Gotowi na przemoc. Mord, antysemityzm i demokracja w międzywojennej Polsce

Gotowi na przemoc. Mord, antysemityzm i demokracja w międzywojennej Polsce

Autorzy: Paweł Brykczyński

Wydawnictwo: Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Kategorie: Publicystyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 37.55 zł

Zamach, który zmienił nasz naród

W grudniu 1922 roku nowa Rzeczpospolita Polska demokratycznie wybrała swego pierwszego prezydenta Gabriela Narutowicza. Ponieważ zagłosowała na niego między innymi partia żydowska, wroga jej frakcja antysemitów domagała się od niego rezygnacji. Już po kilku godzinach w Warszawie wybuchły krwawe rozruchy, a tydzień później prezydenta zamordowano. Po tych zdarzeniach radykalna prawica umocniła się w swym twierdzeniu, że tylko „etniczni Polacy” powinni rządzić Polską, a lewica po cichu na to przystała.

Opowiadając tę wstrząsającą historię, Paul Brykczynski bada skomplikowane powiązania antysemityzmu, nacjonalizmu i przemocy w polskiej polityce Międzywojnia. Choć książka skupia się na naszym kraju, pomaga też zrozumieć wzrost znaczenia antysemickiej prawicy w ówczesnej Europie i poza nią – a także wpływ przemocy na dyskurs i kulturę polityczną.

Gotowi na przemoc.

Mord, antysemityzm i demokracja w międzywojennej Polsce

Paweł Brykczyński, Gotowi na przemoc. Mord, antysemityzm i demokracja w międzywojennej Polsce

Warszawa 2017

Tytuł oryginału: Primed for Violence: Murder, Antisemitism, and Democratic Politics in Interwar Poland

Copyright © by Paul Brykczynski, 2017

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2017

Publisher’s edition of Primed for Violence by Paul Brykczynski is published by arrangment with the University of Wisconsin Press.

© 2016 by the Board of Regents of the University of Wisconsin System.

All right reserved.

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-65853-41-7

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Seria Historyczna [30]

Warszawa 2017

Skład wersji elektronicznej:

Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Motta

Przedmowa

Wprowadzenie

Rozdział 1. „Precz z Żydami!”

Rozdział 2. Od protestów do zabójstwa

Rozdział 3. Nienawiść a walka wyborcza

Rozdział 4. „Żydowski prezydent!”

Rozdział 5. Prawica pozostaje nieskruszona

Rozdział 6. Klęska idei narodu państwowego

Wnioski

Bibliografia

Spis ilustracji

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Pamięci mojego dziadka Andrzeja Pieczyńskiego, który nigdy nie mówił o patriotyzmie, ale którego życie dawało świadectwo jego najpiękniejszym tradycjom i który nauczył mnie zarazem kochać historię Polski i myśleć o niej krytycznie.

Choć zamachy co do zasady nie prowadziły do skierowania biegu politycznych zmian na ustalone z góry tory, to wielokrotnie ukazywały – nieraz w dramatyczny sposób – potencjał swojego wpływu na zdarzenia, które, w razie gdyby do zabójczej przemocy nie doszło, mogłyby zapewne potoczyć się zupełnie inaczej. Niektóre z tych interwencji były tak przypadkowe, tak niezwiązane z racjonalnie rozumianymi krzywdami czy postulatami, że nie zasługują na nic ponad zakwalifikowanie ich jako czystych przypadków, porównywalnych z klęskami żywiołowymi, ludzką chorobą czy śmiercią w nieszczęśliwym wypadku, zwykłych zbiegów okoliczności itp. W innych sytuacjach jednak wymierzona w jednostki przemoc trafiała w sedno atmosfery przepełnionej nienawiścią i fatalnymi oczekiwaniami tak, że owe przebłyski zabójczej energii wydawały się, a nawet po latach wciąż się mogą wydawać czymś po prostu nieuniknionym.

Franklin L. Ford, Political Murder: From Tyrannicide to Terrorism

[...] zamordowany został Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, jako prezydent żydowski. Tak bardzo brutalną była demagogia pewnego obozu, który stworzył ową atmosferę mordu, że posłużyła się tym bardzo tanim i efektownym środkiem, a tak niestety wypróbowanym, mianowicie sprowadziła zagadnienie pierwszego Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej do mianownika żydowskiego. [...] pożary przenoszą się łatwo z jednego dachu na drugi i oto ta sama ręka, która nie została ukarana, gdy targnęła się na życie czy zdrowie obywatela polskiego Żyda, ta sama ręka nieukarana należycie i bezkarnością rozzuchwalona, targnęła się na życie pierwszego Prezydenta Rzeczypospolitej.

Poseł Żydowskiego Klubu Parlamentarnego Ignacy Schiper podczas debaty w Sejmie (19 czerwca 1923)

PRZEDMOWA

Przy pracy nad każdym projektem o tak dużej skali stykamy się z mnóstwem ludzi, którym należy podziękować za pomoc i wsparcie. Choć ich lista nigdy nie będzie kompletna, spróbuję jednak oddać co należne przynajmniej części osób, które pomogły w powstaniu tej książki. Przede wszystkim nigdy nie znajdę słów, by dostatecznie podziękować mojej żonie i najlepszej przyjaciółce Andrei za to, że była ze mną na 150 procent w trakcie tej długiej i często trudnej podróży. Zarówno życie osobiste, jak i akademickie mają wzloty i upadki. Z tymi drugimi bez Andrei bym sobie nie poradził. Jej wiara w moją pracę i drogę, którą obrałem, nigdy nie osłabła, nawet wówczas, gdy wiarę czasami traciłem ja sam. Wielkie podziękowania winien jestem moim rodzicom, Mikołajowi i Ewie Brykczyńskim. Wychowali mnie w środowisku, w którym czytało się książki, dyskutowało idee, a intelektualna ciekawość była wartością i do niej zachęcano. Ich wsparcie pomogło mi szczególnie na ostatnich etapach projektu, gdy starałem się podołać konkurującym wymaganiom, które niesie ze sobą bycie ojcem (co zawsze jest najważniejsze), praca w sektorze prywatnym i pisanie ostatnich partii książki. Bez ich pomocy nie udałoby mi się sprostać tym wyzwaniom.

Badania do książki prowadziłem pod kierunkiem Roberta Blobauma, Ronalda Grigora Suny’ego, Geneviève Zubrzycki, a przede wszystkim Briana Portera-Szűcsa, który pomógł ukształtować nie tylko ten projekt, ale także całe moje podejście do studiowania historii. Wraz z postępami projektu jego treść wiele zyskiwała dzięki konstruktywnej krytyce, jakiej udzielili mi liczni przyjaciele i znajomi, którzy poświęcali swój cenny czas, by przeczytać maszynopis. W pierwszej kolejności na podziękowania zasłużyli Jordana de Bloeme, Matti Friedman, Zeev Friedman, Kamil Kijek, Adam Kożuchowski, Peter Kracht, Grzegorz Krzywiec, John Merriman, Michael Newmark, Eva Plach, Scott Ury, Marek Wierzbicki oraz Piotr Wróbel. Wilhelm Dichter nie tylko przeczytał maszynopis w całości i dostarczył bezcennych uwag, ale też zaprosił mnie do swego domu w Tewksbury, w stanie Massachusetts, gdzie wraz ze swą żoną Olgą stworzyli mi warunki, w których mogłem uciec od odciągających uwagę spraw dnia codziennego i ukończyć tę książkę. Chciałbym również podziękować Cliffordowi Orwinowi; choć nie był zaangażowany w projekt bezpośrednio, nie zdołam przecenić intelektualnego długu z całego życia, jaki mam wobec niego za to, że nauczył mnie czytać krytycznie. Na szczególne wspomnienie zasługuje również mój nieżyjący już wujek Marek Pieczyński, pierwsza spośród osób, które usłyszały o moim pomyśle napisania o zabójstwie Gabriela Narutowicza i wyraziły dla niego poparcie. Będąc prawdziwym ucieleśnieniem środkowoeuropejskiego intelektualisty, Marek hojnie dzielił się ze mną zarówno swym osobistym doświadczeniem z lat międzywojennych, jak również nadzwyczajną znajomością historii, literatury i duszy ludzkiej. Jako pierwszy pokazał mi wiele książek, w tym autorstwa Stanisława Brzozowskiego i Bernarda Singera, które miały odegrać zasadniczą rolę w tym projekcie. Książka ta nie byłaby tym, czym jest, gdyby nie on, i mogę tylko mieć nadzieję, że na jej stronicach rozpoznałby choć część swoich intelektualnych i duchowych wpływów.

Badania do książki nie byłyby możliwe, gdyby nie wsparcie wielu członków mojej rodziny i przyjaciół w Polsce. Chciałbym szczególnie podziękować Jerzemu Brykczyńskiemu, Małgorzacie Brykczyńskiej, Adamowi Pieczyńskiemu, Justynie Pochanke i rodzinie Krawczyków, jak również mojej babci Zofii Pieczyńskiej, którzy gościli mnie w swych domach w trakcie przedłużających się podróży badawczych do Warszawy. Katarzyna Raczkowska z warszawskiej Biblioteki Narodowej w pojedynkę wprowadziła mnie w polski system bibliotek i archiwów. Moja siostra, Małgorzata Popiołek, doktorantka historii sztuki na Uniwersytecie Technicznym w Berlinie, służyła nadzwyczajną pomocą w wielu aspektach badań prowadzonych na potrzeby niniejszej książki.

Pragnę również podziękować mojej redaktorce z University of Wisconsin Press, Gwen Walker, która od pierwszego dnia wierzyła w ten projekt i niezmiennie oferowała swoje wsparcie, zrozumienie i cierpliwość. Wreszcie, praca ta nie byłaby możliwa, gdyby nie wsparcie Uniwersytetu Michigan oraz Kanadyjskiej Rady ds. Badań Społecznych i Humanistyki, która zapewniła mi szczodre sfinansowanie badań oraz studiów doktoranckich.

Warszawa w okresie międzywojennym. Mazowiecka Biblioteka Cyfrowa

WPROWADZENIE

9 grudnia 1922 roku Rzeczpospolita Polska wybrała swego pierwszego prezydenta. Po pięciu turach głosowania wybór Zgromadzenia Narodowego padł na Gabriela Narutowicza. Prezydent elekt, wykształcony w Szwajcarii inżynier, obserwatorowi z zewnątrz mógł się wydawać niekontrowersyjny. Miał opinię umiarkowanego liberała oraz przyjaciela popularnego i charyzmatycznego marszałka Józefa Piłsudskiego, który w opinii wielu Polaków zaledwie cztery lata wcześniej zapewnił ich krajowi niepodległość. W szerokiej koalicji, która udzieliła temu kandydatowi poparcia w Zgromadzeniu Narodowym, wyróżniał się Blok Mniejszości Narodowych – stworzony na potrzeby wyborów parlamentarnych luźny sojusz partii żydowskich, ukraińskich, białoruskich i niemieckich. Poparcie, jakie przyszły prezydent otrzymał od Żydów, wzbudziło gniewną i gwałtowną reakcję nacjonalistycznej prawicy, znanej wówczas jako Narodowa Demokracja, w skrócie endecja. Zaledwie kilka godzin po wyborze prezydenta w Warszawie wybuchły gwałtowne zamieszki antysemickie, które wstrząsały stolicą przez kilka następnych dni, zachwiały fundamentami polskiej demokracji i zmusiły rząd do wprowadzenia stanu wyjątkowego. 16 grudnia, zaledwie siedem dni po wyborze, pierwszy prezydent RP został zamordowany przez Eligiusza Niewiadomskiego, dość znanego wówczas artystę malarza. Niewiadomski był przekonany, że zabijając prezydenta, ratuje Polskę przed poddaniem jej żydowskiej dominacji.

Nie ulega wątpliwości, że zamieszki i zabójstwo prezydenta oznaczały poważny kryzys porządku ustrojowego Rzeczpospolitej Polskiej. Dość niespodziewanie jednak polskiej demokracji udało się, przynajmniej na pozór, wyjść z tego kryzysu bez szwanku1, a rozruchy uliczne wygasły po tym, jak politycy i publicyści wszystkich opcji politycznych zaapelowali o zachowanie spokoju.

Osiem dni po zabójstwie ta sama większość w łonie Zgromadzenia Narodowego, która wybrała Narutowicza, wyłoniła nowego prezydenta, Stanisława Wojciechowskiego. Choć to Blok Mniejszości Narodowych znów przeważył szalę, tym razem na korzyść Wojciechowskiego, kolejne protesty z prawej strony nie nastąpiły. Mogło się zdawać, że prawicę ogarnął nastrój refleksji, a może nawet skruchy. W ciągu dwóch tygodni zabójca został osądzony i skazany na śmierć, a wyrok wykonano niezwłocznie. Polska demokracja zachowywała chwiejną równowagę przez kolejne cztery lata, nie doświadczając już porównywalnego kryzysu. Z tego właśnie powodu na pierwszy rzut oka znaczenie wyboru i zabójstwa Narutowicza wydaje się być ograniczone, w związku z czym historycy często traktowali te wydarzenia jako pomniejszej rangi. Najpopularniejsza anglojęzyczna historia Polski, czyli Boże igrzysko Normana Daviesa, ledwie napomyka o Narutowiczu czy choćby zamachu. W jedynej wzmiance na temat prezydenta Davies pisze, że „zamordowanie w grudniu 1922 roku pierwszego konstytucyjnego prezydenta, Gabriela Narutowicza (1865–1922) było pierwszym z serii głośnych morderstw politycznych – w tym zabójstwa sowieckiego ambasadora w Warszawie, Wojkowa, w 1927 roku”2. Prace specjalistów na temat międzywojennej historii Polski zazwyczaj ukazują zabójstwo Narutowicza jako ważny epizod trwałego konfliktu między narodowymi demokratami a zwolennikami marszałka Józefa Piłsudskiego, ale nie przypisują mu siły sprawczej ani większego znaczenia3. Historiografia w dużym stopniu powiela relacje z epoki, w których zabójcę ukazywano jako „fanatyka”, i przyjmuje, że zasadniczym rezultatem zamachu było przejściowe wpędzenie ruchu narodowodemokratycznego w kłopotliwe położenie4. Jak dotąd nie powstało też żadne naukowe studium tych wydarzeń5.

Niniejsza książka jest próbą przeanalizowania okoliczności zabójstwa Narutowicza z innego punktu widzenia. Opowiada historię wyborów, zamieszek i zamachu, znanych pod wspólnym mianem „wydarzeń grudniowych”, a także analizuje ich przyczyny oraz krótko- i długofalowe znaczenie. Moje podejście wynika z politologicznego, socjologicznego i (po raz kolejny) historycznego zainteresowania wagą kryzysów i przygodnych zdarzeń dla rozumienia zmian politycznych i dyskursywnych. Politolodzy zwracali uwagę na „dynamiczne procesy kryzysu, załamywania się i przywracania równowagi istniejących ustrojów” co najmniej od czasu monumentalnego studium Juana J. Linza i Alfreda C. Stepana poświęconego transformacjom ustrojowym6. Co już mniej oczywiste, William H. Sewell wyłożył argumenty na rzecz wagi przygodnych zdarzeń dla wyjaśnienia zmian zastanych wzorców kulturowych i dyskursywnych7. Ostatnio zaś Scott Ury wykazał ważny i głęboko niepokojący związek między dynamiką polityki wyborczej w zaborze rosyjskim z jednej strony a radykalizacją i rozprzestrzenianiem się politycznego antysemityzmu wśród mas z drugiej. Moje podejście uzupełnia metodę Ury’ego, ale kładzie większy nacisk na rolę przygodnych zmiennych w kształtowaniu się dyskursu o narodzie w trakcie zmagań wyborczych8. Zamachy polityczne traktuję tu jako wydarzenia przygodne, które dają wspólnocie politycznej okazję do refleksji i przemyślenia różnych wartości politycznych i kulturalnych9.

Wydarzenia grudniowe pomagają zrozumieć nie tylko anatomię kryzysów ustrojowych w ogóle, ale także – co można uznać za nieco bardziej kontrowersyjne – dyskursywną przemianę polskiego nacjonalizmu i wyraźne wzmożenie antysemityzmu w okresie międzywojennym. To bowiem właśnie seria przypadkowych wydarzeń, która wyniosła mało znanego Gabriela Narutowicza do prezydentury dzięki pomocy stronnictw mniejszości narodowych, wywołała najbardziej wyrazistą i długotrwałą debatę prasową, jaką w międzywojniu poświęcono wspólnocie wyobrażonej narodu polskiego, a także miejscu w niej Żydów. Ta debata doprowadziła też prawicę do otwartego sformułowania idei, która stała się znana jako doktryna polskiej większości, głoszącej, że tylko „etniczni Polacy” mają prawo rządzić Polską. W reakcji lewica wypracowała na temat tożsamości narodu silną kontrnarrację, która uwydatniała wagę obywatelstwa i kultury kosztem etniczności.

Można by się spodziewać, że przemoc propagowana i stosowana przez liderów antysemickiego nacjonalizmu, której kulminacją było zabójstwo prezydenta, zmusi prawicę refleksji i skompromituje antysemityzm w oczach Polaków. W istocie jednak dokonał się proces przeciwny. Lewica, zastraszona przemocą, wycofała się z wcześniejszych pozycji obrony mniejszości narodowych. Choć bowiem jeszcze tuż przed wyborami prezydenckimi w lewicowej retoryce można było znaleźć przykłady szczerych, twardych i zarazem wyrafinowanych prób obrony obywatelskiej idei narodu polskiego, to po wyborach i zabójstwie Narutowicza lewica przestała publicznie kwestionować tezę nacjonalistów, jakoby tylko etniczni Polacy mieli prawo rządzić Polską.

Pod wieloma względami nie znajdziemy więc pokrzepienia w tej historii. Jest jednak ważna, ponieważ pozwala lepiej dostrzec niektóre z najbardziej doniosłych kwestii (wiele z nich rezonuje do dziś), z jakimi mierzyli się Polacy i inni Europejczycy w burzliwym okresie między dwoma wojnami światowymi. To historia o nacjonalizmie i walce o „duszę narodu polskiego”, jak powiedzieliby niektórzy współcześni. To także opowieść o roli antysemityzmu w polskiej historii i polityce, jak również o wyzwaniach, z jakimi mierzyli się ci, którzy chcieli stawić mu opór. Wreszcie, jest to opowieść o wzroście znaczenia radykalnej prawicy i załamaniu się demokracji, a więc o procesie, w którym Polska była tylko jednym z wielu teatrów transnarodowego konfliktu na skalę europejską, ale także o mocy przekształcania kultury politycznej przez nienawistną retorykę i przemoc.

NACJONALIZM I ANTYSEMITYZM

Korzeni zabójstwa Narutowicza należy szukać w konflikcie polskich zwolenników nacjonalizmów obywatelskiego i etnicznego10. Tradycyjny dziewiętnastowieczny ruch narodowy, który rozwijał się podczas studwudziestotrzyletniego okresu rozbiorów, miał charakter obywatelski – był głęboko związany z romantyzmem i ukształtowany raczej przez historyczną pamięć Rzeczypospolitej Obojga Narodów niż takie pojęcia, jak rasa, etnicznie pojmowany naród czy krew11. Doktrynę tę zakwestionowali dość późno (w ostatniej ćwierci XIX wieku i pierwszej dekadzie XX wieku) narodowi demokraci pod politycznym oraz ideologicznym przywództwem Romana Dmowskiego. To jemu przypisuje się sformułowanie i popularyzację doktryny etnicznego polskiego nacjonalizmu12. Inspirowani społecznym darwinizmem narodowi demokraci byli przekonani, że Polska musi się wyzbyć owej szczególnej odmiany romantycznego nacjonalizmu rodem z XIX stulecia i wytworzyć dyscyplinę, społeczną spójność oraz swoisty „egoizm narodowy”, który zakładał wyższość pomyślności własnego narodu nad uniwersalnymi zasadami humanizmu. Już około roku 1905 za główną konkurencję Polaków w walce o przetrwanie endecja uznawała Żydów, a nie znacznie bardziej oczywistych wrogów politycznych i zaborców, a więc Rosjan czy Niemców. Żydzi też stali się głównym obiektem nienawiści endeków13.

Żydowska społeczność w międzywojennej Polsce, licząca około trzech milionów osób, a więc jakieś 10 procent obywateli, była drugą największą społecznością Żydów na świecie w liczbach bezwzględnych i największą proporcjonalnie. Dla porównania, międzywojenne Niemcy zamieszkiwało około pół miliona Żydów, czyli mniej niż 1 procent ludności tego kraju. Społeczność polskich Żydów mówiła głównie w jidysz i nie była zasymilowana, a jednocześnie odgrywała nieproporcjonalnie dużą rolę w handlu i zawodach właściwych wyższej klasie średniej, jak finanse czy medycyna14. Była też nadreprezentowana w miastach. W wielu regionach, zwłaszcza jeśli uwzględni się osoby zasymilowane, to właśnie Żydzi tworzyli klasę średnią. Z pewnością da się wobec tego obronić tezę, że taki stan rzeczy mógł prowadzić do międzyetnicznych napięć i konkurencji między Polakami a Żydami15. Wyjaśnienia tego rodzaju nie wyczerpują jednak zagadnienia – antysemityzm zazwyczaj mówi nam więcej o wyobraźni antysemitów niż o jakichkolwiek „obiektywnych” stosunkach między Żydami a nie-Żydami. W Polsce antysemityzm był tradycyjnie najsilniejszy na zachodzie kraju, gdzie Żydów mieszkało niewielu i gdzie nierównowaga w poszczególnych zawodach między Żydami a nie-Żydami dużo mniej rzucała się w oczy. Jak jeszcze zresztą zobaczymy, antysemityzm promowany przez narodowych demokratów wykraczał poza jakiekolwiek racjonalne postulaty gospodarcze czy konkretne problemy i szybko zamieniał się w chimeryczną nienawiść nakierowaną na uwolnienie Polski spod rzekomej „żydowskiej dominacji”16.

Duże wpływy narodowych demokratów nie znaczą bynajmniej, że wyłącznie oni reprezentowali polski ruch narodowy, ani tym bardziej, że mówili w imieniu wszystkich Polaków. Odmienny nurt patriotyzmu oraz myślenia o narodzie ucieleśniała na przykład wybitna postać Józefa Piłsudskiego. Marszałek wychowywał się w tradycji patriotyzmu romantycznego, podkreślającego ciągłość z dziedzictwem Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Uważał się za Litwina i zabiegał o poparcie Litwinów, Białorusinów i Żydów ze swych rodzinnych, wieloetnicznych Kresów dla planu odbudowy Rzeczypospolitej jako nowoczesnego, demokratycznego państwa federacyjnego17. Choć karierę polityczną rozpoczął jako socjalista i przez lata przewodził Polskiej Partii Socjalistycznej, ostatecznie odstąpił od socjalizmu i poświęcił się tworzeniu bezpartyjnej struktury wojskowej, która miałaby rzucić wyzwanie mocarstwom zaborczym, zwłaszcza Rosji. O ile bowiem narodowi demokraci opowiadali się za współpracą z carską Rosją, PPS i piłsudczycy konsekwentnie tworzyli awangardę polskiej irredenty18. Nacjonalizm Piłsudskiego i jego zwolenników często jednak idealizowano, wobec czego należy podkreślić, że nie zawsze byli takimi promotorami multikulturalizmu, za jakich nieraz uchodzą19. Nie zmienia to jednak faktu, że w przeddzień polskiej niepodległości „lewica niepodległościowa”, a więc szeroka koalicja socjalistów, chłopskich radykałów i liberałów, skupiła się właśnie wokół charyzmatycznego przywódcy, jakim był Piłsudski, promującego tę bardziej inkluzywną, liberalną i obywatelską ideę Polski20.

Marszałek Józef Piłsudski, dawniej socjalistyczny rewolucjonista i bojownik o wolność, był pierwszym przywódcą odrodzonej Polski. Mówił o sobie, że jest Litwinem, i stał się symbolem państwowej idei polskości, która akceptowała wszystkich gotowych być częścią narodu polskiego, niezależnie od ich pochodzenia etnicznego czy wyznania. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Konflikt między piłsudczykami a narodowymi demokratami do dziś zajmuje historyków i publicystów, ponieważ wykracza poza różnice taktyczne, programy gospodarcze, a nawet kwestię właściwych relacji między narodem a państwem21. Kiedy na przełomie XIX i XX wieku Polacy weszli w świat nowoczesnej polityki, z naturalnych powodów przyjęli nowe wzorce mówienia i myślenia o Polsce, a tym samym również wzorce „bycia Polakami”. Istotą konfliktu między zwolennikami Dmowskiego i Piłsudskiego były – parafrazując Benedicta R. Andersona – różne sposoby p o j m o w a n i a w s p ó l n o t y w y o b r a ż o n e j22. Można wręcz powiedzieć, że na najbardziej fundamentalnym poziomie niezgoda między narodowymi demokratami a zwolennikami Piłsudskiego oznaczała właśnie utożsamianie się z różnymi wspólnotami wyobrażonymi. Chociaż obydwie wspólnoty wyobrażone miały tę samą nazwę i wiele wspólnych cech, nie powinniśmy zapominać, że Polska, której domagali się narodowi demokraci, bardzo różniła się od tej, dla której narażali życie piłsudczycy23.

Roman Dmowski, twórca ruchu narodowodemokratycznego i współautor doktryny egoizmu narodowego. Kierował pracami polskiej delegacji w Wersalu, ale nigdy nie zdołał objąć władzy w kraju. Wierzył, że Polacy są skazani na wieczną walkę o przetrwanie z innymi grupami etnicznymi, zwłaszcza Żydami i Niemcami. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Konflikt między Narodową Demokracją a zwolennikami Piłsudskiego był długotrwały i zaciekły, a składały się na niego nie tylko fundamentalnie różne sposoby odczytania polskiej historii i tożsamości, ale także głębokie spory na temat strategii i taktyki. Kiedy w 1905 roku w Rosji wybuchła rewolucja, Piłsudski i PPS dojrzeli szansę obalenia caratu i w pełni zaangażowali się w walkę o realizację tego celu. Narodowi demokraci z kolei dostrzegli w rewolucji jedynie chaos, anarchię i niepotrzebne marnowanie polskiej krwi. Kiedy Piłsudski udał się w podróż do Tokio, licząc na japońską broń i amunicję dla polskich rewolucjonistów, Dmowski wyruszył jego śladem, by przekonać Japończyków, że rewolucja w Polsce skazana jest na klęskę. W Królestwie Polskim narodowi demokraci dążyli do przywrócenia porządku, a czasem wręcz współpracowali z carską policją przy łamaniu socjalistycznych strajków. Setki Polaków zginęły w bratobójczych walkach, które z czasem rozgorzały między obydwoma obozami. I choć zarówno narodowi demokraci, jak i PPS wyszli z 1905 roku z masami nowych zwolenników, równie istotne było dziedzictwo przelanej krwi, jakie zostawiła między nimi rewolucja i jej następstwa24.

Po przegranej rewolucji PPS zeszła do podziemia, a Piłsudski ostatecznie wystąpił z partii (choć wciąż utrzymywał z nią bliskie stosunki25), aby zbudować bezpartyjne jednostki przyszłego polskiego wojska w austriackiej Galicji. Endecy z kolei trwali przy polityce lojalizmu wobec carskiej Rosji, co ostatecznie przyniosło Dmowskiemu fotel w rosyjskiej Dumie. Jednocześnie wybory do Dumy przeprowadzane według niedemokratycznej, rosyjskiej ordynacji wyborczej skazywały wyborców polskich i żydowskich na grę o sumie zerowej, której stawką był jedyny przypadający Warszawie mandat. To tylko wzmacniało endecką obsesję na punkcie kwestii żydowskiej. Po tym, jak Dmowski nie zdołał zdobyć mandatu w 1912 roku, endecy zorganizowali masowy bojkot ekonomiczny sklepów żydowskich w Warszawie, który w wielkim stopniu zatruł polsko-żydowskie relacje w największym polskim mieście26.

W przededniu I wojny światowej endecy i zwolennicy Piłsudskiego znaleźli się po przeciwnych stronach frontu. Dmowski uważał, że wysiłek militarny ze strony polskiej jest daremny, i poświęcał swą energię na lobbowanie za sprawą polską u państw Trójporozumienia (włącznie z Rosją). Piłsudski z kolei był przekonany, że Polacy mogą wywalczyć niepodległość jedynie własnym wysiłkiem, i w tym właśnie celu poprowadził swoje Legiony na wojnę z Rosją po stronie państw centralnych. Spory o orientację społeczeństwa polskiego w toczącej się wojnie były niesłychanie zaciekłe, gdyż dotyczyły, dosłownie, życia i śmierci. Co zrozumiałe, żołnierze walczący w Legionach przeciwko Rosji uważali rusofilię przywódców Narodowej Demokracji za zdradę sprawy narodowej. Z drugiej strony endecy, dążący do zyskania akceptacji ententy dla polskich aspiracji, oceniali zaangażowanie Piłsudskiego po stronie austriackiej jako politycznie szkodliwe, a przy tym jako tragiczne marnotrawstwo życia młodych ludzi27.

Sprawy komplikowały się jeszcze bardziej, gdyż obie strony mogły przekonująco argumentować na rzecz wyższości własnych zasług w zmaganiach o polską niepodległość. O ile Piłsudski doprowadził do przejęcia władzy od niemieckiego dowództwa wojskowego w listopadzie 1918 roku, de facto stworzył rząd i od podstaw zbudował armię, o tyle narodowi demokraci mogli wykazać, że to ich wysiłki w Paryżu były kluczowe dla uznania nowego państwa przez zwycięskich aliantów. Kiedy Dmowski wrócił do Polski po triumfie w Wersalu, wielu uważało, że Piłsudski nie okazał swemu oponentowi należnego szacunku i uznania.

W latach 1919–1920 roku Piłsudski próbował odtworzyć Rzeczpospolitą Obojga Narodów jako federację państw polskiego, ukraińskiego, litewskiego i białoruskiego; zawarł też sojusz z Ukraińską Republiką Ludową atamana Symona Petlury. W tym samym czasie narodowi demokraci wierzyli w możliwość utworzenia „Polski dla Polaków” i opowiadali się przeciwko nieodpowiedzialnym, ich zdaniem, awanturom na Ukrainie. Wojna polsko-sowiecka jeszcze bardziej oddaliła od siebie te dwa obozy. Gdy oddziały polskie zdobywały Kijów, nawet endecy chwalili posunięcia Piłsudskiego jako naczelnego dowódcy, jednak zaraz potem, w czasie odwrotu polskich wojsk, zaczęli podawać w wątpliwość zdolności wojskowe marszałka i zaciekle krytykowali jego kompetencje jako naczelnego wodza. A gdy ostatecznie udało mu się odwrócić losy wojny, endecy ukuli popularny mit boskiej interwencji, znanej jako „cud nad Wisłą”, aby pomniejszyć udział Piłsudskiego w zwycięstwie. W trakcie negocjowania pokoju ryskiego reprezentant Narodowej Demokracji Stanisław Grabski celowo zaś zrzekł się na rzecz Sowietów Mińska, stolicy Białorusi, aby uniemożliwić wprowadzenie w życie wymarzonej przez Piłsudskiego wizji federacyjnej28. To posunięcie Grabskiego Piłsudski uznawał za zdradę sprawy, za którą tak wielu jego żołnierzy oddało życie.

Jak zauważył niezwykle spostrzegawczy Henry Morgenthau senior, w 1919 roku kierujący amerykańską misją w Polsce, antysemityzm (czy może raczej tak zwana kwestia żydowska) odgrywał kluczową rolę w „rodzinnej kłótni” między piłsudczykami a narodowymi demokratami, toczonej w ramach (nieżydowskiego) społeczeństwa Polski29. Obserwacji tej często nie docenia się w literaturze przedmiotu. Antysemityzm, który tym różni się od wcześniejszych form antyżydowskich resentymentów, że nie jest wymierzony w Żydów jako wyznawców religii judaistycznej, lecz jako naród (czy grupę etniczną) obdarzony określonymi cechami charakterystycznymi, często uważa się za integralny składnik polskiej kultury politycznej okresu międzywojennego30. Liczne anglojęzyczne badania z ostatnich dwóch dekad XX wieku stronniczo przedstawiają polski nacjonalizm/patriotyzm we wszystkich jego przejawach jako nienawistny, ksenofobiczny oraz głęboko powiązany z antysemityzmem31. Na szczęście w ciągu ostatniego ćwierćwiecza takie skrajne portrety Polski jako kraju prymitywnego i niepohamowanie antysemickiego stały się rzadsze, nawet jeśli ich echa wciąż gdzieś dają się słyszeć.

Nowsze prace ukazują rozwój postaw antysemickich w polskim społeczeństwie jako proces dynamiczny i podlegający kontestacji. Wiele z tych badań skupia się na roli kryzysów politycznych i konkretnych wydarzeń – takich jak rewolucja 1905 roku, wybory do rosyjskiej Dumy, antyżydowski bojkot ekonomiczny z 1912 roku czy I wojna światowa – w rozprzestrzenianiu się i radykalizacji antysemickich dyskursów i nastrojów32. Co jednak dość zaskakujące, podejście to nie zostało przeniesione na badania Polski międzywojennej. Nie ma, rzecz jasna, wątpliwości, że kiedy w 1918 roku Polska nagle się „odrodziła” i znów pojawiła na mapach Europy, antysemicki nacjonalizm był poważną siłą zarówno w kulturze, jak i polityce; w istocie poważniejszą nawet, niż część polskich historyków gotowa jest przyznać33. Z pewnością jednak nie była to siła hegemoniczna. Antysemicki nacjonalizm miał silną konkurencję, kierowaną przez zdolnych i charyzmatycznych liderów politycznych na czele z Piłsudskim, tworzoną przez silne obozy socjalistów, radykałów, liberałów i umiarkowanych konserwatystów, którzy się wokół niego skupili. Analiza roli, jaką „kwestia żydowska” odegrała w wydarzeniach grudniowych 1922 roku, może nie tylko dopomóc w zrekonstruowaniu „historii wydarzeniowej” antysemityzmu w międzywojennej Polsce, ale także dołożyć cegiełkę do analizy antysemityzmu jako raczej dynamicznego zjawiska politycznego niż statycznej ideologii czy wręcz prymitywnego resentymentu.

Wydarzenia grudniowe należy więc postrzegać w kontekście zaciekłej i przedłużającej się walki o wizję przyszłości Polski, w której to walce kwestia antysemityzmu odgrywała rolę kluczową. Zamordowany prezydent Narutowicz był zaangażowanym stronnikiem Piłsudskiego i podzielał jego obywatelską wizję wspólnoty narodowej. Eligiusz Niewiadomski twierdził, że kule wystrzelone przez niego 16 grudnia były tak naprawdę wymierzone w Piłsudskiego i całą inkluzywną wizję polskiego narodu („Judeo-Polskę”, jak z pogardą nazwał ją w trakcie procesu), którą Marszałek reprezentował. Słowa Niewiadomskiego, jak jeszcze zobaczymy, chwaliło wielu nacjonalistycznych polityków i publicystów. Historia zabójstwa Narutowicza odgrywa zatem nie tylko kluczową rolę w walce między piłsudczykami i endekami, ale, co ważniejsze, w ideologicznym konflikcie o znaczenie wyobrażonej wspólnoty narodu i o miejsce mniejszości narodowych w tej wspólnocie.

RADYKALNA PRAWICA, ZAMACH POLITYCZNY I UPADEK DEMOKRACJI

Gdybyśmy wyszli poza ciasne dyscyplinarne granice „historii Polski”, wydarzenia grudniowe 1922 roku możemy potraktować jako jedno ze starć w toczącej się w okresie międzywojennym – jak twierdzi choćby Mark Mazower – „europejskiej wojnie domowej” między lewicą i prawicą34. Kiedy Rzeczpospolita w marcu 1921 roku przyjęła demokratyczną konstytucję, wiara Europy w demokrację zdawała się być w szczytowym punkcie. Jak napisał w pochodzącej z tego samego roku klasycznej pracy Modern Democracies (Współczesne demokracje) James Bryce, zdawać się wówczas mogło, że Europa gotowa jest uznać „demokrację za normalną i naturalną formę ludzkich rządów”35. Nie minął jednak nawet rok, a nurty liberalne, lewicowe i postępowe, które zdominowały Europę zaraz po I wojnie światowej, zdawały się przechodzić do odwrotu, cofając się przed wojowniczą radykalną prawicą, często wzorowaną na włoskim ruchu faszystowskim, który zdobył władzę w Rzymie w roku 1922.

Triumf demokracji okazał się być przejściowy. Ruchom faszystowskim udało się ostatecznie przejąć władzę we Włoszech i w Niemczech oraz, zależnie od definicji faszyzmu, w Hiszpanii i Portugalii. W większości krajów Europy Środkowej na konflikcie radykalnej prawicy z radykalną lewicą najbardziej skorzystali konserwatywni autokraci, którzy w imię przywrócenia porządku publicznego tłamsili demokrację, próbując odeprzeć radykalizm zarówno z lewej, jak i prawej strony. Do końca lat 20. demokrację wygaszono na Węgrzech (1919), we Włoszech (1922), w Bułgarii (1923), Hiszpanii (1923), Grecji (1926), na Litwie (1926), w Portugalii (1926) oraz Jugosławii (1929)36. W roku 1926, który śmiało można nazwać europejskim „rokiem przewrotów”, marszałek Piłsudski przejął władzę w Polsce, powstrzymując działalność rządu narodowych demokratów i ich sojuszników37. W latach 30. Niemcy, Austria, Rumunia, Estonia i Łotwa również porzuciły ustroje parlamentarne, pozostawiając Czechosłowację w roli jedynego systemu demokratycznego, jaki przetrwał poza Europą Zachodnią i Skandynawią38.

Moment, w którym doszło do zamieszek w Polsce i zamordowania Narutowicza, czyli zaledwie dwa miesiące po przejęciu władzy w Rzymie przez faszystów, a także jawny podziw wielu uczestników grudniowych rozruchów dla Mussoliniego mogłyby sugerować pewne podobieństwo wydarzeń we Włoszech i w Polsce. Podobieństwo to z kolei rodzi kwestię stosunków między endecją we wczesnych latach 20. a faszyzmem. Badania naukowe poświęcone autorytaryzmowi i dyktaturze w Polsce nie bez przyczyny skupiały się na zamachu majowym Piłsudskiego z 1926 roku i tworzonym pod jego patronatem reżimie sanacyjnym. Jednocześnie badacze raczej powstrzymywali się od etykietowania jako „faszystów” jakiejkolwiek polskiej partii, z wyjątkiem funkcjonujących na marginesie endecji grup rozłamowych z drugiej połowy lat 3039. Przyjęcie części politycznego repertuaru Mussoliniego przez polską prawicę miało wobec tego nastąpić dopiero w okresie po 1926 roku, w reakcji na przeprowadzony przez Piłsudskiego zamach stanu40. W odniesieniu do lat 20. endeków postrzega się zaś jako partię zasadniczo przywiązaną do parlamentaryzmu i demokracji. Właśnie ten wizerunek tłumaczy, dlaczego zabójca prezydenta Narutowicza często jest ukazywany jako „fanatyk”, którego odwołanie się do zabójczej przemocy daleko wykraczało poza granice akceptowanej przez nacjonalistów polityki.

Podczas gdy powszechnie uznaje się, że włoscy faszyści nie popierali antysemityzmu aż do późnych lat 30., to nienawiść do Żydów była sednem endeckiego programu politycznego oraz endeckiej wizji kultury. Kwestia relacji antysemityzmu i europejskich ruchów ultranacjonalistycznych, protofaszystowskich czy faszystowskich ma przy tym niebagatelne znaczenie. Dwa paradygmatyczne ruchy faszystowskie – włoski i niemiecki – przynajmniej u swych początków radykalnie różniły się w podejściu do Żydów. Włoscy faszyści w końcu jednak przyjęli antysemityzm za swój, a antysemicka ideologia była zasadniczym elementem wschodnioeuropejskich ruchów faszystowskich, takich jak rumuńska Żelazna Gwardia czy węgierscy Strzałokrzyżowcy.

W Polsce, inaczej niż we Włoszech, jadowity polityczny antysemityzm p o p r z e d z a ł poparcie dla polityki autorytarnej, nie mówiąc już o totalitarnej. Skupienie na retoryce i działaniach szeregowych endeków w czasie wydarzeń grudniowych, w przeciwieństwie do sfery polityki wysokiego szczebla i oficjalnej ideologii, które tradycyjnie analizowali badacze, może zasadniczo zmienić naszą ocenę związków między ruchem narodowodemokratycznym w początkach II Rzeczypospolitej a faszyzmem oraz antysemityzmem, a także pomóc nam zrozumieć faszyzm jako zjawisko ponadnarodowe41. Literatura na temat europejskiego faszyzmu jest obszerna i obfituje w definicje i typologie, na których dłuższe omówienie nie ma tu miejsca42. Nie jest również celem tej książki konstruowanie (czy przyjmowanie) definicji f a s z y z m u, a następnie sprawdzanie, czy narodowi demokraci faszystami byli, czy nie43. Natomiast za kluczowe dla mojego rozumienia faszyzmu przyjąłem założenie Rogera Griffina, że istota „mistycznego jądra” tej ideologii to „palingenetyczny, populistyczny ultranacjonalizm”, inaczej mówiąc idea, że wspólnota narodowa jest uwikłana w walkę o przetrwanie z siłami dekadencji i degeneracji (których szczegółowy charakter różni się w zależności od danego ruchu faszystowskiego) oraz że zwycięstwo w tej bitwie przyniesie nową erę narodowego odrodzenia i chwały44. Ten palingenetyczny mit można znaleźć także w jądrze mobilizacyjnej wizji endeckiego nacjonalizmu. Kluczowa różnica względem Włoch polega na tym, że w Polsce, podobnie jak w Rumunii czy na Węgrzech, „kryzys” narodu i nadchodzący „nowy porządek” obracały się niemal wyłącznie wokół jednego problemu: kwestii żydowskiej.

Zabójstwo polityczne było metodą, która odegrała istotną rolę w starciu między prawicą i lewicą, a także w załamaniu się demokracji w całej Europie. W latach następujących po I wojnie światowej wyraźnie wzrosła częstotliwość zabójstw politycznych, pojawiły się też nowe, niepokojące trendy w reakcjach opinii publicznej na te wydarzenia. Franklin L. Ford opisywał „koszmarne lata 20.” jako „czas siewu nowoczesnego terroryzmu”45. Zabójstwa politycznego jako broni używały zarówno radykalna lewica (zwłaszcza anarchiści), jak i prawica; jej najczęstszymi ofiarami padali zaś demokratycznie wybrani politycy. W wielu przypadkach zamachowiec działał sam, jak Niewiadomski, albo był częścią małej grupy „ekstremistycznej”. Anarchistów obwiniano o zabójstwa między innymi hiszpańskiego premiera Eduarda Dato (1921) oraz czeskiego ministra finansów Aloisa Rašina (1923), a bośniacki komunista zabił jugosłowiańskiego ministra spraw wewnętrznych Milorada Draškovicia (1921). Z kolei samotny zamachowiec prawicowy zastrzelił fińskiego ministra spraw wewnętrznych Heikkiego Ritavuoriego (1922).

W tym samym czasie zabójstwem jako polityczną bronią w coraz większym stopniu posługiwały się większe i lepiej zorganizowane terrorystyczne grupy nacjonalistów. W 1924 roku włoski parlamentarzysta i dziennikarz Giacomo Matteotti został zamordowany przez faszystowskie Czarne Koszule, choć akurat zamach nie należał do typowego repertuaru politycznego działania w państwie faszystowskim. Bardziej typowe w tym względzie były IRA (Irlandzka Armia Republikańska) i macedońsko-bułgarska IMRO (Wewnętrzna Macedońska Organizacja Rewolucyjna), prawdziwe „armie podziemne”, które w swych krajach, ale także poza ich granicami, rozpętywały kampanie terroru i nienawiści. Do ich najbardziej prominentnych ofiar należeli irlandzki premier Michael Collins (1922) oraz premier Bułgarii Aleksandyr Stambolijski (1923). Niesławny „biały terror”, jaki nastąpił po nieudanej rewolucji komunistycznej Beli Kuna na Węgrzech, przyniósł tysiące ofiar śmiertelnych, przy czym nawet po jego wygaszeniu prominentni węgierscy Żydzi wciąż znajdowali się na celowniku grup prawicowych w rodzaju Przebudzonych Madziarów46. Do być może najbardziej niesławnej serii motywowanych politycznie zabójstw doszło jednak w Republice Weimarskiej, gdzie w latach 1919–1924 w zamachach zginęło co najmniej dwunastu wybitnych liderów politycznych, a także wiele mniej eksponowanych postaci zaangażowanych w działalność publiczną. Większość z tych prób podjęły prawicowe, ultranacjonalistyczne i antysemickie grupy byłych żołnierzy i członków paramilitarnych Freikorpsów. Część najbardziej haniebnych zamachów została zaplanowana i skoordynowana przez tajną prawicową Organizację Consul, odpowiedzialną między innymi za niesławne zabójstwo niemiecko-żydowskiego polityka, dyplomaty i przemysłowca Walthera Rathenaua w czerwcu 1922 roku.

Na pierwszy rzut oka, pomimo wyraźnego wzrostu liczby zamachów politycznych w latach 20. (skatalogowanych przez Franklina L. Forda), trudno wskazać jakikolwiek wspólny mianownik dla wydarzeń z pozoru tak różnych, jak dobrze zaplanowana i skoordynowana kampania terroru IRA i zapewne przypadkowe zabójstwo Ritavouriego w Finlandii, dokonane przez niezrównoważonego psychicznie arystokratę. Do niemal wszystkich tych zabójstw, czy to dokonanych przez samotnie działających „fanatyków”, małe i zakonspirowane stowarzyszenia w rodzaju Organizacji Consul, czy dobrze zorganizowane „armie” podziemne w rodzaju IMRO czy IRA, doszło jednak w kontekście, który można określić jako „kulturę nienawiści”. Nawet bowiem te dwie ostatnie organizacje, choć miały oczywiste cele separatystyczne, faktycznie stosowały przemoc przede wszystkim wobec rodaków (a w przypadku IRA – współwyznawców), którzy mieli rzekomo być winni zdrady własnego narodu. W Niemczech kampania terroru również była wymierzona niemal wyłącznie we wrogów wewnętrznych i (rzekomych) zdrajców.

Niezależnie od tego, czy działali samotnie, w małych grupach czy jako część większych organizacji terrorystycznych, zamachowcy w międzywojniu robili to w atmosferze powszechnych oskarżeń o spisek i zdradę, które jedna część społeczeństwa kierowała przeciwko drugiej. Może najsłabiej było to widoczne w przypadku zabójstw dokonywanych przez anarchistów (choć w Hiszpanii dochodziło do nich w trakcie nacjonalistycznego konfliktu między Hiszpanami a Katalończykami), ale za to ewidentne w Irlandii, Bułgarii czy na Węgrzech. Także w Niemczech weimarskich zabójstwa polaryzowały społeczeństwo w bezprecedensowej skali. O ile niektóre, jak w przypadku Rathenaua, mobilizowały zwolenników demokracji, o tyle inne, jak zabójstwo Matthiasa Erzbergera, katolickiego polityka i sygnatariusza traktatu wersalskiego, spotkały się jedynie z „życzliwą uwagą” ze strony niemieckich mediów głównego nurtu47. Nawet do zabójstwa Ritavouriego w stosunkowo spokojnej Finlandii doszło pośród oskarżeń o zdradę, jakie wysuwali wobec rządu nacjonaliści w związku z postępowaniem ministra w trakcie fińsko-sowieckiej wojny o Karelię. Z tego też względu zrozumienie zabójstwa Narutowicza może pomóc uchwycić związek między dyskursami nienawiści a przemocą polityczną nie tylko w międzywojennej Europie.

Anatomia wydarzeń grudniowych 1922 roku może nam również pomóc zrozumieć inną ważną cechę historii międzywojennej Europy, nabierającą dziś coraz większego znaczenia, a mianowicie kruchość demokracji. O ile przez większość XX wieku naukowcy szukali raczej strukturalnych wyjaśnień rozkładu ustrojów demokratycznych, to obecnie badacze życia politycznego lepiej dostrzegają wagę studiów nad wydarzeniami, kryzysami i momentami krytycznymi, w których legitymacja i stabilność ustrojów demokratycznych doznają głębokiego wstrząsu. W okresach kryzysu aktywność i strategie krótkoterminowe stosowane przez pojedynczych aktorów politycznych mogą decydować o zniszczeniu bądź przetrwaniu ustrojów demokratycznych48.

W grudniu 1922 roku dwa kluczowe momenty zagroziły przetrwaniu demokracji. W dniu 11 grudnia, w kulminacyjnym momencie zamieszek, przejęcie władzy przez prawicę wisiało w powietrzu. Z kolei 16 grudnia, już po zamordowaniu prezydenta, wiele wskazywało, że to lewica może dokonać przewrotu, aby zemścić się na endekach. Ostatecznie jednak w obydwu tych kryzysowych momentach decyzje i działania (lub zaniechania) konkretnych liderów politycznych okazały się kluczowe dla przetrwania demokracji parlamentarnej. Analiza poszczególnych decyzji podjętych przez polskie elity w grudniu 1922 roku może więc pomóc nam zrozumieć nie tylko ostateczną klęskę międzywojennej polskiej demokracji w maju roku 1926, ale także – co może równie ważne – rozpoznać czynniki, które pozwalają demokracjom mierzyć się z wyzwaniem rzuconym przez politycznych ekstremistów.

ŹRÓDŁA I STRUKTURA KSIĄŻKI

Niniejsza książka opiera się przede wszystkim na artykułach prasowych, relacjach, wspomnieniach (zarówno publikowanych, jak i niepublikowanych), broszurach wyborczych, wystąpieniach parlamentarnych i dokumentach, a także poufnych raportach policyjnych. To przede wszystkim prasę uczyniłem głównym narzędziem dla rozumienia dyskursywnych walk, jakie ukształtowały międzywojenną kulturę polską. Lata 20. i 30. to czasy największych wpływów gazet na kształt pojęciowego uniwersum i życie polskiego społeczeństwa, gdyż z jednej strony zmniejszenie analfabetyzmu oznaczało dostępność prasy dla szerokiej publiczności, a z drugiej – że medium to nie konkurowało z telewizją, a nawet radiem49. Jak pokazał też Brian Porter-Szűcs, teksty prasowe mogą ujawnić więcej niż tylko myśli inteligencji, gdyż „[p]owinniśmy [...] dostrzegać w tekstach inteligencji jej zmagania z heterogenicznością rzeczywistości społecznej, rzeczywistości z jej jasno określonymi wizjami świata, jej dyskursami czy wręcz odrębnymi ideologiami”50. Korzystałem również ze zgromadzonych przez policję raportów z wystąpień publicznych, jak też z politycznych ulotek i broszur, aby wyjść poza tradycyjne ujęcie ideowego wymiaru polskiej polityki i zbliżyć się do poziomu polityki ulicznej.

Narracja o ulicznych zamieszkach również opiera się w dużej mierze na prasie. Choć Ministerstwo Spraw Wewnętrznych prowadziło dochodzenie w sprawie zajść w Warszawie po wyborze Narutowicza i zapewne zgromadziło wywiady z ich naocznymi świadkami, wygląda na to, że materiały te zostały zniszczone w czasie II wojny światowej51. Wyraźny deficyt raportów z zamieszek dostrzegalny w toku archiwalnych kwerend wynika najprawdopodobniej również z tego, że warszawską policję bieg wydarzeń zwyczajnie przerósł. Mimo tych problemów, a także skrajnej stronniczości polskiej prasy, stosunkowo obiektywne odtworzenie przebiegu zamieszek jest możliwe dzięki zestawieniu różnych relacji prasowych z tych samych wydarzeń52. Szpalty gazet zapełniali oczywiście zawodowi dziennikarze, a zatem przedstawiciele inteligencji, jednak w trakcie wydarzeń grudniowych ich uwaga skupiała się przede wszystkim na relacjonowaniu zajść, za których arenę posłużyły ulice Warszawy. W rezultacie ich relacje – po pewnym przefiltrowaniu – pozwalają odtworzyć działania i retorykę zwykłych warszawiaków w trakcie najważniejszych wydarzeń i tym samym bardziej zbliżyć się do poziomu polityki masowej, niż udało się to wielu dotychczasowym badaczom historii polskiego międzywojnia, często skupionym przede wszystkim na programach politycznych oraz sferze oficjalnej ideologii.

Aby zrozumieć przyczyny wydarzeń z grudnia 1922 roku, konieczne jest w pierwszej kolejności uchwycenie natury i ciężaru zarzutów podniesionych przeciwko prezydentowi w trakcie jego krótkiego tygodnia na politycznym świeczniku. Z tego właśnie powodu książka nie odzwierciedla chronologii wydarzeń, ale zaczyna się od historii protestów, zamieszek i wreszcie zabójstwa, wstrząsających Warszawą między 9 a 16 grudnia 1922 roku. Dopiero potem możliwa jest analiza głębszych źródeł nienawiści, która dała o sobie znać na ulicach polskiej stolicy, a także nieoczekiwanego wpływu przemocy na rozwój demokracji w Polsce i na przyszłość kraju. Wybór Narutowicza na prezydenta był próbą odegrania czołowej, a zarazem konstruktywnej roli w polskiej polityce przez mniejszości narodowe. W efekcie gwałtowne odrzucenie prezydenta przez prawicę i w końcu jego zamordowanie sygnalizowały wyrzucenie mniejszości, zwłaszcza Żydów, poza nawias narodowej wspólnoty politycznej przez dużą i głośną część elektoratu. To brutalne odrzucenie miało głębokie, a zarazem powszechnie niedostrzegane konsekwencje. O ile bowiem prawica dość szybko odzyskała pewność siebie i ostatecznie uznała zabójcę prezydenta za jednego ze swoich, to lewica nie potrafiła zmierzyć się z dziennikarzami i politykami, którzy podżegali do zabójstwa i nie potępili użycia antysemickiej propagandy w polityce. Wręcz przeciwnie, partie lewicowe i centrowe zaczęły się bać nazbyt bliskich skojarzeń z „Żydami”. I chociaż zabójstwo Narutowicza mogło przez krótki czas stwarzać pewien kłopot dla prawicy, to miało głęboki wpływ na rozwój nacjonalistycznego dyskursu w Polsce; pomaga też wyjaśnić nadzwyczajny wzrost antysemityzmu w okresie międzywojennym.

ROZDZIAŁ 1

„PRECZ Z ŻYDAMI!”

Można było się spodziewać, że zaplanowane na 9 grudnia 1922 roku wybory pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej wywołają kontrowersje i polityczne napięcie, nie wydaje się jednak, że ktokolwiek mógł wówczas przewidzieć skalę przemocy wywołanej na ulicach Warszawy. W rywalizacji brało udział aż pięciu kandydatów, większość stosunkowo mało znana opinii publicznej. Jednego spośród nich miało wybrać Zgromadzenie Narodowe, czyli połączone izby parlamentu, w których zasiadali posłowie i senatorzy trzynastu różnych partii politycznych. Jakby nie wystarczyło tej komplikacji, Zgromadzenie Narodowe miało głosować tak długo, aż jeden z kandydatów uzyska bezwzględną większość głosów, co stwarzało duże pole dla improwizowanych układów kuluarowych oraz zmian sojuszy między podzielonymi i niestałymi w poglądach parlamentarzystami53. Jednak mimo pozornego chaosu przebieg najważniejszej linii podziałów politycznych w tych wyborach i jej symboliczne znaczenie zapewne pozostawały dla większości Polaków oczywiste.

Po jednej stronie politycznego spektrum znajdowała się nacjonalistyczna prawica, wierna antysemickiej ideologii endeckiej wypracowanej przez Romana Dmowskiego. Choć technicznie rzecz biorąc obóz Narodowej Demokracji składał się z trzech osobnych partii (Związku Ludowo-Narodowego, Stronnictwa Chrześcijańsko-Narodowego i Chrześcijańsko-Narodowego Stronnictwa Pracy54), wysunął wspólnego kandydata – Maurycego Zamoyskiego. Łącznie nacjonalistyczna prawica kontrolowała około 40 procent miejsc w Zgromadzeniu Narodowym.

Po drugiej stronie spektrum znajdowały się partie lewicy: Polska Partia Socjalistyczna, radykalna partia chłopska PSL „Wyzwolenie” i mnóstwo mniejszych stronnictw, które łącznie dysponowały mniej więcej 25 procentami mandatów (choć zdobyły ponad 30 procent głosów w głosowaniu powszechnym). Wszystkie one popierały marszałka Józefa Piłsudskiego, bojownika o niepodległość i dawnego socjalistę, który zbudował polskie wojsko i rządził krajem przez poprzednie cztery lata jako niepochodzący z wyboru Naczelnik Państwa55. Charyzmatyczny lider, przez wielu uważany za architekta polskiej niepodległości, cieszył się również poparciem Bloku Mniejszości Narodowych (luźnego sojuszu ugrupowań żydowskich, niemieckich, ukraińskich i białoruskich), a także centrowej partii chłopskiej PSL „Piast”, nazwanej tak od pierwszego, mitycznego polskiego króla-chłopa. To właśnie Blok oraz „Piast” dysponowały głosami potrzebnymi jakiejkolwiek możliwej koalicji do ostatecznego zwycięstwa. Powszechnie oczekiwano, że wsparta ich głosami koalicja pokona w prezydenckim wyścigu prawicę.

Na niecały tydzień przed wyborami Piłsudski, prawdopodobnie jedyny człowiek zdolny zjednoczyć podzielone partie centrowe i lewicowe, ogłosił, że nie przyjmie jego wyboru na prezydenta. Jego kategoryczne wycofanie się z wyścigu zadało potężny cios partiom lewicowym, które w tej sytuacji okazały się niezdolne do wystawienia wspólnego kandydata. Spodziewano się, że Blok Mniejszości Narodowych, wypchnięty poza nawias za sprawą antysemityzmu prawicy, odda głosy na kandydatów lewicy, ale nikt nie mógł być pewny, jak zagłosują chłopi z „Piasta”. Wcześniej nie ulegało wątpliwości, że „Piast” głosowałby na Piłsudskiego, jednak po jego rezygnacji wszystkie opcje stały się możliwe. W czasie przygotowań do wyborów endecja robiła, co mogła, by skusić sprytnego lidera chłopskiego Wincentego Witosa do przejścia na swoją stronę. Wiedząc, że do wyboru jej kandydata (ktokolwiek miałby nim być) lewica potrzebowała poparcia mniejszości, endecja wyraźnie zapowiedziała, że nie zaakceptuje nikogo wybranego przez „Żydów” (to znaczy przy współpracy Bloku Mniejszości Narodowych) jako prawowitego prezydenta Polski. Doktryna polskiej większości, jak nazwano to podejście, miała w zamyśle odstraszyć chłopów od głosowania na tego samego kandydata, co mniejszości. Krążyły słuchy, że postawiony w obliczu tego rodzaju szantażu, połączonego z ofertami współpracy, „Piast” podzielił się wewnętrznie i nie podejmie decyzji aż do wyborów. Ostatecznie jednak to właśnie głosy chłopów miały rozstrzygnąć o wyborze Zamoyskiego lub któregoś z kandydatów lewicy.

W dniu wyborów panowała napięta atmosfera, a sytuację zaostrzyła jeszcze konieczność wyboru prezydenta w aż pięciu osobnych głosowaniach. Procedura trwała ponad osiem godzin. Jako że gazety z wiadomością o wynikach miały się ukazać dopiero następnego ranka, wieczorem 9 grudnia tłum, w którym znaleźli się głównie studenci i gimnazjaliści, zebrał się przed gmachem Sejmu, by oczekiwać na zwycięzcę. Według historyka Janusza Pajewskiego, który jako młody chłopak również tam poszedł, ogromna większość zgromadzonych oczekiwała zwycięstwa hrabiego Zamoyskiego. Ostatecznie jednak chłopi uznali, że nie mogą powierzyć swego losu „hrabiemu”, i po licznych manewrach oraz zakulisowych machinacjach wybór Zgromadzenia Narodowego padł na Gabriela Narutowicza, który uzyskał głosy lewicy, „Piasta” i mniejszości narodowych.

Gabriel Narutowicz, pierwszy prezydent Rzeczypospolitej Polskiej. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Narutowicz, wywodzący się z litewskiej rodziny szlacheckiej, był budowniczym hydroelektrowni, inżynierem o łagodnym usposobieniu. Większość życia spędził w Szwajcarii. Opuścił Polskę w młodym wieku i wrócił dopiero w roku 1919, porzucając prestiżową posadę na politechnice w Zurychu, aby swe cenione w świecie umiejętności oddać w służbie nowemu państwu. Został ministrem robót publicznych. Za sprawą niezwykłego taktu i ogłady, jakie zaprezentował, będąc członkiem polskiej delegacji na konferencji genewskiej w czerwcu 1922 roku, został przez Piłsudskiego wybrany na stanowisko ministra spraw zagranicznych. Choć według wszelkich relacji cieszył się szacunkiem wszystkich, którzy z nim pracowali, dla większości Polaków był postacią anonimową. Wśród tych, którzy go znali, zyskał natomiast reputację technokraty i umiarkowanego liberała, mającego niewielu wrogów i pozbawionego bezpośrednich powiązań z którąkolwiek spośród masowych partii lewicy56. Współpracownicy zwracali uwagę na jego dostojną postawę połączoną ze znaczną dozą osobistego ciepła; cieszył się opinią Europejczyka „w najlepszym słowa tego znaczeniu”57.

„NIE CHCEMY TEGO PREZYDENTA!”

Opinia o Narutowiczu jako kandydacie umiarkowanym nie miała jednak wielkiego znaczenia dla młodzieży zebranej pod Sejmem. Kiedy ogłoszono jego zwycięstwo, Pajewski usłyszał okrzyki „Precz z Narutowiczem!”, „Precz z wybrańcem Żydów!”, a także „Precz z Witosem!”58. Pajewski, podobnie jak ogromna większość Polaków, włącznie z policją, wojskiem i większością zwolenników nowego prezydenta, nie zdawał sobie jednak sprawy ze skali gniewu, jaki miał wstrząsnąć Warszawą w kolejnych dniach. Poznawszy wyniki, część młodych ludzi rozeszła się do domów, wielu z nich jednak pozostało i krążyło wokół Sejmu. Następnego dnia „Gazeta Warszawska”, czołowe pismo Narodowej Demokracji, w entuzjastyczny sposób opisywała wydarzenia, jakie zaszły bezpośrednio po wyborze: „Na wieść, iż prezydentem ma zostać Narutowicz [...], który uzyskał większość dzięki głosom żydów, Niemców i innych «mniejszości narodowych» – z piersi młodzieży wydobył się jeden krzyk żywiołowy – Nie chcemy takiego prezydenta! Nie znamy go! Precz z żydami! Okrzyk ten przeleciał przez ulice Warszawy i żywiołowo utworzył się wielki pochód”59.

Według „Gazety Warszawskiej” młodzież spod Sejmu uformowała jedynie czoło marszu, a na ulicach dołączyło do niej mnóstwo innych warszawiaków. Pochód przeszedł Nowym Światem i Alejami Ujazdowskimi pod mieszkanie generała Józefa Hallera, byłego organizatora i dowódcy tak zwanej Błękitnej Armii, złożonej z polskich uchodźców, emigrantów i jeńców wojennych, którzy znaleźli się we Francji. Był znany z nacjonalistycznych poglądów i endeckich sympatii, a Błękitna Armia, zgodnie zresztą z ideowymi wyborami Hallera, miała na koncie liczne antysemickie „ekscesy”60. Jako że Haller był jedynym chyba wybitnym generałem o prawicowych sympatiach, endecy traktowali go z wielką atencją, zwłaszcza że niewiele wcześniej wystąpił z wojska, aby wejść do polityki61. Zgodnie z oczekiwaniami został wybrany na radnego miejskiego Warszawy i zdawał się powoli spełniać oczekiwania całego obozu polskiej prawicy, desperacko pożądającego własnego charyzmatycznego dowódcy wojskowego.

Haller robił, co mógł, by nie zawieść tych oczekiwań. Ze swego balkonu wygłosił płomienne przemówienie do tłumu. „W dniu dzisiejszym Polskę tą, o którą walczyliście, sponiewierano” – grzmiał. „Odruch wasz jest wskaźnikiem, iż oburzenie narodu, którego jesteście rzecznikiem, rośnie i wzbiera, jak fala”62. „Gazeta Warszawska” oraz bardziej bulwarowy dziennik endecki „Gazeta Poranna 2 Grosze” imały się wszelkich chwytów, by uczynić Hallera „wodzem” tej fali gniewu. „Wzruszająca była chwila – donosiła „Gazeta Warszawska” – gdy rzucano się do rąk Hallera, całowano je”, a powietrze wypełniły okrzyki „Niech żyje nasz wódz!”63. Szukanie „wodza” nie wynikało bynajmniej z przypadku. Polskie wybory odbyły się w niecały kwartał po faszystowskim marszu na Rzym, a prawicowe gazety w Polsce pełne były zachwytów nad Mussolinim i jego ruchem. Nie przypadkiem więc wielu narodowych demokratów miało nadzieję, że uda się wykorzystać wybór Narutowicza i wzorem Mussoliniego przejąć władzę.

Spod mieszkania Hallera tłum podążył w stronę wspólnej siedziby „Gazety Porannej 2 Grosze” i „Gazety Warszawskiej”. Według tej ostatniej „gromkie okrzyki”, najczęściej brzmiące „precz z żydami”, wypełniły ulice64. Demonstrantów przywitał Antoni Sadzewicz, wydawca „Gazety Porannej 2 Grosze” i poseł Narodowej Demokracji. W swym przemówieniu włączył wybory w szerszą narrację historyczną o żydowskich wysiłkach na rzecz podważenia woli narodu polskiego65. Zakończył wystąpienie zachętą do dalszych protestów następnego dnia. Tłum się rozszedł, w tym samym czasie jednak inna grupa próbowała protestować pod gmachem Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gdzie pracował Narutowicz, ale została rozpędzona przez policję66.

Choć ten wybuch gniewu źle wróżył, wciąż nie było wiadomo, jaki bieg przyjmą protesty w kolejnych dniach. Gwałtowne demonstracje polityczne już się zdarzały w Warszawie wczesnych lat 20. Nawet tak doświadczeni weterani polskiej polityki jak Józef Piłsudski nie traktowali początkowo protestów zbyt poważnie67. Niestety, w archiwach ewidentnie brakuje raportów policyjnych z dni bezpośrednio po wyborze Narutowicza, co może wynikać z faktu, że warszawska policja szybko przestała panować nad wydarzeniami albo, co równie prawdopodobne, próbowała ukryć swą niekompetencję, a także (jak zobaczymy) niejawną współpracę z demonstrantami. Ostatnie wpisy z policyjnych sprawozdań, datowane na 7 grudnia 1922 roku (dwa dni przed wyborami), zawierają jednak kilka interesujących spostrzeżeń. Jedno z nich omawia, w alarmistycznym tonie, możliwe reakcje lewicy na wybór prawicowego kandydata. Ani słowem nie wspomina jednak o możliwej reakcji narodowych demokratów na wybór kandydata lewicy – policja zdawała się nie uważać, by taka ewentualność mogła się skończyć poważniejszymi aktami przemocy68. Kiedy zatem Warszawa kładła się spać nocą 9 grudnia, nikt w zasadzie nie spodziewał się, co przyniosą najbliższe dni.

Prasa prawicowa interpretowała wyniki wyborów jako nieprawomocne i bez ogródek wzywała do czynu. Choć jadowite napaści kierowano przede wszystkim pod adresem „Piasta”, oburzenie endecji w największym stopniu kierowało się ku mniejszościom narodowym, a tak naprawdę Żydom. Ogólny ton wyznaczył artykuł Stanisława Strońskiego w „Rzeczpospolitej”, pod nieco tajemniczym tytułem Ich Prezydent69. O ile dzisiejszemu czytelnikowi może się on wydawać niezrozumiały, o tyle sympatycy endecji od razu wiedzieli, że wspominani przez Strońskiego „oni” to mniejszości narodowe, zwłaszcza Żydzi. Czytelnik samodzielnie miał sobie przeciwstawić „ich” wobec „nas”, a więc „prawdziwych” Polaków, według Strońskiego Narutowicz został bowiem „narzucony” polskiej większości przez Żydów, Niemców i Ukraińców. Miało to „wytwarzać stan rzeczy, z którym większość polska musi walczyć”70.

„Kurier Warszawski”, prawicowa gazeta niezwiązana oficjalnie z endecją, wieszczyła z kolei, że lider syjonistów Izaak Grünbaum będzie teraz Witosa „wodził za nos”71. Język stosowany przez prasę był wymowny i drastyczny. W artykule na pierwszej stronie „Gazeta Warszawska” głosiła, że „rząd większości polskiej został przez wczorajsze głosowanie w pieluchach zamordowany”72. Ataki personalne na nowego prezydenta formułowano tak, by pasowały do opowieści o żydowskiej dominacji nad Polską. Według „Gazety Warszawskiej” Narutowicz całą karierę zawdzięczał „finansjerze żydowskiej”, natomiast awans w Ministerstwie Spraw Zagranicznych – profesorowi Szymonowi Aszkenazemu, polsko-żydowskiemu historykowi, który ku oburzeniu endecji został przez Piłsudskiego mianowany pierwszym polskim ambasadorem przy Lidze Narodów73. Według „Gazety Porannej 2 Grosze” Narutowicz w Szwajcarii „zrobił dużą karierę finansową”, co samo w sobie miało być już podejrzane. Co gorsza, jego bogactwo sprawiało, że szczególnie zainteresowało się nim „anonimowe mocarstwo” światowego Żydostwa74.

Najsilniej chyba jednak artykułowano narrację o polskim oporze wobec „żydowskiego przewrotu” i obietnicy ostatecznego zwycięstwa Polaków w tej dziejowej bitwie. Nawet bowiem jeśli narodowych demokratów motywował strach przed Żydami, nie można było takiego wrażenia odnieść po lekturze ich prasy, która wydawała się absolutnie pewna ostatecznego polskiego zwycięstwa. W artykule z pierwszej strony, zatytułowanym Zwycięstwo nad Polską, „Gazeta Poranna 2 Grosze” twierdziła, że „walka o Polskę, o prawa Narodu Polskiego trwa dalej, i w walce tej Naród Polski musi być zwycięzcą”75. Inny artykuł przestrzegał, że Warszawa „rękawicę rzuconą społeczeństwu [przez Żydów – przyp. aut.] podejmie w spokoju, z godnością, lecz z zamiarem wytrwania i aż do końca prowadzić będziemy walkę”76. Jeszcze inny wzywał jednak, aby Polska była „wolna od żydów”, oraz do wyzwolenia narodu „spod wpływów żydowsko-masońskich”77. Wszystkie prawicowe gazety nawoływały też do ostrych protestów przeciwko nowo wybranemu prezydentowi, sugerując, że choć Żydzi wygrali wielką bitwę, to Polacy zwyciężą w całej wojnie. W głębi tej retoryki wybrzmiewają echa owego „palingenetycznego mitu” odrodzenia narodu poprzez oczyszczenie i konfrontację z siłami dekadencji, który według Rogera Griffina jest kulturową esencją ruchów faszystowskich78.

Nie ulega wątpliwości, że nagłówki prawicowych gazet idealnie wpisywały się w scenariusz, którym endecy straszyli nieustannie od lat: zawłaszczenia Polski przez Żydów. O ile wcześniej jednak był on dość mglisty i brakowało argumentów na jego potwierdzenie, o tyle teraz wszystko wypowiadano otwarcie i wprost łączono z konkretnym rozstrzygnięciem politycznym. Cała narracja spiskowa trzymała się tej jednej kwestii – wyboru „żydowskiego prezydenta”. Linii frontu nie dałoby się wytyczyć jaśniej. Po jednej stronie stali Żydzi i ich „poplecznicy”, którzy wybrali Narutowicza, po drugiej zaś „prawdziwi” Polacy, próbujący stawić opór żydowskiemu spiskowi.

Tak też brzmiał przekaz endeckich przywódców parlamentarnych, których wystąpienia prawicowe dzienniki skrzętnie przedrukowywały. W specjalnym komunikacie podpisanym przez kierownictwo wszystkich trzech partii prawicowych, w tym takie znakomitości, jak Stanisław Grabski, Wojciech Korfanty, Juliusz Zdanowski, Stanisław Głąbiński, Józef Chaciński, Stanisław Stroński oraz Edward Dubanowicz, obóz endecki ogłaszał: „Naród Polski musi odczuć i odczuje taki wybór pierwszego prezydenta Rzeczpospolitej [przez mniejszości narodowe – przyp. aut.] [...] jako ciężką zniewagę wyrządzoną pokoleniom, które o niepodległość walczyły [...]. Grupy Chrześcijańskiego Związku Jedności Narodowej nie mogą wziąć na się odpowiedzialności za bieg spraw państwowych w takim stanie rzeczy głęboko niezdrowym i odmówią wszelkiego poparcia Rządom powołanym przez prezydenta narzuconego przez obce narodowości – Żydów, Niemców i Ukraińców”79.

Prasa i posłowie prawicy jawnie podzielali więc opinię, że Narutowicz, a więc „ich prezydent”, przypieczętuje bezprawną uzurpację władzy nad narodem. „Polską większość” podstępem pozbawiono słusznie jej należnych rządów nad krajem. Choć jednak wyniki wyborów rozwścieczyły wielu ludzi, to demonstracje z 10 grudnia nie były wcale tak „spontaniczne”, jak później miała o nich pisać endecka prasa. „Gazeta Poranna 2 Grosze” i „Gazeta Warszawska” zachęcały warszawiaków do okazywania swego niezadowolenia z wyniku wyborów, a nawet sugerowały punkty gromadzenia się demonstrantów. Towarzystwo Rozwoju Przemysłu, Rzemiosł i Handlu „Rozwój” (powszechnie znane po prostu jako „Rozwój”) również odegrało ważną rolę w organizowaniu studenckiego gniewu80. Mimo podniosłej nazwy oraz faktu, że jego członkami byli przede wszystkim studenci, „Rozwój” zajmował się niemal wyłącznie szerzeniem antysemityzmu. Produkował ulotki i „literaturę”, ale jego członkowie najlepiej odnajdywali się w aranżowaniu ulicznych protestów i biciu Żydów81.

Kadry partii endeckich przenikały zarówno prawicową prasę (która nie tylko podsycała gniew opinii publicznej, ale – jak wspomniano – publikowała również ogłoszenia o punktach zbiórek poszczególnych demonstracji), jak i pomniejsze, wspomagające organizacje prawicowe. „Gazeta Poranna 2 Grosze” i „Gazeta Warszawska” należały do endeków lojalnych wobec przywódcy ruchu, Romana Dmowskiego. Antoni Sadzewicz, wydawca pierwszego z dzienników, był posłem Związku Ludowo-Narodowego, największej z endeckich partii. Zygmunt Wasilewski, który prowadził drugą z gazet, był bliskim przyjacielem Dmowskiego i członkiem ścisłego kierownictwa endecji. „Rzeczpospolitą” z kolei posiadał i redagował Stanisław Stroński, lider i poseł innej partii endeckiej, Stronnictwa Chrześcijańsko-Narodowego. „Kurier Warszawski” publikował natomiast wyraziste artykuły jednego ze starszych posłów ZLN, Władysława Rabskiego. Czołowi działacze „Rozwoju”, jak Tadeusz Mścisław Dymowski czy Konrad Ilski, byli posłami na Sejm reprezentującymi, odpowiednio, Chrześcijańsko-Narodowe Stronnictwo Pracy i ZLN. Generał Haller był z kolei posłem z listy Chrześcijańskiego Związku Jedności Narodowej. Na wszystkich frontach walki o „polską większość” angażował się także ksiądz Kazimierz Lutosławski, poseł na Sejm, płodny autor „Gazety Porannej 2 Grosze”, natchniony mówca uliczny i zaciekły antysemita. Podsumowując, komunikaty pomiędzy kierownictwem parlamentarnym a szeregowymi endekami mogły krążyć niezwykle szybko za pomocą wielu różnych kanałów, a także sieci kontaktów osobistych i instytucjonalnych.

Największa z demonstracji, jakie odbyły się 10 grudnia, zaczęła się rano w alei 3 Maja. Tłum złożony głównie ze studentów jeszcze raz pomaszerował pod mieszkanie generała Hallera przy Alejach Ujazdowskich. Tym razem generała powitały okrzyki „Niech żyje Haller, prezydent Polski”82. Gospodarz wygłosił do protestujących przemówienie wzywające do bojkotu społecznego Żydów i zaapelował, aby obecny odruch stolicy „nie był słomianym ogniem”83. Poza tym jednak generał nie złożył konkretnych obietnic ani nie zgłosił postulatów. Być może dość konserwatywny i raczej pozbawiony wyobraźni Haller nie był gotowy wziąć na siebie roli wodza, na którego czekała prawicowa młodzież. Albo, jak wielu innych narodowych demokratów, zaczynał postrzegać anarchię na ulicach jako zagrożenie. Tak czy inaczej, jego mowa musiała wypaść dość blado, skoro – w przeciwieństwie do poprzedniej – nie została przedrukowana przez prasę84.

Spod mieszkania Hallera demonstranci poszli pod Sejm, gdzie skandowali „Hańba” oraz „Precz z nim”. Endecki poseł ksiądz Nowakowski wygłosił przemówienie, w którym stwierdził, że „całe zło w Polsce jest winą żydów i ich lokaja Witosa”, a więc wspomnianego już chłopskiego lidera „Piasta”. Następnie demonstranci przeszli Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem do Hotelu Europejskiego, gdzie mieszkał Narutowicz85. Mijając włoską misję dyplomatyczną, krzyczeli „Niech żyje Mussolini!” oraz „precz z Żydami”86. Pod włoską misją także później tego dnia gromadzili się demonstranci. Jak napisał „Kurier Poznański”: „Nie na próżno manifestowano gorąco przed poselstwem włoskim na cześć Mussoliniego. [...] Naród musi przemówić śladem Włoch [...]. Nadszedł czas ostatniego wielkiego wysiłku – inaczej może być za późno”87.

Te ciepłe uczucia do Mussoliniego mogą wydawać się nieco dziwaczne, bo Narodowa Demokracja (wciąż) oficjalnie stała na stanowisku poparcia dla demokracji parlamentarnej, podczas gdy włoscy faszyści nie popierali (jeszcze) antysemityzmu. W rzeczywistości jednak faszystowskie sympatie protestujących skrywały poważny rozłam w ruchu narodowodemokratycznym: między tymi, którzy pozostali wierni systemowi parlamentarnemu, jak politycy starej daty w rodzaju Stanisława Grabskiego czy Stanisława Głąbińskiego, a młodszymi działaczami, którzy później mieli obrać bardziej otwarcie autorytarną, a z czasem nawet totalitarną ścieżkę.

Po minięciu misji włoskiej i krótkim obchodzie wokół Hotelu Europejskiego protestujący przeszli na plac Teatralny, gdzie wysłuchali przemówień działaczy „Rozwoju” – Ilskiego i Opęchowskiego. Tłum się rozszedł, ale kolejny wiec zaczął się już o godzinie 16.00 pod siedzibą „Rozwoju” przy ulicy Żurawiej 2. Obok studentów zgromadziło się tam szczególnie wielu weteranów armii generałów Hallera i Dowbora-Muśnickiego, znanych odpowiednio jako hallerczycy i dowborczycy; obydwa te środowiska były znane z prawicowych poglądów88. Do tłumu przemówili tym razem poseł chrześcijańsko-narodowy Tadeusz Mścisław Dymowski i endecki duchowny, ksiądz Kazimierz Lutosławski89. Dymowski wyłożył sytuację polityczną i cele ruchu nacjonalistycznego. Posłowie „Piasta”, jak twierdził, byli „przerażeni” protestami w Warszawie i mieli błagać Narutowicza o rezygnację. Gdyby zaś prezydent okazał się nieugięty, „Piast” miał dołączyć do prawicowego bojkotu jego zaprzysiężenia. Dymowski wzywał też studentów do „wytrwania w manifestacjach jeszcze jeden dzień” i „urządzenia europejskiej manifestacji”. Na koniec obiecał „załatwić postulaty akademickie w sprawie żydowskiej”, co miało znaczyć wprowadzenie numerus clausus na uniwersytetach, a potem pospiesznie udał się na spotkanie posłów endecji90.

Po wiecu ogłoszono rezolucję, która była próbą wyartykułowania żądań zgromadzonej młodzieży i jej liderów. Język rezolucji jest na tyle wymowny, że warto zacytować ją w całości:

Lud polski i katolicki, wstrząśnięty do głębi niesłychaną czelnością żydów i prowadzonych przez nich polskich polityków, którzy wbrew większości głosów polskich ośmielili się narzucić narodowi polskiemu swego kandydata, żąda: 1. od p. Gabriela Narutowicza, aby znieważenia narodu nie potwierdził swoją zgodą i przysięgą i godności ofiarowanej mu nie przyjmował; 2. żąda od posłów piastowców prowadzonych przez Witosa na haniebne szlaki, aby po męsku uznali swój błąd i zawrócili ze zgubnej drogi; 3. żąda od posłów narodowych zdecydowanej i bezwzględnej walki z roszczeniami żydów w Polsce, aż do zupełnego wyzwolenia kraju spod ich haniebnego jarzma.91

Warto zauważyć, że za oczywiste bierze się tutaj złe intencje Żydów oraz, co może ważniejsze, że w założeniu uznaje się ich winy za niemożliwe do odkupienia. Witos i Narutowicz w świetle tej argumentacji mogą być podatni na groźby, mniejszościom narodowym jednak nawet grozić nie warto – wygląda to tak, jakby ze swej istoty miały być niezdolne do odegrania jakkolwiek konstruktywnej roli w polskiej wspólnocie politycznej i pozbawione możliwości zmiany sposobu postępowania. Jedyną metodą poradzenia sobie z nimi jest w związku z tym „walka zdecydowana i bezwzględna” do czasu, aż Polska zostanie „wyzwolona”.

Po ogłoszeniu rezolucji i odśpiewaniu patriotycznych hymnów w rodzaju Roty grupy demonstrantów wyposażonych we flagi narodowe „zwartymi szesnastkami” zaczęły opuszczać siedzibę „Rozwoju”92. Przez większość czasu powtarzały repertuar znany już z demonstracji porannych. Znów podnoszono okrzyki „Precz z Żydami” pod misją włoską i Hotelem Europejskim. Pod Ministerstwem Spraw Zagranicznych, gdzie wciąż pracował Narutowicz, dziennikarz „Rzeczpospolitej”, niejaki Misiałkowski, wygłosił mowę, w której twierdził, że Szymon Askenazy ma zostać nowym premierem93.

Tłum przeniósł się wówczas na dwie największe arterie Warszawy, ulicę Marszałkowską i Aleje Jerozolimskie, bijąc ludzi napotkanych po drodze. Choć lewicowy „Kurier Poranny” odnotował, że bity był ten, „kto odważył się nie uchylić kapelusza przed «pochodem»”, nie ulegało wątpliwości, że demonstranci skupili się na Żydach i że to ta mniejszość najbardziej ucierpiała od napaści. Tak naprawdę bity był każdy Żyd (albo człowiek za Żyda uznany), który miał nieszczęście zostać zauważonym przez demonstrantów. Na środku ulicy zatrzymywano tramwaje, a pasażerów żydowskich wyrzucano z wagonów i bito. Policja nie interweniowała94. Po tych „ekscesach”, jak nazwała je prasa, demonstranci powrócili do swej bazy w siedzibie „Rozwoju”.

Choć zorganizowane protesty skończyły się wieczorem, do końca przemocy było daleko, a nastrój w stolicy wciąż panował złowieszczy. Według Bernarda Singera w mieście pojawili się jacyś „podejrzani osobnicy” z powozami i wózkami na towary pochodzące ze splądrowanych sklepów żydowskich95. Oczywiście o tym, kto był, a kto nie był Żydem, ostatecznie rozstrzygali szalejący po ulicach młodzieńcy. Pewien ksiądz, niejaki ojciec Popławski z parafii z robotniczego przedmieścia Woli, miał pecha podróżować tramwajem przez Marszałkowską. „Wzięto go za żyda”, w związku z czym został wyciągnięty z tramwaju i pobity. Kiedy napastnicy dostrzegli w końcu księżą sutannę wystającą spod długiego płaszcza, przeprosili i zaoferowali pomoc. Ksiądz prałat Popławski odmówił i „z dwiema ranami na głowie, zbroczony krwią” poszedł w swoją stronę96.

Marszałek Sejmu Maciej Rataj, reprezentujący chłopskiego „Piasta”, wyszedł na wieczorny spacer po mieście i to, co zobaczył, bardzo go przygnębiło. Grupy młodzieży szwendały się po ulicach, „polując na Żydów” i wykrzykując groźby pod adresem prezydenta. Policja nie robiła nic, by powstrzymać wywrotowców. Na ulicy Wiejskiej, niedaleko Sejmu, Rataj zauważył następującą „charakterystyczną” scenę. Dobrze ubrany człowiek w futrzanym płaszczu wdał się w pogawędkę z nocnym stróżem (jeden z najmniej prestiżowych zawodów międzywojennej Polski), przyjmując postawę eksperta i objaśniając mu sytuację polityczną. Rataj uchwycił fragment tej rozmowy. „Wybrali prezydentem złodzieja, żydowskiego pachołka Narutowicza” – mówił elegancko ubrany człowiek97. Lewica przez większość dnia pozostała bierna, choć według „Kuriera Polskiego” grupki socjalistycznych robotników okazjonalnie wdawały się w bójki ze studentami98.

PRZEMOC I POLITYKA STRACHU

Reakcja ulicy wywarła bezpośredni wpływ na polską klasę polityczną. Prowadząca uliczną ofensywę prawica próbowała wykoleić proces konstytucyjny. Ceremonia zaprzysiężenia Narutowicza była zaplanowana na poniedziałek, 11 grudnia. Według niektórych opinii prawnych gdyby w Zgromadzeniu Narodowym zabrakło kworum (przynajmniej 50 procent posłów i senatorów), zaprzysiężenie byłoby nieważne. Mając właśnie to na celu, liderzy partii prawicowych zdecydowali, że zbojkotują zaprzysiężenie, a następnie zakwestionują jego ważność, wywierając na prezydenta elekta dalszą presję, by zrezygnował.

Kiedy wzburzone tłumy maszerowały przez stolicę, Narutowicz spędzał poranek, pracując na dotychczasowym stanowisku w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Dopiero po południu spotkał się z Ratajem, młodym, ale zręcznym posłem „Piasta” i zarazem marszałkiem Sejmu, aby omówić sytuację polityczną w kraju. Rataj, któremu udawało się w trakcie kryzysu zachowywać dobre stosunki i z lewicą, i z prawicą, opowiedział Narutowiczowi o endeckich planach zbojkotowania ceremonii zaprzysiężenia i próbował mu uświadomić powagę sytuacji. Przypomniał również, że jako umiarkowany i nieznany technokrata prezydent elekt nie może liczyć nawet na entuzjastyczne poparcie lewicy. „Czy ma Pan w Polsce 100–1000 ludzi bezwzględnie oddanych?...” – zapytał, na co Narutowicz odparł: „Wiem, że nie mam”99. Według „Kuriera Warszawskiego” Rataj zapowiedział również, że Narutowicz nie może liczyć na poparcie ze strony „Piasta”, i zasugerował mu rezygnację100.

Choć nie można ustalić prawdziwości tego ostatniego twierdzenia (Rataj nie wspomina o nim w pamiętnikach), nie ulega wątpliwości, że w PSL „Piast” panował chaos i że partia desperacko próbowała wycofać się z wcześniejszego poparcia dla Narutowicza. Jak już wiemy, głównymi obiektami gniewu narodowych demokratów (a także ich przemocy) byli Żydzi i nowo wybrany prezydent. „Piast” i jego lider Wincenty Witos, oskarżani o bycie zdrajcami i „żydowskimi pachołkami”, figurowali jednak tuż za nimi na liście celów. Partia chłopska i jej przywódcy ulegli naciskom zadziwiająco szybko. Mimo że jeszcze dzień wcześniej głosowali za Narutowiczem, do popołudnia 10 grudnia wielu posłów zdążyło już zmienić stanowisko. „Pod wpływem wypadków rozgrywających się w Warszawie, w Klubie naszym zapanowała dziwna konsternacja” – pisał Witos w pamiętnikach. Zdaniem wielu posłów „Piasta” „za jedyne wyjście uważano ustąpienie Narutowicza”101.

Istotnie, niezależnie od tego, czy doniesienia o próbach Rataja, by przekonać Narutowicza do rezygnacji, były fałszywe czy nie, nie ma wątpliwości, że jego koledzy z „Piasta” właśnie do tego zmierzali. Jeszcze tego samego dnia Witos przewodził delegacji posłów swej partii na spotkaniu z Narutowiczem. Zamiast złożyć gratulacje prezydentowi, którego przecież dopiero co pomógł wybrać, Witos stwierdził, „dość nawet natarczywie”, jak sam to potem określił, że w „interesie państwa” byłoby, gdyby Narutowicz zrezygnował ze stanowiska102. Później, w niedzielne popołudnie, klub parlamentarny „Piasta” wydał publiczne oświadczenie, które można opisać jedynie jako tchórzliwą kapitulację przed endecką doktryną głoszącą, że wyłącznie etniczni Polacy mają prawo wybierać prezydenta kraju:

PSL Piast stało na stanowisku, że tak ze względu na zagranicę, jak i ze względu na konieczną konsolidację stosunków zewnętrznych, byłoby rzeczą niezwykle pożądaną, aby kandydat na prezydenta Rzeczpospolitej skupił jeżeli nie wszystko, to znaczną większość głosów polskich w Zgromadzeniu Narodowym [...]. Bez oskarżania kogokolwiek stwierdzić należy, że [...] ze strony prawicy rzucono rękawicę przez wysunięcie kandydatury hr. Maurycego Zamoyskiego [...]. PSL Piast nie uważało za możliwe, jako stronnictwo demokratyczne i ludowe głosować na hr. Maurycego Zamoyskiego, wybitnego przedstawiciela arystokracji i wielkich właścicieli ziemskich. Głosowanie Piasta na p. Wojciechowskiego nie było przeto spowodowane żadnym układem z którymkolwiek klubem polskiej lewicy, a tym mniej z którymkolwiek klubem mniejszości narodowych. PSL Piast [...] stać będzie dalej na gruncie praworządności i w dalszym ciągu zmierzać do konsolidacji stronnictw polskich na gruncie budowy państwa polskiego.103

Krótko mówiąc, „Piast” próbował zrzucić z siebie odium głosowania na tego samego kandydata, co mniejszości narodowe – implicite uznając tezę endeków, że w akcie było coś wstydliwego. Gdyby narodowi demokraci wybrali kandydata bardziej umiarkowanego, „Piast”, jak sugerowała rezolucja, zagłosowałby na niego. Teza „Piasta”, że znalezienie „polskiej większości” jest niezbędne „ze względu na zagranicę”, brzmi szczególnie dziwacznie104. Uciekanie się do tego rodzaju usprawiedliwień rzuca światło na fakt, jak autentyczny strach przed przemocą musiał ogarnąć wielu posłów i w jak desperackim położeniu znalazła się partia Witosa.

PSL „Piast” wykazało się brakiem kręgosłupa z wielu powodów. Po pierwsze, partia chłopska miała zapewne najsłabsze z wszystkich organizacji politycznych poparcie w Warszawie i nie dysponowała niezależną siłą na ulicach. PPS dysponowała silnymi i dobrze zorganizowanymi bojówkami. „Wyzwolenie”, choć również było partią wiejską, pozostawało w bliskich związkach z ruchem piłsudczykowskim i mogło liczyć na jego siłę i wsparcie. Nawet Koło Żydowskie, jak nazywano żydowską frakcję w parlamencie, reprezentowało liczną ludność, która w samoobronie zapewne mogłaby się zmobilizować do działania. Posłowie „Piasta”, odcięci od swych wiejskich zwolenników, nie mieli nikogo, kto mógłby ich bronić, nie dziwi więc, że wielu z nich było podatnych na groźby fizycznej przemocy. Jeszcze wiele miesięcy później „życzliwi” posłowie endecji raz po raz ostrzegali Witosa, „ażeby się na mieście sam nie pokazywał”105.

Dużo poważniejszym powodem paniki w tej partii była jednak siła dyskursu „polskiej większości”, ataki endeckiej prasy na „Piasta” bowiem nie ustawały. „Żadne komunikaty, ani usprawiedliwiania nie zmienią zresztą faktu, iż ludowcy przyczynili się do wyboru narzuconego Polsce przez żydów kandydata na pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej” – grzmiała „Gazeta Warszawska”106. Zdaniem księdza Lutosławskiego, piszącego w „Gazecie Porannej 2 Grosze”, Witos wybrał „pójście pod komendę żydów”. Tymczasem jednak „musi się przekonać Witos, że do spółki z żydami można Polskę zdradzić i narzucić jej Prezydenta – ale nie można Polską wbrew woli większości polskiej rządzić”107. Z kolei według endeckiego „Kuriera Poznańskiego” współpracując z Żydami, „Piast” „przekroczył Rubikon”108.

Witos w niewoli u Żydów. Karykatura opublikowana w „Gazecie Porannej 2 Grosze” 12 grudnia 1922 roku ukazuje chłopskiego lidera Wincentego Witosa jako tańczącego niedźwiedzia. Łańcuch trzyma Żyd, Ukraińcy grają rolę pomocniczą

Mimo przemocy na ulicach i niezbyt uprzejmych „nalegań” ze strony „Piasta” na rezygnację Narutowicz, według wszelkich relacji będący człowiekiem umiarkowanym i delikatnym, a zarazem pozbawionym żądzy władzy, pokazał zaskakującą siłę charakteru. Powiedział Ratajowi: „Nie mogę się już cofnąć, bo byłoby to cofaniem się przed ulicą i tworzeniem precedensu zgubnego”109. Kategorycznie odmówił również upartym żądaniom Witosa110. Po mediacjach z Ratajem, „Wyzwoleniem” oraz „Piastem” nowy prezydent spotkał się z Piłsudskim (który wciąż zajmował pozycję głowy państwa), aby omówić przekazanie władzy. Nawet ta rozmowa nie przebiegła gładko. Narutowicz chciał wydłużenia okresu przejściowego, aby Piłsudski zachował swą obecną pozycję jeszcze przez miesiąc. Piłsudski zdecydowanie odmówił, upierając się, że jasna i jednoznaczna sytuacja ustrojowa jest niezbędna dla ustabilizowania sytuacji politycznej111. Jego zdanie przeważyło, nie pierwszy raz zresztą. Pod koniec dnia Narutowicz znalazł jeszcze czas na powrót do pracy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, gdzie w ramach obowiązków ministra podpisał traktat z Japonią, a następnie powrócił do swej tymczasowej rezydencji w Pałacu Łazienkowskim.

INAUGURACJA

Inauguracja i formalne przekazanie władzy zaplanowano na poniedziałek 11 grudnia. Trzy prawicowe kluby parlamentarne zdecydowały się, acz nie bez wewnętrznych sporów, zbojkotować ceremonię i zakwestionować jej ważność112. W tym samym czasie studenci i inni obecni na ulicy sympatycy Narodowej Demokracji otrzymali instrukcje, zgodnie z którymi mieli uniemożliwić dotarcie prezydenta elekta przed Zgromadzenie Narodowe. Niemożliwe jest dokładne ustalenie, kto ostatecznie podjął decyzję o użyciu bojówek, ale bez wątpienia stało się to na poziomie najwyższego kierownictwa endecji.

Wiadomości o „wielkiej” demonstracji przed ceremonią zaprzysiężenia wydrukowano we wszystkich głównych gazetach prawicowych. „Rozwój” z kolei wydał manifest następującej treści:

Rozzuchwalone dotychczasowym powodzeniem żydostwo, sięgnęło po najwyższą władzę w Polsce [...]. Cały obóz narodowy powinien odważnie i z energią spojrzeć prawdzie w oczy i dać mocną odprawę żydowsko-masońskiemu zamachowi na godność i honor Narodu Polskiego. Wzywamy tych posłów [...], którzy w zaślepieniu partyjnym skorzystali z poparcia żydów do przeprowadzenia swego kandydata, by jak najprędzej się opamiętali i nawrócili z drogi, która prowadzi do ostatecznego wydania Polski na żer międzynarodowego, żydowsko-masońskiego mocarstwa anonimowego [...]. WIELKI WIEC ROZWOJOWY. STAWCIE SIĘ LICZNIE! NIECH ŻYJE WOLNA OD ŻYDÓW POLSKA!! NIECH ŻYJE WOLNY I WYZWOLONY SPOD WPŁYWÓW ŻYDOWSKO-MASOŃSKICH NARÓD POLSKI!113

Do 10 grudnia plakaty wzywające młodzież na ulice rozklejono w całym mieście114. Wieści rozchodziły się również poprzez kawiarnie i kręcące się po ulicach grupki młodzieży. Lewica, co zrozumiałe, twierdziła, że w wielu przypadkach odpowiadali za to agitatorzy115. Niezależnie od tego, czy mówili prawdę, różnica między „agitatorami” a zwykłymi obywatelami, którzy podzielali tezy endecji i byli oburzeni wyborem Narutowicza, była zapewne niezbyt wyraźna.

Tak czy inaczej, lewica, rząd i policja miały wiedzę na temat demonstracji zaplanowanych na 11 grudnia. Na czele rządu stał Julian Nowak, człowiek jeszcze z nadania poprzedniego Sejmu, bezbarwny, umiarkowany konserwatysta, którego główną zaletą było chyba to, że nikomu specjalnie nie przeszkadzał. Na koniec dnia zadzwonił do swego ministra spraw wewnętrznych Antoniego Kamieńskiego, a ten zapewnił premiera, że poniedziałkowe demonstracje będą miały ograniczony zasięg i że policja zapewni porządek. Piłsudski przyznał później, że jego głowę zaprzątały wówczas „osobiste kłopoty i próby rozważania różnych dylematów życiowych”, związane prawdopodobnie z oddaniem przez niego władzy, przez co nie zwracał dostatecznej uwagi na przemoc na ulicach116. Część robotników zwalniała się na pół poniedziałkowego dnia z pracy, by wziąć udział w potencjalnych kontrdemonstracjach117. „Wyzwolenie” opublikowało ostre oświadczenie, w którym groziło, że „na każdy atak prawicy w miastach, lud odpowie natychmiastowym atakiem na wsi”118. Ogólna reakcja stronnictw politycznych była jednak raczej umiarkowana. Nawet „Robotnik”, zazwyczaj bojowo nastawiony organ PPS, wyraził jedynie zaufanie, że „władze” stłumią dalsze demonstracje119.

Temperatura emocji prawicowej prasy w poniedziałek rano, 11 grudnia, w dniu inauguracji, jeszcze wzrosła. „Jak śmieli żydzi narzucić Polsce swojego prezydenta?” – pytał ksiądz Lutosławski na pierwszej stronie „Gazety Porannej 2 Grosze”. Była to, jak stwierdził, „haniebna zdrada”. Ten wykształcony duchowny, działacz społeczny i drużynowy harcerski, doktor medycyny i poseł, kończył swój artykuł wezwaniem do czynu: „Wzywamy natomiast całą powszechność narodową, aby i ona swój obowiązek spełniła: skupić cały wysiłek na walce z żydami w dziedzinie ekonomicznej, kulturalnej i wszelkich innych; zjednoczyć wszystkich w obronie praw Narodu Polskiego”120.

Studenci, a więc najbardziej bojowo nastawieni zwolennicy nacjonalistycznej prawicy, już wcześniej przygotowali się do użycia siły. W konsekwencji decydująca konfrontacja przeniosła się z łam prasy na ulice.

Przekład: Michał Sutowski

Redakcja: Kamil Piskała

Redakcja językowa i korekta: Magdalena Jankowska

Redaktor prowadzący: Jaś Kapela

Projekt okładki: Marcin Hernas | tessera.org

Na okładce wykorzystano obraz Wilhelma Sasnala Narutowicz (2003). Dziękujemy artyście za jego użyczenie.

Dziękujemy Małgorzacie Karolinie Piekarskiej za możliwość wykorzystania zdjęć z archiwum rodzinnego.

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

ul. Foksal 16, II p

00-372 Warszawa

redakcja@krytykapolityczna.pl

www.krytykapolityczna.pl

Książki Wydawnictwa Krytyki Politycznej dostępne są w redakcji Krytyki Politycznej (ul. Foksal 16, Warszawa), Świetlicy KP w Trójmieście (Nowe Ogrody 35, Gdańsk), Świetlicy KP w Cieszynie (Al. Jana Łyska 3) oraz księgarni internetowej KP (wydawnictwo.krytykapolityczna.pl).

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Gotowi na przemoc. Mord, antysemityzm i demokracja w międzywojennej Polsce 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Wybieraj wystarczająco dobrze Listy niezapomniane W rodzinie ojca mego