Bruce Dickinson. Do czego służy ten przycisk? Autobiografia

Bruce Dickinson. Do czego służy ten przycisk? Autobiografia

Autorzy: Bruce Dickinson

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 368

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 26.18 zł

Książka, na którą czekali absolutnie wszyscy fani! Wyjątkowe wspomnienia wokalisty legendarnego Iron Maiden. Oto prawdziwy Bruce Dickinson – ikona rocka!

Długo wyczekiwane wspomnienia wokalisty Iron Maiden – jednego z najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych zespołów metalowych wszech czasów.

Iron Maiden to pionierzy rodzącej się w latach 70. XX wieku sceny rockowo-metalowej, na której wciąż święcą triumfy. Ich obdarzony niezwykłym głosem frontman był i nadal pozostaje człowiekiem legendą.

Co ciekawe, Bruce Dickinson wiedzie bardzo bogate życie poza zespołem. Jest kapitanem samolotu, przedsiębiorcą awiacyjnym, mówcą motywacyjnym, browarnikiem, powieściopisarzem, twórcą scenariuszy filmowych i światowej klasy szermierzem. Istny człowiek renesansu.

Bruce Dickinson opowiada o swoim życiu z pasją i humorem. Przeczytacie o zwariowanych 30 latach z Iron Maiden, błyskotliwej karierze solowej, dzieciństwie spędzonym w brytyjskiej szkole, o pierwszych zespołach, ojcostwie, rodzinie oraz niedawnej walce z nowotworem. Odważne i szczere wspomnienia pozwalają przyjrzeć się z bliska autorowi Run to the Hills, 2 Minutes to Midnight, Powerslave i innych nieśmiertelnych hitów.

Bruce Dickinson przez ponad trzydzieści lat był wiodącym wokalistą Iron Maiden. Odniósł również sukces w karierze solowej. Zespół sprzedał ponad 90 milionów płyt i zagrał 2000  koncertów na całym świecie, czyniąc każdy z nich niezapomnianym muzycznym spektaklem. Bruce Dickinson mieszka w Londynie.

Paddy, Austinowi, Griffinowi i Kii.

Nawet jeśli wieczność zawiedzie, Wy wciąż tu będziecie

Przedmowa

Od dwóch godzin krążyłem nad Murmańskiem, główną siedzibą Sowieckiej Floty Północnej, ponieważ Rosjanie nie pozwalali nam lądować.

– Odmowa zezwolenia na lądowanie. – Usłyszałem słowa wypowiedziane z akcentem do złudzenia przypominającym Chekova z oryginalnej serii Star Treka.

Nie wiedziałem, czy kontroler lotu jest fanem Iron Maiden, ale pewnie i tak nie uwierzyłby, gdybym mu powiedział, kim jestem. Gwiazda rocka dorabiająca jako pilot – nie do wiary. Zresztą nie był to Ed Force One, a na pokładzie nie było Eddiego. Lecieliśmy na ryby.

Boeing 757 linii Astraeus – 200 wolnych miejsc i ja jako pierwszy oficer. Z lotniska Gatwick do Murmańska leciało zaledwie 20 pasażerów, w tym wielu uzbrojonych po zęby ochroniarzy. Choć lord Heseltine, były minister obrony Wielkiej Brytanii, pewnie nie potrzebował takiej ochrony, bo całkiem nieźle radził sobie z buławą. Leciał z nami także Max Hastings, były naczelny „Daily Telegraph”, który wiedział wszystko o siłach zbrojnych na świecie. Zastanawiałem się, czy sowiecki kontroler lotu czytał jego artykuły. Pewnie nie.

– Jakie ryby łowi się w Murmańsku? – spytałem jednego z bezimiennych ochroniarzy.

– Wyjątkowe – odparł z kamienną twarzą.

– Grube ryby?

– Bardzo grube – rzucił, wychodząc z kokpitu.

Świat pod nami był tajemniczy i mroczny, przykryty kocem z chmur. Do dyspozycji miałem jedynie radio i starą nokię. Co dziwne, w trakcie każdego kółka nad lotniskiem przez chwilę łapałem zasięg, więc mogłem napisać SMS-a do naszej kontroli lotów, żeby ktoś od nich skontaktował się z Moskwą za pośrednictwem ambasady brytyjskiej. Bez telefonu satelitarnego, GPS-a, iPada czy Wi-Fi.

Jak powiedział James Bond do Q na początku Skyfall: „Spluwa i radio. Szału nie ma”.

Po dwóch godzinach kręcenia się w kółko – w sensie dosłownym i metaforycznym – zmienili śpiewkę: „Odlećcie albo was zestrzelimy”.

Gdy odlatywaliśmy w stronę lotniska w fińskim miasteczku Ivalo, pomyślałem sobie, że pewnego dnia powinienem napisać o tym książkę.

Rocznik 1958

Osobowość kształtuje się przez ciąg dziwnych i trudnych do przewidzenia splotów zdarzeń. Do piątego roku życia wychowywali mnie dziadkowie. Rozgryzienie relacji rodzinnych zwykle nie jest łatwe. Mnie zajęło to sporo czasu. Zdałem sobie sprawę, że wczesne lata mojego życia naznaczone zostały brzemieniem winy, nieodwzajemnioną miłością oraz zazdrością, lecz wszystko to było niwelowane ogromnym poczuciem obowiązku, żeby jakoś tę naszą codzienność ułożyć. Może nie było zbyt wiele czułości, za to sporo przywiązywania uwagi do szczegółów. Mogło być znacznie gorzej.

Moja matka młodo zaszła w ciążę i szybko wyszła za mąż za nieco starszego od siebie żołnierza o imieniu Bruce. Jej ojciec miał za zadanie pilnować młodych w trakcie ich zalotów, ale był zbyt pobłażliwy, żeby temu podołać. Podejrzewam, że w głębi serca sprzyjał młodym kochankom. Co innego moja babcia. Jej jedyne dziecko zbałamucił jakiś drab, w dodatku nie z Północy, ale z nizinnego, zapaskudzonego przez mewy wybrzeża w Norfolk. Wschodnia Anglia: kraina bagnisk i torfowisk. Miejsce, w którym od wieków mieszkali nonkonformiści, anarchiści oraz zawzięci ludzie, walczący o swoje na ziemi wyrwanej morzu.

Matka była drobna. Pracowała w sklepie obuwniczym. Zdobyła stypendium w Royal Ballet School, lecz moja babcia nie pozwoliła jej na wyjazd do Londynu. Zniszczono największe marzenie mojej mamy, więc postanowiła spełnić inne – i tak pojawiłem się ja. Często wpatrywałem się w jej zdjęcie. Miała na nim jakieś 14 lat, stała w pozie baletnicy. Trudno uwierzyć, że to moja matka – drobna gwiazdka pełna młodzieńczej radości. Stojące na kominku zdjęcie pokazywało, co mogłoby być. Ale taniec odszedł w niepamięć, zostały obowiązki – oraz gin z tonikiem.

Rodzice byli tak młodzi, że trudno mi powiedzieć, co zrobiłbym na ich miejscu. Najważniejszym celem w ich życiu było zdobycie wykształcenia i wybicie się z klasy robotniczej dzięki ciężkiej pracy. Największym grzechem – brak chęci.

Mój ojciec był w zasadzie poważnym człowiekiem i na pewno bardzo się starał. Pochodził z sześcioosobowej rodziny. Był dzieckiem wiejskiej dziewczyny, którą wysłano na służbę, gdy miała 12 lat, oraz prostego budowlańca, jeżdżącego na motocyklu kapitana piłkarskiej drużyny z Great Yarmouth. Największą miłością mojego ojca były maszyny oraz świat mechanizmów, harmonogramów, projektów i schematów. Uwielbiał samochody i jeżdżenie, choć nie raczył stosować się do przepisów dotyczących dozwolonej prędkości, zapinania pasów czy zakazu jazdy po alkoholu. Po tym, jak stracił prawo jazdy, zaciągnął się do wojska. Ochotnicy zarabiali lepiej niż ci, których objęto obowiązkową służbą, a armia nie była przesadnie wybredna w kwestii kierowców.

Odzyskał prawko (wojskowe), a jego talent inżynierski i schludne pismo sprawiły, że dostał robotę przy planowaniu końca świata. Siedział za biurkiem w Düsseldorfie i kreślił koła na mapach w miejscach, w których spodziewano się masowej zagłady w związku ze zbliżającą się zimną wojną. Resztę czasu spędzał na piciu whisky – zapewne ze względu na nudę i beznadzieję całej sytuacji. Ten silny mistrz pływacki z Norfolk – specjalizujący się w stylu motylkowym – wciąż jeszcze służył w wojsku, gdy zakręcił w głowie mojej mamie o sylwetce baletnicy.

Dla mojej babci Lily byłem szatańskim nasieniem, niechcianym dzieckiem faceta, który skradł jej jedyną córkę. Lecz dziadek Austin traktował mnie niemal jak syna, którego nigdy się nie doczekał. Przez pierwsze pięć lat mojego życia to oni byli dla mnie rodzicami. Nie było źle. Pamiętam z tamtych czasów długie spacery w parku, królicze dziury, tajemnicze zimowe zachody słońca na płaskowzgórzach, lśniący szron migoczący pod purpurowym niebem.

Prawdziwi rodzice podróżowali i występowali w klubach nocnych ze swoim psim show – pudle, obręcze i kiczowate wdzianka. Serio.

Na domu przy Manton Crescent widniał namalowany białą farbą numer 52. Typowy, ceglany, komunalny bliźniak. Dziadek pracował w kopalni węgla Manton Colliery.

Został górnikiem, gdy miał 13 lat. Był zbyt młody, by zgodnie z prawem pracować w kopalni, więc kłamał w żywe oczy na temat swojego wieku oraz wzrostu. Dziadek – podobnie jak ja – nie należał do tych wysokich. Przepisy mówiły, że do tuneli mogli schodzić tylko ci, których wzrost gwarantował, że przywiązane do ich paska latarnie nie będą szorowały po ziemi. Dziadek obszedł ten przepis, wiążąc sznurek latarni na kilka supłów. Miał jechać na wojnę, ale nie przekroczył furtki przed domem. Zgłosił się do ochotniczej armii rezerwowej, ale górnicy byli potrzebni w kraju, nie musiał więc walczyć na froncie.

Ubrany w mundur szykował się już do wyjazdu – jego pluton zmierzał do Francji. To jeden z tych momentów jak z Powrotu do przyszłości. Gdyby dołączył do swoich kumpli i pojechał na wojnę, wiele rzeczy nigdy by się nie zdarzyło. Z moimi narodzinami na czele. Moja babcia postawiła sprawę jasno. „Klnę się, że jeśli pojedziesz, to mnie tu po powrocie nie zastaniesz” – powiedziała. Został. Większość jego pułku nigdy nie wróciła.

W związku z tym, że dziadek był górnikiem, mieliśmy dom komunalny oraz darmowy węgiel. Sztuka rozpalania ognia w celu ogrzania domu uczyniła ze mnie piromana na całe życie. Nie mieliśmy telefonu, lodówki, centralnego ogrzewania, samochodu czy ubikacji w domu. Lodówki pożyczaliśmy od innych. Mieliśmy też małą spiżarnię – chłodną i wilgotną. Unikałem chodzenia tam jak zarazy. Gotowaliśmy na piecu węglowym i dwóch kuchenkach elektrycznych, mimo że elektryczność uznawano za zbytek, z którego lepiej nie korzystać. Mieliśmy też odkurzacz oraz moje ulubione urządzenie – magiel. Dwa wałki, za pomocą których wyciskało się wodę z upranych ubrań. Kręciło się wielką korbą i po chwili do wiadra wpadały prześcieradła, koszule i spodnie.

Miałem do dyspozycji plastikową balię, gdyż mój dziadek wracał po pracy czysty – mył się po skończeniu szychty w kopalni. Zdarzało się, że przychodził do domu z pubu, śmierdzący cebulą i piwem, i gramolił się do łóżka obok mnie. Strasznie chrapał. Światło księżyca, wpadające przez cieniutkie zasłony, oświetlało blizny na jego plecach – pamiątki z pracy pod ziemią.

Posiadaliśmy też szopę, w której dziadek miał warsztat. Dla mnie była to głównie kryjówka. W zależności od potrzeb pełniła funkcję statku kosmicznego, zamku lub łodzi podwodnej. Dwa stare podkłady kolejowe leżące w naszym ogródku udawały żaglówkę, z której łowiłem rekiny zamieszkujące dziury w betonowej wylewce. Mieliśmy mały ogródek z chryzantemami, które pewnego razu spłonęły, gdy przypadkowo wpadły w nie sztuczne ognie.

Nie mieliśmy żadnych zwierząt – poza złotą rybką imieniem Peter, która żyła podejrzanie długo.

Mieliśmy jednak… telewizor. Jego obecność znacznie wpłynęła na moje wczesne dzieciństwo. Siedmiocalowy ekran wyświetlający czarno-białe obrazy odkrywał przede mną wielki świat. Lampowy kineskop rozgrzewał się kilka minut, a gdy się go wyłączało, światełko powoli nikło, stając się stopniowo jednym małym punkcikiem. Sam ten proces był niezłą atrakcją. Bywali u nas goście, którzy wpadli tylko po to, żeby się na niego napatrzeć – nawet nie oglądali programów. Taka to była magia. Z przodu znajdowały się tajemnicze przyciski, które sprawiały wrażenie zamków szyfrowych. Dzięki nim można było włączyć jedyne dwa dostępne kanały.

O świecie zewnętrznym – czyli tym poza Worksop – dowiadywaliśmy się głównie z plotek lub z „Daily Mirror”. Tą gazetę zazwyczaj wykorzystywaliśmy jako podpałkę, więc o wieściach ze świata dowiadywałem się z dwudniowym opóźnieniem, tuż przed strawieniem gazety przez ogień. Gdy Jurij Gagarin jako pierwszy człowiek poleciał w kosmos, spojrzałem na informujący o tym artykuł i pomyślałem: „Czegoś takiego nie można spalić”. Zachowałem go.

Czasami, gdy nie wystarczały plotki lub stare gazety, szło się skorzystać z telefonu. Wielka czerwona budka telefoniczna była główną wylęgarnią wszelkich zarazków w okolicy. W godzinach szczytu wiecznie tworzyła się przed nią długa kolejka. Żeby zadzwonić, musiałeś wcisnąć mnóstwo przycisków i kręcić cyferblatem, a do dłuższych rozmów przydawało się wiaderko drobnych.

Przypominało to wyjątkowo niewygodną w użyciu wersję Twittera. Gadulstwo kosztowało, a poza tym trzeba było przygotować się na nienawistny wzrok około 20 osób, które czekały na zewnątrz, by móc w końcu powdychać zarazki i przyłożyć do ucha tłustą i pokrytą potem bakelitową słuchawkę.

W Worksop obowiązywały pewne zasady, choć etykieta nie była zbyt sztywna. Przestępczość występowała śladowo, ruch uliczny nie istniał. Dziadkowie chodzili wszędzie na piechotę, ewentualnie korzystali z autobusu. Chodzenie kilka lub kilkanaście kilometrów przez pola do pracy było dla nich czymś normalnym, więc i ja nie miałem z tym problemu.

Cała okolica pracowała na zmiany. Zasłonięte okna na piętrze dawały jasny przekaz: „Chodzić na palcach – górnik śpi”. Zasłonięte okno w salonie: „Przyspieszyć – w środku zwłoki czekają na oględziny”. Babcia twierdziła, że ten upiorny zwyczaj był dość powszechny. Czasami siedziałem w salonie – chłodnym, przeraźliwie cichym, udekorowanym ozdobami i świecznikami, które ciągle trzeba było przecierać – i wyobrażałem sobie, gdzie mogłyby leżeć zwłoki.

Wieczorami atmosfera się zmieniała. Dzięki rozkładanym drewnianym krzesłom dom przeobrażał się w prowizoryczny salon fryzjerski. Obowiązywał kolor niebieski i fryzura typu ul. Kobiety o wielkich kolanach siedziały z polietylenowymi torbami na głowie, powoli parując pod lampami grzewczymi, podczas gdy babcia pracowała przy ich włosach. Wokół unosił się ten okropny smród wilgotnych fryzur i taniego szamponu.

Wybawieniem często był najlepszy kumpel mojego dziadka, wujek John, niezwykle ważna postać w moim życiu.

Tak naprawdę nie był moim wujkiem, tylko ojcem chrzestnym. Walczył na wojnie w oddziałach RAF-u. Bystrego chłopaka z klasy średniej chętnie przyjęto do sił powietrznych pod skrzydła Trencharda – ze względu na jego cenne umiejętności techniczne. W czasie oblężenia Malty pełnił funkcję elektryka. Sierżant lotnictwa John Booker przetrwał zmasowane bombardowania na wyspie, którą Hitler chciał za wszelką cenę zniszczyć.

Mam jego medale i Biblię z pozaznaczanymi fragmentami, które miały stanowić wsparcie w niewyobrażalnie ponurych chwilach. Są też zdjęcia. Na jednym z nich dla zgrywy stoi w pełnym rynsztunku pilota, tuż przed nocną operacją lotniczą, choć wujek był tylko członkiem załogi naziemnej.

Gdy siedziałem u niego na kolanach, zwykł opowiadać mi historie związane z lotnictwem. Lubiłem dotykać jego posrebrzanego modelu ćwiczebnego spitfire’a oraz mosiężnego czterosilnikowego liberatora z pleksiglasowym śmigłem zrobionym z fragmentów zestrzelonego spitfire’a. Pod cokołem wyłożony był zielonym filcowym materiałem, wyciętym z roztrzaskanego stołu snookerowego w zbombardowanym maltańskim klubie. Wujek opowiadał o sterowcach, o historii brytyjskiej inżynierii, o silnikach odrzutowych, bombowcach typu Vulcan, bitwach morskich i pilotach oblatywaczach.

Jak wielu chłopaków z mojego pokolenia, zainspirowany tymi opowieściami, spędzałem długie godziny na składaniu modeli samolotów i ozdabianiu ich naklejkami. Moi plastikowi piloci potrzebowaliby cudu, żeby przetrwać bitwę, ponieważ cali byli oblepieni klejem, a szyby w ich samolotach pokrywały brudne odciski palców. O dziwo sklep modelarski, w którym kompletowałem flotę powietrzną, wciąż istniał, kiedy ostatnim razem odwiedziłem Worksop, przy okazji pogrzebu babci.

Ponieważ wujek John miał zdolności techniczne, sam stworzył spory ogrodzony staw, w którym pływały karasie. Jeździł kapitalnym fordem consulem, nieskazitelnie czystym. To w tym samochodzie pojechałem na swój pierwszy pokaz lotniczy na początku lat 60., gdy nikt szczególnie nie przejmował się bezpieczeństwem na takich imprezach, a pojęcia redukcji hałasu nawet nie znano.

Dachy okolicznych budynków trzęsły się, gdy swoje ewolucje wykonywały potężne maszyny typu Vulcan. Odrzutowiec typu English Electric Lightning – ponaddźwiękowy maluch, w którym pilot siedział okrakiem – przelatywał w odwróconej pozycji, a jego ogon niemal tarł o pas startowy. To robiło wrażenie.

Wujek John wprowadził mnie w świat maszyn i mechanizmów samolotów. Byłem także zauroczony parowozami, które zatrzymywały się na stacji w Worksop. Kładka i stacja kolejowa wyglądają dziś niemal identycznie jak w tamtych czasach. Dosłownie chodzi się po tych samych deskach, co wtedy. Dym, para i chmury popiołu otulały mnie, łączyły się ze smolistym zapachem bitumu, drażniąc nozdrza. Niedawno przeszedłem się na tę stację. Cholernie długi spacer, ale w dzieciństwie zupełnie mi to nie przeszkadzało. Wciąż da się tam wyczuć ten zapach.

Chciałem być maszynistą parowozu, ewentualnie pilotem myśliwca… a gdybym się już tym znudził, zawsze mogłem zostać astronautą, przynajmniej w marzeniach. Marzenia – te z dzieciństwa – często zostają z człowiekiem na zawsze.

Ale wszystko, co dobre, kiedyś się kończy – musiałem pójść do szkoły, Manton Primary, miejscowej placówki dla dzieci górników. Nim ją zamknęli, stała się sławna na łamach „Daily Mail” jako szkoła, w której pięciolatkowie biją nauczycieli. Bicia nauczycieli sobie nie przypominam, ale dostałem skrzydeł i kilka lekcji boksu, gdy wybuchła awantura o to, kto powinien grać anioła w jasełkach. Marzyły mi się te skrzydła, ale zamiast nich dostałem łupnia w czasie bijatyki, która przeniosła się za szkolne mury.

Efekty były opłakane. Gdy wróciłem ze szkoły, poobijany i poszarpany, dziadek usiadł ze mną i otworzył moje dłonie – miękkie i małe. Jego ręce były szorstkie, niczym papier ścierny, z głębokim bruzdami, tylko opuszki palców przypominały płatki kokosowe. Pamiętam błysk w jego oku.

– A teraz, chłopcze, zaciśnij pięść – powiedział.

Tak zrobiłem.

– Nie tak. Złamiesz kciuk. W ten sposób.

Pokazał, jak trzeba to zrobić.

– Tak jak teraz? – spytałem.

– Tak. A teraz uderz w moją dłoń.

Zupełnie inaczej niż w Karate Kid. Żadnego stania na jednej nodze na rufie czy ćwiczenia ruchów przypominających woskowanie wozu, żadnych hollywoodzkich scen. Po mniej więcej tygodniu wziął mnie na bok i bardzo spokojnie, ale stanowczo, powiedział:

– A teraz znajdź tego, który cię tak urządził, i daj mu nauczkę.

Tak zrobiłem.

Jakieś 20 minut później zostałem odciągnięty przez nauczycielkę i zdecydowanym krokiem zaprowadzony do domu. Okazało się, że moje lekcje boksu przynosiły zbyt dobre efekty, a cztero- czy pięciolatek nie zawsze ma dobre wyczucie.

Klekot skrzynki na listy zaalarmował niewzruszonego dziadka siedzącego w salonie w kapciach, białym podkoszulku i domowych spodniach. Nie pamiętam, co powiedziała nauczycielka. Pamiętam za to, że dziadek odparł:

– Zajmę się tym.

W końcu mnie puściła.

Zamiast dać mi po tyłku albo udzielić ostrej reprymendy dziadek spokojnie wyraził niezadowolenie i wygłosił wykład na temat rękoczynów i zasad, które z grubsza sprowadzały się do tego, że nie należy nikogo gnębić, trzeba umieć się bronić i absolutnie nie wolno bić kobiet. Delikatny, wyrozumiały i bardzo porządny chłop. Zawsze stawał w obronie tych, na których mu zależało.

Całkiem nieźle jak na 1962 rok.

W tym czasie moi prawdziwi rodzice, Sonia i Bruce, skończyli z psimi pokazami i zamieszkali w Sheffield. Przyjeżdżali do nas w niedziele w porze lunchu. Wciąż mam kremowo-brązowe bakelitowe radio, które włączaliśmy w takich chwilach. Atmosfera bywała napięta, co zaowocowało trwałym wstrętem do rodzinnych posiłków, ginu i szminki. Bawiłem się jedzeniem na talerzu i wysłuchiwałem, że muszę zjeść całą brukselkę oraz że nie można zostawiać jedzenia, skoro jest wydzielane, choć od dawna już nie było, ale jakoś nikt tego nie zauważył. Ta sama powojenna czkawka sprawiała, że ludzie oszczędzali wodę do kąpieli, bali się korzystać z elektryczności i panicznie wręcz reagowali na dłuższe rozmowy telefoniczne.

Dyskusje co rusz schodziły na temat lokalnych kataklizmów. Ten czy tamten miał udar… czyjaś ciotka spadła ze schodów… mnóstwo nastolatek zachodziło w ciążę… a jakiś biedak zapadł się na hałdzie żużlu w pobliżu kopalni i strasznie się poparzył od znajdującej się w środku sterty gorących bryłek.

To właśnie po jednym z takich niedzielnych lunchów, gdy zjadłem już brukselkę oraz kurczaka przechadzającego się wcześniej po ogródku, dowiedziałem się, że zamieszkam z rodzicami. Gdy jeździłem z wujkiem Johnem, zawsze pozwalał mi siedzieć z przodu. Teraz jednak posadzono mnie z tyłu, skąd patrzyłem, jak pierwszych pięć lat mojego życia znika w oddali.

Wreszcie spojrzałem do przodu – w niepewną przyszłość. Umiałem już trochę się bić, urządzałem polowania na groźne robale, dowodziłem własną flotą powietrzną i byłem na najlepszej drodze do zaprzeczenia prawu grawitacji. W porównaniu z tym mieszkanie z rodzicami nie mogło być przecież aż tak trudne.

Życie na Marsie

Nigdy nie paliłem tytoniu, czasami tylko trawkę między 19. a 21. rokiem życia, ale do tego dojdziemy później. Wspominam o tym, dlatego że przez samo przebywanie z rodzicami de facto paliłem pewnie z paczkę dziennie. Rany boskie, ci to kopcili. Gdy miałem 16 lat, próbowali mnie do tego przekonać, ale się nie dałem – to był chyba największy przejaw mojego buntu.

Piło się często i sporo. Ojciec był zadeklarowanym przeciwnikiem zapinania pasów w samochodzie, bo twierdził, że mogą człowieka udusić. Nie zliczę, ile razy wracał do domu autem pijany w sztok.

Niektóre obrazki z dzieciństwa zostają z człowiekiem na zawsze, także widok narąbanych rodziców.

Jestem zagorzałym przeciwnikiem jazdy po wypiciu, choćby miał to być jeden kieliszek. Oczywiście młodość ma swoje prawa i często wiąże się z przekonaniem o własnej niezniszczalności, więc jestem winny hipokryzji pierwszego stopnia, lecz na szczęście zdążyłem zmądrzeć, zanim zabiłem siebie lub – co gorsza – kogoś innego.

Lecz przewinąłem tę historię zbyt mocno do przodu. Przycisk do przewijania kaset nawet nie istniał, gdy szedłem do nowej szkoły w Manor Top – podobno mało ciekawej dzielnicy Sheffield.

Mnie wydawała się w porządku. Nauczyłem się, jak cedzić przez zęby ugniecione ziemniaki, rybę i groszek (zwłaszcza w piątki), tworząc swego rodzaju fontannę. Robiliśmy zawody – wygrywał ten, który wypluł jedzenie najdalej.

Gary Larson musiał chyba chodzić do tej samej szkoły, bo jej żeński personel, noszący okulary w grubych oprawkach, wyglądał niczym ekipa strażników z obozu koncentracyjnego, a ten wizerunek był całkiem popularny w ostrych filmach z lat 70. Jeszcze lepsi byli ci, którzy wymierzali kary cielesne – postaci w typie Hannibala Lectera. Nieodpowiednie potraktowanie ziemniaków i groszku podlegało właśnie takiemu wyrokowi, który wykonywano przez walenie kijem po dłoniach. Jeśli mam być szczery, to nawet nie pamiętam, czy to faktycznie bolało. Każdą karę wymierzano skrupulatnie. Wydawało mi się, że za moment wyląduję w pasiaku w kolonii karnej.

Nie uczęszczałem do tej szkoły zbyt długo, bo się przenieśliśmy. To właśnie przeprowadzki miały stać się nieodłącznym elementem mojego życia. Dla naszej rodziny były one źródłem utrzymania, bo zmienialiśmy miejsce pobytu, żeby zarabiać. Moim nowym lokum stała się piwnica dzielona z moją siostrą Heleną, która zaczynała powoli mówić.

W pokoju miałem okno wielkości iPada, które otwierało się na rynsztok pełen zwiędłych liści. Mieliśmy lodówkę z dziwną wadą elektryczną. Zakładałem wilgotne ubrania i wieszałem się na niej, sprawdzając, ile jestem w stanie wytrzymać, zanim porządnie mną trzepnie. Za kamiennymi schodami znajdowała się reszta ludzkości. I to jakiej… Mieszkałem w hotelu, właściwie w pensjonacie. Prowadzili go moi rodzice. Ojciec go kupił, a przed wejściem sprzedawał używane samochody.

Potem nabył dom obok. Nagle imperium przeprowadziło kontratak i powstał łącznik między oboma budynkami. Tata rozwinął nakreślone przez siebie plany. Ja znalazłem rolkę tapety i postanowiłem zaprojektować statek kosmiczny z systemami wspierającymi czynności życiowe, który poleciałby na Marsa.

Pojawili się budowlańcy i wyglądało na to, że pracują dla ojca. Ja też się załapałem na fuchę – nawet przydatną, choć kiepsko opłacaną. Stawiać budynków nie potrafiłem, ale ich burzenie było kapitalną zabawą. Specjalizowałem się w demolce toalet. Później, w czasach uniwersyteckich, jakoś nie trafiały do mnie hasła nawołujące do „rozwalania systemu”. W burzeniu byłem znacznie lepszy od tych, którzy tak aktywnie do tego wzywali.

W hotelu nazwanym Lindrick znajdował się bar zaprojektowany przez mojego tatę. Z tego, co pamiętam, Lindrick był zawsze otwarty, także w weekendy, zwłaszcza gdy za barem stał tata. W poniedziałki babcia Lily opowiadała mi różne historie.

„Pan X walnął z bańki pana Rigby’ego… a potem taki jeden tańczył na stole i spadł. O rany, złamał ten stół na pół. To przecież tylko drewno tekowe. Chyba walnął w to głową…”

Nocowali u nas głównie obwoźni sprzedawcy. Niektórzy z nich byli naprawdę dziwni. Jeden mieszkał u nas ze dwa tygodnie. Pewnego razu dał mi wizytówkę i powiedział: „Siemaneczko, praktykuję karmajogę”. Wychodził o siódmej wieczorem i chodził po mieście do rana. Nie, nie miał psa.

Pojawiali się też inni, niektórzy z nich nigdy nie wyjechali o własnych siłach. Kilku kopnęło w kalendarz w naszych łóżkach. Jeśli któremuś z gości zdarzyło się coś szczególnie drastycznego, zawsze informowała nas o tym babcia Lily: „Spłonęła żywcem we własnym samochodzie…”.

Którejś nocy dwóch panów spotkało się w ciemnościach. Każdy z nich myślał, że zabawia się z jedną z naszych klientek. Rano sytuacja stała się dość niezręczna. Farsa goniła farsę.

Hotel stale się powiększał, a do Sheffield sprowadzało się coraz więcej członków naszej rodziny. Rodzice taty, Ethel i Morris, sprzedali swój domek kempingowy nad morzem i przenieśli się w naszą okolicę. Dziadek Dickinson wyglądał kropka w kropkę jak aktor Wilfrid Hyde-White, tyle że mówił z mocnym akcentem z Norfolk. Za jednym uchem trzymał papierosa, za drugim ołówek, zaś w ręku plan wyścigów. Zajmował się czymś, co obecnie określono by jako „zmianę przeznaczenia budynków”. W praktyce oznaczało to burzenie ich, ale w taki sposób, żeby dało się je postawić od nowa gdzieś indziej.

Babcia Dickinson była postawną kobietą. Metr osiemdziesiąt wzrostu, czarne, kręcone włosy i wzrok, który powaliłby drzewo. Wraz z 18 innymi dziewczynami mieszkała w wagonie kolejowym, skąd wykupiono ją i zatrudniono jako służącą. Szybko biegała i mogła zrobić karierę w sporcie, ale nie miała pieniędzy na odpowiednie obuwie. Nie dało się konkurować boso na 200 metrów z przeciwniczkami w butach z kolcami. Do końca życia nie zapomniała o tym poniżeniu.

Gdy Ethel piekła ciasto, Morris wychodził z toalety z wypalonym do połowy skręcanym papierosem i wypełnionym kuponem na wyścigi koni. „Masz tu, synku, tylko nie zgub” – mówił i dawał mi pół korony. Jego ręce były zniszczone latami kładzenia cegieł i posługiwania się kielnią.

Podczas spotkań rodzinnych, które sprowadzały się do picia całymi popołudniami w naszym hotelowym barze, wujek Rod wyświadczył mi sporo przysług. Na przykład przekonał mnie, żebym nigdy nie robił sobie tatuażu. Wujek Rod (który faktycznie był moim wujkiem – bratem taty) miał sporą charyzmę i wyglądał jak jeden z tych szelmowskich gangsterów otoczonych kobietami lekkich obyczajów. Pamiętam, jak w wieku dziesięciu lat siedziałem u niego na kolanach, gdy tłumaczył mi brytyjski system nadawania kategorii filmom. „No więc są filmy dla dorosłych, co dzielą się na filmy o seksie i horrory…”

Nie pamiętam, co mówił później, bo moją uwagę w większym stopniu przyciągały blizny na jego dłoniach. W młodości miał zwyczaj przenoszenia w inne miejsce cudzych samochodów. Pomimo wysiłków rodziny tak się w to wciągnął, że w końcu wysłano go do okropnego miejsca dla młodocianych przestępców, zwanego poprawczakiem. Jednym z tamtejszych rytuałów było tatuowanie się przy użyciu pyłu ceglanego i tuszu. Pamiątka na całe życie, świadcząca o pobycie w takiej placówce. Wujek Rod wydał sporo pieniędzy na usunięcie tych tatuaży. Taki zabieg był w zasadzie wczesną wersją przeszczepu skóry, a dzisiaj mógłby spokojnie uchodzić za charakteryzację w niskobudżetowym horrorze. Pomyślałem sobie: „Chyba jednak zostanę z tym, co mam. To nie wygląda zbyt dobrze”.

Potem wujek Rod opowiadał o filmach wojennych. Oglądałem ich dużo z dziadkiem Austinem: Eskadra 633, Nocny nalot, Bitwa o Anglię, Szarża lekkiej brygady.

– A co sądzisz o Stacji arktycznej Zebra? – spytałem.

– Nie widziałem – wymamrotał i wrócił do picia.

Stacja arktyczna Zebra to film, dzięki któremu po raz pierwszy zetknąłem się z zespołem rockandrollowym. Takim prawdziwym, co woził sprzęt ciężarówką, miał gitary elektryczne i występował na scenie. Nazywali się The Casuals i zanotowali przebój z utworem Jesamine. Grywali serie koncertów w jednym klubie przez około tydzień. Mieszkali u nas. Rano – które dla nich, nocnych stworzeń, oznaczało południe – pojawiali się w holu. Przekrwione oczy, długie włosy, buty na obcasie i białe spodnie. Schodzili na późne śniadanie składające się z herbaty i tostów, podawane przez rozgadaną Lily.

Musiałem pewnie sprawiać wrażenie mądrali, gdy pytałem ich o rakiety i łodzie podwodne, więc żeby zejść na bardziej przyziemne tematy, jeden z nich przynosił swoją gitarę. Brałem ją do ręki – była zaskakująco ciężka. Wyjaśniał mi szczegółowo, jak działa, a ja wpatrywałem się w okrągłe, stalowe krążki pod strunami i zastanawiałem się, jak tworzy się dźwięk za pomocą tak malutkich elementów i cieniutkich strun.

Jak większość zespołów, nudzili się niemiłosiernie w ciągu dnia, więc pewnego razu postanowili iść do kina. W Sheffield Gaumont grano akurat Stację arktyczną Zebra. Miałem dziesięć lat i gdy tak sobie siedziałem w kinie z popcornem, obok zespołu rockandrollowego, na filmie wojennym o łodziach podwodnych z napędem nuklearnym i rakietach, pomyślałem: „To jest życie”.

Tata powiększył swoje imperium, kupując bankrutującą stację benzynową. Wielka nieruchomość – stary warsztat tramwajowy z czterema wiekowymi pompami paliwowymi, bez zadaszenia, a także z warsztatami, których pięćdziesięcioletnie ściany pokrywała ponadcentymetrowa warstwa zaschniętego oleju i pyłu. Branża samochodowa zaczęła wysuwać się w naszym życiu na pierwszy plan. W przerwach między spadaniem z rusztowań (zmiana przeznaczenia budynków) nalewałem paliwo, pucowałem auta i szorowałem opony wełną drucianą, aż siniały mi z zimna palce. Myłem szyby, sprawdzałem stan opon i obserwowałem, jak interes kręcił się coraz lepiej.

Tata był prawdziwą encyklopedią wiedzy o częściach samochodowych. Miał naturalny talent i od razu potrafił trafnie zdiagnozować wszelkie problemy. Rzadko się mylił. Potrafił ocenić miejsce pochodzenia układu wydechowego każdego fiata i wyjaśnić, czemu jest lepszy niż ten użyty w fordzie, choć oba zostały zaprojektowane przez nieznanego węgierskiego geniusza. To tego typu wiedza. Jak już zaczął, to mógł nawijać o tym godzinami.

Sprzedaliśmy hotel, gdy udało mu się podpisać umowę na sprzedaż samochodów Lancii. Szło całkiem nieźle, dopóki nie wypuścili modelu, który rdzewiał szybciej, niż jeździł. Musieliśmy też sporo zarabiać na sprzedaży domów. Pewnego razu pozbyliśmy się jednego, zanim kupiliśmy kolejny. To musiała być naprawdę dobra oferta.

W końcu wprowadziliśmy się do szeregowca stojącego kilkadziesiąt metrów od hotelu, z którego wynieśliśmy się jakiś rok wcześniej. Niektórzy uzależniają się od narkotyków. My byliśmy uzależnieni od przeprowadzek.

What Does This Button Do?

Originally published in the English language by HarperCollins Publishers Ltd.

Copyright © by Bruce Dickinson 2017

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2017

Redakcja – Paweł Wielopolski

Korekta – Piotr Królak

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Adaptacja okładki – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografia na I stronie okładki – John McMurtrie

Fotografia na IV stronie okładki – Ross Halfin

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2017

ISBN EPUB: 978-83-8129-060-9

ISBN MOBI: 978-83-8129-061-6

wsqn.pl

WydawnictwoSQN

wydawnictwosqn

SQNPublishing

wydawnictwosqn

WydawnictwoSQN

Sprzedaż internetowa labotiga.pl

E-booki

Zrównoważona gospodarka leśna

Eheu, fugaces labuntur anni

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Przedmowa

Rocznik 1958

Życie na Marsie

Szkoła przetrwania

Początkujący anioł

Zemsta śledzia

Niespodziewana podróż

Pilnujcie swych córek!

Pociąg do sławy

Zejście na psy

Zielenowela

Heavymetalowa Krucjata

Wymiot bogów

Sąsiad bestii

W górę i w dół

Jazda z prądem

Nowa bateria

Para w płucach

Niewolnik mocy

Żelazne kurtyny

Śnieg, skóra i sado-maso

Chłopcy z Brazylii

Wiele hałasu o unik

Uwierzcie, że perkusista może latać

O Holender!

Chyba nie mówisz poważnie?

Księżycowe dziecię

Mordowanie córek

Pęknięcie

Wariat w przestworzach

Z deszczu…

…pod rynnę

Pirat radiowy

Edison i moment olśnienia

Zamiana mózgów

Lot gęsi

W przestworzach

Czarny wrzesień

Dokładne golenie

Gwiazda telewizji

Co mogłoby pójść źle?

Bruce Air

Alchemia

Gorzkie doświadczenie

Lot przez burzę

Pieprzyć raka

Posłowie

Podziękowania

Autorstwo zdjęć

Zdjęcia

Strona redakcyjna

Manifest pokolenia, portret fenomenu

Niepublikowane wcześniej wspomnienia, zaskakujące anegdoty, intrygujące fakty. Mark Blake przez lata rozmawiał z trzeba żyjącymi muzykami grupy Queen i dziesiątkami innych osób – zapomnianymi basistami zespołu czy szkolnymi kolegami Freddiego. Polski czytelnik po raz pierwszy może tak szczegółowo prześledzić bogatą karierę zespołu i przemianę nieśmiałego chłopca

z Zanzibaru w najbardziej charyzmatyczną postać rocka.

Najlepsza historia Queen,

jaka kiedykolwiek została napisana

Szukaj w dobrych księgarniach

www.wsqn.pl

Diabeł wcielony czy po prostu

nietuzinkowy artysta?

Głos z ciemności to nie bilet do piekła ani relacja z czarnej mszy.

To zaproszenie do trudnej, chwilami dramatycznej, często wesołej wędrówki

z niezwykłym człowiekiem. Kostrzewski opowiada o dzieciństwie spędzonym

w domu dziecka i o dojrzewaniu w PRL-u, ujawnia też kulisy pracy górnika

i strajku w kopali Rozbark. Wspomina początki Kata

i jego drogę na metalowy szczyt.

Legendarny lider zespołu Kat w prowokującej rozmowie z Mateuszem Żyłą

Szukaj w dobrych księgarniach

www.wsqn.pl

…../-/-/-

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Bruce Dickinson. Do czego służy ten przycisk? Autobiografia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia