszcze nie miał o tym pojęcia, ale wszystko zaczęło się 25 czerwca 2009 roku. Przyszłość organizacji odmieniła się wraz z siódmym wyborem w drafcie. Warriors pozyskali wtedy najważniejszy element potrzebny do rozpoczęcia odbudowy drużyny – ten, który miał z niej uczynić potęgę. Trzy lata minęły, zanim można było dojść do wniosku, że są w stanie rywalizować z najlepszymi. Kolejne dwa – dopóki udało się zbudować coś więcej. I zanim ktokolwiek się zorientował, rozpędzili się tak, że mało kto potrafił dotrzymać im kroku. A Curry znajdował się w epicentrum tego trzęsienia ziemi. Był wszystkim tym, czego od lat pragnęli kibice Warriors.

Był tak utalentowany, że cenili go również kibice z innych miast. Szacunek w całej Ameryce był czymś, czego kibice Warriors zawsze pragnęli, podobnie jak fani innych klubów, które rzadko gościły na pierwszych stronach gazet. Najlepsze akcje i zagrania Curry’ego pojawiały się w telewizyjnych programach sportowych i skłaniały ekspertów do pochwał dla ekipy z Golden State. Było to coś w rodzaju nagrody pocieszenia dla drużyny, którą od mistrzowskiego tytułu dzieliła zawsze tak daleka droga.

Curry był na tyle dobry, że mógł walczyć jak równy z równym z innymi gwiazdami. Był kimś, kogo się obawiano, kimś, z kim się liczono. A czołowi zawodnicy Warriors rzadko kiedy należeli do elity ligi. To dlatego przez 16 lat żaden z nich nie wystąpił w Meczu Gwiazd. Gracze Warriors byli dobrzy tylko na tyle, by stać się ulubieńcami najbardziej zdesperowanych fanów. Kiedy przychodziło do walki z najlepszymi, rywale obnażali ich wady. A koszykarze, którzy byli na tyle wybitni, że mogli rzucić rękawicę najlepszym, nie zagrzewali w Golden State miejsca zbyt długo. Aż wreszcie nastały czasy Curry’ego, który przyprawiał o ból głowy nawet najsilniejszych przeciwników.

Curry zaczął umożliwiać swojej drużynie triumfy. Najpierw niespodziewany awans do play-offów. Potem 51 zwycięstw w sezonie regularnym. Później 67 zwycięstw. Tytuł mistrzowski. Rekordowe 73 zwycięstwa w kolejnym sezonie. Następny występ w finałach NBA. Oczywiście nie robił tego sam. Ale te czasy przejdą do historii jako epoka Curry’ego, tak jak lata 70. kojarzą się przede wszystkim z dominacją Ricka Barry’ego. A Curry zapewniał swojej drużynie zwycięstwa, jakich przed jego pojawieniem się kibice nie byliby sobie w stanie wyobrazić.

Znamienne, że do tak wielkich sukcesów poprowadził Warriors ten rozgrywający o niewielkim wzroście. Kibice Dubs[2] zawsze zakochiwali się w niskich, ale produktywnych obrońcach. Bo postawa tych zawodników odzwierciedlała dusze fanów.

Przez dziesięciolecia, podczas gdy NBA stawała się coraz bardziej popularnym i zyskownym przedsięwzięciem biznesowym, Warriors wciąż pozostawali w cieniu. Mieli niewielką bazę kiszących się we własnym sosie, upartych i charakternych kibiców, którym podobało się to, że nigdy nie są faworytami, i którzy zawsze napawali się możliwością pobicia mistrzów.

Podobną rolę odgrywają w NBA niscy obrońcy, którzy odnajdują motywację w tym, że są niedoceniani, i uwielbiają udowadniać niedowiarkom, że się mylą. Takie właśnie podejście sprawiało, że w zatoce San Francisco grało wielu utalentowanych obrońców. Dlatego ci, którzy tu przybywają i reprezentują tego ducha walki, stają się legendami.

Curry jest ucieleśnieniem wszystkich niskich obrońców, których przez lata uwielbiali kibice Dubs. Tyle że jest od nich lepszy.

Jest twardy jak Tim Hardaway, tak jak on nigdy nie odpuszcza i wręcz delektuje się tym, że ktoś rzuca mu wyzwanie. Tak jak kiedyś Sleepy Floyd, uwielbia przejmować kontrolę nad meczem. Ma w sobie tyle energii co Keith „Mister” Jennings i tak jak on wnosi do gry szaleństwo i ekscytację. Jest pewny i solidny jak Earl Boykins, drzemie w nim cicha furia niczym u Monty Ellisa, no i ma potencjał wielkiej gwiazdy jak Baron Davis.

W 2009 roku nikt tego nie dostrzegał. Nawet rodzona matka Curry’ego, która podczas draftu zapytała Steve’a Kerra, wówczas menedżera Phoenix Suns, czy Curry w ogóle dostanie się do NBA. Nawet ona nie widziała w synu przyszłego najlepszego rozgrywającego ligi i dwukrotnego zdobywcy nagrody MVP. Nawet ona nie wierzyła w to, że jej syn będzie w stanie podźwignąć na swoich barkach losy tej żałosnej drużyny i wynieść ją na poziom, którego nikt nie zdołał sobie dotąd wyobrazić.

Ale z siódmym numerem draftu Warriors wybrali wyglądającego na małolata chłopaka z Davidson College. Chłopaka, który okazał się złotym dzieckiem.

Nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem. Sam byłem certyfikowanym seryjnym zabójcą. Ale ten chłopak ma wszystko. O rany, stary. On jest niewiarygodny.

Allen Iverson

Rozdział 1

Zabójca o twarzy dziecka

Spurs myśleli pewnie o Stephenie Currym, kiedy podpisali kontrakt z Jonathonem Simmonsem, prototypowym zawodnikiem NBA z końca lat 90. i początku XXI wieku. Simmons ma 198 centymetrów wzrostu i waży 88 kilogramów. To pełen niespożytej energii superatleta. Szczupły, ale silny i umięśniony, co w połączeniu ze wzrostem i rozpiętością ramion czyni go wszechstronnym obrońcą. Kiedy przechodził do wyższej ligi z Uniwersytetu Houston, nie potrafił zbyt dobrze rzucać i widać było, że musi popracować nad opanowaniem piłki. Ale udało mu się przebić dalej dzięki umiejętności przeszkadzania w defensywie. W 2015 roku został wybrany do pierwszej piątki najlepszych obrońców w NBA Development League.

W przeszłości w obronie przeciwko Curry’emu San Antonio korzystało z usług Cory’ego Josepha, który wchodził z ławki, zmieniając na parkiecie wielokrotnego uczestnika Meczów Gwiazd Tony’ego Parkera, i zadręczał rywala z Golden State. Joseph był niski i szybki, czyli miał teoretycznie idealne atrybuty, żeby uprzykrzać życie Stephenowi. Curry potrafi wykorzystać każdy wolny centymetr parkietu, a Joseph jest stworzony do tego, żeby nie dać się swojemu przeciwnikowi od siebie uwolnić. A grając w bogatej w talenty ekipie Spurs, Joseph mógł się skupiać na swoim najważniejszym zadaniu: wywieraniu presji na rozgrywającego drużyny przeciwnej. Robił to na tyle dobrze, że latem 2015 roku podpisanie kontraktu zaproponowali mu Toronto Raptors.

Kiedy Warriors gościli u siebie Spurs 25 stycznia 2016 roku, a był to pierwszy w sezonie pojedynek pomiędzy dwiema drużynami, które tak bardzo odskoczyły poziomem od reszty NBA, Simmons dostał swoją pierwszą szansę, żeby zatrzymać Curry’ego.

Okazja po temu nie mogła być lepsza. Curry poprowadził swoją drużynę do 40 wygranych w pierwszych 44 meczach. Spurs wygrali 38 z 44 spotkań i siedzieli rywalom na ogonie. Nigdy wcześniej nie doszło w NBA do starcia dwóch drużyn z tak wysoką średnią zwycięstw. Był to też pierwszy pojedynek pomiędzy dwoma największymi faworytami do zdobycia mistrzostwa Konferencji Zachodniej. Wszyscy go oglądali. Powstrzymanie Curry’ego byłoby bodźcem, który mógł dać początek wielkiej karierze Simmonsa.

W ciągu pierwszych 31 minut meczu ani Parkerowi, ani jego zmiennikowi Patty’emu Millsowi, ani Kawhiowi Leonardowi, zdobywcy nagrody dla najlepszego obrońcy NBA w poprzednim sezonie, nie udało się zatrzymać lidera ekipy Golden State.

Po dwóch celnych rzutach wolnych Curry’ego w poprzedniej akcji Warriors prowadzili różnicą 14 punktów. W kolejnej nasz bohater oszukał crossoverem LaMarcusa Aldridge’a i trafił floatera[3]. Potem rzucił szybką trójkę z 8,5 metra, nie dając obronie czasu na reakcję. Po chwili, naciskany przez Leonarda, zakręcił się, korzystając z zasłony, i raz jeszcze trafił za 3. Zdobył 10 punktów z rzędu, a Warriors zwiększyli przewagę do 20 punktów.

Curry pędził przez parkiet, charakterystycznie się uśmiechając. To jego typowa reakcja, kiedy jest w gazie. Eksploduje radością i rozpoczyna swoje przedziwne świętowanie. Tak właśnie się zachowuje, gdy dobrze się bawi.

Kiedy Simmons otrzymał wreszcie swoją szansę, na niespełna pięć minut przed końcem trzeciej kwarty, Warriors wciąż prowadzili różnicą 20 punktów. Przejęty obrońca naskoczył na Curry’ego, kiedy tylko ten otrzymał podanie po rozpoczęciu kolejnej akcji. Tak jakby jedynie na to czekał, jakby był podekscytowany czekającym go wyzwaniem. Wywierał presję na rywala na całej szerokości parkietu.

„Nienawidzę, kiedy obrońca próbuje odebrać mi piłkę już na mojej połowie – mówi Curry. – To oznaka braku szacunku”.

Wciąż kozłując, Stephen przerzucił piłkę z prawej ręki do lewej, po czym wykonał kolejny kozioł za plecami, z powrotem na prawą. Ale tym zagraniem nie udało mu się jeszcze zgubić Simmonsa. Zrobił dwa kolejne zwody, lecz Simmons wciąż nie dawał za wygraną, wciąż go dręczył i na niego naciskał. W końcu obaj minęli linię środkową. W tym momencie Curry powinien był pewnie odpuścić. Mógł ściągnąć Simmonsa w okolicę połowy boiska i oddać piłkę koledze, który skorzystałby z uzyskanej przestrzeni. Albo poprosić kogoś z partnerów o zasłonę, która pozwoliłaby mu uwolnić się od Simmonsa.

Ale rozgrywający Warriors zrobił kolejny zwód i zaczął mijać obrońcę, który wpadł na niego, a wtedy Curry zdołał jeszcze wyrzucić piłkę lobem w kierunku kosza, zanim rozległ się gwizdek. Piłka odbiła się od tablicy i wpadła do kosza. Trzy punkty plus faul.

Kiedy Curry zobaczył, że trafił, podniósł prawą dłoń do góry i kilka razy wrzasnął: „JEDZIEMY!”, tak hałaśliwie, że aż splunął. Uroczy i beztroski zawodnik, który jeszcze kilka minut temu tylko się uśmiechał, zniknął. Jego miejsce zajął uparty, wściekły, żądny krwi gracz, który pragnie tylko jednego – zrównać przeciwnika z ziemią.

Simmons oficjalnie został kolejną ofiarą Zabójcy o Twarzy Dziecka. Wyzwolił z Curry’ego to drugie oblicze, zrodzone przez wiele lat zmagań z rywalami, którzy próbowali zrobić dokładnie to, co zawodnik Spurs – traktowali Stephena tak, jakby był słabeuszem.

Wiele osób potwierdza, że Curry to prawdziwy twardziel. Choć kiedy spogląda ludziom prosto w oczy i rozmawia z nimi tak, jakby to oni byli gwiazdami, widać przede wszystkim jego skromność. Pamięta o szczegółach, których znajomości nikt by od takiej gwiazdy nie oczekiwał. Zadaje pytania, jakby naprawdę interesowały go odpowiedzi. Ma niesamowitą umiejętność sprawiania, że ludzie kończą spotkanie z nim, wyobrażając sobie, że właśnie pozyskali nowego kumpla, który w dodatku całkiem nieźle gra w koszykówkę.

„Niech was nie zwiedzie ten uśmiech” – mówi LeBron James.

Bo na parkiecie mamy do czynienia z zupełnie innym gościem. Jego grzeczność potrafi przemienić się w agresję. Łagodność, która poza parkietem jest jego znakiem rozpoznawczym, zostaje zastąpiona przez żądzę zemsty. Tak jakby nieustannie walczył o przetrwanie.

Curry nie znosi, kiedy ktoś próbuje go kryć na całej szerokości boiska, bo uważa to za przejaw lekceważenia, za coś w rodzaju aktu oskarżenia. Oskarżenia o to, że nie jest wystarczająco dobry. Czuje się wtedy jak ofiara. Jeśli ktoś próbuje wywrzeć na przeciwnika presję od samego początku akcji rywala, to znaczy, że się z nim nie liczy, że nie uważa go za zagrożenie. Mądrzy obrońcy grający przeciwko dobrym zawodnikom cofają się do obrony i ustawiają się tam wraz z kolegami, bo wiedzą, że będą potrzebowali wsparcia. Ale jeśli opuszczają partnerów i zaczynają krycie już na połowie rywala, wychodzą najwyraźniej z założenia, że poradzą sobie bez pomocy. Tak właśnie zachowują się wysocy obrońcy w stosunku do niższych albo dobrzy koszykarze wobec kolesi, których uważają za gamoni. Curry odbiera w takiej sytuacji prosty komunikat: „Wystarczy wywrzeć na niego presję i się posypie”.

Nasz bohater spotykał się z takim traktowaniem przez całą swoją koszykarską karierę. Zawsze był stosunkowo niski. Zawsze wyglądał bardziej na niewiniątko niż na kogoś budzącego lęk. I dlatego ciągle był atakowany. Rywale nieustannie go lekceważyli. Ponieważ jednak przez tyle lat przeciwnicy próbowali go fizycznie zdominować, udało mu się wyrobić w sobie pewną umiejętność.

I w taką właśnie pułapkę wpadł Simmons. Obudził demona, wyzwolił instynkt zabójcy. Tamtej nocy Curry zdobył przeciwko Spurs 37 punktów w ciągu 28 minut. Całą czwartą kwartę mógł spokojnie obejrzeć z ławki rezerwowych, przyglądając się, jak Warriors pokonują Spurs różnicą 30 punktów i rozwiewają nadzieje na zaciętą końcówkę.

„Jest utalentowany i mnóstwo potrafi, ale myślę, że jednym z jego największych atrybutów jest wola walki – mówi o Currym Steve Kerr. – Wiele osób nie ma o tym pojęcia, bo Steph wygląda tak, jak wygląda. Ale on jest niesamowitym walczakiem”.

Kerr grał w jednej drużynie z Michaelem Jordanem. Kiedyś nawet w jakiejś przepychance podczas treningu Jordan podbił mu oko. Trener Golden State najlepiej wie, jak rozpoznać kogoś, kto ma bzika na punkcie rywalizacji.

Jordana szanowano za jego instynkt zabójcy, za to, jak wyrywał serca rywalom. Był bezlitosny, odnajdywał przyjemność we frustracji, do której rok po roku doprowadzał swoich przeciwników. Tak wielu członków Galerii Sław NBA nie ma na swoim koncie tytułu mistrzowskiego: Charles Barkley, Patrick Ewing, John Stockton i Karl Malone, Gary Payton[4], Reggie Miller – bo Jordan nie pozwolił im na jego zdobycie.

Jordan robił to z wielką klasą, czym jeszcze bardziej upokarzał swoich przeciwników. Tak dobrze przy tym wyglądał i tak świetnie się z tym czuł. Oni nie tylko z nim przegrywali – byli bezradnymi świadkami jego popisów. A najgorsze było to, że Jordan stał się także mistrzem trash talkingu. Roznosił ich nie tylko swoimi akcjami, ale również słowami.

Spadkobiercą Jordana w szaleńczej żądzy dominacji był Kobe Bryant. Zawzięcie i do skutku atakował rywali, aż ci w końcu bezradnie ustępowali. Walczył nawet z kolegami z drużyny, którzy nie podzielali jego podejścia do rywalizacji. Sam nadał sobie pseudonim, który miał uosabiać bezprecedensową wolę walki: Czarna Mamba. I tak jak Jordan Kobe jest szanowany i wychwalany za ten właśnie element swojego stylu gry.

Allen Iverson był wyjątkowym sportowcem, który nadrabiał niski wzrost podejściem – po prostu nic sobie nie robił ze swoich niedostatków. On też był niesamowitym walczakiem, wychowanym na ulicach Hampton w stanie Wirginia. Wykorzystywał swoją szybkość i skoczność do wchodzenia pod kosz, pomiędzy olbrzymów, gdzie teoretycznie nie miał prawa zaistnieć. Ale jego siła polegała na tym, że nie bał się fizycznego kontaktu, wręcz napawał się tym, że może wdrapywać się na drzewa. Może i był niski, ale miał wielkie serce i był niesamowitym twardzielem. Stało się to jego znakiem rozpoznawczym, a on sam zdobył status sportowca kultowego.

Larry Bird nie znosił, kiedy drużyny przeciwne posyłały do gry przeciwko niemu białych koszykarzy. Uważał, że to oznaka braku szacunku, a on jest na tyle dobry, że powinni go kryć najlepsi obrońcy. Ustawienie białego defensora naprzeciw siebie traktował jak policzek. Sądził, że rywale mówią tym samym: „Larry Bird nie jest zbyt groźny”. Zniszczenie białego kryjącego traktował więc jako osobistą misję. Bezlitośnie się nad nim znęcał, zmuszając w końcu rywali do zmiany krycia. Udowadniał, że będzie dla nich lepiej, jeśli poślą przeciw niemu swojego najlepszego obrońcę.

Curry’ego cechuje podobny duch walki – charakter zrodzony z bycia mikrusem w sporcie zdominowanym przez gigantów. Jego waleczność nie jest nawet taka wyjątkowa. Wielu niskich koszykarzy przed nim też się nią wykazywało. Ale u niego pragnienie rywalizacji jest inne, inaczej się przejawia. Jego żądza zemsty objawia się w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Bo nawet jeśli prowadzi do podobnych efektów, to pozostaje w wielkim kontraście z tym, jak Stephen wygląda.

Curry nie udowadnia, że jest jednym z najlepszych, tylko poprzez siłę. Owszem, jest mocniejszy, niż można by się na pierwszy rzut oka spodziewać, ale to nie na tym polu nadrabia swoje braki.

Curry po prostu sprawia, że atletyczność przestaje być tak istotna. Zaprzecza znaczeniu siły fizycznej niczym Dawid w pojedynku z Goliatem. Jego procą jest rzut za 3 punkty, który niweluje różnicę wzrostu. Trafia raz za razem. I jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze. Zabójca o Twarzy Dziecka nie zadowala się prostym zwycięstwem, jego zaspokaja tylko przytłaczające zniszczenie. Ma jeden cel: dominować w taki sposób, żeby nikt nie mógł tej dominacji podważyć.

W ten sposób Curry upodabnia się do gigantów. Jego duch walki sieje spustoszenie w NBA, a duch ten zrodził się właśnie z ciągłego dążenia, by samemu nie zostać zwyciężonym. Stephen potrafi zmienić się w wilka przebranego za owieczkę.

Pierwsze historie o takim alter ego Curry’ego sięgają początku XXI wieku, do Toronto. Matka Stephena, Sonya, przeprowadziła się wraz z całą rodziną – Stephem, jego młodszym bratem Sethem i siostrą Sydel – do Kanady, żeby mogli spędzić rok razem z ojcem, Dellem Currym, który rozgrywał swój ostatni sezon w karierze w Toronto Raptors.

Sonya nie mogła znaleźć w Toronto szkoły Montessori, więc zdecydowała się na jedną z nielicznych w okolicy szkół katolickich, Queensway Christian College. Malutka placówka w dzielnicy Etobicoke w Toronto, jakieś 14 kilometrów jazdy autostradą od hali Air Canada Centre. Pikanterii dodawał fakt, że po drugiej stronie ulicy znajdował się klub ze striptizem i siedziba gangu motocyklowego Hell’s Angels. Szkoła obejmowała raptem kilka klas na tyłach kościoła Queensway i przyległą zgrzybiałą salę gimnastyczną, w której odbywały się lekcje WF-u.

„Małomówny – tak wspomina Curry’ego James Lackey, jego trener koszykarski z Queensway Christian College. – Rzadko się odzywał. Był naprawdę cichy. Miły. Przyjacielski”.

Steph chodził tu do ósmej klasy. Grał w halowego hokeja, w halową piłkę nożną, w siatkówkę, a kiedy zaczynał się sezon – również w kosza.

W Queensway nie przeprowadzano selekcji. Szkoła była na tyle mała, że każdy chętny trafiał do reprezentacji. I zazwyczaj ci sami uczniowie rywalizowali we wszystkich dyscyplinach sportu.

Lackey rozpoczął pierwszy trening koszykarski, rzucając swoim podopiecznym piłki i prosząc, żeby się rozgrzali. Chciał przede wszystkim zobaczyć, jak będą sobie radzić dwaj synowie zawodnika NBA, Stephen i Seth.

Najstarszy Curry od razu się wyróżniał. Tak jak ma to miejsce teraz przed każdym meczem NBA, już sama rozgrzewka była niezłym widowiskiem. Crossovery, rzuty z wyskoku, praca nóg przy ćwiczeniu konkretnych rzutów.

„Po jakichś pięciu minutach – wspomina Lackey – podszedłem do niego i powiedziałem: »A może ty byś mnie nauczył kilku zagrań, żebym mógł je potem przekazać swoim zawodnikom?«. W wieku 12 lat potrafił robić takie rzeczy, jakich nigdy w życiu nie widziałem”.

Rozgrzewki przed WF-em w szkole podstawowej nie robiły na Currym żadnego wrażenia. Zdarzało mu się brać udział w treningach ojca, razem z koszykarzami NBA. Odbywał pojedynki strzeleckie z rozgrywającym Markiem Jacksonem. Kiedy Sonya pozwalała jemu i jego bratu Sethowi chodzić na mecze Raptors, większość popołudnia spędzali na pojedynkach jeden na jednego na parkiecie treningowym drużyny, znajdującym się po drugiej stronie hali, za sklepikiem z pamiątkami. Curry zawsze wygrywał z młodszym bratem, trafiając raz za razem z wyskoku. Kiedy zaczynała się czwarta kwarta albo kiedy słyszeli wrzawę sugerującą, że wydarzyło się coś ważnego, wracali przez tunel do głównej hali, żeby się przekonać, jaką to znowu niesamowitą akcję zaliczył Vince Carter. Po obejrzeniu powtórki pędzili z powrotem na boisko i kontynuowali pojedynek.

To samo robili wcześniej w Charlotte. Steph i Seth doskonalili swoją grę podczas ciągłych pojedynków jeden na jednego na podwórku. Steph spędzał sporo czasu z ojcem na treningach NBA, w szatni Charlotte Hornets, i ćwiczył swój rzut na ligowych parkietach. Chłopcy nie grali w koszykówkę w rozgrywkach AAU[5]. Przez sześć lat nauki uczyli się w szkole Christian Montessori of Lake Norman. Założycielką i dyrektorką placówki była ich matka.

Kiedy Curry był w siódmej klasie, przeniósł się do Charlotte Christian. Grał tam w reprezentacji szkoły. To wtedy zobaczył go po raz pierwszy Shonn Brown, trener drużyny licealnej.

„Potrafił rzucać, ale był naprawdę niski – wspomina Brown. – Świetnie panował nad piłką. Dobrze poruszał się po parkiecie. Doskonale ustawiał się do rzutu. Widać było, że dorasta w świecie wielkiej koszykówki”.

A zatem to, co na Lackeyu robiło tak niesamowite wrażenie, dla Curry’ego było bułką z masłem.

Queensway było małą szkołą katolicką, a jej rozkład zajęć przypominał plan lekcji innych szkół tego typu. Nie było tam wielkiej koszykówki, ot, kilku niskich zawodników, podających sobie piłkę. Bardziej niż rozwijaniem umiejętności czysto sportowych zajmowano się tam nauką fundamentów gry zespołowej i walki z przeciwnościami losu. Ale kiedy do drużyny dołączył Curry, ekipa Queensway zaczęła nagle wygrywać mecze różnicą 40, a nawet 50 punktów.

Żeby podnieść poziom i emocje, Lackey zaczął planować mecze przeciwko najlepszym szkołom z miasta. Ale tamte reprezentacje Stephen także niszczył.

Legenda głosi, że jedna z tych świetnych szkół miała już tak dość Curry’ego – który grał na pozycji rzucającego obrońcy, podczas gdy jego brat był rozgrywającym – że postanowili brutalnie go zaatakować. Lackey odnosił wrażenie, że trener drużyny przeciwnej kazał swoim zawodnikom popychać i obijać Curry’ego.

Lackey robił, co mógł, żeby uwolnić Stepha i umożliwić mu zdobywanie punktów przeciwko potężniejszej, złożonej z wyższych i silniejszych graczy drużynie. Przestawił go na pozycję rozgrywającego, ustawiał dla niego zasłony, wykorzystywał go jako przynętę. Zaczął nawet rozpisywać wymyślne akcje, których nigdy wcześniej nie trenowali.

Ale na około minutę przed ostatnim gwizdkiem meczu pogodził się wreszcie z tym, że wspaniała passa i seria zwycięstw dobiega końca. Przegrywali różnicą sześciu punktów, co na tym poziomie rywalizacji oznacza właściwie, że jest po wszystkim. Drużyny z liceum potrzebują zazwyczaj czterech albo pięciu akcji, żeby zdobyć sześć punktów, a każda z nich wymaga długiego rozegrania, żeby stworzyć dobrą pozycję do rzutu. Lackeyowi zaś skończyły się już pomysły.

Poprosił o przerwę na żądanie, bo chciał przygotować drużynę na nieuchronną porażkę. Chciał wykorzystać ten czas na lekcję, jak należy sobie radzić z przegraną. Kazał swoim chłopcom zakończyć mecz mocnym akcentem i zejść z parkietu z podniesioną głową, bo grali jak równy z równym z drużyną, z którą w zasadzie nie mieli prawa nawet się zmierzyć.

W magazynku Lackeya znajdował się jeszcze jeden pocisk. Tyle że trener nie miał o tym pojęcia. Do momentu, w którym przemówił Stephen.

Zazwyczaj podczas timeoutów Curry się nie odzywał. W ogóle bardzo mało mówił. Wysłuchiwał grzecznie, co trener ma do powiedzenia, mówił, że wszystko okej, po czym wykonywał rozpisaną akcję. Ale tym razem coś go ruszyło.

„Steph zrobił się wtedy poważny – wspomina Lackey. – Rzucił tylko: »Nie przegramy tego meczu, po prostu dajcie mi piłkę«. Dokładnie to powiedział. Poradziłem więc pozostałym, żeby rzeczywiście dali mu piłkę. Że tak właśnie tę akcję rozegramy”.

To, co się wydarzyło w ciągu kolejnej minuty, było szokującą przemianą. Dwa szybkie celne rzuty za 3 punkty Curry’ego zbiły rywali z tropu i odmieniły przebieg meczu. Queensway Saints wygrali spotkanie różnicą sześciu punktów.

Tamtego dnia narodził się Zabójca o Twarzy Dziecka. Alter ego, które zmieniło najgrzeczniejszego, najbardziej uroczego chłopca w mściwego, wybuchowego drapieżnika. Zabójca o Twarzy Dziecka wraz z rozwojem kariery młodego koszykarza pojawiał coraz częściej, stał się jeszcze silniejszy i bardziej zdeterminowany.

Potrafi teraz ten przycisk włączać i wyłączać, kiedy chce. Na co dzień jest jedną z najbardziej życzliwych gwiazd w historii NBA. Ale kiedy przełącza się na tryb zabójcy, staje się zły i bezwzględny. Bezlitosny w swojej walce o uznanie. Kolejne podboje dodają mu wiarygodności. I nie zamierza się przejmować tym, że przy okazji upokarza swoich rywali.

Zabójca o Twarzy Dziecka pojawia się zazwyczaj wtedy, kiedy rywale próbują go zastraszyć. Curry wkracza do tej strefy, gdy zderza się z ograniczeniami i widzi, że ktoś w niego wątpi, że się nad nim wywyższa. To alter ego pojawia się wtedy, kiedy musi coś udowodnić, kiedy chce, żeby okazano mu szacunek.

Gdy Dell Curry zakończył karierę w NBA w 2002 roku, jego rodzina przeprowadziła się z powrotem do Charlotte. Curry, jego brat Seth i ich kuzyn Willie Wade, który przeniósł się razem z nimi, szukali wspólnie miejsc, gdzie można by pograć w kosza. Zazwyczaj lądowali w YMCA[6].

Kończyło się to tak, że inni zawodnicy patrzyli na nich i uznawali, że są do niczego. Albo rozpoznawali w nich dzieci koszykarza NBA i chcieli dać mu nauczkę. Ale kiedy schodzili z boiska, zazwyczaj nie byli już niedowiarkami – Curry zmuszał ich, by przyznali, że jest kimś. Kilka razy doprowadził swoich rywali do szału, trafiając jeden rzut za drugim. Nie byli w stanie go powstrzymać, więc chcieli się z nim bić. Na szczęście młodym braciom Currym towarzyszył starszy Wade, który studził emocje.

„Nasz kuzyn był wielki – wspomina Seth. – I ostry. Był jednym z tych twardzieli spoza miasta. Wszyscy się go bali, nikt nie odważył się z nim zadrzeć. Często spuszczaliśmy im łomot. Byli wściekli. Może dlatego, że wyglądaliśmy tak, jak wyglądaliśmy”.

Podobnie było wtedy, kiedy Curry poszedł do szkoły średniej. Wylądował w niewielkim liceum Charlotte Christian Academy. Nie miał jeszcze wówczas koziej bródki ani mięśni i wyglądał jak wielki niemowlak ubrany w szkolny mundurek. Przypominał raczej dzieciaka przebranego w strój koszykarski z okazji Halloween niż prawdziwego koszykarza.

Ale był dobry, naprawdę dobry. Kozłował tak, że na wszystkich robiło to wrażenie. Potrafił rzucać z daleka, jakby nic sobie nie robił z tego, że nie ma jeszcze mięśni. Podawał instynktownie, w sposób, którego koszykarze w liceum zazwyczaj jeszcze nie znają. W wyjątkowy sposób potrafił błyskawicznie zmieniać kierunek, manipulując kątem poruszania się i wykorzystując swoją szybkość na krótkim dystansie, choć w trakcie przemieszczania się spod jednego kosza pod drugi był wolniejszy od większości rozgrywających. Samo to, że jest geniuszem, było oczywiste. Absolutnie oczywiste.

„Był tak samo dobry jak teraz – mówi obrońca Oklahoma State, Anthony Morrow, który występował wtedy w szeregach Charlotte Latin School i wielokrotnie grał przeciwko Curry’emu, kiedy obaj byli jeszcze dziećmi. – Nie można było zostawić go bez krycia. Nigdy nie pudłował, kiedy rzucał z czystej pozycji. Potrafił wszystko. Nie wolno było spuścić go z oczu”.

Sposobem na Curry’ego była próba osaczenia go. Morrow pamięta, że jego drużyna próbowała uprzykrzać mu życie już w okolicy linii środkowej, podwajała go od początku akcji. Wrzeszczeli na niego, wymachiwali rękami, mając nadzieję, że wymuszą w ten sposób stratę. Wiedzieli, że coś muszą zrobić, bo kiedy złapał rytm za linią środkową, było po wszystkim. Wiadomo było, że zaraz rozbije defensywę albo urwie się obrońcom po zasłonie i rzuci za trzy.

Kiedy Curry w końcu w swoim ostatnim sezonie awansował do finału mistrzostw stanowych, Greensboro Day zastosowało wobec niego strategię, która miała być w przyszłości wykorzystywana w NBA. Johnny Thomas, niski skrzydłowy z trzeciej klasy, mający 195 centymetrów wzrostu i chwalący się siłą fizyczną, którą nie dysponował Curry, wziął na siebie ciężar krycia Stephena. Greensboro Day znajdowało się w odległości ponad 160 kilometrów na północny zachód od Charlotte Christian. Ale rozgłos towarzyszący Curry’emu dotarł nawet tam i Bengals mieli plan.

Thomas podążał za Stephenem jak cień na każdym centymetrze boiska, odcinał go od podań i wykorzystywał swój wzrost do tego, żeby doprowadzić gwiazdę Charlotte Christian do szału. Curry rzucił tylko osiem punktów, a mistrzostwo stanowe zdobyła ekipa Greensboro Day. Steph nie był jeszcze wtedy wystarczająco silny fizycznie. Ale Thomas przekonał się, że w nieprzygotowanym do gry na najwyższym poziomie ciele rywala drzemie wystarczająca wola walki.

„Był twardy – wspomina Thomas, dziś zawodnik Harlem Globetrotters. – Nie odpuszczał. Cały czas próbował nas czymś zaskoczyć, nie poddawał się. Ale poradziliśmy sobie z nim całkiem dobrze. Był po prostu zbyt niski. Udało mi się go tamtego dnia zatrzymać”.

Właśnie to było zawsze przekleństwem Curry’ego – zbyt drobna postura, którą rywale wykorzystywali na parkiecie przeciwko niemu. Ale on reagował na to zawsze w ten sam sposób – chciał mieć pewność, że rywale zapłacą za swój brak szacunku. Atakował ich w taki sposób, by wiedzieli, że jeśli go nie docenią, poniosą konsekwencje. Udowadniał, że jest kimś.

Jedna z legendarnych historii związanych z Currym miała miejsce podczas turnieju Pro-Am w Charlotte. Prowadził go wtedy rozgrywający NBA Jeff McInnis, były zawodnik Tar Heels, absolwent liceum West Charlotte High.

Turniej Pro-Am to jedne z najlepszych zawodów koszykarskich w Charlotte, które nie miało wielkich tradycji związanych z tą dyscypliną. Bismack Biyombo, Hassan Whiteside, P.J. Hairston, Ish Smith, Morrow i bracia Curry – wszyscy oni należą do grupy koszykarzy NBA, którzy mają na swoim koncie występy w Charlotte Pro-Am. A ci, którzy dorastali w okolicy, mogliby wam pewnie opowiedzieć o pewnej nocy w hali Grady Cole Center w centrum Charlotte.

„Pamiętam to – mówi Curry. – To było po moim pierwszym sezonie w Davidson College”.

Już samo to, że jako znany syn zawodnika NBA miał tam zagrać, było sporym wydarzeniem. Ale był na tyle drobny, że inni zawodnicy mogli wątpić, czy rzeczywiście zasługuje na aż taki rozgłos.

W tamtym meczu rywale się na niego rzucili. Nie chodzi tylko o to, że zaatakowali go trash talkingiem. Dla wszystkich obserwatorów było oczywiste, że się na niego uwzięli. To, w jaki sposób go kryli. To, jak sami próbowali zdobywać punkty, kiedy ich krył. To, jak go faulowali. Każdy z zawodników drużyny przeciwnej próbował pokazać Curry’emu, że jest od niego lepszy.

Curry wyczuł, co się święci. I po przerwie na parkiecie pojawił się Zabójca o Twarzy Dziecka. Postanowił pokazać rywalom, którzy chcieli wyrobić sobie nazwisko jego kosztem, że mogą mu buty czyścić.

„Wyszedł na boisko i rzucił chyba ze 40 punktów – mówi Morrow, który oglądał tamten pojedynek z trybun. – Takie łatwe 40 punktów. Próbowali go kryć agresywnie, od połowy boiska. Pamiętam, że po meczu podszedł do niego ojciec i powiedział coś w stylu: »Tak właśnie musisz grać zawsze. Nie przejmuj się, jeśli nie będziesz trafiał, nie przejmuj się tym, co mówią inni«. Wszyscy ten mecz pamiętają. Jeśli jesteś kibicem koszykówki i przyjeżdżasz na turnieje Pro-Am, to tamtego spotkania na pewno nie zapomniałeś.

Jedynym problemem w korzystaniu z tego przycisku jest pytanie, kiedy go włączyć. Curry potrzebował doświadczenia, żeby się tego nauczyć. I nadal się uczy. Odczuwa dumę z tego, że jest rozgrywającym. Chce być znany jako zawodnik, który gra w koszykówkę we właściwy sposób, bezinteresowny i inteligentny. Ale istnieje też ta część jego osobowości, która pragnie zniszczyć wroga.

Tym samym nasz bohater cierpi na parkiecie na rozdwojenie jaźni – dwie osobowości walczą ze sobą o to, jak wykorzystać jego niebywały talent. I każda ciągnie w swoją stronę.

Jego umiejętności strzeleckie i panowanie nad piłką mogą z jednej strony być wykorzystywane w pozytywny sposób. Zagrożenie rzutami za 3 daje na parkiecie więcej miejsca i otwiera możliwość wejścia pod kosz. Każde zamarkowanie rzutu, każdy moment zawahania sprawiają, że obrona musi zareagować. Umiejętność panowania nad piłką pozwala penetrować bez nadmiernego zwiększania prędkości, daje okazję minięcia obrońcy, uwolnienia się i wykonania rzutu. A wszystko to przecież koszykówka w najczystszym wydaniu. Dzielenie się piłką, sprawianie, że koledzy z drużyny grają lepiej, i wszystkie inne elementy, które cieszą trenerów.

Ale z drugiej strony Zabójca o Twarzy Dziecka chciałby wykorzystywać te same umiejętności, żeby czynić zło. Bo to idealne narzędzia do tego, żeby dokonać zemsty, żeby udowodnić swoją dominację. Odwet za próbę postawienia naprzeciw niego wyższego gracza. Kara za usiłowanie wywarcia presji.

Wszystko to ma na celu wywołanie strachu. Można to nazywać egoizmem. Jest w grze Curry’ego jakaś arogancja, w tych rzutach, które w przypadku każdego innego koszykarza byłyby nazywane nierozważnymi, i w tym, że te rzuty trafiają do kosza, doprowadzając obrońców do rozpaczy.

Sekret tkwi w tym, że Curry rozwijał w sobie tę drugą postawę, jednocześnie zachowując tę pierwszą. Jest jednym z najlepszych koszykarzy w historii, bo potrafi je ze sobą łączyć. Ale najpierw musiał się nauczyć dobrze czuć w skórze Zabójcy o Twarzy Dziecka.

Tę osobowość Stephen wykształcił w 2008 roku, na drugim roku studiów, podczas turnieju NCAA. Wziął na siebie ciężar gry w drugiej połowie meczu pierwszej rundy przeciwko rozstawionej z siódemką Gonzadze. Zdobył wtedy 30 z łącznej liczby 40 punktów i poprowadził swoją rozstawioną z numerem 10 ekipę z Davidson do sensacyjnego zwycięstwa. Na minutę przed końcem trafił zwycięską trójkę i wracając do obrony, wskazał siedzących na trybunach rodziców.

W kolejnym spotkaniu znów eksplodował w drugiej połowie, a jego drużyna pokonała rozstawiony z dwójką Uniwersytet Georgetown. Niby nikt osobiście Curry’ego nie zaatakował. Ale jego grze cały czas towarzyszyły wątpliwości. Był obrońcą z małej uczelni, który zmagał się z uniwersytecką potęgą koszykarską. Przypominało to walkę, którą toczył przez całą koszykarską karierę.

I stanąwszy na wysokości zadania, Stephen zdobył w drugiej połowie 25 punktów, a jego drużyna odrobiła 17 punktów straty i awansowała do najlepszej szesnastki.

„Curry był znany jako dobry koszykarz, ale nie miałem pojęcia, że jest aż tak dobry – mówi Barker Davis, który relacjonował mecze Georgetown i jako pierwszy dziennikarz nazwał Stephena »zabójcą o twarzy dziecka«. – W drużynie z Georgetown był taki chłopak, Jessie Sapp. Był jednym z najlepszych obrońców na Wschodzie, ale nie był w stanie nadążyć za Currym. Próbowali go podwajać, Sappa wspierał mierzący 203 centymetry Patrick Ewing junior, obecnie asystent w Georgetown, świetny atleta, ale obaj kompletnie nie byli w stanie poradzić sobie z tym małym chuchrem z Davidson. To było coś niesamowitego”.

W kolejnym meczu Curry zdobył 33 punkty, a Davidson rozbiło rozstawione z trójką Wisconsin i awansowało do ósemki. Niewiele brakowało, a wygraliby i tamto spotkanie, z rozstawioną z numerem jeden uczelnią z Kansas. Curry przez cały mecz miał problemy z odnalezieniem formy strzeleckiej, ale w końcówce dostał piłkę, gdy jego drużyna przegrywała różnicą dwóch punktów. Miał szansę oddać zwycięski rzut za 3, ale był podwajany, więc podał piłkę do kolegi, który spudłował, a Davidson utraciło szansę na awans do Final Four. Nie włączył swojego przycisku, zagrał tak, jak powinien, i kosztowało to Wildcats odpadnięcie z turnieju.

Ale cały kraj dowiedział się o istnieniu Zabójcy o Twarzy Dziecka.

W kolejnym sezonie Curry i Johnny Thomas znowu się spotkali. Curry był na trzecim roku w Davidson i miał status gwiazdy. Thomas był rok niżej i grał w North Carolina State.

Thomas rehabilitował się wtedy po kontuzji kolana i nie miał tym razem okazji kryć Curry’ego. Oglądał mecz z ławki. Spotkanie było na tyle głośne, że rozegrano je na parkiecie NBA w centrum Charlotte, a w hali pojawił się LeBron James, który usiadł przy samym parkiecie i oglądał mecz, rozgrywany na kilka godzin przed pojedynkiem jego Cleveland Cavaliers z Charlotte Bobcats.

Poprzedni sezon okazał się dla North Carolina State bardzo ciężki – zajęli ostatnie miejsce w Atlantic Coast Conference. Ale sezon 2008/09 rozpoczęli od czterech zwycięstw. Byli drużyną z wielkiej konferencji i planowali dać nauczkę młodemu gwiazdorowi. Chcieli uprzykrzyć mu życie i udzielić solidnej lekcji.

Thomas próbował ostrzec swoich kolegów. Dostrzegał, że ciało Curry’ego zaczyna nadążać za jego wolą walki. Wiedział, że będzie dla nich utrapieniem. I że nie wystarczy uprzykrzać mu życia. Będą musieli grać mądrze, realizować plan i utrzymać koncentrację. Wszystko musiało być wykonane idealnie.

Plan gry nie zakładał odcinania naszego bohatera od podań, ale raczej atakowanie go wtedy, kiedy miał piłkę. Podjął wyzwanie i sam odpowiedział atakiem – brał na cel jednego obrońcę za drugim.

Tamtego dnia Wolfpack stali się częścią legendy Curry’ego, a obecny na trybunach LeBron James tylko kręcił z niedowierzaniem głową. Siedzący na ławce Thomas, który potem przeniósł się do Marshall, nie potrafił opanować śmiechu.

„Pamiętam, że stał na linii rzutów wolnych i, o rany, naprawdę dawał nam w kość – mówi Thomas. – Śmiał się i mówił do mnie: »Lepiej im powiedz, Johnny! Lepiej im powiedz!«. Dawał przedstawienie. Tak w ogóle to zawsze był skromnym kolesiem. Twardo stąpał po ziemi. Dobrze się prowadził. Ale na parkiecie potrafił powalić na łopatki”.

Curry zdobył wtedy 44 punkty. Spudłował 10 z 14 rzutów za 3 punkty, ale zniszczył przeciwników z North Carolina State, trafiając z półdystansu i od tablicy. Najlepszą akcją wieczoru był celny rzut oddany z blisko 10 metrów, na niewiele ponad minutę przed końcem, po którym wgapił się w LeBrona Jamesa, wskazując na niego palcem.

Takie chwile przewijały się przez całą karierę Curry’ego. W szkole średniej, na studiach i w NBA zdarzały się sytuacje, kiedy wrzucał wyższy bieg i niszczył swoich rywali. Kiedy odpowiadał dominacją na wątpliwości kierowane pod jego adresem. Kiedy widział, że ktoś próbuje go znieważyć, i w zamian dokonywał czegoś wyjątkowego.

Można powiedzieć, że cały sezon 2015/16 stanowił jedną wielką odpowiedź. Bo choć rozgrywający Warriors zdobył nagrodę MVP za sezon 2014/15, a potem sięgnął po mistrzostwo NBA, nie powstrzymało to krytyki pod jego adresem. Wręcz przeciwnie, dodatkowo ją spotęgowało – dogryzano jego drużynie i jemu samemu.

Ale Curry’ego to napędzało. Zawsze miał coś do udowodnienia. Że na studiach powinna go zrekrutować jedna z uczelni grających w elitarnej Division I. Że zasłużył na to, by wybrano go z siódemką w drafcie. Że wcale nie był za mały i zbyt słaby, by grać w NBA na pozycji rozgrywającego. Że kontuzje kostek nie przerwą jego kariery. Że będzie w stanie poprowadzić swoją drużynę do występu w play-offach. Że należy do najlepszych graczy NBA.

Jeden z najbardziej zmotywowanych zawodników w lidze otrzymał kolejny motywujący bodziec. Choć zdawał dotychczas każdy test, chociaż dokonywał rzeczy, których nikt od niego nawet nie oczekiwał, znalazł się znów w tym samym miejscu: musiał coś udowodnić. Znowu musiał walczyć o własną wiarygodność.

Pierwszy cios nadszedł ze związku zawodowego koszykarzy NBA. W kwietniu 2015 roku, w trakcie wielkiej narodowej debaty, kto powinien otrzymać nagrodę MVP – Curry czy obrońca Houston Rockets, James Harden – związek NBPA ogłosił, że zawodnicy będą przyznawali własne wyróżnienia w ramach protestu przeciwko nagrodom przydzielanym co roku przez media.

Miesiąc później NBA, która od 1981 roku kierowała się głosami dziennikarzy, ogłosiła, że nagrodę MVP zdobył Curry. Latem związek zawodowy koszykarzy wybrał jako swojego MVP Hardena.

Koledzy Curry’ego z drużyny spodziewali się takiego obrotu spraw. Przez cały sezon byłe i obecne gwiazdy NBA za kulisami lekceważąco wypowiadały się na temat świetnej serii Warriors. Mówiono, że koszykarze Golden State specjalizują się w przypadkowych rzutach z dystansu, że Curry zyskuje dzięki głębi składu swojej drużyny i swobodnemu systemowi gry Warriors. Do zawodników Golden State docierały te komentarze, domyślali się, do czego prowadzą, i odmówili udziału w głosowaniu.

Curry wygrał w kategoriach „Najtrudniejszy do krycia” i „Najlepszy w kluczowych momentach meczu”. Ale zawodnicy uznali, że nie zasługuje na najważniejszą nagrodę, na wyróżnienie przeznaczone dla najlepszych koszykarzy w historii. Samo to wystarczyło, żeby Stephena zmotywować.

Zabójca o Twarzy Dziecka nie pojawiał się już tylko raz na jakiś czas w trakcie sezonu. Powracające obelgi sprawiały, że alter ego Stephena nie znikało przez całe rozgrywki.

W meczu otwierającym sezon 2015/16 Curry oddał 12 rzutów za 3 punkty. W trzecim spotkaniu sezonu, przeciwko Pelicans w Nowym Orleanie, oddał takich rzutów 14 i zdobył 53 punkty. W meczu numer 6 rzucał za 3 punkty 16 razy. To był ten sam Curry, który nie zamierzał zaakceptować przegranej w ósmej klasie, Curry, który wprowadził Davidson do najlepszej ósemki NCAA, Curry, który szalał w drugiej połowie meczu Pro-Am. I zamierzał zabijać przy pomocy swojej najgroźniejszej broni.

W ciągu pierwszych sześciu lat swojej kariery dziewięciokrotnie zdobywał 40 lub więcej punktów. Od rozpoczęcia sezonu do świąt Bożego Narodzenia w 2015 roku zaliczył takich występów siedem.

Przez lata Curry musiał udowadniać, że jest w stanie grać w NBA jako rozgrywający. Będąc pod wrażeniem jego umiejętności strzeleckich, połączonych z tendencją do strat, analitycy i krytycy mówili, że tak naprawdę jest raczej rzucającym obrońcą, który gra na nie swojej pozycji. Stephenowi takie komentarze się nie podobały. Zawsze potrafił dobrze rzucać i udowadniał to na parkiecie. Rozwijał swoje niedoceniane umiejętności podawania piłki i imponującą zdolność widzenia tego, co się dzieje na parkiecie, i starał się prowadzić atak drużyny, angażując w ofensywie swoich kolegów. Powstrzymywał się przed popisami strzeleckimi, chyba że nie było innego wyjścia.

Ale teraz musiał wrzucić nowy bieg. Odrzucił bezinteresowność i zaczął dominować. Szarżował, eksplodując popisami strzeleckimi i rzutami z daleka, aż stał się największą atrakcją w całej NBA. Wszystko głównie dzięki temu, że pozwolił w końcu, by jego alter ego stało się jego przewodnikiem.

A nowe paliwo wciąż się pojawiało. W styczniu 2016 roku ESPN opublikowało ranking 100 najlepszych koszykarzy wszech czasów. Umieścili Curry’ego na swojej liście na czwartym miejscu wśród rozgrywających, przed wielkim Isiahem Thomasem z Detroit Pistons. Magic Johnson, który znalazł się na szczycie listy najwybitniejszych rozgrywających, od razu obśmiał sugestię, jakoby Curry miał być lepszy od Thomasa. A Grant Hill i Dennis Rodman mu wtórowali.

Jeszcze więcej paliwa.

Potem, 18 stycznia, Cleveland zagrało Curry’emu na nosie. Warriors po raz pierwszy od czasu zapewnienia sobie mistrzostwa przyjechali do hali Quicken Loans Arena. Dziennikarze zapytali Curry’ego, co czuje, wracając do miejsca, w którym przeżywał najlepsze chwile w karierze. W odpowiedzi wyraził nadzieję, że wciąż czuć tam zapach szampana z mistrzowskiej fety.

W Cleveland wywołało to burzę. Kilku zawodników i trenerów Cavaliers poczuło się tą wypowiedzią urażonych. A skoro przyklejono mu łatkę czarnego charakteru, aroganckiego i bezczelnego, to Curry postanowił od tej właśnie strony pokazać się na parkiecie.

W ciągu 28 minut zdobył 38 punktów, a Warriors wygrali różnicą 34 punktów.

W dalszej części sezonu dostał w pewnym momencie zadyszki i grał gorzej. W trzech meczach zdobywał średnio 16,7 punkta, trafiając ze skutecznością 37,8 procent, znacząco poniżej standardów, do których przyzwyczaił kibiców przez resztę roku. Miało to miejsce po tym, jak Warriors zmiażdżyli Thunder, swoich jedynych prawdziwych rywali.

Potem zagrał rozczarowująco w Nowym Jorku. Zazwyczaj w Madison Square Garden dokonywał czegoś wyjątkowego. To tu oficjalnie potwierdził swoje gwiazdorskie aspiracje, kiedy w 2013 roku zdobył 54 punkty. Curry uwielbia grać w hali Garden. Podczas draftu w 2009 roku miał nadzieję, że właśnie tutaj wyląduje.

Kiedy więc podczas swojej ostatniej wyprawy do Nowego Jorku zdobył tylko 13 punktów, oddając 17 rzutów, było oczywiste, że coś jest nie tak. Że jest zmęczony. Że brakuje mu inspiracji. Że stracił formę. Niezależnie od tego, jakie były powody, na parkiecie wyglądał na ospałego.

Patrząc na te wydarzenia z perspektywy czasu, można się było spodziewać, że w kolejnym meczu, 3 lutego w Waszyngtonie, Curry eksploduje. Kiedy przychodzi mu ścierać się ze swoim kumplem Johnem Wallem, z którym wspólnie reklamują dezodoranty Degree, zazwyczaj obaj dają niezłe przedstawienie. W dodatku Warriors jako obrońcy tytułu mieli złożyć wtedy wizytę w Białym Domu.

I Curry od początku meczu szalał, a kibice Wizards mogli tylko fetować jego popisy niczym cheerleaderki. W pierwszej kwarcie zdobył 25 punktów. Trafił pierwszych pięć rzutów za 3 punkty i w ciągu pierwszych 12 minut spudłował tylko raz na 10 prób.

Kiedy trafił Draymond Green i Warriors objęli prowadzenie różnicą 13 punktów, Curry wytrącił piłkę z rąk Walla, jeszcze zanim ten minął linię środkową. Pognał za piłką zmierzającą w kierunku linii bocznej. Skrzydłowy Wizards Jared Dudley zanurkował po nią, przecinając Curry’emu drogę. Trącił nogą piłkę, podbijając ją do góry w kierunku Stephena, który znajdował się przodem do linii bocznej, kiedy przechwycił piłkę. Odwrócił się i oddał rzut z miejsca, w którym stał, czyli dwa kroki za linią rzutów za 3 punkty, na lewym skrzydle.

Tłum, w którym było wielu kibiców Warriors, eksplodował, kiedy piłka wpadła do kosza. A Curry stał spokojnie, jakby chciał przez chwilę napawać się tym, co się właśnie wydarzyło. Kiedy dotarło do niego, że Wizards wyprowadzają piłkę spod kosza, odwrócił się, żeby ruszyć do obrony. Ale trener rywali poprosił o przerwę i dźwięk gwizdka zatrzymał Curry’ego. Prędkość, której zdążył nabrać, sprawiła, że Steph wykonał jeszcze jeden obrót, po czym się temu pędowi poddał. Waszyngtońska publiczność szalała, a on podskakiwał, kręcąc się w kółko niczym rozgrzewający się bokser.

Następnego dnia, podczas spotkania w Białym Domu, prezydent Barack Obama powiedział, że Curry pajacował. Próbował nawet przedrzeźniać podskoki Stephena.

Zabójca o Twarzy Dziecka jest znany z tego, że lubi pajacować. Jednocześnie dobrze się bawić i okazywać swoją wyższość. Jeśli przy celnym rzucie za trzy punkty zostaje sfaulowany, świętuje to, licząc na palcach do czterech – jakby chciał zagwarantować wszystkim, że trafi dodatkowy rzut wolny. Taniec shimmy[7] jest regularnym elementem repertuaru jego popisów od lutego 2012 roku, kiedy zaczął go wykonywać, oddając hołd swojemu trenerowi, Markowi Jacksonowi. W czasach swoich występów na parkiecie Jackson słynął z tańca shimmy.

Druga batalia Curry’ego o nagrodę MVP była naznaczona momentami „pajacowania”, prowokowanymi przez jego alter ego. W listopadzie w Nowym Orleanie został faulowany przy rzucie, po czym siedząc na parkiecie, zaczął tańczyć w rytm muzyki grającej mu w uszach. Kiedy w meczu z Indianą równo z syreną kończącą kwartę trafił z połowy boiska, wyjął z ust ochraniacz na zęby i wykonał podwójne shimmy, kończąc każde z nich okrzykiem „BUM!”, przy akompaniamencie wrzasków szalejących w hali Oracle kibiców. W lutym w meczu z Hawks trafił z rogu za 3 punkty, odwrócił się w kierunku ławki rywali i zaczął ich prowokować swoim shimmy. Potem tłumaczył, że adresatem tańca był jego przyjaciel i były kolega z drużyny Kent Bazemore.

Ale znakiem rozpoznawczym Curry’ego jest odwracanie wzroku. W NBA nie możesz być supergwiazdą, jeśli nie masz swojego znaku rozpoznawczego. Nie po tym, jak Michael Jordan ze swoim wywalonym językiem, luźnymi spodenkami i modnymi butami pokazał światu, co to znaczy być sportową supergwiazdą.

W lidze pojawia się teraz mnóstwo rutynowych działań, a wszystkie mają na celu wykreowanie podobnych rytuałów, które sprawiły, że Jordan był tak popularny. Po slam dunkach następują wrzaski. Po trafionych rzutach za 3 punkty zawodnicy zazwyczaj wykonują jakieś gesty – albo wyciągają z kabury wyimaginowane pistolety i z nich strzelają, albo salutują trzema palcami, albo kręcą nimi, symulując piłkę toczącą się po obręczy. Żeby postawić kropkę nad i, po celnej trójce zawodnicy prężą muskuły i patrzą gniewnie w kierunku rywali.

Ale tylko nieliczni z nich są w stanie stworzyć swoje znaki rozpoznawcze, które naprawdę symbolizują jakąś wyjątkową sprawność. Kiedy Jordan był na szczycie, zdarzało mu się rzucać wolne z zamkniętymi oczami. Takie aroganckie zachowanie tylko umacniało jego legendę.

LeBron James ma swój blok po pogoni za rywalem. Pędzi za kontratakiem, niczym lew za gepardem, który najpierw się czai, a potem rzuca się, jakby chciał udowodnić swoją pierwotną siłę. Kiedy rywal myśli już, że będzie mógł trafić łatwy layup, LeBron wyłania się nie wiadomo skąd i odbija piłkę. Punktem kulminacyjnym zwycięskiego siódmego meczu Cavaliers w finałach NBA w 2016 roku była jego pogoń i zapewne najlepszy blok w życiu, na Andre Iguodali.

Najbardziej niezwykli skoczkowie, tacy jak Vince Carter albo Blake Griffin, wznosili się tak wysoko w powietrze, że trudno nawet uznać ich za dunkujących w tradycyjnym sensie. Oni po prostu wrzucali piłkę od góry do kosza, często nawet bez kontaktu z obręczą.

Allen Iverson, tak jak wcześniej Tim Hardaway, miał swój crossover. Ale podczas gdy ten Hardawaya opierał się na szybkości, którą wykorzystywał, żeby minąć obrońcę, ten Iversona został stworzony dla upokorzenia rywali. Chodziło w nim o to, żeby obrońca wyszedł na głupka, ośmieszonego przez magiczne sztuczki Iversona.

Kiedy za 20 lat historia Curry’ego będzie na nowo opowiadana u fryzjera i podczas pikników przez starszych panów, niewzruszonych popisami przyszłych gwiazd, będą oni wspominali przede wszystkim to, jak odwracał wzrok. To właśnie będzie najdziwniejsza część tej opowieści i to ona sprawi, że słuchający jej 15-latek wpisze sobie nazwisko Stephena w wyszukiwarkę na YouTube, żeby zobaczyć to na własne oczy.

I zobaczą filmiki z Currym w roli głównej z play-offów w 2013 roku, kiedy Steph rzuca za 3 z rogu, po czym szyderczo gapi się na ławkę Denver Nuggets, zanim jeszcze piłka wpadnie do kosza. Zobaczą najlepszą akcję z marca 2015 roku, kiedy Warriors grali w grafitowych koszulkach z ramionami przyozdobionymi w czerwone i żółte akcenty z okazji świętowania Chińskiego Nowego Roku, a Curry trafił z lewego skrzydła za 3 punkty, po czym odwrócił się, żeby zobaczyć reakcję tłumów i wywnioskować z niej, czy piłka wpadła do kosza, czy nie. Zobaczą trójkę z meczu przeciwko Sacramento w styczniu 2016 roku, kiedy odwrócił się zaraz po rzucie i zaczął się wgapiać w ławkę rezerwowych Kings, na której siedział jego brat Seth, podczas gdy piłka spokojnie wpadła do kosza.

No i nieuchronnie natkną się w końcu na to, co zrobił podczas play-offów w 2016 roku przeciwko ekipie Oklahoma City. W meczu numer 2 finałów Konferencji Zachodniej zamarkował rzut, a skrzydłowy Thunder Serge Ibaka wyskoczył w górę do bloku. Curry go minął, zrobił krok do przodu, ustawił się, oddał rzut i nie czekając na rezultat, odwrócił się, patrząc na Ibakę, kiedy piłka znajdowała się jeszcze w powietrzu.

Takie zachowanie to oznaka szczytu zarozumiałości, większości zawodników trudno byłoby je naśladować. Curry opanował rzucanie do kosza do perfekcji – do tego stopnia, że może je traktować tak rutynowo, jakby to był rzut wolny. A jego alter ego, które zrodziło się z poczucia, że to on był zawsze ofiarą, z przyjemnością się teraz odwzajemnia. Każdy, kto zna Curry’ego, mówi, że jest on absolutnym przeciwieństwem aroganta. Ale na parkiecie, kiedy staje się zabójcą, odgrywa swoją rolę z olbrzymią pewnością siebie.

Rzuty, które oddaje Curry, są przejawem arogancji, bo tylko ktoś ogromnie zuchwały odważyłby się takie oddawać. Tak jak Kobe Bryant, który potrafił rzucać ponad dwoma obrońcami, bo był przekonany, że i tak ma większą szansę na trafienie niż znajdujący się na czystej pozycji kolega z drużyny. Stephen bawi się grą, rzucając z bardzo daleka, z absurdalnych pozycji. Każdy inny zawodnik zostałby za takie rzuty ukarany posadzeniem na ławce.

To dlatego jego poprzedni trener, Mark Jackson, mówił, że Curry szkodzi koszykówce. Dość dwuznaczny komplement z ust byłej gwiazdy NBA i największego fana talentu Stephena, ale Curry’emu się to nie podobało, nawet jeśli rozumiał, o co Jacksonowi chodziło.

Opinia Jacksona wskazywała na arogancję związaną z alter ego Stephena. Jackson martwił się, że Curry jest inspiracją dla młodych zawodników, którzy będą się na nim wzorować i oddawać rzuty, jakich zwyczajni śmiertelnicy nie zdołają trafić. Sprawia, że trafianie do kosza wydaje się tak łatwe, że żadna pozycja do rzutu nie budzi oporów. A hale w całym kraju wypełniają się zawodnikami, którzy rzucają za trzy po kontratakach i miotają cegły, uwalniając się po zasłonie.

Ale Zabójcy o Twarzy Dziecka bardziej niż na tym, żeby nie dawać złego przykładu młodzieży, zależy na ośmieszeniu obrońców drużyny przeciwnej. Takiej osobowości potrzebuje, żeby odnieść sukces. To dzięki niej może pokonywać ograniczenia, które miały go powstrzymywać. To dzięki niej może sprostać wyzwaniom, przezwyciężać przeszkody, uciszać niedowiarków. A tych nigdy nie brakuje, nawet wtedy, kiedy Stephen gra jak z nut.

25 lutego 2016 roku legendarny Oscar Robertson dolał Curry’emu jeszcze trochę paliwa. Stephen notował wtedy średnio 31,9 punktu na mecz przy skuteczności 50,7 procent, głównie dzięki temu, że trafiał średnio 4,9 rzutu za 3 na mecz. Ale Robertson przypisał częściowe zasługi za tę dominację Curry’ego słabościom współczesnej defensywy.

„Rzuca tak dobrze dzięki temu, jak wygląda współczesna koszykówka – powiedział Robertson w ESPN podczas radiowego show Mike & Mike. – Dzisiaj wystarczy, że umiesz dunkować albo celnie trafiać za 3, i od razu wszyscy się tobą podniecają. W przeszłości też pojawiało się mnóstwo świetnych strzelców. Ale w czasach, kiedy grałem, jeśli rzuciłeś z daleka i trafiłeś, w kolejnej akcji wiadomo było, że będę stał przed tobą i już ci na to nie pozwolę. Będę cię krył na trzech czwartych albo przynajmniej od połowy boiska. Ale dzisiaj tak się nie da. Uważam, że współcześni trenerzy nie rozumieją koszykówki”.

Analiza Robertsona sugerowała, że sukcesy Curry’ego nie wynikały z tego, że jest rewolucyjnym koszykarzem, ale z tego, że gra w czasach, kiedy jakość gry się obniżyła, i to wykorzystuje. Robertson, legenda NBA, dołączył do innych gwiazd przeszłości, które próbowały zbagatelizować wartość Warriors i ich lidera.

Tej nocy Curry rzucił w meczu przeciwko Orlando 51 punktów, dorzucając 8 asyst i 7 zbiórek. Wszystko to w ciągu 34 minut gry. Głośno się śmiał po tym, kiedy trafił z połowy boiska równo z syreną na zakończenie trzeciej kwarty. Powiedział potem, że jego reakcja wynikała z tego, jak szalony był to rzut – nie spodziewał się, że trafi. Ale piłka odbiła się od tablicy i wpadła do kosza. Śmiech Curry’ego kojarzył się raczej z rechotem czarnego charakteru, który właśnie odkrył przed światem swój plan zagłady świata.

„Zaczyna to być irytujące, bo wydaje mi się, że na to nie zasłużyliśmy – powiedział Curry, komentując wypowiedź Robertsona. – To nie jest tak, że słyszysz, jak o tym mówimy, jak się przechwalamy, jak porównujemy się z innymi wielkimi drużynami, jak mówimy, że moglibyśmy pokonać tych albo że jesteśmy lepsi od od tamtych. Żyjemy chwilą”.

Cedric Ceballos, weteran z lat 90., poparł wypowiedź Robertsona i powiedział, że jego Phoenix Suns z sezonu 1993/94 łatwo by Warriors pokonali. Tamta ekipa Phoenix zajęła trzecie miejsce w Konferencji Zachodniej i odpadła w drugiej rundzie play-offów. Ale Ceballos stwierdził, że wygraliby z obrońcami tytułu, którzy mieli bilans 52-5, kiedy wypowiadał te słowa.

Dzień później Isiah Thomas też przyznał rację Robertsonowi. Zgodził się, że Curry jest być może najlepszym strzelcem w historii NBA, ale dodał też, że nigdy wcześniej obrona w lidze nie stała na tak niskim poziomie.

Wieczorem po tych komentarzach Curry rzucił 46 punktów przeciwko Oklahomie, po dogrywce, i wyrównał rekord NBA, trafiając 12 razy za 3 punkty. Ostatni rzut trafił równo z końcową syreną z ponad 11 metrów, zapewniając swojej drużynie zwycięstwo.

Najbardziej absurdalne jest to, że nawet po tym, jak po raz pierwszy w historii został jednogłośnie wybrany na MVP, Curry przystąpił do play-offów po zakończeniu sezonu 2016/17, wysłuchując takich samych wątpliwości jak dotąd.

Dla Curry’ego, który już w pierwszym meczu rywalizacji o mistrzostwo skręcił kostkę, po czym wrócił do gry i zaraz skręcił kolano, te play-offy były bardzo wyczerpujące. Musiał pauzować przez dwa tygodnie, zanim wrócił na czas, żeby pokonać w drugiej rundzie Portland. Miał w sobie jeszcze wystarczająco dużo energii, żeby pomóc swojej drużynie w niełatwym zwycięstwie nad Oklahoma City. Ale w finałach, po epickim meczu numer 4, który jak się wtedy wydawało, rozstrzygnął losy rywalizacji, dostał zadyszki i w decydujących spotkaniach grał słabo.

Potrzebował tylko jednego meczu, żeby raz jeszcze pokonać LeBrona. Potrzebował jednego wielkiego występu, żeby udaremnić największą katastrofę w historii finałów NBA. Ale nie osiągnął celu.

Nie grał dobrze. Nie sprostał oczekiwaniom, które sam podniósł na tak wyśrubowany poziom. Kiedy na jego grę w finałach patrzyły największe rzesze kibiców w historii NBA, również miliony tych okazjonalnych, którzy chcieli go zobaczyć po wszystkich peanach usłyszanych na jego cześć, można było odnieść wrażenie, że Curry jest jednak śmiertelnikiem. Sytuację pogarszało to, że w tym samym czasie LeBron James wyglądał jak ktoś z innej planety. Ten kontrast stawiał Curry’ego w jeszcze gorszym świetle i tylko potęgował obelgi i wątpliwości, a głosy krytyków rozlegały się głośniej niż kiedykolwiek.

Komentarze nie traktowały o wybitnym koszykarzu i o mistrzu, któremu w decydującym momencie czegoś zabrakło. Brzmiały raczej tak: „Widzicie, mówiłem, że on nie jest tak dobry”. Jedynymi wybitnymi koszykarzami NBA, którzy awansowali do finałów NBA i nigdy w nich nie przegrali, byli Michael Jordan i Bill Russell. Wszyscy inni – od Magica Johnsona do Larry’ego Birda, od Wilta Chamberlaina do Jerry’ego Westa – wszyscy oni znają uczucie porażki na tym ostatnim etapie. Przypomina to rytuał przejścia.

Ale dla Curry’ego porażka w finałach NBA stała się aktem oskarżenia o to, że nie jest wystarczająco dobry. Nawet LeBron James, który przecież też przegrywał na tym najwyższym szczeblu, nie traktował Curry’ego jako kogoś równego sobie. Wydawało się, że nie odczuwał takiej przyjemności z rywalizacji jak na przykład w czasach potyczek z San Antonio Spurs. Tym samym James dołączył, a może nawet stanął na czele ekipy niedowiarków, którzy szydzili z Curry’ego i Warriors. Być może podświadomie sam się z nich nabijał.

Reakcja Curry’ego była zaskakująca. Zrobił coś, na co większość gwiazd jego kalibru w takich okolicznościach by się nie zdecydowała – przyjął do swojej drużyny kolejną gwiazdę.

Warriors od lat planowali zawalczyć o Kevina Duranta – jeszcze zanim stali się potęgą NBA, zanim Curry zdobył nagrodę MVP i został powszechnie szanowanym koszykarzem. Kiedy zaczęli wprowadzać w życie scenariusz, który miał dać im szansę na pozyskanie Duranta, byli jeszcze drużyną na fali wznoszącej. Durant wprowadził Thunder do elity NBA, nadał im status, o którym Warriors mogli tylko pomarzyć. Podpisali więc z Andrew Bogutem i Andre Iguodalą umowy gwarantujące zawodnikom malejące z upływem lat pensje, żeby w razie konieczności łatwiej było ich sprzedać. Reszta ich kontraktów – Shaun Livingston, Leandro Barbosa, Marreese Speights – została zaplanowana tak, żeby wygasały w 2016 roku albo żeby można je było wtedy rozwiązać. Zrezygnowali nawet z możliwości przedłużenia umowy z Festusem Ezelim, choć wydawało się, że ma on zadatki na to, by stać się ich centrem na lata. Za każdym razem ostateczną nagrodą miał być Durant.

Tyle że w ciągu tych trzech lat Warriors przeskoczyli w tabeli Thunder. A Curry dołączył do Duranta jako jeden z najlepszych koszykarzy w NBA, a nawet go przegonił pod względem popularności i sukcesów. A potem Warriors wyeliminowali prowadzonych przez Duranta Thunder w finałach Konferencji Zachodniej w 2016 roku. Klay Thompson zagrał jak szaleniec, Warriors udało się odrobić straty i choć w tej serii przegrywali 1-3, to po raz drugi z rzędu awansowali do finałów NBA. Wyglądało na to, że między dwoma drużynami rozpoczęła się epicka rywalizacja na lata.

Ale nowe okoliczności nie zmieniły planów Warriors wobec Duranta. A Curry jak najbardziej wspierał zarząd klubu. Odegrał kluczową rolę w procesie rekrutacji Duranta, który najbardziej obawiał się właśnie tego, jak przyjmie go w zespole Stephen. Durant doskonale wie, jak mocno strzegą swojego terytorium gwiazdy NBA. Zanim podjął decyzję o zmianie barw klubowych, musiał zyskać absolutną pewność, że Curry chce mieć go w swojej drużynie. A ten przyjął go z otwartymi ramionami.

Stanął na czele delegacji Warriors, która pojechała do Hampton, żeby rekrutować Duranta. Częścią planu było prywatne spotkanie zawodników. Curry, Draymond Green, Andre Iguodala i Klay Thompson zamknęli się z Durantem w pokoju, z dala od działaczy i przygotowanych przez nich prezentacji, żeby normalnie i szczerze pogadać. Po spotkaniu, w drodze na obóz przygotowawczy na Hawajach, Curry wysłał do Duranta jeszcze kilka SMS-ów, w których powtórzył, że bardzo chce grać z nim w jednej drużynie.

To, że Curry tak ciepło przyjął Duranta, wynika niewątpliwie z jego mentalności rozgrywającego. Bezinteresowny zawodnik, który dobro drużyny przedkłada nad własne, cieszy się na samą myśl o tym, że mógłby grać w jednej ekipie i podawać do zawodnika obdarzonego takim talentem jak Durant. Ale jednocześnie trzeba pamiętać, że to Zabójca o Twarzy Dziecka pomagał pisać SMS-y, które kusiły Duranta. I że serdeczne przyjęcie niedawnego rywala przez Curry’ego nie brało się tylko z ciepłych uczuć do przyszłego kolegi, ale raczej z pragnienia wspólnej dominacji nad wszystkimi rywalami.

Niektórzy powiedzą, że to oznaka słabości Curry’ego, że zaprosił do drużyny koszykarza, który może przyćmić jego sławę i sprawić, że on sam będzie musiał znaleźć się na drugim planie. Ale jego alter ego nie myśli w ten sposób. Curry prawdopodobnie w ogóle nie postrzega tej decyzji w kategoriach poświęcenia. Może i będzie zdobywał o kilka punktów mniej, może i wzbudzi trochę mniej zainteresowania mediów, ale jednocześnie będzie mógł rozwinąć umiejętności, których ludzie mu zawsze odmawiali. Po prostu zacznie dominować w nowy sposób.

Z punktu widzenia Zabójcy o Twarzy Dziecka drużyna pozyskała następną gwiazdę, która pomoże Curry’emu wznieść się na kolejny poziom, która da mu wolność, jakiej tak rzadko doświadczał. Uzyskał wielką szansę na kolejne mistrzowskie tytuły i zamknięcie ust krytykom.

Jak się zdaje, NBA wciąż jeszcze nie zrozumiała, że wszystkie te wątpliwości i obelgi tylko napędzają Curry’ego. Rywale wiedzieli, że nie powinni używać trash talkingu wobec Kobego, by nie obudzić w nim potwora. Wystarczyło spojrzeć na Jordana w niewłaściwy sposób, żeby zostać posądzonym o jakiś osobisty atak, który mógł wyzwolić w nim instynkt zabójcy. Na parkiecie Curry jest taki sam jak oni.

Poza boiskiem może być grzeczny jak ministrant. Nie toczy bojów z mediami. Sam nie obraża swoich rywali, ani tych z przeszłości, ani tych obecnych. A kiedy dziennikarze przekazują mu, co tamci powiedzieli na jego temat, odmawia komentarza.

Ale w duchu myśli sobie: ja wam jeszcze pokażę.

[1] W czerwcu 2017 roku Warriors zyskali jeszcze reputację tych, którzy potrafili powrócić na sam szczyt.

[2] Przydomek Warriors rozpowszechniony w latach 90. Młodzi kibice Warriors zaczęli wtedy skracać ich nazwę do W’s, co w fonetycznym angielskim zapisie oddaje się jako dub-a-us, w skrócie dubs.

[3] Rzut lobem, którego praktycznie nie sposób zablokować.

[4] Autor zapomniał o tym, że choć Payton jako gracz Seattle SuperSonics rzeczywiście przegrał w finałach w 1996 roku z Chicago, to dziesięć lat później, już pod koniec kariery, zdobył mistrzowski tytuł jako rezerwowy Miami Heat.

[5] Amateur Athletic Union, amatorska organizacja sportowa, której misją jest promocja sportu amatorskiego i rozwijanie młodych talentów.

[6] Young Men’s Christian Association (Związek Młodzieży Chrześcijańskiej) – młodzieżowa organizacja społeczna prowadząca działalność charytatywną, wychowawczą i edukacyjną w duchu chrześcijańskim.

[7] Taniec związany z jazzem, który narodził się w Stanach po pierwszej wojnie światowej, charakteryzujący się drgawkami ramion, jakby tancerz chciał potrząsać koszulą.

Golden: The Miraculous Rise of Steph Curry

Copyright © Marcus Thompson 2017

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2017

Copyright © for the translation by Michał Rutkowski 2017

Redakcja – Piotr Królak

Korekta – Maciej Cierniewski

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2017

ISBN EPUB: 978-83-65836-71-7

ISBN MOBI: 978-83-65836-72-4

wsqn.pl

WydawnictwoSQN

wydawnictwosqn

SQNPublishing

wydawnictwosqn

WydawnictwoSQN

Sprzedaż internetowa labotiga.pl

E-booki

Zrównoważona gospodarka leśna

Omnia tempus habent

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Wstęp

Rozdział 1. Zabójca o twarzy dziecka

Rozdział 2. Człowiek, który robi różnicę

Rozdział 3. Wardell Drugi

Rozdział 4. St3ph

Rozdział 5. Urok Curry’ego

Rozdział 6. Splash Brothers

Rozdział 7. Nowy Grant Hill

Rozdział 8. Hejterzy Curry’ego

Rozdział 9. Wyjątkowo mało atletyczny

Rozdział 10. Niedoceniany

Epilog

O autorze

Zdjęcia

Strona redakcyjna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Stephen Curry. Potrójne oblicze 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest Jeszcze jedna mila