Dziedzictwo Karny

Dziedzictwo Karny

Autorzy: Wassmo Herbjørg

Wydawnictwo: Smak słowa

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 412

cena od: 29.90 zł

„Dziedzictwo Karny” jest trzecią i ostatnią powieścią w Trylogii Diny, na którą składają się dwa wcześniejsze tomy „Księga Diny” i „Syn szczęścia”.

Karna jest córką Benjamina, osieroconą przez matkę. To poważne, dziwne dziecko, które pięknie śpiewa. Cierpi na tzw. „wielką chorobę”. Ataki epileptyczne dają jej szczególne miejsce w małej społeczności, w której dorasta. Dzięki temu nawiązuje wyjątkowy kontakt z babcią Diną, na długo przed jej powrotem do Reinsnes.

Powieść przedstawia północno-norweskie społeczeństwo, w którym w latach 70. i 80. XIX wieku dokonywały się znaczące przemiany. Opowiada także o tym, co się kryje w ludzkim sercu, o wyborze i zdradzie oraz o miłości. Karna przedwcześnie doświadcza zdrady ojca oraz musi zmierzyć się z ciężkim dziedzictwem, którego sama nie jest w stanie udźwignąć.

„Wassmo już wiele razy wcześniej, z wielkim oddaniem opisywała wybrzeże północnej Norwegii. Jest niczym miejscowy przewodnik – także wtedy, gdy cofa się ze swoją opowieścią w czasie.”
Oystein Rottem, Dagbladet

„«Dziedzictwo Karny» dopełnia wcześniejsze powieści i doskonale zamyka trylogię”
Hans H. Skei, Aftenposten

Ma to swoją najgłębszą podstawę w tym, co jest istotne w ludzkiej egzystencji, w fakcie, że człowiek jest indywiduum i jako taki jest jednocześnie sobą i całym rodzajem ludzkim, w taki sposób, że cały rodzaj ludzki uczestniczy w jednostce, a jednostka w całym rodzaju ludzkim.

Søren Kierkegaard, Pojęcie lęku

NIE BÓJCIE SIĘ WIĘC ICH! NIE MA BOWIEM NIC SKRYTEGO, CO BY NIE MIAŁO BYĆ WYJAWIONE, ANI NIC TAJEMNEGO, O CZYM BY SIĘ NIE MIANO DOWIEDZIEĆ.

(Ewangelia według św. Mateusza 10,26)[1]

Schody były strome i wąskie. Najniższe stopnie miały głęboką szramę. Zupełnie jakby ktoś wbił w nie topór.

Pewnego dnia właz prowadzący do wielkiej czarnej dziury był otwarty.

Wiedziała przez cały czas, że istnieje, bo mówili, że się tam wybierają. Ale ona nigdy tam nawet nie zajrzała.

Najpierw weszła tylko na kilka pierwszych schodków, bo nie było żadnej poręczy, której mogłaby się przytrzymać. Ale zanim zdążyła się zastanowić, czy ma na to odwagę, była już tak wysoko, że zajrzała w mrok.

I kiedy tak stała z głową ponad krawędzią, mrok się przemienił. Szeptał do niej i chciał nią zawładnąć.

Schwyciła się kawałka podłogi i sprawdziła, czy nic się nie rusza. Coś mogło być tutaj niebezpieczne. Ale nie wiedziała co.

Postępując krok za krokiem, zawarła pakt z ciemnością, która pozwoliła jej dostrzec kontury kufrów, skrzyń, pudeł, walizek, połamanych krzeseł i płóciennych worków. Powiązanych sznurkiem stosów starych gazet. Tuż przy włazie stał osłonięty budką koszyk na kółkach.

Wiedziała, że jeśli się odwróci i spojrzy w światło, nie będzie w stanie wejść na samą górę. Pokonała więc szybko kilka ostatnich schodków, aż poczuła pod nagimi stopami deski podłogi.

Nie było tu lodowato, jak kiedyś sądziła, tylko o wiele cieplej niż w izbie. Jakby deski na podłodze promieniowały jakimś wewnętrznym ciepłem.

Kiedy tak szła przed siebie, wchodząc coraz głębiej w mrok, robiło się coraz cieplej. Powietrze było ciężkie od czegoś, czego nie umiała nazwać.

Belki podtrzymujące dach były ogromne niczym ramiona trolla. W ciemności widziała jedynie ich zarysy ponad swoją głową. Tworzyły głębokie rozpadliny i wykusze, w których mogło kryć się wszystko to, czego ludzkie oko nie potrafiło zobaczyć.

Nie było tu żadnego światła prócz tego, które wpadało przez klapę otwartą nad schodami. Ciało stało się zbyt lekkie, aby pomieścić serce tak wielkie jak jej. A ono biło szaleńczo, usiłując wydostać się przez gardło za każdym razem, gdy tylko dostrzegła własny cień.

Przy najbliższej ścianie kominowej stał kufer z żelaznymi okuciami. Był pierwszym darem, jaki dała jej ciemność. Kiedy otworzyła wieko, rozległ się cichy grzechot. To nie ona była źródłem tego dźwięku.

Najpierw zacisnęła mocno powieki, licząc do trzech, a potem je otworzyła i zobaczyła jeszcze wyraźniej jakieś poruszenie. Jednocześnie coś przemknęło obok jej stóp. Niczym wiatr.

Serce waliło szaleńczo, rozsadzając ją całą. Przez chwilę stała tam tylko. Zupełnie nieruchomo. Potem szybko wetknęła dłoń do kufra i natrafiła na coś delikatnie szeleszczącego. Przypominało w dotyku bibułkę, z której Sara robiła na Boże Narodzenie girlandy aniołów.

Miękkość pod spodem była jak aksamit albo skóra. Napełniła nią obie dłonie i uniosła. Była o wiele większa niż ona. Pociągnęła ją za sobą po podłodze, nie mając odwagi na nią popatrzeć ani przycisnąć jej do ciała.

Rozłożyła tkaninę w promieniu światła wpadającym przez otwartą klapę, a jej głowę wypełnił zapach lata. Obcy i znajomy zarazem.

Najpierw sądziła, że to tylko suknia z czerwonego aksamitu, z długimi rękawami i czarną koronką okalającą dekolt.

Wtedy suknia rozłożyła się i usiadła.

W środku siedziała pani z długimi włosami i wyciągała do niej ręce. Jej bransoletki pobrzękiwały. Całkiem cicho i tylko dla niej. Kółka, których nie potrafiła policzyć, połyskiwały w półmroku.

Wtedy nadeszły mdłości. Stopy i ramiona zwisły jej bezwładnie, a przez jej głowę przetoczył się przenikliwy dźwięk. Pojęła, że zaraz upadnie.

Zdążyła jeszcze poczuć pod sobą szorstkie deski podłogi.

*

Kiedy jej myśli powróciły, wszystko było czerwone i czarne. Tępy ból uświadomił jej, że przygryzła sobie język. Szyja i twarz były całkowicie mokre i lepkie.

Z ust jej ciekło. Spróbowała się wytrzeć. Ale nie poszło to najlepiej. Drżąc, usiłowała się sama objąć, bo zdała sobie sprawę, że marznie.

Wtedy rozpoznała ten miękki aksamit. Leżała na czyichś kolanach. W chwilę potem poczuła głaszczące ją ręce. Ciepłe i delikatne, z rozśpiewanymi bransoletkami.

W pierwszej chwili zacisnęła mocno powieki. Zaraz potem je otworzyła i spojrzała prosto w twarz spoglądającą na nią z obrazu nad pianinem. Suknia też była ta sama. Tylko że ta tutaj była prawdziwa.

To babcia Dina siedziała i trzymała ją w ramionach, czekając, aż dojdzie do siebie.

A więc nie ma się czego bać, pomyślała, zamykając ponownie oczy. Wtedy usłyszała:

– Wiedziałam, że pewnego dnia przyjdziesz.

– Czekałaś?

– Oczywiście, że czekałam.

– Gdybym wiedziała, że tu jesteś, przyszłabym wcześniej – rzekła drżącym głosem.

– Przecież nie dałabyś rady sama otworzyć włazu.

– Dzisiaj był otwarty. Czy to ty...?

– Albo ktoś inny.

– Jak mam sobie z nim poradzić, kiedy będę chciała tu przyjść?

– Poproś Beniamina, żeby ci otworzył.

– A jeśli nie będzie chciał?

– Musi.

– Dlaczego?

– Bo już wypuściłaś mnie z walizki.

*

Bergljot z hałasem gramoliła się na schody, wołając Karnę przestraszonym głosem.

Dziewczynka leżała nieporuszenie w objęciach aksamitu.

Znieśli ją do izby. Przez otwarte drzwi słyszała, jak Bergljot otrzymuje reprymendę za zostawienie otwartej klapy do włazu na strych.

Stine siedziała przy łóżku, odmawiając nad nią Ojcze nasz, tak jak to miała w zwyczaju, pojąc ją jednocześnie wywarem z przywrotnika.

– Powinniście sprowadzić babkę Dinę ze strychu – rzekła Karna pomiędzy kolejnymi łykami.

Popatrzyli na siebie w przerażeniu, nic nie rozumiejąc.

Wtedy zaczęła wzbraniać się przed dalszym piciem.

– Boże, zmiłuj się, zdaje się, że dzieciak zobaczył upiora – stwierdziła Bergljot.

Wtedy Karna pojęła, że musi im wybaczyć. O niczym nie mieli pojęcia. Przypomniała sobie, jak Oline powiedziała pewnego razu:

– Pani Dina miała tyle pięknych sukien. Była próżna, choć taka nieporządna. Na pewno leżą ciągle gdzieś na strychu.

– Przynieście suknię po babci – powiedziała surowo Karna.

I stało się tak, jak chciała.

*

Chodziła tam często. Nie tylko w lecie, kiedy podłoga była ciepła i grzała ją w stopy. I nie tylko wówczas, gdy padał deszcz. Nie, bywała na strychu zawsze wtedy, kiedy tego potrzebowała.

Tam na górze najwyraźniej można było znaleźć wszystkie rzeczy i ubrania posiadane przez ludzi w dawnych czasach.

Stine i Oline uważały, że samotne chodzenie po ciemnym strychu jest dla Karny niebezpieczne. Mogła dostać napadu świętej choroby i zrobić sobie niechcący krzywdę.

Ale tata był zdania, że musi nauczyć się rozpoznawać, kiedy powinna się położyć, żeby zapobiec upadkowi. Nie należało jej ciągle niańczyć.

*

Kiedy tatuś otwierał jej właz, Oline krzyczała z kuchni:

– Z doktora to nie jest żaden ojciec, tylko zwykły głuptak! Zamierza pozwolić, żeby dzieciak wykończył się gdzieś tam w ciemności!

Jednak wcale nie czuła, żeby upadek groził jej w czasie, kiedy była na górze. Panowała tam ciemność i cisza. Czasami słychać było jakąś mysz czy inne stworzenie.

Tata pomagał jej przysuwać skrzynie oraz kufry bliżej włazu i światła, żeby mogła więcej zobaczyć. Lampy nie pozwalano jej zabierać.

Godzinami wspólnie z babką przeszukiwały stare, nikomu już niepotrzebne rzeczy. Tyle obrazów przelatywało jej przez głowę. Ludzi, których nigdy nie widziała. Nie każdy się przedstawiał. Ale to nic nie szkodziło.

Babcia mawiała, że szukają czasu.

Niekiedy wspólnie przymierzały suknie. Babcia nigdy się nie śmiała, nawet jeśli Karna dziwnie w nich wyglądała. Pomagała jej tylko zapinać guziki i paski.

Buty były zabawne. O wiele za duże dla Karny. Kiedy szła, szurały po podłodze.

Pewnego dnia znalazły długie boa z piór. Wiło się w ślad za nią jak wąż i pachniało trochę jak doktorska torba taty. Mimo wszystko owinęła je sobie wokół szyi, czując wyraźnie, że ma do czynienia z czymś żywym.

Zanim zeszła z powrotem do domu, babcia zdjęła czerwoną suknię. Żeby schodząc, mogła zabrać ze sobą zapach lata. Karna wzięła ją i powiesiła na oparciu wysokiego krzesła w izbie.

Miała teraz wrażenie, jakby na krześle siedziała babcia. Mogła leżeć w łóżku i mieć ją na wyciągnięcie ręki.

*

Pieśń morza. Jej pierwsze wspomnienie. Uczucie opuszczania własnego ciała. Bo musiała. A może chciała?

Odpłynęła, jeszcze leżąc w łóżku. Kiedy otworzyła oczy, porwała ją wielka siła. Światło. Uniosło ją, wsysało w siebie. Przymuszało. Żeby słuchała pieśni.

Kiedy sen ciągle trwał, ujrzała samą siebie unoszącą się nad morzem. Wiatr miał takie mocarne ramiona.

Dźwięk. Daleko przy szkierach brzmiał jak głuchy łoskot. Potem bliżej, tony stawały się wyraźne, a jednocześnie wkradał się w nie nowy odgłos, podobny do skargi pełnej groźby. Potem od nowa. I tak przez cały czas. Wznosił się jak pieśń wielkiego chóru, który zarazem szeptał i śpiewał, napominał, dziękował i prosił.

Morze wydobywało z siebie chyba najpotężniejszą pieśń na świecie.

Od czasu do czasu słyszała, jak grzywacze rzucają się na wzgórze z flagą. Nie musiała tego widzieć. Wiedziała, jak to wygląda. Fale wznosiły się i rozbijały na wszystkim, czego były w stanie dosięgnąć.

W końcu, pobielałe ze złości, usiłowały sięgnąć nieba. Zawsze jednak kończyły, opadając.

A wzgórze flagowe trwało. Najwyraźniej było wieczne. Tylko maszt niekiedy się łamał.

*

Gdy przebudziła się w izbie, wszystko wydawało się szare i czarne. Gałązki róży skrobały o szybę. Nie mocno. Tylko jak cień niepokoju gdzieś w głowie.

Była spocona, a mimo to marzła. Minęła dłuższa chwila, nim zdołała postawić stopy na podłodze.

Jej żołądek pełen był mdlącego przestrachu i nie była już w stanie latać.

Dywanik był w paski. Ale nie widziała kolorów. Czuła tylko jego lodowatą, szorstką powierzchnię. Zdawała sobie z niej sprawę, jeszcze zanim stopy dosięgły podłogi. Najbardziej chropowate były paski ciemnoniebieskie. Resztki starego zimowego płaszcza Hanny.

Przeszła przez izbę i jadalnię, gdzie ogień strzelał już w piecu. Podreptała do kuchni. Ciepło powitało najpierw palce jej stóp. Potem ją całą. A w środku tego ciepła była Oline. Zawsze.

Dawno temu sądziła, że Oline i stołeczek na kółkach stanowią jedną całość. Ale kiedy pewnego razu Oline dostała gorączki i leżała w łóżku, stołek stał samotnie przy piecu. Leżała na nim poduszka w biało-niebieską kratkę, której nie widziała nigdy wcześniej.

Zdarzało się, że budziła się z okropnym smakiem w ustach, przypominającym jej o nieobecności tatusia w chwili, gdy zasypiała.

Wdrapywała się wtedy na kolana Oline i pytała: – Czy tatuś Karny wrócił już do domu?

*

Kiedy słońce powróciło, światło zamieszkało również w śniegu. Powodowało drżenie powiek, tak jakby oczy chciały się ukryć.

Ale nie było na to rady. Najpierw nieznośnie bolało. Jakby przez głowę przepływała ławica drobnych płotek z ostrymi płetwami.

A jednak musiała je posiąść. Światło.

Jeśli dostatecznie długo wpatrywała się w oko słońca, porywała ją pieśń morza. Musiała później znosić mdlące przebudzenie.

Pociechę stanowiły ramiona tatusia. Jego głos. Dłonie na czole.

Najgorzej było wtedy, gdy wpatrywały się w nią obce oczy albo kiedy bezwiednie zsikała się pod siebie.

Tatuś miał zwyczaj nakrywać ją pledem albo wnosić wtedy do izby. Ale nie zawsze był przy niej.

*

Pewnego razu, kiedy spadł bielusieńki i świeży śnieg, położyła się na plecach pomiędzy altaną a płotem okalającym ogród. Nawet z zamkniętymi oczami wiedziała, że ciepłe światło i zimny śnieg stanowią jedność. Dokładnie tak jak morze i niebo w oddali, ponad przybrzeżnymi wysepkami.

Kiedy o tym myślała, głowa rozpadła jej się na kawałki, zlewając się z niebem.

Zataczała wokół siebie ramionami i nogami szerokie kręgi, aby poczuć własne istnienie. Potem wstała ostrożnie, nie zostawiając śladów stóp.

Kiedy otworzyła oczy i spojrzała w dół, w śniegu leżał anioł. Dokładnie w miejscu, gdzie wcześniej leżała ona. Stworzyła go zupełnie sama. Na swój obraz i podobieństwo.

Opowiedziała Oline o aniele i w odpowiedzi usłyszała, że to bluźnierstwo. Tylko Bóg mógł stworzyć cokolwiek na swój obraz i podobieństwo.

Nie spierała się. Ale pojęła, że Oline nie zawsze ma rację.

*

Chciała wierzyć, że Hanna nadal jest Hanną. A jednak to nie była ona. Coś obcego było w jej głosie. I w ubraniach. Jedna z nich miała mniej zdecydowane dłonie. No i pachniała zupełnie inaczej niż wszystko w Reinsnes.

Pewnego razu, chyba zaraz po tym, jak dostała swoje pierwsze zapinane buciki, bo został jej w pamięci stukot własnych kroków na schodach, ta druga Hanna stała przy oknie w sali sypialnianej. Twarz miała ukrytą w dłoniach.

Kiedy Karna chciała jej dotknąć, pochyliła się i objęła ją ramionami. Wydzielała mocną, słodką woń i wydobywały się z niej jakieś dźwięki. Twarz miała całkowicie mokrą.

To wtedy po raz pierwszy poczuła pustkę, która od czasu do czasu spowijała dorosłych i potrafiła wyciągnąć kolor ze ścian, zamieniając go w chłodną barwę. Mimo że w piecu płonął ogień. Działo się to w najbardziej niespodziewanych momentach.

Tatuś wszedł do pokoju i zrobiło się jeszcze gorzej. Nie patrzył na nią, tylko na tę inną Hannę. Z obcą twarzą wymawiał słowa, które na zawsze utkwiły jej w głowie. Dziwne, bo nie pamiętała, co dokładnie powiedział.

Spódnice szeleściły, a wysoki głos rzucił coś o wyjeździe.

Wtedy tatuś schwycił ją z całej siły. Miał nieczułe dłonie, więc wierzgała i krzyczała.

– Nie jesteś moim tatusiem, kiedy robisz się taki okropny!

Później nie była już pewna, co z tego zdarzyło się rzeczywiście. Ale przycisnął ją do siebie tak mocno, że bolało, i krzyczał ponad jej głową.

– Do diabła, gówniaro, jestem twoim ojcem!

W ten sposób wyjazd Hanny stał się winą Karny. Dlaczego, tego nie wiedziała.

*

W sumie przez cały czas rozumiała, że było ich dwie. Bo Hanna i Isak wyjechali już wcześniej do Strandstedet.

Hanna prawie zawsze miała usta pełne szpilek. Z beli materiałów i na wpół gotowych sukni wiszących dookoła na ścianach unosiła się ciężka woń.

Zanim cokolwiek powiedziała, musiała wyjąć po kolei wszystkie szpilki z ust i wetknąć je w czarny grzybek uszyty z aksamitu. Był przytwierdzony na stałe do brzegu stołu. Szpilki stały w nim równiutko, błyszcząc w świetle lampy.

Dobrze było mieć Hannę, ale człowiek nie mógł ufać jej obecności. Dlatego trzeba było jej uważnie wypatrywać. Na przykład w tej drugiej. Karna uważała, że to w zasadzie nic nie szkodzi. Przecież i tak wyjechały. Każda z nich ruszyła parowcem w siną dal.

Najpierw słyszeli zamaszyste ruchy i chrzęst kadłuba, potem parowiec wyłaniał się zza wzgórza z flagą i zaczynał pomrukiwać.

Wtedy Livian ze sklepiku podpływała do niego wiosłową łódką. Jeśli była duża fala, mała łódeczka podskakiwała na niej w górę i w dół i wydawała się straszliwie samotna. Jeśli na morzu panował spokój, zdawała się ptakiem podpływającym do ogromnego parowca.

Czasami parowcem przypływały nie tylko pakunki i skrzynie, ale również ludzie, których nigdy w życiu nie widziała. Kiedy przychodzili do domu, prawie zawsze musiała się przedstawić i podać im dłoń.

*

Z wyrazu ich oczu wiedziała, czy naprawdę ją dostrzegają.

Ta druga Hanna zauważyła ją od razu po przybyciu. Nawet bardziej niż dostrzegała tatusia.

Najpierw powiedziała coś niezrozumiałego i tatuś również zaczął tak mówić. Kiedy ruszyli z przystani w górę, wzięła Karnę za rękę. Kilka razy zatrzymywała się, pochylała tak nisko, że robiła się równie mała jak Karna, i wymawiała te swoje dziwne słowa.

Tatuś często miał taki miękki głos w obecności tej drugiej Hanny. Również tego dnia w sali sypialnianej, kiedy był taki niedobry. Może nawet najbardziej po tym dniu.

*

Druga Hanna siedziała przy pianinie.

Pachniało trawą, a zasłonki były takie białe. Nagle wdarły się do izby wielkim łukiem. W chwilę później zwisały znów równo w dół, można było pomyśleć, że to był tylko sen.

Karna podpełzła aż do czarnego pudła, żeby słyszeć, jak druga Hanna wydobywa z niego pieśń.

Dwie nagie stopy opierały się o pedały. Kiedy na nie naciskała, duże palce wykrzywiały się, dziobiąc powietrze. Sprawiały wrażenie niedobrych, chociaż nie robiły nic złego. A może przestraszonych? Że ktoś je złapie.

Przez chwilę leżała tam pogrążona w dźwiękach, myśląc o tym ich przestrachu, a potem otworzyła usta i ugryzła.

Najpierw w pianinie coś zagrzmiało w momencie, gdy druga Hanna spróbowała zabrać stopę. Potem spomiędzy oglądanych od dołu klawiszy wyłoniła się jej twarz. Do góry nogami. Włosy zwieszały się prawie do ziemi. Jak oddzielająca je zasłona.

Nie były tak czarne jak u prawdziwej Hanny. Ale mimo to były ładne.

Tatuś nadbiegł, krzycząc na nią, że popsuła koncert. Pociągnął ją za stopy, żeby wydobyć ją spod pianina.

– Zostaw ją tam – rzekła druga Hanna, wybijając kilka wściekłych akordów.

Ale nie była zła. Śmiała się.

A tatuś wcisnął się na stołek tuż obok niej. Przez długą chwilę siedzieli tam, przytulając się głowami. Wydawali przedziwne dźwięki.

Karna usiadła, pragnąc, aby ją dostrzegli.

Ale jej nie widzieli.

Wtedy wyciągnęła ręce, kładąc je obie na klawiszach. Zabrzmiała dzika pieśń. A oni nadal jej nie zauważali.

Wówczas uznała, że równie dobrze może jej to powiedzieć.

– Lepiej zaraz odpłyń parowcem!

Tatuś rozzłościł się, ale ta druga Hanna wzięła ją na kolana. Ułożyła jej palce na klawiszach, nakrywając je własnymi, i przycisnęła. To troszkę bolało.

– Popatrz! Teraz dla nas zagrasz – powiedziała druga Hanna, naciskając ponownie palcami.

Wtedy z pianina wyszedł „Dziadek Noe”.

Kiedy druga Hanna puściła jej dłonie, Karna nadal wpatrywała się w klawisze i przyciskała tam, gdzie wydawało jej się, że siedzi dźwięk.

A „Dziadek Noe” ponownie rozpłynął się po pokoju.

*

Na komodzie w najbardziej wystawnym salonie stało zdjęcie oprawione w zdobioną ramkę. Powiadali, że to jej matka.

– To twoja mama Karna, po której nosisz imię – rzekł tatuś. – Umarła, kiedy się urodziłaś.

Słyszała, jak powtarzał dokładnie to samo raz za razem. Ale to był pusty dźwięk.

Takim dźwiękiem stała się dla niej Kopenhaga. Tam ludzie umierali. I to była jej wina. Bo mówili: Kiedy się urodziłaś.

Od czasu do czasu przyciągała sobie krzesło i wdrapywała się na nie, żeby mama Karna mogła ją zobaczyć. Prawie zawsze był w tym smutek.

*

Kiedy prawdziwa Hanna przyjechała do domu w Reinsnes, zostało już postanowione, kiedy dokładnie ma wracać do Strandstedet.

A Isak musiał jechać z nią. Spał w izbie z Karną, chociaż był od niej większy. Jeśli gniewał się na nią, szedł nocować do oficyny, do Stine i Tomasza.

Kiedy Isak był w dobrym humorze, nie był wcale taki zły. Ale nie można było polegać na jego obecności. Kiedy się rozzłościł, mówił, że jest mała i głupia. Nie podobało jej się to. Ale cóż mogła zrobić. Pokopać w krzesło albo pójść do stajni i poszturchać konie patykiem, aż rżały. O ile nikt jej nie widział. Ale to niewiele pomagało.

Pewnego razu, kiedy Isak był na nią zły, upadła. Wszyscy nadbiegli. Hanna również. Wtedy uciekł do letniej obory i nie pokazywał się przez całe popołudnie.

Hanna spała w mansardzie od południowej strony. Raz na zawsze tam, oświadczyła Oline. Brzmiało to tak, jakby miało trwać długo. Gdyby tylko można było mieć pewność, że to będzie trwało aż do świąt.

Ale pojechali wszyscy razem. Tatuś również. Ze swoją wielką doktorską torbą.

*

Pewnego dnia, kiedy razem z tatusiem trollingowali czarniaka, przez cały czas wydawał jej się ponury.

Wtedy powiedziała mu to.

– Niech Hanna wróci tu do domu i wszystko będzie znów dobrze.

– Musi być w Strandstedet i szyć, sama rozumiesz.

Hanna była jedyną znaną Karnie kobietą, która samodzielnie podjęła decyzję, że chce mieszkać gdzieś indziej. Robiła to, co chciała, i niczym się nie przejmowała.

Stine miała na to coś w rodzaju wyjaśnienia i mawiała:

– Hanna robi to, co sama czuje.

Karna rozumiała to w ten sposób, że skoro Hanna chciała siedzieć w Strandstedet z ustami pełnymi szpilek, to siedziała i już.

Pomijając tę sprawę, niełatwo było pojąć, co lubi i czuje Hanna. Czasami lubiła Karnę. Ale nie zawsze. Ale nawet Isaka nie zawsze lubiła.

Wtedy Oline orzekła:

– Chłopak powinien mieć ojca.

*

Kiedyś Hanna często przyjeżdżała do Reinsnes. Tatuś i ona zaśmiewali się do rozpuku wieczorami. Słyszała to ze swojej izby.

Pokonywali się nawzajem w warcaby i szachy. Ale to były tylko pionki na planszy.

Pewnego razu wdrapała się na korytarz prowadzący do strychu, a Hanna stała tam przed szafą z bielizną i czegoś szukała. Wtedy Karna zobaczyła, że tatuś też tam jest.

Miała wrażenie, że walczą ze sobą w półmroku. Ale chyba tego nie robili. Kiedy ją zauważyli, zaczęli do niej bardzo słodko przemawiać. Oboje naraz.

Nie była do końca pewna, czy zdarzyło się to przed nastaniem tej drugiej Hanny, czy po. A może i wtedy, i wtedy.

*

Oline mawiała:

– Kiedyś w Reinsnes było za dużo bab, a teraz jest zbyt mało.

Karna rozumiała doskonale, że mówiła tak dlatego, że nie było w domu prawdziwej Hanny.

Pewnego dnia przy ładnej pogodzie tatuś zabrał ją ze sobą na łódkę. Płynęli strasznie szybko. Wszystko było takie łatwe. Wtedy to powiedziała:

– To nie moja wina, że wyjechała.

– Pewnie, że nie, a skąd ci to przyszło do głowy? Oczywiście, że to nie twoja wina!

Wypowiedział to gdzieś w stronę otwartego morza. Głos miał tak miękki, że aż mu się łamał.

– Wobec tego czyja to była wina?

– Moja.

– Bo byłeś taki niedobry?

– Tak, byłem bardzo niedobry!

– Czy ona wróci?

– Tego nie wiem.

– A możesz ją poprosić...?

– Hm...

– Nie chcesz?

– To nie takie łatwe.

– Czy nie mogłaby ci się do czegoś przydać?

Wtedy roześmiał się, chociaż nadal sprawiał wrażenie smutnego.

– Nie wiem, jak to ze mną będzie...

Wtedy Karna się przestraszyła, bo zdawała sobie sprawę, o czym myśli. O podróży. Dalekiej.

*

Tego dnia, gdy tatuś przyszedł i powiedział, że będzie miał praktykę w Strandstedet, Karna nie pojęła od razu, że będzie tam również spał.

Kiedy nie pojawił się przez cały dzień i noc, i ciągle jeszcze nie wrócił do domu następnego wieczora, zapytała Oline, gdzie śpi.

– Śpi w izbie na tyłach gabinetu w Strandstedet.

– Tatuś ma mnie karmić – krzyknęła wtedy.

Powiedzieli jej, że to niemożliwe. Skoro tak, to nie było powodu, żeby jeść.

Przez dwa dni Oline, Stine i służące na zmianę próbowały wcisnąć jej coś do jedzenia. Gdy Oline w końcu wmusiła w nią owsiankę, Karna zwróciła ją od razu na stół.

A jednak nie chcieli jej dać spokoju i ciągle marudzili. Wtedy wspięła się na blat kuchenny i tak długo wpatrywała się w zachodzące słońce, aż porwała ją pieśń morza.

Stine miała skrzynki rozstawione dookoła na polu i nad brzegiem wody. Mieszkały w nich jej edredony w czasie wysiadywania jaj, z których miały wyjść kaczęta.

Kiedy minęło więcej dni, niż Karna była w stanie policzyć, a tatuś nadal nie wrócił, poszła do skrzynek i wypłoszyła dorosłe kaczki. Potem zaczęła deptać jajka. Nie jedno ani dwa. Wiele.

Z niektórych wypłynęła tylko obrzydliwa breja. Inne miały pazury, dziób i niebieskawą skórę. Oglądała je dokładnie, pomagając sobie patykiem.

W takiej sytuacji zastał ją Tomasz. Rozgniewał się okropnie i zawlókł ją do Stine.

– Tatuś, mój tatuś! Ma wrócić! – zawołała, tupiąc w podłogę.

Bała się tak strasznie, że zęby jej szczękały.

Wówczas Stine zrobiła coś niespodziewanego. Wzięła ją na kolana i powiedziała:

– Moje biedne dziecko!

Wtedy wszystko z niej popłynęło. Górą i dołem. Doszła do siebie, czując drewniany patyk w ustach. Spocona i zmarznięta, leżąca na ławie w oficynie.

Stine zajęta była wiązaniem szarej, wełnianej nitki na jej przegubie, odmawiała Ojcze nasz.

Nie wolno jej było zgubić tej nitki. Nigdy.

Dzięki temu miało być jej lżej unieść Dar. Żeby nie musiała już przygryzać sobie ust.

Darem nie była nitka, tylko jej upadki.

*

Siedziała na kolanach Stine i rysowała martwe kaczęta. Okropnie czerwone i niebieskie. Będzie mogła postawić ten obrazek w największym salonie na komodzie obok martwej Karny. Żeby kogoś miały.

Stine śpiewała jej o ptakach, które są wolne i uleciały w ciemną noc ku chmurom, żeby dać małym dziewczynkom puchowe kołderki do spania.

*

Następnego dnia tatuś wrócił do domu. Po wysłuchaniu opowieści o edredonach i napadzie stwierdził, że najlepiej byłoby, gdyby Karna jeździła razem z nim do Strandstedet.

Oline i pozostałe kobiety były przerażone takim brakiem rozsądku u dorosłego mężczyzny.

– Skoro przyjechaliśmy we dwójkę z Kopenhagi do Reinsnes, to chyba do Strandstedet też damy radę. Możemy przecież zatrudnić gosposię – rzekł.

– Popłyniemy łodzią i znajdziemy sobie jakąś Hannę – oświadczyła Karna.

W pomieszczeniu zapadła cisza.

Ale nigdy nie stało się tak, żeby pojechała z ojcem do Strandstedet i tam nocowała. Jeśli zadawała pytania, odpowiadali jej, że tatuś najpierw musi zarobić trochę pieniędzy, żeby mógł sobie pozwolić na wynajęcie gosposi i niani.

Do tego czasu musiała po prostu pogodzić się z tym, że będzie nocował w Strandstedet.

Kiedy tatusia nie było przez wiele dni, chowała się w głąb siebie i stawała nikim. Albo rzucała się w objęcia pieśni morza.

*

Czasami, kiedy tego potrzebowała, czuła, jak mama Karna opuszcza swoje zdjęcie i jej dotyka. Nie na tyle wyraźnie, żeby mogła stwierdzić, że naprawdę tak było. I nigdy w czyjejś obecności. Tylko kiedy wpadała w pieśń morza. Żeby Karna mogła trafić do domu.

Pewnego razu, gdy była zła na tatusia za to, że musi jechać do chorych, powiedziała mu, że jest głuptasem, skoro uważa, że mama stojąca na komodzie za swoim szkłem jest cokolwiek warta.

Zgodził się z nią. Ale nic z tym nie zrobił.

Nikt inny nie jeździł dookoła z wielką czarną torbą pełną małych brązowych buteleczek i śnieżnobiałych ściereczek, ani też nie siadywał przy szklanej witrynce, lecząc ludzi.

Ale on należał tylko do niej.

Pojęła szybko, że bardziej lubi panie niż panów. Coś było w sposobie, w jaki na nie patrzył. W jego głosie. Przyjeżdżały do Reinsnes, jeśli wiedziały, że doktor jest w domu.

Miała wrażenie, że nie wszystkie są równie chore. Nie zostawały na długo.

*

Przy dobrej pogodzie zaczął zabierać ją na wizyty do chorych. Potrafiła siedzieć godzinami, pilnując łódki, a on w tym czasie chodził od domu do domu. Wiedziała, że zawsze prosił kogoś, aby miał ją na oku. Ale rzadko ich widywała.

W jednym miejscu była tylko mała szopa i ziemianka.

Kiedy zapytała, dlaczego nie mają w tym gospodarstwie innych budynków, odparł:

– Bo budowa domu jest bardzo droga.

– To dlaczego mamy tak dużo budynków w Reinsnes?

– Bo w dawnych czasach właściciele Reinsnes byli bogaci.

– Dlaczego ty nie jesteś bogaty, żebyśmy mogli wybudować sobie dom w Strandstedet?

– Bo ja nie bardzo umiem zarabiać pieniądze. Ale ty będziesz umiała, dokładnie tak jak Dina.

– Dlaczego Diny nie ma w Reinsnes?

– Bo miała ochotę rozejrzeć się po świecie.

– A kiedy przestanie to robić?

– Tego nie wiem.

– W Reinsnes jest za mało bab. Możesz ją poprosić, żeby przyjechała?

– Prosiłem.

– No to nie prosiłeś dość mocno!

– Być może – odparł.

– Czy ona jest dobra?

Zastanawiał się przez chwilę, uśmiechając się do siebie.

– Nie dla wszystkich. Dla mnie nie była taka zła. Ale surowa.

– Dla mnie też będzie?

– Nie, nie sądzę.

– No to możesz poprosić ją jeszcze raz.

– Spróbuję. Możesz zrobić dla niej rysunek?

– Martwych kaczek?

– Nie, lepiej żywych.

– Mają ładne kolory... te martwe – stwierdziła.

W tym momencie musiał zrobić zwrot i przerzucić żagiel. Miała w tym czasie siedzieć spokojnie i nic nie mówić. Ale kiedy już skończył, wiedziała, co chce powiedzieć.

– Chyba nie byliście dla niej specjalnie dobrzy, skoro musiała wyjechać.

– Skąd ci to przyszło do głowy?

– Zastanawiałam się nad tym.

– No a kto miałby być tym niedobrym?

– Nie wiem?

– Niektórzy tak mają, że muszą ciągle być w drodze – rzekł.

– Ty też?

– Kto wie.

– Ale nie wyjedziesz!

Nie odpowiedział od razu.

Kiedy nabrała powietrza, w piersi czuła odłamki szkła.

Wtedy odrzekł, patrząc na morze:

– Powiem ci o tym dużo wcześniej.

Wówczas wstała, obiema dłońmi chwyciła jeden z wielkich kamieni balastowych i chciała wyskoczyć z nim za burtę, prosto w objęcia pieśni morza.

Kiedy rzucił się przed siebie, żeby ją złapać, łódka o mało się nie przewróciła. Przeklął głośno, okropnie zły.

Przez krótką chwilę, kiedy nie trzymał wioseł, łódka zeszła z kursu. Ponowne złapanie wiatru w żagle zajęło całą wieczność.

– Jesteś brzydki, kiedy się złościsz – stwierdziła.

– Ty tak samo, kiedy chcesz skakać do morza.

A po chwili:

– Chodź tutaj i usiądź przy mnie!

Podpełzła tyłem i przytuliła się do niego. Wtedy to poczuła. Serce.

– Tatusiu, twoje serce chce wyjść.

– Przestraszyło się, że cię straci. Ale teraz żeglujemy znów razem.

Skinęła głową.

*

Wokół panowała osobliwa cisza. Nie słychać było nawet odgłosu jej siusiania.

Nie włożyła na nogi stojących pod łóżkiem filcowych kapci, chociaż podłoga była zimna. Wsunęła tylko nocnik na miejsce, nadsłuchując jakiegoś dźwięku w śpiącym domu. Okno w głębi izby jaśniało szarością. Nawet morza nie było słychać.

Otworzyła drzwi do kuchni i przy stole dojrzała sylwetkę Oline. Siedziała pochylona nad swoim kubkiem z kawą. Jeden policzek miała oparty tak nisko, że spoczywał w całości na przedramieniu. Noski kapci sterczały pod stołem każdy w swoją stronę.

Karna zbliżyła się do niej z boku, żeby zobaczyć, co takiego Oline ogląda aż tak dokładnie, że musiała położyć głowę na stole.

Objęła ją, usiłując dostrzec to coś, na co patrzyła Oline. Ale nie było tam niczego niezwykłego. Nawet najmniejszego ptaszka w karmniku za oknem.

Poranne słońce nie dosięgło jeszcze pokrywy studni, a parobek nie wypuścił kur. Trawa wokół gołębnika mieniła się srebrem od nocnego deszczu, a ptaki mieszkające w drzewach tworzących aleję jeszcze spały. Może ciągle była noc?

Przytuliła się do Oline, chcąc wejść jej na kolana.

Wtedy to się stało. Oline upadła na płask jak szmaciana lalka. Jej twarz i górna połowa ciała leżały teraz rozciągnięte na stole. Zupełnie bezwładnie. Jakby nadal spała.

Karna szturchnęła ją, usiłując zwrócić na siebie uwagę. Ale Oline na nią nie spojrzała. Wtedy szturchnęła ją ponownie. Jak zawsze, w miejscu, gdzie dziabnął ją palec Karny, powstał dołeczek.

Wtedy zdarzyło się to ponownie. Oline ześlizgnęła się ze stołka i z wielkim hałasem upadła na podłogę. Z rękami ponad głową, zamiast się nimi podeprzeć. Dźwięk, który rozbrzmiał, przypominał odgłos uklepywania wielkiego ciasta chlebowego.

Kiedy jej głowa uderzyła w podłogę, zaśpiewały szyby w oknach i filiżanki w kredensie.

Oline zupełnie się tym nie przejęła. Po prostu sobie leżała. Chudy biały warkoczyk trochę jej się rozplótł. Leżał teraz niczym mała miotełka, obwiązana kawałkiem białej nitki do szycia.

Jedna dłoń zwrócona była wnętrzem do góry. Jakby Oline chciała coś dostać i czekała na to.

Karna dała jej maślany obwarzanek z półmiska na stole i stała obok wyczekująco.

Ale Oline nie wzięła go porządnie do ręki. Tylko wpatrywała się weń tam z podłogi. Z obcymi oczami i na wpół uchylonymi ustami. Jej twarz była jakby zbyt wyraźna.

Serce Karny zaczęło walić. Najpierw przyspieszyło. Potem ruszyło jak młot. Waliło bez przerwy. Stopom nie można już było ufać, więc położyła się obok Oline. Pozostała tam, a czas rozpłynął się dookoła.

W końcu uniosła dłoń i położyła ją na piersi Oline.

Wtedy poczuła ciszę. Była ogromna jak całe niebo. Większa nawet niż pieśń morza.

* * *

[1] Fragmenty Pisma Świętego są cytowane za Biblią Tysiąclecia. (Wszystkie przypisy w książce pochodzą od tłumaczki).

Rozdział pierwszy

PAN PATRZY Z NIEBA, WIDZI WSZYSTKICH SYNÓW LUDZKICH. [...] ON, KTÓRY UKSZTAŁTOWAŁ KAŻDEMU Z NICH SERCE, ON, KTÓRY ZWAŻA NA WSZYSTKIE ICH CZYNY.

(Księga Psalmów, Psalm 33,13 i 15)

Była tylko niewielkim zawiniątkiem. Ale on zdążył już doświadczyć jej silnej woli. I ten cholerny krzyk. Za jego sprawą pot ciekł nawet z koniuszków palców.

Zarówno załoga, jak i dwójka współpasażerów unikali ich. Kajutę mieli zatem dla siebie.

Przez dwie doby szalała. Trzeciej nocy nadciągnął sztorm. Wtedy zasnęła tak mocno, że musiał ją od czasu do czasu budzić na karmienie. Zmieszane z wodą krowie mleko podawane łyżeczką z kubka.

*

Za każdym razem trwało to pół godziny. Bujanie było tak silne, że musiał mocno przytrzymywać sobie kubek z mlekiem między kolanami, żeby mieć wolne obie ręce. Jedną do trzymania dzieciaka, a drugą do tej nieobliczalnej łyżeczki.

Po dwóch dniach jego spodnie nabrały kwaśnego odoru. Trzymał się kajuty, więc zasadniczo dolegało to tylko jemu. Chyba ta właśnie woń przypomniała mu wyprawy na Morze Lofockie wspólnie z Andersem. Mdłości. Upokorzenie, kiedy mężczyźni sprawili mu chrzest w beczce z wątróbką dorsza. Strach, kiedy spuścili go do lodowatego morza.

Burza ucichła i kuchcik obwieścił, że mleko w mesie też skwaśniało. Niespecjalnie nadawało się na pokarm dla niemowlęcia. Zaoferował, że ugotuje papkę z ziemniaka i wody.

Ponad błyszczącą taflą morza zawiniątko wypluło papkę na swojego ojca, drąc się do utraty tchu. W końcu przybrało niebieskawy kolor i ucichło. Przewracało oczami jak umierające, a jego wściekłość przybrała postać piany wokół ust.

Ogarnęła go panika, próbował przypomnieć sobie, czego nauczył się w czasie studiów lub jako kandydat w szpitalu Frederiks Hospital. O niemowlętach, ich potrzebach i wściekłości.

Nie było tego wiele. Złapał ją za stopy, trzymając głową w dół, i wymierzył klapsa w pośladki. Dzieciak oblał się czerwienią i ucichł. To ostatnie trwało zaledwie krótką chwilę. Kiedy znów leżała w bezpiecznej pozycji przy jego piersi, na nowo podniosła wrzask.

Jeśli kładł ją na koję i starał się ignorować, było jeszcze gorzej. Ani na chwilę nie mógł jej zostawić.

Gdyby nie wystawiało go to na tak straszną próbę, mógłby doprawdy cieszyć się doskonałą pojemnością jej płuc. Tymczasem inna myśl przelatywała mu przez głowę: A co, gdyby ucichła na zawsze? Z chęci złagodzenia pierwszej myśli pojawiała się druga: Gdybym tylko zostawił ją w Kopenhadze!

Bycie samotnym ojcem takiego stworzenia stanowiło piekło, od którego mężczyzna z pewnością powinien trzymać się z dala.

*

Ósmego września świeciło pełne słońce. Kalendarz księżycowy głosił: „Jak będzie dobra pogoda, to jesień przyjdzie niesroga”.

Z trzydniowym opóźnieniem w stosunku do daty, którą podał Andersowi w telegramie, narzucił kocyk na krzyczącą istotę i wyniósł ją na pokład, żeby obserwować wejście do portu Vågen.

Powietrze od lądu najwyraźniej ją oszołomiło, bo ucichła.

I tak chwilę później młody Beniamin Grønelv z nieopisaną ulgą zszedł na ląd w Bergen w spodniach cuchnących kwaśnym mlekiem i z tobołkiem pod pachą, przypominającym zwykły bagaż. O dziwo była cicho.

Kiedy jednak znów potraktował ją z szacunkiem, przykładając do ojcowskiej piersi, natychmiast zaczęła się wydzierać. Odruchowo zarzucił ją ponownie na biodro. Stamtąd wpatrywała się we wszystko okrągłymi, poważnymi oczkami.

Wśród zwojów pieluch, najlepiej jak potrafiła, trzymała ręce i nogi wyprostowane w pozycji na lotnika. Szyja walczyła o utrzymanie głowy w górze, żeby nie tracić widoku. Od czasu do czasu opadała na pierś, żeby zaraz podnieść się z powrotem.

Musiała podążać za ruchami mężczyzny przy każdym jego obrocie. Ale najwyraźniej podobało jej się to. Była zupełnie cicho.

Taki sposób trzymania małego dziecka sprawiał wrażenie dość nieczułego. Ale był skuteczny.

*

Hanna czekała w najlepszym pokoju właściciela kwatery. Gospodarz wyjaśnił, że niepogoda na morzu opóźniła przybicie parowca z Kopenhagi.

Pierwszego wieczoru osobiście przyniósł jej gorącą czekoladę z odrobiną ubitej śmietanki.

Hanna nie miała doświadczenia z gospodarzami kwater i nie wiedziała, jak ma się zachować. Ale kiedy późnym wieczorem przyszedł ponownie, żeby zabrać kubek, obwieściła mu przez szparę w drzwiach, że kładzie się już spać.

W ten sposób Hanna nauczyła się, że w Bergen najlepiej jest spać przy zamkniętych drzwiach.

Następnego dnia zeszła do kuchni, żeby zabrać wieczorną czekoladę.

– Niech gospodarz się nie kłopocze przynoszeniem jej na górę – wyjaśniła zdumionej dziewce kuchennej.

W ten sposób ustawiła sprawy na właściwym miejscu.

On jednak zemścił się, gdy mijała jego kontuar w drodze na śniadanie.

– Ładna, młoda pani z północy w podróży? Całkiem sama?

Miał minę, jakby podejrzewał, że jest co najmniej przebranym więźniem. Albo gorszym rodzajem kobiety.

Przez chwilę poczuła się zagubiona. Stała z pochyloną głową, słuchając jego słów. Po chwili wzięła się w garść.

– Ach tak, może panny z dobrych rodzin z Bergen nie są szczególnie bywałe w świecie? Siedzą w domach i cierpią?

– Ależ skąd, proszę pani, natomiast podróżują w towarzystwie.

– Ale czy w tym mieście mamy tylu bandytów i oszustów, że kobieta nie może się po nim bezpiecznie poruszać?

– Są rzeczy, które wypada robić, i takie, których robić nie wypada – odparł oschle.

Jednak gdy opowiedziała, że czeka na doktora Beniamina Grønelva, który przypływa z Kopenhagi z niemowlęciem, gospodarz nieco zmienił podejście. Nawet własnoręcznie nalał jej kawy.

Grønelv? Czy dobrze usłyszał? Doskonale pamiętał tę wysoką, ciemnowłosą Dinę Grønelv z Reinsnes. Została wdową po Jakubie Grønelvie i wyszła za Andersa z Reinsnes, czyż nie? Zdaje się, że nawet grała na pianinie. Niespotykane! Dobrze ją pamiętał. Zastanawiał się, dlaczego już nie przyjeżdża do Bergen.

– A więc ma pan już tyle lat, że pamięta Jakuba Grønelva – rzuciła sucho Hanna.

Mężczyzna zamilkł. Wąsy opadały mu na boki, a starannie utrzymana broda poruszała się w górę i w dół po mięsistym podbródku.

– Dina Grønelv jest obecnie w Berlinie i gra na wiolonczeli. Koncertuje – poinformowała go.

Przez cały dzień była zadowolona z tego słowa: Koncertuje.

W głębi duszy Hanna wiedziała, że ta podróż ma związek nie tylko z Beniaminem i jego dzieckiem. Kiedy Anders poprosił ją, aby pojechała do Bergen, poczuła, że to szansa na zobaczenie cudów. Tak, Najwyższy ją prowadził! Tęsknota za czymś większym była bardziej dojmująca niż strach przed nieznanym.

Kiedy owdowiała i miała właśnie pochować męża pod wieńcami z bibułkowych, woskowanych kwiatów, tak jak nakazywał obyczaj w Reinsnes, usłyszała, że jest córką lapońskiej dziewki.

Gdy tylko biedny Håkon spoczął w ziemi, uznała, że najlepiej będzie napisać do Andersa. Zapytać, czy mogłaby wrócić do domu w Reinsnes i pomagać mu w składziku. A Anders odpowiedział telegramem i posłał po nią swojego człowieka.

Kiedy teściowa zmieniła zdanie i chciała ją namówić do pozostania, Hanna spojrzała jej prosto w oczy i rzekła:

– Chodzi nie tylko o to, że chcę pojechać do Reinsnes, chyba zrobię sobie wycieczkę parowcem do Bergen.

Sama nie wiedziała, skąd przyszło jej to do głowy.

Po jej wyjeździe poszły plotki, że taka z niej była wielka pani, iż każdego dnia, stojąc prawie nago za parawanem, myła wszelkie możliwe zakamarki w ciele. Nawet zimą.

Ale do Bergen pojechała.

*

Myślała o nim. Beniamin. Kim był dzisiaj? Jak wyglądał? A co będzie, jeśli go nie rozpozna?

Ostatnio widziała go, kiedy była jeszcze młodą dziewczyną, która właśnie zaczęła rozumieć, że chociaż wyrośli razem i czytali te same podręczniki, nie są sobie równi.

Anders powiedział, że Beniamin wyuczył się już na doktora. Wiedział, jak leczyć wszelkie możliwe plagi i bóle.

Hanna nie była osobą, której łatwo było zaimponować. Ale to, że ten Beniamin, którego kiedyś znała, dokonał takich rzeczy, stanowiło naprawdę wielką sprawę.

Jej własne zajęcia były przy tym niczym.

Pewnego dnia pięć lat wcześniej do Reinsnes przyjechał młody rybak i z jej powodu już tam utknął, chociaż pogoda była doskonała. Po raz pierwszy przeżyła coś takiego.

Pojechała z nim dobrowolnie na Lofoty i zamieszkała między obcymi ludźmi. Ślub odbył się w ogromnym, skutym lodem, prawie pustym drewnianym kościółku. Suknia ślubna, którą sobie uszyła, wydawała jej się dziwnie obca, podobnie jak ona sama.

Nawet pastor nie został zaproszony potem na skromną zupę na mięsie.

Od tamtej pory za każdym razem, gdy widziała mięsną zupę, czuła się nieprzyjemnie. Również wtedy nie zdołała wmusić w siebie zbyt wielu łyżek.

Nikt i nic nie mogło odebrać jej wychowania, jakie otrzymała w Reinsnes. Jadła nożem i widelcem w sposób równie oczywisty, w jaki kobiety na Lofotach zaplatały sobie włosy. Zasiadała do stołu razem z wielebnym i świętowała Boże Narodzenie z rodziną referendarza.

Z tym, że rodzina jej męża nie miała ani sklepiku, ani żyrandola pod sufitem, łatwo było się pogodzić. Ale nie znalazła nawet jednej półki, na której mogłaby ustawić swoje nieliczne książki.

Nie robiła z tego większego problemu, włożyła po prostu książki do szuflady w komodzie i wyjmowała je, kiedy nadarzała się okazja. Wtedy słyszała, że marnuje cenny czas, który można by wykorzystać na pracę.

– Nie tylko ramiona potrzebują pracy. Głowa również! – odpowiadała z uporem.

A musieli przyznać, że pracować to potrafiła.

Zdarzało się, że teściowa prosiła ją o zrobienie czegoś, co już zdążyła wykonać. Wtedy Hanna nie odpowiadała słowami. Wskazywała palcem. Jeśli teściowa tego nie zauważyła i z braku odpowiedzi wydawała polecenie ponownie, wtedy Hanna nie używała już palca do wskazania. Siadała.

W ten sposób każdy w pomieszczeniu musiał zauważyć, jak rzadko można było ujrzeć Hannę siedzącą w jednym miejscu.

W Storvågar nie widywano kobiet czytających książkę ustawioną na parapecie okiennym podczas wyrabiania ciasta na chleb. W słoneczne dni można było zobaczyć Hannę idącą przez Vaeret z otwartą książką w jednej dłoni i torbą na zakupy w drugiej. Nie oznaczało to wcale, że Hanna idzie bez celu. Ależ skąd! Wypowiadania się również nauczyła się w Reinsnes. Jeśli była w dobrym nastroju, słowa pełne wnikliwości płynęły z jej ust z wielką mocą. Na przykład w opowieści o tym, jak przystrajano łodzie i siebie na wyjazd do kościoła. Jeśli pochodziło się z Reinsnes. Albo w jaki sposób należy gotować rybę.

Jak sięgnąć pamięcią, nikt nigdy nie próbował uczyć kobiet w Storvågar, jak gotować tarlaki dorsza!

Teściowa gotowała wszystko w jednym garnku: ikrę, wątróbki i ryby. W ten sposób robiło się to w jej rodzinach od pokoleń. Oszczędzając przy tym na drewnie.

Hanna gotowała to wszystko osobno, po czym przed podaniem na stół owijała rybę i ikrę w białą ściereczkę. W ten sposób prosty, codzienny obiad przysparzał sporej ilości prania. To było nie do pomyślenia.

Kiedy została napomniana, opowiedziała z zuchwałością, jak to referendarz Holm życzył sobie mieć podawaną rybę. Musiał dostać własny rondel wątróbek, gotowanych z siekaną cebulą. A Anders z Reinsnes chciał mieć osobny talerz na ikrę, bo nie lubił, jak podpływała mu wywarem z ryby. Miała być ciepła i sucha. Podana tylko z masłem i cienkimi plackami.

Pierwszej wiosny zapytała, gdzie jest ogródek przydomowy i grządki z ziołami. Chciała wysiać nasiona, które dała jej Stine. Teściowa prychnęła, ale Hanna włożyła kamasze, chwyciła łopatę i zaczęła kopać. Jej mąż uznał, że to nie wypada, więc sam wziął się do roboty, a potem jeszcze zbudował płot, żeby utrudnić dostęp owcom.

W połowie lata dookoła popłynęły zapachy Stine. Nadbrzeżne skały, łajno i płycizny pełne wodorostów miały teraz poważną konkurencję.

Teściowa poddała się. Ale nie wspominała o tym ani słowem. Tylko w miejscowym kole kobiet, gdzie mogła porozmawiać z rozsądnymi ludźmi, zdarzało jej się napomknąć o „zielsku tej Hanny”.

Dziwnym trafem już następnej wiosny dwie kolejne baby zaczęły grzebać w jałowej ziemi między krzakami porzeczek a oborą i żebrać o nasiona u Hanny. W pełni lata z wielką przyjemnością porównywały swoje grządki.

Zgadzały się, że nie ma z tego pożytku. Ale z geranium stojących na parapetach okien też niewiele go było.

*

Hanna na tyle rozeznała się w Bergen, że załatwiła wszystkie sprawunki, które miała zanotowane na liście. Odwiedziła nawet jednego z kontrahentów Andersa i poprosiła, aby rachunek za tegoroczną wysyłkę lin i narzędzi został podzielony i przysłany do zapłaty w trzech ratach.

Ponieważ nie była świadoma, że to porażka, wykonała zadanie z pewnością siebie i oczywistością niezbędną do uzyskania zgody.

Miała też do załatwienia sprawę dużo ważniejszą od innych. Stine i ona odłożyły pieniądze na zakup maszyny do szycia. Teraz wreszcie była okazja.

Sprzedawca pozwolił jej wszystkie wypróbować. Mimo że był mężczyzną, również zajmował się szyciem. Najwyraźniej tak robiło się tutaj w Bergen. Przez cały czas opowiadał o wspaniałych możliwościach kolejnych maszyn, aż trudno było zebrać myśli. W końcu jednak doszli wspólnie do wniosku, że najwłaściwszym rozwiązaniem będzie opatrzony stemplem prawdziwy patentowy Hamilton z podwójnym ściegiem.

Pudło musi być bardzo solidne, mówiła Hanna, wyjaśniając, jak daleką podróż odbędzie maszyna. Poza tym będzie musiał posłać chłopaka do jej kwatery, żeby przyniósł maszynę.

Z tym nie będzie problemu, jeśli zamierza zapłacić gotówką.

W pierwszej chwili trudno jej było pojąć, dlaczego maszyna do szycia, za którą zapłacono gotówką, miałaby być lżejsza do wzięcia pod pachę niż kupiona na kredyt. Ale to najwyraźniej była kolejna sprawa, która tutaj przedstawiała się inaczej niż tam, skąd pochodziła.

Widziała maszyny do szycia na sprzedaż w innych miejscach. Ten zarozumiały mężczyzna sprawił, że poczuła się nieswojo. Wyprostowała się jednak z godnością i rzekła, że zapłaci gotówką, o ile dostanie pięć procent rabatu, a chłopak zawiezie maszynę bezpośrednio na parowiec w dniu jej wyjazdu.

Mężczyzna przez chwilę przewracał wzniesionymi w górę oczami. Jakby coś cicho przeliczał. Potem łaskawie skinął głową.

Radowało ją, że nie wyglądał na w pełni usatysfakcjonowanego.

Rozdział

drugi

Drobna, ciemno odziana postać wsunęła się przez drzwi. Lekko tanecznym krokiem. A ciemne oczy w kształcie migdałów spojrzały wprost na niego.

Beniamin stał przy kontuarze w kwaterze z zawiniątkiem pod pachą.

– Hanno! – zawołał.

I jakby to była zabawa z dzieciństwa, a oni nieprzerwanie widywali się codziennie od tamtych czasów, odparła niemal posępnie:

– Pomyślałam sobie, że przyjadę, już trudno.

Czuł jeszcze w ciele długą podróż morską. Otoczony przez skrzynie i kufry czuł się dziwnie obojętnie i obco.

Ona przemyślała sobie zawczasu, co zamierza powiedzieć. On był nieprzygotowany. Kiedy byli dziećmi, takie chwile zazwyczaj wprawiały go we wściekłość, która kończyła się ciągnięciem jej za warkocze.

Teraz czuł ulgę. Radość. Że to właśnie ona przyjechała.

Nie zmieniła się zanadto. Nie na pierwszy rzut oka. A jednak wydawała się jakaś inna. Coś było w jej postawie. Sposobie noszenia głowy. W ustach. Zajadły upór. Tak jakby od czasu ich ostatniego spotkania nigdy się nie śmiała.

Ale ciągle była złocista. Zapomniał już, jak złocista jest Hanna.

Na swój sposób zobaczył ją po raz pierwszy. W Reinsnes po prostu była jego częścią. Jak wszystko inne.

Jednak chyba najbardziej zmienił się on sam.

– Ach tak, po prostu sobie przyjechałaś – zaśmiał się i bezwiednie zmienił język.

Nie odpowiedziała uśmiechem. Podeszła po prostu bliżej, wyciągając do niego dłoń.

Wrzask dzieciaka brzmiał tak, jakby ktoś ukłuł go grubą igłą do cerowania. Przełożył dziewczynkę przez biodro, wolnym ramieniem przyciągając Hannę do siebie.

Przez chwilę opierał czoło na jej czole, wstydząc się nieco swojego wzruszenia.

Mężczyzna za kontuarem wpatrywał się w nich.

– Z tego, co słyszę, jest pełna sił i zdrowia – rzekła.

– Ma więcej siły niż jej ojciec – przyznał.

Spokojnie wzięła dziecko w objęcia.

Zrobiło mu się nagle tak lekko. Prawie upadł. Musiał oprzeć się o Hannę, żeby złapać równowagę.

– Żeby małe stworzenie mogło się wydawać tak ciężkie – powiedział z zakłopotaniem.

– Jak ma na imię?

– Karna.

Hanna przyglądała się drobnej buzi.

– Karna? Dlaczego nie? Oline zapewne jakoś się przyzwyczai.

*

Spał prawie całą dobę. Obudził się o zachodzie słońca, gdy zaglądało przez otwarte okno. Odczuwał koszmarny niepokój. Ta cisza!

Jeszcze zanim otworzył oczy, zaczął szukać po omacku zawiniątka.

– Karna!

Na dźwięk własnego głosu przypomniał sobie wszystko. Opadł na poduszkę i wyciągnął całe ciało. Zamknął oczy i westchnął z ulgą.

Hanna z nim była.

*

Do wyruszenia parowca na północ zostały jeszcze trzy dni.

Beniamin chciał kupić coś, co zobaczył w Kopenhadze. Rodzaj kosza na kółkach, okrytego budką.

Hanna była zdania, że coś takiego nie przyda się w Reinsnes. Ale kiedy już zdobyli ten cud i pchała go przed sobą po brukowanej ulicy, coś poruszyło się wokół jej ust. Tak jakby cień uśmiechu.

– To okropny zbytek. Ale miły – dodała.

To, że dzieciak nie miał w zasadzie żadnej innej odzieży niż podniszczone łachmany, zdobyte gdzieś przez babkę Karny, niespecjalnie martwiło Beniamina.

Ale tutaj Hanna miała inne zdanie.

– Zamierzasz przyjechać do domu z dziewczynką zawiniętą w szmaty?

Skończyło się na tym, że poszli do eleganckiego sklepu tekstylnego i kupili rzeczy dla małej Karny za sumę większą, niż Beniamin był w stanie zapłacić. Ale Hanna dostała od Andersa pieniądze na wydatki w podróży.

Dziewczyna sprzedająca w sklepie wzięła ich za parę z pierwszym dzieckiem. Nie zaprzeczali. Później nie wspomnieli już o tym w rozmowach.

W drodze do kwatery Hanna znów pochyliła się nad wózkiem.

– Popatrz tylko, teraz wyglądasz porządnie! – rzekła, poprawiając koronkowy czepek Karny. – Ma niezwykłe oczy. Na pewno to zauważyłeś? Gdyby nie to, że to niemożliwe, powiedziałabym, że podobna jest do Tomasza.

Poczuł, że czerwieni się aż po korzonki włosów. Ale Hanna nie patrzyła na niego. Wpatrywała się prosto w szeroko otwarte oczka Karny, jedno niebieskie, drugie piwne.

– No cóż, najwyraźniej dobrze widzi tymi swoimi osobliwymi oczami.

– Pada! – rzekł Beniamin, ruszając z miejsca.

Wieczorem, przed położeniem się spać, chciał zajrzeć do Karny. Zapukał i usłyszał w odpowiedzi pełne wahania „proszę”.

Hanna siedziała na łóżku z dzieckiem w objęciach. U góry, ponad spódnicą, miała na sobie tylko bieliznę.

– Podaj mi bluzkę! – poprosiła, nie patrząc na niego.

Schwycił bluzkę leżącą na krześle. Zauważył, że dłonie mu drżą. Nic nie było tak, jak powinno. Nie byli już dziećmi, mogącymi pokazywać się sobie półnago.

Przebłysk dzieciństwa wślizgnął się nagle między nich. Wspomnienie zabaw, o których nikt nie mógł wiedzieć.

Szybko podał jej bluzkę, starając się zanadto nie zbliżać dłoni. Odłożyła śpiącą dziewczynkę na łóżko i się ubrała. Usiłował patrzeć gdzieś w drugą stronę, ale nie był w stanie.

– Zapomniałem już, jaką masz złocistą skórę – powiedział bezradnie.

Kiedy skończyła zapinanie, wstała i odłożyła dziecko do wózka. Śledził oczami jej ruchy. Lekkie poruszenia. Spracowane dłonie, niepasujące do tak wąskiej talii i delikatnych pleców.

Stała pochylona nad wózkiem. Krągłość bioder. Talia. Przełknął ślinę. To go wzruszało, chyba o to chodziło?

Z pozornym zaaferowaniem złożyła kilka małych ubranek i dokładniej okryła dziecko kołdrą.

Poczuł, że robi się ciężki. Trzeba było teraz kontrolować oddech.

Jakby zdawała sobie sprawę z tego, że ją obserwuje, odwróciła się w jego stronę i wyprostowała.

– Usiądź – rzekła dziwnie bezbarwnym głosem.

Usiedli każde na swoim krześle. Oglądał w skupieniu własne dłonie. Po chwili odchrząknął i powiedział:

– Dziękuję, że wyjechałaś nam na spotkanie!

Jej rzęsy trzepotały. Potem przypłynęły słowa. Szybkie i śmiałe.

– Telegrafowałeś przecież z wiadomością o osieroconym dziecku. Ale w Reinsnes nawet nie wiedzieliśmy, że jesteś żonaty.

– Nie?

– Matka, czy ona...?

– Nie żyje.

Zabrzmiało pusto. Jakby kłamał.

– Odumarła tak małe dziecko...? Jak to...?

– Nie pytaj... Nie teraz...

Skurczyła się nieco w sobie. Potem uniosła podbródek. Rozpoznał ten ruch. Czuła się dotknięta.

Pochylił się w jej stronę.

– Hanno?

– Tak?

– Chciałbym spać tutaj z tobą...

Kiedy potrząsając głową, podniosła na niego wzrok, cała jej twarz była stężała, prawie brzydka.

– Wybacz mi! Ja... mój Boże, nie mamy już przecież dziesięciu lat. Wybacz mi! – poprosił.

Cisza. Nie wiedział, co ma z nią zrobić. Wetknęła dłonie w szerokie rękawy bluzki i objęła się ramionami, jakby marzła.

– Czy chcesz się położyć... od razu? – wybąkał.

– Nie muszę.

Siedziała z wyprostowanymi plecami i ściśniętymi kolanami.

Dziecko w wózku zakwiliło. Zajrzał do niego i zakołysał wózkiem. Posłał Hannie ostrożny uśmiech, którego nie odwzajemniła.

– Opowiedz mi o tym, za którego wyszłaś za mąż – poprosił, siadając.

– Jego też już nie ma – odparła krótko.

Zrozumiał, że to coś w rodzaju rewanżu.

– Mam jechać do domu w Reinsnes, a nic nie wiem. Nawet o tobie?

Zawahała się przez chwilę. Z zainteresowaniem obserwowała dziurkę w kapie na łóżku. Jej palec wskazujący zakreślał wokół niej kolejne kółka.

– Håkon był rybakiem. Nie miał własnej łodzi. Prowadził małe gospodarstwo. Dwie krowy, osiem owiec. Był dobry... I tak się to skończyło. Ślubem. Urodziło nam się dziecko, chłopiec. Nadaliśmy mu imię po dziadku ze strony jego ojca, który nie wrócił z morza. Isak. Miał rok, kiedy Håkon również utonął. W tej rodzinie tak się dzieje. Z mężczyznami. Toną.

– Isak? Ile lat ma teraz?

– Trzy. Chodzi wszędzie z Tomaszem i grzebie w ziemi. Może uniknie utonięcia.

Zamilkła nieco zakłopotana. Niecodziennie mówiła tak wiele o sobie i swoich sprawach.

– A ona... twoja żona?

– Nie byliśmy małżeństwem – odparł krótko.

– Bez ślubu?

– Tak.

– Niech Bóg się zlituje!

Obydwiema dłońmi przetarła twarz, przesuwając je mocno aż po nasadę włosów, kołysząc się przy tym tam i z powrotem.

– Dziecko! Musisz poprosić, żeby pastor się za nią modlił, Beniaminie!

Skinął głową. Kopenhaga nie była miejscem, gdzie snułby tego rodzaju myśli. Ale może tak byłoby najlepiej.

*

Parowiec „Michael Krohn” wpłynął do przystani.

Na wzgórzu flagowym mocno wiało. Flaga była wciągnięta. Wiatr od lądu utrzymywał gęstą mgłę nad morzem, więc widok na nabrzeże był dobry. Dwie przystanie z zadaszonymi cumowniami i sklepik nie miały już tak żywego, czerwonego koloru, jaki pozostał w jego pamięci. Deski szczytowe dachów i okna wykuszy wyłaniały się z szarości od strony południowego zachodu. Drzwi były zamknięte.

Na końcu jarzębinowej alei królował ogromny budynek główny w tonacji zaśniedziałej zieleni, otoczony z obydwu stron białymi i czerwonymi mniejszymi zabudowaniami. Dookoła rozpościerało się podwórko niczym plansza do gry z rozstawionymi porządnie pionkami. Pośrodku górowała zadaszona studnia i gołębnik. Szary łupkowy dach głównego domu i połyskujący rząd okien odbijały słabe światło, a kryty ziemią dach izby czeladnej nadawał jej wygląd zroszonego trawiastego kopczyka. Oficyna w kolorze ochry z przeszkloną werandą zwróconą w stronę morza przełamywała uporządkowany szereg bieli i czerwieni.

Ponad tym barwy jesieni unosiły krajobraz w stronę gór. Jarzębinowa aleja stała w złocie, przetykanym krwistoczerwonymi owocami. W ogrodzie rozgościły się wszelkie możliwe odcienie żółci i zieleni. Między drzewami dostrzegł zarys ośmiokątnej altany.

Z komina nad kuchnią unosił się dym, a dzwon w zewnętrznej spiżarni wzywał już na posiłek. A zatem spodziewano się go.

To oczywiste, że cieszył się na tę chwilę. Krążył po Kopenhadze, wyobrażając sobie to miejsce. Takie, jak je zapamiętał.

A jednak to było dla niego zbyt wiele. Musiał odwrócić wzrok i zasłonić twarz dłońmi.

Ale im bardziej się zbliżał, tym mniej białe i czerwone stawały się zabudowania. Dach na przystani Andreasa wyglądał na podniszczony. Jesień wydawała się jakoś wyraźniejsza tutaj na lądzie. Zieleń przepleciona była żółcią i brązem.

Na swój sposób wszystko stawało się wskutek tego łatwiejsze. Że rzeczywistość zabiła marzenia. Dzięki temu dorosły mężczyzna nie musiał płakać.

*

To Tomasz wypłynął im na spotkanie łódką.

Był na to przygotowany. Siedzieli naprzeciwko siebie, wymieniając uwagi o podróży, wietrze i pogodzie.

Tomasz nie zadawał pytań wymagających trudnych odpowiedzi. Jeśli chodzi o dziecko, przyjął je tak, jakby stanowiło część bagażu, może nieco bardziej kruchą. To, że gdzieś mogła przebywać jakaś matka, leżało najwyraźniej poza kręgiem jego zainteresowania.

Obecność Hanny skłoniła go do powiedzenia „dzień dobry” i „witaj w domu”, ale to było wszystko. Jego uwaga skupiona była na bagażach i sprawie czysto praktycznej: wiosłowaniu.

Beniamin zapomniał już, jak to jest z Tomaszem. Mężczyzna i łódź. Praca. Pożytek z rąk. Ta milcząca duma.

On sam w rodzinnych stronach nie sprawdził się zbytnio w męskiej roli. Jego wieloletnie wygnanie po to, żeby zostać lekarzem, tu w domu traktowane było chyba jako nieróbstwo. A to, że mężczyźni, spotykając doktora, musieli uchylać czapki, wystarczało, żeby otoczyła go niechęć.

*

Spracowane ręce Tomasza mocno trzymające wiosła. Pełne otwartych ranek i spękań. Oczy, które już tak długo mrużyły się przed blaskiem słońca i śniegu, że zmarszczki wokół nich wyglądały jak białe rozpadliny. W samodziałowej kurtce brakowało guzika. Zamiast niego użył jako zapięcia gwoździa. Rozczochrana, rudobiała grzywa powiewała swobodnie na wietrze. Niebieskobrązowe oczy patrzyły wprost na niego. Ale niczego nie zdradzały.

Kiedy kilka tygodni temu powiedziała mu, że Tomasz jest jego ojcem, zapytał: – Dlaczego Tomasz?

A ona odpowiedziała mu pytaniem: – Dlaczego Karna?

Teraz jej słowa unosiły się na ostrych grzbietach szarawych fal.

*

Nikt nie skomentował faktu, że Karna miała jedno oko piwne, a drugie niebieskie. Nawet Oline.

Czy to oznaczało, że wszystko wiedzieli, tylko nikt o tym nie mówił głośno? Czy raczej nie poświęcano szczególnej uwagi tym śladom aż nadto widocznym?

Ale dziecko zostało przyjęte jak bezcenny skarb. A okryty budką koszyk na kółkach? Czy ktokolwiek tu w całym swoim życiu widział coś tak godnego zachwytu? Głaskali kocyk z różowej satyny. Podnosili i opuszczali budkę. Kołysali i wozili.

Mały Isak wykazywał umiarkowane zainteresowanie. Do tej pory miał tylko dla siebie obszerne kolana Oline i pozostałych kobiet. Teraz musiał zadowolić się twardymi, męskimi udami i oparami fajki nad głową.

Za to Karna podawana była z rąk do rąk. Podziwiana i uważnie oglądana, ważona na wadze kuchennej i mierzona, a wszystko było zapisywane.

Kobiety potrząsały głowami ze zgrozy, że on, doktor i ojciec, do tej pory tego nie zrobił. Żeby mogły ustalić, czy w czasie tej długiej podróży dostała dostatecznie dużo pokarmu. Czy miała biegunkę? Kaszel? Wysypkę? Żółtaczkę? A może coś gorszego?

Kiedy Oline dowiedziała się, że nie ochrzcił jej nawet przed wyruszeniem w daleką morską podróż, uderzyła w płacz.

Zaraz potem kazano mu przynieść z wielkiej sypialni Biblię Diny i porcelanowy półmisek. Anders zmuszony został do zdjęcia roboczego kaftana i nałożenia odświętnej koszuli. Trzeba było zorganizować chrzest domowy, żeby uchronić dziewczynkę przed wszelkim złem, jakie mogło jej się przytrafić.

Jednak Oline wcale nie była taka pewna, czy to wystarczy i czy jednak nie nadejdzie kara boska. Beniamin musiał przysiąc, że dziecko zostanie ochrzczone również w kościele. A Hanna miała je ponieść do chrztu.

Rozdział

trzeci

W roku, który nastąpił po przybyciu Karny i Beniamina do Reinsnes, zdarzyły się niespotykane połowy śledzia pełnego. Anders nazywał dziewczynkę swoim śledziowym skarbem i miał nadzieję, że tak już zostanie. Przynajmniej przez kilka lat, tak żeby zdążył spłacić choć trochę długu u kupców z Bergen.

Ale już w kolejnym roku nastała posucha. A kiedy zapisywali rok tysiąc osiemset siedemdziesiąty piąty, morze było czarne niczym smoła. Ani śladu śledzia. Trzy włóki śledziowe przez większość czasu wisiały na drągach i nawet nie zostały spłacone. Żeby jeszcze można je było sprzedać. Ale kto kupował włóki, kiedy brakowało śledzia?

*

Wtedy pojawił się młody człowiek z wysuniętej na północ szkierowej osady na wyspie Senja. Podpisywał się jako W. Olaisen i doskonale tańczył. Nawet córki najbardziej pobożnych gospodarzy porywał do tanów.

Przez mniej więcej rok pracował jako ekspedytor obsługujący ruch parowca w porcie w Strandstedet. Teraz zaczął powoli skupować skaliste ziemie wzdłuż brzegów cieśniny, bo zamierzał zająć się suszeniem sztokfisza.

Mężczyzna był o wiele za młody i zbyt piękny, aby ludzie uwierzyli, że nadaje się do czegoś innego niż przyjmowanie w porcie parowca. Chłopy uważały, że w miarę nieźle radzi sobie z wiosłowaniem, ale już gorzej z wyciąganiem ciężkich ładunków. Poza tym ubierał się elegancko na co dzień. Przez pewien czas podśmiewywali się nieco z żółtodzioba. Jakby to miało być takie łatwe? Po prostu przyjechać sobie z jakiejś zapadłej wyspy na zachodzie i się tutaj osiedlić.

Ale sprzedawali mu swoje skały za kilka marnych koron. I rozmawiali podejrzliwie o tym, skąd ma pieniądze.

Pewnego dnia przyjechał do Andersa z zamiarem zakupienia nadbrzeżnych skał. Tak, mógł również niedrogo kupić włóki śledziowe, jeśli Anders zamierzał się ich pozbyć. O ile będzie mógł również wziąć skały?

Anders, który już od dawna czuł się zmęczony i na wpół ślepy, przystał na to z ochotą. Bo planów, jakie snuł w związku ze skałami w Strandstedet, nie udało mu się zrealizować.

Wilfred Olaisen zakupił i skały, i włóki za cenę, z której obaj byli w miarę zadowoleni.

*

Beniamin słyszał o tej transakcji. Ale nie widział żadnego powodu, aby wątpić w to, że Anders postępuje właściwie.

Sam nie miał nawet dość skrupulatności, aby żądać zapłaty za proszki, opatrunki i jodynę. Ale Anders był zdania, że uprzejmość musi mieć swoje granice, inaczej sprawy przestaną iść do przodu.

Nie wspomniał natomiast, że Beniamin nie miał w sobie szczególnie dużo tego talentu do prowadzenia interesów, jakim była obdarzona Dina. W ogóle nie wymawiał imienia Diny, o ile ktoś go o nią nie zapytał.

A wtedy odpowiadał krótko: Dziękuję, ma się dobrze! Wspominała, że być może latem wybierze się do domu.

Kolejne lata nadchodziły i przemijały. Od dawna nikt już nie zadawał pytań.

*

Stary referendarz, jak nazywali go ludzie, siedział w Fagerness i polerował swoje strzelby. Nadal był krzykliwym człowiekiem. Szczególnie odkąd zrobił się już poważnie przygłuchy.

Nie był niemiły ani niebezpieczny. Po prostu nie udawało się prowadzić z nim rozmowy. I w sumie nigdy nie było to możliwe, myślał sobie Beniamin. Dziadek ze strony matki był w jego wspomnieniach grzmiącą uciążliwością, obecną przy wszystkich świętach i innych ważnych okazjach w jego dzieciństwie.

Kiedy Dagny i referendarz przybyli do Reinsnes, żeby obejrzeć świeżo upieczonego doktora i małą Karnę, Beniamin miał okazję przekonać się, że dziadek mówi jeszcze głośniej i ma jeszcze bardziej szorstkie obyczaje niż dawniej.

Oczywiście, był już starym człowiekiem, nie do końca obecnym w rzeczywistym świecie. Ale ciągle nosił się prosto, był wielki, krzepki i z daleka pachniał cygarem. I za każdym razem, gdy widział Andersa, polecał mu, aby ten przywiózł Dinę z Berlina. Było to kłopotliwe, nie tylko dla Andersa, ale dla wszystkich obecnych.

Innym przykazaniem, jakie zawsze miał w zanadrzu dla Andersa, była konieczność rozbudowy głównego domu i dodanie porządnej, przeszklonej werandy od strony morza. Tak duże gospodarstwo powinno mieć oprócz szklanej werandy w oficynie, gdzie mieszkała służba, również dwukrotnie większą w domu głównym. Bez tego wyglądało biednie, jego zdaniem.

Anders niespecjalnie przejmował się przeszklonymi werandami.

Beniamin uznał za swój obowiązek pośpieszyć z pomocą i powiedział, że główny budynek ma swoją niepowtarzalną architekturę, która tylko zostałaby zniszczona przez szklaną klatkę.

– Bzdura! – krzyknął referendarz, dodając, że ci z Danii nie mają pojęcia, czego potrzeba ludziom tu na północy.

– Tylko poczekajcie, aż będziecie starzy i zależni od tego, żeby w cieple i suchości popatrzeć sobie na morze. Wtedy zatęsknicie za werandą. No cóż, Dina, ona się na tym znała!

Kiedy mówił o Dinie, miał taki tonu głosu, jakby wspominał umarłego.

Beniamin przypomniał mu, że Dina również nie uznała za konieczne, aby do głównego domu dobudować werandę.

– Bzdura! – ryknął referendarz – po prostu nie zdążyła!

Wtedy Anders bardzo zdecydowanie zabrał głos, prosząc obecnych o częstowanie się wszystkim, co stoi na stole, zanim znikną półmiski. I jak zawsze, kiedy Anders uznawał za konieczne odezwać się w obecności referendarza, jego słowa pełne były cichego autorytetu.

I wszyscy zajęli się innymi tematami. Referendarz również.

Dagny trzymała się Beniamina i nalegała, żeby koniecznie przyjechał do Fagerness.

Wymówił się tym, iż tak dużo podróżował służbowo, że kiedy zawijał w końcu do własnej przystani, chciał pozostać w domu jak najdłużej.

Dagny dotknęła go. Długo przytrzymywała jego rękę. Zawsze tak robiła. Wobec wszystkich innych osób w rodzinie była chłodna i poprawna.

Od chwili, gdy synowie zaczęli dawać sobie radę bez niej, co drugie lato jeździła do swojej rodziny w Bergen. Żeby trochę nadążać za światem, jak mawiała.

Beniamin pamiętał ją z czasów, gdy był małym chłopcem. Rozkoszną, tajemną tęsknotę, z której nigdy nikomu się nie zwierzył. Pochylił się bliżej w jej stronę i mówił cichym głosem, rejestrując jednocześnie, że to jej się podoba.

Kiedy tak siedzieli przy stole, pomyślał sobie: Nie może się doczekać, kiedy jej mąż umrze. I nie przyszło mu do głowy, by ją z tego powodu oskarżać. Odkąd sięgnął pamięcią, referendarz chorował na serce. Ale poza tym zdrowie miał żelazne.

Kiedy później wspomniał o tym Andersowi, uzyskał wyjaśnienie.

– Samo serce to on ma w porządku, gorzej z tym, co w sercu. Dlatego ciągle trzyma się przy życiu.

*

Referendarz Holm musiał poddać się następnej wiosny. Jego serce zatrzymało się pewnego dnia, gdy siedział w żaglowej łodzi w drodze na targ.

I teraz nie grzmiał już więcej na temat tej córki, co to nigdy nie dawała znaku życia.

W tej kwestii zawsze można było na niego liczyć. Podczas ostatnich świąt Bożego Narodzenia, kiedy bez muzyki obchodzili dookoła drzewko, gwałtownymi słowami i ze łzami w oczach nakazał Andersowi, aby przywiózł Dinę do domu.

Anders jak zwykle zniósł to bez podejmowania tematu.

Ale teraz miał już nastać w tej sprawie spokój.

*

Beniamin napisał do Diny z wiadomością o śmierci referendarza. Opowiedział o Reinsnes, o Andersie i pozostałych, o Karnie i o sobie. O planach, żeby wynająć coś w Strandstedet i stamtąd prowadzić praktykę. Wielu ludzi potrzebowało doktora, ale mało kto miał pieniądze, żeby za niego zapłacić. Za to subiekci i rzemieślnicy mnożyli się jak grzyby po deszczu. W sklepiku w Reinsnes brakowało i ludzi, i towarów. Więc Hanna wyjechała do Strandstedet, żeby zająć się szyciem.

*

Napisał również do Aksela. Zaadresował list do jego rodziców w Danii. List utrzymany był w lekkim, beztroskim tonie i zawierał zaproszenie do Reinsnes w dowolnym czasie.

Aksel odpisał z Berlina i wspominał, że podjął próbę rozwinięcia prywatnej praktyki. Nie było to łatwe. Najchętniej pracowałby w szpitalu. Żeby ciągle się uczyć. Ale to było trudne. Nie miał przecież charakteru Beniamina. No i musiał najpierw dobrze nauczyć się języka.

Jakby Dina była zaledwie wspólną znajomą, napisał, że wynajmowała duże mieszkanie w dobrej dzielnicy. On sam mieszkał w małym pokoiku w pobliskim pensjonacie.

W odruchu bezsensownej zazdrości Beniamin odrzucił od siebie do połowy przeczytany list.

Jego własna matka żyła z jego najlepszym przyjacielem, niewiele starszym od niego. Co najmniej piętnaście lat różnicy. I co gorsza: pozostawiła Akselowi powiadomienie go o tym. Nieszczególnie pięknie.

Cóż, do diabła, się stanie, kiedy będzie miała go dosyć? Albo jeszcze gorzej: co się zdarzy, jeśli to on będzie miał dosyć jej?

Ponownie wziął do ręki list.

Aksel mówił, że przynajmniej mieszkali osobno. A więc nie był to wielki, publiczny skandal.

Z obawy, że list od Aksela mógłby wpaść w ręce Andersa, wrzucił go do pieca. Patrzył na pożerany płomieniami papier i zaraz potem usiadł, żeby odpowiedzieć.

Powstało śmieszne ostrzeżenie przed życiem w niewierności i cudzołóstwem.

Kiedy przeczytał swój list, zmiął go w małą, twardą kulkę, która pozostawiła na jego dłoni plamy z atramentu. Kurwa, on akurat nie był chyba właściwą osobą do prawienia morałów Akselowi. On?

Po kilku dniach napisał do Aksela nowy list, utrzymany w takim tonie, jakby obaj nadal byli studentami. Pozbawionymi innych smutków niż te, które sami sobie ściągnęli na głowę.

Poprosił, aby pozdrowił Dinę. Jeśli ją spotka.

Rozdział

czwarty

Kantorek był brudny i nadgryziony zębem czasu. Pachniał tytoniem, papierami i lakiem do pieczęci. Nikt nie mógł im tu przeszkodzić. Składzik był pusty. Tylko kilka pokrytych kurzem, przestarzałych towarów, poupychanych na półkach i w szufladach. Rzeczy, które nadawały się do przechowywania. Może przydadzą się w gospodarstwie. Smołowany sznur i wyciory do fajek. Szklane klosze do lamp i spłowiałe od słońca bele ceraty.

Anders przez kilka dni przygotowywał się do tego, co chciał powiedzieć. Siedzieli teraz z Beniaminem naprzeciwko siebie, każdy ze swoją szklaneczką rumu w dłoni.

Chodzi o napiętą sytuację finansową, zaczął z dobrodusznym uśmiechem.

Jeśli dobrze zrozumiał, Beniamin zamierzał zabrać Karnę i wynająć sobie coś w Strandstedet, zatrudniając gosposię? Zmuszony był powiedzieć, co o tym myśli. Bo tych wydatków nie da się obronić.

Beniamin nie był pewien, jak ma to przyjąć. W końcu nie był już małym chłopcem, którego można było przywoływać do porządku według własnego widzimisię.

Tak, to prawda, myślał o otwarciu praktyki w Strandstedet. Rozmawiał o tym z lekarzem okręgowym. Było zapotrzebowanie na jeszcze jednego doktora. Bez wątpienia.

Anders nie miał żadnych wątpliwości, że doktorska posługa Beniamina była bardzo potrzebna. Zauważył przecież, że cieszy się uznaniem i szacunkiem. To wszystko bardzo pięknie. Ale niespecjalnie da się z tego żyć, jeśli nie będzie żądał zapłaty za swoją pracę.

No cóż, Anders nazwał to wprost: Czuł się jak zarządca majątku, który nikogo poza nim nie obchodził.

Jak na Andersa, była to niezwykle bezpośrednia wypowiedź.

Zważywszy że zza drugiej strony stołu nie usłyszał żadnego sprzeciwu, kontynuował najdłuższe przemówienie, jakie wygłosił od czasu spuszczenia lania rybakom na Lofotach po tym, jak postanowili ukarać Beniamina.

Śledź pełny znowu zniknął. Już od roku sześćdziesiątego czwartego między rybakami a gospodarzami niemożliwa stała się praktykowana do tej pory wymiana handlowa w towarze. Rybacy chcieli dostawać zapłatę do ręki i w brzęczących monetach. W przeciwnym wypadku ryba wędrowała do innego kupującego. A pieniędzy już od dawna nie używali w składzie w Reinsnes. Nie, one trafiały raczej gdzie indziej.

Tymczasem Anders musiał wypłacać zaliczki jeszcze przed sprzedażą ryby! Osobiście odpowiadał za jakość towaru. W Bergen ryby uszkodzone i odpady zamieniały się w jego stratę.

No i do tego te cholerne parowce! Zabierały wszelki transport, a w dodatku kursowały jak w zegarku niezależnie od pogody!

Wszędzie dookoła osiedlali się sklepikarze. W Strandstedet, wzdłuż cieśniny i na wyspach. Każdy, kto chciał, mógł zająć się handlem. Gdyby w Reinsnes nie było tak płytko, to zapewne on ze swoją zasraną ślepotą postawiłby wszystko na jedną kartę. Kupiłby łódź parową i zajął się przewozem ludzi i towarów.

Nowe czasy wysadziły z siodła nie tylko gospodarzy z Reinsnes. Tak samo rzecz się miała z wieloma innymi starymi składami i zajazdami. Jeżeli jednak Beniamin uważał, że Anders widział w tym jakąś pociechę, to się mylił!

Rybacy na Lofotach sprzedawali kupcom surowe ryby, z których tamci wyrabiali sztokfisze. Stawiali na to tacy dorobkiewicze, jak ten Olaisen. Ale on był młody, miał dobry wzrok i zabezpieczony dochód na przyszłość. Tacy mężczyźni wykorzystywali kobiety i dzieci do niewolniczej pracy. Nie za jedzenie, tylko za pieniądze.

Beniamin przypomniał mu, że sprzedał skały. Czy to było roztropne?

Anders zaśmiał się gorzko i zaczął opowiadać, czego potrzeba, żeby ślepnący szyper klipra został królem sztokfiszy. Poza tym: budynek główny i zabudowania przystani trzeba było pomalować. A przynajmniej od strony południowo-zachodniej. Narzędzia i liny zostały wzięte na kredyt w Bergen. Kliper miał zniszczone żagle.

Ludzie wynajmowani do prac sezonowych nie zadowalali się już tylko jedzeniem czy materiałem na sukienkę, chcieli zapłaty w pieniądzach. Za sól zdołał się jakoś rozliczyć, ale już nie za całą mąkę.

Sam nie był teraz w pełni przydatnym członkiem załogi klipra. Na wyprawy do Bergen musiał wynajmować dodatkowego sternika. Nie mógł odesłać ludzi, którzy od zawsze mieszkali i pracowali w gospodarstwie. Dokąd mieliby pójść?

Uprawa roli i hodowla zwierząt były bezpieczne w rękach Tomasza. Sam starał się kontrolować rachunki, ale to też nie było zajęcie dla ślepnącego człowieka. Poza tym nie nadawał się do takiej pracy. Zawsze był i pozostanie żeglarzem.

– Ale ty, Beniaminie, który przecież uczyłeś się tego i owego, może mógłbyś przejrzeć te papiery? – zakończył, odstawiając ze stuknięciem szklankę na stół.

Beniamin wysłuchał całego tego ponurego proroctwa. Teraz potrząsnął głową.

– Zatrudnimy księgowego, żeby zajął się tym w całości – rzekł.

– Jeszcze jednego człowieka, który będzie chciał zapłaty w gotówce? Nie! Nie chodzi tylko o rachunki. Musimy mieć dochód.

Czyżby światły doktor nie zrozumiał powagi sytuacji?

– Czy rozumiesz, jak się sprawy mają?

– No tak... Ale chyba nie jesteśmy jeszcze bankrutami?

– Już niewiele brakuje – powiedział sucho Anders.

– No to musimy wziąć się wspólnie do roboty i modlić o dobre połowy.

– Jestem lepszy w pracy niż w modlitwie – stwierdził Anders.

Beniamin orzekł, że Tomasz powinien zostać wtajemniczony w pożałowania godny stan gospodarstwa.

Anders patrzył w podłogę. Nigdy nie było takiego zwyczaju, żeby wprowadzać robotników i służbę w zawiłości finansowe.

– Wiele już czasu upłynęło od chwili, kiedy Tomasz był tylko parobkiem – powiedział Beniamin.

Wymienili spojrzenia.

Anders wymamrotał coś o tym, że może jest nieco staroświecki. Tomasz w rzeczywistości zarządzał przecież prowadzeniem gospodarstwa. Przynosiło nieduże, ale dość przewidywalne dochody. Nie tyle w pieniądzach, ile w postaci jedzenia i różnych niezbędności.

– Czy liczyłeś, ile potrzeba, żeby w pełni wyżywić ludzi w gospodarstwie?

Nie, tego Anders nigdy nie robił.

– To naradzimy się z Tomaszem i zobaczymy, na czym możemy zaoszczędzić albo gdzie zyskać.

*

Posłano po Tomasza.

Trochę to trwało. Bo musiał skończyć swoją robotę, umyć się i zmienić koszulę. Tomasz nigdy nie pokazywał się w niechlujnym stroju w obecności ludzi, którzy nie mieli rąk brudnych od pracy. Ale nie miał już czasu, żeby się ogolić.

Nawet jeśli był zdumiony dopuszczeniem do informacji o opłakanym stanie Reinsnes, to nie pokazał tego po sobie. Przez chwilę po prostu milczał. Potem padło:

– Dorsz jest pewniejszy niż śledź. Możemy oczyścić skały na południe od cumowni. Jest tam mnóstwo głazów, pokrytych tylko cienką warstwą wrzosów i mchu. Jeśli zaczniemy teraz, to południowo-zachodni wiatr bez zapłaty wyczyści je do zera przed nadejściem sezonu. Poza tym masz przecież skały w Strandstedet. Popłyniemy kliprem i kupimy ryby na Lofotach, a potem sami wysuszymy sztokfisze.

– Sprzedałem skały w Strandstedet Wilfredowi Olaisenowi – rzekł krótko Anders.

Na twarzy Tomasza odbiło się zdumienie, nad którym jednak szybko zapanował.

– Wydaje mi się, że skały tu w Reinsnes są lepiej położone. Krótsza droga do pokonania z rybą. Poza tym mamy przecież i przystań do przyjęcia towaru, i kwaterę dla robotników...

– Nie poradzę sobie z tym wszystkim – powiedział zdecydowanie Anders.

– A jeśli Tomasz spróbuje?

Beniamin nie najlepiej czuł się w roli pośrednika.

Ale dla Tomasza zdarzyła się sytuacja niezwykła. Siedział oto w kantorze składziku i dyskutował o przyszłości Reinsnes. Postanowiono, że za gotówkę najmie kilku chłopaków do oczyszczenia skał. Na koszt Andersa. Później zacznie kupować rybę i wynajmować ludzi. Na własne ryzyko.

Kiedy Tomasz przyszedł do izby na kolację, jego oblicze rozjaśniał szeroki uśmiech. I jeszcze następnego dnia ten uśmiech nie schodził mu z twarzy. Tyle miał spraw, nad którymi musiał się teraz zastanowić. Nie pamiętał, aby w całym swoim życiu myślał tyle naraz. Pieniądze w gotówce! To było zupełnie coś innego niż hodowla krów i orka.

Przez cały czas, kiedy chodził za pługiem, do głowy przychodziły mu kolejne znakomite pomysły w tej czy innej kwestii. Poszedł do izby, żeby się umyć. A potem ruszył do biura, do Andersa, który siedział tam z lupą, pochylony nad papierami.

Rozdział

piąty

Pewnego marcowego dnia Beniamin został wezwany do położonej na uboczu zagrody komorniczej, gdzie czworo dzieci leżało złożonych chorobą. Rodzice przez wiele dni sądzili, że to zwykły kaszel i przeziębienie. Ale ostatniej doby stan najmłodszego tak bardzo się pogorszył, że posłano po doktora.

Beniamin stwierdził wysoką gorączkę, wysypkę i biały nalot na języku. Najmłodszy był bardzo osłabiony i miał te charakterystyczne blade obwódki wokół ust.

– Wygląda to na szkarlatynę – rzekł, dając kilka krótkich wskazówek, jak mają postępować. Najmłodsze dziecko było w tak złym stanie, że uznał za słuszne pozostać w oczekiwaniu na przełom.

Nic jednak nie mógł zrobić, a pod wieczór maleństwo umarło. Przez cały czas czuwania przy łóżku chorego nie widział w nim obcego dziecka, lecz Karnę. Kiedy było już po wszystkim, nie potrafił pocieszyć nawet sam siebie.

*

Późnym wieczorem przez wiele godzin przedzierał się przez zleżały, zlodowaciały śnieg, aż w końcu otworzył drzwi do ciepła i światła w Reinsnes. Tęsknił za umyciem się, posiłkiem i snem.

Bergljot przyniosła do sali sypialnianej wodę oraz „Tromsø Stiftstidende”, tak jak to zawsze robiła. Tego wieczoru z gazety wypadł list. Duże, równe litery. Wtedy dotarło do niego, że to od niej. Od Anny.

Ciągle miał przed oczami to upokarzające pożegnanie. A jednocześnie czuł budzące się oczekiwania. Oddech, jakby od dawna biegł. Puls bił mu w najdziwniejszych miejscach. W ustach. Uszach.

Zmusił się, żeby otworzyć list powoli. Nożykiem do papieru.

Atrament rozpływał mu się przed oczami. Litery zamieniały się w tajemne kody, połączone nieregularnymi, przekornymi liniami.

Zebrał się w sobie. Usiłował czytać. Miał wrażenie, że rozumie, iż ucieszyła się z jego listu. Ani jednego słowa o tamtym przykrym wieczorze. Żadnych oskarżeń. Nawet między wierszami.

Jakby postanowiła, że pozostanie jej zwykłym znajomym, takim jak wielu innych? Czy da mu szansę, żeby zacząć od nowa? A może po prostu była uprzejma? Dobrze wychowana córka profesora?

Zasnął dopiero o świcie. List był pierwszą rzeczą, którą chwycił w dłonie po obudzeniu się.

*

Od tamtego momentu listy od Anny stały się cumą łączącą go z resztą świata. Kwadransem wolnym od obowiązków i codzienności.

Zwracał się do niej regularnie, jak do pamiętnika. Pisał o trudnościach, radościach, drobnych zdarzeniach. Unikał sformułowań, które mogłyby przywodzić na myśl odrzuconego zalotnika. Oraz miłosnych deklaracji. Coś podpowiadało mu, że tak będzie najrozsądniej.

Kiedy przy ponownym czytaniu listu któraś ze stronic zapachniała czymś groźnym, po prostu jej nie wysyłał. Zamiast tego skreślał parę linijek o Karnie. Drobne śmiesznostki. Ale trzymał się z daleka od głębszych przemyśleń na temat ojcostwa i tego, że czuł się skazany na Reinsnes.

Dzielił się natomiast niektórymi tragicznymi wydarzeniami, w których zmuszony był uczestniczyć. Takie jak to, że trójka dzieci z komorniczej zagrody umarła na szkarlatynę. Żeby nie uznała, że jego życie musi być bardzo smutne, żartował sobie z własnej nieudolności. To dobrze wypadało, stwierdzał, czytając potem gotowy list.

Od czasu do czasu wspominał, że chciałby się stąd wyrwać. Ale nigdy nie dał temu wyrazu tak mocno, jak naprawdę czuł.

*

Na początku nie odpowiadała regularnie. A jej listy były dość wyważone, bez tej samej lekkiej poufałości, jaką on przejawiał w stosunku do niej.

Jednak po pewnym czasie zaczęła być bardziej otwarta. Chociaż wciąż odnosił wrażenie, że nie ujawnia swoich prawdziwych uczuć.

Czy to z powodu odległości?

Niekiedy łapał się na myśli, że jest dla niego jak ktoś, kogo nigdy nie poznał. Za spotkaniem z kim może tylko tęsknił? O którym marzył? Była obecna w jego myślach. W ten sposób miał ją zawsze przy sobie.

Wszystko inne było bez znaczenia.

Nigdy nie wspominała o tym ostatnim, szarpiącym nerwy okresie. O zerwaniu. Ani razu nie wymieniła imienia Aksela. Opowiadała natomiast z ożywieniem o podróży po Anglii i Szkocji. Że udzielała lekcji gry na pianinie i zagrała kilka koncertów. Dwa z nich odbyły się publicznie w Kopenhadze.

W czasie, gdy mieszkała u ciotki w Londynie, dostał od niej dwa listy. Wspomniała w nich o poznanym tam Szkocie. W kilku kolejnych zdaniach nawiązywała do tego spotkania.

Odpowiedział natychmiast, gorączkowo. Prosił, aby zastanowiła się nad tym związkiem. Czy ten mężczyzna naprawdę był dla niej właściwy. Nie powinna poddawać się idiotycznym obawom o to, że zostanie naznaczona piętnem staropanieństwa.

Kiedy odpowiedziała, niemal usłyszał, jak spomiędzy wierszy listu wydobywa się jej śmiech. Nie miała zamiaru wyjść za Szkota. A na pewno nie za tego. Zanadto lubił pieniądze i kalambury. Była w stanie strawić go tylko w niewielkich porcjach. Bo czasami bywał niezwykle zabawny.

Ale Szkota nie warto było zabierać do domu. Niewielu mężczyzn nadawało się na import, jak napisała.

*

Ciągle od nowa czytał jej listy. Czasami odczytywał je głośno Andersowi. Tylko akapit albo dwa, żeby podzielić się swoją radością.

W ten sposób Anders bez zadawania jakichkolwiek pytań został wprowadzony w istnienie Anny. Ale śmiał się tylko, sam przypominał im sformułowania Anny i bawił ich obu powtarzaniem tych słów.

„Niewielu mężczyzn nadaje się na import”. Jakby chodziło o sztokfisze, dodawał sam dla siebie.

Albo: „Za sprawą angielskiego jedzenia można łatwo zrozumieć, dlaczego zostali imperialistami. Okrucieństwo siedzi w kiszkach”.

– Wyborne. He, he.

Beniamin stawiał krzyżyk w swoim kalendarzu. Dzień kolejnego listu. Coś w rodzaju rachuby czasu. Albo znak, na który mógł patrzeć, kiedy tego potrzebował. Przyglądać mu się dokładnie, tak jak listowi.

Jednak w takich momentach musiał być sam.

*

W chwili większej zażyłości z Andersem spróbował ubrać w słowa pewne swoje myśli. Siedzieli w nadbudówce klipra, zakotwiczonego w przydomowej zatoczce.

– Chyba ani ty, ani ja nie mamy przesadnego szczęścia do kobiet?

Anders rzucił mu spojrzenie spod oka przez obłok fajkowego dymu.

– No cóż... jesteś jeszcze za młody, żeby tak twierdzić. Dla mnie ta sprawa już przepadła.

– Czy sądzisz, że nigdy już nie wróci do domu?

– Cóż takiego miałaby tu robić?

– Ty tu jesteś. Reinsnes. Karna.

– Wypij lepiej na drugą nóżkę, chłopcze.

Jego błyskotliwe i flegmatyczne zarazem poczucie humoru potrafiło doprowadzić Beniamina do białej gorączki. Zupełnie jakby ten człowiek umiał zdusić w sobie wszelkie uczucia i był z tego dumny. Czy Dinę też to rozwścieczało?

– Napisałem do niej z prośbą, żeby przyjechała zobaczyć, co możemy zrobić dla Reinsnes – rzekł nagle.

Anders przeczyścił cybuch swojej fajki. Napchał świeżego tytoniu. Trochę to trwało. Kiedy skończył, zaczął ceremonię zapalania. Cmokał. Wyjął fajkę z ust, patrząc na nią podejrzliwie. Ani śladu żaru. Spróbował ponownie. Z tym samym skutkiem. Wtedy z pudełka z tytoniem wyjął czterocalowy gwóźdź i wydłubał wszystko z powrotem. W pudełku powstał brązowy kopczyk, któremu przyglądał się teraz z zainteresowaniem.

– Hm, no cóż, można przecież wierzyć w cuda.

Potem odłożył fajkę i dolał im rumu.

*

Beniamin wynajmował nadal dwie izby u szewca w Strandstedet. Przyjmował tam pacjentów przez dwa dni w tygodniu, o ile pogoda pozwalała na dopłynięcie na miejsce małą łodzią.

Często stwierdzał, że nie ma szczególnego talentu do żeglarstwa. Ale musiał przyznać rację Andersowi, że nawet praca, do której nie miało się zdolności, po pewnym czasie stawała się rutyną.

Przyzwyczaił się do samotnych godzin spędzanych na morzu przy każdej możliwej pogodzie. Dzięki temu nie było żadnego świadka, który mógłby potwierdzić, że spiętrzone fale za wyspą Senja czy wielkie grzywacze w fiordzie Andsfjorden zagrażały męskości. Albo że doktor pojękiwał, kiedy podczas wiosłowania pod wiatr pękały mu pęcherze na dłoniach.

Miał dobrą łódź. Ale nie trzeba było wielkiego sztormu, żeby chciał znaleźć się z powrotem w Kopenhadze. Od razu planował ucieczkę. Daleko. Jak najdalej.

Czas studiów zdawał mu się teraz okresem nieustającej zabawy i wolności. Życie doktora między szkierami przyprawiało go często o uczucie, że jest wypalonym starcem.

Jeśli pogoda była taka, że można było siedzieć pod żaglem, spokojnie myśląc, planował wyjazd do Kopenhagi albo Niemiec i zrobienie tam specjalizacji.

Miał również trzecią opcję: Izba porodowa dla niezamężnych matek w Bergen. Może tym właśnie powinien się zająć? Pomaganiem dzieciom w przyjściu na świat. Pomaganiem kobietom.

Niekiedy wyznaczał sobie datę wysłania podania o przyznanie mu miejsca. Ale już krótkie boczne fale uderzające lekko w burtę potrafiły zepsuć ten plan. Czasami plan rozpływał się w błękitno-brunatnym spojrzeniu Karny, drepczącej mu na spotkanie koło przystani.

*

Odwiedzały go. Kobiety. Młode i stare. Chciały porady. Lekarstwa. Zimą widywał je najczęściej zakutane w ubrania, pod którymi trudno było odszukać ciało. Latem od czasu do czasu zauważał czyjeś spojrzenie. Znamię. Uśmiech. Lok spadających włosów. Ale nie były w jego oczach rzeczywiste. Stanowiły jedynie przypadki medyczne. Musiał ich przecież dotykać, czasami pocieszać. Zdarzało się, że zwracał uwagę na ciepło skóry. Wtedy natychmiast robił się czujny. To on był tutaj dla nich, nie odwrotnie.

Jeśli nocował w Strandstedet, zdarzało się, że błąkał się po miejscach, gdzie nie były pacjentkami. Po idiotycznych bazarach ze zbiórką pieniędzy na to lub owo. Po klubach czytelniczych. Słuchał, jak czytają na głos fragmenty jakiejś powieści.

Ale Strandstedet to nie była Kopenhaga. Nie przechadzały się pod drzewami w cienkich, letnich sukniach. Ich buciki nie stukały o bruk. Usiłował przypominać sobie sytuacje, zdarzenia, żywe obrazy. Zawsze z kobietami spoglądającymi spod kapeluszy o szerokich rondach. Zwróconymi plecami. I ten kolisty ruch bioder. To jasne, że stwórca musiał być lubieżnym Szatanem!

Miłość?

Północ była bezludnym miejscem. Dla kogoś takiego jak on.

*

Pewnego dnia odwiedził Hannę. Wynajmowała dwie izby w niepomalowanym domu obok telegrafu.

Minęło wiele miesięcy, odkąd widział ją po raz ostatni. Rzadko bywała w Reinsnes.

Kiedyś odszukała go w Strandstedet, bo potrzebowała kropli na kaszel dla Isaka. Siedziała w malutkiej poczekalni i zachowywała się tak, jakby nie znała go ani trochę lepiej niż kogokolwiek innego.

Trzymała się z daleka. A może to on?

Wyraźnie zaskoczona, przyjęła go w malutkim saloniku za szwalnią. Był przytulny, ale ciasny.

Zaproponowała kawę i obwarzanki, a potem usiadła, żeby przyfastrygować stanik sukni.

Wiedział, że ciężko pracuje, żeby zarobić na najniezbędniejsze sprawy. Kilka razy wetknął Stine parę banknotów. Poprosił, aby dała je Hannie, nie mówiąc, skąd pochodzą.

Teraz jakoś niemiło było mu o tym myśleć. Jakby próbował sobie w ten sposób coś kupić.

Najpierw rozmawiali o dzieciach. Przyniósł dla Isaka ołowianego żołnierzyka.

– Bawi się gdzieś nad wodą – powiedziała.

Kilka dni wcześniej zabrał Isaka ze sobą na przejażdżkę doktorską łódką. Była ładna pogoda, a on i tak miał wrócić wieczorem do Strandstedet. Chłopiec snuł się sam po plaży w pobliżu miejsca, gdzie zacumowana była jego łódka. Zapytany, czy chce z nim popłynąć, odpowiedział roztropnie, że musi najpierw powiadomić Hannę. Starał się ukryć, jak bardzo się ucieszył.

Rozmawiali o wielkim świecie ukrytym za horyzontem. I o wrzodzie na palcu, który Beniamin przeciął na jego oczach.

Chłopiec ufał światu inaczej niż Hanna. Dziwne było wszakże to, że ta cecha u niego najwyraźniej stanowiła jej dzieło. Inne wdowy w takiej sytuacji chroniły i rozpieszczały, a Hanna dawała Isakowi wiele swobody. Załatwiał sprawunki, jeździł na wizyty z doktorem, wiosłował w porcie i odwiedzał kuźnie położone wzdłuż nadmorskiej drogi.

To Isak wspomniał o ekspedytorze z przystani dla parowca.

– Przyprowadza mamie klientki do szycia. Zna tak dużo ludzi.

– Ach tak?

– Mówi, że możemy się przeprowadzić do niego do domu. Chciałby się z nami ożenić.

– Słyszałeś to?

– Zaraz słyszałem... Coś takiego tylko obiło mi się o uszy, po prostu! Byłem już w łóżku, ale nie mogłem spać.

– A co odpowiedziała twoja matka? – zadał lekkim tonem pytanie.

– Nie słyszałem. Ale dostała broszkę.

Chciał opowiedzieć Hannie o wycieczce z Isakiem. Wtedy dostrzegł broszkę w zagłębieniu między jej piersiami. A może odwrotnie – zauważył piersi po obu stronach broszki?

Koniec końców skomentował tylko biżuterię.

– Ten ekspedytor parowca miał ją w domu i nie była mu do niczego potrzebna... Ale jeszcze za nią nie zapłaciłam.

Zdecydował się na żartobliwy ton:

– Ekspedytora parowca stać chyba na wyrzeczenie się broszki bez pieniędzy?

Zrobiła się czujna. Mówiła szybko. Olaisen będzie budował przystań dla parowca.

– Przystań?

Opowiedziała jeszcze szybciej, że odziedziczył trochę pieniędzy po wuju z Ameryki.

– Często go widujesz?

– Od czasu do czasu. Isak go lubi.

– A ty?

– Ja? – zapytała, upuszczając swoją robotę.

– Czy to coś poważnego?

– Masz na myśli, czy prosił mnie o rękę?

– No, coś w tym rodzaju.

Oczy miała wlepione w trzymany materiał. Chyba obrabiała właśnie dziurkę. Robiła błyskawiczne, dokładne węzełki z takim wyrazem twarzy, jakby ich nienawidziła.

– Czy ty też chcesz sprawić, żeby mi się dobrze powodziło?

– Nie, tylko pytam. Jesteśmy przecież jak rodzeństwo.

– Jak rodzeństwo?

Jej palce znieruchomiały. Potem igła wykonała zdecydowany obrót i przeszła do następnej dziurki. Była jak w transie. Kłuła raz za razem.

– Nie, wcale nie jesteśmy jak rodzeństwo. Mamy wiele wspólnego. Ale rodzeństwem nie jesteśmy! Ja jestem niechcianym bękartem lapońskiej służącej. Ty jesteś synem na Reinsnes, który studiował w Kopenhadze i wyuczył się na doktora.

Miał ochotę jej opowiedzieć, czyim synem jest naprawdę. Chciał rzec coś o tym, że ją lubi i poważa. Ale nic takiego nie padło.

Kto powiedział to o lapońskiej służącej?

Nie był w stanie wymówić słowa „bękart”.

– Moja teściowa.

– Nie przejmowałbym się taką teściową.

– Nie, dlatego jestem tutaj i szyję dla wielkich państwa.

– Jesteś rozgoryczona?

– Na co?

– Na życie?

– Nie, czemu miałoby to służyć?

– Ja czasem jestem.

– Ty? No cóż, problem nie w tym, kto jak ma w życiu, tylko jak swój los przyjmuje.

Nie uznał, żeby warto było zgłębiać ten temat.

Po krótkiej chwili powiedziała na wdechu:

– Oświadczył się.

Poczuł coś na kształt przykrości.

– Ach tak?

Spojrzała mu prosto w oczy.

– Co powinnam mu odpowiedzieć?

– Zgodnie z wolą serca, tylko to ma znaczenie – odparł.

– O tym na pewno coś wiesz?

Hanna nie przebierała w słowach. Musiał uważać.

– Chyba znajdzie się jakieś wyjście, żebyś nie musiała...

– Czekam tygodniami na zapłatę za to, co uszyłam, bo boję się powiedzieć, że potrzebuję tych pieniędzy. Że te eleganckie panie się zdenerwują i nie przyniosą tutaj więcej swoich materiałów na suknie.

Podniósł się. Stanął za jej krzesłem.

Zerwała się jak oparzona i odłożyła robotę na stół.

– Pewnie musisz już iść? – zapytała.

Zanim sam zdążył się zorientować, co robi, objął ją ramionami. Już prawie nie pamiętał, kiedy ostatni raz tulił w nich kogoś innego niż małą Karnę lub chorych.

Ta ciepła powłoka. Żywa, młoda skóra. Zanurzył twarz w zagłębienie koło jej szyi. Broszka od Wilfreda Olaisena ukłuła go w policzek.

Mocno, bardzo mocno objął całe jej ciało.

Przez chwilę trwała w całkowitym bezruchu, jakby nie wierząc w to, co się dzieje. Potem uwolniła swoje dłonie i objęła nimi jego twarz. Uniosła ją ku sobie i spojrzała mu badawczo w oczy.

Chciał być blisko niej. Przecież pragnął tylko tego. Mamrotał jej imię. Muskał ustami jej policzek i szyję. I ciągle mocno ją trzymał.

Wtedy jakby podjęła postanowienie. Wyrwała się i wycofała, opierając plecami o najbliższą ścianę. Wpatrywała się w niego, łapiąc oddech, jakby przed chwilą wykonała ciężką pracę.

– Musisz wiedzieć, że nie mogę pozwolić sobie na tę zabawę, Beniaminie. Za dużo mam do stracenia. A my... – przerwała, wygładzając kołnierzyk sukni drżącymi, ale zdecydowanymi palcami.

Ruszył w jej stronę, powtarzając niefrasobliwie:

– A my?

Wtedy uderzyła pięścią w ścianę, aż ta zadźwięczała.

Zatrzymał się na środku izby, spoglądając na starą farbę na deskach podłogi.

– Wybacz mi. To się więcej nie powtórzy – powiedział.

Wówczas oparła czoło i obie dłonie na ścianie. Spod zaciśniętych powiek płynął strumień.

Czekał, nie wiedząc, co powinien teraz zrobić. Zatrzasnęła się w sobie. Zdjął więc z kołka swoją marynarkę. Wyciągnął trzy banknoty z portfela i położył je na stole, pochwycił swoją doktorską torbę i wyszedł.

*

Po plaży krążył Isak, usiłując poznać tajemnice piaskówek drążących tunele.

Poczochrał go po włosach i wypróbował jego drewnianą łódeczkę, puszczając ją na małe bajorko pomiędzy skałami. Chłopiec paplał bez przerwy o tym, że na pewno przyjedzie do Reinsnes, jak tylko mama skończy szycie.

– Możesz chyba pojechać sam, jakby coś nie wyszło – rzekł Beniamin, poklepując go po ramieniu.

– Teraz, od razu?

– Nie, nie dzisiaj...

Dłoń, którą trzymał na ramieniu chłopca, osunęła się. Tak jakby od dawna marzła i straciła wszelkie czucie.

Isak odchylił głowę do tyłu i spojrzał na niego. Z zaufaniem. Potem z powagą skinął głową. Po męsku, zręcznie wypchnął doktorską łódkę poza przybrzeżne kamienie i stał tam z dłonią uniesioną na pożegnanie, aż Beniamin zniknął za cyplem.

Najpierw wiosłował jak szalony. Potem złapał wiatr w żagle. Udało się! Odłożył wiosła i usiadł przy sterze.

Jak to się często zdarzało, uświadomił sobie, że brakuje mu Aksela. Kogoś, z kim można by porozmawiać. Poradzić się. Spierać. Bić.

Nie była to ta sama paląca tęsknota czy obsesja, z jaką potrafiła wyłonić się przed nim Anna. Przypominała bardziej tęsknotę za ciepłym płaszczem. Piwem i knajpkami! Za chwilą swobody, dzięki której można było odpocząć od codzienności.

A gdyby tak wytrzymać jakoś do końca lata, a potem po prostu wyjechać? Tak jak Dina?

Dyskutował sam ze sobą. Karna była tylko małym dzieckiem. No i ta padaczka. Kto by się nią zajął? Wyjaśniał? Pocieszał?

Dlaczego nie postępował tak, jak inni mężczyźni. Nie wziął sobie kobiety, która chciałaby poświęcić dla niego wszystko?

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Rozdział

szósty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

siódmy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

ósmy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

dziewiąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

dziesiąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

jedenasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

dwunasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

trzynasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

czternasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

piętnasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

szesnasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

siedemnasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

osiemnasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział pierwszy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

drugi

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

trzeci

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

czwarty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

piąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

szósty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

siódmy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

ósmy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

dziewiąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

dziesiąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

jedenasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

dwunasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

trzynasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział pierwszy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

drugi

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

trzeci

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

czwarty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

piąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

szósty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

siódmy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

ósmy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

dziewiąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

dziesiąty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

jedenasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

dwunasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

trzynasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

czternasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

piętnasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

szesnasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

siedemnasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

osiemnasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

dziewiętnasty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

dwudziesty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

dwudziesty pierwszy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział

dwudziesty drugi

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dziedzictwo Karny

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Dedykacja

Motto

Prolog

Księga I

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Księga II

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Księga III

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Epilog

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału: Karnas Arv

Copyright © 1997 Gyldendal Norsk Forlag AS

All rights reserved.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Smak Słowa

Copyright © for the Polish translation by Ewa M. Bilińska

This translation has been published with the financial support of NORLA

Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być publikowana ani powielana w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Edytor: Anna Świtajska

Opracowanie redakcyjne: Anna Mackiewicz

Projekt okładki: Agnieszka Karmolińska

Zdjęcia na okładce:

© Agnieszka Karmolińska

© istockphoto / Heijo

Od tłumaczki/Fra oversetteren:

Podziękowanie dla Torego Ruuda oraz Karoliny Drozdowskiej za konsultacje językowe

Mange takk til Tore Ruud og Karolina Drozdowska for språklig konsultasjon

ISBN 978-83-65731-31-9

Wydanie pierwsze

Smak Słowa

ul. Sobieskiego 26/4,

81-781 Sopot

Tel. 507-030-045

Szukaj nas także na

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: konwersja@elib.pl

www.eLib.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dziedzictwo Karny 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej