Morderstwo na starej plebanii

Morderstwo na starej plebanii

Autorzy: Jill McGown

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 21.56 zł

„Morderstwo tak zagadkowe, że mogłoby przerosnąć nawet pannę Marple z powieści Agathy Christie. . .  Wartki, wciągający kryminał”.

„THE PHILADELPHIA INQUIRER”

Śmiertelny cios w głowę pozbawił życia Grahama Elstowa, ale pastor i jego żona raczej go nie opłakiwali.  Elstow był ich zięciem, który kilka miesięcy wcześniej ciężko pobił ich córkę Joannę. Niestety wszystko wskazuje na to, że sprawcą zbrodni jest ktoś blisko związany z rodziną, ale nikt nie zamierza przyznawać się do winy. Duet złożony z inspektora Lloyda i sierżant Judy Hill błąka się po labiryncie potencjalnych zabójców, niezliczonych motywów i własnych powikłanych relacji. Chociaż sprawa z pozoru wydaje się banalna, policjanci dostrzegają szereg wątków pobocznych, które należałoby zbadać. Skomplikowana fabuła jest mistrzowska skonstruowana, a gliniarze z ich dylematami wprost fascynujący. Agatha Christie nie napisałaby tego lepiej!

Jill McGown

Morderstwo na starej plebanii

Tytuł oryginału

Murder at the Old Vicarage. A Christmas Mystery

ISBN

Copyright © Jill McGown, 1988

Originally published in the UK in 1988 as Redemption by Macmillan

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j, Poznań 2017

Redakcja

Zofia Domańska

Projekt graficzny okładki

Anna Damasiewicz

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Sekcja zwłok

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Pochwalon, Jezu Chryste, bądź,

że raczyłeś ciało wziąć

z Dziewicy czystej, radość stąd,

więc chwali Cię aniołów rząd.

Rozdział pierwszy

Lloyd skończył ostatni rozdział wypożyczonej z biblioteki książki i z ulgą ją zamknął, żałując, że nie potrafi przerwać lektury żadnej książki. Choćby fabuła była boleśnie przewidywalna, a dialogi drewniane, jakieś niepisane prawo natury zawsze kazało mu dobrnąć do końca. Im gorsza książka, tym szybciej ją pochłaniał, czytał do późna w nocy, żeby mieć to za sobą. Dobre książki odprężały go i usypiały, lecz słabe nie wykazywały takiego dobroczynnego działania.

Odłożył książkę na stertę innych zgromadzonych na nocnym stoliku i przygładził włosy dłonią. Nie umiał się pozbyć tego nawyku, chociaż włosy nosił teraz bardzo krótkie. Doszedł kiedyś do wniosku, że ludzie szybko tracący włosy nie powinni zapuszczać pozostałych, aby dodatkowo nie eksponować łysienia. Nadal uważał, że jego nowa fryzura wygląda dziwnie, ale Judy się podobała. Rozważał zapuszczenie wąsów, żeby zrównoważyć braki owłosienia na głowie — wyciągnął szyję, chcąc się zobaczyć w lustrze na toaletce, i skrzywił się z dezaprobatą. Jego nieogolona twarz dawała pewne wyobrażenie o tym, jak wyglądałby z wąsem, i nie przypadło mu to do gustu. Wąsy mogą nosić wysokie, żołnierskie typy, a on mieścił się w dolnych rewirach regulaminowego wzrostu. Zbyt niski i smagły, zawyrokował. Wyglądałby jak goniec od bukmachera.

Położył głowę z powrotem na poduszce. Nie był ani trochę senny. Gnębiło go, że podczas gdy on leży bezczynnie, niewykonanej roboty cały czas przybywa. Swoje trzy grosze dorzucili przedświąteczni włamywacze, którzy raczyli się cudzymi prezentami spod choinki. A także złodzieje samych choinek (piły łańcuchowe skradziono w sierpniu, a drzewka w grudniu). A także pijacy, a także radosny świąteczny nastrój, który mobilizował kieszonkowców, złodziei torebek, oszustów od kart kredytowych i kanciarzy na rynku miasteczka.

Jedyną sugestią Bożego Narodzenia w mieszkaniu p.o. komendanta Lloyda była zawinięta w paskowany papier paczuszka i parę bilecików z życzeniami. Lloyd nie należał do przeciwników brokatu i anielskich włosów — wręcz przeciwnie, w tych wcale częstych chwilach, kiedy był ze sobą szczery, przyznawał, że bardzo lubi kolędowe klimaty. Inne niepisane prawo natury mówi jednak, że nikt nie może spędzać świąt samotnie — Lloyd znowu miał zostać powitany przez Jacka Woodforda i jego sympatyczną, gościnną żonę w ich sympatycznym, gościnnym domu. Lloyd nie potrafił ocenić, czy Woodfordowie szczerze pragną jego obecności, ale oni wiedzieli, że muszą go zaprosić, a on wiedział, że musi zaproszenie przyjąć. Szykował się na przerabiany w ostatnich trzech latach scenariusz: on da ich wnukom prezenty, o których rodzice tychże wnuków powiedzą, że są za drogie, a sam dostanie od rodziny Woodfordów butelkę dobrej whisky.

Lubił kupować prezenty dla tych dzieci. Jego pociechy już dorosły i otrzymywały takie same prezenty jak wszyscy inni. Brakowało mu corocznej wycieczki do magicznego świata dziecięcych zabawek. Jego bożonarodzeniowe kontakty z własnym potomstwem składały się z parogodzinnej wizyty w drugi dzień świąt — Barbara rozmawiała z nim uprzejmym, ale trochę oficjalnym tonem, tak jakby nie byli małżeństwem przez osiemnaście lat, zanim wszystko się rozsypało. Cieszył się więc z życzliwości Woodfordów i lubił radosne, hałaśliwe rodzinne Boże Narodzenia w ich domu. Zwłaszcza w tym roku, kiedy jego ojciec zaczął się przyzwyczajać do faktu, że jest wdowcem, i postanowił na powrót zamieszkać w Walii, z czym nosił się od dawna. Na dobitkę do Judy mieli przyjechać teściowie, więc Lloyd czułby się bardzo samotny.

Judy była sierżantem w dochodzeniówce, a on pracował z nią przez siedem z piętnastu lat, odkąd ją poznał. Lloyd był wtedy żonaty i dwudziestojednoletnia Judy ze smutnym wzrokiem odrzucała jego awanse. W końcu sama wyszła za mąż i wyjechała. Ponieważ chciała tego Barbara i ponieważ mogłoby to uratować jego małżeństwo, Lloyd zażądał przeniesienia go z powrotem do Stansfield, ale nie zapobiegło to rozwodowi. Potem, siedemnaście miesięcy temu, Judy wróciła do jego życia jako świeżo upieczony sierżant. Mając poczucie nieuchronności losu, zostali kochankami. Okazjonalnymi kochankami, pomyślał z głośnym westchnieniem. Bardzo okazjonalnymi.

Nie dotyczyło to bowiem okresów, kiedy Michael był w domu. Odkąd otrzymał awans, wyjeżdżał znacznie rzadziej niż przedtem. Michael, sprzedawca komputerów, który przedzierzgnął się w dyrektora działu sprzedaży; Michael, z którym Judy z niewyjaśnionych powodów pragnęła pozostać w związku małżeńskim.

Potajemność ich romansu zaczynała irytować Lloyda, jednak Judy sprawiała wrażenie zadowolonej z takiego układu. Lloyd żałował, że nie ma jej z nim teraz, w jego bezsennym stanie o trzeciej nad ranem, aczkolwiek przyjemność płynącą z obecności Judy miarkowałaby jej umiejętność trzymania go na dystans, przynajmniej w sensie przenośnym. Spojrzał na owiniętą w ozdobny papier paczuszkę na toaletce. Powinna być przewiązana tasiemką, uznał, i leżeć pod choinką. Jutro kupi choinkę. I lampki. Jutro Wigilia. Wróć: dzisiaj. Judy wzięła sobie wolne, żeby móc ugościć rodziców Michaela. Lloyd miał świadomość, że prawdopodobnie zobaczy się z nią dopiero po świętach, ale nie szkodzi: jeśli trzeba, to prezent będzie leżał pod tą cholerną choinką aż do marca.

Zgasił światło i zamknął oczy. Ciekawe, czy dalej pada śnieg, pomyślał. Kiedy kładł się do łóżka z tą okropną książką, śnieg jeszcze padał. Białe święta — ładny obrazek, ale dróg nie posypano żwirem i Lloyd wiedział, że drogówka będzie miała pełne ręce roboty. Jego myśli krążyły wokół pracy, aż w końcu jego umysł wjechał na bocznicę snu. Jak przez mgłę Lloyd usłyszał szum wiatru i jego ostatnia myśl dotyczyła służb miejskich odgarniających naniesione przez ten wiatr zaspy.

George Wheeler przetarł oczy, kiedy na śniegu zalśniło poranne słońce. Nie tak bardzo poranne, uświadomił sobie. Była dziesiąta rano, a on wciąż nie napisał ani słowa.

— Jestem pewien, że pan to rozumie, księże proboszczu, jako chrześcijanin.

Być może właśnie wtedy, kiedy usłyszał powyższe słowa od osoby, której pobudek nie miał ochoty dociekać i której wartości nie podzielał, George Wheeler przestał wierzyć. Nie w Boga, ponieważ wiedział, że nigdy naprawdę nie wierzył w Boga jako istotę, jako coś rzeczywistego. Być może jako wewnętrzną siłę na rzecz dobra, ale nie jako swoistego nad­opiekuna.

Przestał wierzyć w siebie? Nie, tak by tego również nie ujął. George wierzył w siebie, ponieważ nie mógł zaprzeczyć istnieniu swojego ciała z jego fizjologią. Z jego pożądliwością — czy fakt, że łakomym okiem patrzy na młode matki z kościelnego kółka teatralnego, jest perwersją czy zwykłym zboczeniem? Czy to zarozumiałość mężczyzny w średnim wieku każe mu sobie wyobrażać, że młoda pani Langton widzi za koloratką mężczyznę, czy też należy w tym upatrywać zapowiedzi, że niedługo będzie buszował po ulicach Soho i być może trafi na czołówki „News of the World”?

Odłożył długopis i wyprostował się, żeby starannie rozważyć tę perspektywę. W młodości grywał trochę w piłkę i do tej pory sędziował, jeśli starczało mu czasu. Utrzymywał się w jako takiej formie. Wystarczającej, żeby śliczna pani Langton zagięła na niego parol? Uśmiechnął się do siebie. Chciałaby dusza do raju. Nadal miał gęste włosy i chociaż ich piaskowy kolor urozmaicała tu i ówdzie siwizna, według jego żony nadawało mu to dystyngowany wygląd. George dostatecznie wierzył w siebie, aby być próżnym na punkcie swojej urody, więc również nie o to chodziło.

Nie, przestał wierzyć w to, że wierzy. Nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy, by się nad tym zastanawiać. Jego rodzina związała swoje losy z Kościołem. Jego dziadek osiąg­nął szczebel biskupa. Krążyły nawet pogłoski, że zmierza prostą drogą do Canterbury, ale George miał podejrzenia, że dziadek sam te pogłoski rozsiewał. W każdym razie nie dotarł do Canterbury. Dla wszystkich — łącznie z samym George’em — było oczywistością, że zostanie duchownym. Była to kwestia wyboru kariery (jeśli można tutaj mówić o jakimkolwiek wyborze), a nie powołania. Z wąskiej puli możliwości — Kościół, wojsko i służba cywilna — George wybrał Kościół.

Znowu pochylił się nad jasnoniebieskimi liniami zeszytu A4, ale natchnienie — od Boga czy kogo tam — nie przychodziło. Od George’a oczekiwano, że daleko zajdzie w kościelnej hierarchii, tak jak kiedyś jego dziadek; nawet jego siostrzeniec postawił już pierwsze kroki na tej drodze. George nie należał jednak do ludzi towarzyskich. Był dostatecznie dobrze ustosunkowany, aby zapewnić sobie posadę w jednej z najładniejszych angielskich wiosek, oferującej plebanię, która w każdym wrażliwym na piękno człowieku obudziłaby poetę. Bujna zieleń trawników, krzewy, zarośla, pnącza, jasne pomieszczenia i solidne stare meble. Cudowne widoki ze szczytu wzgórza, rozciągające się na trzy hrabstwa, które dzisiaj leżały pod falującym kocem śniegu. Wszystko to zaledwie dwadzieścia pięć minut od Stansfield, z jego typową dla nowych miast krzątaniną, supermarketami, kinem, pociągami i autobusami. Jednym słowem, George miał wszystko, co najlepsze w obu tych światach, więc od dwudziestu dziewięciu lat kurczowo trzymał się swoich grzecznych owieczek i swojego nieskomplikowanego życia. Brak ambicji — oceniali jego zwierzchnicy, ale George wiedział już teraz, że chodzi o czysty egoizm.

Do Stansfield jechałoby się dłużej niż zwykle, pomyślał George, patrząc przez okno, jak wiatr wzbija tumany śnieżnego pyłu. Śnieg zalegał na drodze i samochody już teraz miały kłopot z jazdą pod górę.

George nie przeżywał kryzysu wiary, ponieważ nigdy jej nie było, lecz kryzys serca — właśnie dlatego nie chciały przyjść słowa, które miał wygłosić na pasterce. Odłożył długopis, wstał i wyciągnął dłonie w stronę elektrycznego grzejnika. Gdyby dołożyć centralne ogrzewanie, plebania naprawdę zasługiwałaby na poemat. A tak na wewnętrznym parapecie okna gabinetu nadal leżał okruch lodu. Ani parafii, ani samego George’a nie było stać na centralne ogrzewanie. Do tej pory akceptował to jako przeznaczony mu los, podobnie jak wszystko inne.

Akceptował Boga w tym sensie, że modlił się do niego w kościele, a czasem również poza kościołem. Modlił się o ratunek dla ludzi w niebezpieczeństwie: fizycznym, na intensywnej opiece, albo moralnym, na tylnym siedzeniu vauxhalla chevette. Modlitwa być może pomaga tym, którzy się modlą, ale nic poza tym. A oddawanie czci Bogu? George tego nie robił. Oczywiście brał udział w nabożeństwach, ale nie uważał, żeby powiedzenie kilku słów o świętości życia albo zaśpiewanie paru hymnów z akompaniamentem organowym niezbyt utalentowanego Jeremy’ego Bulstrode’a zasługiwało na miano oddawania czci Bogu. George miał trochę inne kryteria.

Za oddawanie czci Bogu uznawał akty uwielbienia graniczące z samozatraceniem. George nigdy nie tracił poczucia własnego „ja”, nawet w takie poranki jak ten, kiedy połączone siły natury dobitnie pokazywały człowiekowi jego miejsce. Nie zatracił się nawet wtedy, kiedy jako trzynastolatek zakochał się po uszy w kuzynce z Kanady, która była pięć lat od niego starsza i przyjechała do Anglii tylko na dwa tygodnie. Nie dawał się ponieść również bardziej dojrzałym namiętnościom, ani żałobie, ani gniewowi. A już na pewno takie stany nie nawiedzały go na kazalnicy kościoła św. Augustyna.

Wiedział jednak, jakie to uczucie zatracić się w jakimś szerszym bycie, oddać się w jego władanie. Znał to z dawnych czasów. Podszedł do okna i przebiegł palcem po okruchu lodu, który roztopił się od jego dotyku. Nie chodziło o kobietę, pomyślał z uśmiechem. Kilka kulturalnych i ostrożnych randek przed Marian i małżeństwem. Małżeństwem szczęśliwym, spełnionym, ale bez uwielbienia. Joanna? Nie, nawet ona nie budziła w nim takich uczuć. Kochał córkę z całego serca, ale wciąż było to jego serce. Rzecz zdarzyła się bardzo dawno, przed tym wszystkim, przed dorosłością.

Pies. Jakżeby inaczej. Pies jego dziadka, którego miał przywilej znać od urodzenia do śmierci — stary druh zdechł, kiedy George miał jedenaście lat. Być może tylko dziecko potrafi naprawdę wielbić, bo gdyby mógł, umarłby zamiast psa. No i złamałem pierwsze przykazanie, pomyślał, patrząc na biały dywan śniegu, od którego oślepiająco odbijało się słońce.

Skoro już o tym mowa, przez całe lato spryskiwał mszyce w ramach świadomego aktu zagłady. Czy mszyce się liczą? Bo ptaki tak. Jego ojciec strzelał do ptaków. George poszedł z nim parę razy na polowanie, ale okazał się fatalnym strzelcem i gdyby nie hałas, niedoszłe ofiary nawet by nie zauważyły, że ktoś na nie poluje.

Kochał swoich rodziców, ale nie poczytywał sobie tego za zasługę. Nie jest trudno kochać ludzi, którzy cię kochają, a fakt, że jesteś w ten sposób kochany, nie daje żadnych powodów do dumy. Jeżeli dbanie o czyjąś pamięć oznacza składanie kwiatów na jego grobie podczas sporadycznych wyjazdów do tych członków rodziny, którzy jeszcze żyją, to zajmowała się tym Marian. Jeżeli dbanie o czyjąś pamięć oznacza, że jesteś wobec niego szczery, to George sprzeniewierzył się temu, zostając duchownym.

Już jako duchowny regularnie w każdą niedzielę łamał jedno z przykazań. Biblia nie wymienia wprost takiego grzechu, ale George traktował udział w niedzielnych nabożeństwach jak pracę. Stał za kazalnicą, z karkiem zdrętwiałym od ciągłego przeciągu, widział wpatrzone w siebie wciąż te same twarze, które niczego odeń nie oczekiwały. Tak jak on przychodzili z nawyku; być może w kościelnym chłodzie i przefiltrowanym przez witraże świetle znajdowali coś, czego potrzebowali, ale jemu nigdy się to nie udawało. Nie do końca wiedział, jakiego typu spełnienia szuka, ale na pewno nie znajdował go w kościele św. Augustyna w niedzielne przedpołudnie.

Czy nie mogłaby tego zapewnić pani Langton? „PROBOSZCZ ROMANSUJE Z CZŁONKINIĄ KÓŁKA TEATRALNEGO”. Poza tym, że najprawdopodobniej błędnie zinterpretował jej spojrzenie. Zapewne nigdy nie przyszło jej do głowy, że jemu krążą po głowie takie myśli. Ale krążyły. Czyli sprawa nie trafi na czołówki tabloidów. To może pytanie w teleturnieju.

„Zapytaliśmy stu proboszczów, czy miewają fantazje seksualne na temat kobiet z kościelnego kółka teatralnego. Ilu według pana/pani proboszczów powiedziało: tak, mieli fantazje seksualne?”

— Przyniosłam ci kawę. Pewnie jesteś przemarznięty na kość.

Wzdrygnął się na dźwięk głosu Marian i odwrócił od okna.

— Przepraszam — powiedziała. — Pracowałeś czy snułeś marzenia?

— Snułem marzenia — odparł z uśmiechem i wrócił do elektrycznego źródła ciepła.

— Rozpaliłam ogień w pokoju Joanny — poinformowała go Marian, wręczając mu kubek. — Zużyłam chyba z sześć butelek podpałki, ale w końcu się udało. George, musisz zostawiać kombinezon roboczy na podłodze w przedpokoju?

— Przepraszam. Zajrzałem pod maskę samochodu.

— Coś się zepsuło? — spytała Marian.

— Nic, po prostu…

Marian nigdy jednak nie rozumiała jego zamiłowania do spraw mechanicznych, więc nie próbował jej tego tłumaczyć. Wziął kubek z kawą w obie ręce i wpatrywał się w pusty zeszyt na biurku.

— Jakiś kłopot? — zapytała.

— Można tak powiedzieć.

Marian nie spełniała jego wyobrażeń o żonie proboszcza. Nawet w jego głowie pojawiał się stereotyp „żona proboszcza” z serialu komediowego, kiedy pomyślał sobie te słowa. Żony proboszcza były albo zaniedbane, nieśmiałe i uczynne, albo farbowane, gospodarne i rozsądne. Marian miała krótkie, kręcone ciemnoblond włosy i figlarne oczy. Niedawno skończyła pięćdziesiąt lat i jej oczy okalały maleńkie zmarszczki, których kiedyś zapewne tam nie było, ale George tego nie pamiętał i miał poczucie, że zawsze znał ją taką. Wyróżniały ją również niewyraźne piegi na nosie i szeroki, dobroduszny uśmiech. Nie była wysoka, a od czasu, kiedy Joanna przerosła ją o ponad siedem centymetrów, wydawała się jeszcze niższa. Uśmiechnął się. Cudzołożne myśli wpędziły go w swawolny nastrój, a proboszczowie nie powinni być swawolni o wpół do jedenastej rano, zwłaszcza w Wigilię.

— Z którym? — spytała Marian.

— Słucham?

— Z popołudniowym czy nocnym?

Spojrzał na nią nierozumiejącym wzrokiem.

— Słucham? — powtórzył.

— Z którym kazaniem masz kłopot?

— A… Z nocnym. Popołudniowe jest właściwie dla dzieci, a do dzieci łatwo się mówi.

— Niestety, mam dla ciebie złą wiadomość. Jeremy Bulstrode zmierza tutaj i jest czymś bardzo zdenerwowany. Nie może dziś po południu grać.

— Nie może, to nie może.

— To ma coś wspólnego z jego szwagierką. Idzie do ciebie na rozmowę wysokiego szczebla. Co zamierzasz zrobić?

— Zobaczyć się z nim — odparł George z westchnieniem.

Było bardzo mało prawdopodobne, aby żona proboszcza zechciała obcować cieleśnie o wpół do jedenastej w Wigilię. Poza tym jak by to wyglądało, gdyby Jeremy Bulstrode wszedł do gabinetu i zastał proboszcza i jego żonę in flagranti na podłodze? Czy to by zainteresowało „News of the World, czy też Marian musiałaby zaskoczyć in flagranti jego i Jeremy’ego Bulstrode’a, żeby reporterzy brukowców uznali to za godne wzmianki?

— Pytałam o dzisiejsze popołudnie. Przygotować gramofon?

— A… Może nie będzie takiej potrzeby. Pani… — Jego wahanie nie było świadomą próbą wzbudzenia w żonie przekonania, że pani Langton nie jest osobą zaprzątającą jego myśli, ale samo tak wyszło. — Wydaje mi się, że pani Langton gra na organach.

— Aha, to dobrze.

Pani Langton mieszkała w Byford od niedawna. Osiem tygodni wcześniej wprowadziła się wraz z dwuletnią córeczką do niewielkiego domku przy Zamku Byford.

— Zajrzę do niej i spytam — powiedział George.

— Przecież przychodzi Jeremy.

— Po Jeremym.

— Ja mogę pójść, skoro ty jesteś zajęty.

— Nie, ja pójdę. Będę miał pretekst, żeby pozbyć się Jeremy’ego. — Odsunął od siebie zeszyt. — Może wizyta u kogoś podsunie mi jakiś pomysł na kazanie.

— A co z jutrzejszym? Jutrzejszego też jeszcze nie napisałeś?

— Nie zamierzam. W Boże Narodzenie zawsze mówię to samo.

— Naprawdę? — Zmarszczyła brwi. — Nie zauważyłam.

— Mniej więcej to samo. Za to do pasterki zawsze się przykładam, a kazanie, które napisałem, jest do niczego.

— Dlaczego?

Spojrzał na nią. Nie mógł jej powiedzieć, że wyszła za oszusta. Nie mógł powiedzieć wiernym, że od lat słuchają oszusta. Nie wiedział, co powinien powiedzieć Marian. Może wizyta u Eleanor Langton go zainspiruje. Łatwo mu się z nią rozmawiało, mógł być przy niej sobą, a nie aktorem charakterystycznym, którym stał się wobec całego świata, łącznie z Marian.

Eleanor opowiedziała mu trochę o sobie. Pracowała jako asystentka na uczelni, a teraz zatrudnił ją Zamek Byford — zimą miała przygotowywać materiały archiwalne do publikacji, a latem oprowadzać turystów. Była wdową i czuła się samotna. Powiedziała mu o tym jako proboszczowi, uspokajał sam siebie; od tego jest proboszcz. Nie do końca jednak w to wierzył, bo nie uroił sobie, że pani Langton jest nim zainteresowana, ona zaś dostrzegła jego zainteresowanie nią. Nie poruszali tego tematu, ale był on obecny między nimi od kilku tygodni.

— George? Dobrze się czujesz?

Uśmiechnął się — prawie roześmiał — do siebie.

— Zastanawiam się, czy jestem dobrym kandydatem do „News of the World”.

— Chcesz, żeby o tobie napisali w „News of the World”?

— O innych proboszczach piszą.

Uśmiechnęła się.

— Chyba nie rozbudziłeś w sobie zamiłowania do ministrantów?

— Boże wielki, nie. Paskudni mali chuligani. Nie mam pojęcia, co w nich widzą ci wszyscy suspendowani proboszczowie. — Niechętnie opuścił strefę ciepła i wrócił za biurko. — Kolejne złamane przykazanie — powiedział.

Marian pochyliła się ku niemu i pociągnęła nosem.

— Nie piłeś — oceniła.

— Nie, ale wymówiłem imię Pana Boga swego nadaremno. Robię to często.

— Owszem — potwierdziła Marian.

— Może gdybym przerobił wszystkie dziesięć przykazań — myślał głośno George — tobym się załapał.

— Nie obchodzi mnie — powiedziała Marian, zabierając pusty kubek po kawie — jak bardzo tego pożądasz, nie pozwolę ci sprowadzić tutaj wołu ofiarnego.

Judy Hill włączyła długie światła, bo wirujący wokół samochodu śnieg ograniczał widoczność do najwyżej kilku metrów. Starsza pani Hill siedziała obok niej, a pan Hill jechał z tyłu i narzekał na pogodę. Judy zaczynała mieć wrażenie, że to jej wina.

— Idiota! — rzuciła, gdy ze śnieżnym podmuchem śmignął koło nich jakiś samochód.

— Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczymy nowy dom — zagaiła po chwili pani Hill.

— Jeszcze go nie do końca urządziliśmy, ale wygląda całkiem nieźle — odparła Judy.

— Michael mówi, że chciałby urządzić poddasze — stwierdził pan Hill.

Judy jeszcze bardziej zwolniła, bo czuła, że opony tracą przyczepność na coraz głębszym śniegu.

— Tak — odparła nieobecnym głosem, przebijając się wzrokiem przez śnieg, który znowu zaczął padać. Wycieraczki pracowicie odgarniały śnieg na boki przedniej szyby, ale przegrywały walkę z pogodą. — Nie bardzo wiem po co — ciągnęła. — I bez tego mamy aż za dużo miejsca.

— Może myśli o przyszłości — zasugerowała pani Hill.

Judy z wściekłością zatrąbiła na kierowcę samochodu, który zajechał jej drogę. O przyszłości? Mój Boże, czyżby chodziło jej o wnuki?

— Z zaadaptowanym poddaszem uzyskacie wyższą cenę, kiedy będziecie sprzedawać — padło z tylnego siedzenia.

A, tak. W świecie Michaela domów nie kupuje się po to, żeby w nich mieszkać. Domy są kolejnymi szczeblami na socjoekonomicznej drabinie.

— Można by tam urządzić wspaniały pokój dziecięcy — powiedziała pani Hill.

— Już niedaleko — zakomunikowała Judy.

Teraz dosłuchała się w swoim głosie nutki desperacji, a przecież teściowie jeszcze się nawet nie rozgościli. Michael tak naprawdę nie pragnął obecności swoich rodziców podczas świąt, chciał się tylko pochwalić wyższym poziomem życia. Włączyła lewy kierunkowskaz z niemym westchnieniem ulgi. Już prawie na miejscu.

Na dojeździe niemal nie było śniegu, ale Judy wpadła w rozpacz, kiedy zobaczyła, z czego to wynika — większość śniegu piętrzyła się pod drzwiami garażu. Judy zaparkowała na chodniku i zgasiła silnik.

— O rany — jęknęła pani Hill — ktoś będzie musiał chwycić za łopatę.

Może ty, pomyślała cierpko Judy.

— Tak — odparła pogodnie — ale najpierw was zainstalujemy.

Pani Hill wysiadła i próbowała odchylić siedzenie do przodu, lecz się nie udało.

— Ja to zrobię — powiedziała Judy, starając się nie okazywać zniecierpliwienia, i wypuściła pana Hilla z auta.

— Tam leżał jakiś prezent, złotko — powiedział pan Hill, wręczając jej pakunek.

A niech to szlag trafi. Planowała zahaczyć o posterunek i podrzucić prezent Lloydowi, ale z powodu śnieżycy zapomniała o wszystkim innym oprócz odebrania Hillów ze stacji i dowiezienia ich bezpiecznie do domu.

— Dziękuję — powiedziała i włożyła prezent do schowka. — To dla kolegi z pracy.

Ruszyła przodem, doszła do drzwi wejściowych i butem odgarnęła sprzed nich śnieg.

— Wchodźcie, ja za chwilę wrócę — powiedziała, uświadomiwszy sobie, że nie zgasiła świateł w samochodzie.

Kiedy już je wyłączyła, otworzyła schowek, tak jakby wierzyła, że wpatrując się w prezent, jakimś magicznym sposobem dostarczy go Lloydowi. Nie mogła tak po prostu zostawić teściów samych, chociaż perspektywa ponownej przejażdżki miała w sobie pewien perwersyjny smaczek. Z westchnieniem zamknęła samochód.

— Piękny duży pokój — mówiła pani Hill, kiedy Judy weszła do środka i wytrzepywała śnieg ze swoich ciemnych włosów.

— Mamy trochę więcej miejsca niż poprzednio — stwierdziła Judy. — Od czasu do czasu jeździmy po domu na wrotkach, żeby to uczcić.

— Słucham?

— Nic takiego.

Wyjęła papierosy.

— Ojejku, myślałem, że rzuciłaś — powiedział pan Hill. — Powinnaś przeczytać, co jest napisane na boku opakowania, zanim zapalisz.

Judy pominęła jednak ten edukacyjny wstęp.

— Od czasu do czasu wypalam jednego — powiedziała zgodnie z prawdą. Paliła tylko wtedy, kiedy naszła ją taka potrzeba. Tak jak teraz. — Pewnie napilibyście się herbaty. A może czegoś mocniejszego? — dodała z nadzieją.

— Poprosimy herbatę — oznajmiła pani Hill stanowczym tonem, zanim pan Hill zdążył się odezwać.

Michael wszedł do domu, kiedy Judy była w kuchni. Usłyszała, że jego matka go sztorcuje, bo nie ubrał się dostatecznie ciepło.

— Wjazd do garażu jest zasypany — powiedział Michael po przyjściu do kuchni.

— Wiem. Co robisz w domu?

— W biurze jest wigilia dla pracowników — wyjaśnił. — Zaczęła się o wpół do dwunastej.

Oparł się o lodówkę. Judy odsunęła go na bok, żeby wyjąć mleko.

— Nie powinieneś zostać? Zbratać się z prostym ludem?

— Powołałem się na złą pogodę. Przychodzą mi do głowy lepsze zajęcia, niż próbować włożyć rękę pod spódnicę jakiejś maszynistce, nawet jeżeli Ronniemu nie przychodzą.

Judy parsknęła śmiechem.

— Czyżby Ronnie zamieniał się na święta w biurowego Romea?

— Czyżby. — Przez okno z podwójną szybą Michael sprawdził pogodę. — Lepiej zacznę odgarniać śnieg. Nie mogę zostawić samochodu pod gołym niebem.

W ustach Michaela słowo „samochód” oznaczało jego samochód. Służbowy.

— Jeśli go teraz wstawisz, to potem go nie wyciągniesz.

— Gdyby Ronnie to usłyszał, posikałby się ze śmiechu — stwierdził z uśmiechem Michael. — Teraz rozumiesz, dlaczego uciekłem?

Judy również się uśmiechnęła i pokiwała głową.

Michael nadal wyglądał przez okno, przez moment zatopiony w myślach, którymi chyba nie zamierzał się z nią podzielić; jego wąska twarz była odrobinę zaróżowiona od mroźnego powietrza. Jak na razie szło im bardzo dobrze. Ponad pięć minut bez jednego przykrego słowa. Postawiła kubki na tacy. Michael, który wrócił do realnego świata, skrzywił się z dezaprobatą.

— O co chodzi? — spytała.

— Przecież mamy filiżanki i spodeczki.

Judy zagryzła zęby i nie wypowiedziała bardzo przykrych słów, które cisnęły jej się na usta. Michael byłby nimi jeszcze bardziej zbulwersowany niż podaniem herbaty w kubkach.

— George, wejdź, proszę.

Eleanor Langton chciała przejść z nim na ty już podczas poprzedniego spotkania, ale zabrakło jej śmiałości. Teraz z niepokojem czekała, jak proboszcz zareaguje.

— Dziękuję — powiedział, otrzepując płaszcz ze śniegu i wchodząc do środka.

— Na twoim miejscu zdjęłabym płaszcz. Trochę tu ­ciepło.

— Dziękuję — powtórzył.

— Czy to jest wizyta towarzyska? Jesteś po cywilnemu.

Uśmiechnął się. Uśmiech ma naprawdę uroczy, pomyślała. W takich chwilach wyglądał jak sześciolatek.

— Przyszedłem poprosić cię o przysługę — powiedział.

— Proś, o co tylko chcesz. Jestem ci winna co najmniej kilka przysług.

— Za co?

Eleanor pokazała na krzesło.

— Za słuchanie moich biadoleń.

— Nie biadolisz. A gdybyś biadoliła, obowiązkiem proboszcza jest cię wysłuchać.

Eleanor odgarnęła jasne włosy z twarzy.

— O co chcesz mnie poprosić?

— Mój organista zostawił mnie na lodzie albo zrobił mi prezent, to zależy, jakie ktoś ma ucho do muzyki. W każdym razie nie może grać, a ja mam dzisiaj po południu nabożeństwo z kolędami dla dzieci. Nic trudnego, standardowe kolędy w standardowych wykonaniach. — Urwał na chwilę. — Zagrasz dla nas?

— Ale ja gram tylko na elektrycznych organach.

— Mamy elektryczne — powiedział George. — Kiedyś mieliśmy fisharmonię, ale uznałem, że kościół powinien iść z duchem czasu. — Znowu się uśmiechnął. — Żadnych ssaw, żadnych miechów.

— Z miłą chęcią zagram. I tak miałam przyprowadzić Tessę.

— To świetnie. Gdzie ona jest?

— Na seansie filmowym. Kochana pani Brewster ją zabrała.

— A, projekcja w kościelnej sali. Zapomniałem o tym. — Przesunął się na krześle odrobinę do przodu. — Eleanor… — zaczął z wahaniem. — Nie zamierzasz spędzić jutrzejszego dnia sama, prawda?

— Nie. Przyjeżdża matka Richarda, w każdym razie miała przyjechać. Jeśli jednak dalej będzie tak padało… —Wzruszyła ramionami i spojrzała przez okno na tańczące w powietrzu płatki śniegu.

— Zapraszam na plebanię — powiedział. — Marian zawsze kupuje gigantycznego indyka, starcza nam mniej więcej do kwietnia.

Eleanor roześmiała się.

— Bardzo miło z twojej strony. Wypijesz ze mną wigilijnego drinka? Już prawie pora obiadowa.

— Bardzo chętnie. Czuję się, jakbym był na wagarach.

— Dlaczego? — Eleanor wstała. — Co powinieneś teraz robić?

— Pisać kazanie na pasterkę.

— O rany, nie przesadzaj. Niestety, mogę cię poczęstować tylko whisky albo sherry.

— Poproszę sherry.

— Pisanie tego kazania tak ciężko ci idzie?

Podała mu sherry i usiadła na sofie.

— Tak — potwierdził i wstał z krzesła. — Mogę zdjąć marynarkę? Jest trochę…

— Nie trochę, lecz bardzo — przerwała mu Eleanor. — Bojler ma tylko dwa ustawienia: wyłączony albo strefa równikowa.

Zdjął marynarkę, ale tym razem nie usiadł. Podszedł do kredensu, wziął do ręki fotografię Richarda i odwrócił się do Eleanor.

— Twój mąż? — zapytał. Eleanor skinęła głową. — To są twoje pierwsze święta bez niego?

— Właściwie to nie. — Teraz już mogła o tym mówić. Bardzo długo było to niemożliwe, bo łzy, które w tym tragicznym czasie nie przychodziły, nagle zaczęły się z niej wylewać. Ale miała to już za sobą.

— Richard bardzo długo był w śpiączce — wyjaśniła.

George ostrożnie odstawił zdjęcie.

— Tak mi przykro — powiedział.

— Tessa w gruncie rzeczy go nie znała. Zabrałam ją do szpitala, kiedy się urodziła, ale…

George zrobił przerażoną minę.

— Najmocniej cię przepraszam, nie znałem okoliczności…

— Nie ma za co przepraszać — uspokoiła go Eleanor. Zaczerpnęła tchu. — To był wypadek motocyklowy. Obrażenia głowy.

Kierowcy postawiono zarzut nieostrożnej jazdy. Życie Eleanor rozsypało się z powodu czyjejś nieostrożnej jazdy. Najsilniejszym uczuciem był w niej teraz gniew, ale i to miało przeminąć.

— Zmarł w październiku, to są moje trzecie święta bez niego.

George usiadł obok niej.

— To musi być dla ciebie straszne.

— Kiedyś było. Na początku. Mówili, że powinnam z nim rozmawiać. W pierwszej chwili czułam się dziwnie, ale szybko weszło mi to w nawyk. — Odwróciła spojrzenie swoich orzechowych oczu, aby ukryć smutek. Nie zamierzała rozmawiać o Richardzie. Nie umiała się jednak powstrzymać. — Po jego śmierci — podjęła na przekór sobie — prowadziłam pamiętnik. Zapisywałam to, co powiedziałabym Richardowi. — Podniosła wzrok. — Odkąd zaczęłam tutaj pracować, nie muszę tego robić.

George podrapał się po górnej wardze.

— Miałaś rodzinę, która by ci pomagała?

— Matkę Richarda. Nie pochodzę ze Stansfield. Mój brat starał się jak najczęściej przyjeżdżać… — urwała. — Przepraszam, naprawdę nie zamierzałam cię zmuszać do wysłuchiwania tego wszystkiego.

— Już mówiłem, że od tego jest proboszcz — powiedział miękko.

— Nie sądzę, żebym z tego powodu ci się zwierzała.

Zapadła cisza. Nie dość, że żonaty, to jeszcze proboszcz, pomyślała. Proboszcz. Pierwszy mężczyzna, który wzbudził w niej odrobinę zainteresowania, to żonaty proboszcz.

— To ja powinnam słuchać o twoich problemach — stwierdziła, ale nawet we własnych uszach jej głos zabrzmiał fałszywie.

— O moich problemach?

Nieznacznie poluzował krawat.

— Z kazaniem — wyjaśniła.

— A, to. — Westchnął. — Chyba wiem, z czego się to bierze. Czuję, że nie mam prawa umoralniać ludzi.

— To nie rób tego, tylko po prostu mów, co myślisz.

Z uśmiechem spojrzał jej w oczy.

— To chyba nie byłby najlepszy pomysł — odparł.

Eleanor zamknęła na moment oczy. George jeszcze trochę poluzował krawat. Znowu cisza. Eleanor czuła, że musi coś powiedzieć, coś zrobić.

— Przykro mi, że tak tutaj gorąco — powiedziała.

— Zamówiłaś kogoś, żeby to sprawdził?

— Na zamku powiedzieli, że kogoś przyślą, ale jeszcze nikogo nie było.

— Ja mógłbym rzucić okiem — zaproponował z uśmiechem. — Jestem w tym całkiem dobry.

— Zrobiłbyś to?

Odstawił drinka i wstał.

— Prowadź.

— Ależ… jesteś teraz za bardzo zajęty.

— Może to tylko kwestia źle ustawionego termostatu — powiedział i ruszył za nią do niewielkiej przybudówki.

Dom zbudowano tuż po wojnie domowej, rodzina mieszkała w nim do czasu, gdy wyremontowano zdewastowany podczas okupacji purytańskiej zamek.

George wstrzymał oddech, przebijając się przez ścianę gorąca, do którego Eleanor przywykła.

— Mogłabyś tu uprawiać tropikalne owoce.

Eleanor obserwowała, jak George czyta pożółkłą instrukcję obsługi, i na jego żądanie przynosiła śrubokręty i kombinerki, niczym pielęgniarka asystująca chirurgowi.

George podniósł się i otarł pot z czoła.

— Dlaczego musieli umieścić to cholerstwo w najbardziej niedostępnym… — Znowu pochylił się nad swoją robotą. Końcówka krawata dotykała zakurzonej podłogi. Ponownie wstał. — Zdjęłabyś mi krawat? Przeszkadza mi, a ja mam brudne ręce.

Tak jak się tego spodziewała, pocałował ją, kiedy odwiązywała krawat. A raczej delikatnie musnął wargami. Powoli wysunęła mu krawat spod kołnierzyka.

— W koloratce nie miałbym tego pretekstu — powiedział z krótkim śmiechem. — Może dlatego przyszedłem po cywilnemu.

Eleanor milczała, ponieważ nie potrafiła wydusić z siebie ani słowa.

— Gniewasz się na mnie? — zapytał po chwili.

Pokręciła przecząco głową. Tak wiele rzeczy cisnęło się jej na usta. O tym, jak przez wiele miesięcy chciała, żeby pewien człowiek przeżył, ale czekała na jego śmierć. O uldze, kiedy to wreszcie nastąpiło, i o związanych z tym wyrzutach sumienia. O życiu w jakiejś nieokreślonej strefie — ani mężatka, ani wdowa — z dzieckiem, które trzeba wychowywać. W strefie, w której człowiek kurczy się w środku. O tym, że akurat ­George jako jedyny spośród wielu chętnych po prostu nie może być człowiekiem, który zburzy ten straszny mur. Język Eleanor nie potrafił znaleźć słów. Żadnych słów. Jednak zbliżyła się do niego i zrobiła coś, w czym wykazała się większą elokwencją, a potem odskoczyli od siebie na dźwięk dzwonka u drzwi.

— Tessa — powiedziała.

Skinął głową.

— Chyba naprawiłem twój bojler. To nie był tylko podstęp.

Eleanor odstąpiła do tyłu, żeby go przepuścić.

— Nie zamierzamy posunąć się dalej, prawda? — spytała.

George pokręcił głową.

— Nie sądzę, żebyśmy się do tego nadawali.

Wrócili do salonu. George włożył marynarkę.

— Kocham moją żonę — zakomunikował, co osłabiło tylko wymowę jego wcześniejszego stwierdzenia. Podała mu płaszcz. — Ale nie chcę udawać, że to się nigdy nie wydarzyło — dodał szybko. — Zresztą nie jestem pewien, czego chcę.

— Zmierzasz do tego, że powinniśmy trzymać to w rezerwie? — spytała Eleanor z uśmiechem.

— Może.

Eleanor podeszła do drzwi.

— O której jest nabożeństwo z kolędami?

W tym momencie weszła pani Brewster z Tessą, która od razu się speszyła.

— Jesteśmy — powiedziała pani Brewster.

— O trzeciej — poinformował George.

— Przyjemny spacer? — rzuciła Eleanor do Tessy. — Zostanie pani na herbatę, pani Brewster? — Odwróciła się z powrotem do George’a. — O trzeciej? W takim razie przyjdę koło wpół do, dobrze?

— Znakomicie. — Poczochrał Tessie włosy i wymienił grzeczności z panią Brewster. — Jeszcze raz dziękuję, pani Langton — powiedział na odchodnym.

Kiedy był już za drzwiami i obie panie go nie widziały, jeszcze raz się uśmiechnął. I mrugnął.

— Czy nie mogłaby pani popilnować Tessy jeszcze przez dziesięć minut, pani Brewster? — poprosiła Eleanor. — Ja muszę zadzwonić.

Marian zimnym jak lód wzrokiem spojrzała na młodego mężczyznę, który stał za progiem.

— Chcę tylko z nią porozmawiać — powiedział. — To moja żona.

— Mam tę świadomość.

— Nie możemy bez końca tego ciągnąć w ten sposób.

— W tej chwili nie ma jej w domu, Graham.

Graham Elstow z wyglądu doskonale wpisywał się w stereotyp robiącego szybką karierę doradcy finansowego. Spuścił wzrok.

— Muszę się z nią zobaczyć — wybąkał.

Do drzwi plebanii prowadziło kilka stopni. Po naciśnięciu dzwonka Graham zszedł z powrotem, dzięki czemu Marian dostąpiła rzadkiego w jej życiu przywileju patrzenia na kogoś z góry. Przedziałek w jasnych włosach Grahama był staranny i prościuteńki jak u zdyscyplinowanego ucznia. Za jego plecami wzmógł się wiatr i śnieżyca, przez co Marian zaczęła się trochę martwić o Joannę, która jak zwykle w ostatniej chwili pojechała do Stansfield na przedświąteczne zakupy.

— Kiedy wróci? — spytał Graham.

— Nie mam pojęcia.

Marian wpatrywała się w białe kłęby z nadzieją, a jednocześnie obawą, że zobaczy samochód Joanny. Jaki ten świat jest niebezpieczny!

— Mogę wejść i zaczekać?

— Nie, Graham, nie możesz.

Na jego twarzy pojawił się wyraz szczerego zaskoczenia.

— Muszę z nią porozmawiać — powtórzył.

— W takim razie proponuję, żebyś przyszedł kiedy indziej, jak ona będzie w domu.

— Ale…

Odwrócił się i bezradnym gestem pokazał na śnieżycę.

— Nic na to nie poradzę. Nie chcę cię tutaj. Przykro mi.

Znowu spuścił oczy.

— Potrafię to zrozumieć — odparł.

No to idź sobie, pomyślała Marian. Idź i zostaw Joannę w spokoju.

— Nigdy sobie nie wybaczę.

Marian milczała. Mogła się tylko modlić, żeby Joanna mu nie wybaczyła. Nie po czymś takim. Na pewno nie po czymś takim.

— Mógłbym wrócić po obiedzie? Skoczę do pubu coś zjeść, a potem wrócę, dobrze? Ona już wtedy będzie?

Marian nie odpowiedziała. Graham poczłapał po śniegu do swojego samochodu. Odprowadziła go wzrokiem i zamknęła drzwi. Nogi się pod nią uginały, a ręce drżały. Przez chwilę stała z dłonią na klamce, próbując się uspokoić.

Joanna pojawiła się mniej więcej pół godziny później, z zaróżowionymi policzkami i błyszczącymi oczami.

— Sam dojazd ze Stansfield zajął mi godzinę — powiedziała. Położyła torby w kuchni, jedynym pomieszczeniu pełnym przeciągów starego domu, które dało się ogrzać. Odwiązała z szyi szalik i skrzywiła się na widok mokrej wełny. — Lepiej go powieszę do wysuszenia. Aż z niego kapie, a przeszłam tylko z samochodu.

— Był tutaj Graham — stwierdziła Marian prosto z mostu.

Nie wiedziała, jak można by to ubrać w mniej drastyczne słowa.

Uśmiech Joanny zgasł.

— Kiedy?

— Niedawno. Zapowiedział, że wróci. — Patrzyła, jak Joanna siada przy kuchennym stole, z rozczochranymi włosami i dłońmi zaciśniętymi na szaliku. — Mówi, że chce porozmawiać. — Marian usiadła obok niej. — Nie musisz się z nim widzieć, Jo.

— Muszę.

— Jeszcze za wcześnie. A już na pewno nie dzisiaj. — Marian wzięła od córki mokry szalik i powiesiła na oparciu krzesła. — Zobaczysz się z nim, kiedy będziesz gotowa.

Wzięła dłonie Joanny w swoje.

— Ten moment jest równie dobry jak każdy inny — powiedziała Joanna.

Drzwi wejściowe zamknęły się z hukiem. Z zaniepokojeniem w szarych oczach Joanna spojrzała na Marian.

— Zasypie nas — powiedział George, który wszedł do kuchni i pocierając dłonie o siebie, podszedł do ognia. Odwrócił się w stronę żony i córki i nieznacznie zmarszczył brwi. — Co się stało? — Joanna puściła rękę Marian i wyszła. — Co się stało? — powtórzył.

Tak jak się spodziewała, wybuchł, kiedy mu wyjaśniła.

— Wydaje mu się, że tu wróci? — Rozjuszony George ponownie zapiął płaszcz. — Do pubu, mówisz?

— Joanna ci nie podziękuje, George — powiedziała Marian zrezygnowanym głosem.

— Nie oczekuję podziękowań! Nie wpuszczę tego gnojka do mojego domu ani dzisiaj, ani kiedykolwiek.

— To jej mąż.

— Marian, on znowu ją przekabaci i ona do niego wróci.

Marian przetarła oczy.

— Nie jest aż tak nierozsądna — zaoponowała.

— Tak, strasznie była rozsądna poprzednimi razy.

— Poprzednimi razy od niego nie odeszła.

— Ale mu wybaczyła.

— Jednak nie odeszła — powtórzyła Marian. — Minęły dwa miesiące. Nie wróci do niego. Nie powiedziała nawet, że się z nim zobaczy. — Marian wstała. — Obiad gotowy. Zawołaj Jo.

George spojrzał na nią ze zdumieniem.

— Zachowujesz się tak, jakby to się nie wydarzyło!

Bo tylko w ten sposób potrafiła sobie z tym poradzić. George mógł wpaść w furię, pójść do pubu albo zrobić scenę, Marian natomiast zawsze musiała przemyśleć problem i znaleźć jakieś rozwiązanie.

— Tak czy owak jeść trzeba — stwierdziła stanowczo. — Nie ma go tutaj teraz, więc nic nie możemy zrobić.

— Ja mogę coś zrobić!

— Ale nie zrobisz. — Marian zastąpiła mu drogę. — Zdejmij płaszcz i powiedz Joannie, że obiad gotowy.

Spojrzała na niego i nagle sobie uświadomiła, jaki jest między nimi układ sił: mogła go powstrzymać tylko dlatego, że podobnie jak większość innych mężczyzn George dobrowolnie przyjął system dawania kobietom forów.

Z niechęcią rozpiął płaszcz i rzucił go na krzesło, na którym wisiał szal Joanny.

Obiad jedli prawie w milczeniu, dopóki George nie przerwał swojej krótkotrwałej próby niewtrącania się w cudze sprawy. Wtykanie nosa w cudze sprawy to w pewnym sensie jego zawód, pomyślała Marian.

— No i co? — rzucił zaczepnym tonem, patrząc na Joannę.

— Muszę z nim porozmawiać — odparła.

George nabił na widelec kawałek ziemniaka.

— Nie chcę go tutaj widzieć — oznajmił.

Joanna odłożyła sztućce.

— To jedyne możliwe miejsce — stwierdziła, zdaniem Marian, zupełnie rozsądnie.

— W ogóle nie musisz się z nim widzieć.

— Muszę, tatusiu. On ma rację. Musimy porozmawiać. Skoro nie mogę tutaj, to będę zmuszona pójść do niego.

Marian, która przerzucała wzrok między nimi, zobaczyła, że twarz George’a wzbiera gniewem.

— No to załatwione — powiedziała Joanna, zagrywając smecz. Przewaga, odbiór.

— Skoro zamierzasz się z nim zobaczyć, to ja tutaj będę.

— Nie — zaprotestowała Joanna. — Zresztą masz kolędy.

— Można odwołać.

— Nie, nie można. Jak mam z nim rozmawiać, jeśli ty i mamusia będziecie nasłuchiwali pod drzwiami za… Idź na nabożeństwo. A ty zabaw się w Świętego Mikołaja, mamusiu. Zdecydowanie wolę być sama, kiedy tu wróci. I bez tego źle się czuje.

— Czuje się… — zaczął George z purpurową twarzą.

— To mój problem, tatusiu. Sama się z nim uporam. — Gem. Joanna odsunęła od siebie talerz. — Dziękuję. — Wstała. Uścisk dłoni przy siatce. — Wiem, że chcesz mi pomóc. Ale ja po prostu tylko z nim porozmawiam, nic więcej.

Wyszła.

George spojrzał na Marian.

— Nadal zamierzasz wyjść? — zapytał.

— Muszę, George. I uważam, że powinnam. Nie chcę, żeby czuła obecność słuchaczy, to by jej tylko utrudniło sprawę.

George westchnął i dokończył obiad. Na pewno nie ma nawet świadomości, co je, pomyślała Marian.

— Przebiorę się — zakomunikował.

— Gdzie twój krawat? — spytała Marian, nagle zdając sobie sprawę, że George wygląda jakoś inaczej.

Jego ręka powędrowała do kołnierzyka.

— A… Zdjąłem go. Musiałem gdzieś zawieruszyć. — Wstał. — Może w służbowym stroju zdobędę się na bardziej chrześcijańską postawę wobec tej świni. — Marian zaczęła sprzątać ze stołu. — A jeśli ona do niego wróci?

— Nie wróci — odparła stanowczo, wtryskując do wazy trochę płynu do mycia naczyń. — Nie tym razem.

Kiedy godzinę później oboje wychodzili z domu, Marian z niepokojem spojrzała za siebie. Może jednak Graham się nie pokaże, pomyślała.

Rozmawiając z kierowniczką sierocińca, cały czas wpatrywała się w swój telefon i nie bardzo nadążała za tym, co się do niej mówi.

To nie twoja sprawa, Marian Wheeler, skarciła się surowo, kiedy kierowniczka powtórzyła poprzednie zdanie, a ona dalej nie słuchała. Nie możesz do niej zadzwonić. Zaczekaj, aż będziesz w domu. Ona do niego nie wróci. Nie wróci. Jest na to zbyt rozsądna.

— Ty mnie nie słuchasz, prawda, Graham?

Wziął do ręki karafkę jej ojca i pomachał nią w stronę Joanny.

— Dziękuję. Moim zdaniem ty też nie powinieneś więcej pić.

— Nie wolno mi wypić whisky tatusia? Odkupię.

— Już wystarczy, Graham. Byłeś zaprawiony, kiedy tu przyszedłeś, a to jest twoja trzecia!

Uniósł szklankę w ramach toastu.

— Jedna z zalet kawalerstwa. Nie suszą ci głowy, jak się ubzdryngolisz. — Odstawił szklankę, wyprostował plecy i pochylił głowę. — Przepraszam. Przepraszam. Chciałbym, żebyś wróciła do domu i żebyśmy mogli sami wszystko naprostować. — Podniósł wzrok. — Tutaj nie potrafię do ciebie dotrzeć. Jest za bardzo… — Wzruszył ramionami. — Za bardzo grzecznie, za bardzo w stylu mieszczańskiej powieści. Założę się, że wróciłaś do swojego starego pokoju, jakby nic się nie stało.

— Dlaczego tyle wypiłeś?

Wbrew temu, co przed chwilą powiedział, picie nie należało do grzechów Grahama.

— Bez powodu — wybąkał.

— Dlatego, że miałeś tutaj przyjść?

— Nie! — krzyknął. — Nie mówmy o tym. Posłuchaj, Jo. Po prostu wróć. Nie zostawaj tutaj. Czy twój ojciec nie powinien ci tego powiedzieć? Czy pastor nie powinien wierzyć w te wszystkie historie o tym, że co Bóg złączył i tak dalej?

Joanna otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.

— Graham, mówisz tak, jakbym odeszła od ciebie dla kaprysu.

— Wiem. — Pokręcił głową. — Zdaję sobie sprawę z tego, co zrobiłem. To się już nigdy nie powtórzy.

— Powtórzy się.

Wstała i podeszła do okna. Patrzyła, jak z ciemniejącego nieba pada śnieg. Otuliła ich cisza. W salonie było zimno. Mimo to Joanna wybrała na negocjacje to pomieszczenie zamiast przytulnej, ciepłej kuchni, której atmosfera mogłaby w niej wywołać złudne poczucie bezpieczeństwa.

— Joanno, przysięgam, że nigdy, ale to nigdy więcej tego nie zrobię. — Jego głos dobiegał z bardzo bliska i kiedy się odwróciła, zobaczyła, że Graham stoi tuż za nią. — Nie rób takiej miny. Proszę cię, nie bój się mnie.

— Nie boję się ciebie.

Znowu odwróciła się do okna.

— To nie byłem ja — powiedział. — Boisz się kogo innego. — Delikatnie położył dłoń na jej ramieniu i znowu spojrzała mu w twarz. — Coś we mnie wstępuje. Coś tak jakby pękało.

— W takim razie powinieneś pójść do specjalisty. Porozmawiać.

— Nie. Potrafię sam to rozwiązać.

— Nie ze mną.

Przecisnęła się obok niego i oddaliła na maksymalną odległość możliwą w tym pokoju.

— To musisz być ty. Jesteś moją żoną.

— Twoim zdaniem daje ci to prawo własności do mnie?

— Nie! — Dopił whisky. — Ale… — Westchnął. — Dobra, pójdę do specjalisty. Obiecuję. — Czekał na reakcję, ale się nie doczekał. — Obiecuję! — krzyknął.

Obietnice. Jakby nigdy wcześniej nie odbyli podobnej rozmowy.

— No to co mam zrobić? — zapytał, podszedł do stolika i wziął do ręki karafkę.

Joanna znowu się odsunęła. Zaciągnęła zasłony, przez co przestała widzieć swoje odbicie w szybie.

— Dlaczego tyle pijesz? — zapytała znowu. — Co się stało?

— Nic. Bez powodu.

— Przeze mnie?

— To nie ma nic wspólnego z tobą. Spotkałem… Spotkałem kogoś. Nie, odwołuję. Nie rozmawiajmy o tym.

Mówił od rzeczy.

— Nie pij już więcej.

— Dlaczego? Czego się spodziewałaś? Odchodzisz ode mnie…

— Nie nazwałabym tego odejściem — przerwała mu ostrym tonem.

— O Boże, Jo — szepnął. — Przepraszam. Tak bardzo cię przepraszam. Powiedz mi, co mam zrobić, a zrobię to.

— Idź do kogoś. Wyjaśnij, co się z tobą dzieje.

Odstawił karafkę, cały czerwony na twarzy.

— Nie potrafiłbym.

— Bo nie chcesz się przyznać? — Zaczerpnęła głęboko tchu. — Ale tego właśnie żądam. Jeśli to zrobisz, jeśli udowodnisz, że próbujesz sobie pomóc…

— To wrócisz? — podchwycił skwapliwie.

— Najpierw musisz to zrobić.

— Zrobię, zrobię. — Zbliżył się do niej. — Nie odchodź ode mnie, Jo. Pomóż mi. Nie jestem pewien, jak… — Pociąg­nął dłonią w powietrzu. — No wiesz. Jak się za to wszystko…

— Ja to załatwię. Dowiem się, do kogo powinieneś pójść. I pójdę z tobą. Do lekarza czy kogo tam. Poradzimy się.

— Tak. Dobrze. — Odstawił pustą szklankę. — Bogu niech będą dzięki.

Joanna długo się w niego wpatrywała.

— To jest twoja ostatnia szansa, Graham.

— Wiem. Wiem. — Wziął ją za ręce. — Wiem — powtórzył i pocałował jej dłonie. Uśmiechnął się i pocałował ją w policzek. — Chodźmy.

— Nie, Graham. Musisz wykonać pierwszy ruch.

— Przecież powiedziałaś, że zrobimy to razem.

— Zrobimy, ale już wcześniej składałeś mi obietnice, Graham. Nie wrócę, dopóki nie będę wiedziała, że coś w tej sprawie robisz. Pomogę ci, ale zostanę tutaj, aż nie będę miała pewności.

Zegar zazgrzytał cicho przed wybiciem godziny, a Graham wypuścił jej dłonie. Joanna znała tę lekko zdezorientowaną minę.

— Co powiedziałaś?

Znała ten ton głosu. Wiedziała, co się za chwilę stanie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Morderstwo na starej plebanii 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer Zombie Syreny