Szklane pszczoły

Szklane pszczoły

Autorzy: Ernst Junger

Wydawnictwo: ha!art

Kategorie: Psychologia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 9.90 zł

Szklane pszczoły (1957) obok Heliopolis, Eumeswill i Problemu Aladyna należą do powieści fantastycznych w dorobku Ernsta Jüngera. Jego proza science fiction porównywana jest do twórczości Stanisława Lema.

 

Historia zdemobilizowanego kawalerzysty Richarda staje się punktem wyjścia do rozważań o relacji między naturą a techniką, miejscu człowieka w świecie zdominowanym przez maszyny i zmierzchu heroicznej epoki.

 

Jak na prawdziwą fantastykę przystało, Szklane pszczoły przewidują takie wynalazki jak nanotechnologia, automatyzacja, sieć komputerowa czy internet rzeczy. Bruce Sterling, pisarz SF i teoretyk cyberpunku, stwierdził wręcz, że „zawarte w [tej powieści] spekulacje dotyczące technologii i przemyśle są iście prorocze”.

 

Spis treści

Karta redakcyjna

Rozdział 3

Redaktor prowadzący Jakub Baran

Koordynacja Jakub Baran

Posłowie Wojciech Kunicki

Redakcja Filip Fierek

Korekta i korekta poskładowa Adam Ladziński

Projekt okładki Justyna Plec

Projekt typograficzny Natalia Rodzińska

Skład i łamanie Natalia Rodzińska

Podstawa przekładu: Ernst Jünger, Gläserne Bienen. Sämtliche Werke (PB), t. 18, s. 421–559, Klett-Cotta, Stuttgart 2015

Fotografia Ernst Jüngera na okładce autorstwa Wernera Schwarzedzięki uprzejmości wydawnictwa Klett-Cotta

Wydanie I

Copyright © 1957 Klett-Cotta – J.G. Cotta’sche BuchhandlungNachfolger GmbH, Stuttgart

Copyright © for this edition by Korporacja Ha!art, 2017

Copyright © for the Polish translation by Lech Czyżewski, 2017

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Fundacja Korporacja Ha!art prowadzi księgarnię w Bunkrze Sztuki

ISBN 978-83-65739-26-1

Wydawnictwo i księgarnia Korporacja Ha!art

pl. Szczepański 3a, 31-011 Kraków

tel. 12 426 46 03 (księgarnia),

12 422 25 28 (biuro)

e-mail: korporacja@ha.art.pl

Księgarnia internetowa: www.ha.art.pl

Konwersja: eLitera s.c.

3

Było to w sobotę, a w poniedziałek rano siedziałem w taksówce i jechałem do zakładów. Twinnings jeszcze tego samego dnia przekazał mi pozytywną odpowiedź. U Zapparoniego pracowało się oczywiście również w niedziele.

Teresa doprowadziła moje rzeczy do porządku. Wiadomość wielce ją ucieszyła. Widziała mnie już na wysokim stanowisku w firmie o światowym zasięgu. Jeśli sprawa ta miała jakąś jasną stronę, to był nią jej entuzjazm. Teresa należała do kobiet, które przeceniają swoich mężów; coś sobie wykoncypowała. Miała o mnie zbyt dobre zdanie; być może było to jej potrzebne. Zniechęceniem napawało ją wszystko, co dotyczyło jej własnej osoby. Miała obsesję, że jest mi kulą u nogi, że mi zawadza, szkodzi. Było wręcz przeciwnie. Jeśli na tym coraz bardziej ponurym świecie miałem coś w rodzaju ojczyzny, to była ona u jej boku.

Kiedy źle nam się wiodło, co w ostatnich czasach było regułą, często wyczuwałem w nocy obok mnie to lekkie drżenie, jakie wstrząsa kobietą, która chce ukryć płacz. Dopytywałem ją wtedy o powód i słyszałem starą śpiewkę – że byłoby o wiele lepiej, gdyby się w ogóle nie urodziła, gdybym jej nigdy nie spotkał. Zniszczyła mi karierę, zrujnowała mnie. Mogłem do woli mówić, że przecież zawsze byłem w wystarczającym stopniu mężczyzną, żeby samemu i bez niczyjej pomocy się zrujnować, i że nic mi się tak nie udało jak właśnie to – nie dawała sobie wybić tych urojeń z głowy.

Z drugiej strony kiedy ktoś nas przecenia, zyskujemy pewne oparcie. Budzi to w nas dobre moce. Mówiłem już, że byłem do tego przyzwyczajony dzięki mojej matce, do której obrazu, jaki zachowałem w pamięci, Teresa zresztą niepostrzeżenie się upodabniała. Jakże często matka brała moją stronę wobec ojca, kiedy w domu po raz kolejny rozpętywała się burza. Mawiała wtedy: „Przecież chłopiec nie jest zły”, na co stary odpowiadał: „Jest i pozostanie nicponiem”. Wtedy matka mówiła znowu: „Ale zły nie jest”, bo kobiety zawsze muszą mieć ostatnie słowo.

Zakłady Zapparoniego leżały na dość odległych peryferiach. W każdym mieście miały większe albo mniejsze filie, oddziały, firmy siostrzane i licencyjne, magazyny, składy części zamiennych i warsztaty naprawcze. Tutaj znajdowała się centrala, wielka kuźnia modeli, z której rok w rok niczym z rogu obfitości wypływały w świat nowe i cudowne niespodzianki. Tutaj również mieszkał Zapparoni, gdy nie przebywał akurat w podróży.

W sobotę zatem przyszedł telegram od Twinningsa: miałem się stawić na rozmowę. W niedzielę udało mi się jeszcze znaleźć lekarza domowego Carettiego, bo nie dawało mi spokoju to, co Twinnings powiedział mi na odchodnym. Rozmowa uspokoiła mnie. Lekarz uważał, że nie zdradza żadnej tajemnicy, komunikując mi, co stało się z Carettim. Było to powszechnie wiadome. Jak wielu skrupulantów Zapparoniego Caretti stopniowo dziwaczał, w końcu ponad dopuszczalną miarę. Fiksacja określana przez lekarzy jako „obsesja dokładności” połączyła się z manią prześladowczą, dla której pożywkę stanowiły techniczne wizje. W takich przypadkach pacjentom wydaje się, że zagrażają im wymyślnie skonstruowane maszyny, i ich świat przeobraża się stopniowo w fantasmagorię podobną do tych, jakie wymyślali średniowieczni malarze. Caretti uroił sobie, że latają wokół niego maleńkie samoloty, które robią mu coś złego.

Nierzadko się zdarza, że chorzy tacy znikają, by nie pojawić się nigdy więcej. Ów lekarz, niski, nerwowy psychiatra, przypominał sobie pacjenta, którego szczątki znaleziono po latach w borsuczej norze; wpełzł tam i się zabił. Inny powiesił się na wierzchołku świerka w puszczy. Zwłoki odkryto dopiero po długim czasie. Doktor był rozmowny i opisywał objawy z tak pełną rozkoszy pedanterią, że w drodze powrotnej wyobrażałem sobie, iż jestem zagrożony podobnymi urojeniami. W gruncie rzeczy uspokoił mnie jednak.

Zakłady widać było już z oddali: niskie białe wieże i liczne pracownie o płaskich dachach, bez masztów i kominów. Tonęły w pstrokatych barwach, bo mur obwodowy oklejony był niezliczonymi plakatami. Uboczną działalnością, uprawianą przez Zapparoniego ze szczególnym zamiłowaniem, była produkcja filmowa, której dzięki swym robotom i automatom zapewniał niemal bajeczną doskonałość.

Istnieją prognozy mówiące, że nasza technika przeobrazi się pewnego dnia w czystą magię. Oznaczałoby to, że wszystko, w czym uczestniczymy, jest jedynie rozbiegiem i mechanika udoskonali się tak bardzo, że nie będzie już potrzebowała prymitywnych wyzwalaczy. Wystarczą światła, słowa, a nawet same myśli. Świat zaleje system impulsów.

Filmy Zapparoniego wyraźnie zbliżały się do takich prognoz. To, co wymyślili dawni utopiści, było w porównaniu z tym toporne. Automaty zyskiwały wolność i taneczną elegancję, stwarzając własne królestwo. Urzeczywistniało się tu poniekąd coś, co niekiedy zdajemy się pojmować we śnie: że materia myśli. Dlatego też filmy te miały ogromną siłę przyciągania. Zwłaszcza dzieci były nimi urzeczone. Zapparoni zdetronizował dawne postacie z bajek. Niczym jeden z opowiadaczy, którzy zasiadają na dywanie w arabskich kawiarniach i zaczarowują przestrzeń, snuł swoje baśnie. Tworzył powieści, które można było nie tylko czytać, słyszeć i oglądać, ale do których wchodziło się tak, jak wchodzi się do ogrodu. Był zdania, że natura wykazuje braki zarówno pod względem piękna, jak i logiki, i że trzeba ją udoskonalić. I rzeczywiście opracował styl, do którego dostosowywali się również aktorzy ludzie i który był dla nich wzorem. Spotykało się u niego najbardziej czarowne lalki, olśniewające twory wyobraźni.

Filmy przysporzyły Zapparoniemu popularności na jeszcze jeden, szczególny sposób. Był dobrym dziadkiem, który opowiada historie. Wyobrażano go sobie z białą brodą, jak wcześniej Świętego Mikołaja. Rodzice skarżyli się nawet, że za bardzo absorbuje dzieci. Nadmiernie podniecone, nie mogły zasnąć i miały niespokojne sny. Ale w końcu życie wszędzie było stresujące. To kształtowało rasę i należało się z tym pogodzić.

Zapowiedzi takich filmów okrywały zatem mur okalający zakłady, który na całej swej długości otoczony był ulicą, tak szeroką, że przypominała raczej przedpole. Bez kolorowych plakatów wyglądałby niewątpliwie zbyt surowo, za bardzo przywodziłby na myśl twierdzę, tym bardziej że w równych odstępach górowały nad nim blade wieże. Ponad kompleksem unosił się żółty balon.

Błyszczące znaki wzdłuż drogi obwieszczały, że skręcamy na teren zamknięty. Kierowca zwrócił mi na to uwagę. Musieliśmy jechać wolno i nie mogliśmy mieć z sobą broni ani liczników Geigera, ani sprzętu optycznego. Również płaszcze gumowe i okulary przeciwsłoneczne nie były dozwolone. Zarówno na szosie, jak i wokół muru obwodowego panował intensywny ruch, natomiast boczne drogi były wymarłe.

Stopniowo plakaty stawały się wyraźniejsze. Przedstawiały wizytę Heinza-Otto u Królowej Termitów: Tannhäuser na Górze Wenus zaadaptowany dla dziecięcej umysłowości. Roboty Zapparoniego występowały tu jako bogate i potężne karły. Cudowności podziemnych pałaców nie nosiły już żadnego śladu technicznego trudu. Filmy ciągnęły się w dwunastu częściach przez rok kalendarzowy i dzieci umierały z ciekawości w oczekiwaniu na dalszy ciąg. Ta zbiorowa zabawa kształtowała ich mody i upodobania. Widywało się je na placach zabaw już to jako astronautów, już to jako speleologów, już to znowu jako marynarzy z łodzi podwodnych albo traperów. Tymi zabarwionymi technicznie bajkami i przygodowymi opowieściami Zapparoni wzbudzał nie tylko wielki, lecz również chroniczny entuzjazm. Dzieci żyły w jego świecie. Wśród rodziców i nauczycieli natomiast zdania były podzielone. Jedni uważali, że dzieci tym sposobem uczą się przez zabawę, podczas gdy inni obawiali się, że stają się nadmiernie pobudzone. Rzeczywiście często można było zaobserwować osobliwe i niepokojące następstwa. Ale pochodu czasu nie sposób zatrzymać. Poza tym można było zapytać, czy realny świat nie jest jeszcze bardziej fantastyczny. Gdzie dzieci nie byłyby nadmiernie pobudzone?

Skręciliśmy na parking dla pracowników. Moja taksówka wyglądała przy ich limuzynach jak wrona, która zabłąkała się do bażanciarni. Zapłaciłem kierowcy i udałem się do biura.

Chociaż słońce stało już wysoko na niebie, przy wejściu panował ożywiony ruch. Żadna okoliczność nie świadczyła lepiej o tym, że pracownicy Zapparoniego są panami, niż brak wyznaczonego czasu pracy. Przychodzili i wychodzili, jak im odpowiadało, pod warunkiem, że akurat nie pracowali w zespole. W modelowni zdarzało się to jedynie wyjątkowo. Muszę wprawdzie dodać, że przepis ten, czy raczej jego brak, był korzystny dla Zapparoniego. Etos pracy w jego zakładach nie pozostawiał nic do życzenia; pracowano i tworzono tam na sposób artystów, którzy są opętani swoim dziełem. Nie było czasu pracy – oznaczało to raczej, że pracowało się niemal zawsze. Pracownicy śnili o swoich dziełach sztuki. To, że byli panami, można było poznać również po tym, że mieli czas. Nie oznaczało to jednak, że go trwonili. Mieli ten czas raczej tak, jak bogacze mają pieniądze w trzosie. Ich bogactwo zasadza się na posiadaniu, a nie na wydawaniu. Wyczuwa się je jednak w ich sposobie bycia.

Wchodzący i wychodzący byli ubrani w białe albo kolorowe kitle i przechodzili bez przeszkód. Musieli więc być dobrze znani, bo brama wejściowa, w której znajdowało się również biuro, była strzeżona. Widziałem stojące tam grupki ludzi, podobne do tych, jakie przyjmują pasażera wchodzącego po trapie na statek. Natrafia on tam na marynarzy, stewardów i inny personel, który równie dyskretnie, jak uważnie obserwuje wchodzących. Brama wejściowa była szeroka i głęboka. W murach umieszczone były wejścia – przeczytałem: „Przyjęcia”, „Dozorca”, „Wartownia” i inne napisy.

W biurze przyjęto mnie jak kogoś oczekiwanego. Ledwie wymieniłem swoje nazwisko, a już zameldował się goniec. Wyczekiwał na mnie.

Ku swemu zdumieniu zauważyłem, że nie wprowadza mnie on do wnętrza zakładu, lecz ponownie wyprowadza przez bramę. Zabrał mnie do małej kolejki podziemnej, której wylot znajdował się obok parkingu. Po zejściu na dół weszliśmy do stojącego na szynach maleńkiego wagonu, który obsługiwało się podobnie do windy. Po dwóch minutach byliśmy u celu. Zatrzymaliśmy się przed staroświeckim budynkiem w obrębie muru parkowego. Stałem przed prywatnym mieszkaniem Zapparoniego.

Oczekiwałem wcześniej, że w najlepszym wypadku zostanę zaprowadzony do oddziału biura zatrudnienia, a stamtąd, jeśli rozmowa kwalifikacyjna przebiegnie pomyślnie, być może do samego kierownika kadr, ponieważ polecił mnie Twinnings. Dlatego też zaparło mi dech w piersi, gdy nagle, wynurzając się spod ziemi, znalazłem się w Świętym Świętych, w sferze oddziaływania człowieka, o którym niejeden twierdził, iż w rzeczywistości nie istnieje, lecz jest być może najlepszym wynalazkiem zakładów Zapparoniego. Widziałem już, jak po schodach schodzi służący, żeby przejąć mnie od gońca.

– Pan Zapparoni oczekuje pana.

Nie mogło być wątpliwości, znajdowałem się w rezydencji Zapparoniego. Jego główna fabryka była wcześniej położona w innym miejscu, dopóki – znużony wiecznym przebudowywaniem i dobudowywaniem – nie postanowił doprowadzić jej tutaj według nowego planu do doskonałości, jaka w wielkim i w małym wyróżniała jego wytwory. Podczas oględzin terenu budowy okazało się, że w pewnej odległości znajdował się klasztor cystersów. Już dawno przeszedł on na własność publiczną, lecz prawie nie był wykorzystywany. Kościół i główny budynek padły łupem czasu, lecz mur obwodowy i refektarz nie były zniszczone. Poza wielką salą jadalną mnichów budynek refektarza mieścił w sobie również pomieszczenia, które służyły wcześniej jako izby kuchenne, magazynowe i gościnne. W nich to właśnie Zapparoni urządził sobie mieszkanie. Posiadłość miała okazałe rozmiary. Czasem widywałem jej fotografie w czasopismach ilustrowanych.

Wielka brama w murze obwodowym była na stałe zamknięta; do przemieszczania się domowników i gości do środka i na zewnątrz służyła mała kolejka podziemna. Rzuciło mi się w oczy, że nie wsiadłem na stacji końcowej. Prawdopodobnie kolejka nie kończyła biegu na parkingu, lecz wjeżdżała do wnętrza zakładu.

Takie rozwiązanie miało tę zaletę, że Zapparoni zawsze przebywał na własnym terenie i że możliwa była dokładna kontrola gości. W ten sposób pan domu chroniony był przed natarczywością reporterów i fotografów. Dbał o to, by wszystko, co dotyczyło jego osoby i zwyczajów, znajdowało się w półmroku. Zdawał sobie sprawę z wyniszczającej, trawiącej siły reklamy. Chciał wprawdzie, by wiele o nim mówiono, lecz jedynie w nieokreślony sposób i aluzyjnie. Podobnie o jego konstrukcjach miało powstać wrażenie, że ich widoczna część jest jeszcze najmniej istotna. Wyboru fotografii i relacji, jakie ukazywały się o nim, dokonywali jego eksperci.

Kierownik jego biura prasowego opracował system pośrednich sprawozdań, które pobudzały ciekawość, ale nigdy jej nie zaspokajały. Człowieka, o którym słyszy się doniosłe rzeczy, lecz którego twarzy się nie zna, uważa się za pięknego, być może nawet majestatycznego. Człowieka, o którym wiele się mówi, ale o którym nie wiadomo, gdzie przebywa, podejrzewa się o to, że jest wszędzie; wydaje się on w cudowny sposób rozmnażać. Człowiek, który jest tak potężny, że nie ma się już odwagi o nim mówić, staje się wszechobecny, ponieważ panuje nad naszym wnętrzem. Sądzimy, że słyszy nasze rozmowy i że jego oczy spoczywają na nas, gdy jesteśmy w swoim pokoju. Nazwisko wypowiadane jedynie szeptem jest potężniejsze niż takie, które wykrzykuje się na publicznych placach. Zapparoni wiedział o tym. Z drugiej strony nie mógł zaniedbywać reklamy. To wprowadzało do niej zadziwiające niespodzianki. Był to nowy system.

Nie będę zaprzeczał, że ogarnął mnie strach, kiedy usłyszałem, jak służący mówi: „Pan Zapparoni oczekuje pana”. Odczuwałem jaskrawą dysproporcję między jednym z możnych tego świata a kimś, kto ledwie ma pieniądze na jazdę powrotną do domu. Nagle dotarło do mojej świadomości, że nie jestem w stanie sprostać temu spotkaniu. Była to oznaka deklasacji, uczucie, którego wcześniej nie znałem. Lekki kawalerzysta w żadnych okolicznościach nie powinien żywić takiego uczucia. Monteron często nam to mówił. Mówił również: „Dopiero gdy kapitan opuści pokład, okręt jest zgubiony, jest bezpańskim mieniem. Ale prawdziwy kapitan idzie na dno ze swoim okrętem”. Miał przez to na myśli samoświadomość nienaruszalnej osoby.

Przyszło mi to do głowy, kiedy zatrzęsły mi się kolana. Myślałem również o bardzo dawnych czasach, gdy nie braliśmy poważnie tych gości od węgla i stali – o filmie i automatach nie było wówczas nawet mowy lub co najwyżej na jarmarkach. Drobny właściciel ziemski na dwustu morgach, któremu długi nie dawały spać, miał wyższe notowania u lekkich kawalerzystów niż ci, którzy jeździli wówczas w pierwszych automobilach i płoszyli nimi konie. Konie wyczuwały, co nadchodzi. Od tamtego czasu świat zupełnie się zmienił.

To, że Zapparoni poświęcał czas, by mnie przyjąć, oznaczało, że jestem dla niego partnerem. Myśl ta znowu ukłuła mnie boleśnie. Czyż mogłem bowiem być partnerem w legalnych interesach? Jeśli na przykład biedna dziewczyna zostanie zatrudniona w wielkiej firmie do porządkowania akt, stenografowania albo pisania na maszynie, może nigdy nie ujrzeć szefa na oczy. Nie jest dla niego partnerką. Gdyby jednak pewnego dnia ujrzano ją w towarzystwie szefa, na przykład w kurorcie nadmorskim albo w nocnym lokalu, wówczas jej znaczenie by wzrosło, a jednocześnie szacunek dla niej by zmalał. Stałaby się teraz partnerką i weszłaby tym samym w relację władzy. Po prawowitej stronie byłaby słaba, a po nieprawowitej silna.

Jeśli Zapparoni przyjmował mnie, biedaka i zdymisjonowanego kawalerzystę, w swoim domu, to działo się to z podobnych powodów. Nie mógł się mną popisywać. Nie mogłem być mu użyteczny ani w jego biurach, ani w technicznych zakładach. A nawet gdybym miał w tych zakładach błyszczeć, to raczej nie zabiegałby o mnie osobiście. Musiał więc szukać we mnie czegoś innego, czegoś, czego nie można spodziewać się po każdym ani od każdego wymagać.

Rozmyślając o tym, miałem ochotę zawrócić, gdy stałem już na schodach. Była jednak Teresa, były moje długi, moja zagmatwana sytuacja. Prawdopodobnie szukano właśnie człowieka w takim położeniu. Gdybym teraz zawrócił, żałowałbym tego.

Dochodziło do tego coś jeszcze. Czemu miałbym udawać kogoś lepszego, niż jestem? Monteron prawie nigdy nie zajmował się filozofią, chyba że za filozofa zechce się uznać Clausewitza. Miał jednak ulubioną sentencję, która pochodziła od wielkiego filozofa i którą chętnie cytował, a mianowicie: „Są raz na zawsze rzeczy, których nie chcę wiedzieć”. Szczególne upodobanie do tej sentencji zdradzało prostolinijny, nieskomplikowany umysł, nielubiący wybiegów i krętactw. Nie było tu żadnego „Wszystko zrozumieć to wszystko wybaczyć”. W ograniczeniu znać nie tylko mistrza, ale i człowieka etycznego.

Chociaż wiele nauczyłem się i przejąłem od Monterona, pod tym względem nie poszedłem za jego przykładem. Przeciwnie, jest niestety niewiele rzeczy, w które nie wetknąłem nosa. Ale nie można radykalnie odmienić własnej natury. Już ojciec mnie za to ganił. Kiedy na przykład jedliśmy razem poza domem, miał zwyczaj mówić, podając mi kartę dań: „To doprawdy dziwne, że ten chłopiec zawsze zamawia sobie najbardziej osobliwą potrawę, chociaż menu jest znakomite”.

Była to prawda, u Kastena było dobre menu. Jadali tam kadeci kawalerii. Ale menu to było nudne. Studiowałem je uważnie w miejscu, gdzie figurowały kiełki bambusa i indyjskie gniazda ptasie. Stary dawał za wygraną, mówiąc do matki:

– Po mnie nie mógł tego odziedziczyć.

To znowu była prawda, ale również matka miała dobry, prosty gust. W ogóle nie wiadomo, czy takie osobliwości się dziedziczy. Mam raczej wrażenie, że wyciąga się je jak pełne i puste losy na loterii.

Żeby pozostać przy karcie dań: potrawy, które wybierałem ze względu na ich nazwy, zwykle mniej lub bardziej mnie rozczarowywały. Później, w podróżach, to samo przydarzało mi się z egzotycznymi specjałami, których rzadko sobie odmawiałem. Podejrzane domy i knajpy, cieszące się złą sławą dzielnice, antykwariaty z obscenicznymi książkami przyciągały mnie w podobny sposób. Frantowi, który na Montmartrze dał mi znak, bym wszedł za nim do sieni domu, małemu Arabowi, który chciał mnie zaprowadzić do swojej siostry, nie potrafiłem się oprzeć. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby jednocześnie nie powstrzymywało mnie gwałtowne obrzydzenie. Ale ciekawość przeważała. Nie czerpałem jednak z tego żadnej rozkoszy. Podobnie jak bez przyjemności i z trudem przełykałem potrawy o osobliwych nazwach, tak samo nie mógł mnie zadowolić widok ludzkiego poniżenia. Występek pozostawiał we mnie ponure wspomnienie, które się długo utrzymywało. To wyjaśnia, dlaczego nie mogłem w nim trwać, pozostaje jednak tajemnicą, dlaczego wciąż na nowo go szukałem. Dopiero kiedy pojawiła się Teresa, dowiedziałem się, że garść wody mocniejsza jest od wszystkich esencji.

Zresztą w lekkiej kawalerii ciekawość czasem nawet mi się przydawała, ponieważ głównym zadaniem tej formacji jest rozpoznanie. Na patrolach w niebezpiecznym terenie wykraczałem często podczas prowadzenia rekonesansu poza powierzoną misję oraz taktyczną konieczność. Prowadziło to do niespodziewanych odkryć i robiło dobre wrażenie na dowódcach straży przedniej. Każda wada ma również swoje zalety i na odwrót.

Krótko mówiąc, czułem na schodach Zapparoniego, że wdaję się w dwuznaczną przygodę, choć robiłem to w przymusowej sytuacji. Zarazem jednak obudziła się we mnie stara, uprzykrzona ciekawość i popychała mnie naprzód. Miałem wielką ochotę dowiedzieć się, co ten stary, potężny człowiek knuje i dlaczego raczy się mną zajmować. Ciekawość pobudzała mnie niemal mocniej niż widoki na zysk. Ostatecznie wyciągnąłem już szyję z niejednej pętli, spróbowałem niejednej przynęty, nie dając się złowić na haczyk.

Dlatego wszedłem za służącym do starego domu. Sprawiał on wrażenie wiejskiej rezydencji. Wejście prowadziło do sieni, w której nie tylko wisiały kapelusze i płaszcze, lecz trzymano również strzelby i sprzęt wędkarski. Dalej znajdował się wysoki na dwa piętra hol, z trofeami i sztychami Ridingera przedstawiającymi szkołę jeździecką. Po nim następowały dwa albo trzy pomieszczenia, większe od pokoju, lecz mniejsze od sali.

Przemierzyliśmy skrzydło południowe; zaprowadzono mnie do biblioteki, słońce padało przez matowe szyby na dywany. Na pierwszy rzut oka żaden ze znajdujących się tutaj sprzętów nie zdawał się wykraczać ponad status materialny zamożnego rentiera, ich widok zawodził moje oczekiwania. Pod wpływem gazet przypuszczałem, że wejdę do czegoś w rodzaju gabinetu czarów, w którym automatyczne niespodzianki wprawiają gościa na wpół w zdumienie, na wpół w przerażenie. Od razu wiedziałem, że pomyliłem się w tym względzie. Mogłem był jednak odgadnąć, że czarodziej i władca automatów nie lubi tego rodzaju rzeczy w swoim domowym zaciszu. Wszyscy przecież mamy zwyczaj wypoczywać w sposób możliwie daleko odbiegający od naszych zawodowych zatrudnień. Generał nie bawi się raczej ołowianymi żołnierzykami, a listonosz nie odbywa w niedziele forsownych marszów. Mówi się również, że klauni w swoich czterech ścianach są na ogół poważni, a nawet melancholijni.

W urządzeniu tego domu nie natrafiało się na przepych właściwy ludziom, którzy z dnia na dzień stali się bogaci. Nie było tu niczego trymalchionicznego. Zapparoni musiał nie tylko posiadać znakomitego architekta wnętrz, lecz również samemu mieć gust. Widać to było po wyposażeniu. Cechowała je harmonia, jakiej nie można dostarczyć na zamówienie, lecz którą może wytworzyć jedynie wewnętrzna potrzeba, jedynie dobry smak osiedlającego się człowieka. Nie panował tu zimny splendor, pusta chęć błyszczenia; te wnętrza zamieszkiwała inteligentna i kulturalna istota, która dobrze się w nich czuła.

Ci południowcy, nawet jeśli pochodzą z sycylijskiej wioski albo neapolitańskiego basso, obdarzeni są niezawodnym smakiem, jaki można posiąść tylko przez urodzenie. Mają nieomylne ucho do melodii i oko potrafiące bezbłędnie rozpoznać rękę mistrza w sztukach plastycznych. Często to obserwowałem. Jedyne niebezpieczeństwo w tym względzie leży w ich próżności.

Całość cechowała się wytworną prostotą, była wyzbyta okazałości, lecz promieniowała życiem. Dotyczyło to zwłaszcza dzieł sztuki. Miałem nieraz sposobność oglądać słynne obrazy i posągi, jakie zna się jedynie z kalendarzy albo muzeów, w domach ludzi, którzy szybko stali się bogaci lub potężni. Widok ten rozczarowywał, bo utraciły one swój wyraz, swoją mowę tak jak ptaki, które tracą zdolność śpiewu i blask, gdy zamknie się je w klatce. Dzieło sztuki cierpi, blednie w pomieszczeniach, w których ma cenę, ale żadnej wartości. Może błyszczeć jedynie tam, gdzie otacza je miłość. Musi usychać w świecie, w którym bogaci nie mają czasu, a wykształceni pieniędzy. Nigdy jednak nie przystaje na zapożyczoną wielkość.

Zapparoni, widziałem to po drodze, musiał mieć czas. Pięć czy sześć obrazów, jakie wisiały na ścianie, robiło wrażenie rzeczy, na których codziennie i z miłością spoczywa oko właściciela. Żaden z nich nie mógł być namalowany po 1750 roku. Znajdował się wśród nich jeden Poussin. Wspólne im było to, że tchnęły spokojnym życiem i wyrzekały się efektu. Nie mam tu na myśli dzisiejszych efektów, które sprowadzają się do przedstawiania rzeczy nigdy niewidzianych, lecz takie, jakie wytwarzają mistrzowie. Obrazy, które Zapparoni zgromadził tu wokół siebie, nie mogły nigdy, nawet przez współczesnych, być uznane za zaskakujące. Musiały od początku sprawiać wrażenie czegoś dobrze znanego.

Odczucie to przenosiło się na dom. Współgrało z innym, dotyczącym problemów czystej władzy, i było przez nie wzmacniane. Mówiłem już, że żyjemy w czasach, w których słowa zmieniły swój sens i stały się dwuznaczne. Odnosi się to także do słowa „dom”, będącego wcześniej synonimem czegoś solidnego i trwałego. Otóż od dawna stał się on czymś w rodzaju namiotu, z tą różnicą, że jego mieszkaniec nie cieszy się wolnością nomady. Domy równie szybko się wznosi, jak i tysiącami zmiata z powierzchni ziemi. Nie byłoby to jeszcze najgorsze, gdyby człowiek mógł przynajmniej na chwilę mieć uczucie, że znajduje się w czymś własnym i nienaruszalnym. Jest wręcz odwrotnie. Człowiek, który ma dzisiaj odwagę budować dom, tworzy miejsce spotkań dla ludzi nawiedzających go pieszo, samochodem lub przez telefon. Przychodzą pracownicy zakładów gazowniczych, energetycznych i wodociągowych, agenci od ubezpieczeń na życie i od pożaru, inspektorzy budowlani i poborcy abonamentu radiowego, wierzyciele hipoteczni i urzędnicy skarbowi, którzy ustalają wartość czynszu za mieszkanie we własnym domu. Kiedy klimat polityczny staje się nieco ostrzejszy, przychodzą jeszcze zupełnie inni ludzie, którzy od razu wiedzą, gdzie można człowieka znaleźć. Do tych plag dochodzi jeszcze i to, że na człowieka spada odium bycia posiadaczem.

We wcześniejszych czasach było to prostsze. Nie korzystało się wprawdzie z tylu udogodnień, ale miało się czyste sumienie, rozprostowując nogi pod własnym stołem. Właśnie to uczucie miałem u Zapparoniego: że w tym domu jeszcze jest pan. Mogłem się założyć, że nie ma tutaj ani liczników, ani przyłączy, przynajmniej takich, które prowadziłyby poza nieruchomość. Prawdopodobnie Zapparoni przeniósł na swoje domostwo wzór zamkniętego państwa handlowego z wcześniejszych czasów; jeśli tak, to umożliwiły mu to jego automaty. W automatach abstrakcyjna siła nabiera konkretu, powraca do przedmiotu. Nie widziałem tu jednak nic podobnego, chodziło raczej o odczucie pewnej atmosfery. Na stołach stały nawet świece, a na kominku klepsydra.

Najwyraźniej mieszkał tu ktoś, kto nie pobierał dywidend, lecz raczej je rozdzielał. Tutaj nie mogła się wedrzeć policja, wszystko jedno, z jakim zadaniem czy pod jakim pretekstem. Zapparoni nie tylko utrzymywał własną policję, która wykonywała jego polecenia i żadnych innych, ale teren jego zakładu i jego drogi komunikacyjne były poza tym nadzorowane przez policjantów oraz państwowych i armijnych inżynierów, którzy musieli co do litery działać „w porozumieniu” z nim i nie mogli kierować się żadną wolą poza jego własną.

Nasuwa się oczywiście pytanie, dlaczego człowiek o takich prerogatywach był zdany akurat na moją pomoc, na pomoc człowieka, który miał nóż na gardle. Na tym właśnie polega tajemnica, o której już wspomniałem. To osobliwy fakt, i musi on mieć głębokie przyczyny, że człowiek rozporządzający jeszcze tyloma prawnymi możliwościami działania jest jednak zdany w realizacji swoich planów na boczne wejścia. Przestrzeń prawa, niezależnie od tego, czy jest mała czy duża, zawsze graniczy z obszarem bezprawia. Granica rośnie wraz z prerogatywami. Dlatego u możnych tego świata znajdujemy więcej niesprawiedliwości niż u maluczkich. Tam, gdzie prerogatywy stają się absolutne, dochodzi do stanu, w którym granice grożą rozmyciem i trudno jest odróżnić prawo od bezprawia. Wtedy potrzebni są ludzie, z którymi można konie kraść.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Szklane pszczoły Przybliżenia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Góra Tajget Wybieraj wystarczająco dobrze Seks się liczy. Od seksu do nadświadomości To tylko dzieci