Żony, kochanki, damy, intrygantki

Żony, kochanki, damy, intrygantki

Autorzy: Andrzej Zieliński

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 17.30 zł

W historii Polski kobiety, żony i kochanki, miały bardzo często istotny udział w tworzeniu, rozwoju i upadku państwowości, a nierzadko bezpośrednio lub pośrednio wpływały na losy Europy. Niejednokrotnie to one właśnie, w najtrudniejszych dla kraju momentach, potrafiły zmobilizować swoich ukoronowanych mężów do podjęcia konkretnych, zdecydowanych działań. Nie brakowało również w naszej historii takich kobiet, które wykorzystując łoże, działały przeciwko rządzącemu współmałżonkowi i polskiemu państwu. Stawały się nieformalnymi ambasadorkami swoich rodzinnych krajów. Ogromna większość z nich była bowiem cudzoziemkami, znacznie lepiej wykształconymi od swoich nieokrzesanych mężów. W przeciwieństwie do nich umiały czytać i pisać, co więcej, znały często wiele języków obcych, interesowały się sztuką, nauką, dużo czytały, próbowały nawet skutecznie oddziaływać na życie polityczne kraju, do którego przybyły. Te kobiety nie tylko współtworzyły polską historię, lecz miały niekiedy istotny wpływ na rozwój naszej nauki i kultury. Przybliżały nas, jako społeczeństwo, do Europy, ale czasem również od niej oddalały. Powinno się o nich nieustannie przypominać, odrzucając zastane, obiegowe opinie dotyczące naszej przeszłości, traktujące wyłącznie o książętach i królach. Ich sukcesy i porażki, decydujące nierzadko o losach Polski, miały bardzo często swój początek nie tylko obok tronu, ale często także w łożnicach, alkowach czy buduarach.

Andrzej Zieliński – dziennikarz i historyk, autor licznych książek poświęconych zagadkowym i kontrowersyjnym epizodom historii Polski, w tym bestsellerowych "Skandalistów w koronach" i "Sarmaci, katolicy, zwycięzcy".

Copyright © Andrzej Zieliński, 2017

Projekt okładki

Prószyński Media

Zdjęcie na okładkce

Jan Matejko „Królowa Jadwiga i Dymitr z Goraja”

Zdjęcia w środku

Śląska Biblioteka Cyfrowa; Biblioteka Narodowa;

Muzeum Narodowe w Poznaniu

Redaktor prowadzący

Adrian Markowski

Redakcja

Jarosław Skowroński

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8123-581-5

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Niełatwo bowiem nad żoną utrzymywać górę, gdy się jej raz panować pozwoli.

Wincenty Kadłubek – Kronika polska

OD AUTORA

W historii Polski – podobnie jak w wielu europejskich krajach, wbrew lansowanym często opiniom o ich powszechnej dyskryminacji – kobiety, żony i kochanki miały bardzo często istotny udział w tworzeniu, rozwoju i… upadku państwowości, nierzadko bezpośrednio lub pośrednio wpływając na losy Europy. Nie zawsze było to skrupulatnie odnotowywane przez naszych kronikarzy i historyków, mimo iż od najdawniejszych naszych czasów ich dobre i złe oddziaływanie na władców było wyraźnie dostrzegane przez współczesnych im kronikarzy i historyków. Niejednokrotnie to one właśnie, w najtrudniejszych dla kraju momentach, potrafiły zmobilizować swoich koronowanych mężów do podjęcia konkretnych, zdecydowanych działań. Czasami nawet faktycznie przejmowały, i to skutecznie, ich państwowe obowiązki.

Nie brakowało również w naszej historii takich kobiet, które w sposób świadomy, wykorzystując łoże lub koneksje rodzinne, działały przeciwko rządzącemu współmałżonkowi i polskiemu państwu. Stawały się nieformalnymi ambasadorkami swoich rodzimych państw. Niektóre czyniły to jawnie, inne się z tym mniej czy bardziej skutecznie kamuflowały.

W zdecydowanej przecież większości te koronowane żony naszych władców były bowiem cudzoziemkami (zaledwie cztery królowe na przestrzeni dziejów monarchii w Polsce były jej rodowitymi mieszkankami). Przybywały do nieznanego kraju, często jako kilkunastoletnie dziewczęta, nie znając nawet podstawowych słów w obcym dla nich języku, zderzając się tutaj z inną kulturą, z innymi obyczajami, a nawet z innym pojmowaniem wyznawanej przez nie tej samej, zdawałoby się, religii.

Nigdy nie była ich świadomym wyborem miłość, zawsze natomiast względy polityczne, a nawet finansowe (bogaty posag). Stawały się na ogół zakładniczkami traktatów i umów, zawartych bez pytania ponad ich głowami. Swojego życiowego partnera, poza naprawdę kilkoma wyjątkami, poznawały dopiero po ślubie. Nierzadko przecież małżeństwa takie zawierane były per procura. Decyzje o małżeństwie podejmowane były niemal zawsze w imię konkretnych celów politycznych.

W dodatku mąż bywał bardzo często dwukrotnie lub nawet jeszcze starszy. Mógł być jej ojcem albo dziadkiem. A ona, dziecko jeszcze prawie, musiała od razu wejść w rolę żony i z reguły natychmiast – matki. A czasem nawet ten mąż okazywał się wdowcem z dorosłymi już dziećmi, posiadającymi własne rodziny, z potomkami znacznie starszymi od nowej żony ojca. Najczęściej wzajemne stosunki z takim wcześniejszym potomstwem męża układały się jak najgorzej. Ale nie to było dla nich tym najważniejszym problemem.

Zdarzało się im – i nie były to rzadkie wypadki – że wbrew sobie cudzoziemskie żony naszych władców musiały radośnie witać męża powracającego zwycięsko z wyprawy wojennej przeciwko ich ojczyźnie, ojcom i braciom – albo też koić jego frustracje po przegranej bitwie z najbliższymi żony. Wymagano tego od nich, ale nikt nie zastanawiał się, co wtedy czuły. Nie były wolne od tych dylematów również polskie księżniczki wydawane za mąż za ościennych władców. Na przykład Świętosława, rodzona siostra Bolesława Śmiałego i Władysława Hermana, była w Pradze, z woli niemieckiego cesarza Henryka IV, koronowana wspólnie z mężem Wratysławem II na królewską parę dożywotnio władającą Polską, i to w czasie, gdy nasz kraj posiadał prawowitego władcę – rządził wtedy książę Władysław Herman, który nie miał jednak wówczas żadnych szans na polski królewski tron. Musiała Świętosława mieć zatem pełną świadomość, że pozbawiła ich swojego brata. W dodatku jej pasierbica Judyta została później żoną… Władysława Hermana, czyli jej bratową. Takie to były w tamtych czasach zawirowania matrymonialne, w których musiały odnaleźć się jakoś te bardzo młode dziewczęta.

Znamienny jest tu przykład Bolesława Chrobrego i jego nieznanej z imienia córki wydanej za wielkiego księcia Rusi Kijowskiej Świętopełka I, zwanego Przeklętym. Kiedy książę ten został zrzucony z tronu przez przyrodniego brata, Jarosława Mądrego, zbiegł do Polski pozostawiając swoją żonę w rękach nowego wielkiego księcia. Bolesław Chrobry, sam wówczas już ponownie żonaty, zorganizował wówczas wyprawę na Kijów, której prawdziwym celem była zemsta za odmówienie mu przez Jarosława Mądrego ręki jego siostry, Predsławy, niemniej oficjalnie chodziło o przywrócenie tronu Świętopełkowi I.

Po zdobyciu i złupieniu Kijowa zwycięski Chrobry powrócił do Polski, a wracając, zabrał ze sobą, jako nałożnicę, wspomnianą Predsławę, którą do końca życia trzymał na Ostrowie Lednickim. Odrzucił propozycję wymiany tej kijowskiej księżniczki… na własną córkę, którą skazał tym praktycznie na śmierć. Czy dzisiaj ktoś mu to pamięta?

Jak czuła się wtedy Oda, niemal równolatka Predsławy, ciężarna wówczas żona Bolesława Chrobrego?

Łatwiej było uporać się z takimi problemami tym cudzoziemskim żonom, które miały już za sobą doświadczenia małżeńskie, a także stosowne wykształcenie oraz odpowiednią wiedzę życiową. One z reguły szybko odnajdowały swoje ważne miejsce obok tronu. Stawały się prawdziwymi partnerkami, wnoszącymi do naszej państwowości i kultury dobre doświadczenia swoich krajów. Inną sprawą pozostaje już, że nie zawsze z pełnym zrozumieniem odbierane były przez otoczenie. Czasem jednak przywoziły ze sobą również nie najlepsze wzorce obyczajowe lub stawały się na dworach naszych władców mniej czy bardziej jawną przysłowiową piątą kolumną w służbie swoich ojczyzn.

Należy również w tym miejscu wyraźnie napisać, że wbrew niekiedy wyrażanym poglądom księżne i królowe, nie tylko zresztą w średniowieczu, lecz w całych dziejach Europy i Polski, nie należały do osób całkowicie zahukanych przez współmałżonków, ograniczanych w swych obowiązkach tylko do kościoła i rodzenia następców (kuchnią zajmowały się odpowiednie służby). Stały twardo przy tronach. Poza nielicznymi wypadkami (a może zbyt mało o nich obecnie wiemy) były prawdziwymi partnerkami swoich narzuconych im często mężów, imponowały silną osobowością, przewyższając ich najczęściej wykształceniem.

Podobnie jak działo się to zresztą w wielu krajach europejskich, także w Polsce w pierwszych wiekach naszej państwowości, chociaż także jeszcze w późnym średniowieczu, nasi władcy byli analfabetami, ledwie potrafiącymi się podpisać, najczęściej zamiast gęsim piórem posługującymi się pieczęciami. Czytać i pisać z nielicznymi wyjątkami (u nas bardzo długo pozostawał takim w historii tylko król Mieszko II) umieli tylko zakonnicy, księża i… kobiety, żony tych władców. Można i trzeba dyskutować o tym, jak się w owym partnerstwie z nieokrzesanymi mężami zachowywały, czyich interesów tak naprawdę broniły, ale to są już zupełnie inne zagadnienia, które także będę chciał przedstawić w tej książce.

Każdemu śledzącemu życiorysy żon polskich królów i książąt musi rzucić się w oczy pewien istotny szczegół. Bez względu na swój wiek i kraj, z którego przybyły, zawsze były przygotowane do pełnienia swojej roli życiowej u boku swojego koronowanego małżonka. W ogromnej większości nie były analfabetkami, co więcej, znały często wiele języków obcych, interesowały się sztuką, nauką, dużo czytały, próbowały skutecznie oddziaływać nawet na życie polityczne kraju, do którego przybyły.

A cóż można napisać o ich mężach? Wykształcenie nie było silną stroną Piastów, Jagiellonów ani Wazów. A cóż dopiero mówić o polskich księżniczkach i królewnach. Nie przypadkiem o jednym z naszych koronowanych władców mówiono złośliwie, że znał się tylko na kobietach i… artylerii, a o innym, że przede wszystkim uwielbiał polowania, zwłaszcza na ptaszki. Jeszcze o innym z władców Jan Długosz pisał wprost, że poza awanturnictwem politycznym interesowała go jedynie rozpusta i wszeteczność. A nieliczni tylko z potężnej plejady naszych władców zasłużyli na miano mecenasów sztuki. Dlatego wiedza prezentowana przez cudzoziemskie żony wzbudzała… tylko powszechną niechęć.

Tron i wykształcone kobiety – to się na ogół nie mieściło w głowach osób skupionych wokół władzy królewskiej. Tolerowano Jadwigę, z jej wiedzą zdobytą na węgierskim dworze królewskim, bo… żyła i panowała zbyt krótko. Nie wzbudzała także żadnych oporów Elżbieta Rakuszanka, bo oficjalnie nie włączała się w politykę Kazimierza Jagiellończyka. Ale już Bona Sforza czy Ludwika Maria Gonzaga wywoływały istną furię wielu wysokich dostojników królewskich. Jak one śmiały? Jakim prawem były mądrzejsze, bardziej oczytane nie tylko od swoich mężów, ale i od nich? I dlaczego zabierały głos w sprawach, o których dotychczas decydowali wyłącznie mężczyźni? I co najgorsze, podejmowały skuteczne działania.

To o królowej Bonie pisał wprawdzie Mikołaj Rej z Nagłowic, że była z narodu, gdzie się rozum budzi, ale już w następnym wersie dodawał: Najszlachetniejszy klejnot, lecz co nazbyt szkodzi. Natomiast śmierć Ludwiki Marii w wielu pamfletach przyjęto z niekłamaną radością. Wcześniej pamfletami powitano zgon Elżbiety Granowskiej, trzeciej żony Władysława Jagiełły, ale powodem pamfletów o niej była głównie przeszłość królowej.

Dobrze jeszcze, że Bony i Gonzagi nie zesłano z racji ich wykształcenia do klasztorów, jak to miało miejsce w XV wieku z Nawojką, córką burmistrza Dobrzynia, pierwszą słuchaczką Akademii Krakowskiej. Po ujawnieniu, że nie jest mężczyzną, Sąd Biskupi skazał ją na zamknięcie w klasztorze, a przed stosem uratowana została dzięki profesorom Akademii, którzy gremialnie stanęli w obronie swojego najpilniejszego i najzdolniejszego słuchacza (!). Była to wtedy wyjątkowa łaska okazana przez Kościół kobiecie, która tylko chciała zdobyć wiedzę zastrzeżoną zwyczajowo dla mężczyzn.

Dlatego powinno się o owych kobietach przy tronie nieustannie przypominać, odrzucając zastane, obiegowe opinie dotyczące naszej przeszłości, traktujące wyłącznie o bardziej lub mniej dzielnych książętach i królach. Ich sukcesy i porażki, decydujące nierzadko o losach Polski, miały bardzo często swój początek nie tylko obok tronu, ale też w łożnicach, alkowach i buduarach. Historia Polski, ta najdawniejsza, jak również i ta z czasów schyłku naszej monarchii i utraty państwowości, obfituje przecież w wiele takich sytuacji.

Pamiętajmy, że te kobiety, matki, żony, kochanki współtworzyły nie tylko polską historię, ale miały istotny niekiedy wpływ na rozwój naszej nauki i kultury. Przybliżały nas, jako społeczeństwo, do Europy, lecz czasem również od niej oddalały.

Takich kobiet u boku polskich władców mieliśmy w naszej historii niemało.

To właśnie o nich chcę teraz napisać. O tym, co naprawdę wniosły, poza intrygami, do swoich związków z władcami Polski. Dodatkową inspirację stanowiły dla mnie pojawiające się od kilku lat na księgarskim rynku, i to niemal taśmowo, liczne zbeletryzowane opowieści o polskich królowych i księżnych, w których niczym przed wiekami u Kadłubka czy Długosza próbuje się łączyć ambicje literackie autorów z rzeczywistymi wydarzeniami historycznymi, pełne pseudohistorycznych dialogów, a nawet szczegółowych opisów przyrody. Przeważają przy tym owe autorskie ambicje, w efekcie doprowadzające niekiedy do zaskakujących udziwnień i przekłamań, niezgodnych w dodatku z realiami epoki.

Zupełnie niepotrzebnie, gdyż wnikliwe śledzenie i przedstawienie losów tych ważnych dla naszych dziejów kobiet oraz sposobów, w jakie one wpłynęły na polską historię, całkowicie wystarczy za te beletrystycznie wydumane o nich fabuły. A tworzy się za ich pomocą tylko kolejne mity, niekiedy niemające już nawet wiele wspólnego z naszą prawdziwą historią.

Chciałbym w tym miejscu z wdzięcznością wspomnieć o p. Lucjanie Balcerowskim i p. Marii Mączyńskiej, moich wspaniałych nauczycielach historii w szkole podstawowej i w liceum, którzy nie tylko odkryli przede mną fascynujący świat naszej przeszłości, ale potrafili mi również w porę pokazać, jak przez tworzenie z łotrów wielkich bohaterów naszej historii lub przemilczenia niewygodnych wydarzeń i postaci można bardzo dokładnie zafałszować nasze dzieje. A nie było to wtedy, kiedy chodziłem do szkoły, takie proste.

Autor

WSTĘP

Monarchia w Polsce trwała łącznie 773 lata. Najdłużej, bo 340 lat, była ona udziałem dynastii piastowskiej, chociaż nie wszyscy jej przedstawiciele nosili królewskie korony. Królowie z dynastii Jagiellonów rządzili przez 185 lat. Królowanie Wazów to z kolei 81 lat. Sascy monarchowie rządzili Polską przez 66 lat (z trzyletnią przerwą na sprawowanie władzy królewskiej przez Stanisława Leszczyńskiego). Andegawenowie zasiadali na polskim tronie około 17 lat. Przemyślidzi rządzili tylko przez 4 lata. Pozostały okres to panowania królów elekcyjnych, którym nie udało się uformować w Polsce dynastycznych rządów.

Nie uwzględniam w tym wyliczeniu Wratysława II, dożywotniego króla Czech i Polski z mianowania cesarza niemieckiego, gdyż panował u nas wtedy Władysław Herman, nie liczę także carów rosyjskich, którzy w epoce porozbiorowej nosili wprawdzie tytuły królów polskich, ale władali przecież zaledwie częścią dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, zagarniętą, w trzech traktatach rozbiorowych, przez Rosję – a zatem w czasach, kiedy nie mieliśmy własnej państwowości. Był w naszej historii jeszcze król Saksonii Fryderyk August III, który został, jako Fryderyk August I, księciem Księstwa Warszawskiego.

Władcy naszego kraju z reguły posiadali żony, niektórzy nawet kilka, chociaż zdarzali się też monarchowie bezżenni: Władysław Warneńczyk, Jan Olbracht i Stanisław August Poniatowski, a w czasie, kiedy był królem Polski, także Henryk Walezy. Znajdowali się wśród naszych monarchów również tacy, którym zarzucano, zresztą nie bezpodstawnie, gejostwo lub w najlepszym razie biseksualizm. Należeli do nich wspomniani już Władysław Warneńczyk i Henryk Walezy oraz Michał Korybut Wiśniowiecki. Królowi Bolesławowi Śmiałemu część kronikarzy zarzucała nawet sodomię, ale nie znajdowało to potwierdzenia w jakiejkolwiek zagranicznej kronice, a nawet wśród polskich dziejopisów średniowiecza nie było w tej sprawie jednomyślności. Prawdopodobnie wymyślono to tylko po to, aby zohydzić kandydaturę króla, zgłoszoną przez zakonników z Osijeku, na świętego Kościoła rzymskokatolickiego.

Dwukrotnie w historii Polski na królewskim tronie samodzielnie, chociaż krótko, zasiadały kobiety. Pierwszą była Jadwiga Andegawenka, drugą Anna Jagiellonka. Jadwidze starano się jednak usilnie najszybciej dodać męża, także w randze króla, który miał być od niej ważniejszy w sprawowaniu władzy, na co jednak nie do końca pozwoliła król (!) Jadwiga. Anna natomiast, również król Polski, oddała szybko berło i królewski tron, zachowując jednak koronę. Uważano bowiem, z czym się skwapliwie zgodziła, że tron to jednak miejsce przeznaczone wyłącznie dla mężczyzny.

Takie rozumowanie dotyczyło nie tylko zresztą tronu królewskiego. Również książęcego. Dla żony i matki rezerwowano wyłącznie miejsce obok. A nawet gdy kobieta zostawała już królową, to mogła tę funkcje pełnić tylko razem z równie koronowanym mężem. Nie do pomyślenia byłoby ani dla niego, ani dla królewskiego czy książęcego dworu przyjęcie istniejącego obecnie w monarchiach europejskich stanowiska księcia-małżonka, stojącego tylko przy tronie królowej czy rządzącej księżnej.

Władzę nad naszym krajem sprawowali nie tylko koronowani monarchowie, ale również, jako senioralną, książęta. Łącznie na królewskich i książęcych tronach zasiadało ich pięćdziesięcioro pięcioro (niektórzy książęta nawet kilkakrotnie, a spośród królów August II Mocny Sas – dwukrotnie). Rozbicie dzielnicowe, stanowiące czas nieustającej wojny domowej, obfitowało w częste zmiany książąt sprawujących tę najwyższą w państwie władzę. Wydarzyło się to aż 28 razy w trakcie 157 lat (licząc od śmierci Bolesława Krzywoustego po koronację króla Przemysła II).

Rekordzistą był niewątpliwie Mieszko III Stary, który na tronie krakowskim zasiadał czterokrotnie; Leszek Biały, Władysław Laskonogi i Konrad Mazowiecki – trzykrotnie, a Henryk Brodaty – dwukrotnie. Przemysł II i Władysław Łokietek sprawowali najwyższą władzę nad Polską za pierwszym razem jako książęta, a potem już jako koronowani monarchowie.

Z reguły każdy z tych polskich książąt był przynajmniej jeden raz żonaty. Temu pierwszemu z nich znanemu historycznie, czyli Mieszkowi I, nasz kronikarz Gall Anonim naliczył aż siedem żon przed Dobrawą i jeszcze jedną po jej śmierci. Czy tak było w rzeczywistości, trudno dzisiaj dociec. Wiadomo tylko, że książę Mieszko I był z pewnością kilkakrotnie żonaty. Podobnie rzecz się miała z książętami dzielnicowymi. O ich małżeństwach, ich żonach, wiemy stosunkowo niewiele. Najczęściej znane są tylko z imienia oraz z krajów ich pochodzenia. Często nawet nie znamy imion obojga ich rodziców.

Owe liczne żony i matki na ogół aktywnie wspierały ambicje władcze swoich mężów i synów. Takimi kobietami, stojącymi twardo u tronu swoich najbliższych, były szczególnie: Agnieszka z Babenbergu, żona Władysława Wygnańca; Jadwiga z Andechs – żona Henryka Brodatego; Grzymisława, córka łuckiego księcia Ingvara, wdowa po Leszku Białym, która zręcznie doprowadziła do krakowskiego książęcego tronu ich małoletniego w momencie ojcowskiej śmierci syna Bolesława Wstydliwego; a także Jadwiga, córka kaliskiego księcia Bolesława Pobożnego, żona Władysława Łokietka. Wśród koronowanych królowych można to powiedzieć o Elżbiecie Rakuszance, żonie Kazimierza Jagiellończyka, o Bonie Sforzy – żonie Zygmunta Starego, a przede wszystkim o Ludwice Marii Gonzadze, żonie dwóch królów: Władysława IV i Jana Kazimierza.

Natomiast niechlubnymi postaciami były w naszej historii ostatnia żona Władysława Hermana, Judyta Maria Szwabska, znana z głośnego romansu z palatynem Sieciechem, oraz Gryfina, córka księcia halickiego Rościsława – publicznie zarzuciła impotencję lub gejostwo swojemu mężowi, księciu Leszkowi Czarnemu, którego, jak wielokrotnie twierdziła, „nie poznała w łożu”, wywołując tym jeden z największych europejskich skandali obyczajowych XIII wieku. Ostentacyjnego wyboru, ale w wiele lat po ślubie, pomiędzy mężem a synem dokonała również królowa Rycheza. Poza wspomnianą Gryfiną mieliśmy w naszej historii do czynienia z królewną węgierską Kingą, która wprawdzie była żoną księcia Bolesława Wstydliwego, ale nigdy nawet nie dotknęła męża w łożnicy – układała się co noc obok niego, bo ślubowała… zresztą za wiedzą i ostatecznie aprobatą zrezygnowanego księcia… czystość małżeńską.

Kronikarz Wincenty Kadłubek w Kronice polskiej, oceniając panowanie Władysława Wygnańca, napisał: Niełatwo bowiem nad żoną utrzymywać górę, gdy się jej raz panować pozwoli. Zdanie to zabrzmiało jako swoiste memento dla wszystkich późniejszych władców Polski; przestroga, z której jednak nie zawsze zechcieli skorzystać. A może, po prostu najzwyczajniej w świecie, nie potrafili?

Małżeństwa z cudzoziemkami zawierane były zawsze z przyczyn politycznych lub ekonomicznych. Zawsze przeciwko komuś, niekiedy też jako zobowiązanie wynikające z wdzięczności za wcześniej udzieloną pomoc militarną. Takie były małżeństwa Bezpryma, Kazimierza Odnowiciela, Bolesława Śmiałego oraz pierwsze małżeństwo Kazimierza Wielkiego. Mieliśmy w naszej historii do czynienia także z sytuacjami odwrotnymi, kiedy to właśnie polskim władcom i ich dworom zależało na zjednaniu sobie ważnego sojusznika. Tron Królestwa Polskiego uzależniony był czasem od poślubienia polskiej królowej (Jagiełło i Jadwiga oraz Stefan Batory i Anna Jagiellonka).

Małżeństwo Walezego z Anną Jagiellonką, jako warunek korony dla Henryka, nie doszło do skutku. Król ten potajemnie opuścił Polskę, gdy tylko pojawiła się szansa objęcia tronu Francji. Złośliwi twierdzili też wtedy, że uczynił to ze względu na konieczność poślubienia znacznie starszej od siebie królewny. W tej niesłychanej w naszych dziejach ucieczce od królewskiej korony, co trzeba również dla pełni jej obrazu zauważyć, wystąpił także wątek gejowski. Ale Anna, cóż, została bez możliwości małżeństwa i bez korony królowej. Aż do czasu elekcji Stefana Batorego, podczas której wcześniej wybrana została królem, zanim w pełni wypełnił sam warunki stawiane mu przed otrzymaniem polskiej korony. Tyle tylko, że po ślubie starannie unikał znacznie starszej od siebie królowej.

Książęce i królewskie korony, umiejętnie wykorzystywane, otwierały żonom drogę do współdecydowania o losach państwa swojego współmałżonka. Łożnica i alkowa okazywały się bowiem często miejscem, w którym zapadały najważniejsze dla kraju decyzje. Nie zawsze władcom, w obawie przed utratą autorytetu wobec swojego dworu, wypadało publicznie zasięgać rady własnej małżonki. I dlatego nie da się teraz dokładnie ustalić, jak i gdzie rodziły się najważniejsze królewskie decyzje, jak również czyj doradczy głos liczył się wtedy najbardziej?

Wokół tronu pojawiały się często także inne niż prawowite żony kobiety różnych stanów. Kronikarze nie wspominają, jak to było we wczesnym średniowieczu. Wyjątek stanowią Bolesław Chrobry, ale pada wówczas imię kijowskiej niewolnicy Chrobrego, księżniczki Predsławy, oraz Mieszko II, gdy wspomina się tylko o jakiejś nałożnicy. Parę wieków później nadano jej wprawdzie imię… Dobrawa, ale od razu wzbudziło ono wątpliwości wielu historyków. Podobnie zresztą jak sam fakt jej istnienia. O jednym z polskich książąt seniorów, Władysławie Laskonogim, wiemy natomiast z kronikarskich zapisów, że zginął w Środzie Śląskiej od kuchennego noża – zabity przez nieznaną z imienia niemiecką służącą, którą usiłował zgwałcić. Jan Długosz napisał o nim zresztą w swoich Kronikach, że „jego poddani pogardzali nim z powodu jawnej rozpusty i wszeteczeństw”. Inne liczne seksualne ekscesy średniowiecznych polskich książąt, a także księżnych, nie zawsze kończyły się tak krwawo.

Niewiele ustępowały im niektóre królowe i księżne. O wyczynach seksualnych Judyty Marii Szwabskiej, rodzonej siostry cesarza rzymskiego Henryka IV, było tak głośno w Niemczech, że cesarz wobec protestów duchowieństwa i możnowładców usunął ją ze swojego dworu, wydając za mąż za polskiego księcia Władysława Hermana. W Polsce także głośne były jej romanse, zwłaszcza z palatynem Sieciechem. Urodziła schorowanemu, prawie niedołężnemu wtedy księciu trzy córki, których ojcostwo było bardzo dyskusyjne. Z kolei Anna Radziwiłłówna, żona księcia mazowieckiego Konrada III Rudego, która po jego śmierci jako regentka rządziła Mazowszem, swoim rozwiązłym stylem życia tak bulwersowała mazowiecką szlachtę, że ta domagała się skrócenia regencji i przekazania władzy nieletniemu synowi. O wyczynach wdowy po Gasztołdzie, Barbary Radziwiłłówny, przed ślubem z Zygmuntem Augustem, krążyły po Litwie i Koronie wprost wątpliwej treści legendy, a najlepiej świadczy o niej mało zaszczytny tytuł „wielkiej nierządnicy Litwy”, jakim ją obdarzono w różnych pismach ulotnych.

Wielokrotnie wspomina się również o seksualnych eskapadach królewicza, a następnie króla Kazimierza Wielkiego. Jego pobyt na węgierskim królewskim dworze stał się nawet bezpośrednią przyczyną zagłady rodu palatyna Felicjana Zacha, spowodowanej następstwem gwałtu dokonanego przez polskiego królewicza na jego córce Klarze Zach, a w konsekwencji zbrojnego ataku ojca na węgierskiego króla. Z osobą Kazimierza Wielkiego również ściśle powiązana jest śmierć księdza Marcina Baryczki, utopionego żywcem w przerębli wybitej w skutej lodem Wiśle, tylko dlatego, że był posłańcem, który usiłował dostarczyć temu królowi tekst ekskomuniki nałożonej na monarchę przez ówczesnego krakowskiego biskupa Bodzantę, właśnie za niemoralne prowadzenie się.

Potem probierzem królewskiej wierności stał się… syfilis. To właśnie ta choroba była powodem przedwczesnej i bezdzietnej śmierci Jagiellończyków: Jana Olbrachta, Aleksandra i Zygmunta Augusta. Była ona następstwem bujnego życia erotycznego, nie tylko zresztą w młodości, władców z tej dynastii. Niewiele w takim postępowaniu ustępowali im Wazowie – królowie Władysław IV i Jan Kazimierz, także później ponosząc skutki tej choroby wenerycznej. Wymienia się ją również jako przyczynę wielu nieudanych ciąż w królewskiej rodzinie Marii i Jana Sobieskich.

August II Mocny Sas oraz Stanisław August Poniatowski już nawet nie kryli się z często zmienianymi oficjalnymi metresami. Traktowali te związki zupełnie naturalnie, a już najmniej jak coś dla nich wstydliwego. Na swoistą bohaterkę narodową wykreowała się nawet (a właściwie to ją wykreowano) szambelanowa Maria Walewska, polska metresa cesarza Napoleona, której syn, Aleksander Florian Józef, prawie natychmiast po narodzinach z ojcowskiego, cesarskiego oczywiście, nadania został hrabią. Sama Walewska stała się posiadaczką tego tytułu dopiero po rozstaniu z Napoleonem i małżeństwie z bliskim krewnym Napoleona, hrabią Filipem-Antonim d’Ornano.

Nie było to pierwsze takie wydarzenie w polskiej historii. Hrabiną w podobnych okolicznościach została już wcześniej metresa króla Augusta II Mocnego, Anna Konstancja von Brockdorff, żona królewskiego ministra Adolfa Magnusa Hoyma. Do historii przeszła jako hrabina Cosel. Kilka lat po nadaniu jej tego tytułu patent hrabiowski otrzymał z rąk królewskich… również jej były mąż. Czy była to swoista nagroda za „odstąpienie” królowi własnej żony? Ale i tak Anna Hoym nie osiągnęła tego, co jej poprzedniczka w łożu tegoż Augusta II, Urszula Lubomirska, żona Jerzego Dominika Lubomirskiego, podstolego koronnego – otrzymała bowiem tytuł księżnej, który król wyjednał jej u cesarza Karola VI Habsburga (sam zaś Lubomirski pozostał nadal tylko podstolim koronnym). Król Stanisław August Poniatowski swoim kochankom rozdawał… starostwa, a ich bliskim buławy hetmańskie i najwyższe ordery państwowe… Księżną (łowicką) w polskiej historii została także hrabianka Joanna Grudzińska, ale już po jej ślubie, po zawarciu oficjalnego związku morganatycznego z Wielkim Księciem Rosji, Konstantym Romanowem.

Królewskie metresy bardzo rzadko starały się oddzielać sprawy łoża od spraw tronu. Co więcej, kreowały się wobec otoczenia na osoby bardzo wpływowe, przede wszystkim w sprawach dotyczących personalnych awansów i wyróżnień, czyniąc z tego nieskrywane źródło swoich dodatkowych apanaży. Było to zresztą wtedy powszechnie akceptowane, całkowicie zgodne z duchem epoki, w której przyszło im żyć.

SZTUCZKI I ARGUMENTY DOBRAWY

Dobrawa, rysunek Jana Matejki

Czy małżeńskie figle mogły naprawdę zdecydować o najważniejszym wydarzeniu w dziejach naszego narodu? W dodatku tak ważnego jak wybór religii? Jeśli tak – to dlaczego, kiedy i gdzie się to odbywało? Oto zagadka, której do dzisiaj nie udało się definitywnie rozstrzygnąć historykom, nie tylko zresztą polskim.

Żaden europejski władca w X wieku nigdy nie przyznał się, że to właśnie w jego państwie został ochrzczony książę Polan, znany w naszej historii jako Mieszko I, chociaż każdy by się chętnie pochwalił takim wydarzeniem, jeśliby tylko miało miejsce w jego kraju. Ponadto w tamtych czasach chrześcijańscy władcy często stawali się ojcami chrzestnymi pogańskich dotychczas książąt i królów. Podnosiło to ich prestiż, a poza tym uzależniało to przecież chrześniaka od ojca chrzestnego. Trudno zatem założyć, że przeoczyli taką możliwość w stosunku do naszego Mieszka. Co więcej, nawet żaden europejski biskup nie przyznał się wtedy do wystawienia temu księciu metryki chrztu. Milczeli o tej sprawie także ówcześni ościenni kronikarze (własnych dziejopisów przecież wtedy nie mieliśmy).

Jedynie Thietmar z Merseburga, niemiecki biskup i kronikarz, autor Kroniki Thietmara, wspomina, jak to świeżo poślubiona Mieszkowi czeska księżniczka Dobrawa znanymi kobietom sposobami, które tak bardzo przypadły księciu do gustu, przekonała władcę Polan do przyjęcia chrztu w rzymskim obrządku, a co więcej, ochrzczenia całego swojego państwa. Inni ościenni kronikarze, chociaż dość często wspominali o państwie Mieszka, akurat w sprawie jej łożnicowych działań dotyczących spraw religijnych zachowywali pełne milczenie.

Późniejsi polscy kronikarze i historycy, tworząc liczne hipotetyczne daty zaślubin tej pary, dodając rok, a niekiedy nawet i trzy lata na stosowanie przez Dobrawę owych kobiecych sztuczek, wreszcie „ochrzcili” nam ostatecznie Mieszka i cały kraj w 966 roku, chociaż także nie wiedzieli, kiedy i gdzie to się wydarzyło. Jan Długosz opowiadał się nawet za rokiem 967, gdyż jego zdaniem wtedy to razem z ojcem ochrzczono również syna, Bolesława. Wynika z tego, że data chrztu Mieszka I i jego państwa jest zatem datą absolutnie niepewną, przyjętą jedynie umownie. Jeszcze gorzej przedstawia się sprawa miejsca tej doniosłej uroczystości. Tu już nie było żadnej zgody.

Gdyby zawierzyć różnym hipotezom, to książę Mieszko dobrze by się najeździł po całej Europie, szukając odpowiedniej chrzcielnicy dla siebie i dla swojego dworu. Leodium, Kolonia, Ratyzbona, Magdeburg, Praga – to tylko te najczęściej wymieniane europejskie miasta. W swoim państwie miał do wyboru Gniezno lub Poznań. Za Gnieznem opowiedział się pośrednio Jan Długosz, zapisując w Rocznikach, czyli Kronikach sławnego Królestwa Polskiego, jakoby po zawarciu małżeństwa z Dobrawą (a miało się to odbyć dopiero po chrzcie Mieszka I) dni kilka obchodził z nią zaślubiny w Gnieźnie. Niemniej wszyscy polscy kronikarze zgodnie twierdzili, że chrzest naszego państwa odbył się wyłącznie za sprawą księżnej Dobrawy. Jest to teza bardzo mocno naciągana, chociaż przyznam, że niezwykle efektowna.

Czy jednak prawdziwa? O tym dalej.

Kim zatem była ta osoba, która w powszechnej świadomości stworzyła podstawy naszej państwowości i naszego chrześcijaństwa? Czy rzeczywiście odegrała taka rolę, jaką jej po latach przypisano w polskiej historii? Drobiazgiem wobec tych wątpliwości stało się prawdziwe imię tej czeskiej księżniczki.

Kanonik czeski Kosmas odnotował tylko w swojej Kronice Czechów, że: w 977 roku od wcielenia Pańskiego zmarła Dąbrówka, która ponieważ była nad miarę bezwstydna, kiedy poślubiała księcia polskiego będąc już kobietą podeszłego wieku, zdjęła ze swej głowy zawój i nałożyła panieński wianek, co było wielkim głupstwem tej kobiety.

Podzielał jego opinie polski kronikarz Jan Długosz, wytykając żonie Mieszka, że „nie zawijała ona głowy w latach starszych, ale na wzór dziewic występowała strojna w przepaskę i wieniec”. Skąd o tym wiedział? Skąd wziął ten wieniec i przepaskę? Nie było przecież żadnych materiałów ikonograficznych z tego okresu. Pozostanie to słodką tajemnicą kronikarza.

Natomiast Gall Anonim, autor pierwszej polskiej kroniki, twierdził, iż: nie pierwej podzieliła łoże małżeńskie, aż Mieszko I, powoli a pilnie zaznajamiając się z obyczajem chrześcijańskim i prawami kościelnymi, wyrzekł się błędów pogaństwa i zjednoczył z matką – Kościołem. Innymi słowy, dopuszczenie Mieszka do łożnicowych figli stanowiło szczególną nagrodę ze strony Dobrawy za poznanie i przyjęcie zasad nowej wiary. Trudno powiedzieć, czy Mieszko I był pojętnym uczniem. Nauki te trwały przecież aż rok, jaki dzielił ślub polskiego księcia od jego chrztu.

Dziwne było w tym tylko to, że człowiek, który, jak sam Gall twierdził, wcześniej siedmiu żon zażywał, będący w sile wieku, tak łatwo dał się wodzić za nos kolejnej żonie – do tego stopnia, że wkuwał przed pójściem do łożnicy różne przykazania kościelne, z których najpierw był przepytywany na wyrywki, a potem dopiero, jeśli zdał ten „egzamin”, dochodziło do konsumpcji małżeństwa. Bardzo naiwny jest ten wywód kronikarza. Zbyt wiele kobiet było przecież na książęcym dworze, zbyt luźny mieli wtedy panujący stosunek do wierności po ślubie, aby nagle tak wiele zależało w małżeństwie Mieszka I od znajomości na przykład siedmiu grzechów głównych.

Gdyby się zaś Dobrawa zbytnio opierała mężowskim karesom, to najzwyczajniej mąż odesłałby ją do ojca, do Pragi. A w najlepszym razie zostałaby trwale odsunięta od łoża, a jej miejsce zajęłaby jakaś hoża Polanka albo niewolnica. Musiała sobie, jako już dojrzała wiekiem kobieta, doskonale zdawać z tego sprawę i odpowiednio postępować, także w łożu. Pogański książę miał przecież nadto doświadczeń z kobietami, aby postępować z Dobrawą tak, jak opisywał to Gall Anonim.

Na temat małżeństwa Mieszka i Dobrawy wypowiedział się także inny ważny duchowny – biskup i kronikarz Thietmar z Merseburga. Nieistotne jak długo grzeszyła – napisał w Kronice Thietmara – ale ważne było to, że co czyniła w łożnicy, służyło to nie dla zaspokojenia własnych żądz cielesnych, ale stanowiło sposób zdobycia nowych dusz dla Chrystusa. Była to teza dość oryginalna, ale pamiętajmy, że prezentował ją na piśmie biskup. Musiał przecież jakoś uzasadnić małżeństwo chrześcijanki z poganinem. Napisał zatem dokładnie tak: Umyślnie zatem postępowała ona przez jakiś czas zdrożnie, aby potem móc działać dobrze.

Prawda, że to brzmi akurat przekonująco?

Generalnie sprawy alkowiane i stosowane tam sztuczki księżnej pani zajmowały dość długo księży kronikarzy, w tym również polskich. Sławiąc Dobrawę, uzasadniali jej grzeszną niewstrzemięźliwość intencją wyższego rzędu. Miała przecież nieustannie zadawać pytanie: Mieszku, a chrzest? (Wiele stuleci później mieliśmy podobną sytuację, kiedy także w pościeli padało rzekomo pytanie: sire, a Polska?).

Bohaterka tych wszystkich wypowiedzi i opinii była córką czeskiego księcia Bolesława I Srogiego, zwanego też Bolesławem I Okrutnym. Nie znamy dokładnie daty jej urodzenia. Zdaniem polskich historyków, wychodząc za Mieszka Dobrawa miała trzydzieści lat. Tylko kiedy się to stało: w 963, w 964 czy w 965 roku? To już jest obecnie nie do ustalenia. Czy książę Polan pojął ją jako młodą panienkę, jako byłą mniszkę, czy też jako dojrzałą wiekiem wdowę po margrabim miśnieńskim Gunterze, któremu urodziła syna Guncelina, czy może nawet jako rozwódkę, odtrąconą przez poprzedniego męża i odesłaną ojcu do Pragi – bo i takie hipotezy pojawiały się w sprawie tego ich małżeństwa?

Jedyne, co na pewno wiadomo, to fakt, iż uroczystości zaślubin odbyły się w nadgranicznym Hradcu, a nie w Gnieźnie, jak tego chciał Jan Długosz. Odbiegały one zdecydowanie od zwyczajów z późniejszych, chrześcijańskich czasów. Nikt nikomu niczego nie przysięgał przed ołtarzem. Odbyła się tylko długotrwała uroczysta uczta, z przerwą na pokładziny „młodej” pary, a po jej zakończeniu szczęśliwi małżonkowie udali się w drogę do Gniezna, a może do Poznania!

Proszę tylko zwrócić uwagę na fakt, że im mniej wiedziano o najstarszych dziejach Polski, tym łatwiej przychodziło kronikarzom i historykom snucie własnych wizji o tamtym okresie. Dotyczy to zresztą nie tylko małżeństwa Mieszka I oraz czeskiej księżniczki, lecz stanowi do dzisiaj regułę w prezentowaniu naszych najstarszych dziejów.

Powróćmy do tej żony Mieszka. Na imię miała… No właśnie jak? Thietmar uważał, że była Dobrawą. Kosmas nazwał ja Dąbrówką. Polscy historycy i językoznawcy skłaniają się w większości do Dobrawy lub Dobrawki, chociaż w Kronice wielkopolskiej i w Roczniku Sędziwoja wspominana jest pod imieniem Dobrochna. W najstarszych polskich rocznikach, takich jak Roczniki kamienieckie, Roczniki krakowskie stare, Roczniki krakowskie (krótkie), pojawia się tłumaczenie jej imienia jako Lambowcza, czyli Jałówka. Wiadomo także, iż zmarła z nieznanego powodu w 977 roku. Ale już w sprawie dzieci, które urodziła Mieszkowi, nie ma wśród kronikarzy i historyków pełnej zgodności.

Najwięcej wątpliwości wzbudza Świętosława-Sygryda, bez żadnych wątpliwości córka Mieszka I. Wielu historyków uznaje jednak, iż jej matką była poprzednia żona księcia, imieniem Geira, czyli mamy tu do czynienia ze starszą, przyrodnią siostrą Bolesława Chrobrego. Podobnie błędem jest przypisywanie Dobrawie urodzenia Adelajdy, czyli tak zwanej Białej Knehini, faktycznie rodzonej siostry Mieszka. Natomiast polscy badacze doszukują się jeszcze córki o nieznanym imieniu, wydanej za jakiegoś księcia Pomorzan. Wspomina się niekiedy również o młodszym bracie Chrobrego – Włodzisławie, podobno zmarłym… w Pradze. O innych dzieciach mogących być owocem tego małżeństwa historia milczy. Skoro jednak Dobrawa zmarła w 977 roku, to mogła Mieszkowi tych dzieci w trakcie małżeństwa kilkoro urodzić. Następczyni czeskiej księżniczki u boku Mieszka I, margrabianka Oda, rodziła przecież jedno dziecko po drugim. Co prawda, była znacznie młodsza od swojej poprzedniczki.

Podobnie się milczy o tym, czy to małżeństwo Mieszka było szczęśliwe. Zresztą, jaką miarą w tamtych czasach mierzyć małżeńskie szczęście? Zwłaszcza władców. Małżeństwa stanowiły najczęściej jeden z elementów sojuszu politycznego.

Wydarzenia polityczne i militarne dziejące się wokół granic państwa Mieszka nakazują jednak zupełnie inaczej, niż próbowali to przedstawić kronikarze, popatrzeć na małżeństwo Mieszka i Dobrawy. Należy sobie zadać pytanie, czy chodziło tylko o chrzest Polski, czy przede wszystkim o czeską pomoc zbrojną w wojnach z Lutykami, a także o wzmocnienie pozycji księcia wobec cesarza i margrabiów niemieckich. A może o ważnego sojusznika w walce z saskim naporem na granice państwa Mieszka. Wiadomo przecież, że w 967 roku Mieszko I, z pomocą czeskich posiłków, powstrzymał zwycięsko najazd Wachmana. Kilka lat później, pod Cedynią, wspierały Mieszka I, obok normandzkich, także czeskie posiłki. Czy władca Polan otrzymywał je tylko z powodu swojego nie tak dawno zawartego małżeństwa z czeską księżniczką? A może był to jednak efekt wspólnych celów politycznych, do których to małżeństwo było jedynie efektownym dodatkiem?

Sprawa chrztu księcia Polan wcale nie była efektem małżeńskich sztuczek przybyszki z Czech, chociaż Gall Anonim określił ją mianem christianissima, porównując do św. Klotyldy, która doprowadziła do chrztu swego męża króla Chlodwiga I z dynastii Merowingów. Wszystkich zafascynowanych rolą Dobrawy i jej alkowianych wyczynów w przyniesieniu do nas Krzyża warto w tym miejscu sprowadzić na ziemię. Przypisywany jej, jakże chętnie, ogromny wpływ na Mieszka I, na jego politykę wewnętrzną i zewnętrzną, której kumulacją było właśnie przyjęcie chrześcijaństwa w obrządku łacińskim, kłóci się z postępowaniem tego księcia już po śmierci Dobrawy.

Tak naprawdę to wcale do dzisiaj nie wiemy, czy była silną partnerką Mieszka, czy tylko jego uległą żoną. Idealizacja jej postaci nastąpiła za sprawą Galla Anonima, ponad sto lat po jej śmierci. A za nim powtarzali to już inni kronikarze. Tylko kto mógł Gallowi o tych zasługach Dobrawy powiedzieć? Jedynymi źródłami były dla niego zapisy Thietmara i Kosmasa. Bo „najstarsi Polacy”, na których się tak często powoływał przy tworzeniu swojej kroniki, musieliby żyć co najmniej… 150 lat.

Zapomina się bowiem, że to właśnie Mieszko I już wcześniej stworzył państwo, które nazwano potem Polską. Uczynił to ogniem, mieczem, ale również – jak to określał Thietmar – lisią chytrością, podporządkowując sobie liczne słowiańskie plemiona w krainie leżącej pomiędzy Wartą a Wisłą. Jest rzeczą wprost niemożliwą, żeby nie wiedział wcześniej, czym jest chrześcijaństwo i jakie może mu ono przynieść wymierne korzyści w dalszej rozbudowie państwa. Zgoda, nasz książę Mieszko był wprawdzie analfabetą, prostych może obyczajów, ale nie można mu odmówić ogromnego instynktu państwowego.

Tym bardziej że ziemie, które stanowiły później jego państwo, były już od przełomu VIII i IX wieku terenami penetracji różnych misji chrześcijańskich. Wysyłane były na ziemie pomiędzy Odrą, Wartą i Wisłą już w IX wieku, i to nie tylko z krajów ościennych, lecz także nawet z dalekiej Irlandii. Krzyżyki i naczynia mszalne odnajdowane współcześnie podczas prac archeologicznych pochodziły być może również z łupów wojennych, ale mogły też dotrzeć na nasze ziemie wraz z nowa religią. I to znacznie wcześniej niż nam się teraz wydaje. Z południa przecież, przez Morawy, napływało do nas chrześcijaństwo słowiańskie, zwane cyrylo-metodiańskim. Potwierdzają to nieustannie odkrycia archeologiczne w różnych rejonach Polski.

Archeolodzy nie mają również najmniejszej wątpliwości, że odkryte przez nich resztki kościołów w Krakowie (na Kleparzu i na Wawelu), w Sandomierzu, Przemyślu, Wiślicy, Lublinie i Zawichoście czy niedawno wydarte ziemi resztki rotundy na górze Gromnik na Dolnym Śląsku pochodzą z końca IX i pierwszej połowy X wieku, podobnie jak jeszcze wcześniejsze słynne urny kleckie zdobione krzyżami, a zatem z czasów zdecydowanie poprzedzających rozpoczęcie panowania księcia Polan Mieszka I, a także hipotetyczną datę jego narodzin. Ktoś zatem te ziemie wcześniej penetrował, próbując trwale osadzić na nich Krzyż.

Dowodów na wcześniejsze wprowadzanie chrześcijaństwa na nasze ziemie dostarczają nieustannie wykopaliska archeologiczne i zapisy annalistów z otaczających nas krajów. Co więcej, przez jakiś czas w początkach X wieku na ziemiach polskich, w Krakowie, funkcjonował ważny ośrodek religijny, nazywany nawet trzecim Rzymem. Mam tu na myśli wspomniane już tak zwane chrześcijaństwo słowiańskie, czyli cyrylo-metodiańskie. Warto poświęcić mu teraz trochę uwagi.

Narodziło się ono z pilnej potrzeby szerzenia tej nowej wiary wśród Słowian. Do czasów Cyryla i Metodego, wielkich misjonarzy wyniesionych do grona świętych, nawet jeśli już ochrzczono jakieś słowiańskie plemię, to zawsze była to religia z racji swej liturgii w języku łacińskim, zupełnie niezrozumiała dla neofitów. Poza tym chrzest mógł być skuteczny tylko przy silnej władzy księcia lub naczelnika plemienia. Zdarzało się bowiem, że po ochrzczeniu lokalnego wodza większość poddanych do chrztu nie przystępowała i wkrótce po jego śmierci zapominano o nowej religii. Wiadomo, że długo jeszcze tak właśnie kończyły się misje ewangelizacyjne w Prusach i na Pomorzu. Na polskich ziemiach mogło to wyglądać podobnie, do czasu gdy Mieszko I utworzył swoje państwo.

W dodatku ziemie słowiańskie odwiedzały przede wszystkim misje ewangelizacyjne składające się głownie z duchownych, którzy nie znali języka Słowian. Ci zaś z kolei nie znali łaciny, którą posługiwali się misjonarze. Wszystko zatem sprowadzało się do formalnego, jednorazowego kontaktu misjonarza z neofitą, który i tak nie przywiązywał się zbytnio do tego, co mu konkretny misjonarz mniej czy bardziej przekonująco tłumaczył. Tym bardziej że bariera językowa utrudniała porozumienie. Z reguły po odejściu misjonarza, w pełni przekonanego o wypełnieniu swojej misji, wszystko powracało na stare tory, do starych bogów.

Poza tym, jeśli nawet chrześcijanin i neofita uczestniczył w jakiejkolwiek uroczystości religijnej, to z racji bariery językowej nic z niej nie zrozumiał, a w konsekwencji traktował ją instrumentalnie, w myśl zasady: bo tak trzeba, skoro inni chodzą do kościoła, to ja także muszę… Nie gwarantowało to w żadnym wypadku ani rozpowszechnienia, ani utrwalenia chrześcijaństwa na słowiańskich ziemiach.

Pierwsi postanowili rozwiązać ten problem władcy Księstwa Wielkomorawskiego, żywotnie zainteresowani w stworzeniu swoistej bariery z krzyża, skutecznie chroniącej ich ziemie od napadów w imię krzewienia chrześcijaństwa. W Żywocie Konstantyna i Metodego można przeczytać: „Zdarzyło się zaś w owych dniach, że Rościsław, książę Słowian, ze Świętopełkiem posłali z Morawy posłów do cesarza Michała z prośba taką: Z Bożej łaski jesteśmy zdrowi, ale przyszli do nas rozliczni nauczyciele z Włoch, Grecji i Niemiec, którzy uczą nas rozmaicie. A my Słowianie ludzie prości, nie mamy nikogo, kto by nas ku prawdzie skierował i zrozumiale pouczył. Poślij nam więc, dobry władco, męża takiego, który nam wszelką prawdę wyjaśni. Był to istotny impuls do skierowania późniejszych świętych Cyryla (Konstantyna) i Metodego z misją ewangelizacyjną na ziemie słowiańskie”.

O misji tej tak pisał ruski kronikarz Nestor: Byli bowiem jednym narodem słowiańskim: Słowianie, którzy siedzieli nad Dunajem i których Węgrzy pobili, i Morawianie, Czesi i Lachowie, i Polanie zwani dzisiaj Rusią. Dla nich bowiem przełożono najpierw w Morawie księgi, które to pismo nazwane zostało słowiańskim… Chodziło o głagolicę, pismo opracowane specjalnie dla Słowian przez tych dwóch misjonarzy. Warto w tym miejscu dodać, że Bolesław Chrobry bił swoje monety z napisami właśnie w głagolicy.

Chrześcijaństwo, teraz już wreszcie zrozumiałe dla słowiańskich plemion, zaczęło się wśród nich krzewić w tempie wywołującym poważny niepokój kościoła rzymskiego. Rodził się bowiem nowy, po Rzymie i Bizancjum, ośrodek wiary w Jezusa Chrystusa, mogący bardzo skutecznie oddziaływać na powstające słowiańskie państwa. Godził zatem w podstawowe interesy dotychczasowych krzewicieli tej religii. Raptem dwóch rodzonych braci prowadzących działalność misjonarską wśród Słowian – a po przedwczesnej śmierci Cyryla, jeden już tylko misjonarz – potrafiło dotrzeć do serc i umysłów znaczącej populacji europejskiej, i to znacznie skuteczniej niż wszystkie razem wzięte misje wysyłane przez lata na te ziemie z zachodniej Europy. Było to trudne do zrozumienia dla wielu hierarchów kościoła rzymskiego. Nie przypadkiem przecież oskarżali przed papieżem świętych Cyryla i Metodego o herezję. A Cyryl został nawet w Niemczech wtrącony do więzienia na kilka lat.

Podbijając ziemie Wiślan, morawski książę Rościsław podobno siłą przymusił ich księcia Wisza do przyjęcia nowej wiary w obrządku słowiańskim. Na pewno było to przed zagładą Wielkich Moraw, która nastąpiła w latach 902–907. Ponieważ znana jest data śmierci św. Metodego, zmarłego w 885 roku, autora wezwania księcia wiślańskiego, prawdopodobnie właśnie Wisza, do przyjęcia wiary chrześcijańskiej, można przyjąć, że podbój i chrzest plemienia Wiślan nastąpił kilka lat przed śmiercią tego świętego.

Pierwszy chrzest Polski, patrząc na ten problem chronologicznie i geograficznie, mógł zatem mieć miejsce najpóźniej około roku 880. Innymi słowy, ponad 80 lat przed chrztem Mieszka I, a nawet długo jeszcze przed narodzinami tego władcy.

Dodać jeszcze należy zanotowane w licznych latopisach ruskich informacje o słowiańskości chrześcijaństwa wśród Lędzian, co potwierdzałoby także IX-wieczne istnienie tej nowej wiary na ziemiach, którymi później władał książę Mieszko I. Co więcej, legendarne przejrzenie na oczy siedmioletniego Mieszka interpretuje się ostatnio faktem ochrzczenia, w obrządku słowiańskim, tego dziecka Ziemiomysła. Dokonać tego mieli bliżej nieokreśleni wędrowni misjonarze, chociaż pojawiają się domniemania, iż było to osobiste dzieło świętych Cyryla i Metodego.

Innymi słowy, mogliśmy zatem mieć do czynienia nie tyle z samym chrztem Mieszka I, lecz z konwersją tego władcy na obrządek rzymski. Zwolennicy tego poglądu przywołują jako argument koronny fakt, że książę Polan nigdy nie został przecież świętym Kościoła rzymskokatolickiego, podczas gdy wszyscy europejscy władcy wprowadzający u siebie chrześcijaństwo dostąpili zaszczytu wyniesienia na ołtarze. Musiała zatem istnieć w sprawie Mieszka, władcy Polan, jakaś bardzo ważna przeszkoda, której nie był w stanie pokonać nawet sam papież Polak, Jan Paweł II, wynoszący wielu rodaków na ołtarze.

Za konwersję Kościół rzymskokatolicki królów i książąt na ołtarze nie wynosił.

Mieszko I szybko dostrzegł, jak bardzo się różni bezpieczeństwo granic chrześcijańskiego państwa Czechów od bezpieczeństwa pogańskich połabskich plemion słowiańskich. Przyjmując chrzest w panującym niemal w całej Europie obrządku rzymskokatolickim, wytrącał niejako argumenty o konieczności zaprowadzenia siłą Krzyża na swoje pogańskie jeszcze do niedawna ziemie. Kierował się wyrachowaniem, a nie cudownym olśnieniem, a już z pewnością nie ogromną miłością do nowej żony.

Zbrojne atakowanie władcy świeżo przyjętego na łono Kościoła musiało spotkać się z potępieniem, o czym dobitnie przekonał się właśnie saski hrabia Wichman, którego klęska w starciu z Mieszkiem I nie wzbudziła żadnej reakcji cesarza niemieckiego. Książę Mieszko jako chrześcijanin zyskiwał przynajmniej kilka lat spokoju na swojej zachodniej granicy.

To było mu przecież potrzebne do umacniania państwa.

Przygotowywał się do tej decyzji bez wątpienia znacznie dłużej, niż trwało przypisywane mu najczęściej klepanie, przed aktem prokreacyjnym, wyuczonych na pamięć boskich przykazań. Małżeństwo z czeską księżniczką, chrześcijanką, było tylko świadomym środkiem prowadzącym do celu, a nie spontanicznym podjęciem tej ważnej decyzji dopiero po nagłym olśnieniu wdziękami Dobrawy. Żeniąc się z czeską księżniczką, Mieszko I był już wtedy zdecydowany, z nią czy bez niej, na wprowadzenie chrześcijaństwa do swojego państwa. W polityce, nawet uprawianej przez pogańskiego księcia, nic przecież nie dzieje się nigdy przypadkiem.

Warto zwrócić uwagę, że sojusz polsko-czeski rozpadł się natychmiast wraz ze śmiercią Dobrawy, co w pełni potwierdza polityczny jedynie charakter tego związku. Wkrótce potem Mieszko I, jako sojusznik cesarski, najechał Czechy, zdobywając i dołączając do swojego państwa Małopolskę i Śląsk.

Niemniej w naszych podręcznikach szkolnych, a także w powszechnej społecznej świadomości czeska księżniczka Dobrawa figuruje, umieszczona tam już chyba na zawsze, jako ta, bez której nie zostałoby wprowadzone do Polski chrześcijaństwo. Dziwne tylko, że nie została ogłoszoną przez Kościół świętą oraz patronką naszego kraju.

Tysiąc lat później polska królowa została przecież beatyfikowana, a po kolejnych kilku latach ogłoszona świętą, za zawarcie małżeństwa, które spowodowało chrzest Litwy. Czeska księżniczka, której małżeństwo spowodować miało chrzest Polski, takiego wyróżnienia jednak nigdy nie dostąpiła. Nie dostrzegł jej zasług dla chrześcijaństwa żaden z papieży, z Janem Pawłem II włącznie. Dlaczego?

Wydaje się, że Mieszko I traktował tę swoją kolejną żonę tak jak poprzednie, jako element pewnej strategii politycznej, nie obdarzając jej ani zbytnim uczuciem, ani specjalnymi przywilejami. Zapewne mogła również być tak zwaną polityczną żoną i tylko tyle. A sam chrzest nie musiał wcale odbyć się wyłącznie z jej inicjatywy.

Trzy lata po śmierci Dobrawy książę Mieszko I ożenił się z Odą, najstarszą córką Teodoryka, margrabiego Marchii Północnej, mniszką z klasztoru pod wezwaniem świętego Wawrzyńca w Kalbe, który to klasztor porzuciła dla księcia Polan. Wiemy z Dagome iudex, że urodziła mu trzech synów (o ewentualnych córkach dokument ten nie wspomina). Do tego ślubu doszło bez aprobaty Kościoła, co spotkało się ze zgodnym potępieniem ze strony wszystkich niemieckich kościelnych dostojników i kronikarzy. Uznali to małżeństwo nie tylko za wysoce niemoralne, ale przede wszystkim za grzeszne, wymagające owego potępienia.

Można zatem powiedzieć, że nauki małżeńskie Dobrawy, w tak rygorystyczny sposób wpajane do głowy jej małżonkowi, nie zapadły na zbyt długo w pamięć naszego kochliwego księcia. Natomiast o tym, jak wielkie uczucie ogarnęło Mieszka I do jego ostatniej żony, świadczy najlepiej umieszczenie jej imienia równorzędnie ze swoim w ostatniej woli, czyli w testamencie Dagome iudex. W dodatku odsunął w tym dokumencie od dziedziczenia swojego syna zrodzonego z Dobrawą, później znanego jako Bolesław Chrobry.

Chrześcijaństwo w Polsce stało się faktem, chociaż długo jeszcze walczono na polskich ziemiach z pogaństwem. Pytanie tylko, czy chrzest naszego kraju zawdzięczamy sztuczkom małżeńskim Dobrawy i jej łożnicowej perswazji, czy też po prostu dalekowzroczności w zarządzaniu państwem przez księcia Mieszka I?

Jakże romantycznie brzmi przecież ta pierwsza hipoteza. Ale wcale nie musi być przez to prawdziwa. A może, co jest wielce prawdopodobne, odbył się ten chrzest Mieszka I znacznie wcześniej, tylko nie w obrządku rzymskim, lecz słowiańskim, a potem dopiero nastąpił książęcy wybór silniejszego w tej części Europy obrządku i mieliśmy do czynienia już tylko z konwersją polańskiego władcy do Kościoła rzymskokatolickiego.

To jest oczywiście tylko kolejna hipoteza, ale przecież cały ten okres znamy głównie z hipotez stawianych w różnych latach przez różnych kronikarzy i historyków.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

OD AUTORA

WSTĘP

SZTUCZKI I ARGUMENTY DOBRAWY

RYCHEZA – OBSESJA MATCZYNEJ MIŁOŚCI

ZŁY DUCH KRZYWOUSTEGO

TRZEWICZKI ŚWIĘTEJ JADWIGI (ŚLĄSKIEJ)

JAK SIOSTRA Z BRATEM

ŚWIĘTA BIGAMISTKA W LIPOWEJ KORONIE

JA, MATKA KRÓLÓW

Z NARODU, GDZIE SIĘ ROZUM RODZI

WDOWA PO GASZTOŁDZIE

OSTATNIA Z RODU

JAK MAŁY ETIOPCZYK SŁONIEM

KRÓLOWA WOJOWNIKA

KOCHANEK CARYCY

SIRE, A POLSKA?

ZAMIAST ZAKOŃCZENIA SPLENDOR KRÓLEWSKIEGO ŁOŻA

ANEKS NR 1

ANEKS NR 2

ANEKS NR 3

ANEKS NR 4

ANEKS NR 5

ANEKS NR 6

ANEKS NR 7

ANEKS NR 8

ANEKS NR 9

ANEKS NR 10

ANEKS NR 11

ANEKS NR 12

BIBLIOGRAFIA

Spis treści

OD AUTORA

WSTĘP

SZTUCZKI I ARGUMENTY DOBRAWY

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Żony, kochanki, damy, intrygantki Malta 1565 Sarmaci, katolicy, zwycięzcy. Kłamstwa, przemilczenia i półprawdy w historii Polski Pierwsze stulecie Polski Skandaliści w koronach. Łotry,rozpustnicy i głupcy na polskim tronie Wprowadzenie do epidemiologii chorób zakaźnych 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie