Światy Honor

Światy Honor

Autorzy: David Weber

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 17.94 zł

Kolejny tom słynnego cyklu "Honor Harrington".

Zbiór pięciu dłuższych opowiadań uzupełniających luki w dotąd znanej historii. Pokazują one między innymi, w jakich okolicznościach objęła władzę królowa Elżbieta III oraz na skutek jakiego wydarzenia treecaty zostały oficjalnymi współwłaścicielami Sphinxa. Poznajemy również dokładniej społeczność treecatów i dowiadujemy się, w co przekształciły się prowadzone na Gryphonie ćwiczenia, w których wzięła udział komandor Honor Harrington, oraz kogo tam po raz pierwszy spotkała...

David Weber

Roland J. Green, Jane Lindskold, Linda Evans

HONOR HARRINGTON

Światy Honor

Przełożył Jarosław Kotarski

Dom Wydawniczy REBIS

Tytuł oryginału: Worlds of Honor

Copyright © 1999 by David M. Weber

“The Stray” copyright © 1999 by Linda Evans;

“What Price Dreams?” copyright © 1999 by David M. Weber;

“Queen’s Gambit” copyright © 1999 by Jane Lindskold;

“The Hard Way Home” copyright © 1999 by David M. Weber;

“Deck Load Strike” copyright © 1999 by Roland J. Green

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2016

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Anna Poniedziałek

Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Jacek Pietrzyński

Ilustracja na okładce: David Mattingly

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Światy Honor, wyd. I, Poznań 2017)

ISBN 978-83-8062-886-1

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Przybłęda

Cena marzeń

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ VI

ROZDZIAŁ VII

ROZDZIAŁ VIII

ROZDZIAŁ IX

ROZDZIAŁ X

Gambit królowej

Trudna droga do domu

Rajd

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ VI

ROZDZIAŁ VII

ROZDZIAŁ VIII

Cykl Honor Harrington

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

LINDA EVANS

Przybłęda

Doktor Scott MacDallan próbował przy użyciu kombinacji macania, klnięcia i pocenia się obrócić wierzgającego niewdzięcznika, który uparł się przyjść na świat nogami do przodu, gdy w jego życiu pojawił się przybłęda.

Dokładnie zjawił się przed domem państwa Zivoników. Gdyby Evelina Zivonik nie miała za sobą paru bezproblemowych i łatwych porodów, Scott zdecydowałby się na cesarskie cięcie; obrócenie płodu nie było jednak czynnością skomplikowaną, jeśli rzeczony płód się nie opierał. Należało mieć też na względzie samopoczucie matki, która nie przepadała za skalpelem. Teraz mimo iż spływała potem i jęczała, od czasu do czasu starała się nawet żartować.

Scott akurat złapał uparciucha, usiłując ignorować westchnienia i jęki pacjentki, gdy poczuł taką falę rozpaczy, że bezwiednie jęknął i cofnął się.

– Co się stało, doktorze? – zaniepokoiła się Evelina.

Scott zamrugał gwałtownie oczami, próbując zapanować nad falą paniki.

– Przepraszam – wykrztusił. – Z panią i z dzieckiem wszystko w porządku…

Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował, była utrata zaufania pacjentów. Co prawda lekarzy nie palono już na stosach, ale pod pewnymi względami niewiele się zmieniło od czasów jego przodków.

Evelina uniosła się na łokciach i przyjrzała mu się kry tycznie ponad własnym brzuchem.

– Dzięki Bogu – oceniła. – Ale z panem jest coś nie w porządku.

W tym momencie zza zamkniętych drzwi dobiegło rozpaczliwe bleeknięcie Fishera.

Fisher po jego domu i gabinecie poruszał się swobodnie, ale po domach pacjentów, gdy mu towarzyszył, nie. Tym razem odgłos był tak rozpaczliwy, jakiego dotąd ni gdy w wykonaniu treecata nie słyszał, a towarzyszyła mu taka fala emocji, że Scott odruchowo powiedział prawdę:

– Raczej z moim treecatem niż ze mną.

– Treecatem? – powtórzyła Evelina z lekką obawą i znacznie większym podziwem.

Podobnie bowiem jak większość ludzi nie bardzo była pewna, jak reagować na ich znaną od niedawna obecność na planecie, i to w roli stałych sąsiadów.

– Tak. Jest bardzo zaniepokojony i wytrącony z równowagi, a ja nie mam pojęcia dlaczego. Nigdy nie wydawał tak rozpaczliwych dźwięków – dodał, spoglądając na drzwi sypialni.

– Cóż, prawdę mówiąc, to ledwie zaczęliśmy… – w głosie Eveliny słychać było niepewność i zaniepokojenie. – Skoro są z nim jakieś problemy, niech się pan dowie, o co chodzi. Jeśli jest ranny albo coś… ja się nigdzie nie wybieram, a mój stan pan zna.

Teoretycznie rzecz biorąc, na coś takiego nie pozwalała etyka zawodowa – zostawienie pacjentki w połowie porodu, żeby zająć się treecatem, nawet nie powinno mu przejść przez myśl. Ale Fisher dosłownie emanował nieszczęściem. Mimo to nie wszedł do sypialni pani domu, choć doskonale wiedział, jak otworzyć drzwi. Te zaś do sypialni były zamknięte, ale nie zablokowane. Scott przez moment rozważał, co jest ważniejsze: uspokojenie przyjaciela czy wyciągnięcie na świat upartego noworodka.

– Niech go pan wpuści – zaproponowała Evelina. – Irina opowiadała nam o nim i pokazywała hologramy, ale żywego treecata nigdy nie widziałam…

Tym razem w jej głosie nie było obawy, tylko ciekawość. I to ona przekonała Scotta.

– Dzięki. Fisher, chodź tu, drzwi nie są zablokowane.

Drzwi otworzyły się i do pokoju wpadł kremowoszary kształt. Wskoczył na ramię Scotta, który jęknął cicho.

– Bleek! – oznajmił zdecydowanie Fisher, dotykając jego policzka obiema chwytnymi łapami.

A potem wskazał jedną z nich na okno.

– Coś się stało na zewnątrz? – spytał Scott. – Coś groźnego?

Nie wyczuwał u treecata obawy przed zagrożeniem. Byli razem od prawie dwunastu standardowych miesięcy i coraz lepiej mu szło odczytywanie emocji Fishera dzięki zdolnościom empatycznym odziedziczonym po szkockich przodkach. Początkowo zdolność ta go przerażała, jako że nie dało się jej racjonalnie wytłumaczyć. Pierwszy raz, gdy mu się to przydarzyło, był wręcz pewien, że doznał halucynacji; potem, gdy zrozumiał prawdę, znalazł się w nie lada kłopocie, gdyż na Sphinksie takie umiejętności traktowano sceptycznie i podejrzliwie. W najlepszym razie. W najgorszym posiadająca je osoba traciła zaufanie społeczności i stawała się w jej oczach szarlatanem, a na to nie mógł sobie pozwolić. Gdzie indziej bywało jeszcze gorzej – posiadanie tak „zasłużonych” przodków oznaczałoby automatycznie badania psychiatryczne i oskarżenie o oszustwo. Na szczęście przodkowie ci co do jednego byli ze strony matki, dzięki czemu nikt nie łączył z nimi szacownego rodu MacDallanów.

Nie chodziło o zagrożenie czające się na zewnątrz. Scott miał wrażenie, że ktoś lub coś na zewnątrz jest w niebezpieczeństwie i pogrążone w rozpaczy. No i nie ulegało żadnej wątpliwości, że Fisher chce, by Scott jak najszybciej wyszedł na dwór.

– Fisher, teraz nigdzie nie wyjdę – oznajmił Scott. – Muszę odebrać poród!

W jasnobłękitnych oczach treecata błysnęło rozczarowanie. Miauknął rozdzierająco.

Równocześnie zaś z głównej części domu rozległ się chór dziecięcych głosów:

– Tato, chodź szybko!

– To treecat, tato!

– Ciociu Irino, na dworze jest treecat!

– Chory albo coś! Pospiesz się, tato!

Scott i Evelina Zivonik wymienili zaskoczone spojrzenia.

– Proszę iść – oznajmiła zdecydowanie kobieta. – Urodziłam już sześcioro dzieci i to też urodzi się bez kłopotu, nawet jeśli pana przez kilka minut nie będzie. Jest pan jedynym lekarzem w promieniu kilkuset kilometrów, a jeśli ten treecat jest ranny, potrzebuje pana w tej chwili bardziej niż ja. A mnie przyda się chwila przerwy w tym grzebaniu.

Scott zaczerwienił się; ustawienie opornego płodu z oczywistych przyczyn mu nie wychodziło i to właśnie wypomniała mu Evelina.

Fisher ponownie dotknął jego policzka.

– Bleek? – spytał prosząco.

– Jeszcze nigdy nie widziałem go w takim stanie. Dziękuję i zaraz wracam – zapewnił, wyjmując rękę spomiędzy nóg pacjentki i sięgając po ręcznik.

Wolał nie mówić, że skoro Fisher prawie rok temu uratował mu życie, to powinien przynajmniej spróbować spłacić ten dług.

Pospiesznie się obmył i wypadł na dwór, gdzie cały nieletni przychówek Zivoników dosłownie tańczył wokół ojca i jego młodszej siostry Iriny Kisajewnej stojących dobre dwadzieścia metrów od domu i uważnie przyglądających się niższym gałęziom najbliższego palikowca. Scott zdołał zrobić trzy kroki, gdy usłyszał najbardziej przeraźliwy dźwięk, jaki kiedykolwiek wydała w jego obecności żywa istota. Był to ni jęk, ni miauczenie, ni zawodzenie – niczym wycie banshee doprowadzające celtyckich przodków Scotta do obłędu. Fisher siedzący na jego ramieniu owinął ogonem jego szyję i zadygotał, miaucząc nieszczęśliwie.

Scott ruszył biegiem, odruchowo głaskając Fishera.

– Gdzie on jest? – spytał.

Aleksandr Zivonik bez słowa wskazał na poziomą gałąź wysokiego, rosnącego najbliżej domu palikowca.

Scott musiał dobrze wytężyć wzrok, by dostrzec wtulonego w pień treecata, choć siedział on niczym zwykły kot. Stworzenie było większe od Fishera – miało dobre siedemdziesiąt centymetrów długości, nie licząc chwytnego ogona prawie równie długiego, ale zdecydowanie zbyt chude. I wyglądało na chore lub ranne – nawet z tej odległości dojrzał, że jego szarokremowe futro było poznaczone ogromnymi plamami o barwie zaschniętej krwi.

Futro było także bardzo brudne, co u treecata stano wiło prawdziwy ewenement.

– Fisher – powiedział cicho. – On jest ranny? Jeśli pozwoli mi się zbliżyć, będę mógł go opatrzyć…

Przeraźliwy dźwięk ucichł nagle.

Przybysz miauknął cicho i powoli i robiąc przystanki, zaczął schodzić po pniu na ziemię. Scott chciał doń podbiec, ale bał się go przestraszyć nagłym ruchem.

– Irina, zabierz dzieci do domu, bo jeśli się czegoś przestraszy, nie zejdzie i nie będziemy mogli mu pomóc, a wydaje mi się, że bardzo tego potrzebuje – powiedział cicho.

Irina kiwnęła głową, ale polecenie wydał Aleksandr:

– Dzieciaki, do domu! Bez dyskusji!

Irina spojrzała z niepokojem na Scotta. Jako jedyna zdawała się rozumieć, jak głęboka i skomplikowana więź po łączyła go z treecatem. No, ale też znała go najlepiej i najdłużej, bo przez ostatnich kilka lat stali się przyjaciółmi.

Irina straciła męża podczas epidemii, która zdziesiątkowała mieszkańców planety, a Scottowi jej towarzystwo sprawiało prawdziwą przyjemność. Była bystra, miała po czucie humoru i potrafiła sprawić, by się odprężył nawet po ciężkim dniu. Miała też doskonałą intuicję, ale nie szło to w parze z natarczywą dociekliwością. Spotykali się często i Scottowi brakowało jej towarzystwa w ciągu ostatnich tygodni. Irina przeprowadziła się do brata; Evelina miała pewne problemy z donoszeniem ciąży i Scott zalecił, by głównie leżała.

– Będzie mi miło, jeśli mi pomożesz – powiedziała, odwzajemniając spojrzenie błękitnych oczu.

– Z przyjemnością – odparła, nie kryjąc zadowolenia.

Odczekali, aż Aleksandr zaprowadzi dzieci do domu. Treecat tymczasem dotarł do najniższej gałęzi palikowca, usiadł na niej i miauknął żałośnie.

Fisher odpowiedział podobnym miauknięciem i spojrzał na Scotta, wskazując chwytną łapą przybysza.

– Mam iść po niego? – upewnił się Scott.

– Bleek!

Nie zwlekając, podszedł do pnia i spojrzał w górę.

Obcy treecat siedział skulony i dygotał. Plamy na jego futrze były dawno zaschniętą krwią i było jej zbyt wiele, by mogła należeć tylko do niego. Wyglądał też na zagłodzonego, zupełnie jakby nie potrafił zdobyć pożywienia i nie mógł liczyć na pomoc klanu. To z kolei sugerowało by wyrzutka, o ile treecaty miały taki zwyczaj… a z drugiej strony zachowanie Fishera przeczyło takiemu wyjaśnieniu, bo zupełnie jednoznacznie domagał się, by pomóc przybyszowi.

– Cześć – powiedział cicho Scott, patrząc na treecata i starając się, by zabrzmiało to ciepło. – Mogę ci pomóc?

Reakcja zaskoczyła go – treecat bleeknął cicho i wyraźnie, zeskoczył na ziemię i podbiegł doń, po czym kurczowo objął jego prawą nogę tak chwytnymi, jak i środkowymi łapami. Trzymał go, jakby życie od tego zależało. Z kolei Fisher zbiegł po Scotcie, przysiadł przy obcym, dotykając prawie nosem jego nosa i zaczął cicho acz niezwykle intensywnie mruczeć, co jak Scott wiedział z doświadczenia, wywierało zaskakująco uspokajający efekt. Przykucnął i wyciągnął powoli rękę. Zakrwawiony treecat wręcz uderzył łbem w jego dłoń, jakby pragnąc dotyku. Scott pogłaskał go delikatnie, próbując zorientować się, jakie rany odniósł, i ku swemu zaskoczeniu nie znalazł nie tylko ran, ale nawet opuchlizny czy gorętszych miejsc sugerujących obrażenia wewnętrzne. Treecat nadal pomiaukiwał żałośnie, a z emocji Fishera sądząc, musiało mu się przytrafić coś naprawdę tragicznego.

Scott miał dziwne przeczucie, że tak jego samego, jak i Fishera czekają poważne kłopoty. W końcu zadowolony z oględzin spróbował podnieść przybysza, ale spotkało się to z przerażonym bleeknięciem. Fisher natychmiast położył chwytne łapy na ramionach przybłędy i zamruczał energicznie. Efekt był zgoła piorunujący – ten umilkł i czym prędzej wtulił się w objęcia Scotta. Fisher zajął swoje zwykłe miejsce na jego ramieniu i Scott powoli wstał.

Irina stała kilka kroków z boku, przygryzając niepewnie dolną wargę. Widać było, że chciałaby pomóc, ale nie wiedziała jak. Scott przywołał ją gestem, nie przestając głaskać kupki nieszczęścia, podeszła więc powoli. Gdy stanęła obok, zakrwawiony treecat spojrzał na nią i miauknął zupełnie jak skrzywdzone dziecko.

– Biedactwo! – westchnęła, wyciągając powoli ręce.

Dał się pogłaskać, a nawet nadstawił grzbiet, ale zarówno chwytnymi, jak i środkowymi łapami kurczowo trzymał Scotta za koszulę.

– Idziemy do domu – oznajmił Scott, ruszając powoli ku budynkowi. – Jesteś kośćmi obciągniętymi skórą i brudny jak nieboskie stworzenie. Potrzebujesz wody, jedzenia i kąpieli. Przynajmniej na początek. A potem zobaczymy czego jeszcze.

Nie przesadzał – pod palcami czuł wyraźnie każdą kość i ścięgno, a wysuszona, spękana skóra wokół pyska, ślepiów i na opuszkach palców wskazywała na poważne odwodnienie. Żadnych fizycznych obrażeń – mimo zakrzepłej krwi w wielu miejscach zlepiającej futro – nadal nie dostrzegał.

Podeszli do grubych na metr, kamiennych ścian domu i Irina zawołała:

– Alek, znajdź jakieś mięso i miskę zimnej wody! On jest zagłodzony. Najlepiej daj to, co zostało z wczorajszego obiadu!

Weszli do środka w momencie, w którym Aleksandr kończył wydawanie rozkazów:

– Karl, wyciągaj resztki indyka, Nadia, sprawdź, co z matką, Stasya, przynieś wody, a ty, Gregor, znajdź parę czystych ręczników i napuść ciepłej wody do wanny. I zabierz Louisę, żeby mi się tu nie plątała pod nogami!

Dzieciarnia zniknęła jak zdmuchnięta, a gospodarz dodał:

– Kuchnia jest tutaj.

I zaprowadził Scotta do jasno oświetlonego, przestronnego pomieszczenia, w którym najstarszy syn stawiał właśnie na stół półmisek z pozostałościami po imponującym pieczonym indyku. Resztki stanowiła dobra jedna trzecia ptaka, a stół był równie imponujący jak indyk, bo zbudowano go najwyraźniej z myślą o szybko powiększającej się rodzinie.

– Częstuj się – zaprosił Karl, zaczerwieniony i nieco onieśmielony niespodziewanymi wydarzeniami. – Smacznego.

Młodsza od niego Stasya przyniosła miskę z wodą, omal się przy tym nie wywracając, bo zamiast patrzeć pod nogi, przyglądała się okrągłymi jak spodki oczyma treecatowi, którego Scott dopiero stawiał na stole. Treecat wahał się przez moment, jakby upewniając się, że to faktycznie dla niego, po czym entuzjastycznie zajął się indykiem, nie kryjąc głodu. Nie tylko dzieciaki przyglądały mu się z zainteresowaniem – zwalisty Aleksandr Zivonik także. Nie było w tym niczego dziwnego, jako że naprawdę niewiele osób widziało żywego treecata. A jeszcze mniej treecata w czasie posiłku, gdy sprawnie posługiwał się palcami zwinnych łap.

Scott uśmiechnął się lekko.

– Fisher, ja mam tu coś do zrobienia, może ty z nim zostaniesz póki co?

Co prawda nie miał pojęcia, ile dokładnie z jego słów Fisher pojmuje, ale podstawowe terminy i często używane słowa z całą pewnością rozumiał. I to coraz lepiej. Tak było i tym razem – Fisher zeskoczył z jego ramienia na stół i mrucząc cicho, podszedł do głodomora zajętego pałaszowaniem zdzieranego z kości mięsa.

Scott ściągnął brudną koszulę, oddał ją z uśmiechem Irinie i zajął się szybkim a dokładnym myciem rąk w zlewie. Po czym pospieszył do sypialni.

– Z mamą wszystko w porządku – zameldowała Nadia, najstarsza z dziewcząt, ledwie stanął w progu. – Co z treecatem?

– Zżera waszego indyka. Idź i obejrzyj go w akcji.

Zaproszenia nie trzeba było powtarzać – po Nadii pozostał tylko tupot.

– Nie jest ranny? – zaciekawiła się Evelina Zivonik, wyraźnie żałując, że nie może pójść w ślady córki.

Jej zaciekawienie było o tyle zrozumiałe, że już nagłe pojawienie się wśród ludzi zdrowego treecata było prawdziwym wydarzeniem, a zagłodzonego i pokrwawionego – wręcz ewenementem. O treecatach zaś wiedziano tak mało, że powody, dla których znalazł się w tak opłakanym stanie, miałyby prawo wzbudzić strach nawet u najspokojniejszych z natury osadników. Sam Scott był zaniepokojony, mimo że od prawie roku standardowego jako adoptowany miał kontakt z treecatem i zdołał lepiej niż większość ludzi poznać jego zwyczaje.

A ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała teraz Evelina Zivonik, było martwienie się czymś innym niż własnym porodem, dlatego odparł z zawodowym spokojem:

– Nie znalazłem żadnych ran czy złamań, ale nie ryzykowałbym stwierdzenia, kiedy ostatni raz coś jadł czy pił. Natomiast biorąc pod uwagę, jak pałaszuje waszego indyka, nie sądzę, by miał jakieś obrażenia wewnętrzne.

– A ta krew, o której mówiła Nadia?

– Faktycznie jest jej sporo, ale to nie jego krew. A ponieważ nie potrafimy się zbyt dobrze porozumiewać z treecatami, wątpię, byśmy się kiedykolwiek dowiedzieli, czyja ona jest. Najważniejsze, że wasz mały gość uspokoił się i nic mu chwilowo nie grozi. Nie ma więc powodów do obaw. Proszę się odprężyć, żebym mógł przekonać tego uparciucha do normalnego wyjścia na ten świat. Dobrze?

Evelina Zivonik uśmiechnęła się słabo na znak zgody i zacisnęła palce na materacu, gdy poczuła kolejny skurcz.

Scott sięgnął po opornego noworodka, marszcząc brwi i nie spuszczając wzroku z monitora.

Po kilku minutach obopólnych wysiłków przerywanych jedynie jękami rodzącej Scott w końcu postawił na swoim.

– Mam cię! No, skoro już jesteś właściwie ustawiony, proponuję, żebyś wreszcie wyszedł i dołączył do reszty rodziny. Do roboty, pani Evelino!

O istnieniu treecatów ludzie dowiedzieli się ledwie piętnaście standardowych miesięcy wcześniej, gdy jedenastoletnia Stephanie Harrington przyłapała przedstawiciela tego gatunku na kradzieży w przydomowej cieplarni. Złodziejaszek grasował tam od dawna, a przyłapany został z kilkoma selerami naciowymi przywiązanymi do grzbietu specjalną siatką ładunkową nie krępującą ruchów. Seler naciowy ginął w różnych miejscach od dłuższego czasu – nikt nie wiedział, dlaczego akurat to warzywo treecaty tak sobie upodobały – ale od dnia tego pierwszego spotkania przedstawicieli dwóch ras treecaty dosłownie wyroiły się z lasów na całej planecie, powodując gwałtowne zwiększenie zapotrzebowania na seler naciowy, tym razem już jak najbardziej oficjalnie i legalnie. Obiektywnie rzecz biorąc, ludzkie domostwa odwiedziło ich niewiele, ale fakt, że w tak krótkim czasie pojawiły się wszędzie, sugerował, że jest ich naprawdę dużo i że mają nader rozwinięty system łączności o nieznanej ludziom naturze. Było więc tym bardziej godne podziwu, że przez przeszło pół standardowego wieku zdołały całkowicie ukryć swe istnienie przed dysponującą rozwiniętą techniką cywilizacją ludzką.

Aż do chwili pojawienia się przedsiębiorczego i pomysłowego dziewczęcia z kamerą i lotnią.

Sporo treecatów adoptowało ludzi tak jak ten, który uratował Stephanie, i żyło wśród nich, większość jednak jedynie odwiedzała sąsiadów. Liczba adoptowanych nie była duża – średnio jeden człowiek na milion, ale biorąc pod uwagę, że przez pięćdziesiąt lat standardowych ludzie nawet nie podejrzewali istnienia treecatów, była to duża zmiana. Także zmiana taktyki ze strony treecatów.

Nie ulegało wątpliwości, że treecaty były tak samo ciekawe ludzi jak ludzie ich, ale zdołały dowiedzieć się znacznie więcej, bo ludzie nadal prawie nic o nich nie wiedzieli. Nie byli nawet w stanie określić prawdziwego poziomu ich inteligencji. Scott miał o niej znacznie lepsze wyobrażenie, ale podobnie jak inni adoptowani nie dzielił się tą wiedzą. Podejrzewał, że dzięki swym przodkom odziedziczył pewne cechy powodujące, że lepiej niż większość ludzi wyczuwał emocje treecatów, które z kolei były znacznie inteligentniejsze, niż podejrzewał przeciętny mieszkaniec Sphinksa, o reszcie Królestwa Manticore nie wspominając. Był też pewien, że Stephanie nie powiedziała nigdy całej prawdy o swoim treecacie, i wiedział dlaczego – dzięki doświadczeniom z Fisherem.

Z nie do końca jasnych powodów każdy adoptowany był przekonany, że czegokolwiek by się dowiedział o swoim treecacie, w żadnym wypadku nie powinien tego rozgłaszać. W połączeniu z odruchem opiekuńczości, jaki wywoływały u ludzi te istoty, dawało to taki właśnie efekt, że ci, którzy wiedzieli o nich najwięcej, mówili najmniej. Treecaty potrzebowały pomocy ludzi, by uniknąć losu innych nisko rozwiniętych istot, które się pojawiały, a ostrożność i tajemniczość były rozsądne, dopóki wiedziano tak niewiele o ich biologii, społeczności czy kulturze. Zwłaszcza jeśli chodzi o reakcje długofalowe, które u ludzi często były odmienne od tych pierwszych, impulsywnych.

A to było niełatwe zadanie dla adoptowanego, nawet takiego jak on, mającego niejako we krwi skłonność do skrytości. Rozumienie Fishera nie przychodziło Scottowi łatwo mimo przebłysków intuicji i empatii, których coraz częściej doświadczał. To, że treecaty były empatami, potwierdzali wszyscy adoptowani, to, że były także telepatami, niewielu, ale samej choćby empatii nie dawało się w żaden sposób ani zmierzyć, ani nauczyć. Ze zrozumiałych powodów wpędzało to w grupową frustrację ksenozoologów.

A obecnie także Scotta MacDallana.

Przybłęda, jak go ochrzciły pociechy rodu Zivoników, opchał się indykiem, wypił pół miski wody i poszedł spać. Scott po szczęśliwym odebraniu porodu najmłodszego Zivonika imieniem Lev obudził go bezceremonialnie i zafundował kąpiel w ciepłej wodzie, pomagając pozbyć się z sierści brudu i zakrzepłej krwi. Treecat nie protestował i potem za nic nie chciał go puścić. Cokolwiek by mu proponowano, trzymał się kurczowo jego koszuli i trząsł jak w febrze.

Na dokładkę Fisher robił, co mógł, by przekonać Scotta do jak najszybszego wyjścia na zewnątrz. Jak Scott podejrzewał, przekazywał uczucia przybłędy, dodając do nich własne.

Być może było inaczej – mógł odbierać zgodne emocje obu treecatów. Natomiast w żaden sposób nie potrafił pojąć, dlaczego tak go nakłaniały do wycieczki do lasu, zwłaszcza że miał za sobą długi i męczący poród, po którym jedyne czego chciał, to wrócić do domu, i położyć się spać.

Fisher musiał o tym wiedzieć, ale każda propozycja takiego rozwiązania i powrotu jako takiego wywoływała jego żywiołową reakcję i żałosne skomlenie jego towarzysza. Scott w końcu spróbował logiki, klnąc w duchu własną uległość.

– Fisher, za dwie godziny będzie ciemno, a ja muszę się wyspać. I nie chcę latać po ciemku, bo jestem zbyt zmęczony.

W odpowiedzi usłyszał kategoryczne:

– Bleek!

– Może pan wyczuć, jak daleko musi pan ich zdaniem pójść? – spytał nieco niespodziewanie gospodarz.

Scott zniechęcony pokręcił głową.

– Takich informacji nikt nie potrafi od nich uzyskać. Tak naprawdę są to jedynie uczucia i domysły; czasami za pomocą pytań, pantomimy czy różnych symboli mogę się z nim całkiem dobrze porozumieć, ale to strasznie długi i irytujący proces. Taka rozmowa z kimś, kto nie potrafi mówić ani pisać w żadnym zrozumiałym dla mnie języku, a odpowiada w takim, którego ja nigdy się nie nauczę… Spróbujmy podejść do tego inaczej… Fisher, możemy tam polecieć?

W odpowiedzi otrzymał tak ogłupiającą mieszankę emocji, że musiał zamknąć oczy, by dojść z nimi do ładu. Strach, niecierpliwość, wściekłość… zaskoczony tym ostatnim spojrzał na Fishera, który siedział nieruchomo na stole na przeciw niego i przyglądał mu się poważnie.

– Bleek – potwierdził zdecydowanie.

– Nie wiem dlaczego, ale nie wydaje mi się, by chciały, abym tam leciał. Boją się pojazdów latających – powiedział powoli. – A raczej ten nowy się boi, bo Fisher latał ze mną wielokrotnie, ale teraz zgadza się z tamtym. A jeśli dobrze to odebrałem… a to jest naprawdę duże „jeśli”, to tamten jest przerażony samym pomysłem.

Aleksandr uniósł krzaczastą brew.

– Tak? Cóż, można by więc zrobić sobie spacer… Jeśli przez godzinę niczego nie znajdziemy, wrócimy. Pan się prześpi w gościnnym, a jutro od rana wyruszymy w dłuższą trasę.

– Bleek! – rozległ się zgodny chór obu treecatów.

– Chyba im się ten pomysł podoba – oceniła z uśmiechem Irina.

Alek kiwnął głową i dodał:

– Mam zapasowy karabin. Co prawda jest mało prawdopodobne, żebyśmy trafili na hexapumę ale nigdy nic nie wiadomo i nie wejdę do lasu bez uczciwej broni.

– I bardzo słusznie – przytaknął Scott. – Widziałem, co hexapuma potrafi zrobić z nieuzbrojonym człowiekiem, ale za pożyczkę dziękuję: mam broń w wozie, zaraz ją przyniosę. Chodź, Fisher!

Zadanie okazało się trudniejsze, niż przypuszczali, treecat przybłęda bowiem za nic nie chciał się zbliżyć do pojazdu. Skończyło się na tym, że siedział pod najbliższym drzewem i miauczał, gdy Scott wyciągał broń i apteczkę i zastanawiał się, skąd też wziął się ten gwałtowny strach. Mało prawdopodobne było, aby ktoś z powietrza zagrażał siedzibie klanu, z którego pochodził zabłąkany osobnik, choć oczywiście nie dało się tego zupełnie wykluczyć. Natomiast prawdopodobieństwo było niewielkie, bo nie dość, że treecaty jako istoty inteligentne chroniło prawo, to i sąsiedzi chcieli, by wzajemne stosunki były dobre, toteż przejawiali wobec nich nader opiekuńcze instynkty. Biorąc zaś pod uwagę mentalność kolonistów zasiedlających Sphinksa, winny czegoś takiego miałby naprawdę dużo szczęścia, gdyby po złapaniu tylko go pobito…

Irina zgłosiła chęć udziału w wycieczce i Scott miał ochotę się zgodzić, gdyż w pierwszych miesiącach po adopcji ogromnie mu pomogła przystosować się do ciągłej obecności Fishera. Ponieważ jednak Evelina jeszcze nie doszła do siebie po porodzie, a mąż nie bardzo chciał ją zostawić samą z dziećmi, stanęło na tym, że zostanie, a Scottowi towarzyszyć będą Aleksandr i Karl, jego najstarszy, mający piętnaście standardowych lat syn.

– Tylko uważaj na siebie – powiedziała Irina zaniepokojona. – Nie wiemy, co się stało ani co one chcą ci pokazać. Niepokoi mnie to.

– Mnie też, ale możesz mi wierzyć, że będę bardzo uważał – zapewnił.

I pocałował ją lekko.

– To dobrze – uśmiechnęła się Irina. – W takim razie idź rozwiązać zagadkę. Wiem, że aż się do tego palisz.

Potarł nos, woląc nic więcej nie mówić – Irina znała go zbyt dobrze, by zaryzykował kłamstwo.

– Skontaktujemy się, jeśli tylko coś znajdziemy – obiecał.

– Będę czekała w pobliżu komunikatora.

Wyruszyli. Prowadził Aleksandr, a Karl osłaniał tyły jako dobry strzelec. Scott wiedział, że ma najbezpieczniejszą pozycję, ale oprócz karabinu niósł plecak będący apteczką polową, i to dobrze zaopatrzoną. Doświadczenie bowiem nauczyło go, że na wycieczki po lasach porastających większość powierzchni planety dobrze jest zabrać nadkomplet medykamentów, bo nigdy nie wiadomo, co może okazać się potrzebne w tej plątaninie palikowców.

Lasy na Sphinksie były bowiem prawie jednorodne – składały się z drzew jednego gatunku zwanych palikowcami. Drzewa te rozrastały się, wypuszczając cztery proste gałęzie równolegle do ziemi na wysokości trzech do dziesięciu metrów nad nią niczym szprychy koła. Gałęzie tworzyły prawie kąt prosty i regularnie wypuszczały „korzenie” rosnące prostopadle w dół, które po dotarciu do gleby stawały się kolejnymi pniami. Po pewnym czasie wypuszczały własne gałęzie, tylko inaczej ustawione niż te, z których wyrosły. Oprócz tego palikowce poniżej i powyżej nich wypuszczały normalne, przypadkowo rosnące ku górze i na boki gałęzie jak każde inne drzewo. Te cztery proste stanowiły po prostu podstawę ich reprodukcji. W ten sposób jeden palikowiec mógł rozrosnąć się na obszar setek kilometrów kwadratowych, tworząc zielony dywan zdolny przekraczać rzeki, o ile nie były zbyt szerokie, i do pewnej wysokości wdrapując się na górskie zbocza. Genetycznie wszystkie tworzące go drzewa były identyczne.

W konsekwencji marsz przez taki las był sprawdzianem z orientacji w terenie, ponieważ nie sposób było poruszać się w linii prostej na dłuższych niż kilkumetrowe odcinkach. Ten zwariowany i niewygodny dla ludzi sposób reprodukcji stworzył jednakże środowisko idealne dla treecatów. Treecaty były stworzeniami nadrzewnymi, a palikowce stworzyły dla nich superautostrady łączące wszystkie miejsca na każdym z kontynentów. A przynajmniej wszystkie porośnięte przez palikowce.

Dlatego zupełnie naturalne było, że ledwie weszli do lasu, oba treecaty wspięły się na najbliższy pień i zaczęły poruszać się po systemie gałęzi. Oczywiście przemieszczały się znacznie szybciej niż ludzie, toteż co chwilę musiały się zatrzymywać, by poczekać na nich. Scott nie był miłośnikiem pieszych wycieczek, ale za to zapalonym wędkarzem, co na Sphinksie oznaczało konieczność wędrowania po lasach, by dotrzeć w co ciekawsze a bardziej oddalone miejsca. Oddawał się tej namiętności od dawna i kontynuował ją także po wyemigrowaniu z planety Meyerdahl ponad trzy standardowe lata temu, kiedy to osiedlił się na Sphinksie.

Choć teoretycznie rzecz biorąc, na planecie nie było ryb w ziemskim tego słowa znaczeniu, dla Scotta, jak i dla innych wędkarzy wszystko, co pływało w rzece i miało łuski, a nie posiadało łap, było rybą. Tym bardziej jeśli pływało pod wodą i dawało się złowić na wędkę, jeśli do haczyka przymocowano przynętę. Scott uwielbiał wędkować, a polubił przy tej okazji i las. Zwłaszcza zapach liści palikowców i sposób, w jaki przez szczeliny w listowiu przenikały promienie słoneczne, tworząc jakby ukośny złoty deszcz z drobniutkich smug światła. Najbardziej jednak polubił czyste górskie strumienie o bystrych prądach i rzeki płynące przez zalesione doliny. A ponieważ rok planetarny trwał dłużej od standardowego, po piętnastu miesiącach zimy tyle samo trwała wiosna – jego ulubiona pora. Było to tym przyjemniejsze, że został adoptowany przez Fishera, gdy wiosna już nastała, a trwała aż do tej pory. Podobało mu się, że związek przedstawicieli dwóch inteligentnych ras zawiązał się w okresie, gdy przyroda zamieszkanej przez nich planety budziła się do nowego życia.

Teraz wędrując przez las i co chwila zmieniając kierunek marszu, wciągał z rozkoszą pachnące powietrze w płuca i uśmiechał się. A potem spojrzał w górę, na czekające na nich treecaty, i uśmiech zniknął z jego twarzy niczym zdmuchnięty. To, co chciały mu pokazać, na pewno nie było wesołe czy miłe, sądząc ze stanu, w jakim znalazł się treecat przybłęda. A należało jeszcze pamiętać o zakrzepłej krwi, którą był pokryty: skoro nie należała do niego, musiała należeć do kogoś albo poważnie rannego, albo martwego. Jeśli dodać do tego jego strach przed latającymi pojazdami i wyraźną obawę przed ludźmi, dopóki Fisher nie sprowadził „swojego” człowieka, stwarzało to nader dziwną sytuację. Tym bardziej że miauczał wniebogłosy, a równocześnie przykleił się do Scotta niczym pijawka…

Pomimo iż przytłaczająca większość ludzi zamieszkujących Sphinksa życzliwie powitała futrzastych sąsiadów, biorąc pod uwagę historię rasy ludzkiej, nie trzeba było zbyt wnikliwie rozważać powodów, dla których treecat mógł się obawiać ludzi. Tym bardziej że wśród kolonistów jak w każdej większej społeczności zdarzali się osobnicy nieprzyjemni, chamscy i sprawiający kłopoty. Dały się także słyszeć tu i ówdzie niezadowolone głosy sprzeciwiające się wyznaczeniu dużych połaci ziemi uważanych dotąd za atrakcyjne w przyszłości nieruchomości na rezerwaty treecatów.

Wszystko to powodowało, że im bardziej zagłębiali się w las, tym humor Scotta stawał się gorszy. I tym baczniej rozglądał się i nasłuchiwał, sprawdzając regularnie upływ czasu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Misja Honor Fundamenty piekła drżą Bitwa o Torch Niczym potężna armia Zarzewie wojny Trud i cierpienie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów