Taniec Szeherezady

Taniec Szeherezady

Autorzy: Abby Green

Wydawnictwo: HarperCollins

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 7.19 zł

Tancerka rewiowa Sylvie Devereux dowiaduje się, że szejk Arkim Al-Sahid zamierza ożenić się z jej młodszą siostrą. Sylvie poznała kiedyś szejka. Ich spotkanie przebiegło burzliwie – od ostrej wymiany zdań do namiętnego pocałunku. Teraz Sylvie zjawia się na ślubie i oświadcza, że małżeństwo nie może zostać zwarte, bo poprzednią noc Arkim spędził z nią. Arkim nie wie, dlaczego Sylvie postanowiła zrujnować mu życie i zszargać opinię. Na pewno jej tego nie daruje… 

Abby Green

Taniec Szeherezady

Tłumaczenie:

Monika Łesyszak

PROLOG

Ksiądz zrobił wielkie oczy na widok przedziwnej postaci, odzianej od stóp do głów w czarną skórę i hełm motocyklowy z osłoną na twarz. Nie przerwał jednak ceremonii. Jednakże gdy owa osoba stanęła za plecami młodej pary, zdjęła kask i burza rudych włosów opadła jej na ramiona, otaczając piękną, bladą twarz, głos mu lekko zadrżał przy wypowiadaniu ostatnich słów:

– …albo niech zamilknie na zawsze.

Zapadła cisza. Lecz po chwili czysty, donośny głos rudowłosej piękności zabrzmiał w całym kościele:

– Sprzeciwiam się zawarciu tego małżeństwa, ponieważ ten mężczyzna spędził ostatnią noc w moim łóżku.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Sześć miesięcy wcześniej

Sylvie Devereux przygotowywała się wewnętrznie na kolejne, bez wątpienia przykre, spotkanie z ojcem i macochą. Idąc okazałym podjazdem, tłumaczyła sobie, że przyjechała tu tylko ze względu na przyrodnią siostrę, jedyną osobę na świecie, dla której zrobiłaby wszystko.

W oknach wspaniałej rezydencji w Richmond płonęły światła. Pod wiatą na tyłach ogrodu zespół jazzowy grał łagodną, klasyczną melodię. Grant Lewis każdego lata organizował bal dla londyńskich elit. Honory pani domu pełniła jego druga żona, uśmiechnięta niczym pirania. Catherine była macochą Sylvie i matką jej młodszej o sześć lat przyrodniej siostry, Sophie.

Jasnowłosa dziewczyna od progu powitała nowo przybyłą piskiem radości, po czym zawisła starszej siostrze na szyi. Sylvie rzuciła torbę na ziemię i odwzajemniła serdeczny uścisk.

– Wygląda na to, że ucieszył cię mój przyjazd – skomentowała ze śmiechem.

– Nie masz pojęcia, jak bardzo! Mama przechodzi samą siebie. Niemal wpycha mnie w ramiona każdego wolnego faceta, a tata utknął w swoim gabinecie z jakimś szejkiem, ponurym, ale za to pioruńsko przystojnym. Szkoda, żeby się zmarnował na…

– O! Tu jesteś, Sophie! – przerwała im Catherine Lewis, smukła blondynka, starannie uczesana i odziana w kostiumik Chanel. Na widok pasierbicy wykrzywiła usta z niesmakiem.

– Ach, więc jednak dotarłaś – stwierdziła bez entuzjazmu. – Myślałam, że nie zdążysz.

Raczej miałaś nadzieję – sprostowała w myślach Sylvie. Mimo doznanej przykrości zdołała przywołać uśmiech na twarz. W poważnym wieku dwudziestu ośmiu lat nie powinna już odczuwać bólu.

– Miło cię widzieć, jak zwykle – powitała macochę.

Siostra ścisnęła ją za ramię dla dodania otuchy. Catherine natychmiast odstąpiła do tyłu, jasno dając do zrozumienia, że niechętnie wpuszcza pasierbicę do jej rodzinnego domu.

– Twój ojciec przyjmuje gościa. Wkrótce będzie wolny – poinformowała, marszcząc brwi na widok jej stroju.

Sylvie odczuła satysfakcję z wyraźnego niezadowolenia macochy, ale również zmęczenie nieustanną wojną nerwów.

– Możesz się przebrać w pokoju Sophie, jeśli chcesz. Widzę, że wracasz z jednego z tych swoich… występów w Paryżu.

Zgadła, ale nie do końca. Kusa obcisła sukienka należała do jej współlokatorki, Giselle, która nosiła o kilka rozmiarów mniejszy biustonosz. Sylvie pożyczyła ją z premedytacją, w pełni świadoma, jakie zgorszenie wywoła. Zdawała sobie sprawę, że to dziecinna przekora z jej strony, ale nie żałowała prowokacji.

– To prezent od wielbiciela – skłamała. – Wiem, że lubisz, jak twoi goście przychodzą w wymyślnych kreacjach.

Chwilę później pochwyciła kątem oka jakiś ruch. Ojciec właśnie stanął w drzwiach gabinetu, ale ledwie go dostrzegła. Całą jej uwagę przykuł jego towarzysz – bardzo wysoki, barczysty, śniady brunet. Nigdy nie widziała przystojniejszego mężczyzny. Twarde, pięknie rzeźbione rysy i skośne, ciemne brwi rzeczywiście nadawały mu mroczny wygląd, jeśli to jego Sophie miała na myśli. Emanował siłą, charyzmą i męską witalnością. Założył szary, trzyczęściowy garnitur i krawat. Nieskazitelnie biała koszula podkreślała smagłość cery. Miał kruczoczarne, krótko obcięte włosy i ciemne oczy, z których nie potrafiła nic wyczytać. Z lekka zadrżała na jego widok.

Obydwaj bacznie ją obserwowali. Sylvie unikała ich wzroku, ale wiedziała, co zobaczyłaby w oczach ojca: dawny smutek, rozczarowanie i rezerwę.

– Ach, Sylvie, jak dobrze, że dotarłaś – powitał ją tylko odrobinę cieplejszym głosem niż macocha. Z ociąganiem pocałował ją w policzek.

Otworzył stare rany, lecz nie okazała, jak bardzo ją to zabolało.

– Mnie też miło cię widzieć – odrzekła równie gładko. – A któż to nas odwiedził? – spytała, trzepocząc rzęsami.

– Pozwól, że ci przedstawię Arkima Al-Sahida. Omawialiśmy wspólne przedsięwzięcie.

Nazwisko zabrzmiało w uszach Sylvie jak dzwonek alarmowy, ale nie potrafiła skojarzyć, skąd je zna. Wyciągnęła rękę na powitanie.

– Wspaniale, ale nie sądzicie, że to nudne, dyskutować o interesach na przyjęciu?

Niemal usłyszała gniewne prychnięcie macochy za plecami i stłumiony pomruk niezadowolenia ojca. Przybysz też patrzył na nią z nieskrywaną dezaprobatą, co ją rozgniewało.

Podeszła bliżej. Chociaż najchętniej uciekłaby co sił w nogach, wyciągnęła rękę na powitanie. Dopiero po dłuższej chwili podał jej swoją. Zaskoczyła ją szorstkość tej dłoni. Nagle przestała zauważać cokolwiek oprócz tego mężczyzny, jakby otoczyła ich jakaś niewidzialna zasłona. Niespodziewanie oblała ją fala gorąca, a serce przyspieszyło rytm. Mimo przemożnej chęci ucieczki kusiło ją, żeby zarzucić mu ręce na szyję. Gdy niespodziewanie cofnął dłoń, omal nie upadła, kompletnie zdezorientowana własną reakcją.

– Bardzo mi miło – wymamrotał bez cienia entuzjazmu z lekkim amerykańskim akcentem.

Zawstydził ją, choć dawno z wielkim trudem pokonała nieśmiałość, żeby zarabiać na życie w skąpym odzieniu. Poczuła się tandetnie, niemal jakby obejrzał ją nago. Zbyt obcisła złota sukienka nadmiernie eksponowała biust i sięgała ledwie za pośladki. Narzucony na nią żakiet też niewiele przykrywał. Rozpuszczone, naturalnie rude włosy z daleka przyciągały wzrok. Jego dezaprobata zabolała jak odrzucenie. W ciągu kilku sekund skruszyła mur obronny, który przez lata budowała. Odetchnęła z ulgą, gdy siostra podeszła do ojca, ujęła go pod ramię i przypomniała:

– Chodź, tato, goście czekają.

Sylvie odprowadziła wzrokiem całą czwórkę, po czym podążyła w ślad za nimi z mocnym postanowieniem trzymania się jak najdalej od przybysza, a jak najbliżej Sophie i jej grona przyjaciół.

Kilka godzin później zapragnęła wytchnienia od coraz bardziej pijanego tłumu, nieprzychylnych spojrzeń macochy i napiętych rysów ojca. Znalazła odosobnione miejsce przy ogrodowej altanie, nad rzeczką na końcu ogrodu. Usiadła na trawie, zdjęła buty, zanurzyła stopy w wodzie i westchnęła błogo.

Z odchyloną do tyłu głową obserwowała wiszący nisko księżyc w pełni, gdy wyczuła, że nie jest sama. Wytężywszy wzrok, dostrzegła ciemną, wysoką postać w cieniu najbliższego drzewa. Ledwie stłumiła okrzyk przestrachu.

– Kto tu jest? – spytała tak spokojnie, jak potrafiła.

– Dobrze wiesz – padła arogancka odpowiedź.

Sylvie szybko wstała, żeby nad nią nie górował, i włożyła buty, ale niewiele jej to dało. Wysokie obcasy zapadły się w miękki grunt. Mało brakowało, żeby straciła równowagę.

– Ile wypiłaś? – spytał bezczelnie.

– Litr szampana – odburknęła. – To chciałeś usłyszeć?

Naprawdę w ogóle nie piła. Ponieważ mimo letniej pory dopadło ją przeziębienie, nadal brała antybiotyki. Ale nie zamierzała wyprowadzać aroganta z błędu.

– Prawdę mówiąc, szukałam tu samotności. Oszczędź więc sobie złośliwych uwag i zostaw mnie samą.

Zrobiła krok do tyłu, ale zdradliwe obcasy ponownie zapadły się w ziemię i znowu się zachwiała. Złapał ją za ramię tak mocno, że do reszty straciła równowagę i padła – wprost na twardy jak beton tors. W mgnieniu oka zapomniała, dlaczego chciała uciec.

– Powiedz, czy nienawidzisz wszystkich ludzi, czy tylko mnie? – wydyszała prawie bez tchu.

– Znam cię. Widziałem cię na plakatach. Wisiały w całym Paryżu przez wiele miesięcy.

– Tak, rok temu, kiedy wystawialiśmy nowy spektakl.

Wybrano ją do zdjęcia ze względu na obfitsze kształty od innych dziewcząt, choć podczas występów najmniej odsłaniała.

Wiedziała, że powinna odejść, ale z niewytłumaczalnych powodów nie wystarczyło jej siły. Tylko dlaczego jej nie odepchnął, skoro nie ulegało wątpliwości, że gardził osobami rozbierającymi się dla czyjejś rozrywki? Jego milcząca pogarda rozdrażniła ją jeszcze bardziej.

– Wygląda na to, że osobiste spotkanie potwierdziło twoje najgorsze podejrzenia – stwierdziła z przekąsem.

– Owszem, sporo zobaczyłem, ale przypuszczam, że widzowie oglądają znacznie więcej.

– Nie znoszę ludzi, którzy osądzają innych po pozorach – prychnęła, rozzłoszczona. – Powinieneś wiedzieć, że rewia L’Amour należy do najlepszych kabaretów na świecie. Tworzymy świetnie wyszkolony zespół taneczny. Nie jesteśmy striptizerkami.

– Nie zdejmujecie ubrań?

– No cóż....

Akurat od niej tego nie wymagano. Pierre, kierownik zespołu, uważał mniejsze piersi za bardziej estetyczne.

Arkim Al-Sahid wydał pomruk zgrozy.

– Nie interesuje mnie to, nawet gdybyś wisiała nago głową w dół na trapezie. Rozmowa skończona.

Sylvie przemilczała, że tę rolę gra jej koleżanka, Giselle. Doszła do wniosku, że nic by nie zyskała w jego oczach. Zresztą odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie, zanim zdążyła otworzyć usta. Rozsadzała ją złość, zarówno na niego, jak i na siebie, że złośliwe uwagi tak bardzo zabolały, podczas gdy w ogóle nie powinna jej obchodzić jego opinia. W porywie gniewu rzuciła za nim obelgę. Przystanął nagle, odwrócił się powoli i popatrzył na nią z niedowierzaniem.

– Coś ty powiedziała? – wycedził przez zaciśnięte zęby.

Sylvie dokładała wszelkich starań, by nie okazać strachu.

– Nazwałam cię aroganckim, niewychowanym durniem – powtórzyła głośno z dumnie uniesioną głową.

Ruszył w jej kierunku, potężny i groźny jak drapieżnik. Zaczęła się cofać, aż uderzyła plecami o ścianę altany. Gdy do niej doszedł, wsparł ręce po obu stronach jej głowy, odcinając drogę ucieczki. Serce Sylvie przyspieszyło do galopu. Jego egzotyczny zapach odurzał jak narkotyk, niosąc ze sobą obietnicę i zagrożenie równocześnie.

– Nie zamierzasz przeprosić?

– Nie.

Arkim przez długi czas obserwował jej twarz. Później uniósł rękę i przesunął po jej policzku i szyi do ramienia. Zanim zdążyła odgadnąć jego intencje, porwał ją w ramiona i wycisnął na jej ustach zachłanny, karzący pocałunek. Rozpalił w niej taki ogień, że zarzuciła mu ręce na szyję i oddała go instynktownie. Nigdy w życiu nie doznała takiej przyjemności. Potem obsypał pocałunkami jej szyję, dekolt, aż w końcu odsłonił piersi. Gdy chwycił w usta napięty sutek, jęknęła tylko cichutko:

– Arkimie…

Sama nie wiedziała, czy go zachęca, czy próbuje powstrzymać. Nie była w stanie myśleć logicznie. Nie zaprotestowała nawet, kiedy uniósł jej sukienkę do góry i wsunął dłoń między uda. Wbrew swoim zwyczajom rozsunęła je odruchowo i chłonęła rozkoszne doznania. Nigdy wcześniej nie pozwoliła żadnemu mężczyźnie na taką poufałość. Lecz teraz pragnęła więcej. Dopiero gdy uniósł głowę znad jej piersi i napotkała nieprzeniknione spojrzenie ciemnych jak czarne diamenty oczu, rozsądek doszedł do głosu.

– Nie, tak nie można… – zaprotestowała słabo.

Nie zdołała nic więcej dodać. Miała totalny zamęt w głowie. W jednej minucie uważała go za wcielonego diabła, a już w następnej pozwoliłaby mu na wszystko. Oszołomiona cudownymi odczuciami przycisnęła z powrotem usta do jego ust. Lecz on zamarł w bezruchu. A potem odsunął się od niej tak raptownie, że omal nie upadła. Patrzył na nią z przerażeniem, jak na monstrum, jakby nagle wyrosła jej druga głowa. Miał przekrzywiony krawat, rozpiętą kamizelkę, potargane włosy i zaczerwienione policzki. Odstąpił do tyłu i ostrzegł gniewnym tonem:

– Nigdy więcej nie waż się do mnie zbliżyć. – Potem odszedł przez ogród z powrotem ku światłom rezydencji.

Trzy miesiące wcześniej

Sylvie nie mogła uwierzyć, że tak szybko wróciła do domu w Richmond. Zwykle unikała tych wizyt, ponieważ Sophie mieszkała w centrum Londynu, w mieszkaniu należącym do rodziny. Ale warunki nie pozwalały na zorganizowanie tam wielkiego przyjęcia z okazji… jej zaręczyn z Arkimem Al-Sahidem. Wciąż słyszała jej drżący głos, gdy poinformowała ją o tym przez telefon kilka dni temu.

– To wszystko stało się tak nagle… – dodała na koniec.

Nic innego nie ściągnęłoby Sylvie do rodzinnego domu. Nie zamierzała pozwolić manipulować swą uwielbianą młodszą siostrzyczką ani macosze, ani tym bardziej temu człowiekowi. Od pamiętnego przyjęcia sprzed trzech miesięcy usiłowała wyrzucić go z pamięci. Nikt w życiu tak jej nie upokorzył.

Ostry głos macochy, łajającej jednego z pracowników, przywrócił ją do teraźniejszości. Odpędziła przykre wspomnienie i zacisnęła palce na brzegu umywalki.

Mimo wszelkich wysiłków wciąż pamiętała moment odejścia Arkima Al-Sahida. Wyglądała wtedy jak ostatnia wywłoka, w jednym bucie, rozczochrana, z rozstawionymi nogami i odsłoniętym biustem. Najgorsze, że oddała pocałunek. Niemal błagała o pieszczoty.

Przeklęła własną słabość. Przyjechała tu dla Sophie, a nie żeby rozdrapywać własne rany. Wyprostowała plecy i popatrzyła krytycznie na swoje odbicie w lustrze. Tym razem wybrała przyzwoity strój: prostą czarną sukienkę bez rękawów sięgającą kolan. Nałożyła dyskretny makijaż, a włosy starannie związała w węzeł na karku.

Wolała sobie nie przypominać, co czuła, gdy siostra poinformowała ją, że wychodzi za mąż. Targały nią mieszane uczucia: niedowierzanie, gniew, rozgoryczenie i mnóstwo innych, których nawet nie próbowała nazwać. Jednak wszystkie mroczne, przykre, ponure.

Dotarła do olbrzymiej jadalni, gdzie przygotowano bufet z przekąskami na przyjęcie. Natychmiast wypatrzyła mroczną, groźną postać Arkima Al-Sahida. Pojęła, że nie istnieje szansa, by wygospodarować choćby minutę sam na sam z Sophie. A musiała z nią porozmawiać.

Wieczór wlókł się w nieskończoność. Podczas niezliczonych, śmiertelnie nudnych grzecznościowych pogawędek czuła na sobie nieprzychylne spojrzenie Arkima, lecz ilekroć odwróciła głowę, nie zdołała go dostrzec. Siostry też nie zobaczyła nigdzie w polu widzenia. Postanowiła więc jej poszukać. Zaczęła od gabinetu ojca, pełniącego równocześnie funkcję biblioteki.

Ostrożnie otworzyła drzwi. Z początku nic nie widziała. Ciemne wnętrze wyłożone dębową boazerią i pełne regałów z książkami oświetlał tylko słaby blask dogasającego płomienia. Przystanęła na chwilę w ciszy i spokoju, zanim zamknęła za sobą drzwi.

Wtem kątem oka pochwyciła jakieś poruszenie na jednym z wysokich krzeseł przy kominku. Ojcowska biblioteka stanowiła w dzieciństwie ulubioną kryjówkę siostry. Żal ścisnął Sylvie za serce na myśl, że znów szukała tu schronienia.

– To ty, Soph? – zawołała.

Szybko pojęła swój błąd, gdy z krzesła wstała wysoka, ciemna postać – Arkim Al-Sahid.

Odruchowo odstąpiła do tyłu i oznajmiła nieco drżącym głosem:

– Na wypadek, gdybyś oskarżył mnie o deptanie ci po piętach, pragnę poinformować, że nie ciebie tu szukałam. – Zamierzała wyjść, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. – Nawiasem mówiąc, mam ci coś do powiedzenia.

Arkim skrzyżował ręce na piersi. Wyglądał jeszcze bardziej tajemniczo, jeszcze groźniej, niż go zapamiętała, jakby minione miesiące dodały mu powagi.

Włożył nienaganny, trzyczęściowy garnitur, podobny jak poprzednim razem. Zmierzył ją pogardliwym spojrzeniem od stóp do głów, zanim prychnął lekceważąco:

– Teraz? Nie widzę powodu. Kogo próbujesz omamić tym ubrankiem grzecznej pensjonarki? Czyżbyś szykowała ekskluzywne przedstawienie, w którym pokażesz, co pod nim skrywasz?

Wyprowadził ją z równowagi.

– Z początku nie rozumiałam, dlaczego znienawidziłeś mnie od pierwszego wejrzenia, ale teraz już wiem. Twój ojciec jest jednym z największych baronów przemysłu pornograficznego. Nie kryłeś, że odarłeś go z majątku i dziedzictwa, by zbudować własne imperium. Obecnie nie nosisz już nawet jego nazwiska.

Arkim Al-Sahid zamarł w bezruchu. Rysy mu stężały. Ciemne oczy przenikały ją na wskroś.

– Jak słusznie zauważyłaś, to żadna tajemnica, więc po co mi wypominasz przeszłość? Do czego zmierzasz?

Sylvie na chwilę odebrało mowę. W mgnieniu oka zbił ją z tropu. Przełknęła ślinę, by zwilżyć wyschnięte gardło.

– Żenisz się z moją siostrą wyłącznie dla prestiżu, żeby zyskać społeczną akceptację. Ale ona zasługuje na więcej. Na miłość.

– Od kiedy to ludzie żenią się z miłości? – zaśmiał się szyderczo. – Twoja siostra wiele zyska, nie tylko dostatek do końca życia, ale i odpowiedni status. Ani razu nie dała do zrozumienia, że nie odpowiada jej to małżeństwo. Ojciec marzy o tym, żeby zabezpieczyć jej przyszłość. Nic dziwnego, zważywszy, jak skończyła jego starsza córka.

Sylvie dokładała wszelkich starań, żeby nie okazać, jak zabolała ją jego opinia. Z trudem zachowała kamienną twarz.

– Nie jestem głupcem – kontynuował Arkim. – To dla niego transakcja handlowa, tak jak i dla mnie. Powszechnie wiadomo, że jego imperium mocno ucierpiało wskutek kryzysu. Robi, co może, żeby je odbudować.

Jego wypowiedź przyprawiła Sylvie o mdłości. Zdawała sobie sprawę z pogorszenia sytuacji finansowej ojca, ale też doskonale wiedziała, że to macocha opracowała plan matrymonialny. Nie wyobrażała sobie lepszego życia dla kobiety niż przy boku bogatego męża. Niewątpliwie przekonała Granta Lewisa, że to świetna okazja zabezpieczenia stabilnej przyszłości. Po namyśle zrezygnowała z dyskusji na temat miłości. Z pewnością nie istniała w zimnym, bezdusznym świecie Arkima Al-Sahida.

– Sophie nie jest odpowiednią partią dla ciebie, a ty z całą pewnością dla niej – oświadczyła.

– Lepszej kandydatki na żonę nie mógłbym sobie wymarzyć. Jest piękna, inteligentna, dobrze wychowana i dystyngowana – wyliczył, mierząc ją znacząco wzrokiem od stóp do głów.

– Oszczędź sobie dalszych złośliwości. Doświadczyłam już twojej pogardy. Z pewnością poznałeś dobrze pewną gałąź przemysłu rozrywkowego i dlatego osądzasz mnie według tego, co znasz.

– Według tego, z czego żyjesz – sprostował szorstkim tonem.

– Jakoś mój zawód nie przeszkadzał ci podczas ostatniego spotkania – wytknęła z urazą, zaciskając ręce w pięści.

Arkim poczerwieniał.

– Popełniłem błąd. Więcej go nie powtórzę – rzucił z nieskrywaną odrazą, zarówno do niej, jak i, co gorsza, do siebie, za chwilę słabości.

Jego wrogie spojrzenie otworzyło stare rany. Przypomniało, z jaką niechęcią ojciec patrzył na nią po śmierci matki. Kusiło ją, żeby wytrącić tego zarozumiałego aroganta z równowagi. Pod wpływem impulsu podeszła, zarzuciła mu ręce na szyję i przylgnęła do niego na całej długości.

Nozdrza mu zafalowały, oczy rozbłysły. Chwycił ją mocno za ramiona.

– Co ty wyprawiasz?

– Udowadniam twoją hipokryzję – odparła, po czym wykazała największą odwagę w całym swoim życiu. Uniosła głowę, przycisnęła usta do jego ust i zaczęła wodzić po nich wargami.

Arkim zastygł w bezruchu, ale już za chwilę poczuła na brzuchu namacalny dowód pożądania, jakie w nim rozbudziła. Uczucie triumfu pozwoliło jej zapomnieć o doznanym odtrąceniu. Prawdę mówiąc, w przeciągu tych kilku sekund zdążyła zapomnieć, po co w ogóle zainicjowała pocałunek. Wtuliła się w niego jeszcze mocniej i objęła go ciaśniej ramionami. Jeszcze przez chwilę stał jak skamieniały, ale zaraz puścił jej ramiona, przesunął dłonie wzdłuż boków ku biodrom i zaczął oddawać pocałunek, z początku powoli, a potem coraz szybciej, coraz zachłanniej. Przytulił ją tak mocno, że czuła bicie jego serca. A potem nagle znów znieruchomiał i raptownie odchylił głowę.

Sylvie z trudem łapała powietrze, kiedy ją odepchnął. Straciła równowagę i padła do tyłu na krzesło.

Arkim wykrzywił usta z odrazą.

– To niedopuszczalne! – wykrzyknął z oburzeniem. – Jak śmiesz mnie uwodzić w dniu moich zaręczyn z twoją siostrą? Nie masz za grosz wstydu! – wyrzucił z siebie z wściekłością. Słowom towarzyszyło mordercze spojrzenie, które podziałało na Sylvie jak kubeł lodowatej wody.

Nie rozumiała, co w nią wstąpiło. Po co go całowała? Co chciała udowodnić? Jak to możliwe, że jego bliskość skłaniała ją do działań, całkowicie niezgodnych z jej charakterem?

– To nie tak, jak myślisz. Nigdy w życiu nie skrzywdziłabym Sophie – zapewniła z całą mocą.

Arkim prychnął lekceważąco. Nie zdążył nic dodać, bo przerwało im pukanie do drzwi. Po chwili usłyszała czyjś głos:

– Przepraszam, że przeszkadzam, ale goście czekają na ogłoszenie zaręczyn.

Sylvie uświadomiła sobie, że ktokolwiek go zawołał, nie mógł jej zobaczyć od progu. Arkim odpowiedział z kurtuazją:

– Już idę.

Gdy jego rozmówca zamknął za sobą drzwi, z odrazą przeniósł na nią wzrok.

– Moim zdaniem najlepiej, żebyś teraz wyjechała – oświadczył.

Tytuł oryginału: Awakened by Her Desert Captor

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2016

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Anna Jabłońska

© 2016 by Abby Green

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-3410-8

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Miłość nie ma ceny Pocałunek za milion dolarów Najatrakcyjniejszy na Manhattanie Taniec Szeherezady Rzymskie wesele Królowa salonów