Honor Harrington. Cień zwycięstwa

Honor Harrington. Cień zwycięstwa

Autorzy: David Weber

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 960

Cena książki papierowej: 49.90 zł

cena od: 31.56 zł

Kolejny tom cyklu osadzonego w uniwersum Honor Harrington.

Mesańskie Równanie od stuleci wcielało w życie plany urządzenia galaktyki po swojemu. Natrafiło jednak na przeszkodę w postaci Gwiezdnego Królestwa Manticore. Sprowokowało więc wojnę między Manticore a Ligą Solarną. Temu właśnie miała posłużyć operacja Janus, polegająca na zachęcaniu różnych ugrupowań rebelianckich do działania i obiecywaniu im wsparcia ze strony Królestwa. Wsparcia, które miało nigdy nie nadejść. Dla Ligi Solarnej zaś byłby to kolejny argument przeciwko Manticore. Skutkiem ubocznym operacji Janus stała się fala rewolucji dających szansę uciśnionym planetom na zdobycie prawdziwej niezależności.

Weber łączy realistyczny styl, postaci z krwi i kości z inteligentną wizją technologicznej przyszłości oraz dogłębnym zrozumieniem militarnej biurokracji… Fanów tej niesamowitej space opery ucieszy powrót Honor do akcji. „Publishers Weekly”

Nowy tom sagi o wszechświecie Honor Harrington doprowadza akcję do kolejnego punktu zwrotnego. Czytelnicy będą usatysfakcjonowani powrotem Honor. Booklist

David Weber

HONOR HARRINGTON

Cień zwycięstwa

Przełożył Radosław Kot

Dom Wydawniczy REBIS

Tytuł oryginału: Shadow of Victory

Copyright © 2016 by Words of Weber, Inc.

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2017

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Agnieszka Horzowska

Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Jacek Pietrzyński

Ilustracja na okładce: © David Mattingly

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Cień zwycięstwa, wyd. I, Poznań 2017)

ISBN 978-83-8062-878-6

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

LUTY 1921 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ I

MARZEC 1921 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ II

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

KWIECIEŃ 1921 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ V

KWIECIEŃ 1921 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ VI

ROZDZIAŁ VII

ROZDZIAŁ VIII

CZERWIEC 1921 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ IX

ROZDZIAŁ X

ROZDZIAŁ XI

LIPIEC 1921 PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ XII

ROZDZIAŁ XIII

ROZDZIAŁ XIV

SIERPIEŃ 1921 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ XV

ROZDZIAŁ XVI

ROZDZIAŁ XVII

ROZDZIAŁ XVIII

WRZESIEŃ 1921 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ XIX

ROZDZIAŁ XX

ROZDZIAŁ XXI

ROZDZIAŁ XXII

LISTOPAD 1921 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ XXIII

ROZDZIAŁ XXIV

ROZDZIAŁ XXV

ROZDZIAŁ XXVI

GRUDZIEŃ 1921 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ XXVII

ROZDZIAŁ XXVIII

ROZDZIAŁ XXIX

STYCZEŃ 1922 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ XXX

ROZDZIAŁ XXXI

ROZDZIAŁ XXXII

ROZDZIAŁ XXXIII

LUTY 1922 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ XXXIV

ROZDZIAŁ XXXV

ROZDZIAŁ XXXVI

ROZDZIAŁ XXXVII

ROZDZIAŁ XXXVIII

ROZDZIAŁ XXXIX

ROZDZIAŁ XL

KWIECIEŃ 1922 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ XLI

ROZDZIAŁ XLII

ROZDZIAŁ XLIII

ROZDZIAŁ XLIV

CZERWIEC 1922 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ XLV

ROZDZIAŁ XLVI

ROZDZIAŁ XLVII

ROZDZIAŁ XLVIII

ROZDZIAŁ XLIX

ROZDZIAŁ L

LIPIEC 1922 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ LI

ROZDZIAŁ LII

ROZDZIAŁ LIII

ROZDZIAŁ LIV

ROZDZIAŁ LV

ROZDZIAŁ LVI

ROZDZIAŁ LVII

SIERPIEŃ 1922 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ LVIII

ROZDZIAŁ LIX

ROZDZIAŁ LX

ROZDZIAŁ LXI

ROZDZIAŁ LXII

ROZDZIAŁ LXIII

ROZDZIAŁ LXIV

ROZDZIAŁ LXV

ROZDZIAŁ LXVI

ROZDZIAŁ LXVII

ROZDZIAŁ LXVIII

WRZESIEŃ 1922 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ LXIX

ROZDZIAŁ LXX

ROZDZIAŁ LXXI

ROZDZIAŁ LXXII

ROZDZIAŁ LXXIII

PAŹDZIERNIK 1922 ROKU PO DIASPORZE

ROZDZIAŁ LXXIV

ROZDZIAŁ LXXV

ROZDZIAŁ LXXVI

ROZDZIAŁ LXXVII

EPILOG

Cykl Honor Harrington

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

LUTY 1921 ROKU PO DIASPORZE

„Nie poddaję się łatwo. Mając dość czasu, znajdę sposób na każdego”.

– kapitan Damien Harahap, Żandarmeria Ligi Solarnej

ROZDZIAŁ I

Brandon Grant nie miał pojęcia, ile osób zabił.

Po prawdzie nie pamiętał nawet, na ilu planetach zdarzało mu się zabijać. Nie trudził się zapamiętywaniem podobnych szczegółów. Tym bardziej nie próbował ich zapisywać. Gdyby jednak za sprawą chwilowej utraty instynktu samozachowawczego spróbował sporządzić taki rejestr, z pewnością byłby on bardzo obszerny.

Nigdy jednak nie działał na tak odległym terenie i mimochodem zastanawiał się, dlaczego akurat to zlecenie było takie ważne. I dlaczego to jedno miało wyglądać na zwykły napad rabunkowy? Z drugim celem sprawa była znacznie prostsza, chociaż chodziło o osobę zdecydowanie bardziej eksponowaną, niemniej miejscowy przedstawiciel pracodawcy nawet się nie skrzywił, usłyszawszy o planie klasycznej zasadzki, przygotowywanej przez przydzielony obiektowi zespół. Owszem, pasowało to w pewien sposób do kontekstu, bo wskazana im kobieta chodziła na co dzień w mundurze i wszyscy wiedzieli, że służyła w kwaterze głównej Żandarmerii w Pine Mountain, mężczyzna zaś był cywilem. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, śledczy uwierzą bez zastrzeżeń w autentyczność deklaracji Ludowego Frontu McIntosh, przyznającego się do zamachu, chociaż sam LFM będzie tym raczej zdumiony. Dlaczego więc nie pozwolić, żeby ci sami „bezwzględni terroryści” zajęli się również facetem? Może ktoś nie chciał wiązać w ten sposób zabójstw dwóch osób, które robiły dokładnie w tej samej branży? Tyle że takie skojarzenia i tak były nieuniknione. Oboje mieli zginąć tego samego dnia, w odstępie niecałych dwóch godzin i, na miłość boską, taki zbieg okoliczności musi po prostu wydać się podejrzany. Chyba że gość był na tyle głęboko zakonspirowany, że tak naprawdę nikt tu nie wiedział o jego związkach z Żandarmerią czy kontaktach z drugą ofiarą.

Chociaż w sumie to wszystko jedno, pomyślał Grant i w duchu wzruszył ramionami. Przywykł realizować zlecenia zgodnie z wolą zamawiającego, a dlaczego ta czy inna osoba została mu wskazana jako cel, w to już nigdy nie wnikał. To nie była jego sprawa. Skoro zlecenie zostało opłacone, realizował je zgodnie ze specyfikacją. Owszem, prościej byłoby po prostu podejść do celu, strzelić w tył głowy i pójść sobie dalej. Pomimo wszystkich nowoczesnych systemów bezpieczeństwa coś takiego nadal było wykonalne, jeśli miało się głowę na karku i trzymało nerwy na wodzy. Ale nie. Z jakiegoś powodu taka akurat opcja nie wchodziła w grę. Grant przypomniał sobie fragment wiersza z czasów starożytnych i parsknął z rozbawieniem. Zaiste, to nie była jego sprawa, żeby „zastanawiać się dlaczego”. W gruncie rzeczy płacono mu aż tyle właśnie za to, żeby nawet nie próbował się zastanawiać, tylko robił swoje. „Czyń lub giń” i tak dalej.

Czynił więc, co należało, żeby nie zginąć. Ginął zawsze ktoś inny.

Zerknął na pornograficzne treści wyświetlane przez komunikator i przypomniał sobie z uśmiechem, jak wielu przechodniów krzywiło się, zauważając jego pornola. Nawet im się nie dziwił, to była naprawdę kiepska i brutalna pornografia, ale wybrał ją świadomie, podobnie jak i celowo wyłączył funkcję prywatności. Każdy przechodzący obok musiał zostać porażony burdelowymi efektami. Taka rozrywka pasowała do gościa ubranego tak jak on teraz i stojącego na ulicy z plecami opartymi o ścianę. Kogoś, kto w żadnym razie nie wyglądał na jednego z najlepszych płatnych zabójców znanej galaktyki.

Zerknął wokół, żeby sprawdzić rozlokowanie zespołu, chociaż i tak był pewien, że wszyscy są na swoich miejscach. Dwóch ludzi przywiózł ze sobą, byli to Markus Bochart i Franz Gillespie. Razem przerzucono ich do sektora Madras. Pracował już z nimi kilka razy i wiedział, że go nie zawiodą. Pozostałych dwóch zwerbował na miejscu, ale jak dotąd się sprawdzali. Żałował nawet, że będzie musiał ich wyeliminować przed opuszczeniem sektora. Pewnie jeszcze by się przydali, niemniej, po pierwsze, małe było prawdopodobieństwo, że otrzyma w przewidywalnym czasie podobne zlecenie, a po drugie, nie lubił zostawiać za sobą tropów. Co więcej, jego pracodawca miał dokładnie takie samo podejście i przekazał w tej sprawie jasne instrukcje.

Wszyscy byli ubrani tak samo jak on, w tanie rzeczy w kolorach pomarańczowym, czarnym i zielonym, typowych dla gangu Smoków Tremont Towers, jednej z podlejszych organizacji przestępczych w Pine Mountain. Wiązało się to z pewnym ryzykiem, ponieważ Smoki nie były lubiane przez władze i istniała możliwość, że policja zainteresuje się piątką rzezimieszków. Z drugiej strony, dopóki tylko szwendali się po ulicy, powinno być raczej bezpiecznie. Stołeczni gliniarze zawsze mieli coś ważniejszego do roboty niż zaczepianie członków gangów, choćby i gangu Smoków, dopóki oni sami nie starali się specjalnie zabłysnąć. Jeśli zaś patrol ich zauważy i przypomni sobie o nich później, to tym lepiej. Takie spostrzeżenie powinno skierować śledztwo w pożądanym kierunku i Grant aż uśmiechnął się w duchu, pomyślawszy, jak bardzo Smoki się zdziwią, gdy psiarnia się nagle do nich weźmie i zacznie maglować na różne sposoby. Zakładając oczywiście, że cel naprawdę był dość ważny, aby uzasadnić całą tę maskaradę.

Rozmyślania Granta przerwał cichy sygnał, który zabrzmiał mu w uchu.

Przez jakieś dziesięć sekund morderca śledził jeszcze akcję pornola, po czym wyłączył komunikator i oderwał się od muru, pod którym kwitł przez ostatnią godzinę. Przeciągnął się i ostentacyjnie poszukał spojrzeniem swoich ludzi, po czym ruszył chodnikiem. Uśmiechnął się pod nosem, gdy Bochart odkleił się od latarni, której dotrzymywał ostatnio towarzystwa, i wyciągnął rękę w stronę torby na ramieniu przechodzącej obok kobiety. Właścicielka zaraz przytuliła ją do siebie, na co Bochart zareagował szyderczym śmiechem. To było udane zagranie. Któraś z kamer monitoringu miejskiego musiała zarejestrować tę scenę. Będzie jak znalazł jako dowód, że członkowie gangu Smoków szukali guza już wcześniej, zanim jeszcze napotkali swoją główną ofiarę.

Ta zaś wyłoniła się właśnie zza rogu i zmierzała ulicą w ich stronę. Grant przymrużył oczy i przyjrzał się uważnie człowiekowi.

Najdziwniejsze było w nim to, jak zwyczajnie wyglądał. Średniego wzrostu, przeciętnej budowy ciała, z nijakimi włosami i cerą, które nie rzucały się w oczy. Nie było w nim niczego, co przyciągałoby uwagę czy mogło wzbudzić najmniejsze podejrzenia. Grant musiał przyznać, że na żywo cel prezentował się jeszcze bardziej nijako niż na dostarczonych mu zdjęciach. W odróżnieniu od większości ludzi morderca dobrze wiedział, że tak zwyczajna prezencja jest bardzo trudna do osiągnięcia i zawsze kosztuje wiele pracy. Już wcześniej ostrzegł swoich współpracowników, żeby nie dali się zwieść pozorom i nie próbowali zakładać z góry, że ich ofiara jest całkowicie niegroźnym przeciętniakiem.

Damien Harahap był nieszczęśliwym człowiekiem.

Stan jego ducha brał się w dużej mierze z tego, że Harahap nie cierpiał porażek. Ktokolwiek akurat go zatrudniał, zawsze smakowały tak samo gorzko, klęska zaś, której doznał na planetach Montana i Kornati, zostawiła wyjątkowo paskudne wrażenie. Nie miał pojęcia, i zapewne nigdy się nie dowie, co dokładnie zdarzyło się za kulisami, ale nowiny dobiegające z sektora Talbott sugerowały, że coś musiało się zdarzyć. I to coś na tyle istotnego, że całe nowiutkie zgrupowanie floty Manticore wtargnęło do układu Monica i zaprowadziło tam swoje porządki, nie bacząc zupełnie, że może dojść przy tym do poważnej wymiany ognia z Marynarką Wojenną Ligi Solarnej. Harahap nie kojarzył wielu powodów, które mogłyby nakłonić kogoś w miarę zdrowego na umyśle do tak szalonej decyzji. W zasadzie jedyne, co przyszło mu do głowy, to że być może ktoś zaczął wyposażać flotę układu Monica w nowoczesne solarne jednostki, wspomagając jednocześnie różne ruchy terrorystyczne dążące do destabilizacji miejscowych rządów. Zwłaszcza tych, które ciążyły ku Gwiezdnemu Królestwu, jak Montana czy Split. Tylko kompletny idiota nie załapałby związku pomiędzy takimi akcjami, w Royal Manticoran Navy zaś nie ceniono jednostek ociężałych umysłowo. Co więcej, RMN nie słynęła także z nieśmiałości i Harahap mógł sobie wyobrazić wkurzenie dowolnego wyższego dowódcy Manticore, gdyby trafił właśnie na coś takiego.

Dla niego najważniejsze w tej sytuacji było to, na ile ci z Gwiezdnego Królestwa będą w stanie wywęszyć ślady jego powiązań z Żandarmerią Ligi Solarnej. Oczywiście oficjalnie sama Żandarmeria nie miała z tym nic wspólnego, niemniej w rzeczywistości Damien Harahap był kapitanem tej formacji i zapewne mało kto gotów byłby uwierzyć, że działał całkiem sam. Zwłaszcza że wcale nie działał samodzielnie, chociaż Ulrike Eichbauer zadbała o pozory i wedle rozpiski przebywał teraz na „urlopie”, realizując zlecenie prywatnego przedsiębiorcy.

Co było kolejnym powodem jego podłego humoru. Major Eichbauer znała i zasadniczo stosowała zasady konspiracji, ale to ona przesłała mu zakodowaną wiadomość z żądaniem spotkania w Urrezko Koilara. Znając ją, oczekiwał poniekąd czegoś takiego. Major nie zwykła zostawiać swoich ludzi samopas, a póki co nie mogła zobaczyć się z nim oficjalnie. Dopóki zatem nie mieli pewności, że żadne z jego obecnych poczynań nie położy się cieniem na prestiżu Żandarmerii, trzeba było kombinować i mała restauracja na uboczu dobrze się do tego nadawała. Urrezko Koilara specjalizowała się w kuchni iberyjskiej i nie wymieniano jej w przewodnikach turystycznych (ani żadnych innych), ale żarcie było na poziomie, jej właścicielka zaś należała do grona najlepszych tajnych informatorów Eichbauer, jeszcze z czasów sprzed jej awansu, kiedy to przeszła od patroli do pracy biurowej. Wszystko to czyniło lokal miejscem niemal idealnym do dyskretnych spotkań.

Pani major się jednak nie stawiła. Co gorsza, gdy Harahap wszedł do lokalu, właścicielka nawet na niego nie spojrzała. Albo nikt nie przekazał jej, że Eichbauer planowała spotkać tu jednego ze swoich ludzi, albo ktoś dobrze jej zapłacił za staranne udawanie niewiedzy. Zapewne raczej to drugie, przynajmniej sądząc po minie, jaką zrobiła, gdy Harahap poskarżył się na jakość posiłku i zażądał rozmowy z szefem knajpy. Gdyby sprawa nie śmierdziała, kobieta zareagowałaby rutynowo, skoro zaś zmarszczyła czoło, jakby usiłowała sobie przypomnieć, kiedy wcześniej widziała tego gościa, musiała oczekiwać jakichś kłopotów. Harahap przywykł, że ludzie z zasady go nie pamiętają, to była jedna z jego „cech szczególnych” w tym fachu, a jeśli już budził z rzadka inne reakcje, zawsze świadczyło to o podejrzanym zainteresowaniu jego osobą i zakulisowych kombinacjach.

Jednak co mogło się stać z Eichbauer? Mogła się z nim skontaktować, aby odwołać spotkanie, ale tego nie zrobiła. Był pewien, że oryginalne wezwanie pochodziło właśnie od niej, między innymi dzięki użyciu w nim jednego z haseł, których zestaw został wylosowany przez nią ponad trzy standardowe lata temu. Istniało pewne prawdopodobieństwo, że zapragnęła zdystansować się do podwładnego, zanim jeszcze rozpęta się gównoburza. Tyle że wtedy ktoś by jednak czekał na niego w tej restauracji i naprawdę trudno było sobie wyobrazić, co mogło skłonić oficera Żandarmerii, i do tego szefa wywiadu brygadier Franciski Yucel, do zlekceważenia umówionego spotkania.

Wszystko to mocno niepokoiło Harahapa, co oczywiście w ogóle nie odbijało się na jego twarzy w to słoneczne popołudnie. Bo przecież jakieś wyjaśnienie musiało istnieć. Niestety, zważywszy na wszystkie okoliczności, mogło to być wyjaśnienie, którego wcale nie pragnął poznać. Czyli takie oznaczające całą masę nowych kłopotów.

Dwaj miejscowi podwładni Granta minęli zbliżający się cel i, jak zauważył z aprobatą Brandon, nie zaszczycili go przy tym nawet spojrzeniem. Teraz szli za nim, Markus Bochart zaś przybrał pozę gangstera i przygotował się do akcji. Uniósł lewą dłoń ze złączonymi trzema palcami, żeby od niechcenia dźgnąć nimi ofiarę w pierś, prawą rękę znacząco wsunął do kieszeni kurtki.

Aż miło patrzeć, jak wszystko przebiega zgodnie z planem, pomyślał Grant. Jeszcze trzy sekundy…

– Cześć, frajerze, jak tam twój portfel…

Harahap mógł być kapitanem Żandarmerii, ale ostatnimi czasy otrzymywał wciąż przydziały, przez które mało czasu spędzał na stołecznej planecie sektora Madras. Jego talenty na niewiele by się zdały na Meyersie czy w mieście w rodzaju Pine Mountain. Na dodatek w jego fachu anonimowość zawsze była w cenie, więc skoro nie musiał, to nie pokazywał się tam, gdzie w końcu mógłby jednak zostać zauważony. Eichbauer też wolała trzymać go jak najdalej od siebie.

Z tego też powodu nie znał stołecznych gangów tak dobrze jak w przypadku innych okolic, rozpoznał jednak barwy Smoków. Ich obecność sama w sobie nie była jeszcze wystarczającym powodem do niepokoju, niemniej doświadczenie zebrane podczas trzydziestoletniej działalności w roli agenta kazało mu mieć na oku tego z przodu, który przybrał właśnie arogancką pozę i ruszył w jego kierunku. Harahap zauważył wcześniej dwóch, którzy go minęli, i był pewien, że teraz szli za nim. Najważniejsi byli jednak ci trzej z przodu. Coś było z nimi nie tak, chociaż gdyby spytano go, co właściwie, na razie nie potrafiłby tego jasno określić.

W innych okolicznościach udałby pewnie zwykłego przestraszonego obywatela i nie próbował w ogóle dyskutować z gangsterem, który zamierzał najwyraźniej dźgnąć go palcami w pierś. Może nawet oddałby mu swój drugi portfel, który nosił na potrzeby spotkań z policją, i przybrał odpowiednią do tego przerażoną minę. Ale to, że tamten wsunął dłoń do kieszeni, zmieniło sytuację. To nie była już zwykła bandycka zaczepka.

– Cześć, frajerze – rzucił pogardliwie gangster. – Jak tam twój portfel…

Brandon Grant otworzył szeroko oczy, gdy prawa ręka mężczyzny wystrzeliła w jego stronę. Błyskawicznie niczym atakująca kobra wyminęła jego dłoń i uderzyła go w przedramię, odrzucając rękę na bok. Potem równie płynnym ruchem cel złapał Bocharta za łokieć i ścisnął mocno palcami. Niespodziewana szpila bólu sprawiła, że Markus wykrzywił się i kolana się pod nim ugięły. Napastnik wbił palce dokładnie w miejscu, gdzie przebiegał nerw.

Niemniej Markus Bochart był zawodowcem. Pomimo bólu sięgnął prawą dłonią po wibronóż, który trzymał w pochwie pod pachą. Nie planował, że zrobi to już teraz, ale skoro ofiara okazała się wyjątkowo nieskłonna do współpracy, rozpiska straciła raptownie na znaczeniu. Dał się zwieść pozorom. Szybka i agresywna reakcja obiektu dowodziła, że nie był wcale tym, na kogo wyglądał.

Jednak dopiero w chwili, gdy złapał za rękojeść wibronoża i zaczął wysuwać dłoń spod poły marynarki, Bochart pojął, jak bardzo się pomylił.

Pomimo zdecydowanie nieprzyjemnej sytuacji Harahap nie oczekiwał, że bandzior tak szybko sięgnie po broń. Niemniej trzydzieści lat praktyki w niecnym fachu miało swoje plusy. Obróciwszy się na prawej pięcie, pociągnął tego za sobą, nie puszczając jednocześnie jego łokcia, przez co uderzył mocno plecami w klatkę piersiową znacznie wyższego mężczyzny i unieruchomił jego częściowo skrytą jeszcze pod połą marynarki rękę. Zaraz potem zacisnął pięść, żeby przywalić tamtemu w szczękę, równocześnie zaś uniósł prawą stopę i przechyliwszy się do przodu, kopnął w prawą rzepkę kolanową Bocharta.

Grant patrzył na to wszystko z niedowierzaniem. Głośny krzyk Bocharta po strzaskaniu rzepki urwał się po chwili przy trzasku pękających kręgów szyjnych. Ciało poleciało do przodu, a wibronóż wypadł z bezwładnej dłoni. Pomrukujące cicho ostrze bez trudu zagłębiło się w cerambetowy chodnik, ale zaraz automat wyłączył zasilanie. Ten, który wedle planu miał być już martwy, rzucił się z kolei na Franza Gillespiego.

Drugi z bandytów dostrzegł nadciągający cyklon i zdołał nawet wyciągnąć swój wibronóż, ale na nic więcej nie starczyło mu czasu. Harahap zdumiewająco mocno złapał go za dłoń z bronią, drugą ręką sięgając do jego głowy. Wczepiwszy palce we włosy, pociągnął mu głowę w dół, doprowadzając do jej zderzenia z własnym uniesionym kolanem. Trzasnęła kość, trysnęła krew. Harahap obrócił się na pięcie, odrzucając niemal oślepionego i na wpół ogłuszonego Gillespiego prosto na bliższego z dwóch wynajętych miejscowych. Obaj padli skotłowani na chodnik.

Drugi z miejscowych gapił się jeszcze, jakby nie pojmował, jakim cudem starannie zaplanowana akcja aż tak się posypała, gdy Harahap uderzył go kantem dłoni w krtań, jednym ruchem miażdżąc tchawicę. Opryszek zatoczył się do tyłu, Harahap zaś zainteresował się jego powalonym chwilowo partnerem.

Gillespie zdołał tymczasem dźwignąć się na kolano. Jedną dłoń przyciskał wciąż do zmasakrowanej twarzy, próbując otrzeć krew z powiek, a drugą szukał na chodniku upuszczonego wibronoża. Pierwszy z miejscowych zbierał się jednak o wiele sprawniej, ale zanim jeszcze zdołał wstać, Harahap kopnął go potężnie w splot słoneczny. Gdy przeciwnik złożył się wpół, kapitan Żandarmerii zakończył sprawę, wbijając mu łokieć w kark.

Brandon potrzebował nieco ponad pół sekundy, żeby podjąć decyzję. Pieprzyć plan!

Sięgnął do kieszeni, ale nie po typowy dla miejskich gangsterów wibronóż. Gdy unosił pulser, drugi z miejscowych padał właśnie na chodnik. Grant odszukał cel i nacisnął spust.

Słysząc wycie przelatującej tuż obok wiązki strzałek, Harahap odwrócił się od gramolącego się niezdarnie bandziora z zakrwawioną twarzą. Tego odgłosu nie można było pomylić z żadnym innym, zwłaszcza po latach kariery w roli agenta. Zaraz też ujrzał, jak klatka piersiowa piątego i ostatniego z napastników eksploduje fontanną krwi i poszarpanych tkanek.

Nim jeszcze ciało upadło na ziemię, rozległ się kolejny strzał. Tym razem z użyciem pojedynczej strzałki, nie wiązki. Franz Gillespie ponownie opadł na chodnik.

– Chyba będzie lepiej, jeśli zabierze się pan ze mną, kapitanie Harahap – rozległo się obok. Ton wypowiedzi był zdumiewająco spokojny. Harahap oderwał spojrzenie od pięciu bezwładnych ciał. – Lada chwila zjawi się tu policja Pine Mountain – dodał siwowłosy i jasnooki mężczyzna, którego Harahap nigdy wcześniej nie widział, i schował broń pod szytą na miarę marynarką. – Skłonny jestem przypuszczać, że będą mieli całą masę pytań, na które zapewne wolałby pan nie odpowiadać. W każdym razie ja bym nie chciał, będąc na pana miejscu, zatem…

Skłonił się wytwornie i zachęcił Harahapa, by oddalił się razem z nim.

– Może zechciałby mi pan wytłumaczyć, o co w tym wszystkim chodziło? – spytał nieco kwaśnym tonem Harahap.

Było to jakiś kwadrans później, gdy zaparkowany w pobliskim podziemnym garażu samochód powietrzny tajemniczego wybawcy przemierzał już niebo z dala od miasta. W zwykłych okolicznościach mogliby się spodziewać policyjnego pościgu, ale wszystkie kamery monitoringu na piętrze, gdzie czekał wóz, doznały akurat jakiejś dziwnej awarii. Ujrzawszy mrugające na ich obudowach światełka trybu nieaktywnego, Harahap nie był nawet specjalnie zdumiony.

Siedział na przednim siedzeniu pasażera, z dłonią pod marynarką, gdzie wyczuwał pod palcami rękojeść własnego pulsera. Nieco go to uspokajało, bo chociaż wdzięczny był za ratunek, to jednak…

– Obawiam się, kapitanie, że była to próba dopisania epilogu do ciągu kilku spraw – odparł spokojnie kierowca, nie odrywając spojrzenia od wyświetlacza, chociaż musiał wiedzieć o wycelowanej w niego broni. – Chyba sam pan rozumie, jak to działa.

– A dlaczego właśnie ja miałem zagrać w tej sztuce?

– Za sprawą pańskich niedawnych poczynań. Wie pan, w miejscach takich jak Montana, Kornati, Mainwaring. Te klimaty.

– A jeśli powiem, że nie mam pojęcia, o czym pan mówi?

– Wówczas zapewne przyjdzie mi pomyśleć, że co najmniej jeden z nas jest idiotą. Albo ma drugiego za idiotę. – Uśmiechnął się i po raz pierwszy spojrzał przelotnie na Harahapa. – Ponieważ skłonny jestem sądzić, że żaden z nas nie pasuje do tego opisu, nie przypuszczam także, żeby uznał pan moją obecność w miejscu wydarzeń za dzieło przypadku.

– Zaiste, nie uznaję – przyznał Harahap. – Z drugiej strony nie usłyszałem jeszcze, co pana tam sprowadziło.

– Nie co, a kto. Pani Anisimovna prosiła, żebym miał na pana oko – odparł kierowca.

Harahap skrzywił się mimowolnie.

– A dlaczegóż pani Anisimovna pana o to prosiła? – spytał po chwili.

– Bo było wskazane, żeby ktoś nad panem czuwał? – zasugerował tamten z szerokim uśmiechem.

Harahap, znowu mimowolnie, także się uśmiechnął.

– Biorąc pod uwagę okoliczności, nie będę drążył dalej – powiedział. – Ale i tak chciałbym usłyszeć, co właściwie się wydarzyło. I to jeszcze zanim pan wyląduje. Bo kto wie, czy mi się tam spodoba. Owszem, jestem dozgonnie wdzięczny i tak dalej, ale proszę pana o dogłębniejsze naświetlenie sprawy.

– Jak pan sobie życzy – zgodził się mężczyzna. Włączył autopilota z wprowadzonym planem lotu i odsunął fotel od konsoli, żeby móc obrócić się w stronę pasażera. – Przede wszystkim nazywam się Rufino Chernyshev. – Dostrzegł zdumione spojrzenie Harahapa i zaśmiał się cicho. – Naprawdę! Owszem, prawo jazdy mam wystawione na inne nazwisko, ale wobec możliwości, że przyjdzie nam trochę pracować razem, wolę być szczery.

Harahap kiwnął lekko głową, chociaż wiedział, że taka szczerość może mieć jeszcze inne przyczyny. Ostatecznie umarli nie zdradzają tajemnic, cokolwiek by wcześniej słyszeli.

– Możliwie najkrótsza wersja tego, czego właśnie byliśmy świadkami, jest taka, że operacja, w związku z którą major Eichbauer była uprzejma wypożyczyć pana pani Anisimovnej, zakończyła się spektakularnym fiaskiem. Można oczekiwać z tego tytułu szeregu kłopotów i trochę potrwa, zanim burza przeminie, przez co część zaangażowanych w sprawę osób nieco się wystraszyła. Jedna z nich wystraszyła się na tyle, że próbowała zatrzeć wszystkie ślady, które mogłyby zasugerować komuś jej udział. Pani Anisimovna przewidziała, że może do tego dojść, i dlatego poprosiła, żebym pana pilnował. Niestety… – dodał z lekkim przejęciem Chernyshev. – Z major Eichbauer mi się nie udało.

– Ulrike nie żyje? – spytał obojętnym tonem Harahap. Jego twarz też pozostała niewzruszona, ale dla dobrze znających go osób byłoby to jednak wyraźnym znakiem targających nim emocji.

– Niestety. – Chernyshev pokręcił głową. – Dopadłem przypisany do niej zespół zabójców, ale kilka sekund za późno. Żyła jeszcze, lecz nie zostało jej wiele czasu i dobrze o tym wiedziała. Była w drodze na spotkanie z panem i ostatnie, co mi przekazała, to gdzie byliście umówieni. – Spojrzał spokojnie na Harahapa. – I dlatego w pana przypadku zdążyłem na czas, kapitanie. Dobrze mieć takich przyjaciół.

– Owszem – zgodził się Harahap. – I dlatego powie mi pan teraz, kto zlecił te zamachy.

– Wiem, że jest pan człowiekiem o sporych możliwościach, kapitanie, ale obawiam się, że to dla pana zbyt trudny cel. Zwłaszcza teraz, gdy on wie, że wciąż pan żyje. Z drugiej jednak strony reprezentuję organizację, która niemal na pewno da radę go dopaść… we właściwym czasie.

– I ta pańska organizacja zdecydowała się mnie uratować wiedziona czystym altruizmem?

– Raczej nie – przyznał ze śmiechem Chernyshev. – Nie, miałem pana uratować, ponieważ jest pan cennym nabytkiem. Dowiódł pan już tego w gromadzie Talbott i ludzie, dla których pracuję, byli pod wrażeniem pańskich talentów. Oczekuję, że też zgodzi się pan dla nich pracować.

– Ale nie jest pan tego pewien.

– Od chwili, gdy otrzymałem ten przydział, sprawy zaczęły się toczyć nadspodziewanie szybko, kapitanie. Mam umieścić pana w bezpiecznym lokalu i poczekać na nowe instrukcje.

– A jeśli nie zechcę siedzieć w tym lokalu? – Harahap wyciągnął pulser spod poły marynarki i pokiwał znacząco lufą. – Ostatecznie jestem kapitanem Żandarmerii. Teraz, gdy wiem już, że ktoś się na mnie uwziął, chyba dam radę jakoś się z tego wykaraskać.

– Może, ale tylko założywszy, że pańscy przełożeni także nie będą zainteresowani zatarciem śladów w wiadomej sprawie. Proszę się nad tym zastanowić. Gdyby ktoś zajął się tym dokładniej, major Eichbauer i pan moglibyście doprowadzić ciekawskiego prosto do brygadier Yucel, a gdy Old Chicago zacznie grzebać w sprawie, wiele osób tutaj znajdzie się w poważnych tarapatach. Naprawdę chce pan sprawdzać, czy brygadier Yucel nie będzie zainteresowana pańskim permanentnym zniknięciem?

– Racja – stwierdził po chwili Harahap. – Z drugiej strony pani Anisimovna też może dojść do podobnych wniosków.

– Może – zgodził się Chernyshev. – Ale nasza organizacja nadal chce tego samego co wcześniej i jesteśmy całkiem pewni, że to, co zdarzyło się w gromadzie Talbott, nie wynikło z pańskiej winy. Dlaczego więc pani Anisimovna miałaby pozbywać się równie sprawnego narzędzia? Zwłaszcza że owo narzędzie nie ma dokąd uciec? – dodał z lekkim uśmiechem.

Harahap też w zasadzie się uśmiechnął. Chernyshev miał rację. Nawet sporo racji. Niemniej…

– Dobrze – powiedział po upływie pół minuty i schował pulser do kabury pod pachą. – Jasno pan to wyłożył i najpewniej ma pan słuszność. Kto wydał rozkaz? Mogę nie być w stanie dopaść go teraz, ale nie poddaję się łatwo. Mając dość czasu, znajdę sposób na każdego.

– Nie wątpię, kapitanie Harahap – przyznał Chernyshev z dziwnym wyrazem twarzy. – W tej chwili mogę tylko powiedzieć, kogo podejrzewam o tę inicjatywę. W grę wchodzi kilka osób, z których każda może być tą właściwą. Sprawdzenie tego zajmie trochę czasu, ale bardzo bym się zdziwił, gdyby ostatecznie padło na kogoś spoza tego grona.

– Rozumiem – powiedział Harahap, nie podejmując dalszej dyskusji. Jego rozmówca był najwyraźniej profesjonalistą i wiedział, co mówi.

– Pamiętając o tym, o czym przed chwilą wspomniałem, wskazałbym na Volkharta Kalokainosa. – Chernyshev wzruszył ramionami. – Kalokainos Shipping trochę zbyt otwarcie występuje przeciwko wpływom Manticore, a na dodatek robi to już od długiego czasu i nazbyt angażuje się w niektóre operacje, które w razie ujawnienia nie spotkałyby się z przychylnością Ligi Solarnej. Zwłaszcza ludzi, którzy mają w niej najwięcej do powiedzenia, ponieważ i oni nie wyszliby z tego czyści. Gdyby coś się szykowało, Kolokoltsov bez chwili namysłu poświęciłby Kalokainosa, żeby oszczędzić sobie kłopotów. Poza tym Kalokainos i bez tego ma dość wrogów w branży. Skorzystają z każdej okazji, żeby tylko mu dołożyć.

– A Jessyk i Manpower niby nie mają żadnych wrogów?

– Oczywiście, że mają, ale nie w obrębie Ligi Solarnej. Liga niezbyt może się do nich przyczepić, przynajmniej w granicach prawa. Właściwie wszyscy, którzy mogą narobić im kłopotów, są obywatelami pewnego królestwa, którego nazwa zaczyna się na literę M.

– Pewnie tak – przyznał po chwili Harahap i oparł się wygodnie w fotelu. – Dobrze, panie Chernyshev. Proszę mnie zabrać do tego bezpiecznego lokalu.

– Jesteśmy już w drodze, kapitanie – odparł z szerokim uśmiechem kierowca. – I proszę mówić mi Rufino. Chyba czeka nas całkiem bliska współpraca.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Schizmą rozdarci Światy Honor Honor Harrington. Cień zwycięstwa Rafa Armagedonu W służbie miecza Honor Harrington. Nie tylko Honor 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów