Spotkajmy się w Monte Carlo

Spotkajmy się w Monte Carlo

Autorzy: Caitlin Crews

Wydawnictwo: HarperCollins

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 7.19 zł

Książę Filip jest następcą tronu. Od lat stara się jednak wszystkich przekonać, że nie nadaje się do roli władcy. By ugruntować swój wizerunek zdemoralizowanego rozpustnika, postanawia ożenić się z najbardziej nieodpowiednią kobietą. Wybór pada na Brittany Hollis, amerykańską celebrytkę i tancerkę. Filip zaprasza ją do Monte Carlo, by tam przedstawić jej swoją propozycję…

Caitlin Crews

Spotkajmy się w Monte Carlo

Tłumaczenie:

Piotr Art

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Pewnych zaproszeń roztropna kobieta nigdy nie odrzuca.

To dzisiejsze zostało napisane odręcznie na papierze czerpanym, przez jednego z najbogatszych ludzi świata, a następnie dostarczone jej osobiście przez służącego. Sama treść była intrygująco tajemnicza: „Spotkajmy się w Monte Carlo”.

W wieku dwudziestu trzech lat Brittany wiele już miała na koncie, między innymi opinię kolekcjonerki bogatych mężów, występ w reality show, który przyniósł jej powszechną nienawiść widzów, a także to, czym naprawdę słynęła, czyli umiejętność wymigiwania się od odpowiedzi na pytanie, czy krążące o niej pogłoski są prawdziwe. Ale zawsze uważała się za kobietę mądrą.

Prawdę mówiąc, za zbyt mądrą. Nie bez powodu nietknięta przez nikogo dziewica została okrzyknięta jedną z najbardziej bezwstydnych kobiet na ziemi. Ale Brittany niewiele robiła sobie z tego, jak jest oceniana, gdyż, pewnie jako jedyna żyjąca osoba, znała prawdę.

Nieważne, co inni o niej mówią. Wszystko służy jednemu celowi: spełnieniu jej marzenia o tropikalnym raju.

Pewnego dnia tam zamieszka. Na pewno. Spędzi resztę życia w wygodnej tunice i z kwiatami we włosach, popijając drinki z parasolką. I nigdy nie poświęci ani jednej myśli tym trudnym czasom, kiedy musiała polować na mężów i czytać w brukowcach soczyste historie, w których zawsze występowała jako czarny charakter.

Od lat wysyłała połowę zarobków krewnym, którzy publicznie stwierdzali, że zaprzedała duszę diabłu, następnie po cichu wydawali pieniądze i prosili o więcej. Jej ukochana babcia pewnie chciałaby, żeby pomagała rodzinie, która, pozbawiona domu przez huragan Katrina, żyła w ubóstwie w Gulfport w stanie Missisipi.

Brittany stawała na głowie, by ich wesprzeć. I to od lat, w jedyny sposób, jaki znała, czyli wykorzystując swoje walory – urodę, piękne ciało i spryt, które odziedziczyła po babci. Jej najmłodszy przyrodni brat kończył właśnie dziesięć lat. Co oznacza, że za lat osiem Brittany będzie mogła zaproponować najbliższym krewnym, by zaczęli sami łożyć na swoje utrzymanie.

Choć może użyje ostrzejszych słów.

Tymczasem drugą połowę zarobków odkładała, by pewnego dnia móc osiąść na odległej wyspie na Pacyfiku i mieszkać wśród palm, pod błękitnym niebem, opalając się na pustej plaży. Jeszcze w szkole średniej widziała zdjęcia wysp Vanuatu. Wtedy postanowiła, że musi zamieszkać w tym raju leżącym na zachód od Fidżi. Kiedy tam dotrze, już nigdy nie wróci do strasznego świata, w którym teraz żyje.

Nigdy!

Ale najpierw czeka ją wizyta w Monte Carlo, gdzie przystojni arystokraci spędzają wieczory w kasynie, wybudowanym po to, by najbogatsi ludzie Europy mieli gdzie tracić ogromne, gromadzone przez pokolenia fortuny. „Omówimy propozycję, która może się okazać korzystna dla nas obojga”, przeczytała w ręcznie napisanym zaproszeniu. Brittany nie potrafiła sobie wyobrazić, co mogłoby to być. Nie widziała też nic, co łączyłoby ją z tym mężczyzną, być może poza fatalną reputacją. Z tym, że jego reputacja opierała się na udokumentowanych wybrykach. Czasami pokazywanych na żywo w internecie.

Mimo to zjawiła się w kasynie punktualnie. Ubrała się stosownie. Boleśnie cywilizowana grzeszność Monte Carlo skrywała się za patyną staroświeckiej elegancji, więc Brittany postanowiła dostosować się do reguł gry. Miała na sobie suknię w dyskretnym kolorze starego złota, związaną na jednym ramieniu i spływającą aż do pięt. Była świadoma tego, że wygląda w niej zarówno ekskluzywnie, jak i przystępnie, jak przystoi kobiecie, którą własna matka nazywa dziwką. Ale strój był też wyrafinowany, co pomagało dziewczynie z nizin społecznych Missisipi wtopić się w otoczenie pełne złoceń i marmurów.

Brittany była mistrzynią wtapiania się w otoczenie.

Mężczyznę, dla którego tu przybyła, dostrzegła przy jednym ze stołów, otoczonego wianuszkiem pochlebców i wielbicieli. Nawet bez tego kręgu dworzan odnalazłaby go z łatwością. Siedział niedbale, choć bez wątpienia skupiony na tłumie, wysyłając przekaz, że on, „Jego Najjaśniejsza Wysokość Arcyksiążę Filip Skander Cairo Santa Domini” – bo tak brzmiał jego pełny tytuł – jest na tyle bogaty i znudzony, by nie zwracać uwagi na hazardową grę, w której uczestniczy.

Cairo Santa Domini. Żyjący na uchodźctwie następca tronu alpejskiego państewka noszącego tę samą nazwę co jego nazwisko. Jedyny żyjący członek wielce szanowanego rodu o ponad pięćsetletniej historii. Prasa lubiła określać go mianem „bicza na moralnie skompromitowane kobiety”, choć pisała również, że nawet kobieta o nieskazitelnej opinii stawała się moralnie skompromitowana tylko dlatego, że usiadła zbyt blisko niego na nudnym, oficjalnym spotkaniu. Jego rodzina została odsunięta od władzy w wyniku wojskowego zamachu stanu, a później zamordowana. Przy życiu pozostał tylko on, Cairo, który teraz siedział przed nią. Wytwornie ubrany i niesamowicie przystojny.

To oczywiście jego nazwisko widniało pod wiadomością, którą otrzymała. Spodziewała się go tu zastać. Ale w dziwny sposób nie była na to przygotowana.

Zorientowała się, że stanęła jak wryta na środku kasyna. A przecież nie tak powinna się zachować. To ona zawsze prowadziła grę spojrzeń i westchnień, subtelnych aluzji i udawanego braku zainteresowania. Nigdy nie okazywała zaskoczenia. Nie takie wrażenie chciała sprawiać. Mimo to nie potrafiła zrobić kroku. Co gorsza, w tym momencie napotkała spojrzenie Caira, które jeszcze bardziej wbiło ją w podłogę.

Widziała tysiące zdjęć tego człowieka. Przedstawiały wyjątkowo przystojnego mężczyznę. Ale przyzwyczaiła się już, że to, co słynne, z bliska wygląda nieco mniej atrakcyjnie. Na przykład Hollywood i wielu jego najznakomitszych mieszkańców.

Ale nie Cairo.

Miał pełne, zachwycające, często spotykane wśród Europejczyków usta, które chciało się całować w miastach pełnych barokowych zabytków. A także gęste włosy, starannie ułożone tak, by sprawiać wrażenie lekko zmierzwionych.

I te oczy! Wręcz zachwycające. Trudno byłoby znaleźć lepsze słowo, by je opisać. Miały barwę smakowitego karmelu. Brittany niespodziewanie poczuła dziwny ucisk w dołku.

Nigdy dotąd nie przydarzyło jej się nic podobnego. Nigdy.

Brittany była odporna na męskie wdzięki od najmłodszych czasów, kiedy przez przyczepę, w której mieszkała, przetaczały się hordy pijanych kochanków matki. Fakt, że trzykrotnie wyszła za mąż, z własnej, nieprzymuszonej woli, nie zmienił jej opinii o płci męskiej. I żaden z jej małżonków nigdy nie podniósł jej ciśnienia tak jak ten człowiek.

A prawdę mówiąc, w ogóle nikt.

To nie miało sensu. Oderwała wzrok od oczu Caira, by zlustrować resztę jego postaci. Bez zdziwienia przyjęła fakt, że jest ubrany w typowy uniform wszystkich bardzo zamożnych Europejczyków, jakich spotykała wieczorami w tym lub innym mieście, w modnych klubach i restauracjach. Tyle że wyglądał w nim… lepiej.

Znacznie lepiej.

Ciemna, doskonale skrojona koszula opinała tors, który bez wątpienia wyglądałby jeszcze lepiej na tle włoskiego wybrzeża lub mariny na Lazurowym Wybrzeżu. Elegancka marynarka w zaskakujący sposób podkreślała kształt podbródka, na którym widać było cień zarostu. Jego muskularne nogi okrywały czarne spodnie, warte pewnie więcej niż domy niektórych ludzi. A buty bez wątpienia pochodziły z Mediolanu. Siedział rozparty w takiej pozycji, jakby stoły kasyna w Monte Carlo były dla niego jedynie rekwizytem.

Takim samym rekwizytem, jakim jest ona. Brittany zrozumiała to w momencie, kiedy uniósł ciemną brew w geście wyrażającym połączenie znudzenia z monarszą władczością. Rekwizytem w grze, której jeszcze nie pojęła, ale z pewnością wkrótce pojmie. Dlatego tu przyjechała.

A poza tym jeszcze nigdy nie poznała osobiście człowieka, który byłby królem, gdyby nie niefortunne zdarzenia, jakie miały miejsce w jego dzieciństwie.

Cairo przywołał Brittany palcem. Wszystko w jej wnętrzu opierało się temu rozkazowi i błagało, by odwróciła się na pięcie i odeszła. Nawet gdyby miała wracać do paryskiego mieszkanka na piechotę.

Powinna uciec, zanim Cairo ją zniszczy.

Zadrżała, słysząc w myślach tę złowieszczą przepowiednię. Zniszczy ją.

Ruszyła w jego stronę, rzucając mu lekko pytające spojrzenie, jak gdyby wcale go nie rozpoznawała. Jak gdyby zatrzymała się na środku kasyna, bo nie była pewna, dokąd pójść, a nie dlatego, że na jego widok zamieniła się w słup soli. Jak gdyby jego spojrzenie nie wywoływało u niej dreszczy.

Brittany zignorowała te niewygodne emocje. Niespiesznie ruszyła w kierunku rozwiązłego arystokraty, który jawił jej się jako bóg zła pod postacią zabójczo przystojnego mężczyzny.

‒ Czy pan Cairo Santa Domini? – spytała lekkim tonem, pozwalając sobie na nieco więcej południowego akcentu niż zwykle. Całkiem świadomie, ponieważ wiedziała, że ludzie często mają rozmaite opinie o bliźnich mówiących z zaśpiewem. Głównie, że są głupi jak but. A to łatwo wykorzystać na swoją korzyść.

‒ Z przykrością muszę przyznać, że to ja – odparł głosem namiętnym i słodkim jak płynna czekolada. Głębokim. Intrygującym. Nie poruszył się, choć uwadze Brittany nie uszło to, że spogląda na nią z zainteresowaniem. – Niestety, nikt nie chce przejąć mojego tytułu, choć bardzo się staram go pozbyć.

‒ Szkoda – odpowiedziała Brittany, zatrzymując się w bezpiecznej odległości od jego wyciągniętych nonszalancko nóg. Miała nadzieję, że zauważy symbolikę tego gestu. I najwyraźniej zauważył, bo w jego spojrzeniu pojawił się cień zainteresowania. Widać, że tylko udaje znudzonego. – Ale z drugiej strony, nikt inny na tym świecie nie może się pochwalić tak wieloma lubieżnymi czynami. A czymże przy tym jest królestwo?

Doskonale zdawała sobie sprawę, jakie poruszenie wywołają jej słowa wśród wielbicieli Caira. Taki był jej zamysł. Ale nie była w stanie oderwać wzroku od mężczyzny, który wreszcie podniósł się z krzesła i stanął przed nią.

‒ Pani Hollis, prawda? – spytał.

Brittany nie miała cienia wątpliwości, że rozpoznał ją z daleka. Ale na tym polega gra. Skinęła głową z wyreżyserowaną gracją.

‒ Większość życia spędziłem na emigracji – rzekł po chwili beznamiętnym tonem, który nie pasował do uważnego spojrzenia. – Królem nazywają mnie tylko rebelianci. Mam nadzieję, że dojechała tu pani bez problemów. Monte Carlo nie przypomina teatrzyków wystawiających przedstawienia burleskowe wśród paryskich rynsztoków. Ufam, że nie czuje się pani zbyt oderwana od ich… głębi – zakończył znacząco.

Brittany najwyraźniej go nie doceniła. Nie przypuszczała, że królewski playboy ciągnący za sobą woń skandalu będzie aż tak błyskotliwy. Nie przyszło jej do głowy, że mógłby obrazić ją tak wprawnie.

Że w ogóle mógłby ją obrazić.

‒ Z tego, co słyszałam, woda zawsze spływa w dół – powiedziała i uśmiechnęła się do adwersarza. – Właśnie tak tu trafiłam.

Cairo wydął wargi w sposób, który sprawił, że Brittany przeszedł dreszcz. Nie rozumiała, dlaczego cała płonie w środku i dlaczego to wrażenie nasila się z każdym kolejnym oddechem.

‒ Powinna się pani czuć zachwycona uwagą, jaką jej poświęcam. A tym bardziej moim zaproszeniem. – Oparł się o stół i spojrzał na nią z góry, choć miała na sobie szpilki na ośmiocentymetrowym obcasie. – Najwyraźniej nie wierzy pani dziś w swoje szczęście.

‒ Ależ czuję się szczęśliwa. Nawet przeszczęśliwa. Wprost pławię się w szczęściu, które mnie spotkało – odparła przesadnie uprzejmym tonem, jakby rozmawiała z niedorozwiniętym dzieckiem. – Ojej, tyle szczęścia!

Brittany uwielbiała manipulować ludźmi. Wystarczyło rzucić tu spojrzenie, a tam uśmiech, by móc na podstawie reakcji otaczających ją ludzi zebrać mnóstwo cennego materiału. Ale tym razem się przeliczyła. Cairo przyćmiewał wszystkich stojących dookoła jak słońce, w którego blasku nie widać gwiazd.

A przecież wszyscy wiedzieli, że nie jest mocarnym władcą, lecz bogatym utracjuszem. Wężem w skórze czarującego chłopca.

‒ Widziałem panią na scenie – powiedział Cairo po dłuższej chwili.

Brittany odebrało mowę. Był na jej przedstawieniu? Aż trudno uwierzyć.

‒ Ma pani wielce interesujące podejście do sztuki burleski – kontynuował. – To skradanie się po scenie, przerażające szczerzenie zębów na klientów, skuteczne prowokowanie ich, by zaproponowali kilka nędznych banknotów za to, że pokaże im pani swoją frywolną bieliznę. Obawiam się, że lepiej byłoby użyć pejcza. To bardziej odpowiada powszechnym fantazjom.

Brittany włożyła kopertówkę pod pachę, nieco zaskoczona przerażająco trafnym opisem jednego z występów, na który się zgodziła, by zasłużyć na kilka skandalizujących tytułów w tabloidach. Uśmiechnęła się z lekką ironią.

‒ Czyżby napisał pan już recenzję?

‒ Proszę uważać moje słowa za przemyślany komentarz dość zagorzałego miłośnika tej formy wyrazu artystycznego.

‒ Nie wiem, co jest bardziej zaskakujące. Czy to, że pogrążył pan swoją arystokratyczną osobę w klubie burleski „wśród rynsztoków Paryża”, czy też to, że przyznaje się pan do tego otwarcie w scenerii pretensjonalnej elegancji Monte Carlo. Pańscy zdesperowani wielbiciele wszystko słyszą, ostrzegam – Brittany wypowiedziała ostatnie zdanie teatralnym szeptem, który, jak miała nadzieję, słychać było aż na włoskiej granicy. – Lepiej uważać, Wasza Wygnana Wysokość. Kiedy rozejdzie się, że ktoś o pańskiej reputacji uczęszcza do miejsc tak prozaicznych i ohydnych jak kluby nocne, żyrandole na tym suficie mogą się rozsypać w drobny mak.

‒ Od dawna jestem przekonany, że moje zachowanie nikogo już nie szokuje. Przynajmniej to próbują mi wmówić nudne brytyjskie gazety. Ale wracając do tematu, czy nie uważa Pani, że występy w teatrzykach są niepewną inwestycją w przyszłość? Odniosłem wrażenie, że pani ostatnie małżeństwo było krokiem w innym kierunku. Choć przykro mi z powodu testamentu – uśmiechnął się ironicznie, czyniąc aluzję do publicznego wystąpienia krewnych zmarłego niedawno męża Brittany, w którym poinformowali o tym, że nie dostała ona praktycznie żadnego spadku. – Pytam jak przyjaciel – dodał Cairo.

‒ Byłabym niezmiernie zdziwiona, gdyby się okazało, że ma pan jakichkolwiek przyjaciół – odparła z promiennym uśmiechem. Uprzejma wymiana ciosów. Jej specjalność. – Ale to tylko dygresja. Wracając do tematu, w pewnych kręgach widok mojej frywolnej bielizny jest uważany za hojny podarunek.

‒ Och, panno Hollis, nie kontynuujmy tych gierek. Muszę przyznać, że nie zrobiła pani striptizu. W zasadzie niewiele było pani na scenie. Dla mnie główną atrakcją wieczoru okazała się goła pupa wdowy po Jeanie Archambaulcie.

Brittany zadrżała lekko.

‒ Dla osoby tak zdeprawowanej jak pan, musiało to być dość ciekawe doświadczenie – stwierdziła z przekąsem.

Cairo przekrzywił lekko głowę i spojrzał na nią niezbyt przyjaźnie.

‒ Słyszałem, że wyrzucili panią ze szkoły – powiedział niespodziewanie.

Brittany nie zamierzała ustępować pola.

‒ Czy nazywało się to inaczej, kiedy pan nie był w stanie ukończyć żadnej z kolejnych prywatnych szkół? – spytała słodkim tonem. – Z ilu kolejnych? Sześciu? Wiem, że ludzie obrzydliwie bogaci mają swoje zasady, ale to oznacza, że ani ja, ani pan, nie mamy dyplomu ukończenia szkoły średniej. Może się okazać, że zostaniemy najlepszymi przyjaciółmi.

Cairo puścił tę uwagę mimo uszu, choć Brittany nie umknęło jego spojrzenie, które najwyraźniej oznaczało, że docenia przeciwnika.

‒ Uciekła pani z domu w wieku szesnastu lat z pierwszym mężem. Cóż za doskonały wybór. Moglibyśmy go nazwać…

Zawahał się, jakby zrozumiał, że posunął się za daleko. Ale ona tylko roześmiała się szczerze.

‒ Moglibyśmy nazwać Darryla sposobem na to, by się wydostać z Gulfport w stanie Missisipi – odparła. – Proszę mi wierzyć, z takich okazji się korzysta, kiedy tylko się nawiną, nieważne, czy w towarzystwie kogoś, kto jest narkomanem, czy nie. Choć pewnie nie jest to wybór, jakiego pan kiedykolwiek musiał dokonać, dorastając w jednej z zagranicznych posiadłości rodzinnych.

‒ Pani drugi małżonek bardziej pasował do stylu, do którego wkrótce pani przywyknie. Oboje staliście się całkiem popularni dzięki koszmarnemu programowi telewizyjnemu – odparował Cairo.

‒ „Hollywood Hustle” doczekał się dwóch sezonów i jest uważany za jeden z najmniej koszmarnych reality shows – rzekła Brittany.

‒ Widzę, że nisko stawia pani poprzeczkę.

‒ Przyganiał kocioł garnkowi. Większość widzów uwielbiała nie Carlosa lub mnie, ale podnoszącą na duchu historię miłości Chaza i Marielli.

‒ Tatuażysty i żałosnej sekretarki parafialnej, która pragnęła, by jej wybranek poszedł za głosem serca i malował landszafty.

Oczywiście cała historia była zmyślona. Carlos nie dostał roli geja, o którą się starał, ale wkrótce okazało się, że wciąż nieobsadzone są role wyjątkowo podłej dziewczyny i jej nieszczęśliwego męża. Jednak mogło je dostać tylko małżeństwo. A Brittany była jedyną znajomą Carlosa, która tak samo pragnęła uciec z Teksasu jak on. Kiedy wyniki oglądalności programu zaczęły spadać, a wraz z nimi ich ulotna sława, Brittany publicznie „rzuciła” Carlosa dla Jeana Pierre’a, by mógł skarżyć się na nią w tabloidach.

Jednak w oczach widzów stała się dziwką z nizin społecznych, która zrujnowała życie dobremu, uroczemu mężczyźnie.

Spojrzała na Caira z uniesionymi brwiami.

‒ W życiu nie przypuszczałabym, że jest pan fanem reality shows. Myślałam, że członkowie pańskiej warstwy społecznej zajmują się udawaniem, że czytają Prousta.

‒ Spędzam mnóstwo czasu w samolotach, a nie w szklanych zamkach. I bardzo rzadko czytuję Prousta. – Cairo niedbale machnął dłonią. – Wasza historia naprawdę przykuła moją uwagę. Pani, striptizerka bez serca, która nie zrezygnowała z zawodu nawet dla dobra małżeństwa. Carlos, kochający mąż, który udawał, że nie widzi, jak żona zdradza go co noc. Prawdziwa historia miłosna.

Brittany zmusiła się do szerokiego uśmiechu. Odważniejszego. To zaskakujące, jak taki uśmiech potrafi przyćmić wszystko co ważne.

‒ Jestem okropnym człowiekiem – przyznała radośnie. – Skoro tak ukazuje mnie reality show, musi to być prawdą. À propos, czy to pana widziałam ostatnio w jakimś idiotycznym programie o nieszczęśliwych dziedzicach wielkich fortun, weekendzie spędzonym przez pana na Malediwach i pana toksycznych przyjaciołach?

‒ Proszę mi przypomnieć, czy poznała pani Jeana Pierre’a, będąc wciąż w związku małżeńskim z Carlosem? – spytał Cairo nieco zbity z tropu.

Brittany zaśmiała się głośno, perliście, w niewymuszony sposób.

‒ Widzę, że mój życiorys myli się panu z własnym – powiedziała.

‒ Wróćmy jeszcze na chwilę do Jeana Pierre’a, niech spoczywa w pokoju. Co pani w nim widziała? Był przykutym do wózka inwalidzkiego staruszkiem stojącym nad grobem. A pani…

Cairo nie skończył zdania, za to zlustrował Brittany ognistym spojrzeniem.

‒ Połączyło nas zainteresowanie naukami stosowanymi, rzecz jasna – odparła zwięźle. – Cóż więcej mogłoby nas łączyć?

‒ Zainteresowanie, którego nie pochwalali członkowie jego rodziny, biorąc pod uwagę, że zaraz po śmierci staruszka wyrzucili panią z jego posiadłości i ogłosili to publicznie. Wstyd.

‒ W zaproszeniu nie napisał pan, że będziemy omawiać nasze biografie – odparła Brittany lekko, jak gdyby publiczne pranie brudów nie kłopotało jej w najmniejszym stopniu. – Czuję się kompletnie nieprzygotowana. – Ale sprawdźmy moją wiedzę o panu – zaczęła odliczać na palcach. – Królewska krew. Bez tronu. Zawsze nago. Osiem tysięcy kobiet. Mnóstwo kompromitujących sekstaśm. Oj, bardzo kompromitujących. „Oto Cairo Santa Domini w miejscu, w którym nie powinien być, z kimś, do kogo nie powinien był się zbliżać, kto wygadał wszystko prasie…”

‒ Ależ, pani Hollis! – przerwał jej kpiąco, po czym wyciągnął rękę i leniwie przesunął palcem po jej skórze, od ramienia pod złocistym węzłem sukni po dekolt. Brittany zadrżała, bo dotyk Caira dotarł falą do wszystkich zakątków jej ciała. – Pani mi pochlebia!

Brittany wcale nie podobało się to, że jej serce gwałtownie się szamocze. Ani to, że dostała gęsiej skórki. Odkąd w ogóle reaguje na męskie uroki?

Nie podobało jej się również to, że zatracili się w rozmowie, nie zważając na otaczających ich ludzi, ani to, że Cairo całkowicie przykuł jej uwagę. I to od momentu, gdy dostrzegła go przy stole. Nie to miała w planie. Sposób, w jaki rozwijała się sytuacja, w najmniejszym stopniu nie przybliżał jej do realizacji marzeń o tropikalnym raju.

Zorientowała się, że ma przed sobą śmiertelnego wroga, który doprowadzi ją do upadku. Ale wciąż może się wycofać. Wciąż może przed nim uciec.

‒ Och, Wasza Niemal Wysokość! – westchnęła teatralnie, udając zaskoczenie. ‒ Czyżby pan ze mną flirtował?

Tytuł oryginału: Expecting a Royal Scandal

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2016

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2016 by Caitlin Crews

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2017

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osob rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-3408-5

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Każdemu wolno marzyć Sposób na playboya Hiszpański opiekun Hawajski sen Spotkajmy się w Monte Carlo Amerykański sen