Mali ludzie

Mali ludzie

Autorzy: Michael Hughes

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 336

Cena książki papierowej: 36.00 zł

cena od: 22.18 zł

Londyn, koniec 1999 roku. Chris, zdolny programista, pracuje w firmie, która stara się zapobiegać efektowi tak zwanej pluskwy milenijnej, mogącej sprawić, że w noc sylwestrową zostanie sparaliżowana sieć komputerowa na całym świecie. Ten zamknięty w sobie milczący młody człowiek nie ma zbyt wielu znajomych, jedyną bliższą mu osobą jest koleżanka z pracy, Lucy, dziewczyna o dość osobliwym wyglądzie i sposobie bycia.

Pewnego dnia Chris zauważa na targu staroci tajemniczą starą drewnianą układankę i nagle czuje, że po prostu musi ją kupić.

Wtedy rozpoczyna się zaskakująca podróż przez wieki, podczas której widzimy doznającego oszałamiających wizji Williama Blake’a, ślepego poetę Johna Miltona, który właśnie ukończył swe wiekopomne dzieło, i szaleńca dokonującego brutalnych morderstw na West Endzie. Oglądamy dawny Londyn z jego szczególnym klimatem i niepowtarzalną atmosferą.

Skąd jednak bierze się to dziwne uczucie, że świat niedługo się skończy?

To powieść niezwykle stymulująca, bardzo ambitny debiut zapowiadający pojawienie się wielkiego talentu.

„Guardian”

Intrygująca mikstura pierwszej powieści. Hughes z godną uwagi brawurą krąży pomiędzy czterema stuleciami, w pełni panując nad swoim materiałem.

„The Times”

Pyszne… Cudownie ekstrawagancka powieść. Dziwna, a jednak frapująca.

„Irish Examiner”

Cudownie ambitna… Prawdziwa przyjemność zaczerpnięta z wyobraźni Hughesa, zwłaszcza z jego instynktu do namacalnych wręcz opisów. Powieść o duchu zamieniona w ciało, pulsująca krwią i wnętrznościami.

„Times Literary Supplement”

Michael Hughes urodził się i wychował w Keady w Irlandii Północnej, a obecnie mieszka w Londynie. Ukończył szkołę w Armagh, później studiował anglistykę w Corpus Christi College w Oxfordzie. Uczył się aktorstwa w Jacques Lecoq School w Paryżu, przez wiele lat pracował jako aktor pod pseudonimem Michael Colgan. Studiował pisarstwo kreatywne w Royal Holloway oraz na London Metropolitan University, gdzie także wykładał. Tytuł to jego pierwsza książka.

Tytuł oryginału

THE COUNTENANCE DIVINE

Copyright© Michael Hughes 2016

All rights reserved

First published in Great Britain in 2016

by John Murray (Publishers)

An Hachette UK Company

Zdjęcia na okładce

© pondkungz/Shutterstock.com; udra11/Shutterstock.com; Sergey Nivens/Shutterstock.com; Ola-la/Shutterstock.com; Victor Tondee/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Monika Kalinowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Sylwia Kozak-Smiech

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8123-580-8

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Tiffany, mojej ukochanej,

oraz pamięci Edwarda Hughesa

1920–2010

Rzecz to wysoka, którą chcesz usłyszeć,

O pierwszy z ludzi, smutna to powinność

I trudna, jakże bowiem opowiedzieć

Zmysłom człowieczym owe niewidzialne

Uczynki duchów walczących? I jakże

Mówić o wielu ruinie, co ongi

W chwale tak wielkiej i tak doskonali

Byli, nim padli? Jak wyjawić wreszcie

Świata innego tajemnice, których

Zapewne wcale ujawniać nie wolno?

Jednak dla dobra twego mnie zwolniono

Z tego zakazu, a co ludzkich zmysłów

Pojęcie będzie przekraczać, podkreślę

Przez porównanie duchów do cielesnych

Kształtów, gdyż to je najlepiej wyrazi.

Być może Ziemia jest cieniem Niebiosów,

A rzecz tam każda bardziej przypomina

Ziemię, niż się to na Ziemi wydaje?

John Milton, Raj utracony

przeł. Maciej Słomczyński

GŁÓWNI BOHATEROWIE

WIEK DWUDZIESTY

Chris Davison, programista komputerowy

Lucy Mills, jego koleżanka

Al

Tammy

Oliver

WIEK DZIEWIĘTNASTY

Autor listów

WIEK OSIEMNASTY

Will Blake, grawer

Catherine Blake, jego żona

Joseph Johnson

Ellis

Gavron

Homunkulus

WIEK SIEDEMNASTY

John Milton, poeta

Thomas Allgood, jego pomocnik

Ojciec Allgooda

Thomas Ellwood

Samuel Simmons

Henry Cock

CZĘŚĆ PIERWSZA

Początek

ROZDZIAŁ PIERWSZY

01. W pewien sobotni poranek pod koniec dwudziestego wieku programista komputerowy nazwiskiem Chris Davison znalazł pewien dziwny przedmiot na pchlim targu przy Brick Lane w Londynie. Starszy mężczyzna, który mu go sprzedał z rozłożonej na kocu kolekcji podobnych drobiazgów, powiedział, że to „rebus praktyczny”. Chris nie miał pojęcia, co to znaczy, ale nie chciał się do tego przyznać, kiwnął więc głową.

– A, rozumiem – powiedział.

Wziął to coś w dłonie. Był to rodzaj układanki zrobionej z sześciokątnych kawałków drewna umieszczonych w ramie. Namalowany na każdym fragmencie obrazek albo motyw, połączone razem, tworzyły wzór, a ponieważ można je było przesuwać, z kolejnych układów powstawały nowe wzory. Chris się zastanawiał, czy człowiek, który to wykonał, z góry sprawdził wszelkie możliwe kombinacje, czy też część z nich jest przypadkowa.

To była sprytna zabawka, Chrisowi bardzo się spodobała. Na drewnie pokrytym werniksem farba wyblakła i całość wyglądała na bardzo starą, chociaż Chris wiedział, że nigdy nie można mieć pewności. Zapłacił dwadzieścia funtów, których zażądał staruszek. Podejrzewał, że cena jest bardzo wygórowana, ale żal mu było tego człowieka. Twarz miał lśniącą i opuchniętą, jakby dawno temu doznał oparzeń. Chris starał się nie okazać, że zwrócił na to uwagę. Nie chciał, by sprzedawca poczuł się niezręcznie.

W drodze do domu ogarnęło go śmieszne przekonanie, że niedługo wydarzy się coś okropnego. Przy każdym zakręcie spodziewał się, że zobaczy na ulicy martwego człowieka. W głowie miał tego bardzo wyraźny obraz. Chris wiedział, że zapewne pochodzi z jakiegoś filmu, ale nie przychodził mu na myśl żaden tytuł.

Starał się to wrażenie ignorować. Zawsze czuł się bezpiecznie w Londynie, mimo że znał ludzi, których tu napadnięto. Ta część miasta stawała się modna, ale dookoła nadal było mnóstwo biedy. Chris starał się nie chodzić po ulicy z discmanem czy laptopem na widoku, chyba że nie miał innego wyjścia.

Po powrocie do domu postawił swój nabytek na biurku koło komputera. Kiedy potykał się na jakimś problemie albo chciał sobie zrobić przerwę, bawił się układanką. Tworzył różne konfiguracje motywów i usiłował dostrzec coś w każdym nowym wzorze. Zawsze mu się udawało.

Zastanawiał się, czy nie powinien wziąć swojej zdobyczy do pracy i pokazać jej Lucy.

Zdecydował jednak, że tego nie zrobi.

Czasami, kiedy długo się weń wpatrywał, do głowy przychodziły mu dziwne myśli. Żył przez setki lat. Miasto płonęło, a on ukrywał się pod ziemią. Lepił ludzika z gliny. Gołymi rękami grzebał w kobiecym brzuchu. Świat miał się skończyć, a winę ponosił wyłącznie on. Wszystkie te obrazy miały pozory wspomnień, ale nie umiał powiedzieć, skąd się brały.

Kiedy indziej tylko trzymał drewniany drobiazg i rozmyślał o ludziach, którzy dawniej nim się bawili. Zastanawiał się, czy próbowali sobie wyobrazić jakiegoś przyszłego właściciela. Czasami udawał, że to on jest człowiekiem żyjącym dawno temu, a otaczający go współczesny świat to tylko jego fantazja o przyszłości. Sprawiało mu to przyjemność.

Kiedy Chris był młodszy, często to robił, usiłował wyobrazić sobie swoje życie w roku dwutysięcznym. To był początek przyszłości. Gdybym tylko zdołał choćby przelotnie dostrzec siebie w tym momencie, myślał, wiedziałbym, kim będę.

Teraz do roku dwutysięcznego pozostało kilka miesięcy. Chris uśmiechał się, przypominając sobie, że dawniej uważał dwadzieścia siedem lat za zaawansowaną dorosłość. Był wówczas przekonany, że kiedy osiągnie ten wiek, jego życie nabierze finalnego kształtu. W jego młodzieńczej wyobraźni rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty dziewiąty był punktem końcowym, kulminacją wszystkiego. Cywilizacja będzie doskonała. Przestaną zachodzić zmiany. Historia dobiegnie końca.

Obecnie Chris niewiele myśli poświęcał przeszłości. Poza układanką nie miał żadnych innych starych rzeczy. Kiedy się przeprowadził do Londynu, nic ze sobą nie zabrał, a wszystko, co tutaj kupował, było nowe i współczesne. Uświadomił sobie, że najstarszy w tym mieszkaniu jest on sam.

Choć oczywiście to nie do końca była prawda, ponieważ jego rzeczy, wykonane z metalu albo drewna, mogły mieć nie wiadomo ile lat. Wszystko było zrobione z czegoś innego.

Ale ten drewniany drobiazg był inny. Wydawał się być sobą. Chris nie potrafił otrząsnąć się z wrażenia, że jest przeznaczony właśnie i jedynie dla niego. Kiedy go dotykał, czuł fizyczny związek z całym światem, który już minął.

02. W dzieciństwie Chris czasami powątpiewał, że przeszłość istniała naprawdę. Lubił myśleć, że świat się zaczął wraz z jego narodzinami i skończy się, gdy on umrze.

W trakcie długich podróży z rodziną śnił na jawie, że jadą przez połączone tunelami kopuły, z których każda ma kilka kilometrów średnicy. Kiedy mgła lub chmury utrudniały widoczność, chodziło o ukrycie tunelu, a kiedy się przejaśniało, znaczyło to, że są wewnątrz nowej kopuły. Istniało jedynie to, co widział. Ten fałszywy świat został stworzony tylko dla niego jako przestrzeń dla jego poruszeń, które wydawały mu się spontaniczne, choć w rzeczywistości były kontrolowane z jakiegoś innego miejsca.

Czasami bardzo realnie odczuwał przeszłość, choć znajdowała się niezwykle daleko. Rozumiał, że wtedy i teraz dzieli niezmierzona odległość. Wpatrywał się w szybę samochodu, szukając oznak nowoczesności na wsi, i wyobrażał sobie, że wyjaśnia ów dziwny świat komuś przybyłemu z innej epoki. To była jego ulubiona zabawa.

Nadal czasami to robił. Widział siebie, jak wygłasza wykład połączony z prezentacją przed salą zapełnioną przeniesionymi do współczesności sławnymi historycznymi postaciami, wielkimi myślicielami, pisarzami i przywódcami, a tamci spijają z jego ust każde słowo. Radził sobie doskonale, objaśniając prosto i jednoznacznie to, co inaczej wydawałoby się dezorientujące i wrogie.

Zwłaszcza lubił tłumaczyć działanie komputerów. Wygładzał tę prelekcję w czasie lotów i podróży metrem, w trakcie nudnych zebrań, w łóżku przed snem. Jaka szkoda, myślał, że nie może wygłosić swojego wykładu publicznie. Wiedział, że mnóstwo osób ma mętne pojęcie o współczesnej technologii. Nikt nigdy nie zadał sobie trudu, żeby ją wyjaśnić, i nikt nigdy nie zadawał pytań. Dopóki wszystko działało i ułatwiało im życie, ludzi nie obchodziło, jak to działa. Równie dobrze to mogły być magiczne sztuczki.

03. W szkole podstawowej Chris opowiadał kolegom, że jest androidem. W pamięci utkwił mu pewien dzień – miał wtedy nie więcej niż sześć, siedem lat. Nauczyciel zadał im pracę domową polegającą na dowiedzeniu się od rodziców, o której dokładnie każde z dzieci się urodziło. Chris podniósł rękę i zapytał, co z tymi, którzy się nie urodzili. Nie pamiętał, co było później, poza tym, że zalał się rumieńcem.

Nawet kiedy już wyrósł z tego urojenia, nie zrezygnował z fantazjowania. Nienawidził swoich ludzkich organów, które się męczyły, musiały jeść i korzystać z toalety. To była taka straszna strata czasu. Niekiedy myślał, że woli maszyny od ludzi. Były efektywne, rozsądne, posłuszne i ciężko pracowały. Tak też postrzegał siebie Chris. Taki usiłował się stać.

Żałował, że nie może być cyborgiem. Zachowałby swoją tożsamość, która jednak działałaby wewnątrz doskonałego sztucznego ciała. Zawsze był przekonany, że w dzisiejszych czasach to już powinno być możliwe, i czuł szczere rozczarowanie, że tak się nie stało, choć uważał, że pewnego dnia świat się tego doczeka. Szkoda tylko, że dzieje się to tak wolno. Często popadał we frustrację, iż tak wiele aspektów życia sprawia tyle trudności. Jako nastolatek uważał, że bycie dorosłym powinno być łatwe.

Chwilami się bał, że będzie jeszcze gorzej. Wiedział, że każdy zamknięty system, pozostawiony sam sobie, z czasem ulegnie rozkładowi. To istota drugiego prawa termodynamiki. Entropia narasta. Żeby zachować rzeczy w takim stanie, w jakim są teraz, należy je nieustannie poprawiać. Jedynym wyjściem jest zmiecenie wszystkiego i rozpoczęcie od nowa.

I właśnie tego Chris naprawdę pragnął. Żałował, że nie może do tego doprowadzić, ale żaden sposób nie przychodził mu na myśl. Tak więc zamiast poprawiać rzeczy, mógł tylko powstrzymywać je od rozpadu.

04. Praca Chrisa polegała na likwidowaniu skutków pluskwy milenijnej. Tak nazywała to większość ludzi, chociaż w branży sprawa była znana jako problem roku dwutysięcznego.

Kwestia sama w sobie była bardzo prosta i wielką przyjemność sprawiało mu wyjaśnianie jej istoty. Jako że pierwsze komputery miały ograniczoną pamięć, ustalono zasadę, że lata zapisuje się dwiema ostatnimi cyframi, od podwójnego zera do dziewięćdziesiąt dziewięć. Później, nawet gdy pamięć była już dostatecznie wielka, by pomieścić cztery cyfry, owa zasada zdążyła się przekształcić w tradycję i nikt się nie zastanawiał, dlaczego tak się robi.

Zatem wiele dziesięcioleci później większość komputerów nadal tkwiła w przekonaniu, że czas ogranicza się tylko do stu lat.

Kiedy dokładnie o północy zacznie się nowy wiek i dwie dziewiątki ustąpią miejsca dwóm zerom, komputery pomyślą, że nie przesuwają się o sekundę w przyszłość, tylko cofają o sto lat w przeszłość. Osiągną koniec czasu. Wszystko zacznie się od początku.

05. Chris wiedział, że komputery nic nie myślą. To tylko maszyny, które przy wykorzystaniu reguł logiki przeprowadzają obliczenia szybciej i wiarygodniej niż my.

Ale część z tych obliczeń dotyczyła wydarzeń przyszłych, a my zapomnieliśmy powiedzieć urządzeniom, że przyszłość nie kończy się wraz z końcem roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego. Dla komputerów wszystko, co miało się wydarzyć po tym roku, zdarzyło się już dawno temu.

Jedne same zrozumieją, że to błąd, i powiedzą nam o tym, inne po prostu przestaną działać, a jeszcze inne będą nadal funkcjonować, ale podawać błędne informacje, wreszcie będą i takie, na które nie wywrze to żadnego wpływu. Kłopot polegał na tym, że nie istniał sposób, aby móc przewidzieć, co naprawdę się stanie, a pozostało za mało czasu, by na wszelki wypadek wszystkie urządzenia sprawdzić. Kiedy sobie uświadomiliśmy, że sprawa jest poważna, było już za późno.

Mnóstwo ludzi, zwłaszcza w Ameryce, mówiło o końcu świata. Nie będzie dostaw energii, samoloty spadną z nieba, wybuchną elektrownie nuklearne. Najbardziej zaniepokojeni sprzedali domy i przeprowadzili się na kompletne odludzie, zaopatrując się w jedzenie i złoto. Jednak byli też tacy, którzy już nie mogli się tego doczekać. Korupcja zżerająca współczesny świat zostanie zmieciona. Życie znowu będzie proste i czyste.

Chris uważał, że to przesada. Przerwy w dostawach prądu zdarzały się ciągle, komputery padały, systemy przestawały działać, a świat na razie się nie skończył. Nawet jeśli wszystko jednocześnie przestałoby funkcjonować, scenariusz upadku cywilizacji opierał się na założeniu, że ludzie są głupi i egoistyczni albo że w panice będą biegać w kółko.

On natomiast wyobrażał sobie, że większość ludzi przypuszczalnie zacznie dokładać starań, żeby jak najlepiej przeżyć swoje dni, co oznaczało, że zabiorą się do naprawiania zepsutych rzeczy. Po dwóch tygodniach najbardziej podstawowe urządzenia będą znowu sprawne, a po kilku miesiącach nikt nie będzie pamiętał, że cokolwiek się stało.

A to był najgorszy scenariusz. O ile Chris się orientował, nic takiego się nie zdarzy. Nawet jeśli początkowo panika wydawała się uzasadniona, to tyle pracy wkładano w naprawianie najistotniejszych systemów, że przypuszczalnie nikt niczego nie zauważy. To po prostu będzie nowy rok.

06. Chris lubił swoje zajęcie. To była ciężka praca, zajmowała wiele godzin, ale był w niej świetny i doskonale zarabiał. Nigdy do głowy by mu nie przyszło, że w tym wieku będzie aż tyle zarabiał, zwłaszcza na wykonywaniu tego, co sprawiało mu przyjemność, choć z drugiej strony nigdy za bardzo się nie zastanawiał, z czego będzie żył. Wyobrażał sobie, że po prostu coś się pojawi. Nie pojawiło się jednak.

Po skończonych studiach czuł się zagubiony. Miał to być początek jego życia, a wydawało się, że jest końcem. Przez kilka miesięcy podróżował, ponieważ wszyscy znajomi powtarzali, że powinien, ale nienawidził tego. Inne kraje zawsze odbierał jako nie do końca realne. Gdzieś na dnie serca nie mógł pozbyć się wrażenia, że wszystko w nich zostało zaaranżowane jak plan filmowy albo spektakl przeznaczony dla turystów.

Czuł to samo, kiedy przebywał w innych częściach Anglii, nawet w okolicy, w której się wychował. Śliczne wioski sprawiały wrażenie zbyt doskonałych, jakby je zbudowano w stylu wyimaginowanej przeszłości. A inne brytyjskie miasta, myślał, po prostu próbują być Londynem, choć daleko im do stolicy.

Pokochał Londyn od chwili, gdy przyjechał tu na studia. Miał wrażenie, że nigdzie indziej nie dałby sobie rady. Tylko co do Londynu był absolutnie pewien.

07. Popytał wśród znajomych. Koleżanka z uniwersytetu miała wolny pokój na poddaszu w domu rodziców. Przenosili się za granicę na czas remontu i zależało im na kimś, kto będzie załatwiał sprawy z budowlańcami i miał oko na ogrodnika.

W końcu został tam na dwa lata, mimo że remont się skończył. Przez pewien czas pracował w kinie jako bileter, później zatrudnił się w agencji monitorującej wiadomości. Musiał czytać prasę i oglądać dzienniki telewizyjne, z których wyławiał wszelkie wzmianki o konkretnej firmie albo zagadnieniu.

Bardzo zainteresował się wtedy polityką i sprawami bieżącymi. Nawet chciał zostać dziennikarzem, ale nie wiedział, od czego zacząć ani do kogo się zwrócić.

Agencję zamknięto. Chris postanowił się zgłosić na kurs dla bezrobotnych. Pomyślał, że to dobry sposób na darmowe zdobycie dalszych kwalifikacji.

Zaproponowano mu kurs komputerowy i okazało się, że jest w tym świetny. W szkole miał informatykę, ale nie wydawała się prawdziwym przedmiotem, poza tym Chris uważał, że nauczyciel nie rozumie jej zbyt dobrze. Tym razem było inaczej. Poczuł się jak w domu. Na zajęciach przypominał sobie, dlaczego w szkole lubił matematykę. Pociągało go ustalanie zasad i wykorzystywanie ich do rozwiązywania nowych problemów.

Tak samo było z komputerami. Podążasz za zasadami i stosujesz logikę. Wszystko jest pod kontrolą.

08. Kiedy kurs się skończył, Tammy i Al, którzy go prowadzili, powiedzieli Chrisowi, że są pod wrażeniem jego dokonań. Zamierzali otworzyć firmę pracującą nad problemem roku dwutysięcznego i zapytali, czy chciałby się u nich zatrudnić.

Zgodził się. I tak to było. Miał pracę. Wynajął mieszkanie w Shoreditch i dojeżdżał autobusem do biura koło katedry Świętego Pawła.

Był szczęśliwy. Oto kim będzie.

09. Początkowo Chris zakładał, że Tammy i Al są parą. Pewnego dnia jednak Tammy wyjaśniła, że owszem, na studiach byli razem, ale potem uznali, że lepiej się dogadują jako przyjaciele. Powiedziała, że jej zdaniem nie należy łączyć przyjemności z interesami. Chris się z nią zgadzał.

Nie miał dziewczyny. Mieszkał sam i to mu odpowiadało. Nie potrafił sobie wyobrazić, że dzieli mieszkanie z kimś innym.

Miewał przelotne romanse z dziewczynami, które poznawał w weekendy, gdy wychodził na miasto, znajome znajomych z uniwersytetu, ale nigdy nie trwało to dłużej niż tydzień lub dwa. Bywało, że Chris przez kilka miesięcy z nikim nie spał. W gruncie rzeczy nie miał nic przeciwko temu. To oznaczało, że wiedzie nieskomplikowane życie, a chciał, by takie było. Lubił wiedzieć, co się wydarzy jutro, i cieszył się, kiedy niewiele się to różniło od tego, co zdarzyło się dzisiaj.

10. Firma zaczynała się rozwijać. Po kilku miesiącach nie radzili sobie z nawałem zleceń i Tammy zatrudniła Lucy, programistkę. Powiedziała, że zależało jej, by znaleźć kobietę, bo nie cierpi być w biurze z samymi facetami.

Al nie wydawał się szczęśliwy z tego powodu. Według niego Lucy nie wprowadzała szczególnie przyjemnej atmosfery do biura. Stwierdził, że jej główne formy ekspresji to milczenie i sarkazm. Tammy zapewniała, że Lucy jest całkiem w porządku, kiedy już człowiek się do niej przyzwyczai. Chris nie wiedział, co myśleć.

11. Lucy chyba była gotką. Miała włosy ufarbowane na czarno, zawsze robiła mocny makijaż i ubierała się w czerń, a także nosiła mnóstwo srebrnej biżuterii. Do tego sześć albo siedem kolczyków w każdym uchu oraz po jednym w nosie, języku i w pępku, chociaż tego ostatniego Chris nigdy nie widział. Pewnego dnia powiedziała, że ma również przekłute sutki i łechtaczkę, ale nie był pewien, czy jej wierzyć.

Nigdy nie wydawała się szczególnie szczęśliwa albo nieszczęśliwa, za to była bardzo arogancka. Prawie wcale się nie uśmiechała, a kiedy się śmiała, to zwykle kpiąco. Nikt nigdy nie widział, żeby jadła, chociaż po pracy piła tyle samo co inni. Wyglądało na to, że w ciągu dnia żyje herbatą i papierosami. Paliła czerwone marlboro i zawsze zostawiała paczkę na biurku, gdzie wszyscy mogli ją zobaczyć.

Al powiedział Chrisowi, że zna ten typ. Mocna w gębie i to wszystko. Tammy uważała, że Lucy jest wyjątkowo dobra w pracy i nikogo nie powinna obchodzić jej powierzchowność ani to, że zachowuje się jak facet. Chris uważał, że to przypuszczalnie prawda.

12. Dokładał wszelkich starań, żeby odnosić się do niej po przyjacielsku. To, że nie odwzajemniała jego sympatii, wprawiało go w konsternację i przygnębienie. Nie był do tego przyzwyczajony.

Al powiedział, żeby nie brał tego do siebie. Marnuje czas, bo Lucy wszystkich traktuje tak samo.

Chris nie chciał być jak wszyscy. Postrzegał siebie jako wyjątkowo sympatycznego człowieka. Umiejętność dogadania się z ludźmi była dla niego ważna. Nie znosił myśli, że ktoś może go nie lubić. O ile się orientował, nie miał wrogów. W gruncie rzeczy nie potrafił sobie wyobrazić, jak to jest, kiedy ma się wroga. Był przekonany, że inni w żadnym razie nie mogliby myśleć o nim gorzej, niż sam myślał o sobie czasami.

Zawsze starał się być dobry. Nie rozumiał, dlaczego inni tak nie postępują. Przecież wszyscy wiedzą, że tak należy postępować. Nie obdarzał automatycznie sympatią pojedynczych osób, ale powstrzymywał się od osądów. Przekonał się, że jeśli jest się miłym i cierpliwym, inni niemal zawsze rewanżują się tym samym.

Z wyjątkiem Lucy. Patrzyła tylko na niego albo całkowicie go ignorowała.

13. Lucy nie do wszystkich odnosiła się tak samo. Między nią a Alem wytworzył się rodzaj kłótliwej relacji. On zawsze zaczynał, a ona, mówiąc coś swoim śmiertelnie poważnym północnym akcentem, odpłacała mu pięknym za nadobne. Chris nie potrafił rozstrzygnąć, czy sprawia im to przyjemność, czy też rzeczywiście się nienawidzą. Czasami się zastanawiał, czy potrafiliby udzielić na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi.

– Wiesz, mnóstwo facetów myśli, że jesteś lesbą – powiedział pewnego dnia Al.

– Chciałabym, żeby tak myśleli – odparła Lucy.

– Ja tak nie uważam, bo jestem człowiekiem o szerokich horyzontach.

– Chryste, ciarki mnie przechodzą na myśl, że mogłabym znać kogoś o wąskich horyzontach.

– To fakt – zgodził się Al. – Uważasz, że ludzie, z którymi się zadajesz, są tacy jak większość, i to jest twój problem.

– Uwierz mi, wcale tak nie uważam. Zadaję się z ludźmi, z którymi się zadaję, ponieważ wolę się trzymać na dystans od większości.

– Bardzo mądrze. Kłopot z demokracją, jak kiedyś powiedział Winston Churchill, polega na tym, że większość ludzi to cipy.

– Nie jestem pewna, czy Churchill tak powiedział – wtrąciła Tammy.

– Ale powinien – odparł Al.

– Wreszcie sprawa, w której możemy się zgodzić – oznajmiła Lucy.

– Ja nie jestem jak większość – oświadczył Al.

– Winston Churchill wcale tak nie myśli – odparła Lucy.

14. Chris wymyślił prywatną ksywkę dla Lucy. Nazwał ją Mrocznymi Szatańskimi Młynami z powodu jej nazwiska – Mills1 – i ubioru. Określenie pochodziło z hymnu Jeruzalem, który tata kazał mu śpiewać, kiedy w telewizji nadawano mecz rugby. Chris nadal pamiętał prawie cały tekst.

Nigdy nie nazwał jej tak na głos. Nie wiedział nawet, co znaczy to wyrażenie. Po prostu do niej pasowało i sprawiało, że wydawała się mniej groźna, kiedy o niej myślał.

A myślał o niej dużo. Zastanawiał się dlaczego i doszedł do wniosku, że Lucy jest zagadką, której jeszcze nie rozwiązał. Był jednak przekonany, że potrafi to zrobić.

15. Chris postawił sobie za cel, by zaprzyjaźnić się z Lucy. Słuchał jej uważnie, czytał recenzje książek i płyt CD, które kupowała w czasie lunchu w księgarniach Dillons i Our Price. Jeśli wspomniała o jakimś filmie, oglądał go i potem w rozmowie także do niego nawiązywał.

Dużo mówiła o Matrixie, widziała ten film trzy czy cztery razy. Chris uważał, że Lucy ma lekkiego bzika na jego punkcie. W sieci wchodził na fora, na których dyskutowano o znaczeniu filmu, dzięki czemu mógł z nią o tym rozmawiać.

To nie do końca jest wymuszone, mówił sobie Chris. Każdy temat jest ciekawy, jeśli człowiek dostatecznie głęboko się w niego wgryzie. A ponieważ nie miał zbyt wielu własnych zainteresowań, z radością pożyczył sobie cudze.

Początkowo Lucy sprawiała wrażenie czujnej, Chris jednak widział, że jest zadowolona, bo znalazła w pracy kogoś, kto pasjonuje się tymi samymi rzeczami.

Zaczęli razem wychodzić na papierosa i lunch, chociaż Lucy zawsze wynajdywała pretekst, żeby nic nie jeść. Nagrała Chrisowi kasety ze swoją ulubioną muzyką i pożyczyła mu kilka kaset wideo.

16. Pewnego dnia przyniosła książkę. Była to powieść graficzna o Kubie Rozpruwaczu, zatytułowana Z piekła. Lucy powiedziała, że to nowość, ale już należy do jej ulubionych.

Wyjaśniła, że tytuł stanowi adres zwrotny umieszczony na sławnym liście wysłanym w czasie zabójstw w tysiąc osiemset osiemdziesiątym ósmym roku do funkcjonariusza nazwiskiem Lusk, który prowadził śledztwo. Do listu dołączony był słój, zawierający połowę nerki jednej z ofiar. Nadawca twierdził, że jest mordercą oraz że zjadł drugą połowę.

– Chyba nie rozumiem tej wielkiej fascynacji seryjnymi zabójcami – powiedział Chris.

– To dobrze – odparła Lucy. – Ja też nie rozumiem. Mnie obchodzi tych pięć biednych kobiet. Nikt się nimi nie przejmuje. Minęło sto lat, a wszyscy nadal mają bzika na punkcie tego chorego drania, który je wybebeszył i zjadł ich flaki. To mnie wkurza.

– Nie wiem, czy rzeczywiście zjadł ich flaki.

– Tak jest napisane w tym liście.

– Jasne. Zastanawiam się tylko, czy morderca rzeczywiście go napisał.

– Jeśli nie, zrobił to inny chory drań, który się za niego podawał. Według mnie to jeszcze gorsze.

Powieść graficzna była pełna niesamowitych teorii spiskowych, dotyczących pytania, dlaczego te konkretne kobiety zabito w te konkretne dni. Chris nie rozumiał mnóstwa nawiązań do sił ponadnaturalnych i okultyzmu. Zwykle nie znosił tego rodzaju książek, ta jednak pochłonęła go całkowicie. Powiedział Lucy, że książka mu się podobała, i w odpowiedzi usłyszał, że to dobra wiadomość. Zdał pierwszy egzamin. Nie przypadło mu do gustu brzmienie tego zdania, ale tylko się uśmiechnął. Lucy była poważna.

17. Al lubił żartować, że Chris i Lucy są parą. Kiedy nie było jej w biurze, pytał Chrisa, czy już mu dała. Twierdził, że kolczyki to dobry znak.

Chris starał się go ignorować, a Tammy tylko się śmiała. Raz powiedziała mu, że jej zdaniem Lucy wpadła w oko Alowi, który nie chce się do tego przyznać.

Al zawsze dużo mówił o seksie, choć twierdził, że nie zamierza mieć stałej dziewczyny. Jego problem polegał na tym, że nocą nie lubił nikogo obok siebie w łóżku. Nie mógł wtedy się wyspać. Dlatego też ostatnimi czasy nie komplikował tych spraw. Twierdził, że jego idealny sobotni wieczór składa się z kilku drinków, kreski lub dwóch i obciągania w samochodzie.

– Z tego powodu nigdy nie kupię auta z tapicerką z materiału – oznajmił w pewien poniedziałek rano. – Może jeśli się ożenię. Jak zobaczycie mnie w samochodzie z siedzeniami, których nie da się wytrzeć, będziecie wiedzieli, że jestem innym człowiekiem.

– Chryste, jakie to smutne – skomentowała Lucy.

– Ty tak mówisz – odparł Al – ale dziewczyny na mnie lecą.

– Może niektóre – stwierdziła.

– Racja, droga Lucy – zgodził się Al. – Niektóre to wszystko, co mnie interesuje. Niektóre to dla mnie mnóstwo. Nie jestem zachłanny. Mam niesamowite szczęście, że dziewczyny, które mnie pociągają, czują do mnie to samo. Przecież to pościg za nieosiągalnym prowadzi nas do nieszczęścia.

– Ze mną lepiej nie próbuj – oznajmiła Lucy. – Pokazałabym ci, co to nieszczęście.

– Nie wątpię – odparł Al.

– Och, wynajmijcie pokój, wy dwoje – wtrąciła się Tammy. Al mrugnął do Lucy.

– W twoich snach – odparła.

– W moich koszmarach – przyznał Al.

Chrisa wyczerpywała ta rywalizacja Lucy i Ala o to, które z nich będzie miało ostatnie słowo. Mogli to robić cały dzień. Czasami udawał, że musi wyjść spotkać się z klientem, żeby dłużej tego nie słuchać.

18. – Raz miałem po uszy tego gadania, słuchania i stawiania drinków – oznajmił kiedyś Al – i postanowiłem, że poczekam do końca wieczoru, a potem poderwę jedną z dziewczyn, które nadal będą same, i zapytam: „Hej, masz ochotę na ruchanko?”.

– I jak poszło? – odezwała się Lucy.

– Proszę, nie zachęcaj go – powiedziała Tammy.

– I to jest śmieszne – stwierdził. – Nie wszystkie się zgodziły, wcale nie. Ale całkiem sporo owszem. Więcej niżbym się spodziewał. A kiedy po kilku tygodniach dokonałem podsumowania, okazało się, że liczbę trafień miałem plus minus taką samą.

– Gdzieś w okolicy zera – uznała Lucy.

– Całkiem blisko. A dokładnie to jeden. Na raz wystarczy mi jedna, droga Lucy. Żadnych perwersji.

– Chryste – westchnęła. – Jeśli trójkąt to twoja idea perwersji, to naprawdę powinieneś częściej wychodzić.

– Lubię proste przyjemności – odrzekł Al. – Jestem prostym facetem.

– Prosty to właściwe określenie – odparła Lucy.

19. – Kocham brzydkie kobiety – oznajmił pewnego wieczoru Al, kiedy wszyscy byli w barze. – Są takie wdzięczne.

– Kompletnie przegapiłeś ideę Nowego Człowieka, co, Al? – zapytała Lucy.

– Nowy Człowiek to przestarzała sprawa – stwierdziła Tammy. – Teraz liczy się pan Darcy.

– Cały ja – powiedział Al. – Typ silny, milczący.

– Szkoda, że taki nie jesteś – odparła Lucy.

– I jak te mniej atrakcyjne panie okazują ci wdzięczność? – zapytała Tammy.

– Zgodnie z uświęconą czasem tradycją.

– Chryste! – jęknęła Lucy. – Już słuchać nie mogę o tych twoich cholernych obciąganiach. Nigdy nie pieprzysz tych biednych lasek, jak należy?

– Czasami. Ale tylko od tyłu.

– Wiesz, co myślę? – Lucy zwróciła się do Tammy. – Myślę, że on jest prawiczkiem. Że nigdy w życiu nie bzykał, a to wszystko bierze z lektury pornograficznych pisemek w rodzaju „Loading”.

– Gdybyśmy byli w Ameryce – zwróciła się Tammy do Ala – mogłabym cię zwolnić za molestowanie seksualne.

– Spokojnie – odrzekł. – Nigdy nie próbowałem tego z nikim z pracy.

– Za te twoje historyjki, pojebie – powiedziała Lucy. – Za obleśne gadanie przez cały dzień w obecności dam.

– Jakich dam? – zapytał Al. – Ja tu żadnych nie widzę.

– Urocze – wtrąciła Tammy.

– Bo wiesz, właśnie to spieprzył Clinton – ciągnął. – Szkolny błąd. Nie sraj tam, gdzie jesz.

– A ty co sądzisz, Chris? – zapytała Tammy.

– Przepraszam – odrzekł – zamyśliłem się.

(Nie była to prawda, ale nie chciał opowiadać się po żadnej ze stron).

– Szkoda, że ja nie – powiedziała Lucy.

– Tak czy owak, nigdy nie przepadałem za Amerykankami – ciągnął Al. – Nie mają poczucia humoru.

– Dziewczynie poczucie humoru jest niezbędne, jeśli musi sobie poradzić z tobą – powiedziała Lucy.

– Na pewno daję im powód do uśmiechu – odparł.

– Co, usta pełne twojej spermy? – zapytała Lucy.

– Przestań albo puszczę pawia – zagroziła Tammy.

– Nigdy nie słyszałem, żebyś się skarżyła – powiedział.

– To dlatego, że film ci się urywał – odrzekła.

– Jedno trzeba mi przyznać, dobrze traktuję dziewczynę – oznajmił Al. – Zawsze stawiam jej drinka.

– Dla mnie listerine – mruknęła Lucy.

20. Chociaż spędzali ze sobą dużo czasu, Chris nadal nie miał pojęcia, czy Lucy go lubi. To bardzo go gryzło. Nigdy nie wiedział, na czym stoi. Jeśli powiedział coś nie tak, nie odzywała się do niego przez cały dzień. A następnego ranka sprawa szła w zapomnienie.

Mimo to Chris ją lubił. Była ostra, rozsądna i spontaniczna. Nie zamieniała wszystkiego w żart jak Al ani nie wyrzekała nieustannie na beznadziejnych facetów jak Tammy.

21. Kiedy Lucy przez dwa dni nie przyszła do pracy, Chris się zastanawiał, czy coś się stało. Tammy powiedziała, że Lucy zadzwoniła, że jest chora, ale nie mógł się pozbyć dokuczliwego wrażenia, że chodzi o coś więcej. Martwił się, że coś się dzieje, a ona nie chce o tym mówić.

Niepokoiła go także jej praca. Zawsze była bezbłędna, lecz ostatnio było kilka skarg od klientów, na których systemach pracowała. W programach wykorzystujących przyszłoroczne daty były dziwne rezultaty.

Poprosił, żeby jeszcze raz się temu przyjrzała, a wtedy zwaliła winę na klientów, którzy nie rozumieją swoich systemów. Nie przekonała go jednak. Postanowił zasugerować Tammy, żeby na pewien czas odsunęła Lucy od programowania i przydzieliła jej certyfikaty zgodności, ale tamta odparła, że nie mogą sobie pozwolić na utratę programisty. Poprosiła Chrisa, żeby miał oko na sprawy.

22. Lucy nie pojawiła się w pracy do końca tygodnia i Chris poważnie się już zaniepokoił. Nie umiał się otrząsnąć z przekonania, że zaszło coś złego i że jakimś sposobem jest za to odpowiedzialny. Bawiąc się swą drewnianą zabawką, ciągle sobie wyobrażał, że Lucy ma poderżnięte gardło. Raz po raz widział jej rozcięty brzuch i wyrwane wnętrzności. Ulica za oknem jego mieszkania spływała krwią. Ziemia się kruszyła, niebo płonęło, a wszystko to z jego winy.

Mówił sobie, że powinien się opanować, poskromić szalejącą wyobraźnię i po prostu sprawdzić, czy u Lucy wszystko w porządku. Nie miał numeru jej telefonu, więc w piątek z pracy wysłał do niej mejl. Był pewien, że ma w domu komputer i dostęp do internetu. Ku jego zaskoczeniu odpowiedziała po kilku minutach. Pytała, czy chciałby wieczorem pójść na imprezę, ale miał nie wspominać o tym Tammy.

Jej zaproszenie bardzo go ucieszyło. Zgodził się.

23. Koncert był okropny, bardzo głośny elektroniczny punk. Chris nie potrafił rozróżnić melodii, a bas był tak ciężki, że cały budynek się trząsł. Lucy oświadczyła, że na niektórych koncertach wibracje bywają tak silne, że ludzie na widowni tracą kontrolę nad jelitami i srają. Powiedziała to takim tonem, jakby było to super albo zabawne.

Chris tak nie uważał. Trochę go to przerażało. Czuł niepokój, że ktoś może pod jakimkolwiek względem uważać coś takiego za super.

24. Później poszli do baru. Lucy wcale nie wyglądała na chorą. Nie mówiła jednak o swojej chorobie, więc Chris nie poruszał tego tematu.

Przez kilka godzin palili jej papierosy i pili wódkę. Chris tylko w towarzystwie Lucy palił dużo. Była dopiero dziesiąta, a oni już napoczęli drugą paczkę. Lucy najwyraźniej to nie przeszkadzało. Powiedziała, że Chris później może kupić jej nową. Chyba nie zamierzała szybko wracać do domu.

Mówiła o koncercie, ale Chrisowi nie przychodziło na myśl nic, co mógłby powiedzieć, nie zdradzając przy tym, że bardzo mu się nie podobał, zmienił więc temat na pracę. Dużo się zastanawiał, miał kilka teorii i chciał się nimi podzielić z Lucy.

Ostatnio bardzo często doprowadzały go do frustracji programy, na których pracował. Strukturę podstawową ustalono z dziesięć lat temu, później dodawano do niej różne kawałki. To było jak szopa ogrodowa, która rozrosła się do całego miasteczka baraków. Uważał, że o wiele prościej byłoby usunąć cały ten chaotyczny stary software i zaprojektować nowy. Problem jednak polegał na tym, że skoro przez większość czasu programy funkcjonowały całkiem dobrze, ludzie woleli zostawić wszystko, jak jest.

Teraz, kiedy groziło, że komputery przestaną działać, nareszcie podjęto prawdziwe działania. Tylko że zamiast zacząć od zera, znowu go proszą o dodanie kolejnej przybudówki, tandetnego fragmentu kodu, który podstępem ma zmusić system do działania. To załatwia sprawę na dzisiaj, ale wcześniej czy później trzeba będzie naprawić całość jak należy.

– A czasami – ciągnął Chris – myślę, że może lepiej by było całkiem zignorować problem i pozwolić, żeby wszystko się zepsuło. Niekiedy w pracy ogarnia mnie złośliwa pokusa, żeby nic nie robić, tylko udawać, że naprawiam błąd. Chciałbym zostawić rzeczy takie, jakie są, i zobaczyć, czy rzeczywiście świat się zawali. Bo jeśli się zawali, będziemy mogli zacząć od nowa i w końcu zyskamy szansę, by zrobić wszystko porządnie.

– Opowiadasz brednie – odparła Lucy. – Nieważne, gdzie zaczniesz, zawsze będą elementy wymagające naprawy i nowe rzeczy do dodania. W końcu system zawsze padnie.

– Co nie znaczy, że lepiej przez cały czas uprawiać prowizorkę. Dawne systemy, które organicznie się rozrosły, pewnego dnia trzeba będzie zastąpić innymi. Więc dlaczego czekać, aż będzie źle? Czemu nie zrobić tego teraz?

– Uważasz, że wszelka nowość automatycznie jest lepsza? – zapytała Lucy.

– Najwyraźniej tak, w przeciwnym wypadku bowiem nadal używalibyśmy starych rzeczy.

– Ludzie wciąż ich używają. Ty jedyny twierdzisz, że nie powinni.

– To bardzo proste. Jeśli rzeczywiście zależy nam na poprawie, a nie po prostu na rozpadzie, to innego wyjścia nie ma. Musimy pozbyć się wszystkiego, co już mamy, i zacząć od nowa.

– Kompletne brednie – stwierdziła Lucy. – To przyczyna, dla której pojawili się naziści i Pol Pot.

– Czyli uważasz, że nie powinniśmy się starać, by poprawić to, co jest?

– A po co zaprzątać sobie głowę?

– Więc generalnie wszystko cały czas idzie ku gorszemu – powiedział Chris.

– Racja, kurwa. I nikt nie może na to nic poradzić. Takie jest życie.

– Gdybym tak myślał, tobym się zabił. Przyszłość musi być lepsza od przeszłości, w przeciwnym razie jaki byłby w tym sens?

– Nie ma sensu – odrzekła Lucy. – Najlepsze zawsze było dawno, dawno temu. I nie wróci. Ale co tam, w porządku. Gówno mnie to obchodzi. I tak wszyscy umrzemy.

– Nie wierzę, że naprawdę tak myślisz. Nigdy cię nie niepokoi ogromna odpowiedzialność związana z naszą pracą?

– To jest w niej najlepsze. Uwielbiam poczucie władzy. To jak trzymanie palca na atomowym guziku. Strasznie mnie to kręci. Ale nie marnuję czasu na przejmowanie się, że coś spieprzę. Ja tylko wykonuję tę idiotyczną robotę za pieniądze, dzięki czemu mogę poświęcać czas innym sprawom.

Jej odpowiedź zirytowała Chrisa, choć nie był pewien dlaczego. Nie zapytał, co to za inne sprawy, chociaż widział wyraźnie, że Lucy umiera z pragnienia, by mu powiedzieć. Zaproponował kolejnego drinka, ale go zignorowała. Powiedziała, że aktualnie potrzebuje regularnych dochodów, ponieważ pracuje nad czymś wielkim. Nie powinna mówić o tym byle komu. Chris odparł, że nie musi, on to rozumie, Lucy jednak oznajmiła, że Chris nie jest byle kim. Zastanawiał się, czy to znaczy, że ona go lubi. Nadal nie mógł znieść myśli, że Lucy go nie cierpi. Zapytał, jakie są te inne sprawy.

Jest artystką, powiedziała. To jedyna rzecz, którą traktuje poważnie. Chris był zaskoczony. Nigdy wcześniej o tym nie wspominała. Zapytał, jaką dziedzinę sztuki uprawia. Odparła, że pracuje w zespole i na koniec roku przygotowują wielki projekt. Kurewsko zajebisty. Może Chris także przyjdzie i weźmie w tym udział, o ile oczywiście nie ma innych planów na sylwestra.

25. Nie miał innych planów. Mgliście sobie wyobrażał, że jeśli nie będzie pracował, spędzi tę noc na fajnej imprezie, lecz jego przyjaciele w gruncie rzeczy nie należeli do tego rodzaju ludzi. Może taką okazją okaże się przedsięwzięcie, o którym mówiła Lucy, pomyślał. A z drugiej strony nie chciał z góry wiązać sobie rąk. Dopiero był wrzesień. Powiedział, że prawdopodobnie pojedzie do rodziny, ale jeśli nie, to z całą pewnością weźmie jej propozycję pod uwagę.

Nie mówił prawdy. Dom rodzinny był jedynym miejscem, które mógł z góry wykluczyć. Mniej więcej rok temu jego siostra Jenny rozstała się ze swoim mężem Brianem i przeprowadziła do rodziców, żeby mama mogła jej pomóc przy dzieciach. Brian kumplował się z Chrisem i tak Jenny go poznała, a od czasu zerwania zachowywała się dziwnie, jakby to była wina brata, mimo że Chris z lojalności wobec niej nie utrzymywał kontaktu z Brianem.

Odkąd małżeństwo siostry się rozpadło, Chris ani razu nie odwiedził rodziny, nawet na Boże Narodzenie. Zawsze mówił, że jest zbyt zajęty, co tylko czasami było prawdą. Nadal dzwonił prawie w każdą niedzielę, ale puszczał mimo uszu to, co mama opowiadała o jego kolegach ze szkoły, i oglądał telewizję ze ściszoną fonią. Nigdy nie chciał wiedzieć, jak się czują i co porabiają, a tamci też nie pytali o jego życie. Wolał taki układ. Na tym polegała korzyść mieszkania w Londynie, a nie z rodziną. Nikt nie patrzył.

26. Lucy zapytała Chrisa, czy jego zdaniem problem dwutysięcznego roku naprawdę oznacza koniec świata. Odparł, że nie. Powiedziała, że ciągle musi o tym słuchać od byłego chłopaka, który także pracuje nad tym projektem. Miał obsesję na punkcie żyjącego dwa wieki temu poety Williama Blake’a, autora Jeruzalem i Tygrysa.

Zapytała, czy Chris zna te wiersze. Potwierdził. Zastanawiał się, czy Lucy jakimś sposobem odkryła jego prywatny pseudonim dla niej i mówi o tym, żeby go wkurzyć. Miał wrażenie, że się rumieni. Liczył jednak, że Lucy tego nie dostrzega.

William Blake wierzył, ciągnęła Lucy, że w czasach jego dzieciństwa Anglię odwiedził Jezus, a Londyn jest Nowym Jeruzalem. To ostatni raj, jaki Bóg ustanowi na ziemi, kiedy na końcu czasu Diabeł zostanie pokonany. Mówi o tym Apokalipsa świętego Jana. Blake w Jeruzalem opisał to jako wydarzenie z dalekiej przeszłości, które jednak przeoczyliśmy i teraz musimy walczyć o odzyskanie raju.

Powiedziała Chrisowi, że Jeruzalem właściwie nie jest tytułem wiersza. To fragment wzięty z początku dłuższego poematu Milton – o starym ślepym poecie, twórcy Raju utraconego, który wraca z zaświatów, żeby porozmawiać z Blakiem. Jej eks powtarza, że Blake był prorokiem i widział rzeczy niedostrzegalne dla innych.

Chris odparł, że nie wierzy w zjawiska ponadnaturalne. Życie i bez tego jest dostatecznie skomplikowane. Lucy powiedziała, że nie o to chodzi. Istnieje inny sposób postrzegania świata, dzięki któremu wszystko się łączy, w tym przeszłość z przyszłością. Prorocy to po prostu ludzie umiejący odczytywać znaki. A trzeba dodać, że istnieje mnóstwo proroctw o końcu świata w tym roku. Tego rodzaju rzeczy zawsze są mgliste, można z nich wyczytać wszystko, co się komu podoba.

– A Nostradamus? – dodała. – Przewidział koniec świata na ten rok. W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym roku wybuchnie wojna światowa, która wymaże cywilizację.

– Kiedy to powiedział?

– W tysiąc pięćset pięćdziesiątym piątym. W tym rzecz. Tak zawsze jest, kiedy cyfry się powtarzają. Mamy ostatni rok. Powietrze zmieni się w ogień i pożre powierzchnię ziemi. Mówię ci, wybuchnie cholernie wielka wojna.

– Wcale nie – sprzeciwił się Chris. – Popatrz na wiadomości. Nawet gdyby rzeczywiście miała wybuchnąć wojna, nie dojdzie do niej przed końcem roku. Widzielibyśmy, że coś się szykuje.

– A jeśli komuś odbije i zbombarduje parlament?

– Kto?

– Nie wiem, jakaś banda świrów.

– To co innego. Nie da się wypowiedzieć wojny bandzie świrów, tylko innemu państwu. A żadne państwo nie będzie takie głupie, żeby dokonać niespodziewanego ataku na kraj posiadający broń nuklearną.

– Ale to niewykluczone – upierała się Lucy.

– To byłoby samobójstwo.

– Niektórzy ludzie umarliby z radością, jeśli sprawa byłaby tego warta.

– Jaka sprawa?

– Można pomyśleć, że potrzebujemy brutalnego przebudzenia. Ja też uważam, że potrzebujemy.

– Czyli chcesz, żeby ktoś wysadził parlament? – zapytał Chris.

– Czemu nie? To kurewstwo. Przypadkiem nie przegapiasz tego, co naprawdę się dzieje na świecie? Istotnych wiadomości. Nie tych o Billu Clintonie wpychającym cygaro w cipę jakiejś tłustej kurewki. Wieczorami wstyd mi za Petera Sissonsa. Szczerze, śmiertelnie mnie nudzi, że wszyscy czują się tacy zadowoleni z siebie i bezpieczni. Potrzebna nam nauczka.

– A jakiej to nauczki potrzebujemy?

– Pycha kroczy przed upadkiem – odparła. – Nic nie trwa wiecznie.

– Mówisz tak, jakbyś chętnie zobaczyła upadek cywilizacji.

– Racja, kurwa. Dawniej snułam fantazje o wojnie nuklearnej. Naprawdę chciałam, żeby do niej doszło. Zabawy w ruinach, jak opowiadał dziadek. Konieczność tworzenia wszystkiego na nowo ze starych gratów. Kompletny Mad Max.

– I twoim zdaniem stanie się to po Nowym Roku?

– Tylko poczekaj. I niczego wcześniej nie zobaczysz. Nikt nie zobaczy. Ustawimy zegary, wszyscy smacznie zasną w swoich łóżeczkach. O niczym nie będą mieli pojęcia. Tik-tak – i wszystko zniknie. Jakby w ogóle nic nie było.

– To cokolwiek przygnębiające – powiedział Chris.

– Nie bądź dzieckiem. Historia się skończyła, stary. Wszystko już było. Nic nie jest rzeczywiste. Przyszłość to gówno.

27. Lucy zapytała Chrisa, czy miałby ochotę poznać ludzi z jej zespołu. Jest impreza w domu, powiedziała, część z nich tam będzie.

Nie chciał jeszcze wracać do siebie, więc się zgodził. Już nie potrafił rozstrzygnąć, czy ona rzeczywiście wierzy w to wszystko, o czym mówiła, czy też jest to część owego projektu artystycznego, ale i tak dobrze się bawił. Zawsze starał się nie pić zbyt dużo, pomyślał jednak, że już późno i równie dobrze może przez jedną noc zaszaleć. Nie przepadał za alkoholem, choć jedno pijaństwo to jeszcze nie koniec świata.

Musieli biec, by złapać ostatnie metro.

28. Kiedy dotarli na imprezę, większości znajomych Lucy już nie było. Powiedziała Chrisowi, że niektórzy są o wiele starsi i mają rodziny. To go zaskoczyło. Wyobrażał sobie, że wszyscy są tacy jak ona.

Przyszło mu do głowy, czy nie ocenia jej zbyt nisko. Przecież mogła być utalentowaną artystką. Nie miał pewności, czy potrafiłby to dostrzec.

Lucy przedstawiła mu młodego chłopaka imieniem Oliver, szefującego tej części projektu, nad którą pracowała. Był wysoki, szczupły i bardzo uprzejmy. Chris go polubił.

Zapytał, ile osób bierze udział w przedsięwzięciu. Oliver odparł, że dokładnie nie wie. On i Lucy zajmują się tylko jednym elementem całości. Chris zapytał więc, jak wygląda całość. Oliver spojrzał najpierw na Lucy, potem na niego.

Lucy powiedziała, że to ściśle tajne. Jeśli za wcześnie ujawnią zbyt wiele, zepsują niespodziankę. Chris zapytał, jak spodziewają się przyciągnąć widzów, skoro nie mają zamiaru niczego zdradzać. Oliver się roześmiał i odparł, że też o tym myślał.

Wyjaśnił, że wciąż mają różne poglądy na ostateczny kształt przedsięwzięcia, ale najlepiej opisałby je jako wizję Londynu w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Interesuje ich kilka znaczących momentów w historii, po jednym z każdego z ostatnich trzech wieków. Zebrał mnóstwo materiałów i znalazł bardzo ciekawe rzeczy. Sęk w tym, jak je połączyć. Kiedy uda się im znaleźć sposób, całość będzie naprawdę wyjątkowa.

Zapytał, czy Chris chciałby wziąć udział w tym projekcie. Ten odparł, że niezbyt dobrze zna historię. Oliver stwierdził, że zapewne lepiej, niż sam sądzi. Zapytał, czy Chris słyszał o Kubie Rozpruwaczu, Williamie Blake’u i Johnie Miltonie. Te nazwiska były Chrisowi znane, ale niewiele wiedział o tych postaciach.

Oliver wyjaśnił, że John Milton to ociemniały poeta z siedemnastego wieku, autor poematu epickiego Raj utracony, opowiadającego dzieje Adama i Ewy oraz opisującego wojnę pomiędzy Bogiem a Szatanem. Chociaż Milton był gorliwym chrześcijaninem, przeważa pogląd, że Szatana uczynił postacią bardziej interesującą od Boga. William Blake uważał, że Milton należał do stronnictwa Szatana, nie zdając sobie z tego sprawy.

– Blake to także poeta – ciągnął Oliver. – Tworzył ponad sto lat później. Gdy żył, jego twórczość ignorowano, dzisiaj uznawana jest za bardzo ważną. Był również artystą, a niektórzy współcześni krytycy sądzą, że jednym z najważniejszych w dziejach Anglii. Miał wizje i to one stanowiły inspirację do wielu jego najważniejszych dzieł. Jedni uważali go za szaleńca, inni za geniusza.

– A Kuba Rozpruwacz? – zapytał Chris.

– Oto jest pytanie – odparł Oliver. – Nikt nie wie o nim nic ponad to, że był człowiekiem, który zrobił to, co zrobił. Ale oczywiście istnieją rozmaite teorie dotyczące jego tożsamości i motywów, jedne bardziej wiarygodne od drugich.

– A ty co myślisz?

– Myślę, że przypuszczalnie ktoś gdzieś zna prawdę, co jednak jest mniej interesujące od tajemnicy.

Chris pomyślał, że wszystko to dobrze brzmi. Zapytał, czy może przyprowadzić kilkoro przyjaciół. Oliver odparł, że nie chcą tłumów, przyjdą tylko zaproszeni. Pracują nad fragmentami, niedługo zajmą się kolejnymi, ale dopiero na końcu, w sylwestra połączą wszystkie w całość. Nadal pozostało sporo roboty. Na tym etapie w ogóle nie powinni o tym dyskutować, oznajmił Oliver. Będzie musiał nagadać do słuchu Lucy. Ale ona kazała mu się odpierdolić. Oliver się roześmiał i powiedział, że chyba najlepiej będzie, jak tak zrobi, ale miło było poznać Chrisa. Wiele o nim słyszał od Lucy.

Chris był zdziwiony. Spojrzał na dziewczynę, żeby sprawdzić, czy to słyszała, ale rozmawiała z kimś innym. Pożegnał się więc z Oliverem i powiedział, że ma nadzieję, że niedługo znowu się spotkają. Oliver odparł, że jego zdaniem to bardzo prawdopodobne.

Gdy tamten wyszedł, Chris zapytał Lucy, czy chce zostać. Chciała, powiedział więc, że on też chce, że dobrze się bawi, chociaż wcale nie był tego taki pewien. Bardzo polubił Olivera, jednak coś w ich rozmowie sprawiło, że poczuł się zakłopotany i niezgrabny, jakby nie okazał się dostatecznie dobry.

29. Dom był zatłoczony, a muzyka bardzo głośna, wyszli więc oboje do ogrodu. Ludzie rozmawiali o komputerach i Chris oświadczył, że to ich praca. Wyjaśnił, że walczą z pluskwą milenijną. Jedna z dziewczyn powiedziała, żeby nic z tym nie robić, bo ona chce się przekonać, jak będzie wyglądał koniec świata.

– Ja wiem, jak będzie wyglądał – odezwała się Lucy. – Będę siedziała na motocyklu cała w skórze i strzelała do takich głupich cip jak ty.

Facet w garniturze stwierdził, że komputery to kupa gówna. Internet się nie przyjmie. Owszem, nadaje się do porno, ale w innych sprawach się nie sprawdza. W żadnym razie nie da się na nim zarobić. A co z reklamą? – zapytał Chris. Facet odpowiedział, że to nie ma sensu ani teraz, ani w przyszłości, chyba że każdy będzie nosił w kieszeni mały komputer i przez cały dzień surfował po necie. Lucy stwierdziła, że niedługo tak będzie. Tamten odparł, że za swojego życia na pewno się tego nie doczekają.

Lucy oznajmiła, że nie będzie słuchała nikogo, kto mówi o surfowaniu po necie. Nikt tak tego nie nazywa. Facet w garniturze powiedział, że wręcz przeciwnie, mnóstwo ludzi. Lucy uściśliła, że miał na myśli sieć, nie net. Net kojarzy jej się z rybami. Facet powiedział, że sieć każe mu myśleć o pająkach. Co akurat jest słuszne, dodał, jak się weźmie całe to okropne gówno, które w niej tkwi.

Zaczęli rozmawiać o forach dla ludzi z dziwnymi fetyszami seksualnymi. Lucy powiedziała, że według niej to dość poruszające – wszyscy ci ludzie dawniej myśleli, że tylko oni są tacy, a teraz mogą skontaktować się z innymi i uświadomić sobie, że nie są odmieńcami. Facet oznajmił, że zdecydowanie są odmieńcami. Był dość wstawiony i wyglądało na to, że szuka okazji do awantury.

Pozostali stwierdzili, że robi się zimno, i poszli do domu. Lucy odparła, że nie zmarzła, a Chris zapewnił, że on też nie, choć to nie była prawda. Przez kilka minut milczeli. Potem pijany facet oświadczył, że też idzie do domu. Dobrze wie, kiedy go nie chcą.

– Ryby – powiedziała Lucy.

– Pająki – odrzekł tamten i poszedł.

– Obie te rzeczy mogą cię złapać – dodała Lucy.

– Co za rzeczy? – zapytał Chris.

– Nety i sieci. Ryby w nie wpadają, ale pająki mają kontrolę nad swoimi.

– A co z biednymi muchami?

– Właśnie.

Powiedziała mu, że jest szczęściarą, ponieważ jej rodzaj pornografii nawet nie jest pornografią. Kręcą ją kolczyki u siebie i innych. Chris był zaskoczony, że bez oporów przyznała się do takiej rzeczy. Pokiwał tylko głową i zrobił taką minę, jakby to był absolutnie normalny temat rozmowy.

Lucy powiedziała, że najbardziej się podnieca, kiedy zakłada sobie nowy kolczyk. Jeśli się dowiaduje, że ktoś, kto jej się podoba, też ma kolczyki, to zaczyna jej się podobać bardziej. Nigdy nie durzyła się w kobietach, chyba że miały dużo tego rodzaju ozdób, wtedy niemal zawsze się jej to zdarzało. W sieci działa mnóstwo portali dla grup zafascynowanych piercingiem i kiedy była napalona, wchodziła na nie, żeby popatrzeć na zdjęcia. Niektóre strony były dla mężczyzn, którzy lubili kobiety z kolczykami. Lucy świetnie się bawiła, wyśmiewając się z nich. Jak sądziła, tamci w większości chyba zakładali, że ona też jest facetem, udającym kobietę, ale to tylko wzmacniało jej uciechę. Lubiła mieć miejsce, gdzie można flirtować do woli, ale zawsze kontrolując sytuację. Cieszyło ją, że dla odmiany jest pająkiem, a nie muchą.

Chris nie był pewien, co właściwie powinien odpowiedzieć. Nie odezwał się. Oboje przez chwilę milczeli. Lucy szepnęła, że nie ma pojęcia, dlaczego mu o tym mówi. Nigdy dotąd nikomu się z tego nie zwierzyła, nawet byłemu chłopakowi, jednak uważała Chrisa za kogoś, komu może powiedzieć wszystko. Miała nadzieję, że mu to nie przeszkadza.

Jasne, że nie, pewnie większość ludzi ma jakąś prywatną sprawę, o której nigdy nikomu nie mówi, odparł, chociaż nie miał pojęcia, czy to prawda. Zaraz jednak pożałował swoich słów, ponieważ Lucy stała się bardzo ciekawska. Zapytała, czy to znaczy, że on też ma swój mroczny sekret. Dodała, że zwykle to ci spokojni mają takie sekrety.

Chris dostrzegał wyraźnie, że Lucy czeka na wyznanie. Pomyślał, że chyba powinien się na to zdobyć. Nigdy dotąd nie słyszał takiego podniecenia w jej głosie i nie chciał jej rozczarować. Ale nic mu nie przychodziło do głowy, więc tylko parsknął śmiechem.

Lucy nie zamierzała zrezygnować. Powiedziała, że cokolwiek to jest, nie powinien się wstydzić, i przysięgła, że zatrzyma jego zwierzenia dla siebie. Chyba że chodzi o dzieci, bo wtedy doniesie na niego na policję. Zapewnił, że nie. Odparła, że nawet gdyby to były dzieci, byłoby w porządku, gdyby nic im nie robił i starał się uzyskać pomoc. Powtórzył, że nie chodzi o dzieci. Odrzekła, że w porządku, ale teraz musi jej powiedzieć, w przeciwnym wypadku pomyśli, że ją okłamuje i że naprawdę to są dzieci.

Ktoś zgasił światło w kuchni i w ogrodzie zapadła ciemność. Chris nawet nie widział twarzy Lucy, tylko poświatę wokół nosa i ust dziewczyny za każdym razem, gdy się zaciągała papierosem. Pomyślał o pewnej rzeczy, ale nie był pewien, czy chce jej o tym powiedzieć. Nikomu wcześniej o tym nie wspominał. Nie miał pojęcia, dlaczego nagle wpadło mu to do głowy. Ostatnio wcale o tym nie myślał. Nie wstydził się, ale wolał, żeby ludzie tego nie odkryli. Był pewien, że to by wiele zmieniło.

Zastanawiał się jednak, czy Lucy w ten sposób nie próbuje okazać mu sympatii. Gdyby się jej zwierzył, poczułaby, że jej ufa, i może doszłaby do wniosku, że go lubi. Nadal zupełnie się nie orientował, co o nim myśli, i to go dręczyło. Nie mógł znieść tej niewiedzy.

Więc jej powiedział.

Lucy milczała. Już nie była podniecona. Chris pomyślał, że wygląda na przygnębioną. Powiedział, że nie chciał jej wkurzyć. Odparła, że nie jest wkurzona, tylko się zastanawia. Poprosił, żeby o tym zapomniała, tak tylko gadał.

To nie była tylko taka gadanina, odparła. Miała przyjaciół z o wiele bardziej pokręconymi tajemnicami. Kiedy zapytał o przykład, kazała mu pilnować własnego pieprzonego nosa. Oznajmiła, że musi iść się wysikać, a on niech z łaski swojej kupi papierosy.

30. Zajęło mu to dużo czasu, bo najpierw musiał znaleźć bankomat. Po powrocie na imprezę nigdzie nie mógł znaleźć Lucy. Zapytał faceta, z którym byli w ogrodzie, i dowiedział się, że poszła do domu. Powtarzał sobie, że wcale go to nie dotknęło. Pod pewnym względem nawet poczuł ulgę. Porozmawiał z kilkoma interesującymi ludźmi.

Okazało się jednak, że Lucy nadal tu jest. Kiedy później Chris poszedł do sypialni po płaszcz, zastał ją tam zwiniętą w kłębek i smacznie śpiącą. Próbował zabrać kurtkę, nie budząc dziewczyny, ale mu się nie udało.

Poprosiła go o papierosa. Oboje palili w milczeniu. Kiedy skończyli, znowu się położyła, a Chris zrobił to samo. Zaczęli się o siebie ocierać. Na początku delikatnie, potem gwałtownie. Wydawało mu się, że to Lucy zaczęła, ale nie był pewien.

Próbował rozpiąć jej spodnie. Odepchnęła go łagodnie. Wstała, ale zaraz usiadła i powiedziała, że czuje się trochę zamroczona. Poprosiła, żeby Chris wezwał taksówkę do Whitechapel. Zaproponował, że mogą zabrać się razem, skoro jadą w tym samym kierunku. Przez pewien czas żadne się nie odzywało.

31. Lucy zaczęła mówić o zwolnieniu. Nie była chora, tylko w strasznym dołku. Z nikim nie rozmawiała. Nie mogła zwlec się z łóżka. Nic nie miało sensu. Nic nie było rzeczywiste.

Ale powinna umieć otrząsnąć się z tego i wrócić do normalnego życia. Jest rozpuszczonym bachorem, jak kiedyś napisał pod jej pracą domową nauczyciel, który myślał, że ją ściągnęła, choć tego nie zrobiła. Jest intrygantką, egoistyczną dziwką, która unieszczęśliwia wszystkich dokoła, jak powiedziała mama, kiedy Lucy ją okłamała i poszła na noc do swojej przyjaciółki Pauli. Jest bezwartościową zdzirą i pojebuską, jak powtarzał jej codziennie były chłopak. Należało ją wyskrobać i spuścić w kiblu.

Wszystkie te głosy kłębiły się w jej głowie, zagłuszały jej własny. Nie wiedziała już, jak naprawdę brzmi jej głos. To sprawiało wrażenie choroby mózgu.

Widziała rzeczy, których wcale nie było. Raz zobaczyła karzełka bez oczu, innym razem faceta, smażącego jej wnętrzności na patelni, a kiedy indziej lśniące metalowe oblicze, które powiedziało, że jest zrobiona z gliny. Szła ulicą, a dookoła szalał pożar.

Wiedziała, że jest świruską, że ma kompletnie nie po kolei w głowie. On, Chris, jest dla niej miły tylko dlatego, że chce ją przelecieć. A kiedy mu pozwoli, będzie się z niej śmiał z Tammy i Alem.

Chris nie miał pojęcia, jak zareagować. Próbował zapalić papierosa, lecz jego zapalniczka nie działała. Mógłby poprosić Lucy, nie chciał jednak, żeby to były jego następne słowa. Liczył, że sama mu poda zapalniczkę. Nie zrobiła tego.

Powiedziała, że trochę jej niedobrze i chce wracać do domu. Nie ma potrzeby, żeby się o nią martwił, takie okresy ciągle jej się trafiają, ale wszystko będzie dobrze. Chris odparł, że się nie martwi. Oznajmiła, że o tym wiedziała, ale mówi tak na wypadek, gdyby jednak się martwił. Poszedł do holu i zadzwonił po taksówkę.

32. Gdy już wyszli z domu na świeże powietrze, Lucy wyglądała na strasznie zalaną. W taksówce oczy jej się kleiły. Powiedziała, że jej niedobrze, a wtedy kierowca kazał jej wysiąść. Potknęła się o krawężnik i oświadczyła, że skręciła sobie kostkę. Chris wysiadł, żeby jej pomóc. Lucy poprosiła, żeby taksówkarz poczekał, aż ona znajdzie kosz albo coś w tym rodzaju, ale odjechał. Znalazła kosz i stała nad nim kilka minut, choć nie wymiotowała.

Powiedziała Chrisowi, że mieszka niedaleko, więc czy mógłby ją odprowadzić. Nie miał ochoty, nie wiedział jednak, jak odmówić. Ponieważ była pijana i nieprzytomna, a w dodatku kuśtykała z powodu obolałej kostki, droga zajęła im prawie godzinę.

Chris przez cały czas miał wrażenie, że są obserwowani. Raz czy dwa przekonał samego siebie, że idzie za nimi człowiek w masce. W umyśle widział bardzo wyraźny obraz tamtego. Kiedy jednak się obejrzał, nikogo nie było.

Musiał otworzyć drzwi, pomóc Lucy wejść do środka, a potem zaprowadzić ją do sypialni. Położyła się i od razu zasnęła. Chris wahał się, czy wracać do siebie, czy przenocować na sofie. Poszedł zrobić sobie herbatę.

Kiedy woda się gotowała, rozejrzał się po mieszkaniu. Nie tego się spodziewał; to było zwykłe mieszkanie komunalne z różową tapetą i meblami obitymi perkalem. Wszystko cuchnęło dymem, w każdym pokoju stały popielniczki pełne niedopałków. Zasłony w salonie były zaciągnięte, na podłodze leżały stosy tabloidów i czasopism dla kobiet. Do telewizora podłączono nintendo, przy ścianie wznosił się wysoki niemal do sufitu stos kaset. Jedynymi książkami, jakie znalazł, były tomy poezji i ryciny Williama Blake’a. Przejrzał je, ale nie potrafił dostrzec w nich sensu.

W jednej z kuchennych szafek zobaczył wielki słój wypełniony płynem, w którym pływał dziwny długi przedmiot. Wyglądał jak mięso albo podroby, ale był szary i potłuszczony. Chris nie widział dokładnie, ponieważ w mętnej cieczy unosiły się jakieś drobiny. Przypominało to eksponat ze starego muzeum medycznego.

Koło słoja leżały napisane ręcznie listy. One też wyglądały na bardzo stare. Chris przeczytał pierwszy, zawierający tylko kilka linijek, z wieloma błędami ortograficznymi. Adresatem był niejaki Lusk, nadawca jako adres zwrotny podał „Z piekła”. List mówił o zjedzeniu połowy nerki wyjętej z ciała jakiejś kobiety.

Chris przypomniał sobie powieść graficzną o Kubie Rozpruwaczu, którą dała mu Lucy, i postaci historyczne wymienione przez Olivera. Przypuszczał, że to część przedsięwzięcia artystycznego tamtych dwojga. Uznał, że właśnie tego rodzaju rzeczy ktoś taki jak Lucy może mieć w swojej szafce kuchennej, mimo to zrobiło mu się niedobrze. Całość wyglądała bardzo przekonująco.

Dokładał starań, by sobie nie wyobrażać, jak rozcina Lucy. I że w słoju jest jej nerka.

Kręciło mu się w głowie. Zastanawiał się, czy nie powinien wracać do domu.

33. Zajrzał do Lucy. We śnie często kaszlała. Martwił się, że może się zadławić wymiotami, i dlatego postanowił zostać. Zdjął poduszki z sofy i ułożył na podłodze koło łóżka Lucy. Nie zmrużył oka, tylko palił i jej pilnował. Rozmyślał o wielu sprawach.

Ta dziewczyna wydawała mu się ważna. Jakby znał ją od zawsze. Przez całe życie. Znowu ogarnęło go to uczucie, że niedługo z jego winy przydarzy jej się coś naprawdę złego. Musiał się upewnić, że u niej wszystko w porządku. Musiał ją chronić. Nigdy dotąd nie czuł się tak wobec innej osoby i ani trochę mu się to nie podobało.

Wiedział, że jeszcze jest czas. Zdawał sobie sprawę, że natychmiast powinien wrócić do domu i nie być tutaj rano. Czuł, że jeśli tego nie zrobi, w przyszłości będzie wracał do tej chwili i gorzko żałował swojej decyzji.

Został.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

1 Mill – znaczy po angielsku „młyn”.

Spis treści

GŁÓWNI BOHATEROWIE

CZĘŚĆ PIERWSZA. Początek ROZDZIAŁ PIERWSZY

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Mali ludzie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona