Przed wszystkim

Przed wszystkim

Autorzy: Victoria Redel

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 336

Cena książki papierowej: 39.00 zł

cena od: 23.41 zł

Olśniewająca, wielowarstwowa powieść przypominająca film "Wielki chłód" – historia wieloletnich przyjaciółek, które wspólnie stawiają czoło życiu, miłości, a teraz także śmierci.

"Przed wszystkim" to pochwała przyjaźni i miłości pięciu kobiet, które znają się od dziecka. Wszystko przechodziły razem, od młodzieńczych szaleństw i kłopotów, po kluczowe problemy wieku średniego. Teraz, gdy Anna, magnetyczna osobowość i najjaśniejsza gwiazda grupy, trafia pod opiekę hospicjum, przyjaciółki zbierają się, by robić to, co robiły zawsze – rozmawiać, śmiać się i pomagać sobie nawzajem w podejmowaniu decyzji i snuciu planów na przyszłość – tym razem w wiejskim domku Anny w Massachusetts. Helen, sławna malarka, najlepsza przyjaciółka Anny, ma niedługo wyjść ponownie za mąż. Każda z pozostałych kobiet ma własne problemy – Caroline opiekuje się chorą psychicznie siostrą, Molly nie radzi sobie z buntem nastoletniej córki, a Ming z praktyką prawniczą, wychowywaniem dzieci i miłością.

"Przed wszystkim" to powieść zabawna i słodkogorzka zarazem; przyjaciółki wspominają zabawne błędy młodości, wspólne tajemnice i przygody. Ale teraz mają inne poczucie czasu, a przez to ścieżki ich życia nabierają nowego sensu. Powieść daje błyskotliwy, nasycony emocjami portret grupy przyjaciółek, wspaniale przedstawiając życie codzienne podlegające upływowi czasu, a także pokazując, że nawet w trudnej sytuacji u kresu drogi można dawać innym coś wartościowego. Ta książka to przede wszystkim oda na cześć przyjaźni.

Victoria Redel ma na swoim koncie cztery powieści i trzy zbiory poezji entuzjastycznie przyjęte przez krytykę. Jej debiutancka powieść "Loverboy" została uznana za jedną z najlepszych książek roku przez "Los Angeles Times", uhonorowano ją nagrodami literackimi Siostry Marielli Gable wydawnictwa Graywolf Press oraz Forward Silver. Victoria Redel uzyskała stypendia Guggenheim Foundation oraz National Endowment for the Arts, publikuje w "New York Timesie", "Los Angeles Timesie", "Elle", "O, The Oprah Magazine", "Granta", "One Story" i "Harvard Review". Uzyskała stopień magistra sztuki w dziedzinie poezji na Uniwersytecie Columbia, a obecnie jest wykładowcą w Sarah Lawrence College.

Tytuł oryginału

BEFORE EVERYTHING

Copyright © 2017 by Victoria Redel

All rights reserved

Grateful acknowledgment is made for permission to reprint excerpts from the following copyrighted works:

Tattered Kaddish. Copyright © 1991 by Adrienne Rich. Copyright © 2016 by the Adrienne Rich Literary Trust. From Collected Poems 1950–2012 by Adrienne Rich. Used by permission of W. W. Norton & Company, Inc.

Stayin’ Alive, words and music by Barry Gibb, Robin Gibb, and Maurice Gibb. From the motion picture Saturday Night Fever. Copyright© 1977 by Yvonne Gibb, The Estate of Robin Gibb, Warner-Tamerlane Publishing Corp. and Crompton Songs LLC. Copyright renewed. All rights for Yvonne Gibb and the Estate of Robin Gibb administered in the U.S. and Canada by Universal Music – Careers. International copyright secured.

Reprinted by permission of Hal Leonard LLC. Copyright© 1977 (renewed)

Crompton Songs LLC and Gibb Brothers Music. All rights for Crompton Songs LLC administered by Warner-Tamerlane Publishing Corp. Used by permission of Alfred Musie. All rights reserved.

Sunlight, words and music by Jesse Colin Young. Copyright © 1969 by Pigfoot Music. Reprinted by permission of Jesse Colin Young.

Willin’, by Lowell George. Copyright © 1994 by Naked Snake Music. Reprinted by permission of Elizabeth George.

Angel from Montgomery, words and music by John Prine. Copyright © 1971 (renewed) Walden Music, Inc. and Sour Grapes Music. All rights administered by WB Music Corp. All rights reserved. Used by permission of Alfred Music.

Projekt okładki

Krzysztof Rychter

Zdjęcie na okładce

© Getty Images

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Jolanta Tyczyńska

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8123-577-8

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Nancy i dziewczyn

Cześć im i chwała, jak je [życie] kochali, gdy mogli.

Adrienne Rich

KONIEC MARCA 2013

1

PO PROSTU

Pod koniec marca, w dniu, w którym czuło się już błotnisty smak wiosny, Anna otrzymała wyniki nowego badania tomografem. Wtedy, chociaż dotąd radziła sobie tak dobrze – zaliczyła nawet parę cudów w walce z chorobą – powiedziała po prostu: „Nigdy więcej”.

ROZGWIAZDY

Anna nie pamięta, jak się znalazła w salonie, ale teraz siedzi na kanapie i wszystkie tu są – Helen, Ming, Caroline, Molly – jej najstarsze przyjaciółki. Kiedy przyszły? Kto je powiadomił? Nie odbierała codziennych telefonów od Helen, zostawiając je poczcie głosowej. Chociaż nie, oczywiście, odebrała, myśląc, że to któreś z dzieci. A to była Ming. Anna opowiedziała jej o wszystkim – od nowego nawrotu po opiekę paliatywną. Nie zostawiła miejsca na żadne pytania.

– Przekaż to pozostałym.

– Daj spokój. – Zadrżała, słysząc od Ming te słowa: – Przyjadę. Oczywiście wszystkie przyjedziemy.

I teraz tu były, jej paczka z czasów dzieciństwa. I fajnie, że zgromadziły się w jej salonie. Dobrze było posłuchać, jak Caroline opowiada historyjkę o swojej starszej siostrze Elise, która zawsze ładuje się w kłopoty. I opisuje kolejny epizod z życia Elise, ale tak, jak zwykle, zabawnie, z lekką rezygnacją, lecz bez sarkazmu, bo Caroline nigdy nie jest ironiczna, za to zawsze mówi ze swego rodzaju stonowanym rozbawieniem.

Jak one wszystkie tu się znalazły? Anna wiedziała, że przyjechały – z Great Barrington, Manhattanu, Arlington, Larchmont – ale cały ten ruch wydawał się niemożliwy. Samo wyjście z domu sprawiało wrażenie czegoś niemożliwego. A potem jeszcze splątane nici szos, bramki poboru opłat na autostradzie, zjazdy na stacje benzynowe, wyciąganie portmonetek z torebek szeroko otwartych na fotelu pasażera. Bardziej jeszcze niż sam wysiłek cały ten świat w niepowstrzymanym ruchu zdawał się czymś niewykonalnym, splotem nie do rozsupłania, wymarłym schematem, który kiedyś rozumiała.

– Mów głośniej! – zawołała Ming, która była w kuchni i robiła zupę. – Nie chcę niczego przegapić.

Anna śledziła tę historię. W każdym razie w dużym stopniu. Śmiała się razem z innymi. Helen zanosiła się tym swoim głośnym optymistycznym rechotem, a Molly chichotała z cicha, jakby się dławiła, i łzy stawały jej w oczach. Caroline, opowiadając, tak zabawnie gestykulowała, wymachiwała rękami, cięła dłońmi powietrze, poruszała brwiami.

Tak bardzo się śmiały, wszystkie pięć, że udało im się przejść ze śmiechem nawet przez to, co zupełnie nieśmieszne.

Zabawne, że nawet teraz, słysząc potrójny tryl śmiechu Ming z kuchni, Anna widziała dziewczynę, nie kobietę – widziała drobne nastoletnie ciało, a nie krąglejszą, bardziej przysadzistą sylwetkę wieku średniego. I w jej wyobraźni Ming wciąż miała tamte lśniące włosy do pasa, czarną kurtynę, a nie profesjonalnie wycieniowane warstwy szpakowatej fryzury, przycinanej co sześć tygodni.

– Nie za mocno, Anno? – spytała Helen, masując jej stopy i nogi.

Przesunęła spojrzeniem wzdłuż ciała, ku grubym palcom Helen na swojej łydce.

Zawsze żartowała, że Helen ma łapska robociarza, a nie malarki. Georgia O’Keeffe o eleganckich smukłych palcach – ta to miała dłonie artystki. Mimo to dobrze było czuć ręce Helen na swoim ciele. Dobrze było poczuć czyjś dotyk. Sama nigdy by nie zgadła, że tego pragnie, ale pragnęła, więc gdy ruch palców Helen stał się wolniejszy, położyła na jej kolanach drugą nogę, podsuwając ją pod dłonie przyjaciółki. Na nogach Anny, dawniej mocnych i wyćwiczonych, nie ostał się żaden mięsień. „Zaopiekuję się tobą”, bezgłośnymi ruchami warg powiedziała Helen. Helen, która zawsze starała się pomóc. Która ponad czterdzieści lat temu obiecała, że będzie dla niej najlepszą przyjaciółką, i nigdy nie złamała danego słowa. Anna wyciągnęła rękę, by dotknąć jej dłoni.

Molly w napięciu wychyliła się do przodu, oparła łokcie na kolanach. Tak właśnie słuchała. Całym ciałem. I zupełnie zgodnie z przewidywaniami Anny przekrzywiła głowę i lekko uniosła brodę z dołeczkiem pośrodku ku głosowi Caroline.

Anna nie była tu, w salonie, od wielu dni. Znajdowało się tu może aż za wiele rzeczy do podziwiania. Wszystkie ściany obwieszone dziełami sztuki, które kupiła albo dostała. Tu, na stole, w misie z niebieskiego szkła setki drobnych rozgwiazd zebranych na przylądku Point Reyes. Tam, na ścianie, rzeźba ze złomu, którą kupiła w Provincetown. Na jednej z półek mnóstwo słoików z bukietami purpurowych piór kardynałów. Wiele godzin poświęciła na ich układanie. Tyle przykładów piękna – jak jej się udało zebrać i ułożyć to wszystko? Mnóstwo poszukiwań i krzątaniny. I starań o piękno.

Anna zamknęła oczy. Słuchała. Tak dobrze znała kadencję i melodykę głosów przyjaciółek. Nawet pauzy, gdy Caroline szukała w myślach bardziej precyzyjnego słowa, brzmiały znajomo. Nie była w stanie wyjaśnić, jak to się dzieje, że z taką łatwością i swobodą przychodzi jej słuchanie przyjaciółek. Nie mogłaby sobie tego wyobrazić. Część owej łatwości wynikała właśnie stąd, że wyobraźnia była już zbędna.

STARE ZNAJOME

Pod koniec szóstej klasy oficjalnie przybrały tę nazwę. Zaczęło się od żartu pewnego popołudnia, ale spodobało im się brzmienie. To tak na zawsze. Stare Znajome. Deklaracja, że bez względu na to, kto zjawi się w ich życiu, czy w przyszłym roku, czy później, w szkole średniej, ktoś nowy i ciekawy, może nawet stanie się kumpelą na całe życie, nie będzie jednak należeć do Starych Znajomych. Nie, żeby zaraz wypisywały to sobie na koszulkach czy ogłaszały wszem wobec przy fanfarach lub wiwatach. Ale podobało im się, jak to brzmi. Jak nazwa kapeli rockowej. Albo tytuł serialu. Dzięki temu, zgadzały się całą piątką, to po prostu fakt. I coś ich własnego, na zawsze.

TAJEMNICA

Wiele dni przedtem jej najstarszy syn był z nią sam w pokoju.

– Mamo. – Wziął ją za rękę.

Kiwnęła głową, żeby dać mu do zrozumienia, że nie śpi.

– Mamo, chciałbym się podzielić z tobą pewną tajemnicą.

Uśmiechnęła się. Był jej pierwszym dzieckiem. Teraz dorosłym mężczyzną. Ech, tyle lat niepotrzebnie martwiła się o Juliana. Nieśmiałego chłopca, który bawił się w narożniku szkolnego dziedzińca, gdzie chodnik ustępował miejsca chwastom i chaszczom; chłopca, który wbijał patyki w ziemię, poważny i zadowolony, i nie przejmował się ganiającą obok dzieciarnią. „Berek!” – wrzeszczały dzieci, ciągnąc za ramię, ale nie jego. Kiedy przychodziła go odebrać, ze ściśniętym sercem podpatrywała, jak się bawił w samotności. Chciała, żeby był w centrum uwagi, żeby wybierał drużyny, był kapitanem.

A teraz stał przy niej, łagodny, wciąż cichy, o chłopięcym, przerywanym śmiechu, i nadal był najszczęśliwszy w lesie, gdy szukał smardzów i dzikiego czosnku.

– Mamo – powtórzył Julian. – Mam tajemnicę.

Pokiwała głową.

– Możesz otworzyć oczy?

Dla niego zrobiłaby wszystko. Powieki miała takie ciężkie, jak niklowe łuski, nawet cięższe niż chemia, którą dostawała, ciężkie od czegoś gęstego, co zdawało się zalegać jej w kościach, we krwi.

Otworzyła jednak oczy.

Był taki piękny. Miał twarz jak zdjętą z ojca i tę aureolę ciemnych kręconych włosów. Patrzyła na niego pod światło. Za nim zobaczyła koronki firanek, a w ich prześwitach drzewa na podwórzu. Jej koronki, jej okno z jej kryształem wiszącym na żyłce i podwórze, gdzie przed laty bawiła się trójka jej dzieci. Teraz to wszystko już w tak nikłym stopniu jej.

– Tak, kochanie?

Powiedział:

– Będziemy mieli dziecko – powiedział.

Poczuła pęd i szum ekscytacji. Nawet ostatnimi czasy zdarzało się, że ogarniała ją radość, na chwilę, czasami prawie tak ostra jak ból. A to był jej szczyt.

– Nie chcemy nikomu mówić. Jeszcze. Ale chcemy, żebyś ty wiedziała.

Dziecko jej pierworodnego. Uwielbiała czuć jego nienarodzone ciało w sobie tak bardzo, że gdy nadszedł termin rozwiązania, miała nadzieję na długi poród, bo pragnęła, jak powiedziała, by każda chwila była wyjątkowa, by mogła się nią rozkoszować, a potem, co stało się dla przyjaciółek na lata pretekstem do żartów, po osiemnastu godzinach akcji porodowej, skulona w jakiś ciernisty wieniec cierpienia, zaczęła błagać o znieczulenie. A gdy w końcu zjawiło się dziecko – o idealnych wargach, dłoniach, stópkach, została odmieniona na zawsze.

Usiadła na łóżku i ucałowała syna.

– Będziesz wspaniałym ojcem – wyszeptała.

Cały czas trzymała dłoń na jego ramieniu i patrzyła nań przenikliwym i bezpośrednim wzrokiem. Pragnęła, żeby ta chwila była dla niego. Chwila, gdy matka widzi w nim mężczyznę stającego się ojcem.

Przez okno wpadały podmuchy wiatru, wiosenne powietrze, ostatnia, najlepsza tajemnica.

Uśmiechnęła się.

– Nie pisnę ani słowa.

NA ZAWSZE

– Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nigdy nie wyglądałaś lepiej. – Helen rozcierała kciukiem sklepienie stopy Anny. – Ale przez to też jakoś przejdziemy.

Przesunęła poplamionymi farbą palcami po chudej jak patyk długiej łydce. Nie było żadnego mięśnia, który można by ścisnąć. Grube palce rozczapierzyły się szeroko, obejmując nogę Anny jak obręcz.

– Tym razem jest tylko jedno przejście, Heli – powiedziała Anna.

– Nonsens – odparła prędko Helen. – Ale mamy cały dzień na to, żeby coś wykombinować.

Anna już wcześniej była tak chuda, że tylko skóra i kości zostały; powoli chodziły wtedy we dwie po wydezynfekowanych korytarzach oddziałów szpitalnych, a ona, podpierając się laską, mówiła: „Serio, Helen, tym razem to nie przelewki”. A przyjaciółka zawsze miała gotową odpowiedź: „Słuchaj, mała, szkoda, że nie widziałaś, w jak żałosnym stanie byłaś miesiąc temu”. Prawda, przez wielkie „P” – obiecały ją sobie jako dzieci. Łatwizna dla najlepszych przyjaciółek zarumienionych z emocji jako siedmiolatki czy przy cielęcych miłościach w wieku lat dwunastu. Z upływem czasu stała się wyzwaniem, gdy poczucie prawdy okazywało się chwiejne, a ważniejsze zdawało się pocieszenie. Helen pomyślała o krzątaninie na oddziałach intensywnej terapii, o porankach, gdy rozchylała zasłony, stając przy Annie, zaintubowanej i śpiącej. „Hej, moja piękna – mówiła wtedy. – Omija cię mnóstwo fajnych rzeczy. Więc lepiej szybko wracaj do zdrowia”.

Ale pal sześć prawdę i pocieszenie, liczyło się czuwanie. A Helen dała ciała. Jak diabli. Przez lata dzwoniły do siebie codziennie. Ostatecznie nawet wiadomości na poczcie głosowej zaczęły się liczyć jako podtrzymywanie kontaktu. Przez parę ostatnich lat, gdy była w rozjazdach w związku z wystawami w Dubaju, Hongkongu, Miami, Paryżu – telefonowała z niesamowicie odmiennych stref czasowych.

– Mówię do ciebie z jutra – zdumiewała się, gdy dzwoniła z Sydney.

– Więc nadal jesteś ulubienicą międzynarodowego świata sztuki współczesnej? – Anna nie pozwalała Helen na skromność.

Kiedy tamta spytała, co u niej słychać, Anna westchnęła do telefonu:

– Nie znalazłam się jeszcze w Galerii Sław Rock and Rolla, jeśli o to chodzi.

– No to pośpiesz się, kochana. Nie będziemy żyć wiecznie.

I obie się roześmiały, oddalając od siebie myśl o katastrofie.

Ale tym razem Helen czuła, że trochę olała sprawę, i trudno to było teraz naprawić. Dzwoniła do Anny codziennie, ale w rozjazdach trudno było jej się zorientować, że Anna nie odpowiada na żadne wiadomości, i dopiero po dwóch tygodniach uświadomiła to sobie.

– Ej, kochanie, miłość to nie droga jednokierunkowa – zaśpiewała w stylu country, nagrywając się na pocztę głosową przyjaciółki, gdy wyglądała przez okno hotelu w Pradze.

A potem, tydzień temu, gdy jadła kolację w Rzymie, odebrała telefon.

– Musisz szybko przyjechać, Helen – usłyszała zgnębiony głos Ming.

PIES

Zeus zawarczał. Zeus, pudel miniaturka o kosmatej sierści, oblepiony rzepami – jak porzucony kapeć na podłodze koło Anny – Zeus, który zjawił się znikąd, gdy Helen siedziała z nią na niebieskiej kanapie, wyszczerzył swoje malutkie kły.

KONIEC

Koniec z kroplówkami. Ani jednej kroplówki więcej.

Koniec dni typu: „Dzięki Bogu, żyję” – spacerów w rakietkach po skrzypiącym śniegu ścieżką od tylnego podwórza do miejsca z widokiem na urwisko lub weekendowych wieczorów i kiwania się przy mikrofonie, kołysania w rytm muzyki granej przez jej zespół aż do ostatniej linijki The Harder They Come – póki znowu nie zacznie się ten ucisk w płucach.

Koniec radzenia sobie po cichu, aż do czasu gdy musi się zatrzymać po drodze z samochodu do frontowych drzwi, żeby zaczerpnąć tchu. Koniec z bagatelizowaniem infekcji. „To tylko przeziębienie. Wszyscy w dolinie chorują na nie pod koniec zimy” – aż przeziębienie przeradza się w zapalenie płuc i Reuben znajduje ją skuloną pod paroma kocami, a lekarz ordynuje pozytonową tomografię emisyjną całego ciała.

Koniec z tomografiami.

Koniec z pytaniami do Boba, chudego technika radiologii z włosami związanymi w kucyk, co widzi i koniec z wciąż tą samą śpiewką: „Jestem technikiem, pani Anno. Wie pani, że nie umiem odczytywać tych skanów”, na co zawsze odpowiadała: „Nie ściemniaj mi tu, Bobby. Od zbyt wielu lat to przerabiamy, więc proszę, powiedz mi po prostu, co widzisz”.

Koniec z remisjami.

Koniec z nawrotami.

Koniec z próbowaniem nowego programu leczenia.

Koniec z lekami w końskich dawkach.

Koniec z czwartą remisją, kiedy znowu żyła na pełnych obrotach, z powrotem po uszy zanurzona we wspaniałym głównym nurcie wydarzeń, i rzucała się na głęboką wodę życiowych spraw – prowadziła ośrodek matematyczny, spotykała się ze znajomymi, w sobotnie wieczory grała koncerty ze swoim zespołem, a dorosłe dzieci znowu dzwoniły do niej i bez tchu opowiadały o pracy, miłości, o wszystkim, o czym zwykle jej opowiadały, kiedy nie zaczynały rozmowy od niepewnego: „Jak się dzisiaj czujesz, mamo?”.

CAŁY TEN GŁÓD

– Mogę odrobinę zjeść. – O dziwo, Anna była trochę głodna.

Natychmiast jednak pożałowała, że to powiedziała. Na twarzach przyjaciółek zobaczyła zbyt dużą nadzieję, za wielką gorliwość. Całe to zamieszanie, żeby przynieść jej jak najlepsze jedzenie. Niemożliwe zaangażowanie. I przejęcie. Helen zaraz podłożyła jej pod plecy beżowe aksamitne poduszki, żeby mogła siedzieć prosto.

– Za dużo – uznała, gdy Ming postawiła na stoliku miskę zupy.

Molly natychmiast położyła obok deskę z pieczywem i łososiem. Wyglądały, jakby chciały ją nakarmić jak dziecko.

– Po prostu jedz, co chcesz – zaszczebiotała Ming triumfalnie, gdy Anna siorbnęła z łyżki odrobinę zupy.

Tak się ucieszyła, widząc, jak Anna wsuwa do ust łyżkę kremu szpinakowo-grzybowego. Jej pyzate policzki zarumieniły się ze szczęścia. Anna zmusiła się, by ponownie unieść łyżkę do ust. Bo sama też nie wyzbyła się całkiem chęci sprawienia przyjemności komuś innemu, zwłaszcza Ming. Wiedziała, że nie poradziłaby sobie z sytuacją, której Ming dała radę – z atakami padaczki jej córki Lily. Z codziennym lękiem przed grand mal, karetkami pogotowia i otępiającymi lekami. A potem z nowatorską operacją mózgu. Operacja się powiodła, ale przez całe dzieciństwo Lily musiała się zmagać ze złośliwościami rówieśników i ciągłą koniecznością korzystania ze specjalnych udogodnień. Nie, pomyślała Anna, załamałabym się, gdyby moje dziecko było narażone na coś takiego.

Kremowa ciepła zupa okazała się smaczna. To też się liczyło. Jedzenie powinno sprawiać przyjemność. To inna odmiana piękna. Anna nigdy nie rozumiała, jak można spożywać jedzenie w towarzystwie. Jedzenie było rozkoszą dla podniebienia. Rozmowa też należała do przyjemności. Ale jedno z drugim razem – jakby mniej.

Rozmowa dotyczyła teraz rozmaitych nowin. To był taki test, zawsze ją obserwowały; oceniały, ile zjadła.

Odkroiła kawałeczek łososia i włożyła go do ust, czekając, aż mięso roztopi się pod podniebieniem.

Molly zwierzała się wszystkim ze swoich obaw, bo w szufladzie biurka Tessy znalazła torebkę marihuany. Ile jej córka mogła palić? Przez większość dni trudno było się z nią dogadać. Zdarzały się straszne awantury. Molly przeczesała palcami swoje krótko obcięte włosy.

– Zmieniła się nie do poznania.

Anna pomyślała, że dobrze byłoby przypomnieć Molly, że kiedy one były w jedenastej klasie, przez całą wiosnę wymykały się popołudniami za drzewa niedaleko szkoły i jarały trawkę. Nie brakowało im torebek i kliszówek z marihuaną. Zdarzały się też awantury z rodzicami.

Ale podniesienie łyżki do ust i przełknięcie zupy wymagało tak wiele wysiłku.

Zostało jej energii tylko tyle, by móc pomyśleć: Molly, wszystko będzie dobrze.

Molly i Serena. Ich dwoje dzieci. Kiedyś wszystko to było takie szokujące – związek z inną kobietą, para mieszana rasowo, dzieci – Molly musiała stoczyć o to niejedną walkę. Osiemnaście lat później wszystkie tańczyły na jej weselu. Molly miała teraz dom na przedmieściach Bostonu, zaledwie kilka kilometrów od okolicy, gdzie wszystkie się wychowały. Prowadziła prywatną praktykę, cieszącą się powodzeniem. Teraz złocista grzywa Molly stała się srebrna, a krótka fryzura przypominała tę, którą nosiła jej matka. Serena zastanawiała się nad odejściem z zespołu chirurgicznego na emeryturę.

Byłyśmy dziećmi. Wystarczyło poczekać, pomyślała Anna, a Stare Znajome rzeczywiście się zestarzały.

Nagle przypomniała sobie, co powiedział jej syn. Jego piękna tajemnica. Początek jego ojcostwa. Czy to nie wczoraj przyszedł do jej pokoju, by podzielić się tą tajemnicą? Teraz siedziała w towarzystwie najdroższych przyjaciółek. Powinna im się pochwalić. Podzielić się radością. Były razem dziećmi i razem matkami. Wiedziałyby, co to dla niej znaczy. Ale nie powie im. Nawet Helen, choć zawsze zwierzała jej się ze swoich tajemnic. Teraz Anna ledwo mogła się powstrzymać. Mimo to nie piśnie ani słówka. Nie mogła dać synowi już nic więcej oprócz swojego słowa – i go dotrzymać.

KIEDY

Najpierw Ming, Anna tego samego roku, potem Caroline, potem Helen i wreszcie Molly – dwie córki z zapłodnienia plemnikami tego samego anonimowego dawcy z banku nasienia. W sumie miały dwanaścioro dzieci. Mimo wszystko zaskoczyło je to, choć nie powinno. „Mamo!” – wołało któreś z dzieci, a jedna z nich, nie przerywając tego, co właśnie robiła, odpowiadała: „Tak?”.

INNE DOBRE NOWINY

Wreszcie będzie miała długie włosy. Najpierw była pierwsza peruka, ręcznie robiona, droga, ze sklepu przy Newbury Street w Bostonie. Ale pukle grubych włosów sprawiały, że Anna wyglądała jak młoda żydowska żona. Za drugim razem postawiła więc na tanie syntetyki, za to w większym wyborze: kupiła perukę czarną i różową, burzę loczków i fryzurę na pazia. I jedną w hołdzie dla Stevie Nicks. Za trzecim razem – no, nie, kogo miałaby oszukiwać? – na ogół chodziła w bawełnianym kapeluszu z szerokim rondem, a kiedy indziej w wełnianej czapce.

PIANA

Kiedy zdjęły z niej legginsy i koszulkę, które nosiła od Bóg raczy wiedzieć jak dawna, Molly posłała Helen spojrzenie mówiące: „Trzeba bardzo uważać”, i we dwie zaprowadziły Annę do łazienki. Ręcznik, którym ją owinęły, opadł na podłogę. Czemu nie zostawiły tego pielęgniarce? Molly stanęła w kabinie prysznicowej z Anną, a Helen, tuż obok, podtrzymywała Annę pod drugim ramieniem. Cały czas rozmawiały. Tak, jakby robiły coś, co zawsze wspólnie wykonywały, jak wtedy, gdy na koniec wspólnej zabawy dzieciaków, przed kolacją, partiami wrzucały dzieciarnię do wanny z wodą. Helen i Molly działały wspólnie. Każda namydliła sobie jedną dłoń, a drugą mocno trzymała przyjaciółkę. Skóra Anny była gruzełkowata i sucha, usiana błękitnymi i sinymi plamkami. Czy pod najlżejszym nawet dotknięciem nie zetrze się, nie zacznie się łuszczyć i odchodzić płatami? Sprawdziły, czy nie ma pęknięć, ran, ale świeżych nie było. Molly uniosła jedno ramię Anny, a Helen kolistymi ruchami namydliła pachę. Helen poniosła drugie ramię, a Molly znowu namydliła. Nie opiszą nikomu ciała przyjaciółki, nie ma słowa na określenie tego, czym staje się noga. Zamiast tego Helen zaczęła plotkować. Pewien chłopak, którego znały ze szkoły średniej, trafił za kraty. Innemu – pamiętacie Eddiego? – rozpadło się małżeństwo; jego żona uciekła z instruktorem jogi. Mimo to dostała kupę szmalu. Podobno Eddie to multimilioner. Kto by pomyślał? W szkole średniej, zgodziły się, Eddie był dosyć przystojny, ale poza tym do bani.

– Czy to nie z nim coś zrobiłaś? – Molly spytała Annę.

Anna miała sine wargi, całym jej ciałem wstrząsały dreszcze. Molly skinęła na Helen, żeby zakręciła wodę.

– Na pewno coś z Eddiem robiłaś.– Helen rozpostarła ręcznik, podczas gdy Molly uniosła stopę przyjaciółki ponad wyłożony kafelkami rant brodzika.

– Robiłam coś z mnóstwem chłopaków – odpowiedziała Anna.

– Farciarze – stwierdziła Molly, podtrzymując Annę, podczas gdy Helen ją wycierała.

HISTORIA SZTUKI – 1

Helen szkicuje na płótnie jej dżinsów. Taki ma zwyczaj. Patrzy i szacuje wzrokiem odległości między ciałami. Cienki kształt Anny na aksamitnej kanapie. Konfiguracja, w jakiej ustawiają się pozostałe, jak się ku tamtej pochylają ze zmarszczonymi twarzami pełnymi napięcia i obaw. Przywołują ikonografię obrazów z serii „Na łożu śmierci” całych stuleci. Ten pokój, rozproszone światło. Kto tak nie malował? Rembrandt, Picasso, Munch. Obrazy przedstawiające zebranych wokół Chrystusa. Płótno Alonzo Chappela: pokój Lincolna wypełniony ludźmi, którzy przyszli złożyć mu ostatni hołd. Helen rysuje kształty: grubą kreskę oparcia kanapy, kobiety zgrupowane ciasno przy Annie. Jej twarz, bladą, z błękitnym odcieniem, już w oddali, nie w pełni obecną, ale jaśniejącą blaskiem odwagi. To też część tradycyjnej ikonografii. Na obrazie zawsze ktoś patrzy w drugą stronę. I ktoś zwraca się twarzą do widza, jakby błagał o łut nadziei.

POCIĄG

– Właściwie czuję się całkiem dobrze. Czy to nie dziwne? – Annie świecą się oczy, jej policzki pokrywa rumieniec. Usiadła wyprostowana i odrzuciła aksamitną poduszkę, którą Helen podłożyła jej przedtem pod plecy.

– Świetnie wyglądasz – pochwaliła ją Helen.

Anna zakołysała się w rytm refrenu Bee Geesów: Stayin’ alive, stayin’ alive. Pozostałe dołączyły do zabawy, machając rękami. Anna miała mocny głos, Caroline jej wtórowała. Całymi latami śpiewały razem – Arethę, Poco, Cata Stevensa – i nawet jak się wygłupiały, brzmiało to całkiem nieźle. Przynajmniej tak im się wydawało.

– To dzięki zupie. – Ming się rozpromieniła. – Całą zasługę biorę na siebie.

– Nie chciałam, żebyście dzisiaj przyszły – przyznała się Anna. – Sądziłam, że to będzie bolesne, zbyt dramatyczne. Ale czuję się dobrze. Dziwne. Prawie, jakby mi się poprawiało.

– To wróć do przyjmowania leków – powiedziała Helen. – Wcześniej tak dobrze ci szło. – Spróbowała dostroić swój ton do sytuacji. Mniej wrzasku, więcej zachęty. – Lepiej niż dobrze, byłaś wręcz cudem medycyny.

– Cieszę się, że dobrze się czujesz – powiedziała Caroline.

– Dajmy spokój z samym dobrostanem – warknęła Helen. – Anna może z tego wyjść jeszcze raz. To tylko kolejny rzut choroby. Nic więcej. Całe to leczenie paliatywne to jakiś żart.

Helen posłała Ming spojrzenie z błaganiem o wsparcie. Ming zaszkliły się oczy, odwróciła wzrok.

Więc to tak? Nagle ta niema cisza. Straciły już dwie godziny na bzdury. Wszystkie były świadkami poprzednich niespodziewanych ozdrowień. Można było mieć nadzieję, to wydawało się nawet dosyć logiczne.

Helen dźwignęła się z miejsca za Anną. Oparła dłoń o tył kanapy i wstała. Musiała wstać, żeby zobaczyć twarze pozostałych. Pełne żalu. Ale czyż ich przyjaciółka nie wyśpiewywała właśnie na całe gardło Stayin’ alive? Czy nie przyznała, że czuje się dobrze?

Spojrzała na Annę, która jaśniała, dosłownie lśniła.

– Proste pytanie – rzuciła prowokacyjnie Helen. – Kto uważa, że opieka hospicjum to w tej chwili doskonały wybór? Ręce w górę.

Zaczęła krążyć po pokoju, zatrzymując się przy każdej z przyjaciółek, jakby bawiły się w „Chodzi lisek koło drogi”.

– No, Ming, powiedz, uważasz, że to jest w porządku?

Ta drgnęła, gdy Helen zwróciła się do niej.

– To decyzja Anny. – Głos Ming był cierpki, suchy.

– Odkąd to przestałyśmy się wtrącać w decyzje innych? Przecież zawsze tak robiłyśmy.

Czy Helen musiała im przypominać, że Anna była gotowa się poddać przy poprzednim nawrocie? Czy musiała przypominać Ming tamten bolesny dzień, gdy usta i gardło Anny były tak poranione od leków, że kiedy wyszeptała: „Mam dość. Przerywam leczenie”, obie powiedziały: „Rozumiemy”. Dopiero bracia namówili ją do niechętnej zgody na nowe ustawienie leków. „Jeszcze miesiąc”, prosili, a potem zdecydujesz. Czy Helen naprawdę musiała im wszystkim przypominać, jak niecały rok później w tajskiej restauracji w Great Barrington, gdzie spotkały się na kolacji przed koncertem Red Molly, Anna wyznała, że wstydzi się tego, że gotowa była przerwać leczenie? Podziękowała im za ciągłą troskę i opiekę. Było już tak wiele pięknych wieczorów; „pięknych wieczorów” – to jej własne słowa. „Jak dzisiaj”. Anna się uśmiechnęła. „A nie dotarłyśmy jeszcze na koncert”. „Wierzyć w ciebie, kiedy ty już nie dajesz rady, to nasze zadanie – zapewniła ją prędko Helen. – Po to są przyjaciele”. Natychmiast wszystkie zaczęły śpiewać That’s What Friends Are for, po czym Caroline i Anna odśpiewały na dwa głosy You’ve Got a Friend Carole King.

Teraz Helen spytała:

– A co z kolejnymi pięknymi chwilami? – Przechadzała się po pokoju. Jeśli zabrzmiało to jak błaganie, wcale się nie przejęła. – Mówisz, że teraz czujesz się dobrze. Proszę.

– Powiedziałam już dzieciom, Heli. Zgodziły się.

– To idiotyczne, Anno.

– Helen, przestań – wtrąciła Molly.

– Spróbuj chociaż przez jakiś czas. – Skoro już miała walczyć sama, to musiała być twarda. – Co to za problem? Hospicjum się wścieknie? Zabiją Annę za to, że zmieniła zdanie?

– Helen. – Tamta poklepała poduszkę obok siebie.

– Nie, Anno. – Nie było mowy, żeby dała Annie odgrywać jak zwykle szefową.

– To wszystko, co mogę zrobić – powiedziała mocnym głosem ich przyjaciółka, bez drżenia czy zmęczenia. Nie z uporem. Mówiła tak otwarcie, tak kochającym tonem. Aż bolało. – Będziesz musiała pogodzić się z moją decyzją i z nią żyć.

Helen otworzyła przesuwane drzwi na werandę.

– Będę musiała żyć dalej z twoją decyzją? Właśnie w tym cały problem.

1965 – KRÓLICZKI TEŻ

Pierwszy dzień drugiej klasy. Na przerwie Anna stoi w kółku z innymi dziewczynkami. Jej włosy, ciasno splecione w grube warkocze, są takie lśniące. Delikatne uszy ma przekłute! W każdym płatku błyszczy maleńki granat. Skąd ona się wzięła? Jest nowa, więc i egzotyczna. Opowiada dziewczynkom, że ma dwóch młodszych braci, psa o imieniu Buziak, kota o imieniu Słodziak i zranioną wronę, którą znalazła z ojcem. Ptak nosi jej imię – Anna. Reszta dziewczynek krzyczy: „Wrona nazywa się tak samo jak ty?”. Tak, razem z ojcem ocalili mnóstwo ptaków. Króliczków też. Leczą je, a potem puszczają wolno. Miała już króliczki z ranami szarpanymi, króliczki potrącone przez samochody. Opatrywała łubkami złamane nóżki ptaków, które znajdywali w trawie na mokradłach. Każdemu z nich nadawała swoje imię – Anna.

Wiele lat później, na weselu Anny i Reubena, Helen podniosła kieliszek i opowiedziała tę historię.

– Wyobraźcie sobie wszystkie te króliczki. Gwoli ścisłości, gdybyśmy jej na to pozwolili, każde z nas, zebranych tu dzisiaj, nazwałaby: Anna.

– Właśnie tam, na szkolnym podwórzu w drugiej klasie podstawówki – zakończyła Helen, gdy śmiech ucichł – postanowiłam, że nie spuszczę tej dziwnej dziewczynki z oczu. Że nasza przyjaźń będzie na całe życie.

Kiedy ostatnie niedobitki weselnych gości posadzono przy dwóch zsuniętych razem stołach i wszyscy z widelczykami w rękach jedli kolejną porcję piętrowego tortu z bitą śmietaną, do Helen przysiadł się ojciec Anny.

– Dobry toast, mała.

Wyglądał na rozkosznie zmęczonego.

– Dziękuję, panie Spark. Jakby się nie udał toast dla najstarszej przyjaciółki, to jaki mógłby się udać?

– Zabawne. – Ojciec Anny napił się z kieliszka, którego Helen nie widziała chyba w jego ręku, kiedy się dosiadał. – Podszedłem, żeby ci powiedzieć, że nigdy żadnego stworzenia nie ocaliliśmy. Żadnego rannego zwierzątka. Żadnego króliczka ani ptaka.

W TYM RZECZ, MÓWIĄC ŚCIŚLE

Całym sercem. Złamane serce. Serdeczna rozmowa. Serce na dłoni.

W czym problem?

Właśnie w jej sercu. Klnę się z ręką na sercu.

Chłoniak komórek NK/T, najrzadszy z chłoniaków komórkowych, a ten jej najrzadszy z pięciu odmian chłoniaka NK/T-komórkowego. Chłoniak w lewym przedsionku. Serce jako pompa, przez którą ciągle przepływa krew, nie jest miejscem, gdzie cokolwiek łatwo się zakorzenia. Zdarza się to naprawdę bardzo rzadko. Za pierwszym razem, w pierwszym rzucie choroby, nowotwór zakorzenił się tak mocno, że kiedy chirurdzy otworzyli klatkę piersiową Anny, łamiąc żebra, żeby zobaczyć, czy da się go wyciąć, tkanka rakowa wżerała się głęboko w ścianę komory, więc po prostu z powrotem wszystko zaszyli. Zaczęto chemioterapię, schemat CHOP – koktajl czterech leków. Ale czy nowotwór może zaniknąć bez operacji serca? Lekarze, którzy jej nie leczyli, patrzyli na wyniki badań i z ubolewaniem kręcili głowami.

Nawet teraz, ostatnim razem, kto się nie wzdrygnął, słysząc, że rak wrócił do serca Anny?

MÓWIĄC ŚCIŚLEJ

Do diabła ze specjalistyczną terminologią medyczną. Co znaczy NK?

Och, Naturalny Kat.

1975 – JAKA JESTEŚ?

Dwie dziewczyny spoglądają w dół ze stromego urwiska na tory kolejowe, które biegną wąwozem. Wiosenna roślinność pokryła się bujną soczystą zielenią. Wiatr owiewa skały. Wszystko drży i dygocze. Helen jest na haju. Nawet skalista skarpa wibruje migotliwie.

Anna mówi, żeby dała się ponieść, wibracje są super. Chce zapalić drugiego skręta.

– To pal – mówi Helen.

Anna da radę więcej. Ma ochotę na więcej. Zawsze na więcej niż Helen. Zawsze tak było. Teraz zdaje się, że Anna chce jarać na okrągło. Impreza z Molly i Ming. Helen żałuje, że sama nie jest taka. Anna, nawet ujarana jak wariatka, jest urocza, kochana, śliczna i fotogeniczna. Haj u Helen wydaje się przymulający.

Przejeżdża pociąg. Do miasta.

– Połóż się. – Anna kładzie się na plecach, by poczuć dudnienie pociągu na ziemi.

Helen podciąga kolana pod brodę, starając się zapanować nad drżeniem nóg. Usiłuje skupić wzrok na jednym punkcie. Sama nie jest w stanie wykonać żadnego ruchu. Potrzebuje solidnego oparcia.

Anna wkłada skręta między dwie zapałki.

– Wypalmy przynajmniej tego jointa do końca.

Podaje jej zapałki.

Ostatniej soboty wieczorem, na imprezie, na którą Helen wcale nie chciała pójść, jakiś chłopak popukał ją palcem w tył głowy i powiedział, że Anna jej potrzebuje. Znalazła ją na podwórzu za domem otoczoną przez grupę stłoczonych dziewczyn. Któraś powiedziała: „Helen przyszła” – i kółko natychmiast się rozstąpiło, by mogła uklęknąć przy Annie. Tamta była w rozsypce. Pijana, upalona, zapłakana. Wyciągnęła do Helen ręce tak, jakby poruszały się w czymś gęstym i lepkim.

– Wiedziałam, że przyjdziesz – powtórzyła, jakby doznała objawienia.

Helen zdjęła z siebie flanelową koszulę i wytarła nią Annie usta i ramiona, które przyjaciółka sobie zarzygała.

– Musisz mi powiedzieć, że nie zrobiłam z siebie kompletnej kretynki. On mnie nienawidzi.

Miała wymiociny we włosach. Helen nie wiedziała, co to za „on”, ale żaden „on” na świecie nie był wart nanosekundy z życia Anny. A już na pewno nie tego, żeby tak się z jego powodu najebać.

Nie obyło się bez irytującego handryczenia się z pijaną, ale w końcu Helen wyprowadziła Annę z podwórza. Znalazła Ming i Molly w budynku i we trzy poprowadziły przyjaciółkę przedmieściami do domu. Wybrały okrężną drogę, żeby Anna otrzeźwiała. Zapadł chłodny wiosenny wieczór, były cały czas na świeżym powietrzu. Zdawało się, że Anna dochodzi do siebie. Robiły gwiazdy na pustych ulicach. Zawędrowały do dzielnicy rezydencji, ogromnych willi w stylu neoelżbietańskim lub kolonialnym. Przed każdym domem znajdował się długi zakręcający podjazd, starannie zaprojektowany i utrzymany ogród, a na tyłach basen.

– Wskoczmy do basenu! – Anna była pełna entuzjazmu.

– Dopiero kwiecień – zauważyła Ming.

– I co z tego? Ja jestem gotowa.

– Jasne, Anno – stwierdziła z przekąsem Helen. – Ale lepiej kąpać się w basenie, kiedy jest w nim woda.

Teraz, przy takim wietrze i gdy trzyma skręta w drżących palcach, zapalenie go wydaje się Helen niewykonalne.

– Jesteś beznadziejna – mówi Anna.

– Jestem na haju. – I nagle, ni stąd ni zowąd, Helen jest już tylko na haju: nie dygocze, nie denerwuje się, tylko jest szczęśliwa, że upaliła się w lesie z przyjaciółką.

– Jestem na duużym haju – oświadcza śpiewnym głosem. – Ogroomnym.

– Jaka jesteś? Na haju? – Anna podnosi głos, kończąc pytanie trylem. Wybuchają niepohamowanym głośnym śmiechem.

– Jaka jesteś? Na haju? – Tym razem z brytyjskim akcentem.

Potem z francuskim.

Śmieją się do łez, to takie śmieszne. Właśnie gdy powoli udaje im się ochłonąć, gdy prawie odzyskują panowanie nad sobą, jedna z nich mówi z japońską intonacją:

– Jaka jesteś? Na haju?

PÓŁMĄŻ

Caroline wzięła od Reubena siatki z zakupami, gdy wtarabanił się tylnymi drzwiami, a potem wszystkie po kolei mocno go przytuliły, tak że w oczach Anny wyglądało to jak jeden z tych tańców w rzędzie, które uprawia się w tancbudach country. Przed laty poprosiłaby go, aby zostawił ją samą z przyjaciółkami. Ostatnimi czasy, odkąd byli w separacji, gdy tylko Reuben zjawił się w jej domu bez uprzedniego zawiadomienia, gromiła go wzrokiem i mówiła wprost, żeby się wynosił. Helen spierała się z nią o to, że przyjęła tak twarde stanowisko; „Przyznaj się, Anno, po cichu pragniesz, żeby tak właśnie wyglądało małżeństwo. Chcesz pół męża. Separacja ci odpowiada. Przyznałabyś się do tego, gdybyś nie była tak uparta”.

Teraz, pomimo lekkiej irytacji z powodu starych urazów – o co właściwie chodziło? – Anna cieszy się, że Reuben tu jest. Dla niego nie trzeba się mobilizować. Nie trzeba przed nim udawać.

Ale gdzie Helen?

Wybiegła jak burza. Nie ma jej tutaj.

Reuben zdjął z drewnianego uchwytu pustą rolkę po papierowych ręcznikach. Potem zaczął wyjmować zakupy. Zawsze był taki zadowolony z tego, co osiągnął. Niekończące się listy spraw, które jeszcze trzeba załatwić. Cała ta wyczerpująca energia, denerwująca energia, ta wymagająca, buzująca energia.

– Popełniłam błąd – powiedziała mu w dniu, gdy zainstalował mechaniczne łóżko i zdemontował łoże z baldachimem.

Łoże, które było wcześniej ich łożem małżeńskim w ich sypialni. Teraz to była jej sypialnia. Reuben wynajął inny dom w miasteczku, sąsiadującym z sąsiednim miasteczkiem. Nie zamierzała postawić stopy w tamtym domu. Mimo wszystko jednak Reuben tu był, pomagał jej w zamontowaniu ruchomego łóżka, które przywieziono.

– Myślałam, że mogę zrobić wszystko, a ty i tak zostaniesz. – Anna mówiła, siedząc na krześle w kącie, podczas gdy Reuben rozpościerał dopasowane prześcieradło na chrzęszczącym pokrytym folią materacu. – Myślałam, że bez względu na wszystko, w rzeczywistości to ja rządzę.

Anna patrzyła, jak Ming postawiła przed Reubenem miskę zupy; w ślad za którą na stole pojawił się talerz łososia od Molly. Reuben pochylił się nad zupą.

Karmią go tak, jak karmiły mnie, pomyślała Anna. Jakby był poraniony. W ostatnich latach nalegała, by przyjaciółki okazywały jej lojalność. Jeśli Reuben nie wracał do jej życia na jej warunkach, to im nie wolno było z nim rozmawiać.

Teraz otoczyły go i karmiły. Biedny Reuben. Siedział skulony, jakby jedzenie sprawiało mu ból. A kiedyś myślała, że jest mężczyzną, który na zawsze zachowa chłopięcy wygląd. Wciąż miał bujną czuprynę kręconych włosów. Ale na czubku głowy pojawił się placek rzadszych kosmyków.

Czy syn zdradził mu swoją tajemnicę? Kiedy patrzyła, jak Reuben rozmawia z Ming podczas jedzenia, była przekonana, że jej mąż nie zna tej zapowiedzi przyszłości. Jedyny płomień, który jeszcze w niej płonie. „Mamo, mam tajemnicę”.

Popełnili w życiu niejeden błąd. Mimo to ich syn przyszedł do jej pokoju. To było jej. Nie zamierzała się zwierzać Reubenowi. I tak dowie się wszystkiego później.

Był wyczerpany. Teraz ledwo mógł utrzymać w dłoni ciężar łyżki. Wyczerpany mężczyzna posłusznie pomagający jej umrzeć.

1978 – ZAUFAJ MI

Tu, w zdawałoby się niezbyt niezwykły czwartkowy wieczór, w barze był mężczyzna, z którym będzie miała dzieci. To dziwne, ale na drugiej randce Anna już wiedziała. Te zielone oczy, te ciemne kręcone włosy. Będą mieli piękne dzieci. Wezmą ślub. Ich dzieci będą ładne.

Wiedziała, że nie powinna myśleć o ładnych dzieciach, które sobie zrobią. Mieli po dziewiętnaście lat, studiowali w college’u. Anna nie przyznałaby się nikomu, jak byłaby szczęśliwa, gdyby teraz miała dzieci. Helen wykrzywiłaby się z niesmakiem i nazwałaby ją staromodną. Objechałaby ją za antyfeminizm. Ming była w gwatemalskich górach z tym swoim antropologiem. Upierała się, że chce tylko podróżować, im dalej, tym lepiej. Antropolog był świetny, ale przecież nie niezbędny. Caroline zarzuciła naukę w college’u i o ile Anna się orientowała, prawie przestała wychodzić z domu rodziców, a co dopiero mówić o randkach. Molly skończyła z facetami i chwaliła sobie rozkosze i komplikacje związków z kobietami. Ostatnio w odniesieniu do heteryków użyła słowa „dziecioroby”. Nawet własna matka Anny powtarzała jak mantrę: „Najpierw kariera, najpierw kariera”.

Anna rozejrzała się po barze. Chciała go zobaczyć w jakimś szczególnym świetle. Chciała powiedzieć przyjaciółkom. Oczywiście jutro zadzwoni do Helen, by wszystko jej opowiedzieć. Nawet jeśli miałaby usłyszeć, że jest staromodna.

Ale jeszcze bardziej niż opowiedzieć Helen, pragnęła zapamiętać wszystkie szczegóły po to, by po latach móc przekazać je dzieciom jako część ich historii. „Wiedziałam, że wyjdę za waszego tatę, już na drugiej randce w pubie Pod Wąsem”. Wtedy to już nie będzie się wydawać wariactwem. Będzie tym, czym jest. Czymś nieuniknionym.

Pub był tak samo obskurny jak w inne wieczory. Ci sami upaleni kolesie tłoczyli się wokół flipperów, dyskutując o technikach uderzania kulki łapkami. Te same brudne ściany, obite boazerią z bejcowanego drewna, i zielone kule żyrandoli. Teraz nawet owa niezmienność zdawała się wyjątkowa. Tak to jest, pomyślała Anna; z szafy grającej leciała Vahevala Logginsa i Messiny, podczas gdy powinno to być coś bardziej romantycznego. Jak Sunlight Jesse’ego Colina Younga: Yeah, that’s the way she feels about you – „Tak, ta dziewczyna właśnie to do ciebie czuje”. Ale Anna wiedziała, że wyjątkowość rodzi się po cichu w szarej codzienności. Nieprzystrojona, często niezauważona. Żałowała, że nie może być inaczej. Mimo wszystko wystarczał jej widok Reubena, jego entuzjazm i szczerość. Jego swawolny, krzywy uśmiech. Widziała, że mu się podoba. Nastąpi ciąg dalszy. Na razie tak było doskonale – cicha świadomość tego, czego nie można wypowiedzieć na głos: że Reuben będzie ojcem jej dzieci, że jej życie potoczy się w szczególny sposób, jaki sobie wymarzyła jeszcze jako mała dziewczynka.

– Starałem się do ciebie zagadać od początku semestru – wyznał Reuben.

– Miło, że zwróciłeś na mnie uwagę – odpowiedziała.

– Zwróciłem uwagę? – Reuben uśmiechnął się szeroko. – Jesteś bezapelacyjnie najbardziej promienną kobietą na kampusie.

„Promienną”? Czy kiedykolwiek określił dziewczynę w ten sposób? Wciąż przyzwyczajał się do konieczności mówienia „kobieta” zamiast „dziewczyna”. Ale wcale nie kadził Annie tylko po to, żeby się z nią przespać. Był już zauroczony, zadurzony – a tak naprawdę – zakochany po uszy. Nie przyznałby się do tego na drugiej randce. Musiałby mieć nierówno pod sufitem, żeby teraz powiedzieć Annie, że ją kocha. Jej długie ciemne loki. Te niesamowite zielone oczy. I to nie tylko dlatego, że jest piękna. Owszem, taka promiennie piękna. Nie tylko dlatego, że ma fascynujący śmiech, a śmieje się często. Nie tylko dlatego. Nie tylko dlatego, że właśnie bardzo spoważniała i złożyła wargi w ciup, gdy zadawała mu te drążące, przenikliwe pytania, na które, wydawało mu się, nie znajdzie odpowiedzi. Później jednak odpowiadał, a ona przez cały ten czas patrzyła na niego w najwyższym skupieniu. Nie, nie kochał Anny dlatego, że są sobie przeznaczeni. Jej przeznaczeniem było urodzenie dzieci. Za to akurat ją można by posądzić, że ma nierówno pod sufitem. Reuben dobrze wiedział, że lepiej się nie wychylać z takim komentarzem. Już to, że przyszedł mu do głowy, było dostatecznie dziwne. Wystarczyło mieć łeb na karku i skupić się na rozmowie. Powiedzenie czegoś głupiego w rodzaju: „Jestem już w tobie zakochany, Anno Spark”, w szybkim tempie zaprowadziłoby go donikąd.

Nie zapytała, dokąd się wybierają, póki Reuben nie skręcił w ścieżkę za biblioteką.

– Zaufaj mi – powiedział i wziął Annę za rękę. Trzymał jej drobną dłoń, nawet gdy dróżka zwęziła się tak, że nie mogli już iść obok siebie. Anna szła tuż za nim.

– Przepraszam, jest ciemno – powiedziała, gdy nastąpiła na korzeń i oboje się potknęli.

Ale nie było aż tak ciemno. Księżyc prawie w pełni stał na niebie. Poświata przebijająca się między drzewami była zaskakująco jasna. Annie nigdy nie przyszłoby do głowy łazić po kampusie przez zarośla po zmroku. Chodziła i biegała ze znajomymi po tych ścieżkach, ale zawsze za dnia.

– Uwaga na głowę – ostrzegł ją Reuben.

Właściwie nie widziała, przed czym się pochyla, ale się schyliła. Teraz zdawało się, że zeszli ze ścieżki i ruszyli między rzędami sosen. Pod stopami było więcej tego, o co można się potknąć. Jak daleko ją wyprowadził?

– Trochę jak Jaś i Małgosia – powiedziała.

– Ale na szczęście nie jesteśmy rodzeństwem – odparł Reuben. – Zresztą, jesteśmy na miejscu.

Odchylił gałąź i zamaszystym ruchem ręki dał znak Annie, żeby poszła przodem. Gest był dosyć oficjalny.

– Panie przodem – oznajmił szeptem.

Anna się zawahała. Dokąd? Dlaczego szeptał?

– O! – powiedziała, robiąc krok do przodu. – O – powtórzyła.

Sama też zniżyła głos do szeptu.

– Tak, wiem – powiedział Reuben. – Niesamowite, co?

Ale to było coś więcej, a może właśnie tak wyglądała definicja niesamowitości. To było niewiarygodne, nie z tej ziemi. Polana, duży krąg, w świetle księżyca wszystko było srebrzyste. Kora drzew okalających porębę wydawała się kuta srebrem, pnie wyglądały jak kolumny z inkrustowanego kruszcu lub jak olbrzymi srebrny kandelabr, w którego świetle stali. A ziemia – gęsty mech czy może drobne paprocie? – każdy maleńki listek zatopiony był w srebrze. Ziemia była miękką migotliwą niczym brokat poduszką i buty Anny zanurzyły się w niej, prawie całkiem znikając. Nawet powietrze było jak w srebrnym pierzu. Anna wystawiła ręce przed siebie, jakby te cząsteczki światła były czymś, co można pochwycić w dłoń.

Odwróciła się i popatrzyła na Reubena.

– Uwielbiam to miejsce – powiedział. Uśmiechał się szeroko, z entuzjazmem. Tryskał nim wprost. Jak dziecko. – To moja tajemnica. Najpiękniejsze miejsce na świecie. A teraz i ty tu jesteś, więc piękno jest podwójne, piękno tak porażające, że kładzie na łopatki.

PIES

Gdzie Zeus? Czy ktoś wypuścił Zeusa?

Zeus, tutaj, Zeus.

HEJ

– Hej, żabciu. – Anna odchrząkuje.

Dla Caroline i Molly natychmiast staje się jasne, że dzwoni któreś z trojga dzieci.

– Jest dobrze. Nie ma to jak przyjaciółki. – Głos Anny jest jak z teatru. Bez chrypki. Bez bełkotu lub szczebiotu od morfiny. Nawet plecy ma teraz wyprostowane, nagle silniejsze niż przez cały dzień.

Caroline i Molly nie udają, że nie podsłuchują. Obie się domyślają, że to któreś z bliźniąt. Ale Andy czy Harper? – nie wiedzą.

– Zebranie? – Anna kiwa głową. – Kiedy ma do tego dojść?

Pytania sterujące rozmową.

– Jakie spotkanie? Dzisiaj. Brzmi obiecująco, prawda? – Ucieka od pytań, zadając pytania.

– Czy o to właśnie ci chodziło? – Anna zna się na rzeczy. Który rodzic nie wyspecjalizował się w wyciąganiu informacji?

– Tak, tak. Żartujesz chyba. To szaleństwo! – Radość i śmiech. Głęboki, z przepony.

Molly i Caroline wiedzą, że rzeczywiście się cieszy. Nic nie ucieszyło jej bardziej przez cały dzień niż tętniące entuzjazmem słowa jej dziecka – i sama teraz to przeżywa, radość swojego dziecka.

– Nie, proszę. Wiem, kochanie. Tak mi przykro. – Anna krzywi się i wzdraga, wydaje się, że mówi: „nie”. Obserwują jej twarz, jakby patrzyły w spektrograf, rejestrują najdrobniejszą zmianę.

– Mam tu dziewczyny. Słuchaj, zadzwoń, jak tylko będziesz mieć chwilę, i opowiedz, jak przebiegło to spotkanie. To twój jedyny obowiązek. Będę czekać. Kocham cię, małpko.

Stara się mówić z werwą aż do ostatniego: „Kocham cię, małpko”. Potem wciska guzik kończący połączenie, a Molly i Caroline widzą, jak uchodzi z niej powietrze, a zwiotczałe ciało opada z powrotem na pasiaste poduszki.

– Oby to było szybko. – Szuka w ich twarzach potwierdzenia i obietnicy.

GWOLI ŚCISŁOŚCI, JEŚLI TO MA JAKIEŚ ZNACZENIE

Wspólnie urodziły dwanaścioro dzieci. Miały trzy aborcje na życzenie. Trzy poronienia. Jedna ciąża została usunięta po amniopunkcji, ze względu na wady płodu. To tak gwoli ścisłości.

WIARA

Ming spytała:

– Jak sobie radzicie? Co u Harper i chłopaków?

– Jak sobie radzimy? Jakoś sobie radzimy. – Reuben mówił jak stary Żyd. Szorował kuchenkę. Pochylił się i szorował.

– Czy aby na pewno, Reuben?

Uniósł rękę, w której trzymał żółtą gąbkę powleczoną warstwą środka czyszczącego. Stop. Stop. Stop. Z każdą chwilą wyglądał coraz starzej i bardziej żydowsko.

ZAWSZE

Lodówka wyglądała, jakby kroiła się grubsza impreza. Ile quiche’ów można zmieścić na jednej półce? Przez cały tydzień otwierały się drzwi i okoliczni znajomi znosili coraz więcej potraw, które później z doklejonymi etykietami trafiały do zamrażalnika. W piekarniku ciągle coś się odgrzewało. Sąsiedzi z Doliny musieli się jakoś dowiedzieć, że przedwczoraj Anna wypiła mus z mango. Teraz cała półka była wypchana wszelkiego rodzaju organicznymi musami z mango dostępnymi w sklepach, od Stop & Shop po Trader Joe’s.

Aż Reuben zaczął się zastanawiać, czy ludzie w ogóle rozumieją, co znaczy „opieka paliatywna”.

Jedzenie było reakcją nerwową, zdawał sobie z tego sprawę. Taca ze zdziesiątkowanymi ciasteczkami czekoladowymi dowodziła tego dobitnie. Goście rzucili się na nie, jakby miało nie być jutra.

Patrzył, jak przyjaciółki z dzieciństwa zachłystują się radością za każdym razem, gdy Anna podniesie łyżkę, jakby dokonały magicznego uleczenia za pomocą zupy.

– Reuben? Jak się dzisiaj trzymasz? – To była Kate, pielęgniarka z hospicjum.

Pokiwał głową nadal pochylony, układając jedzenie na półkach. Doceniał nacisk, jaki Kate kładła na to, że opieka hospicjum rozciąga się także na bliskich, którzy troszczą się o pacjenta, ale codzienne odpowiadanie na jej pytania stało się jeszcze jednym obowiązkiem do odfajkowania.

Przykucnęła obok niego.

– Wszystkim się wydaje, że hospicjum jest po to, żeby urządzać przyjęcia składkowe? Nie chcę nikomu psuć zabawy, ale te hordy przyjaciół i znajomych, które zjawiają się co godzina, to chyba lekka przesada.

Reuben się żachnął.

– Tak już z Anną jest. – Wiedział, że powinien powiedzieć więcej. Dać Kate lepsze wyobrażenie o osobie, którą się opiekuje. Powiedzieć, jak wszyscy szaleją na punkcie Anny. Ale dowcipna uwaga pielęgniarki poruszyła strunę w ciemniejszej stronie jego duszy.

– Czy komukolwiek przyszło do głowy, że może ona by chciała odrobiny ciszy i spokoju?

– Ha, to jeszcze nic. Będą się tu zjeżdżać całymi autokarami. – Nie pamiętał, kiedy ostatnim razem z kimś dowcipkował.

– Może użyczycie mi paru gości dla tych z moich podopiecznych, którzy nie mają nikogo.

– Dajmy spokój z użyczaniem. Możemy otworzyć wypożyczalnię. Założyć działalność gospodarczą.

Dobrze się bawił. Dobrze i niegrzecznie.

Kate dotknęła lekko jego barku.

– Anna powiedziała mi wczoraj, że chce przestać jeść.

Reuben wyjął zapiekankę ze szpinakiem i grubymi plastrami sera.

– Miała mdłości?

Rozwinął folię spożywczą i naciągnął kawałek na naczynie.

– Pyta, jak może popchnąć sprawy do przodu.

Reuben dalej wyciągał jedzenie z lodówki, podczas gdy Kate wyjaśniała, że nieprzyjmowanie pokarmu może przyśpieszyć cały proces. Ułożył stos kolorowych naczyń ceramicznych.

– Tak mówiła? Że przestaje jeść?

Usiadł na wykafelkowanej podłodze przed otwartą lodówką. Powinien chyba zawiesić kartkę z napisem: „Uprasza się nie przynosić więcej jedzenia”. Ale ludzie powiedzą, że stracił prawo do składania oświadczeń o tym, czego Anna chce.

– Bierze pod uwagę wszystkie dostępne możliwości.

Reuben wstał, pozostawiając zapiekanki w nieładzie na podłodze. Otworzył szufladę ze szpargałami i zaczął przetrząsać jej zawartość w poszukiwaniu kartki i długopisu. Jakie miał prawo wieszać cokolwiek na lodówce w domu, w którym już nie mieszkał? Wziął zielony pisak. „Nie przynosić więcej jedzenia”. Przyczepił kartkę do lodówki magnesem w kształcie kawałka pizzy.

Chrzanić ich wszystkich! Ma wszelkie prawo.

2008 – W GRUZACH

Ming winiła za to Dolinę. Winiła tutejszych znajomych Reubena i Anny. Powiedziała, że ci dwoje wpadli na pomysł separacji tuż przed tym, gdy dzieci miały opuścić dom, wyłącznie dlatego, że taka jest akurat moda w okolicy. Teraz, zamiast urządzać imprezy składkowe, znajomi z Doliny zaczęli wyjeżdżać na treningi do świątyń medytacji siedmiu czakramów albo do sauny. A wraz z treningami zdawało się przychodzić gwałtowne przebudzenie. Głównie seksualne. Czy to z instruktorami jogi, czy z kolegami z pracy. Nawet z mnichem. Połowa ich znajomych z Doliny nagle zapragnęła więcej przestrzeni. Nie wierzyli już w stary paradygmat, w ograniczenia narzucane przez małżeństwo.

– Nie wierzycie? – spierała się Ming z Anną i Reubenem, kiedy jak co miesiąc przyjechali do Great Barrington na kolację u niej i Sebastiana. – Dorosłość to ograniczenia. – Powiedziawszy to, Ming dolała sobie wina.

Rozstawanie się było lekkomyślnością. Dwa domy, dwa rachunki za ogrzewanie i za telefon. Kto ma tyle forsy do wyrzucenia? Ming twardo stąpała po ziemi. Komu nie marzy się romans? Ale kto ma na niego czas?

Reuben i Anna upierali się, że nie ma nikogo trzeciego. Stara śpiewka. Dwadzieścia lat. Teraz w gruzach.

– Co wy wyprawiacie? – Ming wychyliła kieliszek. – Macie o wiele lepsze małżeństwo niż my.

– Ej! – żachnął się Sebastian. Trzymał w garści szczypce kuchenne. W całym domu unosił się aromat ziół i czosnku.

Ming skłaniała się ku starej szkole. Wierzyła w przysięgę, jaką ona i Sebastian wspólnie złożyli. Chodziło właśnie o to, żeby wytrwać ze sobą podczas odpływów, a nie przypływów. Chinka i Ekwadorczyk – przypuszczała, że ze względu na pochodzenie przynależeli również do Starego Świata.

– Kto inny by mnie tak karmił? – Ming rozpromieniła się, gdy Sebastian przyniósł półmisek pieczonych ryb i warzyw.

Poczekał, aż wszyscy usiedli, po czym postawił naczynie na stole. Jedzenie było przyjemnością wymagającą ceremoniału.

– Przy dobrym jedzeniu nie wolno mówić z goryczą czy żalem.

Sebastian się ukłonił.

Ale po posiłku i winie Ming się rozpłakała.

– Jesteście naszymi przyjaciółmi. Spotykamy się na kolacjach. Spędzaliśmy razem wakacje. A co ze wszystkimi naszymi dziećmi?

– Ming, robimy to na próbę. Nie na zawsze – powiedziała Anna. – Chcemy przyjrzeć się temu, kim teraz jesteśmy, i zastanowić, co ma sens.

Które małżeństwo mogłoby przetrwać taką próbę?

Reuben zaczął zbierać talerze. Wyglądał na bardzo podekscytowanego. Anna zresztą też. Jakby oboje jeździli już na festiwale muzyczne lub uprawiali heliskiing bez nadzoru rodziców.

Ming, nagle zimna i wkurzona:

– Oboje podurnieliście. A róbcie, co chcecie!

W RZECZYWISTOŚCI

– No, no, no – zaintonowała Kate, odkładając torbę pielęgniarską i plecak. – Zupełnie nowa Anna.

Anna, w czystych legginsach i należącej do córki bluzie z college’u, z wilgotnymi włosami splecionymi w warkocz z boku, wypoczywała w salonie, popijając z wysokiej szklanki napój z mango.

– To szaleństwo! – Zaśmiała się z czegoś, co powiedziała Caroline. Promienny uśmiech. Królewski zarys szczęki.

– Taka jest naprawdę Anna. – Głos Molly brzmiał zaczepnie jak u naburmuszonej nastolatki. – Taka jest w rzeczywistości.

Wskazała ją uroczystym ruchem ramion. Morfina, senne rozkołysanie, płytki i stłumiony oddech, przymknięte oczy, ta ledwie zmarszczka pod kołdrą – to nie była Anna.

Kate wyjęła ciśnieniomierz i zaczęła go rozkładać.

– No to, prawdziwa Anno, sprawdźmy, jak się rzeczywiście masz.

1976 – POD WIĄZEM

Molly wciąż była prawie pewna, że jedyną osobą, która kiedykolwiek dowiedziała się o tym, że się całowały, był dozorca na Farmie. Kiedy Molly i Anna zobaczyły go z nożycami do przycinania nierównego żywopłotu, wcale nie przestały.

– Niech ma wspomnienie na całe życie – wyszeptała Molly i przesunęła językiem po górnej wardze Anny.

Całowanie się było pomysłem Molly.

– Czemu nie? – powiedziała. – Będzie fajnie.

Rozumowała następująco: obie dawały chłopakom, których ledwo znały, robić ze sobą znacznie więcej, niż tylko się całować. Każda z nich prowadziła listę i podobało im się, że niektórzy chłopcy pojawiają się na obu. Robbie Bradford całował jak ryba. Frank Fajtłapa pakował każdej z nich do środka gruby palec. Jose był tak wprawnym kochankiem, że przezwały go „królem miziania”.

Pomysł może był Molly, ale to Anna przycisnęła ją do pnia wiązu.

– Jesteś taka śliczna – powiedziała i pochyliła się, całując ją nieśmiało. Potem pocałowała Molly znowu, ich języki śmigały, baraszkując. Molly aż poczuła ból z podniecenia. Obróciła Annę tak, że to ona teraz stanęła plecami do drzewa. Przywarła do Anny, ich naprężone ciała ocierały się o siebie rozkołysane. Inaczej niż z chłopakami, obie miały otwarte oczy tak długo, aż się zatraciły i dały ponieść pożądaniu do tego stopnia, że powieki same się zamknęły.

– Nigdy nikomu o tym nie mówmy – powiedziała Anna, gdy wymknęły się przez dziurę w płocie.

– Chodzi ci o Helen. – Molly nie podobała się dziecinna złość, której nie mogła opanować.

– Chodzi mi o to, że chcę dzielić z tobą ten sekret. – Anna otoczyła wargami dołeczek w brodzie Molly.

– Tylko ze mną i dozorcą – zażartowała Molly, bo zawsze lepiej mieć poczucie panowania nad sytuacją.

BŁOTO

Helen wychyliła się przez barierkę werandy. Taras wydawał się rozchwiany. Dom też. Niezupełnie w ruinie, ale zaniedbany. Wypaczone deski, wystające gwoździe. Poręcz wyglądała jakby miała się rozlecieć. Pofałdowana podłoga pilnie wymagała remontu. A potem cyklinowania i bejcowania. Kto mógłby nadążyć ze wszystkimi naprawami? Nawet w normalnych okolicznościach dom wymagał nieustannych nakładów. A tutaj przez kilka ostatnich lat na dodatek ten idiotyzm – Reuben mieszkał gdzie indziej, Anna zaś częściej była chora niż zdrowa. Dosyć. Dosyć już tego. Nie wyszła na werandę, żeby odgrzebywać kolejne problemy. Zaczerpnij świeżego powietrza. Złap oddech.

Helen puściła poręcz i strzepnęła z dłoni kawałki złuszczonej farby. Powinna opatulić przyjaciółkę w coś ciepłego i wyprowadzić z domu. Ale Anna się nie zgodzi. Albo tylko zmruży oko, patrząc na Helen, i wyniośle pokręci głową, jak to ona. Uprze się, że to już niemożliwe. Niemożliwe, żeby poradziła sobie na zewnątrz. A przecież to było możliwe. Helen by jej dopilnowała. Owinęłaby Annę wełnianymi kocami i wyniosła z domu. Posadziłaby ją na drewnianym krześle. Kiedy tamta by się już tu znalazła, spodobałoby jej się to ciężkie powietrze podczas odwilży. Zachwyciłaby się jego lekką słodyczą. Helen musiała wierzyć, że Anna wciąż może tak to odczuwać. Chociaż nie była pewna, ile jeszcze zachwytu jej pozostało.

Coś mignęło w pobliżu. Skrzydło, błękitne. Modrosójka? Lecz wśród nagich gałęzi drzew Helen nie zdołała dojrzeć żadnego ptaka. Może jednak niczego przed chwilą nie widziała. Spojrzała z powrotem w głąb domu. Wydawało się to takie normalne: widzieć, jak wszystkie siedzą tam razem, jedzą i rozmawiają. Tak jak zawsze, spędzają wspólnie czas. Ming odrzuciła głowę do tyłu w reakcji na coś, co ktoś powiedział. Molly siedziała teraz przy Annie i masowała jej nogi. Przyjaciółki śmiały się, były sobą. Caroline, mówiąc, trzepotała nerwowo upierścienionymi palcami. Ming przechylała głowę to w tył, to w przód, to na boki, kiedy się śmiała. U każdej z nich Helen dostrzegała owe wszystkie drobne, szczególne gesty, definiujące osobę. U każdej z wyjątkiem Anny. I nie chodziło o to, że Anna zmieniła się nie do poznania. Że nie była sobą. Właściwie wyglądała lepiej niż ostatnim razem, gdy Helen ją widziała. Twarz miała pełniejszą, rumiane policzki.

Mimo to nic w tym domu nie było normalne. Anna to była sobą, to przestawała nią być. Pielęgniarka z hospicjum oznajmiła, że to „kwestia tygodni”. Lub dni. Tak po prostu. Helen oglądała więc żałosny teatr normalności.

Dlaczego tylko ona czuła się zdradzona?

Spojrzała na drobne plamy wątrobiane, żółtawe punkciki, które pojawiły się na jej dłoniach. Była przyzwyczajona do skóry suchej jak łuska i do zaschniętej farby pod paznokciami, ale kiedy te dłonie stały się dłońmi staruszki? Wszystko to było takie pomylone. Anna umierała, a ona, Helen, się zakochała. I teraz wychodziła za mąż. W tym domu umierała jej najlepsza przyjaciółka, ona zaś była kobietą w średnim wieku, która rozpoczynała nowe życie. Stara czy nie, szumiało jej w głowie ze szczęścia, a serce trzepotało bez opanowania, gdy tylko myślała o Asie. Żywe i chętne – takie było jej ciało. Jezu, ciało w miłości jest śmieszne i tak pełne nadziei. Anna umrze, a ona, Helen, powie sakramentalne „tak”.

Miała ochotę do niego zadzwonić. Nawiązać kontakt z Asą. Nie była jednak pewna, czy w tych gęstych lasach telefon ma zasięg.

To dopiero zdrada. Czy ponosi winę tylko za to, że czuje się szczęśliwa? Co w tym wszystkim w ogóle jest w porządku?

Helen żałowała, że nie ma tu braci Anny. Wciąż myślała o nich jako o Mikeyu i Bobbym, jej młodszych braciach, choć teraz obaj byli już po czterdziestce. Słyszała, że przyjechali w ostatni weekend błagać ją, żeby spróbowała raz jeszcze. Nic z tego nie wyszło. Ale wspólnie, jak ostatnio, mogliby ją przekonać. Michael był internistą, a Robert laryngologiem; wierzyli w potęgę medycyny. Do diabła z Ming, Molly i Caroline – okazały się bezużyteczne, brały stronę Anny, jakby nie pamiętały, jak bardzo w ostatnich latach był jej potrzebny ich sprzeciw wobec negatywnego myślenia. Już cztery razy, a każdy przypadek nieprzewidywalny. Nie nieprzewidywalne, ale rzadkie, dziwne komórki, masa nowotworowa w sercu. Czy nie taka właśnie była puenta Anny? „Po co pokonywać coś normalnego, skoro mogę pokonać coś wyjątkowego?”. A teraz Anna postanowiła się poddać, tak po prostu?

Prześmiewczy wrzask i kobaltowy błysk pomiędzy matowymi gałązkami sosny. Więc tam był ten ptak. A potem drugi. Ich widok podniósł ją na duchu. Głosy obu tchnęły w nią niewytłumaczalną nadzieję. Nie metaforyczną, tylko nieme szczęście, że powietrze ma chłodny posmak ziemi i liści. Że pora roku się zmienia. Że gdyby Bobby i Mikey ją poparli, nie ustępowali, to Anna dałaby się przekonać. Że ona i Asa będą mieli wspólne życie.

„Tęsknię za Tobą. Tu jest bardziej niż smutno” – napisała do Asy w esemesie. Wcisnęła „wyślij” i patrzyła, jak wypełnia się miarka wskazująca wysyłanie wiadomości. Zależało jej na tym, żeby esemes doszedł. W razie czego mogłaby wyjść na podjazd. Lub pojechać do miasteczka, byle znaleźć zasięg.

Nie przyznała się jeszcze przyjaciółkom. Chciała powiedzieć Annie pierwszej. Że Asa, ni stąd ni zowąd, poprosił ją o rękę. Asa, który twierdził, że nigdy więcej się nie ożeni. Anna mówiła od samego początku: „Helen, przecież Asa to ten jedyny. Jest światłem i wyprowadzi cię z tej zatęchłej jaskini, w której siedzisz”. Pomyślała o pewnym popołudniu w jej mieszkaniu. Trzecia remisja. Anna przestała wreszcie nosić tę głupią perukę. Wyglądała jak francuska modelka, krótkie włosy nadawały jej łobuzerski urok chłopczycy. Tylko ona mogła wyglądać tak pięknie z prawie łysą głową. Asa wygłupiał się z Anną, a Anna się z nim droczyła. Tamtego popołudnia Helen patrzyła, jak jej najlepsza przyjaciółka i mężczyzna, w którym się zakochała, żartują ze sobą, i była taka dumna z Anny, że ta umiała tak beztrosko wskoczyć w główny nurt życia, od razu na głęboką wodę. Z całą niewyczerpaną nadzieją. Popatrzyła na Asę i obiecała sobie: będę czerpać całymi garściami i smakować to, czym ten związek może być.

Udało się, wiadomość została wysłana. I w okienku zobaczyła odpowiedź Asy. „Nie trać czasu na tęsknienie za mną. Bądź radosna. Przekaż jej swoją radość”. Przeczytała esemes od Asy. Przeczytała po raz drugi. Żałowała, że nie napisał, jak miałaby wykrzesać z siebie tę radość. Albo że nie napisał więcej. Jak długo może czytać w kółko jedną wiadomość, odwlekając powrót do środka?

– Helen.

Molly rozsunęła drzwi i popatrzyła na nią z taką dobrocią, taką czułością, że Helen musiała odwrócić wzrok.

– Anna o ciebie pyta – powiedziała Molly. – Nie wie, gdzie jesteś.

Anna jej szuka? To prawie zabawne. Przecież to Anna ją opuszcza. Helen nie chciała wchodzić do domu. Nie w tym stanie, nie tak paskudnie skołowana, że brakło jej tchu. Chciała przynajmniej jeszcze raz zobaczyć królewskie ubarwienie tego ptaka.

– Wszystko mi się kićka – powiedziała do Molly. – Jestem do niczego.

Przyjaciółka się roześmiała.

– Chodź, kochana. Teraz wszystkie jesteśmy do niczego.

2009 – SZUM

Ten Asa to był w ogóle dzięki Annie.

Helen zapytała:

– Kto przychodzi do szpitala i się zakochuje?

Anna ostrożnie pociągnęła napój przez plastikową słomkę. Przełykanie wymagało wysiłku.

– Dostałam nawrotu po to, żeby odmienić twoje żałosne życie. A w zamian otrzymałam od ciebie tylko ten shake waniliowy.

Helen zgodziła się, by przyjaciółka odgrywała rolę jej swatki, ponieważ zgodziłaby się właściwie na wszystko, byle tylko tamta nie rezygnowała z leczenia. Zresztą gadanie o chłopakach było jedną z ich rozrywek, odkąd w czwartej klasie obie zakochały się w Timmym Cannonie.

– Powiedziałam mu, że jesteś najbystrzejszą osobą, jaką znam – oświadczyła Anna. – Ale, Heli, przygotuj się, bo on jest o wiele bystrzejszy niż ty. – Od dawna nie miała na Helen tak dużego wpływu. – Jak go poznasz, właściwie będzie udowodnione, że jestem o wiele lepszą przyjaciółką. – Najwyraźniej zamierzała wycisnąć ze swojej dominacji tyle zabawy, ile się da.

Helen wgramoliła się do szpitalnego łóżka Anny. Okazało się, że tak jest łatwiej niż patrzeć na rząd pikających monitorów. Wszystkie te niskie wykresy, nagle wypiętrzające się w poszarpane szpice, działały na nią rozstrajająco. Wiele popołudni drzemały tak razem.

Helen przypomniała Annie, jak próbowała już swoich sił w roli swatki. Wiosną w dziesiątej klasie Anna i Molly stały na werandzie domu Colina O’Reilly’ego. Chodził do dwunastej klasy i miał zajęcia plastyczne razem z Helen. Pływak, który dopiero w ostatniej klasie odkrył, że uwielbia rysować i umie to robić.

– Myślisz, że mógłbyś pójść z Helen na randkę? – Anna uśmiechnęła się promiennie do Colina przekonana, że wystarczy mu to powiedzieć. – Helen jest niesamowita – dodała. – Tylko trochę nieśmiała.

Szczęście w nieszczęściu, że Anna i Molly odczekały cały rok, nim wygadały się Helen.

– Był naprawdę miły – stwierdziła Anna. – Powiedział, że jesteś super. Tylko że nie szukał nikogo na poważnie przed college’em.

Anna odstawiła niedopity shake na przepełnioną tacę przy łóżku.

– Spójrz prawdzie w oczy, Helen. Sama nigdy nie umiałaś wybrać zbyt dobrze.

Helen zamknęła powieki, podczas gdy przyjaciółka wyjaśniła jej, dlaczego ten mężczyzna, Asa, jest w sam raz dla niej. Nie chodziło tylko o żartowanie przy łóżku jego chorej matki, która leżała w pokoju naprzeciwko, ani o to, że nie skapitulował i nie ograniczał się do biadolenia przy łożu śmierci, ani o to, że zaczął zaglądać do Anny i dawać jej bananowy smoothie z dodatkiem masła orzechowego. „Pieprzyć tę zabójczą chemię, dziewczyno, potrzeba ci kalorii”. I nie chodziło o jego podstępnie uroczy uśmiech ani o poważny, obłędnie jasny kolor oczu. Albo chodziło o to wszystko razem, powiedziała Anna do Helen. I o to, że Asa to solidna firma. Zabawny, bystry. I solidna firma. A najlepsze, że do tego nieprzewidywalny.

– Dorosły. – Anna rozplątała przewód, który utknął pod nogą Helen. – I być może w sam raz na tyle dziwny, żebyś nie straciła zainteresowania.

– Co to za dziwne imię? Asa – powiedziała Helen.

– Właśnie o to mi chodzi.

*

Kiedy Helen poznała Asę, usłyszała go, zanim jeszcze zobaczyła. Krzyczał na korytarzu.

– O jakim konkretnie powrocie pan mówi, doktorze? Co pan niby obiecuje mojej matce w ciągu tych fantastycznych dodatkowych miesięcy oprócz nudności i rozdzierającego bólu podczas rekonwalescencji po operacji?

Anna szepnęła bezgłośnie: „To on”.

Z miejsca, gdzie Helen siedziała, po tej samej stronie zasłonki co przyjaciółka, zobaczyła męskie dłonie, które cięły powietrze jak podczas walki karate. Nie widziała jego twarzy. Pomyślała, że z tym pewnym siebie jedwabistym głosem mógłby być spikerem radiowym.

Właściwie wydawał się trochę straszny.

Lekarz nie mógł wtrącić nawet słowa, Asa przerabiał go na sieczkę. Helen nerwowo czekała z nadzieją, że pan doktor zamknie facetowi usta niepodważalnymi faktami i dowodami.

Ale tamten tylko międlił słowa. Spróbował kilku wyjaśnień, które jednak Asa natychmiast zanegował, bezlitośnie obnażając dziury w lekarskim rozumowaniu za każdym razem tym samym pytaniem: „Jak to poprawi jakość jej życia?”.

Anna wyglądała na zachwyconą. Jakby każda klęska doktora dowodziła, że Helen nieuchronnie zgodzi się z jej wyborem.

– Aso! – zawołała Anna, gdy doktor, rozbity w proch, wycofał się, mówiąc, że musi iść. – Jak już wykończyłeś własną mamę, bydlaku, to chodź tutaj do nas!

Zanim wszedł, Helen uznała, że właściwie nie cierpi tego faceta, który zachęcał Annę do wisielczego humoru. Ale Asa, który usiadł przy łóżku jej przyjaciółki, zachowywał się łagodnie i troskliwie. Zapytał Annę o mityng pływacki jej córki. Znał imiona wszystkich jej dzieci.

Potem skinął głową do Helen.

– Wiem o tobie zbyt wiele, żeby udawać, że nie zżera mnie ciekawość, jaka naprawdę jesteś.

– Lepiej uważaj. Anna jest patentowaną kłamczuchą – odrzekła Helen przejęta myślą, że przyjaciółka ma rację, jeśli chodzi o jego oczy. Wtedy Asa się uśmiechnął i Helen pomyślała, że co do uśmiechu Anna też się nie pomyliła.

WEWNĄTRZ

Molly została na dworze, na werandzie na tyłach domu. Żadna do niczego już się nie nadaje, tak powiedziała do Helen. Ale wczoraj wieczorem Serena oznajmiła Molly, że rozmawiała z kolegami i sama poczytała. Były powody do optymizmu, jeśli chodzi o ten nowy lek. Lekarz Anny dokonywał ważnych odkryć na temat układu odpornościowego. Serena zaproponowała, że przyjedzie i pomoże wyjaśnić założenia programu leczenia, bo Anna zawsze twierdziła, że Serena umie wytłumaczyć medyczny bełkot tak, że staje się prawie zrozumiały.

– Zapomnij o remisji – poinstruowała ją Serena. Nowy model zakładał przewlekłość. Myśl o nawrocie.

– Kiedy znowu ci się pogorszy, ten nowy lek będzie już przebadany w tę i z powrotem.

Ale Molly przekonywała, że to w porządku, żeby nie zgadzać się już na żadne terapie.

Serena zareagowała szorstko i chłodno, nie musiała tłumaczyć, co ma na myśli. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych Molly miała pierwszą kliniczną posadę w Fenway Community Health Center. Było tam tak wielu chorych młodych ludzi. Tyle razy wieczorem wracała z pracy, słaniając się na nogach z wyczerpania, i gramoliła się do łóżka. Tylko na to miała siłę. Tak wiele osób umierało na tę straszną nową chorobę. Na AIDS nie było żadnego lekarstwa. Nie prowadzono żadnych poważnych badań. Zdawało się, że przez dwa lata co tydzień ona i Serena chodziły na jakiś pogrzeb. Albo stały w płaszczach zapiętych pod brodę na bostońskim zimnie i krzyczały: „Milczenie równa się śmierć!”. Dopiero w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym roku zaczęto prowadzić poważne testy kliniczne leków na HIV. W Fenway Community Health Center Molly przekonała się, jak medycyna wszystko zmieniła.

Molly nie zgodziła się, by Serena z nią przyjechała.

– Ale ona musi zrozumieć, że granica się przesunęła. Że wszystko idzie szybko do przodu. Z prędkością naddźwiękową.

– Nowy lek nie zawsze stanowi odpowiedź.

– To zdumiewające, Molly. Akurat ty widziałaś, ile medycyna może zdziałać.

Czy Serena insynuowała, że Molly jest to dłużna wszystkim pacjentom z HIV, z którymi pracowała? Że odmowa w walce o Annę jest zdradą wszystkich ich drogich nieżyjących przyjaciół? Że to zdrada Anny?

Czy ona, Molly, słysząc, jak przyjaciółki śmieją się w domu, naprawdę wierzyła, że już wszystko na nic?

LUTY 2012 – LEKARSTWO

Helen nacisnęła guzik domofonu, wpuszczając Roberta i Michaela. Wbiegli po schodach, przeskakując co drugi stopień, i żaden nie zwolnił ani na chwilę, gdy pokonywali dwie kondygnacje. Pocałowali Helen na powitanie i wmaszerowali pewnym krokiem do mieszkania. Zawsze ją zdumiewało, jak bardzo są podobni do swojej siostry. Do Anny sprzed okresu leczenia.

– Ona nie czuje się dobrze. – Ming skinęła głową na Annę, która kuliła się zagrzebana w białe poduszki na kanapie Helen. – Nie może mówić.

Ming pokazała na własne gardło.

Helen pogrzebała w poduchach, aż znalazła kawałek twarzy Anny do pocałowania.

– Hej, kochanie – powiedziała. – Bobby i Mikey przyszli.

– Anno. – Robert przepchnął się obok niej i usiadł właściwie na siostrze. – Musisz usiąść prosto.

Odsunął poduszki. Jakby mógł ją zmusić do tego, żeby usiadła.

– Czuje się fatalnie – powiedziała Helen i popatrzyła na Ming.

Może popełniły błąd, że zgodziły się na wizytę braci, kiedy ci tak bardzo nalegali. Anna poprosiła Helen o przekazanie im swojej decyzji:

– Ona już nie chce więcej znosić tak okropnego bólu – oznajmiła więc, gdy dodzwoniła się do Michaela. – Te leki ją zabijają. Dokonała wyboru. – Starała się przedstawić stanowisko Anny w sposób neutralny: – To jej ciało.

– Nie bądź śmieszna – prychnął Michael i prędko dodał: – Przerwanie leczenia nie wchodzi w rachubę.

Robert posadził siostrę prosto. Otulił ją mocnym, opiekuńczym uściskiem.

– Ustawią ci lepiej leki, Anno – wyjaśnił. – Są też środki przeciwbólowe.

Nie otworzyła oczu. Powoli pokręciła głową. „Nie. Nie”.

Michael usiadł przy niej po drugiej stronie.

– Masz umówioną wizytę u doktora Lee. Rozmawiałem z nim. Jest plan.

„Nie. Nie. Nie”. Na wszystko, co mówili.

Anna wydęła wargi, dając Ming i Helen znak, żeby interweniowały, ale bracia stłumili jej protesty. Byli nieprzejednani i niezmordowani w swojej argumentacji. Poza tym sprawa zaczęła się przedstawiać sensownie. Wybroczyny da się powstrzymać, jeśli Anna od razu zacznie obmywać miejsca, gdzie poczuła choćby najlżejsze swędzenie. Przyznała, że ból ust był tak obezwładniający, że nie miała siły stosować drugiego leku.

– Nie mówię, że nie masz wyboru. Oczywiście, to twoje ciało. – Głos Michaela złagodniał trochę, nie tracąc przy tym ani odrobiny zdecydowania. A potem Mikey całkiem się rozkleił i zaczął mówić jak do małego dziecka. – Ale potrzebuję cię, siostrzyczko. Tak cię proszę. Chociaż jeszcze jeden miesiąc.

Helen przyniosła miseczki z jogurtem i łyżki. Anna przełykała z wysiłkiem. Wszyscy solidarnie jedli powoli swoje porcje.

Anna się zgodziła. Tylko miesiąc. Miesiąc, a potem się zobaczy. Zgodzić się było łatwiej.

– Ale to mój wybór – wyszeptała, starając się wydać z siebie głos. – Każde z was musi to przyjąć do wiadomości. Od tej pory wybór należy do mnie.

PROCENT

Kiedy Kate wyszła z pokoju, Anna oznajmiła:

– Jest idealna dla Reubena.

To było zabawne, ale wcale nie żartowała.

– Serio. Pomyślałam o tym za pierwszym razem, kiedy przyszła porozmawiać o opiece nade mną. Gadała i gadała o hospicjum, a ja myślałam sobie: „Możesz wyjść za Reubena”. Jest taka ładna. Naprawdę ładna i miła. I czy nie wydaje się trochę podobna do mnie?

– Rzeczywiście urocza – przyznała Ming. – I ma zielone oczy tak jak ty.

Ming była gotowa zgodzić się na wszystko zachwycona, że przyjaciółka jeszcze nie przestała być sobą, bystrą i kontrowersyjną Anną.

– Powiedziałam Reubenowi, że ma moje błogosławieństwo w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach.

– Jest gotów ochajtać się z twoją pielęgniarką? – Ming chciała tylko dalej z nią żartować.

– Och, biedny Reuben. Tak bardzo się stara nie robić tego, co mu mówię. Ale choćby się bronił rękami i nogami, ostatecznie dojdzie do wniosku, że mam rację.

MIĘSIEŃ

Anna poruszyła głową, rozglądając się za Helen. Wszystko wymagało wysiłku. Szukała Helen. I znalazła. Z Reubenem. Siedzieli we dwoje przy stole. Przyjaciółka miała przechyloną głowę, policzek oparła na barku Reubena. Reuben mówił, a Helen płakała.

Wracaj do mnie, pomyślała Anna zaskoczona, że mięsień zaborczości wciąż się napina.

Ale czyjego powrotu pragnęła bardziej? Nie była pewna.

DOBRA PARTIA

Przez lata separacji z Anną Reuben trochę próbował umawiać się z innymi kobietami. Zawsze jednak kończyło się tak samo. Nawet jeśli pierwsza randka poszła dobrze. Ale potem, na drugiej, na przykład po wycieczce na nartach, o zmierzchu, w restauracji, przy obiecująco nastrojowym świetle, słyszał monotonny tembr swojego głosu, wyjaśniającego sytuację. Przede wszystkim to jego ubezpieczenie zdrowotne. Kto mógł winić kobietę za to, że starała się jak najszybciej dokończyć kolację, mówiła, iż podziwia go, jego wierność, ale to nie dla niej? Rachunek, proszę. Sam też by się ze sobą nie umawiał.

KOŁO RATUNKOWE

Caroline widziała zmęczenie wyryte na twarzy Reubena, gdy Helen kuliła się obok niego. Powinna ruszyć mu na pomoc. Potajemnie dać do zrozumienia: „oboje jesteśmy opiekunami przewlekle chorych”. Ale trzymanie się od Reubena z daleka to najlepsze, co mogła zrobić. Mniej gadania. Wiedziała, że Reuben nie może sobie pozwolić na opuszczenie gardy. Niech więc dalej je swój posiłek i pucuje kuchnię jak maniak czystości. Nie potrafiłby się przyznać, że może nawet by się ucieszył, gdyby to się wreszcie skończyło. Jasne, owa „przewlekłość” mogła budzić w Helen nadzieję. Ale Caroline wiedziała, co rzeczywiście oznacza określenie „przewlekła choroba”. Wiedziała z pierwszej ręki, jakich wymaga wyrzeczeń. Jakich wyrzeczeń wymagała od Reubena. Bo czy ona sama, bez względu na to, jak bardzo się bała za każdym razem, gdy Elise dostawała napadu albo przepadała jak kamień w wodę, gdzieś w głębi duszy nie miała nadziei, że odbierze ten najgorszy telefon? Do jasnej cholery, musiała to przyznać przynajmniej przed sobą: podziwiała stanowczość, z jaką Anna domagała się końca. I decydowania o własnym losie.

Reuben ulegał Helen, ale Caroline widziała, że raczej wolałby wyszorować zlew lub zrobić cokolwiek innego, co miałoby wymierny efekt. Sprzątanie, żartowanie, robienie zakupów, robótki na drutach – Caroline nie spotkała jeszcze opiekuna, który nie miałby jakiejś odskoczni, czegoś, co pomagało przetrwać najgorsze, uporać się z sytuacją. O ile w ogóle było to możliwe.

Caroline wcale nie uważała żadnego z załamań swojej siostry za rzeczywiście zabawne. Ale co miała do wyboru? Czy w ogóle istniał jakiś wybór, oficjalny formularz opiekunki starszej siostry, który można było wypełnić i podpisać? Tak się po prostu złożyło. Sytuacja dojrzewała powoli. Minęły lata, zanim się zorientowała, że to nie pojedyncze wybryki, że jej pełna życia, cudowna siostra nie ma po prostu gorszego okresu, tylko jest chora. I właśnie gdy Caroline wydawało się, że może wrócić do tego, co nazywała normalnym życiem, Elise przestawała brać leki i znajdowano ją, jak włóczy się na bosaka – a raczej całkiem goła – gdzieś w Toronto. W Toronto, jeśli Caroline miała szczęście. Elise lubiła dalekie wycieczki, co wynikało z jej umiłowania egzotyki i luksusu, ale zabawne to nie było. Powolne, postępujące wyniszczenie duszy i ciała jej pięknej siostry, tej, którą Caroline w dzieciństwie ubóstwiała, nie miało w sobie nic zabawnego. Utrata zębów, spowodowana lekami otyłość, domy opieki, zapętlone paranoiczne myśli, mania wielkości, pielęgniarki środowiskowe, zaległe opłaty i czynsze, telefony na koszt odbiorcy, brak wieści całymi tygodniami. Ale były z tego dobre opowiastki. Caroline wiedziała, że przyjaciółki nie odmówią jej wysłuchania tego. Bo jaka była alternatywa? Biadolenie? Narzekanie, jak ci wiecznie labidzący nieznośni krewni, którzy całymi dniami rozmawiają online, tworzą sale rozmów dla rodzin osób, które teraz nazywano emocjonalnie niedostosowanymi lub odmiennymi neurologicznie. Kiedy to właściwie w ciągu tych lat, gdy Caroline była zajęta opieką nad Elise, stare dobre słowa, takie jak „czubek” czy „wariatka”, stały się zakazane?

– Helen. – Caroline uznała, że równie dobrze może rzucić Reubenowi koło ratunkowe.

Tamta nie podniosła wzroku. Za bardzo ją pochłaniało wylewanie żalów.

– Helen. – Caroline nie dała za wygraną i właściwie wbiła się klinem między Helen a kurczowo ściskane przez nią ramię Reubena. – Anna prosi, żebyś przyniosła jej szklankę wody z lodem.

PRZYSIĘGA

Przestań, Helen! – miał ochotę zawołać Reuben, gdy patrzył, jak ta przysiadła na kanapie i położyła sobie na kolanach nogi Anny. Helen dotykała jej łydek i rozmawiała, bez wątpienia przedkładając swoją samolubną prośbę o dalsze leczenie. Najpierw dopadła jego, więc teraz mógł się domyślić, co mówi Annie. Na Helen nie można było liczyć, Anna to przewidziała, a teraz Reuben zrozumiał, że miała rację. Jego żona zawsze dobrze wybierała sprzymierzeńców. Może nie same tematy sporów, ale sprzymierzeńców owszem.

Co ta Helen sobie myśli? Że on, Reuben, świetnie się bawi przy tej opiece paliatywnej? „Póki śmierć nas nie rozłączy”. To on złożył tę przysięgę. I bez względu na to, co między nimi zaszło, włącznie ze wszystkimi latami życia osobno w małżeństwie nie małżeństwie, w tym stanie niepewności i zawieszenia, można było na nim polegać. Anna zdawała sobie z tego sprawę. Cofnął się myślami do ich ślubu. Zadarta głowa Anny, jej twarz zwrócona ku niemu. Ta śliczna, urocza buzia. Wianek z kwiatów w długich falistych włosach. Miała dwadzieścia pięć lat. Trzymali się za ręce i składali sobie obietnice. O małżeństwie. Ileż nadziei jest w tym słowie. Byli tylko dziećmi. Co dziecko mogło wiedzieć, składając obietnice, jakie złożyli? Przygoda i radość. Kto sobie wyobrażał tę niepewność, jaką stało się małżeństwo? Tu, na kanapie, była jego dziewczyna, jego Anna. Zawsze jego. Jednego wieczoru zaprowadził ją do lasku, w krąg srebrnych gałęzi. Pokazał jej tajemnicę tego lasu. Tylko jej, nikomu innemu.

MAŁŻEŃSTWO

Kiedyś, tuż po separacji, Anna powiedziała, że jeśli nie uda jej się z Reubenem, jeśli się nie pogodzą, to może zostanie lesbijką.

– Wyraźnie wolę przebywać w towarzystwie kobiet niż mężczyzn.

– Jeśli go już nie chcesz, to ja za niego wyjdę – odparła Helen, słysząc jej narzekania.

– Po prostu zapomniałaś, jak mąż potrafi być upierdliwy.

Anna zachłystywała się wówczas świeżą separacją. Cieszyła się, że nie ma już kłótni. Że może siedzieć do późna w nocy i nie musi słuchać, jak Reuben pyta, kiedy przyjdzie do łóżka. Chichotała i nagrywała ze swoim zespołem. Wszystkie przestrogi spływały po niej jak woda po kaczce.

– Ale lesbijką tylko od pasa w górę – oświadczyła.

– Och, będziesz bardzo popularna – odrzekła Molly. – Jak królowa lesbijskiego balu.

KÓŁKO I KRZYŻYK

Molly usłyszała śmiech nawet przez zamknięte przeszklone drzwi. Zajrzała do pokoju, ale najpierw zobaczyła własne odbicie, a dopiero poprzez nie przyjaciółki zebrane w środku, Helen, podbiegającą do Anny ze szklanką wody.

Ostatnimi czasy coraz częściej, gdy zerkała na własne odbicie, widziała kanciastą twarz własnej matki i odwracała się z gniewem. Rysy matki, w którą Molly tak bardzo starała się nigdy nie zmienić. Wiele lat temu, po szkole, wchodziła kuchennymi drzwiami do domu i nigdy nie była pewna, jaką matkę zastanie. Matkę, która upiekła jeszcze ciepłe ciasteczka, czy też śpiącą na krześle i pijaną w kałuży moczu na podłodze z linoleum. Albo gorzej, matka nie będzie spała, tylko zarzuci ją gradem jadowitych, bełkotliwych pytań. Ciągle te oskarżenia. „Ty kurwo! – krzyczała matka, jeszcze zanim Molly z kimkolwiek się pocałowała. – Stracisz całą tę urodę! – Nalewała sobie szklankę sherry. – Coś o tym wiem”. Potem marszczyła nos i opróżniała duszkiem szklankę, jakby piła jakieś gorzkie lekarstwo.

Teraz Molly patrzyła na przyjaciółki w pokoju. Przyjaciółki, które znały ją tak dobrze, a o tym nie wiedziały. I nigdy nie zdawały sobie sprawy ze skali problemu. Caroline przestała u niej nocować. Ale Caroline tak naprawdę nie wiedziała, co i jak. Nie wiedziała o flaszkach schowanych za wyprasowanymi poszewkami na poduszki w bieliźniarce. Ani o tym, jak mocno matka biła pięściami. Ani o dniu, gdy zaatakowała Molly nożem do mięsa. Molly zmywała rzygowiny z twarzy matki, przebierała ją z upapranych sukienek w czyste. Takie rzeczy działy się u nich w domu. Poza nim matka prawie nie istniała. Poza domem chłopcy szeptali do Molly przymilne słówka i chcieli dotykać jej długich włosów. A raz pocałowała ją Anna. „Chciałabym być taka jak ty. Wszystkie chcą być takie jak ty” – powiedziała, znów zbliżając usta do jej warg. Później tego popołudnia Molly samotnie jechała samochodem przez miasto. Światło wokół drzew jarzyło się na różowo. Jezdnie były granatowe. Wreszcie zmusiła się do powrotu do domu.

– Spóźniłaś się. – Matka siedziała przy kuchennym stole. Górna lampa była zgaszona. Ale Molly widziała matkę nawet w cieniu. Gburowatą, wściekłą. I pijaną.

– Na co? – Zwykle Molly nie odzywała się ani słowem, bo żadne słowo nie było właściwe. Ale tego wieczoru kwaśny oddech matki nie mógł jej zranić. Przeszła obok, ocierając się o nią. Ale jej nie pchnęła – powstrzymała się. Tego wieczoru nie bała się, że zobaczy, jak matka upada na podłogę. Może uderzy się w głowę. Ale jeszcze bardziej pragnęła pójść na górę, do siebie. Chciała zadzwonić do Anny. „Opiekunko” – zaszczebiotałaby konspiracyjnym szeptem. Wszystkie chciały być takie jak Molly, powiedziała Anna. Molly była tą dziką, nieposkromioną dziewczyną i każdy jej pragnął. A ona widziała pomarszczoną twarz matki, słyszała bełkot przepowiadający niechybny kres jej urody. Jeżeli nikt się nie dowie o jej matce, Molly nigdy się w nią nie zmieni.

Chcę tylko, żeby to była nasza tajemnica, powiedziała tamtego dnia Anna, a Molly się zawstydziła. Czasami Molly była przekonana, że własne córki wyczuwają jej dawne krzywdy, kiedy ręka matki tłukła jej głową o podłogę. Była przekonana, że nadal ma na sobie smród matczynych wymiocin. Teraz matka była zasuszoną trzeźwą staruchą, a Molly nie potrafiła jej wybaczyć. Po moim trupie.

Spojrzała poprzez własne odbicie na przyjaciółki. Helen szeptała coś do Anny. Te wszystkie sekrety, które sobie powierzyły, i na znak, że ich dochowają, chwytały się małym palcem za mały palec. Wszystko to były tajemnice tak błahe jak gra w kółko i krzyżyk. Wszystkie te piękne zwierzenia przyjaciółek, które obiecały sobie mówić wszystko. Ale były też sprawy wstydliwe. Takie, z których nigdy by się nie zwierzyły.

Serena się myliła. Milczenie Molly w sprawie wyboru, jakiego dokonała Anna, nie było zniewagą dla wszystkich, którzy zmarli z braku lekarstwa. Ów wybór wykraczał poza medycynę. Stanowił miarę tego, co Anna może zaakceptować jako życie.

Serena mogła naciskać. Podobnie Helen. Ale zgoda Molly, jej milczenie w stosunku do Anny, były wyrazem miłości.

PAMIĘTAM

Helen dostrzegła swoją szansę. „Potrzebuję cię, Anno, na swoim ślubie”.

Zamiast tego spytała:

– Pamiętasz to okropne lato, kiedy chciałam pojechać za Lucienem z powrotem do Toronto? Wtedy namówiłaś mnie, żebym tego nie robiła.

Musiała wierzyć, że Anna wie, dokąd zmierza ta rozmowa. Bo jej Anna podniosłaby wzrok i powiedziała: „O co chodzi, Heli? Mów prosto z mostu. Nie zanudzaj mnie owijaniem w bawełnę”.

Albo: „Lucien, narkoman z Toronto. Tak, ten pięknie umięśniony grzbiet wynagradzał żałosną osobowość. Że nie wspomnę o uzależnieniu od koki”.

Czy też: „Lucien był poważną stratą czasu i twojego życia. Ale, Bogu dzięki, niczego się z tego błędu nie nauczyłaś”.

Zamiast tego Anna wymamrotała:

– Pamiętam.

– Uchroniłaś mnie przed tyloma błędami.

Mało powiedziane. Ale Anna wiedziała, co tamta ma na myśli. Wrzeciono jej nogi w dłoniach Helen, tak kruche i delikatne, że Helen ledwo mogła mówić, gdy koncentrowała uwagę na koniuszkach palców, które przesuwały się po ścięgnach opinających kość.

– Anno – spróbowała jeszcze raz. Była gotowa to powiedzieć, targować się z Anną, by pozostała przy życiu.

Ale przyjaciółka zasnęła.

SZPITAL, KURS DLA POCZĄTKUJĄCYCH

Późnymi wieczorami, gdy oddział cichł tak, że słychać było tylko szum i pikanie urządzeń, Anna z wózkiem ciśnieniomierza, w którym zacinało się kółko, spacerowała korytarzami. Asa przyglądał jej się z sali, w której leżała jego matka. Aż któregoś wieczoru do niej podszedł.

– Mogę? – zagadnął. Ruszyli powoli razem. – Prawdopodobnie nie powinnaś ze mną chodzić. Możliwe, że jestem Ponurym Żniwiarzem – powiedział.

Cztery lata temu jego żona. Teraz matka.

Wpatrywali się w automat sprzedający słodycze, jakby od ostatniego okrążenia dodano mu jakąś nową funkcję.

– Pogodziłem się już z tym wszystkim. – Wcisnął dwa guziki i na półeczkę spadł batonik muesli.

Pogodził się już z tym, jak szybko zaczął znowu rozpracowywać oddział, orientować się, którego rezydenta lepiej omijać z daleka. Albo jak pilnował, by zdobyć sympatię personelu sprzątającego, który, zdumiony okazaną uwagą, a co dopiero pozdrowieniem Asy: „Dzień dobry, kapitanie”, dawał dodatkowe torebki patyczków do higieny jamy ustnej, kiedy matka cierpiała z powodu stanów zapalnych. Asa wyczaił, która pielęgniarka jest dobra, a która głupia. Tyle wysiłku, a wciąż tyle poziomów niekompetencji. Nauczył się, by dociskać personel w czwartek. I radzić sobie w piątkowe południe z lękiem, że odtąd nic ważnego się nie wydarzy aż do poniedziałku.

Znowu doszli do automatu.

– Wiesz, jak poznać, że ktoś spędza w szpitalu za dużo czasu? – Asa z zamkniętymi oczami wyrecytował ściśle według kolejności na liście cały asortyment batoników i innych przekąsek w automacie.

– Niezły bajer, w sam raz na suto zakrapianą imprezę. Lepiej, żeby nikt się tego o tobie nie dowiedział – stwierdziła Anna i zaczęła kolejne okrążenie. – Jeśli wziąć pod uwagę, ile, zdaniem lekarzy, zostało mi jeszcze życia, twoja tajemnica jest dosyć bezpieczna.

NO BO BYŁA

– W ogóle nie łapię sygnału. – Caroline chodziła po obrzeżach pokoju, trzymając telefon, jakby był licznikiem Geigera.

Przed chwilą, w jakimś nagłym przypływie wzmożenia telekomunikacyjnego, odebrała osiem esemesów od jednego z dzieci. Nie do końca zrozumiałych, ale coś się kroiło. Caroline musiała się skontaktować z Dannym i zapytać, co i jak. Oby kryzys został już zażegnany. Danny umiał poradzić sobie z kłopotami z dzieciarnią. Choć czemu wciąż sprawiały kłopoty, mimo że ostatni rachunek za czesne w college’u został już dawno opłacony? Czy w opisie obowiązków rodzica nie było klauzuli, która mówiłaby basta, finito, zadanie wykonane? Klauzuli, dzięki której Caroline wreszcie przestałaby mieć poczucie, że musi dowodzić. Mimo wszystko jedno z dzieci słało esemes za esemesem: „Mamo. Zadzwoń”.

Jeden z esemesów wskazywał też, że na horyzoncie pojawiła się nowa sytuacja alarmowa z Elise.

Zdawało się, że Caroline zawsze musiała radzić sobie z paroma kryzysami naraz. Nie z tym albo tamtym, ale zawsze z tym i tym. Zawsze musiała w biegu oceniać, która sytuacja wymaga więcej uwagi.

Mimo wszystko musiała przyznać – choćby niechętnie – że kryzys domowy lub nowa sytuacja alarmowa z siostrą dawały tymczasową ulgę, uwalniając Caroline od natrętnych myśli o tym, jak skóra na ramieniu Anny obwisła i zwijała się w fałdy, pod którymi nie pozostał żaden mięsień. Kto nie miałby ochoty odwrócić wzroku? Ona miała przynajmniej wprawę w opiece nad dziećmi i siostrą. A tutaj, przy Annie, nie mogła nic zrobić. Mogła tylko być. Prawie zabawne – owa chęć pełnej obecności w chwili cierpienia, którego nie można znieść. Wydawało się to dosyć kiepskie.

– Zupełnie nie łapię. – Caroline uniosła telefon, ale zatrzymała się pośrodku pokoju, w pół zdania, na widok Molly skulonej obok Anny, ich obu pochłoniętych rozmową, która wydawała się prywatna. Tak prywatna, że nie podniosły nawet wzroku, i teraz Caroline utknęła głupio na samym środku, bez sensu wymachując komórką. Ogarnęła ją dziecinna niepewność – czy normalne byłoby klapnąć na kanapę obok nich i przyłączyć się do rozmowy. Czy może wepchnęłaby się w ten sposób na chama, wdarła w ich intymne sprawy? Znowu to samo. Całe to dawne poczucie nieprzystosowania. Tej jedynej trochę z boku. Nawet teraz, po tylu latach, Caroline nie potrafiła przestać się przejmować. Gdzie jest jej miejsce w grupie? Tak naprawdę. Zastanowiła się nad sobą. Jak małostkowa – raz po raz – się okazywała.

Spuściła wzrok na telefon, a potem skierowała aparat w głąb pokoju, łowiąc sygnał. Stare Znajome. Bez względu na to, jak się nazwały, w grupie zawsze obowiązywał porządek dziobania. Dosyć to żałosne, gdy wziąć pod uwagę okoliczności. Jeśli czuła się trochę nie na miejscu, to może była sama sobie winna. Za wszystkie te lata, kiedy praktycznie sama się wypisała. Mimo to zawsze, nawet teraz, chociaż wiedziała, że to ona odsunęła się na bok, towarzyszyło jej poczucie, że ktoś zajął jej miejsce. Na początku miała Molly. Obiecały sobie solennie całą tę przyjaźń aż po grób. Jak tylko podrosły na tyle, że rodzice puszczali je do szkoły bez opieki, chodziły tam razem. Potem miały takie same pomarańczowe rowery Schwinn Stingray z lśniącymi siodełkami w kształcie banana. Popołudniami ćwiczyły jazdę na jednym kole. Caroline udawał się nawet półobrót.

Ale potem, w lecie między siódmą a ósmą klasą, Molly wróciła z kolonii i wszystko się zmieniło. Nie chodziło wyłącznie o te szokujące piersi. „Tak, wiem, nagle bach i mam cycki, jakby były nadmuchiwane!” – powiedziała, gdy Caroline rozdziawiła usta ze zdumienia. Sam biust to jeszcze nic takiego, Caroline zaczęła nosić stanik już w siódmej klasie. Ale piersi Molly były inne, ona wyglądała niebezpiecznie. Nie tylko jej ciało. Ładne blond loki o rudawym odcieniu rozwichrzyły się i splątały w złocistą grzywę. I wszędzie, dokąd szły Caroline i Molly, zjawiali się chłopcy. Nieważne, jakie ubranie Molly włożyła – mógł to być jej workowaty kombinezon – i tak wyglądała jak Ginger z Gilligan’s Island w obcisłej sukni wieczorowej. A Caroline była tą drugą dziewczyną z serialu, Mary Ann. Tylko mniej radosną. Nie chodziło jedynie o głupich chłopaków z ich klasy. Caroline przerażali chłopcy ze szkoły średniej. Mieli samochody, wozili Molly na randki. Rany, nawet tata Caroline napomknął coś o tym, że Molly wyrasta na prawdziwą piękność, na co mama roześmiała się i powiedziała: „Lepiej przestań się tak na nią gapić”. To było obrzydliwe. Caroline wymyślała rozmaite preteksty, żeby na stałe przenieść ich tradycyjne wspólne nocowanie z piątków na soboty do domu Molly. Później, w dziewiątej klasie – a już na pewno w dziesiątej – w ogóle przestały razem nocować. Molly przestała ją zapraszać. Co było straszne, ale także w sumie okay, bo Caroline trochę bała się domu Molly i jej mamy. Wolała nie łazić za Molly i gromadą oszołomionych i śliniących się chłopaków, natomiast Anna i Ming wydawały się podekscytowane możliwością ogrzania się przy bijącym od Molly seksapilu. Chociaż nigdy nie wykluczały Caroline ani Helen. Ta sprawiała wrażenie, jakby pozostawanie na uboczu jej nie przeszkadzało i zjawiała się zawsze, gdy trzeba było wyciągnąć Annę z opałów. Ale Caroline, owszem, przeszkadzało. Przy Molly czuła się niepewna i zalękniona. Pal sześć szpanujących chłopaków, popisujących się w samochodach swoich ojców, przy Stairway to Heaven Zeppelinów rozkręconych na cały regulator. Na sam widok, jak Molly wysypywała z pojemnika na klisze marihuanę, żeby się pozbyć nasion i łodyg, Caroline przebiegały ciarki. Co ona wyrabia? „Jest spoko, wyluzuj” – mówiła Molly, spoglądając na nią spod swojej idealnej grzywki.

Ale Caroline wcale nie uważała, żeby było spoko. Na pewno nie to, jak Molly zarzucała włosami przy każdym wypowiadanym zdaniu. I nie to, jak Molly zadarła swoją koszulkę z Myszką Minnie i pokazała dwadzieścia malinek, które zrobił jej Jeff Thomas, po dziesięć na każdej piersi, a Anna pisnęła: „To niesamowite!”. Niesamowite? Wyglądało raczej ohydnie. Ohydnie jak choroba, z której Molly mogła nigdy się nie wyleczyć.

Potem Caroline dowiedziała się, że Anna i Molly sprowadzają na Farmę chłopaków. Anna i Molly opisały sobotni wieczór, kiedy imprezowały na Farmie. Ktoś wysypał z puszki po piłkach tenisowych jakieś czerwone kapsułki, a po pewnym czasie Anna ocknęła się obmacywana przez jakiegoś chłopaka. Potem im opowiadała, że gdy starała się powiedzieć do niego: „Przestań, proszę”, czuła się tak, jakby miała usta pełne ciągutek. „To okropne” – stwierdziła Caroline, ale Anna i Molly tylko wzruszyły ramionami. „Caroline, nic nam się nie stało”. Ale Caroline uważała, że stało się bardzo dużo. Miała ochotę oświadczyć, że nie wolno im sprowadzać innych ludzi na Farmę.

Farma była dla niej szczególnym miejscem, miejscem, którym podzieliła się z przyjaciółkami. To ona, Caroline, pokazała tamtym dziurę w płocie, lasek jodłowy, ogród różany. Farma była świętością, ich sanktuarium. Miała ochotę powiedzieć reszcie, że nie wolno im palić zioła, robić głupot i praktycznie dać się zgwałcić. Wiedziała jednak, że jej żądanie zabrzmiałoby śmiesznie. W końcu Farma do niej nie należała. Wszystkie były tam nieproszonymi gośćmi. Tak naprawdę chciała tylko odzyskać swoje przyjaciółki, odzyskać Molly. Brakowało jej piątkowych wieczorów, kiedy grały w chińczyka i monopol. Jedzenia lodów prosto z półlitrowych pojemników.

Tymczasem koniec z planszówkami, Molly, Anna i Ming zdobyły durne sfałszowane legitymacje i wychwalały smak koktajli z wódki i likieru kawowego. Dlaczego Helen nie przejmowała się, gdy usłyszała o nocy, kiedy we trzy upiły się singapurskim slingiem? Zbagatelizowała sprawę; „Tak, to kretynki, ale naprawdę fajnie o tym opowiadają”. Czy Helen nie była ani odrobinę zazdrosna, że Anna ciągle łaziła gdzieś z Molly, grzejąc się w jej blasku? Helen argumentowała, że przyjaźń nie jest monogamiczna, że nie zależy wyłącznie od tego, kto z kim spędza najwięcej czasu. Ale Caroline uważała, że to brzmi jak frazes z jakiegoś poradnika o duchowości. Albo z Be Here Now Rama Dassa. Bo czy bycie najlepszymi przyjaciółkami – i noszenie tych głupich naszyjników, które Helen i Anna dały sobie nawzajem, ze swoimi imionami wygrawerowanymi po każdej ze stron srebrnego medalionu – nie polegało właśnie na wyłączności, na tym, że najlepsza przyjaciółka zawsze ma pierwszeństwo?

W końcu Caroline zebrała się na odwagę i powiedziała Molly, że ta wydaje jej się rozchybotaną kolejką górską, która zaraz wypadnie z torów. Że samo patrzenie na Molly napędza Caroline strachu. Z ilu chłopakami już to zrobiła? Czy nie na tym między innymi polegała przyjaźń? A nie tylko na tym, żeby traktować Molly jak jakąś nową Marilyn Monroe? Molly uśmiechnęła się tym swoim pewnym siebie uśmiechem i wtuliła się w szyję Caroline. Nawet jej głos brzmiał jak mruczenie. „Jesteś moim bojącym dudkiem. I za to cię kocham. Ale wyluzuj. Staram się tylko trochę zabawić, zanim zmienimy się we własnych rodziców”. Caroline nigdy nie wydała żadnego wielkiego oświadczenia. Nie musiała. Po prostu zaczęła przesiadywać w domu.

*

Po latach, w restauracji Pod Tygrysem Bengalskim, podczas wiosennych ferii, Helen powiedziała Caroline, że Molly ma dziewczynę.

Caroline zatrzymała widelec z saang paneer w połowie drogi do rozdziawionych ust.

– To znaczy lesbijkę?

– No, obie są totalnymi lesbami.

Helen zdawała się zupełnie tym nie przejmować, ale Caroline trudno było to ogarnąć.

– Ale numer! – powiedziała Caroline. – Nie obcięła chyba tych swoich pięknych włosów?

Helen roześmiała się tak gwałtownie, że zdmuchnęła świecę, stojącą na przykrytym obrusem stoliku, przy którym siedziały.

– Korci mnie, żeby ci powiedzieć, że przerobiła się na babochłopa opitolonego na jeża, nosi czarną skórzaną katanę i portfel na łańcuchu. Ale Molly nadal jest długowłosą ślicznotką. Wciąż jest tą samą przepiękną, seksowną Molly. Tylko że lubi kobiety.

Od jak dawna Caroline nie widziała się z Molly? Od ponad trzech lat. Jak jeszcze zmieniła się jej przyjaciółka? Życie Caroline na pewno mocno się zmieniło. Molly nawet nie wiedziała o załamaniu nerwowym Elise. Ani o napadach paniki, jakie później zaczęły nękać Caroline. Caroline rzuciła college, budziła się pełna lęku i siedziała w ukryciu w domu rodziców. Jak gdyby załamanie Elise było zaraźliwe. Trzy lata opiekowała się Elise, a jednocześnie czekała, aż sama dostanie świra. Właśnie niedawno znowu zaczęła jeździć samochodem, nawet przywiozła Helen do restauracji.

– Czy Molly uznałaby to za dziwne, gdybym do niej zadzwoniła?

– Boże, nie, zadzwoń do niej. Koniecznie.

Tęskniła za Molly. Przy Molly nie czułaby się zawstydzona. Molly mogła ją nazywać bojącym dudkiem, gdyż robiła to z miłością. Wyobraziła sobie, jak Molly marszczy nos i mówi: „Nie przejmuj się, nigdy nie byłaś taka jak Elise. Jesteś zupełnie normalna. To tylko przejściowy odchył”. Caroline tęskniła za Molly i poczuciem przynależności do większej grupy, która, jak usłyszała od Helen, wciąż trzymała się razem. Nawet odwiedzały się nawzajem po to, by dziewczyny mogły poznać koleżanki z uczelni swoich przyjaciółek. Caroline pozbawiła się tych więzi solidarności. W imię czego? Nawet jeśli w czasach szkoły średniej zmieniająca się Molly budziła w niej lęk, Caroline rozumiała teraz, że wszystko ciągle podlega przemianom. Tak po prostu jest. Wspaniałe było właśnie to, że przyjaciółki chciały przejść przez to wszystko razem.

– Nie uważasz, że Molly pomyśli, że dzwonię trochę za późno?

– Wszystkie będziemy się cieszyć, bo Molly wreszcie przestanie się żalić, jak bardzo czuje się zraniona tym, że ją porzuciłaś, bo była rozbuchaną nastoletnią dupodajką.

– No bo była. – Caroline niewinnie wzruszyła ramionami.

– Nadal jest. Tylko że teraz jest szaleńczo zakochaną lesbą dupodajką.

*

Caroline spojrzała na telefon, na kręcące się kółko ikonki, gdy próbowała się połączyć. Na ekranie widniał napis WRA. Danny był jej kontaktem „W razie awarii”. Wpisała go w kontakty nawet nie imieniem, tylko tym skrótem: „WRA”. Chciała usłyszeć jego głos. Potrzebowała tego. Udawało jej się zachować równowagę, bo był dla niej opoką. Przestała już być tamtą spanikowaną dziewczyną, między innymi dlatego, że Danny był jak skała. Nazywał ją swoją dziką nieposkromioną i w porównaniu z nim rzeczywiście wydawała się trochę dzika. Jej przyjaciółki mówiły o Dannym „poczciwiec”, co brzmiało nudno. Jej całe życie wydawało się nudne w porównaniu z życiem pozostałych. Ale to Molly powiedziała, że Caroline musi przestać się przejmować tym, jakie co się wydaje.

– Ciągle nie mogę się połączyć – powiedziała do nikogo w szczególności i jeszcze raz wcisnęła „zadzwoń”. Poczuła narastającą gulę w gardle.

– Spróbuj na werandzie. – Helen zbliżyła się do niej, pocierając własny telefon, jakby to była zajęcza łapka. – Udało mi się tam złapać zasięg.

STARE ZNAJOME

Nic nie przechodziło niezauważone: Dokąd idziesz? Nie pomalowałaś ust? To ta sama rozwichrzona fryzura, którą nosiłaś w dziesiątej klasie. Tylko że teraz masz siwe pasemka zamiast tej tlenionej blond katastrofy.

Przed nimi nic się nie ukryło.

Co oczywiście jest straszne, a zarazem najwspanialsze w przyjaźni na całe życie.

1976 – KWAS

– Ratuj – mówi Anna, gramoląc się na bosaka do samochodu Helen. – Przeżywamy koszmar.

Przez całą drogę powrotną do domu Helen Anna i Ming na zmianę dziękują Helen za to, że je uratowała, że jest naprawdę dobrym człowiekiem i właściwie najlepszą przyjaciółką, i naprawdę, „dzięki, że nas uratowałaś”, aż wreszcie Helen warczy, żeby się zamknęły albo wywali je bose i naćpane na Hastings Road.

Wzięły kwas i zamierzały pójść na Farmę, tak żeby LSD zaczęło działać, kiedy tam dotrą. Wszystkie nazywają to miejsce Farmą, choć tak naprawdę to posiadłość, może nie do końca opuszczona, ale w willi z kamienia od lat nikt nie mieszkał, w pokojach pozostało trochę okrytych prześcieradłami mebli, a całym terenem zajmował się zarządca. Farma znajdowała się za domem Caroline. To ona pokazała im dziurę w płocie na tyłach posesji. W miasteczku równo strzyżonych trawników było to miejsce zupełnie magiczne. Staw, zdziczały ogród różany, labirynt skał i kwitnących krzewów. Ale za zapuszczonymi ogrodami rozciągał się teren zupełnie dzikich zarośli, wysokie, niekoszone trawy, krzaki jagód i lasek sosnowy o miękkiej, kłującej od igliwia ściółce. Dziewczyny udawały, że kryją się przed zarządcą, ale wiedziały, że je obserwuje. Zdaje się, że zupełnie mu nie przeszkadzało, iż tak się tutaj panoszą.

Ming i Anna uznały, że odlot na LSD w piękny dzień na Farmie to doskonały pomysł. Całkiem dobrze to przemyślały, czuły, że właściwie mają gwarancję magicznego przeżycia. Ale jak wzięły kwas, ojciec Ming dostał jednego ze swoich ataków chińskiego szału i stwierdził, że córka nie bierze pod uwagę rodzinnych priorytetów. Darł się, że Ming zachowuje się jak każda głupia amerykańska dziewucha. Ani krzty szacunku dla rodziców. Zero posłuchu. Wszystkie te wrzaski oznaczały, że Ming musiała zostać i posprzątać w swoim pokoju, a potem napisać próbny test z kompetencji językowej dla kandydatów na studia. Później, za karę, że nie podporządkowała się natychmiast bez szemrania, musiała wykonać jeszcze dodatkowe obowiązki domowe. Anna zaszyła się w pokoju przyjaciółki i przeżywała swój odlot aż do czasu, gdy Ming wykonała ostatni akt posłuszeństwa, to znaczy uklękła przed ojcem i poprosiła o wybaczenie.

– Wybacz, papo. – Ming pokazała, jak to wyglądało: uklękła przed Helen i pocałowała jej palce. – Nie godnam być twoją córką.

Helen o mało nie posikała się ze śmiechu, gdy tymczasem Ming opowiadała, jak odkurzała swój pokój, a Anna leżała skulona na łóżku, przerażona, że odkurzacz ją wessie.

– To wcale nie jest zabawne – oświadczyła Anna. – Nic z tego nie jest zabawne.

A właśnie, że jest, upierała się Helen, zwłaszcza jak Ming oznajmiła, że z testu osiągnęła rekordowo wysoki wynik, szczególnie w dziale dotyczącym analogii, co, mimo że Ming się zarzeka, że nigdy więcej nie weźmie kwasu, sprawia, że może warto się jeszcze nad tym zastanowić.

Helen rozkłada koce w ogrodzie na tyłach domu.

– To nie Farma, ale ujdzie. – Rodzice wyjechali na weekend, więc, jak oświadcza, szafa gra.

Dziewczyny wyciągają się na kocach i obserwują, jak wiatr hula w koronach drzew. Jeśli nie liczyć figur, które Ming i Anna kreślą palcami w powietrzu, Helen nadąża za ich opisami gry cieni i świateł pomiędzy konarami.

– Masz naturalną fazę, odlot bez dragu! – woła Anna, kiedy Helen mówi im, żeby zmrużyły oczy, to zobaczą, jak korona drzewa migocze niczym wielka połyskliwa pajęczyna. I to Helen znajduje w trawie trzy biedronki, ich magiczne owadzie sobowtóry.

– Obiecaj mi coś. – Anna dźwiga się na łokciach i spogląda na nią z powagą. – Ty tego nie potrzebujesz. Obiecaj, że nigdy nie zarzucisz kwacha.

Helen gromi Annę wzrokiem. A potem pokazuje jej środkowy palec. Bo – wal się! – nie ma najmniejszej ochoty brać LSD. I „wal się!” – gdyż Anna to wie. „Wal się” – bo nawet tu i teraz, kiedy Ming i Anna mazgają się i przysięgają, że nigdy więcej nie będą ćpały, wygląda to na całkiem niezłą zabawę. I – ostatnie „wal się” – niby czemu Helen miałaby zawsze być tą, która je ratuje?

UCISK

Anna wiedziała o tym już od rana. Wystarczyło, że spojrzała na Helen i od razu się domyśliła. Zobaczyła przyjaciółkę w kremowej sukience ściskającą w poplamionych farbami dłoniach bukiecik konwalii związanych kawałkiem jakiejś szorstkiej łodygi. Helen spogląda na Asę, który z kolei patrzy na nią. Powiedzą sobie „tak”. Tak będzie. O zmierzchu, w boleśnie rześkim letnim powietrzu. Anna widziała to wszystko i wiedziała, że przyjaciółka chce jej o tym powiedzieć tu i teraz. Anno, muszę ci coś wyznać, zanim powiem to innym – mogłaby zacząć. Albo: Anno, mam niespodziankę, która ci się spodoba. Zamiast tego Helen, uciskając kciukami podbicie jej lewej stopy, zwlekała, czekając na jakiś określony moment, na chwilę, która okazałaby się przełomowa. Czy może wyobrażała sobie, że taka chwila poruszy Annę tak bardzo, że przyjaciółka nie oprze się pokusie, by być z Helen także wtedy, skoro towarzyszyła jej właściwie przy wszystkim, co w ich życiu było nowe i ważne? Czy może zwlekała, bo bała się, że to będzie bez znaczenia. To szare światło o zmierzchu. I lejąca się z tyłu tkanina sukni. Powąchaj je, Anno, konwalie, nasze ulubione! Ale jest coś jeszcze. O tak, naprawdę.

Helen pragnie przebaczenia. Za tę rozkwitającą nowość, za pełne nadziei pragnienie, podczas gdy tamta przestała już pragnąć. Helen chce przebaczenia za to, że wciąż chce przyszłości. Jej palce niepewnie kreślą kółka po ścięgnach i kościach stopy Anny. Tak, to prawda, że obie uwielbiają konwalie, te drobne białe dzwoneczki i szerokie zielone liście jak dziewczęca sukienka wiosenna. Śmiało, miej swoją przyszłość, myśli Anna i zamyka oczy.

Tylko jeden sekret się liczył i zwróciła się znowu do dziecka swojego dziecka, które zaczęła widzieć w myślach.

LEKCJA

Rozmawiały, ale przede wszystkim patrzyły na śpiącą Annę. Ming zaczęła się trząść. Molly wzięła ją pod ramię i wyprowadziła z pokoju, zanim tamtej wyrwało się pierwsze głębokie gardłowe łkanie.

SZPITAL, KURS DLA POCZĄTKUJĄCYCH

Asa był zły, że w pokoju Anny zawsze jest pełno gości, a jeszcze bardziej, że wszyscy oni tak bardzo starają się wykrzesać z siebie jak najwięcej radości i optymizmu, a potem, ponurzy i zgarbieni, stoją za drzwiami i słuchają w napięciu każdego słowa lekarza dyżurnego. Jakby ten rzeczywiście cokolwiek wiedział.

Asa wstąpił do niej wieczorem, żeby poczytać gazetę i podzielić się kitkatem.

– Mam dla ciebie pomysł – oznajmiła Anna.

– Najwyraźniej masz o wiele za dużo wolnego czasu. Powinnaś wreszcie zrobić coś z własnym życiem.

Ucieszył się z jej radosnego śmiechu. Choćby najmniejsza dawka czarnego humoru była lepsza niż cała ta ckliwa troska, którą objawiali jej goście.

– Musisz poznać moją Helen.

– To ta zdziwaczała gidyja, która ucina sobie z tobą drzemki?

Asa siedział przy łóżku, opierając buty na metalowych szczebelkach.

– Rany, i ty uważasz, że to ja mam za dużo czasu? Tak, to moja najstarsza przyjaciółka i twoja przyszła żona.

Nie mógł zrozumieć, dlaczego ludziom tak trudno pojąć, że nie szuka nowej żony ani nawet dziewczyny. Jego przyjaciele, pojawiający się czort wie skąd kumple ze szkoły średniej, rodzice kolegów jego dzieci – wszyscy oni mieli jakieś propozycje. Wczoraj chirurg jego matki nawet wręczył mu kartkę z numerem telefonu swojej siostrzenicy. Młodzi, starzy, Amerykanie i Argentyńczycy, dzieciaci czy bezdzietni – wszyscy mieli dla niego doskonałe kandydatki na żonę.

A teraz jeszcze Anna.

– Dzięki, ale szwendam się po onkologii, żeby podrywać śmiertelnie chore. Są doskonałe na szybki numerek.

– Przemawia przez ciebie żal. Poczekaj, aż poznasz moją Helen.

– Mylisz się, Anno. Nie znasz mnie.

Rozerwał opakowanie i wbił zęby w środek batonika.

– Właściwie to cię znam, Aso. I właśnie dlatego daję ci szansę spróbować szczęścia z moją najlepszą przyjaciółką.

CO

Znowu coś się zepsuło w lodówce. Oby przylepiony do drzwi napis „Nie przynosić więcej jedzenia” sprawił, że Reuben po raz ostatni wypatroszy dokładnie lodówkę w poszukiwaniu tego, co trzeba wyrzucić. To zadanie spada na niego. Podobnie jak spłata kredytu hipotecznego, rachunki za prąd i naprawy domowe. Zapamiętać: trzeba poprosić o wycenę naprawy podłogi na werandzie. On był od załatwiania spraw. Rozmawiał z Kate z hospicjum. Mniej więcej co dwie sekundy ktoś z rodziny lub przyjaciół pytał: „Jaki jest plan?”.

No i dzieci. To nieważne, że nie były już dziećmi. Pozostały ich dziećmi. Anna i Reuben powiedzieli im o wszystkim. Pierwszy raz lata temu. I teraz, przed dwoma tygodniami – minęły dopiero dwa? – Reuben przejrzał na wskroś panikę wypisaną na twarzach każdego z nich i powiedział: „Wszyscy musimy się z tym zgodzić. To wybór mamy”.

I odtąd dziesięć razy dziennie padało pytanie: „Co się dzieje, tato?”.

– No dobra, dosyć. Niech każde z was coś mi powie – oświadczyła Anna tamtej soboty, kiedy już wszyscy wspólnie się wypłakali. – Coś dobrego o waszym życiu, pracy. Po prostu odpocznijmy trochę od tych wielkich emocji – dodała.

Reuben zdziwił się, jak potulnie cała trójka na to przystała. Siedzieli na krawędziach krzeseł niczym uczniowie, którzy nie mogą się doczekać, by przedstawić klasie swoją pracę domową. Julian, najstarszy, zarumienił się, gdy zacytował słynnego krytyka kulinarnego, który napisał, że restauracja Juliana zasługuje na komplet gwiazdek, ale też, że jej właściciel jest Alice Waters stanu Vermont.

Bliźnięta czekały, aż skończył opowiadać o nowych planach dotyczących restauracji, a potem Andy, z podniecenia zachłystując się powietrzem, opisał zamówienie, które udało mu się zdobyć. „To wielka sprawa, mamo”. Dom dla małżeństwa na wybrzeżu Oregonu. I bostońska rezydencja miejska tej samej pary. „Mamo, ci ludzie śpią na forsie. I mają dobry gust. Nie dość, że robię wszystkie meble do obu domów, to zlecili mi także zaprojektowanie całej stolarki i renowację obu rezydencji. To mi da zajęcie na co najmniej cztery lata”.

– U mnie też dobrze, mamo… – zaczęła Harper, a potem skuliła się, jakby nagle dostała pięścią w brzuch. Ale kiedy Reuben objął ją ramieniem, wyprostowała się i go odepchnęła.

– U mnie wszystko dobrze – podjęła. Ręce, które trzymała na kolanach, zacisnęła w pięści. Była pielęgniarką, od roku na Oddziale Intensywnej Terapii Noworodka. Opowiedziała o wcześniaku, który urodził się w dwudziestym szóstym tygodniu, a teraz wreszcie został wypisany do domu. Po trzech miesiącach. – Urządziliśmy mu przyjęcie pożegnalne – zakończyła. – Ma na imię Nino, ale nazywamy go Herkulesem.

– Herkules. – Anna się zaśmiała. – To cudowne przezwisko. A co u ciebie? – zwróciła się do Reubena.

Z początku odpowiedział raczej burknięciem niż słowami. Wstrzymywał oddech, kiedy dzieci mówiły, a teraz mruknął coś o tym, że zaczyna siać groszek, cebulę i pomidory.

– Każdego roku uwielbiasz zaczynać pracę nad ogrodem. – Anna nie dała mu się rozkleić ze względu na dzieci.

Teraz Reuben otworzył zamrażalnik. Jeszcze więcej potraw. Upchniętych, zapakowanych i zaopatrzonych w etykiety. Bakłażan z parmezanem. Quiche z brokułami i grzybami. Leżały tam, by dodać otuchy wszystkim oprócz niego. Dzisiaj, jutro, nawet później, zostaną zjedzone.

A potem, któregoś dnia, zupełnie ni z gruszki, ni z pietruszki, Anna oznajmiła mu, że powinien się ożenić z Kate.

– Na pewno zwróciłeś na nią uwagę – stwierdziła zaczepnie. – Wiem, że takie ci się podobają.

– Rany, to dopiero doskonały tekst do podrywu – odparował. – „Moja umierająca żona uważa, że powinienem się z tobą umówić”. – Akurat demontował łóżko z baldachimem. Anna wzbraniała się przed łóżkiem szpitalnym tak długo, jak długo mogła odmawiać. – Naprawdę świetna ze mnie partia, Anno.

– Jesteś świetną partią, Reuben. Jesteś moim jedynym wyrzutem sumienia – dodała. – Nie powinnam była się zgodzić na naszą separację.

– Daj spokój, oboje nawaliliśmy.

Mimo wszystko miło było usłyszeć, jak przyznała:

– Ja pierwsza ciebie porzuciłam.

Jak żałosna i małostkowa była jego satysfakcja. Trzeba ponapełniać foremki do lodu.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Spis treści

KONIEC MARCA 2013 1 PO PROSTU

ROZGWIAZDY

STARE ZNAJOME

TAJEMNICA

NA ZAWSZE

PIES

KONIEC

CAŁY TEN GŁÓD

KIEDY

INNE DOBRE NOWINY

PIANA

HISTORIA SZTUKI – 1

POCIĄG

1965 – KRÓLICZKI TEŻ

W TYM RZECZ, MÓWIĄC ŚCIŚLE

MÓWIĄC ŚCIŚLEJ

1975 – JAKA JESTEŚ?

PÓŁMĄŻ

1978 – ZAUFAJ MI

PIES

HEJ

GWOLI ŚCISŁOŚCI, JEŚLI TO MA JAKIEŚ ZNACZENIE

WIARA

ZAWSZE

2008 – W GRUZACH

W RZECZYWISTOŚCI

1976 – POD WIĄZEM

BŁOTO

2009 – SZUM

WEWNĄTRZ

LUTY 2012 – LEKARSTWO

PROCENT

MIĘSIEŃ

DOBRA PARTIA

KOŁO RATUNKOWE

PRZYSIĘGA

MAŁŻEŃSTWO

KÓŁKO I KRZYŻYK

PAMIĘTAM

SZPITAL, KURS DLA POCZĄTKUJĄCYCH

NO BO BYŁA

STARE ZNAJOME

1976 – KWAS

UCISK

LEKCJA

SZPITAL, KURS DLA POCZĄTKUJĄCYCH

CO

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Przed wszystkim 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter