Układ Trójmiejski

Układ Trójmiejski

Autorzy: Sylwester Latkowski

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Publicystyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 20.80 zł

Kto jest najważniejszym gangsterem w Trójmieście?

                    Latkowski odpowiada wprost – Tygrys i ujawnia kulisy tajnego śledztwa wobec legendy trójmiejskiego świata przestępczego.

                    Co dzieje się dzisiaj z do niedawna najbogatszym Polakiem, Ryszardem Krauze? Czy rzeczywiście zbankrutował i nic nie znaczy?

                    W książce poznamy nowe fakty z tak głośnych spraw, jak Krystka i „Zatoki Sztuki” czy zaginięcie  Iwony Wieczorek. Latkowski ujawnia, że śledztwo jest blokowane m.in. w Komendzie Głównej Policji.

                    „Trójmiasto jest wielką Puchą Pandory. Trzeba byłoby tu F-16 wypróbować, spalić to, zaorać i jeszcze raz podpalić. Potem każdemu wchodzącemu dawać przepustkę po sprawdzeniu, że nie jest pozapinany z dziwnymi ludźmi. Tu jest jedna wielka sitwa” – mówi Latkowskiemu były szef gdańskiego Centralnego Biura Śledczego.

                    Książka pokazuje, że w wielu głośnych sprawach przewijają się te same osoby i pozwala zrozumieć, dlaczego układ trójmiejski jest na tyle silny, że wciąż niezmiennie trwa. Tamtejszy wymiar sprawiedliwości nie radzi sobie z nim.

                    Sylwester Latkowski - reżyser, scenarzysta, dziennikarz,  producent filmów, "Afera podsłuchowa. Taśmy Wprost" (współautor Michał Majewski, 2014) - opisuje od lat świat przestępczy i afery Trójmiasta. Książka nie tylko podsumowuje jego dziennikarskie śledztwa, ale też zawiera nowe informacje i tropy. W książce odkrywa nieznane kulisy takich spraw jak Amber Gold. Ujawnia treść nieznanych taśm. Po raz pierwszy poznamy nagranie syna premiera, Michała Tuska, w którym opowiada o swojej współpracy z twórcami piramidy finansowej i linii lotniczej OLT Express.

Sylwester Latkowski

Układ Trójmiejski

ISBN

Copyright © by Sylwester Latkowski 2017

All rights reserved

Redaktor

Paulina Jeske-Choińska

Projekt okładki

www.designpartners.pl

Skład i łamanie

Teodor Jeske-Choiński

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Tajne śledztwo w sprawie Tygrysa

Afera przeciekowa

Ryszard Krauze, cesarz z Kamiennej Góry

Policja zbudowana na hakach

Trójmiejski patent porwaniowy

Prokurator nadzorujący sprawę Amber Gold i BMW

Trójmiejski układ zamknięty

Taśmy Amber Gold

Nowe tropy w sprawie Iwony Wieczorek

Krystek i Zatoka Sztuki

Postscriptum

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Część pierwsza

Tajne śledztwo w sprawie Tygrysa

Trzeba byłoby te F-16 wypróbować, spalić to, zaorać i jeszcze raz podpalić, Gdańsk 2015

Czerwiec 2015 roku. To była moja kolejna wizyta w Trójmieście. Nie najważniejsza. Zawsze jednak krótsze i dłuższe pobyty w tym miejscu kończą się podobnymi refleksjami. Właściwie bez niespodzianek. Na początku poznawałem Trójmiasto jako dziecko przyjeżdżające z oddalonego o sześćdziesiąt kilometrów rodzinnego Elbląga z matką na zakupy lub na wizyty u specjalistów lekarzy. Potem już bez niej, z kumplami. W Gdańsku-Wrzeszczu ukończyłem zaoczne studium pedagogiczne dla nauczycieli. Jako dwudziestokilkulatek przyjeżdżałem tutaj zawodowo. W roku 2000 trafiłem na dłużej. Blisko rok spędziłem w zakładzie karnym Gdańsk-Przeróbka. Na przepustkach z więzienia zacząłem kręcić swój pierwszy film dokumentalny „To my, rugbiści”, o drużynie rugby Arka Gdynia. Kilku zawodników miało nieciekawą przeszłość, kilku poruszało się w szarej strefie. Krótko mówiąc, była to opowieść o chuliganach, z pozytywnym przesłaniem. Potem wpadałem do Trójmiasta, robiąc kolejne filmy, o tutejszych artystach, pianiście i kompozytorze Leszku Możdżerze — „Pub 700” (2002) i malarzu, profesorze gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych Macieju Świeszewskim — „Ostatnia Wieczerza” (2011). Trójmiasto pojawiało się także w moich innych filmach, jak „Klatka” (2003) czy „Zabić Papałę” (2008). Trochę uwagi poświęciłem mu także w książkach, najwięcej w wydanej w 2011 roku „Polskiej mafii”. No i w serii artykułów prasowych. Poznawałem to miejsce przez wiele lat z różnych stron, miałem kontakt z ludźmi z wielu kręgów.

Zazwyczaj moi rozmówcy zaczynają spotkanie od żartu: „Jeszcze cię nie zabili?”. Mają na myśli trójmiejską mafię. Swoimi artykułami, książkami, filmami dokumentalnymi i programami telewizyjnymi, według nich, napsułem jej ludziom sporo krwi. Dla mnie to jednak ciągła walka z wiatrakami. Tak, to ja powinienem się bać, a nie oni. To ich teren. Jestem intruzem. Nazywam to miejsce małą Italią, bo trójmiejski świat przestępczy krzyżuje się tak jak tam z polityką, władzą samorządową, policją, służbami specjalnymi, prokuratorami i sędziami, wielkim i małym biznesem. Są dobrze zorganizowani. Można powiedzieć, że nawet zdyscyplinowani. Od lat pilnują, by nie wkradł się tutaj chaos z lat dziewięćdziesiątych. Wszystko dzieje się po cichu. Porwania. Oficjalnie to margines. Tymczasem non stop tutaj ktoś jest porywany. Nie chodzi się z tym na policję. A ci, którzy się na to decydują, nie wychodzą na tym najlepiej, o czym świadczy historia porwania żony gdańskiego biznesmena Andrzeja, o której opowiem w dalszej części książki.

Dlaczego przestępcy z Trójmiasta czują się pewnie: nie są ścigani, spokojnie robią swoje? Jeden z byłych szefów Centralnego Biura Śledczego powiedział: — Jest tak bardzo źle z przestępczością, że Trójmiasto to wielka pucha Pandory. Trzeba byłoby te F-16 wypróbować, spalić to, zaorać i jeszcze raz podpalić. Potem każdemu wychodzącemu dawać przepustkę po sprawdzeniu, że nie jest pozapinany z dziwnymi ludźmi. Tu jest jedna wielka sitwa.

Umówiłem się ze swoim rozmówcą — nazwijmy go Robertem — w centrum Gdańska, tuż przy Motławie. Jest wysokim oficerem jednej ze służb, zmilczę, czy policyjnej lub specjalnej. Pogoda zachęcała do spotkania na zewnątrz.

— Usiądziemy gdzieś na piwo — mówił, gdy wyznaczał miejsce spotkania. Uważał, że nie ma co się ukrywać. O każdym moim pobycie wie policja i służby. Monitorują mnie. „Muszą wiedzieć, po co właściwie pan przyjechał i o czym potem przeczytają, czyli czym trzeba się jakoś tam zająć, kogo ostrzec” — usłyszałem kiedyś w szefostwie jednej z trójmiejskich służb.

Mój rozmówca nie obawiał się, że zostanie uznany za mojego informatora. Dlaczego? Ponieważ spotykam się z dużą liczbą osób, a więc nie wiadomo, kto i co mógł mi powiedzieć.

To właśnie rozmowa z Robertem dała mi impuls do napisania tej książki. Opowieści o kryminalnym Trójmieście. Pomysł, by w niej umieścić historie, które opisywałem samodzielnie lub z innymi dziennikarzami, Michałem Majewskim czy Piotrem Pytlakowskim. By pokazać, że są to pozornie odległe, niełączące się sprawy. Co mają ze sobą wspólnego? Łączą je bohaterowie, którzy przypadkowo zawsze przewijają się w tych opowieściach. I zawsze mają szczęście. Spadają na cztery łapy.

Afera Amber Gold i król Stogów

Rozejrzałem się wokoło. Żadna z siedzących wokół nas osób, tak mi się przynajmniej wydawało, nie była nami zainteresowana. Ot, ktoś chwilami zerknął, ale do tych spojrzeń już dawno się przyzwyczaiłem. Ktoś poznał mnie lub zastanawiał się, skąd zna tego gościa. Przechodnie sunęli pewnym krokiem, co oznaczało, że wśród nich mało jeszcze było turystów. Za dwa miesiące zaleją to miasto i przy takiej pogodzie to miejsce będzie nie do zniesienia. Chyba że ktoś uwielbia spacery w tłumie.

Być może wybrał to miejsce specjalnie, wystawił nas na widok, by pokazać, że ma kontakt ze mną? — pomyślałem. Po spotkaniu i tak poinformuje kogo trzeba. Opowie o naszym spotkaniu, co uzna za stosowne. Czy obawiałem się, że mnie nagrywa? W tym wypadku wątpiłem. Na co mu takie nagranie, w którym to on głównie mówi, a ja słucham?

Zaczynamy rozmawiać o sprawie Amber Gold. To jedna z tych spraw, której nie odpuszczam w czasie spotkań w Trójmieście.

— Być może to, co pan wiele lat temu twierdził, wreszcie będzie udowodnione — rzucił z uśmiechem Robert.

Odpowiedziałem skrzywieniem ust, które trudno było uznać za uśmiech, raczej za grymas zirytowania. Nie wierzyłem, że jest to możliwe. Wiedział o przegranym procesie z jednym z bohaterów artykułów poświęconych sprawie Amber Gold. Wraz z dziennikarzem Michałem Majewskim opublikowaliśmy w tygodniku „Wprost” serię tekstów poświęconych tej sprawie. Majewski kilka lat później rzucił fach dziennikarski. Miał dość procesów, które coraz częściej kończyły się dla niego skazującymi wyrokami. Dość wydawców, którzy nie rozumieli, czym jest dziennikarstwo śledcze. Rodzina, niespłacony kredyt za mieszkanie. Nie wytrzymał i tyle. Przyznam, że sam jestem bliski temu, by zrobić to samo co on.

Przypomnę, afera wybuchła w 2012 roku. Wstrząsnęła całą Polską. Oficjalnie założycielem piramidy finansowej Amber Gold był gdańszczanin Marcin P., wówczas dwudziestopięciolatek, który po prostu wybrał szybszą formę zdobycia fortuny i poszedł na skróty. Wcześniej był kilkakrotnie karany za oszustwa. W 2009 roku zarejestrował firmę, będąc na przepustce z więzienia. Niektórzy robią wtedy filmy, a niektórzy popełniają przestępstwa.

Amber Gold to była firma proponująca klientom inwestowanie w złoto. Oferowała wysokie oprocentowanie. Pomysł okazał się nadspodziewanie dobry i powstało coś większego niż planowano. Interes tak dobrze się rozkręcił, że postanowiono zainwestować pieniądze w stworzenie nowej firmy lotniczej, OLT Express.

Podczas uroczystej inauguracji jeden z samolotów linii OLT przeciągali prezydent Paweł Adamowicz i inni samorządowcy. Zdjęciem z tego wydarzenia wymachiwał potem Antoni Macierewicz z PiS. W jego ocenie fotografia potwierdzała, że Platforma Obywatelska stworzyła „mafijny układ”, który chronił właściciela Amber Gold i OLT. Według niektórych moich rozmówców to właśnie wejście w rynek lotniczy przyczyniło się do tego, że służby wreszcie zainteresowały się spółką małżeństwa P.

13 sierpnia 2012 roku przedsiębiorstwo ogłosiło upadłość, nie wypłacając ani ulokowanych środków, ani odsetek tysią­com klientów firmy. Trzy dni później Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wkroczyła do firmy i mieszkania Marcina P. i jego żony.

Tajny plan śledztwa ABW

16 lipca 2012 roku delegatura ABW w Gdańsku sporządziła plan śledztwa o numerze RSD 10/12. Co ciekawe, śledztwo nie dotyczyło całej działalności państwa P., a jedynie przestępstw, które miały być popełnione do 15 maja 2012 roku. Chodziło o kwotę 25 mln zł. Amber Gold miało wprowadzić w błąd swoich klientów. Wpłacali oni pieniądze na zakup złota, a w rzeczywistości spółka przeznaczała pozyskane środki na inne cele. Podstawą wszczęcia śledztwa było zawiadomienie banku BGŻ z 15 maja 2012 roku. Bankowcy podejrzewali, że Amber Gold może prać brudne pieniądze.

Plan śledztwa zawierał bardzo interesujące fakty na temat przeszłości i interesów państwa P., ale był też dowodem, że śledczy dopiero po wybuchu afery zaczęli badać pewne hipotezy.

Jeden z nich bez zwodzenia powiedział:

— Grajmy w otwarte karty. Sprawa toczy się od 2009 roku Jest zabagniona i spierd…! Dopiero od początku lipca ustalamy, o co tu chodzi.

Komisja Nadzoru Finansowego w październiku 2009 roku złożyła doniesienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez parabank. Bez efektu, sprawa utknęła w gdańskiej prokuraturze rejonowej.

Co wynikało z informacji pozbieranych przez śledczych w 2012 roku? Po pierwsze to, że nie było śladu po dużych ilościach złota. To w ten kruszec chcieli zainwestować klienci Amber Gold. 1 czerwca 2012 roku Marcin P. był przesłuchiwany w prokuraturze jako świadek. Prokuratorzy poprosili go o przedstawienie dowodów zakupu złota. P. zeznał, że posiadane złoto, platyna i srebro pochodzą ze szwajcarskiej mennicy PAMP. Kupuje je on za pośrednictwem spółki Inwestycje Alternatywne Profit z Warszawy. Zapytany o dowód zakupu, okazał fakturę opiewającą na niską kwotę — 145 429,46 zł.

7 sierpnia 2012 roku wraz z Michałem Majewskim spotkaliśmy się z małżeństwem P. Zadaliśmy pytanie, ile mają majątku.

Odpowiedzieli: 17,5 mln zł na koncie, 15 mln zł w pożyczkach, które udzielili, 120 kg złota, nieruchomości na ponad 30 mln zł, samochody i inny majątek firmy.

Skarżyli się, że nie mogą oddać klientom pieniędzy, bo banki wypowiedziały im umowy na prowadzenie kont, a nowych nie pozwalają założyć. Jednak akurat w dniu, w którym rozmawialiśmy, państwu P. udało się w jednym z banków założyć rachunek.

— Przesłaliście już komuś pieniądze?

— Jutro będziemy wysyłać — zapewniali.

Dwa dni później poprosiliśmy Marcina P., żeby podał nam, ilu osobom i jakie kwoty oddał. Odpisał: „Około 250 osobom, w kwocie 2,7 mln zł”.

Poprosiliśmy o udokumentowanie przelewów. P. zapewnił nas, że prześle dokumenty tego samego dnia, po południu. Nigdy ich nie przesłał. Co ze 120 kg złota, o których mówiło małżeństwo P.? Prokuratura w czasie przeszukania w siedzibach firmy i w mieszkaniach małżeństwa P. zabezpieczyła jedynie 57 kg złota, kilogram platyny oraz mniej niż kilogram srebra.

Z planu śledztwa (dane w nim zawarte pochodzą m.in. z urzędów skarbowych) wynikało, że małżeństwo wypłacało sobie gigantyczne pieniądze z Amber Gold. Same umowy o pracę Katarzyny i Marcina P. nie zawierały zawrotnych sum — od 200 do 600 tys. zł rocznie w ostatnich latach. Tyle że oboje P. mieli jeszcze umowy zlecenia podpisane z Amber Gold. Z tytułu tych umów Katarzyna P. otrzymała na konto np. w 2010 roku 3 342 000 zł, W tym samym roku jej mąż dostał 4 253 000 zł, a w roku 2011 ponad 9 mln zł. To imponujący przyrost dochodów. W 2009 roku siedzący w areszcie śledczym w Słupsku P. zadeklarował do rozliczenia podatkowego roczne dochody w wysokości… 572 zł 89 gr.

Jak to jest, że państwo P. mimo kontrowersji wokół siebie i swoich przedsięwzięć mogli działać bezkarnie? Dlaczego pomorski urząd skarbowy wszczął kontrolę w Amber Gold dopiero po wybuchu afery? Od początku zakładano, że małżeństwo P. mogło być słupem dla interesów ludzi schowanych w cieniu. Że właściciele spółki nie działali w osamotnieniu, ktoś musiał ich wspierać. Zakładano, że mogli być chronieni przez ludzi służb, którzy mają wpływy w organach ścigania, wymiaru sprawiedliwości i świecie polityki.

Zoo, Wałęsa i kościół

Plan gdańskiego śledztwa pokazuje, jakie dokładnie kwoty małżeństwo P. wpłacało na rzecz różnych instytucji.

— Oni non stop siedzą w dominikańskim kościele św. Mikołaja — opowiadał funkcjonariusz jednej ze służb. — To ich oaza i azyl.

Państwo P. na tę świątynię przeznaczyli od marca 2010 roku do kwietnia 2012 roku 1 541 993 zł. Czy dominikanie nie odwdzięczali się darczyńcom oraz ich ludziom, wstawiając się za nimi w różnych instytucjach? Do dzisiaj nie ustalono.

Na co jeszcze w Trójmieście płacili właściciele Amber Gold?

Na zoo należące do gdańskiego samorządu wyłożyli 3 120 000 zł. Katarzyna P. w rozmowie powiedziała:

— Dyrektor zoo za zgodą prezydenta miasta Pawła Adamowicza użyczy nam ogrodu. Chcemy tam zorganizować masową imprezę dla mieszkańców Trójmiasta 22 września.

Czy badano powiązania urzędników miejskich z interesami małżeństwa P.? Jeśli tak, to nic nie ustalono.

— Prezydent Adamowicz był jedynym politykiem, który odwiedził nasze biuro. Przywiózł ofertę sponsorowania filmu o Lechu Wałęsie reżyserowanego przez Andrzeja Wajdę — mówił Marcin P.

A Katarzyna P. dodała:

— Adamowicz wszedł do biura w czarnym płaszczu i kopertę ze swoją prośbą zostawił w sekretariacie. Wyszedł bez słowa.

— Przekazaliście pieniądze na film?

— Dwa miliony — odparł Marcin P.

Tak naprawdę przekazali więcej. Do producenta filmu o Wałęsie trafiło 3 mln zł plus VAT.

— Spotkaliście Andrzeja Wajdę?

— Mieliśmy iść na konferencję, ale w końcu wysłaliśmy pracowników — odpowiedział Marcin P.

— Nie chcieliśmy się upubliczniać — wtrąciła, wyjaśniając, Katarzyna P.

— Wajda podobno chciał nas poznać — rzekł z uśmiechem Marcin P.

Prezydent Paweł Adamowicz, kilka miesięcy wcześniej, w maju 2012 roku, w obecności Wajdy, mówił do pracowników Amber Gold na konferencji prasowej: „Czujecie ten moment, czujecie innowacyjność. Wałęsa też był innowacyjny dla swoich czasów”. Adamowicz zaprzeczył, że był w biurze Amber Gold, miał wysłać tylko pismo z prośbą o wsparcie filmu, takie samo jak do wielu innych firm działających na Pomorzu. Zapytany o to, czy wiedział o przeszłości P., o jego wyrokach za oszustwa, stwierdził, że nie posiadał takiej wiedzy.

Przyjaciel Nikosia w tle

Gdańscy śledczy badali, skąd wzięły się pieniądze na start Amber Gold, jak powstała linia lotnicza OLT Express, kto ewentualnie mógłby w firmach małżeństwa P. legalizować środki finansowe pochodzące z przestępstw. W planie śledztwa był ciekawy trop. Pojawiło się nazwisko Mariusa Olecha, biznesmena z bogatą przeszłością. Wielu jego przyjaciół to znani trójmiejscy gangsterzy, jak Tygrys i nieżyjący Nikodem Skotarczak ps. Nikoś. Jak tłumaczył później, to jego podwórkowe znajomości z młodości i nic więcej. Na początku lat 90. posiadał znaną firmę spedycyjną i miał udziały w banku, który splajtował. To właśnie w domu Mariusa Olecha w Gdańsku-Jelitkowie, wedle śledczych, miało dojść do narady na temat planowanych przez małżeństwo P. w 2011 roku interesów lotniczych. Spotkać się mieli wspomniany Olech, właściciel małej linii lotniczej Krzysztof Wicherek oraz Marcin P. Na tym spotkaniu miano ustalić, że właściciel Amber Gold zainwestuje kilkanaście milionów złotych w jedną z istniejących już spółek lotniczych. Marcin P. dostał w użytkowanie jeden samolot. Maszyna miała być wykorzystywana przez Amber Gold do transportowania znacznych kwot pieniędzy z Hamburga. Co interesujące, Hamburg to ważne miasto dla Mariusa Olecha, który już w latach 80. prowadził tam interesy. Zadzwoniłem z Michałem Majewskim do Mariusa Olecha.

— Możemy się z panem spotkać na kwadrans?

— Możecie, pod warunkiem że wpadniecie do południowej Francji!

— Czy u pana w domu była narada na temat biznesu lotniczego? Narada, w której brał udział Marcin P.?

— Nie znam P., spotkałem się jedynie z Krzysztofem Wicherkiem. Oferował zakup swojej linii lotniczej, ale nie byłem zainteresowany. Tyle.

Zapytany o tę rozmowę przed śledczą komisją sejmową ds. Amber Gold, Olech nazwał ją moim bełkotem. Rzeczywiście to był bełkot? Marius Olech uznał mnie i Michała Majewskiego za swoich najgorszych wrogów wśród dziennikarzy, bo skutecznie docieraliśmy do nieznanych dotąd opinii publicznej informacji.

Z firmy wylewały się pieniądze

Rozmawiając z ludźmi związanymi z Amber Gold, miałem poczucie, że byli zaskoczeni sytuacją. Nie rozumieli, dlaczego to się wywróciło. Wietrzyli spisek służb. Do głowy nie dopuszczali myśli, że zawarli pakt z pospolitymi oszustami. Jeden z najważniejszych menedżerów OLT Express, linii lotniczej założonej przez Amber Gold, twierdził w rozmowie, że sam do dziś nie wie, na czym polegała istota interesów państwa P. i czy w firmie nie dochodziło do prania pieniędzy.

— Marcin trzymał rękę na dokumentach księgowych. Główną księgową posłał do zajmowania się liniami OLT. Tak że nawet ona nie znała szczegółów funkcjonowania Ambera — opowiadał.

Menedżer z OLT Express wspomniał o ogromnych pieniądzach, które przechodziły przez Amber Gold w ostatnich latach.

— Dziennie to było 7, czasem 9 mln zł — opisywał.

Z dokumentów księgowych spółki wynikało jasno, że w ciągu ostatnich trzech lat biznes małżeństwa P. rozrósł się do wielkich rozmiarów. W 2009 roku przychód Amber Gold wyniósł tylko 1 463 000 zł. Rok później skoczył do 79 919 000 zł. W 2011 roku przychód (ale tylko do końca listopada) wyniósł 198 665 000 zł, z czego osiągnięto zysk w wysokości ponad 53 mln zł.

Menedżerowie Amber Gold zrobili plan przychodów na 2012 rok. Zakładał grubo ponad pół miliarda złotych!

— Czegoś takiego nigdy nie widziałem. Pieniądze wręcz wylewały się z firmy, faktury płacono przed czasem, nie negocjowano wysokości przedpłat — opowiadał pracownik Amber Gold.

Łagodna pani prokurator

Kolejne wizyty w prokuraturze, moje z Michałem Majewskim, nie wskazywały na to, że śledztwo w sprawie Amber Gold zakończy się sukcesem. Wsadzili za kratki małżeństwo P. i to wystarczy. Kto zaniedbał, zawalił sprawę Amber Gold? Wskazywano na Prokuraturę Rejonową w Gdańsku-Wrzeszczu i panią prokurator Barbarę Kijanko. Jej decyzje są rzeczywiście zastanawiające. Dostaje 15 grudnia 2009 roku zawiadomienie z Komisji Nadzoru Finansowego, która zarzuca Amber Gold prowadzenie działalności bankowej bez zezwolenia. Pani prokurator odmawia wszczęcia śledztwa, potem umarza postępowanie. Postępuje tak, choć sąd wytyka jej m.in. nieustalenie źródeł finansowania Amber Gold i brak weryfikacji zawartości skrytek, w których małżeństwo P. miało trzymać złoto. Nie weryfikuje też ani nie zabezpiecza dokumentów spółki. Po wskazaniu sądu, by prowadzić sprawę dalej, pani prokurator zamawia opinię u biegłego. Robi to w styczniu 2011 roku. Do lipca 2012 roku opinia nie powstaje, a pani prokurator nie naciska biegłego, by się pospieszył. Brak wiedzy, zła wola?

Marzenia o własnym banku

Po otwarciu linii lotniczej małżeństwo P. szykowało się do wielkiego skoku. Amber Gold chciało mocno poszerzyć ofertę. Firma miała zacząć na dużą skalę udzielać pożyczek. Spółka stałaby się coraz poważniejszym konkurentem dla firm takich jak Provident czy banków udzielających kredytów. Wszystko było już gotowe. Zbudowano silny dział windykacji, we wrześniu 2012 roku miała ruszyć wielka kampania reklamowa. I na tym nie koniec.

— Spytałem Marcina, jaki ma długofalowy plan, co chce zrobić. Powiedział, że prosty. Chce dogadać się z KNF, z którą wojował od 2009 roku. Zacząć działać w pełni legalnie. W końcu kupić jakiś bank. Wspominał o spółdzielczym — wyjawił jeden z menadżerów Amber Gold.

Po naszej rozmowie 7 sierpnia 2012 roku z małżeństwem P. wiedzieliśmy, że z wielkiego planu nic nie będzie. Małżeństwo już wtedy mówiło, że Amber Gold pójdzie do likwidacji.

— A wam co zostanie? — spytaliśmy.

— Na chleb i margarynę będziemy mieli — odparł z uśmiechem Marcin P.

— Marcin, nie przesadzaj — sprostowała męża Katarzyna.

ABW ostrzega

W czasie zajmowania się sprawą Amber Gold często z Michałem Majewskim słyszeliśmy, by dać sobie z nią spokój. Doszło do zdumiewającej sytuacji. Ówczesny redaktor naczelny „Wprost”, Michał Kobosko, został poinformowany za pośrednictwem dziennikarza Andrzeja Stankiewicza, że funkcjonariusze ABW uprzedzają nas — mnie i Michała Majewskiego — że jeden z sopockich biznesmenów wynajął szemranego prywatnego detektywa z Warszawy, który chodzi za nami, czytaj: inwigiluje i zbiera haki.

Sejmowa komisja śledcza

Sprawa Amber Gold w październiku 2012 roku została przeniesiona do Prokuratury Okręgowej w Łodzi. Wnioskowali o to śledczy z Gdańska. Oficjalnie powodem była zła atmosfera, jaka wytworzyła się wokół tematu. W czerwcu 2015 roku Prokuratura Okręgowa w Łodzi skierowała do Sądu Okręgowego w Gdańsku akt oskarżenia przeciw małżeństwu P. Główne zarzuty dotyczyły oszustwa blisko 19 tys. osób na kwotę 850 mln zł, działalności parabankowej i prania brudnych pieniędzy. Prawda jednak jest taka, że sprawę Amber Gold szybko i skutecznie zamieciono pod dywan, co wydawało się wtedy niemożliwe.

19 lipca 2016 roku Sejm powołał komisję śledczą do zbadania prawidłowości i legalności działań organów i instytucji publicznych wobec podmiotów wchodzących w skład Grupy Amber Gold. Dzięki temu przypomniano sobie o tej sprawie.

W czerwcu 2017 roku, w czasie przesłuchania sejmowej komisji śledczej zobaczyłem kolejny raz Marcina P. Schudł, ale był tak samo bezczelny jak dawniej. Nie spodziewałem się, że stanę się także jednym z wątków w jego zeznaniu. Ku mojemu zdziwieniu, stwierdził, że przekazałem mu plan śledztwa ABW. Oczywiście, aby się zabezpieczyć, powiedział, że nie jest pewien, tak na 90 procent, i dodał, że być może przeczytał go w moim artykule. Zeznał też, że miał się spotkać ze mną kilka razy. Skłamał. Doszło raz do spotkania i to w obecności Michała Majewskiego, całość została nagrana. Ta wrzutka miała mnie zaboleć, stanowić swoistą zemstę za serie publikacji, które napsuły jemu i jego żonie dużo krwi. Odnaleźliśmy nawet mieszkania należące do P., które nie zostały zabezpieczone, stało się to dopiero po naszej publikacji.

Król Stogów

ABW skupiło się na dwóch osobach: człowieku półświatka o ksywie Tygrys i Mieczysławie C., byłym oficerze SB, obecnie współwłaścicielu supermarketów. Według ich hipotezy Tygrys dysponował kasą, która miała być wytransferowana, i w tym celu założono firmę Amber Gold.

W momencie krachu piramidy niektórzy mieli odzyskać swoje pieniądze; jedną z tych osób był właśnie Tygrys.

Kim jest Tygrys? To legenda Trójmiasta. Były oficer CBŚ, który kiedyś tropił Tygrysa, opowiadał o nim:

— Dorobił się na kopaniu bursztynu. Najbardziej obfite złoża to był „rejon wyspy”, na gdańskich Stogach. To były jego pierwsze pieniądze.

Czy taką działalność w PRL-u i na początku lat 90. można było prowadzić bezkarnie, bez kontroli, bez związków ze służbami specjalnymi? Bez takiego wsparcia nie byłoby to możliwe. Faktem jest, że Tygrys ma zadziwiającą umiejętność unikania odpowiedzialności. Jego procesy ślimaczyły się latami. W ostatnich latach spoważniał. Inwestuje w ziemię, nieruchomości, już tak często nie wdaje się w publiczne awantury, z których był znany w Trójmieście.

Tygrys jest znajomym znanego sopockiego biznesmena, wspomnianego Mariusa Olecha, którego ABW wymieniała jako osobę mogącą mieć związki z interesami założycieli Amber Gold.

ABW badała wówczas również powiązania Mieczysława C., byłego kapitana SB (zajmował się głównie sprawami gospodarczymi), który dziś działa w branży handlowej. Odegrał on dwuznaczną rolę w aferze Stella Maris. W 2002 roku ujawniono, że w wydawnictwie archidiecezji gdańskiej doszło do nadużyć finansowych. Jednym z podejrzanych był dawny kapelan metropolity gdańskiego abp. Tadeusza Gocłowskiego, ks. Zbigniew B. Zarzucono mu, że w latach 1998–2001 przyzwalał na wystawianie faktur VAT za fikcyjne usługi konsultingowe i doradcze. W sprawie pojawiały się nazwiska trójmiejskiej elity politycznej i biznesowej. Mieczysław C. miał lobbować, wykorzystując swoje znajomości w służbach i prokuraturze, za ukręceniem łba sprawie.

Ślepi śledczy

Pojawienie się takiej postaci jak Tygrys w sprawie Amber Gold sprawiało kłopot śledczym z ABW. Nie mieli rozeznania w realiach świata przestępczego Trójmiasta. Tygrys zaczynał karierę w głębokim PRL-u. Kiedy w Centralnym Biurze Śledczym zebrano akta spraw dotyczących ludzi z Trójmiasta wytypowanych do udziału w aferze, śledczy z ABW, widząc ich liczbę, zrezygnowani stwierdzili, że to lektura na miesiące, a czas ich goni. Szef CBŚ miał im wtedy rzucić żartem, by przeczytali moją książkę „Polska mafia”, szybciej zrozumieją trójmiejskie układy.

Od początku było jasne, że Marcin P. i jego żona to słupy, skądś musieli wziąć pieniądze na rozkręcenie swoich przedsięwzięć. Trudno też nie odnieść takiego wrażenia, zapoznając się z raportem służby więziennej i danymi z sądu rejestrowego na temat Amber Gold. W dokumentach jest napisane, że 16 sierpnia 2008 roku P., przebywając na wolności, rejestruje spółkę Amber Gold Invest. Trzy tygodnie później, dokładnie 8 września, zapada postanowienie sądu o zarządzeniu wykonania kary więzienia dla P. za popełnione wcześniej przestępstwa. Tyle, że P. od razu nie idzie za kraty. Do zakładu karnego w Ustce trafia dopiero 16 lutego 2009 roku. Dzięki temu 27 stycznia zdąży jeszcze zarejestrować spółkę Amber Gold. P. długo nie siedzi. 4 czerwca 2009 roku sędzia Jan Filipczyk — Przewodniczący III Wydziału Penitencjarnego i Nadzoru nad Wykonaniem Orzeczeń Karnych w Słupsku wykazuje się zaskakującą życzliwością dla więźnia Marcina P. Daje mu trzymiesięczną przerwę w wykonywaniu kary. Uzasadnieniem jest tragiczna sytuacja finansowa rodziny, która ma utrzymywać się jedynie z renty teściowej Marcina P. Wysokość renty? 650 złotych. W oparciu o ten sam argument P. dostaje trzy kolejne przerwy w odsiadce. P. i rodzina żyją za 650 złotych teściowej. To ciekawe. Z raportów w sądzie gospodarczym wynika, że w 2009 roku Amber Gold miał już 1,4 mln złotych przychodu i 708 tys. zysku. Tak Marcin P. ograł po raz kolejny wymiar sprawiedliwości.

Nie liczcie na pieniądze z Amber Gold

Śledczy twierdzili, że zabezpieczyli cały majątek właścicieli parabanku. Syndyk także uważał, że wyłapał wszystkie składniki majątku. 15 września przedstawił sądowi sprawozdanie o stanie majątkowym i zobowiązaniach Amber Gold.

W 2010 roku firma Amber Gold kupiła kamienicę na Starym Mieście w Gdańsku wartości ok. 5 mln zł oraz trzy apartamenty warte ok. 3 mln zł. Te ostatnie znajdują się w prestiżowej części Gdańska, tuż obok nabrzeża nad Nową Motławą. Z okien apartamentów rozciąga się widok na marinę, w której cumują luksusowe jachty. Na tym samym osiedlu dwa apartamenty na swoje nazwisko kupiła Katarzyna P., małżonka prezesa Amber Gold. Wartość nieruchomości? Około 2 mln zł. Rok później małżonkowie zakupili jako Amber Gold dwie kamienice na Starym Mieście wartości 11 mln zł. Kilka miesięcy przed upadłością sfinalizowali kupno — położonej w tym samym rejonie — kolejnej kamienicy wartej ok. 4 mln zł.

Darowany apartament

W czasie kolejnej wizyty w Trójmieście ustaliliśmy z Michałem Majewskim, że Katarzyna P. zaczyna pozbywać się swoich nieruchomości. 8 sierpnia 2012 roku, kilka dni przed zatrzymaniem męża, gdy atmosfera wokół Amber Gold była już bardzo gorąca, Katarzyna P. przekazała aktem darowizny apartament przy marinie na rzecz kobiety noszącej takie same nazwisko jak ona. Lokal w apartamentowcu przy ul. Szafarnia 5 ma blisko 55 metrów i jest wart ok. 600 tys. zł. Właśnie dzień przed dokonaniem tej darowizny rozmawialiśmy w Gdańsku z małżeństwem P. Byli zdenerwowani, opowiadali, że zaciska się wokół nich pętla. Spodziewali się, że w każdej chwili mogą być zatrzymani przez ABW. Rozważali wynajęcie szefa rady adwokackiej w Gdańsku, uznanego karnisty. Dlaczego? — Ktoś będzie musiał nam pomóc, jeśli zamkną nas w areszcie — tłumaczyła pani Katarzyna.

Czysta hipoteka pani Katarzyny

Mijały kolejne miesiące. Mąż pani Katarzyny siedział w areszcie. Ona nadal mieszkała przy gdańskiej marinie. W blisko 100-metrowym apartamencie, który kupiła 29 lipca 2010 roku. Wartość to ponad 1 mln zł. Nie mogła narzekać na złe sąsiedztwo. Mieszkanie obok należało do Sławomira Rybickiego, byłego wiceszefa klubu parlamentarnego PO, wówczas sekretarza stanu w kancelarii prezydenta RP. Z mieszkaniami należącymi do Amber Gold sąsiadował także apartament, który kupili prezydent Gdańska Paweł Adamowicz z małżonką. Mieszkania znajdowały się w tej samej klatce. Sprawdziliśmy w 2012 roku księgi wieczyste budynku. Ku naszemu zaskoczeniu apartament Katarzyny P. nie miał obciążonej hipoteki — nie był zabezpieczony przez ZUS, urząd skarbowy ani prokuraturę. W każdej chwili Katarzyna P. mogła sprzedać to mieszkanie lub darować je komuś, jak już robiła wcześniej w przypadku innej nieruchomości.

Prokuratura nie chce apartamentów, woli pałac w ruinie

Jak to możliwe, że nie ustalono całego majątku małżeństwa P.? Prokuratura Okręgowa w Gdańsku weszła na hipotekę pałacu w Rusocinie. Zabezpieczenie to 1,5 mln zł. Dlaczego nie zrobiła tego w przypadku apartamentu Katarzyny P.? Pałac właściciele Amber Gold kupili, zobowiązując się do remontu. Tyle że zniszczony pałacyk trudniej będzie upłynnić niż apartamenty w sercu Gdańska. Gdański śledczy zapytany, czy małżeństwo P. ma jeszcze inne nieruchomości, rozłożył ręce:

— Nie wiem tego.

— Dlaczego nieruchomości są bez zabezpieczeń?

— Nie mamy pełnej listy wierzycieli, a dopiero mając ją, można będzie zrobić powiązania kapitałowe i osobowe. Pracujemy w nerwowej atmosferze. Teraz bardziej wszyscy żyją tym, kto z prokuratorów i sędziów oglądał mecze piłkarskie z VIP-owskiej trybuny wraz z premierem Tuskiem.

To właśnie polityka zaciążyła nad śledztwem Amber Gold.

Syn premiera

Od początku tej sprawy pojawiały się głośne nazwiska, w tym syna ówczesnego premiera, Donalda Tuska. Michał Tusk związał się z kontrowersyjnym biznesmenem Marcinem P., właścicielem Amber Gold i upadłej linii lotniczej OLT.

Syn premiera pracował dla OLT Express od 15 marca 2012 roku. Marcin P. w rozmowie ze mną i Michałem Majewskim wystąpił z poważnym zarzutem pod adresem młodego Tuska:

— Tusk przyniósł nam konkretną informację o tym, ile Port Lotniczy w Gdańsku bierze od naszej konkurencji, konkretnie od Wizz Air, za obsłużenie jednego pasażera. Tego typu dane są jedną z najpilniej strzeżonych informacji. W grę wchodzą potężne pieniądze. Bywa, że linie lotnicze miesiącami negocjują z lotniskami opłaty.

Michał Tusk kategorycznie zaprzeczył, jakoby przekazał OLT taką informację. Tyle że to nie był jedyny przykład potwierdzający, że młody Tusk znalazł się w dwuznacznej sytuacji. W jego korespondencji można odnaleźć e-mail z 20 kwietnia 2012 roku, w którym pisze on do dyrektora OLT: „Siatkę międzynarodową (proponowane lotniska oraz częstotliwości) skorygowałem, biorąc pod uwagę najnowsze MIDT, do którego mam dostęp na lotnisku”. MIDT (Market Information Data Transfer) to baza danych ułatwiająca podejmowanie strategicznych decyzji w branży lotniczej.

Innym problemem było łączenie pracy dziennikarskiej z prowadzeniem usług PR dla OLT.

12 kwietnia Tusk junior na łamach „Gazety Wyborczej” w Gdańsku opublikował pożegnalny felieton. Od niespełna miesiąca był piarowcem linii lotniczej należącej do Amber Gold. Tymczasem 23 marca w „Magazynie Trójmiejskim” „Gazety Wyborczej” ukazał się duży wywiad z Jarosławem Frankowskim, dyrektorem OLT, sygnowany nazwiskiem jego redakcyjnego kolegi. Tyle że w rzeczywistości autorem był Michał Tusk. W rozmowie z nami przyznał, że to on sam zadawał pytania i na nie odpowiadał w imieniu dyrektora Frankowskiego.

Sprawa młodego Tuska rozgrzała ponownie media w czerwcu 2017 roku, kiedy to doszło do jego przesłuchania przed sejmową komisją śledczą do sprawy Amber Gold. Kilka dni później (23 czerwca) na łamach „Gazety Wyborczej” ukazał się artykuł Wojciecha Czuchnowskiego pt. „Operacja Młody Tusk”. Autor stawia w nim nieuczciwą tezę dotyczącą naszego głośnego tekstu o pracy Michała Tuska na rzecz Marcina P., założyciela Amber Gold i linii lotniczych OLT Express. Teza jest taka, że Marcin P. podsunął nam materiały, a my na tej podstawie opisaliśmy rolę Tuska juniora, by odsunąć zainteresowanie od samego prezesa P. Wraz z Michałem Majewskim wydaliśmy oświadczenie:

Jesteśmy zmuszeni zabrać głos, ponieważ sprawa wyglądała inaczej. Przejdźmy do faktów.

Na początku sierpnia 2012 roku, gdy afera Amber Gold była już głośna, pojawiły się nieoficjalne informacje, że dla Marcina P. pracował syn premiera Tuska. Zaczęła ona lotem błyskawicy krążyć w środowisku dziennikarskim.

Junior Tusk, widząc, że sprawa nabrzmiewa, o kilku elementach tej współpracy postanowił opowiedzieć w wywiadzie dla Gazety.pl. Jednak jego opowieść była ogólna, mało konkretna. Syn urzędującego premiera na wikcie u twórcy parabanku? Dla każdego dziennikarza taki temat jest ciekawy. Zadzwoniliśmy do młodego Tuska, żeby spytać, czy z nami porozmawia. Zgodził się. Pojechaliśmy do Sopotu, gdzie przeprowadziliśmy z Michałem Tuskiem kilkugodzinną rozmowę.

Wojciech Czuchnowski w swoim tekście podaje informacje, że opisując związki Tuska juniora z Marcinem P., wykorzystaliśmy maile, umowy przesłane nam wcześniej przez Marcina P. Było inaczej. Postanowiliśmy zweryfikować informacje otrzymane od P. Dziennikarze sprawdzają informacje otrzymane od najróżniejszych osób, nawet podejrzanych. Kwestią jest rzetelne weryfikowanie wiadomości.

Tusk, w trakcie rozmowy z nami, zalogował się na swoją skrzynkę pocztową sygnowaną nazwiskiem „Józef Bąk” — z niej korespondował wcześniej z menadżerami OLT Express i Amber Gold. I pozwolił skopiować dziesiątki maili, umów i inne dokumenty związane z OLT Express i Amber Gold. Stąd mieliśmy przytłaczającą większość informacji. Na szczęście zachowaliśmy owe zrzuty wiadomości do dziś. Zasadnicza, główna wiedza w naszym tekście pochodziła z tych właśnie wiadomości przekazanych od Tuska juniora i z jego obszernej opowieści. Opowieści, dodajmy, autoryzowanej przez syna premiera. Tę autoryzację również do dziś mamy zarejestrowaną na taśmie i ją upublicznimy. [Na posiedzeniu komisji śledczej padł zarzut, że tekst o Michale Tusku nie był autoryzowany — przyp. aut.].

Dalej sprawa wyglądała tak, że sam Michał Tusk naciskał nas, by tekst ukazał się jak najprędzej, ponieważ jest „atakowany” przez inne redakcje zainteresowane kulisami jego współpracy z Marcinem P.

Zaraz po opublikowaniu tekstu Tusk junior zadzwonił do nas z podziękowaniami, że kwestie dotyczące jego współpracy z Marcinem P. zostały w naszym materiale zaprezentowane uczciwie — nagranie tej rozmowy również zachowaliśmy i upubliczniamy.

O tym wszystkim Wojciech Czuchnowski mógłby się dowiedzieć, gdyby zadzwonił do nas przed publikacją tekstu. Niestety, tego nie zrobił.

Uwaga na koniec. Nieskromnie, ale z przekonaniem możemy powiedzieć, że w latach 2012–2013 nikt ze środowiska dziennikarskiego nie zrobił więcej w kwestii opisywania Amber Gold niż my dwaj. W wielu publikacjach opisywaliśmy, kto może kryć się za tą aferą, skąd małżeństwo P. mogło mieć pieniądze na zbudowanie parabanku, gdzie właściciele Amber Gold wyprowadzili majątek. Zostaliśmy nawet skazani przez sąd, w skandalicznym w naszej ocenie wyroku, po ujawnieniu tajnych planów śledztwa ABW w sprawie państwa P. Dlatego, podjętą przez „Gazetę Wyborczą” próbę podważania naszej osobistej uczciwości dziennikarskiej przy sprawie Amber Gold uważamy za niegodną i krzywdzącą.

Z polecenia prezesa lotniska w Gdańsku

Śledczy, badając interesy małżeństwa P., zajmowali się też upadłą linią lotniczą OLT Express. To do niej z rachunków Amber Gold trafiały milionowe kwoty. Badano, jak to się stało, że człowiek znikąd wszedł do dużego biznesu lotniczego i stał się konkurentem LOT-u. Jak zdobył pozwolenia w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego, kto go wspierał, doradzał? Niestety śledztwo skończyło się fiaskiem. Dopiero obecnie prokuratura wraca do tego wątku.

W 2012 roku, w czasie dziennikarskiego śledztwa pojawiło się nazwisko prezesa Portu Lotniczego w Gdańsku Tomasza Kloskowskiego, który miał być jedną z osób wspierającą działalność OLT. To właśnie prezes Kloskowski załatwił Michałowi Tuskowi pracę w linii lotniczej Marcina P. i jednocześnie zatrudnił syna premiera w Porcie Lotniczym. Kloskowski unikał kontaktu z dziennikarzami. Kiedy zjawiłem się w 2012 roku z Michałem Majewskim w porcie lotniczym, w jego biurze, po chwili przy drzwiach pojawił się funkcjonariusz ochrony. Do prób szukania odpowiedzi na pytanie o relacje prezesa Kloskowskiego z Marcinem P. skłoniło nas spotkanie z Jarosławem Frankowskim. To menedżer, który w przedsięwzięciach Marcina P. odpowiadał m.in. za biznes lotniczy, czyli OLT.

Z Frankowskim spotkaliśmy się 16 sierpnia 2012 roku, w jego domu w Sopocie. To było pierwsze i ostatnie z nim spotkanie. Potem odmawiał. Dlaczego się zgodził? Chciał wyjść na człowieka, który jest przypadkiem zaplątany w całą historię i nieświadomie uczestniczył w przekręcie. Próbował przekonać nas do tego. Jak poznał Marcina P.? Twierdził, że to dzięki prezesowi Portu dostał się do OLT:

— On do mnie dzwoni i mówi: Spotkaj się z facetem [Marcinem P.]. Facet ma kupę kasiory, złoto sprzedaje. Idź, spotkaj się z nim.

Frankowski szybko dogadał się z Marcinem P. Potem Kloskowski zaprotegował do firmy OLT syna premiera. Frankowski tak nam to zrelacjonował:

— Kloskowski bardzo mnie namawiał do kontaktów z Tuskiem: Patrz, to jest naprawdę pasjonat. Mi to raczej śmierdziało, zawsze patrzyłem na chłopaka przez pryzmat nazwiska, nie da się inaczej. Jak zacząłem go poznawać, zapytałem: Czy pan byłby gotowy rzeczywiście być twarzą piarową? I odpowiedział mi, że tak. Później powiedział: Przykro mi bardzo, tata mi nie pozwolił. Ja mówię: Trudno. Później po dwóch tygodniach się odezwał, mówi: Słuchaj, Jarek, może byśmy jakoś inaczej, ja mam kolegę, on ma firmę, bym robił to przez tego kolegę. Ja mówię: Po jaką cholerę, przecież to i tak wyjdzie. Jak chcesz, to załóż działalność, zaczniesz współpracować.

Założył tę działalność i na początku robił rzeczy takie głupie w gruncie rzeczy. Artykuł napisał i tak dalej. Z tym mailem, to też było dla mnie śmieszne [Tusk wysyłał korespondencję nie ze swojej imiennej skrzynki, ale z poczty zarejestrowanej na nazwisko Józef Bąk — przyp. aut.]. W firmie to wszyscy żeśmy się śmiali, było wiadomo, o kogo chodziło.

Frankowski nie miał najlepszego zdania o przygotowaniu merytorycznym syna premiera:

— Chłopak nie miał praktycznej wiedzy, poruszał się po akademickich obszarach lotniczych, ale logika biznesowa, którą się posługiwał, była naprawdę dobra. […] Miał dużo do zrobienia, dwa lata ciężkiej pracy minimum.

Pojawiało się kolejne pytanie. Dlaczego szef lotniska w Gdańsku zatrudnił u siebie Michała Tuska, pracującego już z jego polecenia w OLT? Frankowski tak to wyjaśniał:

— Kloskowski jest cwany lis, on Tuska wziął dlatego, żeby sobie kupić przyszłość. Stanowisko, na które przyszedł Tusk, było dla mnie szykowane. Jak odszedłem z Eurolotu, powiedziałem, że zrobię mu development lotniska. Mam maile, gdzie pokazałem mu całą strategię, pokazałem, co dalej robimy, i jak to zrobić, i byliśmy dogadani. Stanowisko było już przygotowane. Wtedy spotkałem się z Marcinem P. On stanowisko wyjął i dał je Michałowi.

Czy młody Tusk miał kompetencje do pracy na lotnisku? Według naszego rozmówcy, tak samo mierne, jak do świadczenia usług dla OLT:

— W 25% Michał robi to, co powinien robić, w 75% nie, bo nie ma kompetencji. Myślę, że Kloskowski inaczej sprzedał mu to stanowisko. Michał nie potrafi rozwalić dużych case’ów strategicznych linii lotniczych, bo nie ma takiego wykształcenia.

Rozmowa z Frankowskim trwała kilka godzin, pod koniec rzucił:

— Kiedyś powiedziałem Kloskowskiemu: Zobaczysz, jak OLT padnie, to rząd przewróci. On mówi: Nie, trochę pokory dla państwa polskiego. Mówię: Zobaczysz, to jest zbyt ważny temat.

Szycie butów PiS-owi

Przepowiednia Frankowskiego się nie sprawdziła. Rząd nie upadł, Sejm nie przegłosował powołania komisji śledczej w sprawie interesów małżeństwa P. Stało się to dopiero po wyborach przegranych przez Platformę Obywatelską w 2015 roku. Wbrew zapewnieniom przedstawicieli rządu i prokuratury śledztwo nie szło sprawnie. Na jego początku doszło do starcia o to, kto powinien prowadzić dochodzenie. Premier Donald Tusk chciał przenieść sprawę z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego do Centralnego Biura Śledczego. Potem upadł pomysł powołania wspólnej grupy. Szefowi ABW Krzysztofowi Bondarykowi udało się jednak zatrzymać ją u siebie. Jednym z argumentów, który mógł mieć znaczenie, było to, że sama policja nie paliła się do przejęcia zabagnionej sprawy. W rozmowie ze mną ówczesny szef Centralnego Biura Śledczego, Adam Maruszczak, twardo powiedział, że nie wyobrażał sobie wspólnego śledztwa z ABW. W policji obawiano się upolitycznienia śledztwa. Słusznie?

Ważna osoba z ministerstwa spraw wewnętrznych tak mi powiedziała w 2012 roku:

— Najchętniej znaleziono by teraz kogoś związanego z PiS, kto miałby kontakty, interesy z Marcinem P. Wtedy nie byłaby to już sprawa samej Platformy.

— I co? Znaleziono? — zapytałem.

— Sprawdzany jest wątek Adama Jedlińskiego.

To byłoby celne uderzenie. Profesor Adam Jedliński to prawnik, przewodniczący rady nadzorczej SKOK-u, przyjaciel prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Wątek SKOK-u pojawia się także w 2017 roku, w czasie prac w sejmowej komisji śledczej ds. wyjaśnienia afery Amber Gold. Krzysztof Brejza, poseł Platformy Obywatelskiej i członek komisji, w rozmowie z Piotrem Kraśką w radiu TOK FM stwierdził, że ma dowody na to, że pieniądze na rozruch Amber Gold pochodziły z otoczenia Marcina P., z pożyczek branych ze SKOK-u Stefczyka.

— Znalazłem też bardzo ciekawe wielostronicowe opracowanie dotyczące SKOK-u Stefczyka w siedzibie Amber Gold. Takie materiały były też kolportowane w obiegu wewnętrznym Amber Gold. Marcin P. nie był w stanie wytłumaczyć, skąd one się tam wzięły — mówił poseł Brejza.

Oczywiście po uzyskaniu takiej informacji zadzwoniliśmy z Michałem do Adama Jedlińskiego i zapytaliśmy:

— Czy pan zna Marcina P., kogoś z Amber Gold?

— W życiu go nie spotkałem, nie znam też nikogo z tej firmy. P. ani Amber nie byli moimi klientami. To jakaś prowokacja, która ma uderzyć w SKOK-i — odparł Jedliński.

Drugi na celowniku służb, w tym samym wątku, był PiS-owski radny sejmiku wojewódzkiego na Pomorzu, Przemysław Marchlewicz. Lokalni politycy Platformy kolportowali wiadomość, że miał on kontakty, a może nawet interesy z Marcinem P. Spotkaliśmy się z nim w Gdańsku.

— Ktoś mi szyje buty. W życiu nie rozmawiałem z P., nie miałem interesów z Amber Gold i OLT — uciął Marchlewicz.

— Jest cokolwiek, jakiś punkt zaczepienia? — zapytaliśmy.

— Jestem biznesmenem. Wraz ze wspólnikiem zajmujemy się załatwianiem finansowania na różne przedsięwzięcia finansowe. Przed wakacjami rozmawiałem ze wspólnikiem o tym, że zapewne nie byłoby problemu ze znalezieniem finansowania dla wpadającej w kryzys linii OLT. Ale to była jedna krótka rozmowa telefoniczna. Nie szukaliśmy kontaktów z Marcinem P. i sprawa nie miała ciągu dalszego.

Szef Narodowego Banku uprzedził premiera

Sprawa Amber Gold wracała do mnie, stało się tak przy tzw. aferze podsłuchowej. Jako redaktor naczelny „Wprost” zdecydowałem się na opublikowanie „taśm z restauracji Sowa i Przyjaciele i Amber Room”. W czasie podsłuchanej w 2014 roku rozmowy pomiędzy szefem MSWiA, Bartłomiejem Sienkiewiczem, i Markiem Belką, szefem Narodowego Banku Polskiego, padło ważne wyznanie w odniesieniu do interesującego tematu. Belka stwierdził, że wiele miesięcy przed wybuchem afery uprzedzał premiera o całej sprawie. Mówił Sienkiewiczowi:

— …kilka miesięcy przed faktem zadzwoniłem do Donalda i mu powiedziałem, że sprawa Amber Goldu jest dość poważna, że to jest piramida finansowa, ale jest poważniejsza ze względu na to, że oni są właścicielami tego szybko rozwijającego się OLT Express. Będzie jakaś awantura z tym OLT Expressem, ale przeszło na tematy związane…

Wątek ten zginął wówczas wśród innych, jakie pojawiły się na tym i innych nagraniach z podsłuchów kelnerów.

Zaplątany syn premiera Tuska

Od lat jestem pytany, dlaczego nie opublikowałem w całości rozmowy z Michałem Tuskiem. Proste: bo daliśmy w artykułach to, co było z niej najważniejsze, a resztę uznaliśmy za dokumentację. Gdyby były tam jakieś przestępcze wątki, ujawnilibyśmy ją natychmiast. Nie zamierzaliśmy też ujawniać kuchni wydobywania z rozmówcy informacji. Każdy ma swoje sposoby prowadzenia rozmowy.

Przykre, że Michał Tusk nie wspomniał publicznie, że dostał tekst do autoryzacji, że zachowaliśmy się wobec niego fair. Więcej, jego obrońcy wpisali mnie i Michała Majewskiego w jakiś spisek pod tytułem operacja Tusk, jakbyśmy to my stali za wmontowaniem syna premiera w aferę Amber Gold. A my po prostu wykonywaliśmy dziennikarską pracę. Posiadamy nagranie, które jest dowodem na to, że to nie my pierwsi ujawniliśmy współpracę Michała Tuska z właścicielami Amber Gold. 4 sierpnia na stronie wyborcza.pl ukazał się wywiad z Michałem Tuskiem. Syn premiera, były dziennikarz „Gazety Wyborczej”, ujawniał koledze z redakcji, że pracował dla firmy Marcina P. Wywiad ten wyglądał na rozbrajanie bomby, która za chwilę ma wybuchnąć. Ale opublikowana rozmowa wszystkiego nie wyjaśniała.

Wokół naszej rozmowy z Michałem Tuskiem narosło wiele mitów. Nie bez znaczenia jest też to, co zeznał przed komisją śledczą ds. Amber Gold syn premiera i jak to się ma do tego, co wówczas, na gorąco nam mówił. Postawiony pod ścianą zdecydowałem się na szersze omówienie tego nagrania.

Na spotkanie ze mną i Michałem Majewskim 30-letni syn premiera, Michał Tusk, umówił się 7 sierpnia 2012 roku w swoim ulubionym pubie „Atelier” w Sopocie, należącym do nieuciekającego od polityki Radomira Szumełdy. Pomimo słonecznej pogody przyszedł ubrany w garnitur. Prosty. Nie markowy, nie szyty na miarę jak garnitury ojca. Wyższy, przystojniejszy od ojca, na twarzy niefrasobliwy uśmiech. Typ luzaka, któremu garnitur ciąży, ale w pracy na lotnisku nie wypada chodzić inaczej. Do tej pory udawało mu się stać z boku, gwiazdą była jego siostra, Kasia Tusk, prowadząca bloga o modzie. Nikt nie sądził, że Michał narobi problemów i o nim także stanie się głośno. O współpracy młodego Tuska z Marcinem P. dowiedzieli się dziennikarze i pojawiły się kłopoty. Michał został z nimi sam. Mówił niechętnie. Zdawał sobie sprawę, że to już nie o niego chodzi, a o ojca. Nie posłuchał doradców premiera. Tak ich podsumował:

— Oni mają inne podejście do ludzi. Siedzieć cicho i nic nie mówić. Jakoś to przejdzie i tak dalej. Ja mam inne doświadczenia, bo nie pisałem książek tak jak Igor [Ostachowicz — przyp. aut.], ale siedziałem przy tych portalach i generalnie mieliłem trochę badziewia. Mam komfort, że nie ma tam drugiego dna. Mogę rzeczywiście mówić wszystko.

Na początku blisko trzygodzinnej rozmowy byliśmy na pan, potem skróciliśmy dystans i przeszliśmy na ty.

Wpierw zapytaliśmy go, dlaczego porzucił dziennikarstwo, pracę w trójmiejskim oddziale „Gazety Wyborczej”.

— To było w tym roku, luty–marzec. Rozmawiałem z kumplem, mam już tego dość. […] Klikalność… Tam nie jest już fajnie. […] Coraz mniej do ciekawego pisania.

Przyznał, że nie rzucił dziennikarstwa ot, tak sobie, po czym wszedł w nieznane. Miał przygotowany grunt.

— Znałem Klosa, Tomasza Kloskowskiego, od 2005 roku. Rozmawiałem z nim o lotnictwie, robiąc teksty. Od niego dostałem cynk, że szukają.

— Szukają, chodzi o OLT?

— Tak. — Tu od razu przeszedł do tego, jak zatrudnił się w porcie lotniczym w Gdańsku. — Znałem go długo, w 2008/2009 roku przeszliśmy na ty. To było takie pieprzenie, że miałem propozycję. Prawda jest taka, że rzeczywiście mówiłem: Zróbcie to… pomysły mogę wam rzucać. Inwestować w marketing w Kaliningradzie. […] Nie oszukujmy się, szczerze zupełnie. Było dużo sytuacji, że może przyjdziesz do nas do pracy? […] Każdy chciał mnie przytulić. […] Wiedziałem, że tam będzie słaba kasa, tym bardziej że to jest spółka, gdzie są zaszeregowania… Prawda jest taka, że już się wypaliłem. Przestało mnie to cieszyć… Przez te siedem lat różne rzeczy śmieszne się robiło. No i jeszcze taka bezpieczna w kontekście rodziny. Dzisiaj jestem dziennikarzem michnikowskim, tej żydowskiej gazowni. Jesteśmy niepokornym oddziałem. Bardzo często sobie dowcipy robimy o Żydach. Często mówimy, że powinniśmy powiesić u siebie flagę Izraela… Nasza pokorność na Czerskiej jest znana. To wiedzą, jak spytacie…

[…] Jak ja zaczynałem w lutym w 2005 roku w „Gazecie”, to wtedy było: Tusk wykończył Unię Wolności. Dobry Geremek… Stary traktował „Gazetę” jako najgorszego wroga… Znałem Mikołaja Chrzana, wicenaczelnego, myśmy się znali, bo on mieszkał naprzeciwko naszego domu. Ty lubisz transport, jesteś pieprznięty, przychodź do mnie do gazety… Więc ja myślę, mała kasa, więc nikt nie powie, że skok na kasę. I jeszcze zatrudniam się w najbardziej wówczas antyplatformerskiej gazecie, czyli „Wyborczej”. Zobaczcie, jak się zmienia rzeczywistość, dzisiaj to jest coś niesamowitego…

Michał Tusk mówił pewnie, nie przerywał, nie robił pauz, aby pomyśleć i ułożyć swoją opowieść, czasami tylko się zawieszał, jak gra, ale szybko wracał do właściwego wątku. Być może odrobił lekcję wcześniej i dobrze przygotował się do spotkania.

— Kloskowski… Sam przyznał to Frankowski… Wierzył, że kasę będzie dostawał, że Amber będzie płaciło… Wcześniej był w Eurolocie, w Anglii był… w Centralwingsie… Mi się tak wydaje, bo tego nie wiem, że [Marcin] P., jak kupił tego Jetera i Yesa… Jeter to taka mała linia z Gdańska, a Yes z Warszawy. To był sierpień–wrzesień zeszłego roku. Wtedy właśnie zrobiłem z nim wywiad. Zadzwoniłem do jego sekretariatu i powiedziałem, że chcę z nim pogadać o jego inwestycjach w lotnictwie. Marudzili strasznie długo, ale potem: Dobra, dobra. Rzeczywiście, gościa zobaczyłem. Opowiadał taką śmieszną historię, że zaczął poznawać lotnictwo, że wtedy Jeter latał do Poznania i Wrocławia z Gdańska. Małymi samolotami, gdzie nawet kibla nie ma. I oni odpalali te wszystkie oddziały Amber Golda. A to była taka firma, że stewardesa jest księgową, a pilot prezesem. Taki klimat. Poznał ich tam wszystkich, spodobało mu się to. Zapytałem go, czy ma licencję pilota, czy jest pasjonatem lotnictwa. Nie, nie, on nie lubi latać, bo jego żona bardzo boi się latać. To był koniec i potem kilka miesięcy później… Cały czas spotykałem się z Kloskowskim i on mówi, że P. przychodzi do nas i pyta się, ma dziwne wizje. Kupił linie lotnicze, nie będziemy wybrzydzać. Kasa jest, wiadomo, jaka jest. Jesteśmy lotniskiem, nie będziemy nikomu zaglądać w zęby. [Marcin] P. się też go pytał, czy on zna jakichś ludzi z branży lotniczej… Pokłócił się z prezesem Jetera… […] Po jakimś czasie, nie pamiętam, sorry, nie robiłem stenogramów, nie przewidziałem komisji śledczej, odpukać powinienem.

Wybuchnęliśmy śmiechem.

— Po niedługim czasie Klos do mnie dzwoni i mówi, że oni kogoś szukają i że Frankowski, nie P., mówił, że szukają kogoś od piaru. On to powiedział, i ja już wcześniej w „Gazecie” powiedziałem, że będę odchodził. To było w lutym–marcu. W marcu.

— Czy w czasie tej rozmowy z P. była mowa o tym, że będzie pan u nich pracował?

— W ogóle nie.

— Potem zgłasza się Kloskowski?

— Nie, mówiąc wprost, tak jak się mi wydaje, Kloskowski sam wpadł na pomysł, by do mnie zadzwonić. Frankowski nie wiedział o moim istnieniu. Tak mi się wydaje. Frankowski pytał się Klosa o jakichś tam ludzi… Klos: Czy znam kogoś, a może sam chciałbyś zrobić. Ustaliliśmy w wyniku tej rozmowy, że mnie nie obchodzi, co ludzie robią poza godzinami. A jak wspierają naszego przewoźnika, to tym lepiej. Takie były ustalenia.

— Czy umowa z portem pozwalała na świadczenie usług konkurencyjnych?

— Z lotniskiem? Nie patrzyłem. Wydaje mi się, że chyba nie ma. Nie mam tej umowy, jest w kadrach. To nie była żadna tajemnica, mój kierownik, który jest szefem marketingu i analiz, o tym wiedział.

— Nie rozumiem, skąd wziął się w tym port lotniczy?

— To się działo w tym samym czasie. Tak jak mówiłem, sama oferta, bym pracował na lotnisku, to była oferta długoterminowa. Jak on mnie pytał [Kloskowski — przyp. aut.], że oni szukają kogoś od piaru, było ustalone, że przychodzę do niego. I on wtedy powiedział, bo to zapamiętałem, że to, co robią pracownicy poza godzinami pracy, „to mnie to nie interesuje”. Poza tym, jak to jest dla dobra przewoźnika, który coś u nas buduje.

— To jest przecież oczywisty konflikt interesów — nie rozumieliśmy takiego myślenia Kloskowskiego, z którym zgadzał się Michał Tusk.

— Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że znam trzy osoby w Polsce na lotniskach, nie w Gdańsku, które robią analizy dla linii lotniczych i nie ma z tym problemu.

— Pan współpracował z firmą, która nie przysporzyła portowi dochodu, a straty.

— Nie, straty nie przysporzyła, bo w lotniskach nie generowało to kosztów.

— Jak to?

— Generalnie lotnisko jest taką wesołą, fajną instytucją, że przy pełnej skali… U nas nie było tak, że jak OLT lata, to musimy to i to zrobić i wydać kasę. Straciliśmy zyski. Zarobiliśmy kupę kasy, że ci ludzie kupowali w Baltonie i tak dalej. Nie chcę się kłócić. Panowie macie rację. To jest dwuznaczne i słabe.

— Powiem wprost, pan odchodząc z redakcji, wiedział, że będzie miał port i OLT? Tak czy nie?

Zawahał się i po chwili powiedział:

— Decyzja o odejściu z redakcji była wcześniej.

— Ile w redakcji pan zarabiał?

— Wyciągałem 4 500 na rękę.

— I pan podejmuje decyzję, że idzie pan do pracy o niższych zarobkach? [3 200 zł — przyp. aut.]

— Ja mam żonę, która jest lekarzem. Jakoś sobie tam radzimy. Oczywiście, że żona mówiła, że bez sensu, że to za mało.

To jeden z bardziej zawiłych wątków w opowieści Michała Tuska. Nie chciał się przyznać, że od razu wiedział, że będzie pracował dla portu lotniczego w Gdańsku i OLT Express. Sugerować mu to miał Kloskowski, który wspomniał, że będzie mógł pracować po godzinach.

— Konkluzja była taka, że mogę… że będę insiderem dla przewoźnika, który jest ważny dla Gdańska… On wiedział [Kloskowski — przyp. aut.], że ich nie wydymam dla nich. Jeśli patrzyć dzisiaj, to wydymany mimo wszystko dzisiaj jest OLT.

— I co się dzieje w następnych dniach, zgłasza się P., Frankowski?

— Nie pamiętam, czy Kloskowski dał mi numer Frankowskiego. […] Umowę z portem podpisałem 15 kwietnia.

— Podsumujmy. Zwalnia się pan z „Gazety Wyborczej” i zatrudnia się w porcie lotniczym? A kiedy pan rejestruje swoją firmę?

Tusk nie pamięta daty, ale mówi, że mogła być wcześniejsza niż zatrudnienie się w porcie lotniczym. Kluczy. Wspomina, że wziął urlop z „Wyborczej”. I podczas urlopu już zaczął pracować dla OLT.

— Ale spółkę rejestruje się, jak się ma pierwsze zlecenie? — postanowiliśmy przerwać jego kluczenie na ten temat.

— Spółkę zarejestrowałem, jak wiedziałem, że OLT leci. Jedno okienko to jest bullshit — Tusk zażartował z lansowanej przez ówczesnych rządzących wersji, że przedsiębiorca załatwi wszystko w jednym okienku.

— To nie do nas, to do taty — odparliśmy żartem.

— W sensie ustnym, najpierw była decyzja, że będę pracował na lotnisku, a potem dogadałem się z OLT. W sensie papierów. Najpierw podpisałem umowę z OLT, a potem z portem. Pierwsza faktura była wystawiona 15 kwietnia, więc tego dnia, kiedy zacząłem pracować w porcie.

— Z kim rozpoczęły się negocjacje o pracy dla OLT?

— Z Frankowskim. P. był obecny przy dwóch rozmowach. Była pierwsza rozmowa, na której Frankowski powiedział, że tylko piar, wspomniano o rzeczniku prasowym, ale nie chciałem tego robić.

— Dlaczego P. twierdzi, że to pan się ubiegał, nie udało się, odmówili. Dopiero za drugim razem, po wsparciu i lobbingu Kloskowskiego, zgodzili się.

— Nie znam backgroundu, nie wiem, o czym oni rozmawiali.

— Oni mówią, że odmówili i dopiero po lobbingu Kloskowskiego się zgodzili.

— Tak naprawdę mówi prawdę, bo nasza pierwsza rozmowa wyglądała w taki sposób: Frankowski mówi, żeby zajmować się piarem i tak dalej. Zresztą tak to mogło wyglądać, bo Klos do mnie zadzwonił, znaczy Klos z nimi rozmawiał. Oni mogli pomyśleć, ktoś nam tu przysłał, a Klos wymyśla. Więc oni mogli… że ja przychodzę i się staram. Frankowski mówi o piarze, ja mówię, że nie chcę tego robić, że bardziej analitykę, i wtedy rzeczywiście Frankowski, że nie… że tu są żelazne zasady i on określa całą wizję. Więc w sensie stricto, tak to było. Czy potem był lobbing Kloskowskiego, nie mam pojęcia.

Postanowiliśmy nie odpuścić i uszczegółowić, jak to było naprawdę z tym początkiem współpracy Michała Tuska z Marcinem P. Kto o to zabiegał?

— Wróćmy do pierwszej waszej rozmowy. Nie dogadujecie się…

— Tak.

— To jest rozmowa face to face z Frankowskim?

— P. jest też… Frankowski głównie mówi. Piar. Dokładnie było tak, że się wszyscy zastanowimy. I potem zadzwoniłem do Frankowskiego, tak się mi wydaje, że jednak rezygnuję, bo ja nie chcę tego robić. Powiecie zaraz, że P. mówi co innego niż ja. Ale P. tak mógł zrozumieć, że oni się nie zgodzili.

— Nie doszliście do porozumienia?

— Dokładnie. Przy drugiej rozmowie. Druga rozmowa była taka, że wydaje mi się, że Frankowski do mnie zadzwonił, on musiał wykonać jakiś ruch, żebyśmy się spotkali drugi raz i pogadali. Być może było tak, że Klos do nich zadzwonił, szczerze mówiąc, nie wiem. Spotkanie. P. był przez dwie, trzy minuty, mówi, dobra, dobra, robimy, bo to jest ważny projekt. Rewolucja. Takie tam bon moty. Poszedłem z Frankowskim do jego pokoju i potem z nim gadaliśmy, że zrobimy umowę… i też była taka sytuacja, że wysłał pierwszą wersję umowy z Amber Gold. Napisałem lub zadzwoniłem do Frankowskiego. Generalnie fajnie, fajnie, ale ja mam robić w lotnictwie, a nie w Amber.

— Dlaczego nie?

— Dlatego, że OLT jest linią lotniczą i chciałem pracować dla nich, a nie Amber Gold. Możecie powiedzieć, że to ten sam właściciel. Ale… Nie będę teraz ściemniał, że OLT był wtedy uczciwą firmą i diamentową.

— Przesyła propozycje…

— On powiedział, że to jego niedopatrzenie. On powiedział, wysłał zaraz…

— P.?

— Nie, ja tylko z Frankowskim. Żadnego maila tam mojego nie znajdziecie do P.

— Amber miał wtedy tutaj konkretną konotację.

— Powiem zupełnie szczerze. Ja doskonale wiedziałem, bo ja też dyskutuję na różnych forach, przecież na różnych forach internetowych dyskutuję, dyskutowałem o stanie Amber Gold pół roku temu. Nie będę robił z siebie kretyna. Jest rzeczą oczywistą, że ja wiedziałem, o co chodzi, jak robiłem z P. wywiad, że jest KNF. Nikt wtedy nie mówił, że jest to piramida, bo generalnie Samcik [Maciej, dziennikarz „Gazety Wyborczej” — przyp. aut.] był najbardziej agresywny z gazety. Mówił, że to jest podejrzane. Debil nawet nie uwierzy, że ja nie wiedziałem o tym. To jest oczywiste. Co mam powiedzieć? Z dzisiejszego punktu widzenia głupota. Nie wiem, czy dałem się zwieść, że jest wielka linia… Jak wam pokażę materiały, które robiłem, to jest to sen wariata o wielkim hubie w Gdańsku. Nie będę ukrywał, że zawsze dodatkowa kasa to jest także jakiś przyczynek.

Powiedział, że umowę podpisał w siedzibie Amber Gold i ze śmiechem dodał:

— Siedziba OLT była tożsama z siedzibą Amber Gold. Odpowiadam posłom PiS: Nigdy nie byłem w siedzibie Amber Gold, byłem kilka razy w siedzibie OLT Express.

— O co chodzi w tej umowie?

— Usługi menedżerskie i piar, ogólne określenie. Na czas nieokreślony.

— W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” powiedział pan, że w pewnym momencie poprosił o rozluźnienie warunków współpracy.

— To może zabrzmi pokrętnie, ale tak naprawdę ta sytuacja w czerwcu, że gadałem z ojcem i on tam powiedział, że…

— Stary nie wiedział o tym?

— Stary wiedział, że ja na lotnisku pracuję. Wszyscy myślą, że to rodzinka, my siedzimy, gadamy. My się widzimy raz na 2–3 tygodnie. Ja mam 30 lat, on przyjeżdża co drugi weekend. Nie w każdy weekend możemy się spotkać. On wiedział o tym lotnisku. Fizycznie się dowiedział o OLT, moja żona rozmawiała z moją mamą, jak my sobie radzimy. Powiedziała mojej matce, matka mu powiedziała. Dokładnie tego nie pamiętam.

— Konsultuje pan z nim tę sprawę?

— Nie konsultuję. On już wiedział, wynikła taka rozmowa, już nie pamiętam, że matka mu powiedziała, że ja… Generalnie on też nie jest głupi, więc mówi wprost, że jego zdaniem to jest shit, że KNF i jestem debilem. To znaczy, nie pozwoliłby sobie mówić o tym, że ma jakieś informacje.

Sprecyzowaliśmy, że Donald Tusk w czerwcu powiedział synowi, żeby skończył współpracę.

— On nie powiedział: Masz z tym skończyć. Tak, uznałem, że go posłucham.

Po rozmowie z ojcem, mimo wszystko, Michał Tusk zrobił dla OLT analizę siatki połączeń, wystawił kolejną fakturę. Opowiedział nam, co robił dla nich w ramach współpracy. Minimalizował swą rolę. Zautoryzował dwa, trzy wywiady. I rzeczywiście, patrząc na udostępnioną nam skrzynkę pocztową, nie było tego dużo.

Wspomniał o spotkaniu z Frankowskim na lotnisku, pod koniec czerwca, podczas którego miał mu powiedzieć, że chce zakończyć współpracę.

— Widziałem tego gościa, jak tam się wszystko sypało, naprawdę był zdruzgotany jak dziecko.

To nie był jego ostatni kontakt z Frankowskim. Ten miał później zadzwonić do Michała Tuska, po wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, w którym opowiedział o współpracy z Marcinem P.

— On powiedział, że dobrze zrobiłem, że wszystko powiedziałem, prawda nas wyzwoli, że P. odbiło… że on też boi się… że dobrze, że to zrobiłem, bo P. zacznie wymyślać jakieś teorie.

Rozmowy mają swoje tempo i drogi. Często się pozwala odejść od jednego wątku, by później powrócić do niego, zazwyczaj wtedy ukazuje się pełniejszy obraz, coś nowego się pojawia albo wychodzi kłamstwo. Wróciliśmy do rozmowy z Frankowskim na lotnisku.

— Natomiast nie miałem realnych domysłów, że akurat P. coś tam kombinuje. Powiedziałem: Nie chcę ciągnąć od was kasy, zróbmy tak, że zmienimy umowę na taką, która jest o współpracy, a nie jakieś zamówienie. Powiedziałem, że to już nie ma znaczenia, bo nie zakopię tego, więc ja nie mam co szaleć tutaj. Ważne, żebym zakończył swoją współpracę. On pojechał na urlop. Potem ja musiałem pojechać do szpitala […]. Leżałem w łóżku, więc nie mogłem za bardzo się tym zajmować. Siedemnastego wróciłem z powrotem i wysłałem, jeszcze dzisiaj sprawdzałem, wysłałem mu już tę umowę. Cały czas w tych mailach, do faktury, której nie zapłacili z 15 czerwca, przypominałem. Wysłałem tę umowę i był koniec, nikt mi nie odpowiedział na to. Fakturę wysłałem na przełomie czerwca i lipca. […] Później zaczęły się te problemy, to stwierdziłem, że zostawię go w spokoju trochę. Ja się wtedy nie odzywałem do niego, nie dzwoniłem. 25 lipca spotkałem go na terminalu, on chyba wtedy leciał na konferencję do Warszawy. To jeszcze była konferencja, że jeszcze nie zbankrutujemy, ale zawieszamy część rzeczy. Nie doradzałem w tej konferencji, bo coś tak absurdalnego, jeśli chodzi o piar… Zaczynając konferencję od hasła: Jeszcze nie bankrutujemy.

— Gdzie jest kasa z Ambera? — spytaliśmy.

— Największa w domach mediowych i agencjach reklamowych — stwierdził Michał Tusk.

Kiedy dowiedział się o kłopotach Amber Gold i OLT Express? Odpowiedź była zaskakująca.

— O problemach OLT dowiedziałem się z forum lotnictwo.pl. Oni mi nie mówili o tym, co się tam dzieje — oświadczył.

Interesowało nas, czy nie zwrócono się do niego o pomoc, o pośrednictwo u ojca. Zatrudniając syna premiera, musieli na coś liczyć.

— Frankowski kiedyś w rozmowie ze mną powiedział, że P. jest przekonany, że banki ich niszczą, niszczy ich jakiś fundusz związany z Wizz Airem. Co by tu wymyślić? Była taka rozmowa, ale nie żeby prosił mnie o cokolwiek.

Wtedy to Michałowi Tuskowi miało się zapalić „trochę lampek” ostrzegawczych.

— O co poprosił?

— Nie poprosił, to była taka rozmowa, że atakują, że niszczą… że LOT niszczy, że jest ciężko… Ja wtedy, dla ochrony, pomyślałem, że a nuż nagrywa, to powiedziałem: Słuchaj, jak on robi taki interes z tym złotem, to niech on do KRS-u złoży dokumenty. Tak na początek dobry. A nie, że siedzi zamknięty.

— Pan zapytał go, czy jest nagrywany?

— Nie, nie…

— A nie myśli pan, że mają nagrania z pana udziałem?

— Moim zdaniem nie.

— Skąd ta pewność?

— Tak mi się wydaje, to było na lotnisku.

— Czy nie uważa pan, że w biurze P. mógł włączyć nagrywanie?

— Mógł, ale ja nie mam nic do ukrycia. Nawiązując do pytania pana posła z PiS, nie jestem z panem P. na ty, z Frankowskim tak, byłem.

— Rozmawiał pan z nim przez telefon?

— Z Frankowskim tak.

— A z P.?

— Przy okazji, jak był ten wywiad chyba, ja dostałem ten numer, chyba od Klosa. Ja nie wykluczam, że jak rozmawialiśmy, to jeden z tych telefonów mógł być od niego.

Przeszliśmy do rozmowy o funkcjonowaniu Michała Tuska w przestrzeni publicznej. O tym, że dogadał się po cichu z dziennikarzami, także tabloidów, i mu odpuścili. Bycie dziennikarzem pomogło. O tym, że sam był zdziwiony, jak pominięto praktycznie blokadę miasta w czasie jego ślubu, czego jako dziennikarz by nie odpuścił. O dystansie do polityki. Miał mocno krytyczny stosunek do tego, co się dzieje. Nie brał udziału w ostatniej kampanii. Jak widzi możliwość wyjścia z obecnego kryzysu, w jakim się znalazł? Opozycja, małżeństwo P., każdy będzie chciał teraz zagrać nim. A ojciec każe mu milczeć.

— Ja bym gadał. Weronika Marczuk była raz złodziejką, a pół roku później pokrzywdzoną1. Ludzie mają krótką pamięć. Ja się o siebie nie martwię. Jakby PiS rządziło, toby mnie pewnie CBA zgarnęło na 48 godzin. Być może. Płatna protekcja. Cokolwiek. […] Ojciec jest na mnie wkurwiony. Ojciec mówi, co ja mam robić, i gada głupoty, nie kuma, jak to się dzisiaj robi, mediów. Jego przydupasy, ten cały wielki sztab piarowców… Oni też nie kumają. Jestem teraz na frezarce.

Nie ukrywa, że obawia się Marcina P.

— Fakt, nie wiadomo, o co mu do końca chodzi. Czy on będzie miał złą wolę, czy nie… W moich kontaktach nie mam interesu, żeby atakować P. Skoro nie mam, to nie będę na siłę atakował, bo to nie jest w moim interesie. Widać też, że koleś jest trochę nieobliczalny. To sprawa dynamiczna. On teraz się pewnie zastanawia, o co chodzi. Raczej mówi jakieś rzeczy, szuka jakichś nieścisłości, ale nie wymyśla. Oczywiście, one mogą być bardzo groźne.

Postanawiamy na chwilę odejść od sprawy Amber Gold i poznać samego syna premiera.

— Jak się panu tu żyje jako synowi premiera?

— Bardzo dobrze. Nie jestem rozpoznawalny. Przyjaźni sąsiedzi. Jak nie był w polityce, było najfajniej, bo był wiele czasu w domu i było OK. Ja nie pamiętam, żeby ktoś bezpośrednio na mnie… Ja całe życie jestem bardzo porządny, moja żona się ze mnie śmieje, ja raz z nią trawę zapaliłem, jestem człowiek mało użytkowy, jakoś nigdy mnie to nie robiło. Dobre dziecko, które nie robiło problemów. Tak samo z alkoholem, nigdy nie zabrano mi prawa jazdy, nikogo nie biję. Starałem się wszystko robić porządnie, płaciłem mandaty, których nie było dużo, bo jeżdżę normalnie.

— Kiedy pan musiał założyć garnitur?

— Jak przyszedłem do pracy. Miałem 3–4 miesiące staż na studiach. Połączenia transportowe, jakieś takie rzeczy, w 2004 roku — wtedy ojciec nic nie robił, żeby była jasność. Jakiś sweter podarty, wymiętolona marynara, jak to dziennikarz.

— Zaczął pan w garniturze chodzić do pracy dla portu lotniczego?

— Tak.

— Pana wkurza to, że musi zakładać ten garnitur?

— Ja nigdy nie miałem kontaktu ze spółką port lotniczy, żeby była jasność, takie sprostowanie.

— Ile pan ma garniturów?

— Cztery chyba.

— Jaka marka? Zaraz sprawdzę, Victoria… Co to za marka?

— Nie wiem, muszę pójść na zakupy.

— Zegarek jaki pan nosi?

— Nie noszę.

— Nie przywiązuje pan wagi do wyglądu zewnętrznego, do marek, które się nosi na sobie? A jak pana mieszkanie wygląda? Budynek jest okazały, poszedł pan w górną półkę.

— 69 metry kwadratowe, 46 cali telewizor na raty kupiłem. I resztę sprzętu.

— Czemu tylko 46 cali?

— Ja gadżeciarzem nie jestem. I nie 3D.

— Gdzie pan odpoczywa, przy czym się resetuje?

— Od trzech dni głównie na kiblu.

Wybuchamy śmiechem. Michał Tusk ma dużo dystansu do siebie.

— Lubię jakąś tam muzę, Dire Straits, Lady Punk i tym podobne. Muzyka filmowa jakaś. Przeglądam jakieś stare sieciówki z rozkładem jazdy.

— Pan pamięta swój pierwszy tekst?

— Pamiętam o tym, że znak drogowy niewidoczny na rogu Polanki i Abrahama. Krzywy znak stał.

— A ostatni?

— Pożegnalny z czytelnikami. Ostatni, opinia o tramwaju wodnym w Gdańsku. Pływa trzy razy dziennie statek pusty, to jest bez sensu.

— Lepsze relacje miał pan z mamą czy z tatą?

— Wydaje mi się, że z mamą, wiadomo, częściej była w domu, ale były dobre i z jednym, i drugim.

Minęła godzina rozmowy. W tym momencie Michał Tusk, aby uwiarygodnić się, postanowił pokazać nam swoją skrzynkę pocztową, założoną pod nazwą Józef Bąk. Przyznam, że nie wierzyliśmy w to, co się działo. Jego decyzja była zaskakująca. Zapoznaliśmy się z korespondencją i skopiowaliśmy ją za jego zgodą. To na niej bazowaliśmy przy publikacjach, a nie na tym, co otrzymaliśmy wcześniej, co już krążyło wśród dziennikarzy. Pierwsi poznaliśmy pełną wymianę mailową Michała Tuska.

Proponuje nam przejście na ty. Opisuje i pokazuje swoją pocztę. Dręczy go jednak, jak zachowa się małżeństwo P.

— Czy oni chcą uderzyć? Ja też znam ludzi, którzy chcą ustalić… Oni mówią, że moja historia go zaskakuje i on nie wie na razie, w którą stronę pójść. On też ma swój film. Pewnie, że kłamie, ale ma swój film.

— To oni wprowadzili ten temat — nie zgadzaliśmy się z Michałem Tuskiem, to Marcin P. wrzucił w obieg sprawę zatrudnienia syna premiera, przekazując to w rozmowie dziennikarzom.

— Przecież to ja wprowadziłem, nie on — oponował młody Tusk, nawiązując do swojego wywiadu w „Gazecie Wyborczej”, gdzie po raz pierwszy ten fakt ujawnił opinii publicznej.

— Zaraz, twoje nazwisko poleciało na miasto.

— A to od nich poleciało, tak?

— A myślisz, że od kogo? Od kogo się dowiedziałeś o sprawie?

— Ja? Ja nie powiem — zaśmiał się i po chwili: — Tylko pytanie jest kluczowe, które mnie denerwuje… On też powiedział na konferencji, wiem, bo byli tam ludzie z „Gazety” i mówili, że jeśli chodzi o szczegóły, to wyda oświadczenie na ten temat. Pytałem się ich o intencje i oni mówią, że to nie było takie jakieś, że ujawnimy wszystko, tylko że on na razie tego nie czytał i musi się przygotować. Onet to przekręcił, bo tam pracuje laska, raczej nie za mądra, w Gdańsku, i Onet to przekręcił, że wyda osobną konferencję na mój temat. […] I „Gazeta Polska” także mówi, że będzie oddzielna konferencja prasowa. Oni jutro idą z nim gadać.

— Kto?

— Z „Gazety”, umówili się przez… Znacie przeora.

— Nie.

— Przeor dominikanów w Gdańsku. Marcin P. chodzi do niego codziennie. Generalnie ten przeor dzwoni do dziennikarzy, coś tam robi, broni go. On tam [Marcin P. — przyp. aut.] rzeczywiście chodzi i modli się do niego.

Tusk pokazał kolejnego e-maila. Zatrzymaliśmy się nad nim chwilę: wynikało z niego, że syn premiera pracował dłużej dla OLT Express, niż twierdził. Zakończył współpracę dopiero pod koniec czerwca. Ostatni e-mail miał datę 10 lipca. Przyznał:

— Wygląda to słabo.

Czy latał liniami OLT Express? Raz, do Warszawy, 15 maja. Sam zapłacił. Był to jego pierwszy i ostatni lot.

Przy lekturze kolejnych e-maili powróciliśmy do negocjacji umowy.

— Czemu nie chciałeś większej stawki? — zapytaliśmy.

— Powiedział [Frankowski — przyp. aut.]: Ja proponuję dyszkę dla ciebie plus VAT. Nie, inaczej. On zapytał, ile bym chciał, ja odpowiedziałem: Generalnie to nie przesadzajmy, nie mam doświadczenia, trójkę miesięcznie. On się śmieje, że dyszkę. On mówi: To spotkajmy się w połowie, niech będzie piątka plus VAT. Negocjacje były takie.

Nagle pokazuje maila, że w sumie było mu obojętne, czy umowa byłaby podpisana z OLT czy Amber Gold. To kłóciło się z głoszoną przez niego wersją, że z Amber Gold nie podpisałby umowy. Między bajki można włożyć jego narrację. Był gotowy podpisać umowę z Amber Gold, gdyby tamci się uparli.

Przy kolejnym e-mailu ponownie rzucił:

— To było słabe — i wyjaśnił: — Razem z kumplem z „Gazety” robiłem wywiad z Frankowskim. […] On chciał robić wywiad, gadałem z kumplem z gazety, on powiedział, że nie chce mu się robić tego wywiadu. Więc jak chcę, to mam zrobić. Oni chcieli ten wywiad zrobić, ale Janusz nie miał czasu, powiedział, że to ja mogę zrobić, on go obejrzy, sprawdzi i tyle.

— Zaraz, ty zrobiłeś wywiad z Frankowskim, a poszedł pod innym nazwiskiem?

— Tak.

Wiedzieliśmy, że nic więcej z niego nie wyciśniemy. Przy tym nie wyglądał na oszusta. Pokazanie nam swojej skrzynki pocztowej i przejście po niej krok po kroku z nami robiło dobre wrażenie. Śpieszył się na wieczorny mecz piłki nożnej. Tak jak i ojciec, gra w piłkę nożną dla relaksu. Zaproponowaliśmy odwiezienie go do domu. W czasie drogi wyrzucił z siebie:

— Ja się boję tego przede wszystkim, że to pójdzie w jakąś stronę, jakiegoś grubego strzału, trochę nieprawdziwą, przekłamaną.

— Jeżeli masz cokolwiek, że doradzasz Amber Gold, to doradzasz piramidzie finansowej, to jest gruba sprawa […]. Musisz sobie wszystko przypomnieć — rzuciliśmy.

— Ja sobie przypominam. Jedyna sytuacja to… to co wam mówiłem, gdzie Frankowski podszedł z tematem, że jest ciężko i ja szyderczo zasugerowałem mu zalegalizowanie wszystkich działań. Szkoda, że nie nagrywałem tego.

— To dziwne, że twój tata nie daje ci wsparcia. Mają najlepszych ludzi od piaru.

— Rozmawiałem z ojcem wczoraj… Jak coś jest, nie ma, dobrze, ten wywiad… nic nie trzeba robić, gdybyś był normalny, nic nie robił, głupi jesteś, taka generalnie rozmowa. Po co rozmawiasz z ludźmi, ja z nikim nie rozmawiam, nie odbieram telefonów, tylko od pięciu najbliższych współpracowników… Sorry, ja nie zamierzam swoich kolegów dymać, bo zbudowali swój obóz obok. Dzisiaj jak zadzwonili, ten Broniewski, to z nim gadałem. Potem zadzwoniłem nawet do Araba, dali mi komórkę do tego całego Arabskiego biednego… Powiedziałem mu, wysłałem wam te pytania, ja nie wiem, co mam robić, ja mogę na nie odpowiedzieć, ja wiem, że u was generalnie nic, ale może podpytaj tego swojego Igora, ja to mogę zrobić, wysłać wam, cokolwiek… No, no dobra, lepiej cicho. Wiesz, dlaczego on tak mówi, bo tam oni wszyscy mają to w dupie. Wszyscy wiedzą, że tam za trzy lata nic nie będzie. Ja nie mówię o ojcu, ale tamta administracja, ten szereg. […]

Tam jest generalnie lenistwo i niechciejstwo, i takie poczucie, że jak w ogóle nie ma tematu, to on umrze. Oni nie rozumieją podstawowej rzeczy, że temat będzie. Moim zdaniem, gdyby P. nie żył i nie było już Amber Goldu, to można powiedzieć: Wbijamy w te pytania PiS, bo oni powiedzą, ja im nie odpowiem i co się stanie? Jutro będą burze i tornada i do widzenia. Ale tak nie będzie, jest Amber Gold, jest też Frankowski, jest źródłem generującym newsa. Dla mnie to jest oczywiste. Z drugiej strony ja wiem, że do więzienia nie pójdę, tak naprawdę ja się z tego wykaraskam, bo czy to jest problem, że to Michał Tusk robił? Nie, to jest problem, że syn Tuska robił. On ma z tego większe problemy niż ja. Ja się tak nigdy w życiu nie denerwowałem. Nigdy takiego stresu nie miałem.

— Dlaczego cię nie uspokoi, dając ci ludzi?

— Nie ma ludzi, co mają ci ludzie robić, oni mają wszyscy milczeć. Nie odbieraj od połowy dziennikarzy, nic nie mów i nie rób. […] On nie ma do mnie zaufania, szczerze… Myśmy też nie mieli okazji do gadki face to face, on jest ciągle za granicą. On przez telefon, w ogóle po tej akcji ma taki film, że nie chce ze mną gadać. Dzwoni do mojej żony, mu odbiło, że podsłuchy, nie, że tak konkretnie, ale przezornie. On moim zdaniem nie ma zaufania do mnie w tej sprawie. Moim zdaniem, wy macie teraz większe zaufanie do mnie niż on.

— On się boi, że ty się w czymś umoczyłeś, ale własnego syna…

— Ale on ma taki charakter, potem przeprosi, przytuli, że będzie dobrze.

— Dla mnie bycie ojcem jest ważniejsze niż bycie premierem — wtrąciłem, bo nie rozumiałem postawy premiera, który dystansuje się od syna w krytycznej dla niego chwili.

— No tak. Ale on też jest wkurzony na mnie. On mi mówi, o mnie się nie martw, ja sobie poradzę, komisji z tego nie będzie, mówi… Będzie dym większy czy mniejszy. Ale jakoś poradzimy sobie. Ja to się boję, że to będzie się ciągnęło do końca życia. A mówię, moim zdaniem gadasz głupoty, że może być odwrotnie, może być mega dym, z którego nie będzie komisji śledczej, ale będzie się ciągnąć długi czas i syfić, i udupią was, a ja, ty się akurat mną nie przejmuj, cały mój stres, to że nie mogę oddychać, aż mnie ściska, wynika z tego, że martwię się, że uwalę tobie cały biznes. I takie gadanie.

Na koniec wróciliśmy jeszcze raz do jego relacji z ojcem. Michał Tusk nie ukrywał, że chwilami jest na niego wkurzony.

— Jest mistrzem w utrzymaniu władzy i partii. Ja nieraz z nim dyskutowałem filozoficznie. Weź, człowieku, zrób coś, autostrady, kolej. A on zawsze mówi, co też nie jest głupie. […] On mówi, wiesz, fajnie, zajebiście. Powiedz mi… Sztuka polega na tym, żebyś mógł tę władzę utrzymać i rzeczy realizować. Niekoniecznie ja muszę to robić.

— Polityka małych kroków.

— Filozofia taka, że jeśli chcesz zmieniać Polskę, to musisz mieć władzę. Oczywiście, są ludzie, jedni gorsi, drudzy lepsi, natomiast on ani jednego dnia nic nie zrobi, gdyby nie utrzymał władzy. Takie to jest kluczowe. Ja od tego jestem, ja się na tym znam. Ja się nie znam na kolei, na tym… Ja się znam na tym, żeby utrzymać tę władzę i żeby to wszystko się odpaliło.

Michał Tusk wyszedł z samochodu i szybko poszedł w stronę swego domu. Spojrzeliśmy po sobie z Michałem Majewskim i uśmiechnęliśmy się, nie potrzebowaliśmy słów. Wiedzieliśmy, że dostaliśmy dużą dawkę nowych informacji, które mogliśmy skonfrontować z tym, co oferował Marcin P. Tego samego dnia, wieczorem, mieliśmy się właśnie spotkać z właścicielami Amber Gold. Ktoś powie, że Michał Tusk, rozmawiając z nami i dając dostęp do swojej skrzynki pocztowej, zachował się naiwnie, może, ale na nas zrobiło to dobre wrażenie.

Spotkaliśmy się z Michałem Tuskiem jeszcze raz, następnego dnia, na lotnisku im. Lecha Wałęsy w Gdańsku, gdzie pracował. Zapytaliśmy go, co myśli o sytuacji, w której się znalazł.

— Chyba za dużo grałem w gry komputerowe o liniach lotniczych i wielkich portach tranzytowych. Najwyraźniej gra się zawiesiła.

Tego samego dnia Michał bez problemów zgodził się na sesję zdjęciową. Pozował fotografowi „Wprostu” na stacji kolejowej, w tramwaju i na plaży. Autoryzacja słów Tuska przebiegła sprawnie, syn premiera wprowadził drobne zmiany do zacytowanych wypowiedzi.

Nasz artykuł ukazał się w kioskach 13 sierpnia 2012 roku. W wersji elektronicznej można go było przeczytać od godziny dwunastej poprzedniego dnia. Tusk zadzwonił z recenzją już o 12.01:

— Dziękuję za kwestie ambergoldowe, są uczciwie potraktowane z waszej strony, bo są.

W następnych dniach jednak coś się zmieniło. Michał zamilkł, nie odpowiadał na esemesy. Wyglądało, jakby ktoś przeprowadził z nim rozmowę z przesłaniem — koniec z tą szczerością.

29 sierpnia pojawiliśmy się znowu w Gdańsku. Poszliśmy do biura Portu Lotniczego, by porozmawiać z rzecznikiem. Okazało się, że siedzi biurko w biurko z młodym Tuskiem. Ten, widząc nas, na chwilę zamarł. Ale trzeba powiedzieć, że zachował montypythonowskie poczucie humoru, z którego jest znany wśród znajomych w Trójmieście.

— Michał, zmieniłeś numer telefonu? — zagadujemy.

Młody Tusk milczy. Uśmiecha się półgębkiem. Udaje, że pracuje przy komputerze.

— Naprawdę masz zakaz rozmawiania z nami? Aż taki, że nie powiesz do nas ani jednego słowa?

— Jestem na was wkurzony.

Wszyscy wybuchamy śmiechem.

— Trochę pojechaliście.

— Czym pojechaliśmy? — dopytujemy.

— Samochodem.

Kilka dni później Roman Giertych, w imieniu Michała Tuska, wypowiedział mediom wojnę. W ten sposób zapomniana sprawa pracy syna premiera dla spółki OLT Express, należącej do Amber Gold, znowu zagościła w mediach.

Przykrywka finansowa

Powróćmy do spotkania z Robertem, które otwiera książkę. Mój rozmówca nie zostawił suchej nitki na śledztwie w sprawie Amber Gold. Nikt nie chciał być pierwszy, nikt nie chciał zebrać laurów za sukces śledztwa. Jak najszybciej je zamknąć i zapomnieć o nim. Robić tylko to, co konieczne. Miał podobne przemyślenia do moich.

— Jak ono miało się udać, jeśli wychodziły powiązania z konkretną opcją polityczną? Do tego zamotał się w to syn premiera, władze samorządowe, które czerpały kasę z piramidy w postaci pensji lub dotacji. — Zamilkł na chwilę i rzucił: — Niech pan powie, gdzie jest jedyne miejsce w Polsce, gdzie gangster poziomu Pershinga, Dziada funkcjonuje spokojnie, więcej, jest szanowanym obywatelem, ma pół Stogów? Takim miejscem jest Trójmiasto.

— Mówi pan o Tygrysie?

— Tak, to nim się pan zajmował przy Amber Gold. Na Stogach mieszka jego ekipa. Dzisiaj wchodzi w nieruchomości już poza Stogami. Co jakiś czas słychać o dziwnych zabójstwach na tym tle, ludzie giną. Agenci nieruchomości. I jest cicho sza. Z nim są związani goście, którzy mają kantory walut, punkty lichwiarskie.

— Dlaczego tak jest? — rzuciłem bezwiednie pytanie, przecież odpowiedź znałem. Rozmawiałem z urzędnikiem miejskim, który powiedział wprost, że miasto stara się omijać Stogi, jakby było objęte swoistym immunitetem. Jeden z byłych policjantów opowiadał anegdotę, jak to kiedyś zamknięto dzielnicę w prosty sposób. Prowadzi do niej jeden most i na tym moście pojawili się chłopcy z panzerfaustem.

— Jak można tutaj zrobić cokolwiek, skoro dopiero od kilkudziesięciu lat jedynym komendantem spoza Trójmiasta trzy lata temu został Wojciech Sobczak, a wicekomendantem Zbigniew Maj2. W „Abwerze” wszyscy są z Gdańska. Tutaj się wszyscy pilnują. Nikt z zewnątrz nie jest wpuszczony.

Przyjaciel Nikosia

Chcę w tej książce wykorzystać swoją wiedzę, napisane artykuły, nagrania zebrane z rozmów, by rozwijać poszczególne wątki nitka za nitką. Mam nadzieję, że wtedy czytelnik zrozumie, że układ trójmiejski to nie spiskowa wizja rzeczywistości. On istnieje i ma konkretne twarze.

Niedawno zadałem pytanie jednemu z ważniejszych policjantów w Gdańsku: — Czym według ciebie różni się mafia trójmiejska od warszawskiej czy krakowskiej?

— Ja nie widzę żadnej mafii trójmiejskiej — uciął krótko.

Nie wierzyłem, że w roku 2017 usłyszę twierdzenie, że w Trójmieście mafii nie ma. Rozumiem, że ktoś mógł tak myśleć dziesięć, piętnaście lat temu, ale teraz stwierdzać, że Polska jest krajem wolnym od procesów dziejących się w Europie, zwłaszcza Wschodniej, którą dotknęły wszystkie kryminalne plagi związane z transformacją? Przypomniały mi się słowa wygłoszone w Sejmie 31 sierpnia 1995 roku przez ministra spraw wewnętrznych Andrzeja Milczanowskiego:

— Od miesięcy konsekwentnie namawiam do umiaru w ocenach, jeśli idzie o zjawisko mafijności. Mówię cały czas, że obserwujemy zaczątki pewnych procesów mafijnych, zaś o tej klasycznej, czy zbliżonej do klasycznej, mafii jeszcze mowy być nie może.

Mijają lata i nic się nie zmienia w takim sposobie myślenia. Dlaczego? Wygodniej mówić o grupach przestępczych, nie widzieć powiązań z ludźmi służb, politykami i wielkim biznesem, bo ma się lepsze samopoczucie? Łatwiej wtedy ogłaszać sukces w śledztwach, wyłapując płotki? No, może czasami grube ryby, ale nigdy tych, którzy naprawdę są najsilniejsi. Owszem, próbowano ich dopaść, ale zawsze nieskutecznie.

Już w książce „Polska mafia” starałem się pokazać trójmiejskie układy, a raczej ich korzenie. Może dzięki niej obecna sytuacja stanie się bardziej zrozumiała. Oto jeden z przykładów, jak ręka w rękę szli ci, którzy nigdy nie powinni do siebie się zbliżyć.

Tadeusz, prawa ręka Nikodema Skotarczaka w Polsce lat osiemdziesiątych, był dobrze znany służbom. W latach 1971– –1976 był funkcjonariuszem Milicji Obywatelskiej w Gorzowie Wielkopolskim. Do MO wstąpił 21 lipca 1971 roku i został skierowany do kompanii konwojowej w byłej KM MO w Gdańsku. Od 15 sierpnia 1972 roku był referentem Brygady Służby Wywiadowczej w wydziale kryminalnym byłej Komendy Miejskiej MO w Gdańsku, 11 czerwca 1974 roku na własną prośbę został przeniesiony do byłej KP MO w Krośnie Odrzańskim, gdzie pracował jako referent operacyjny Referatu Kryminalnego. 16 lipca 1975 roku przeniesiono go do Wydziału ds. Walki z Przestępstwami Gospodarczymi KM MO w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie pracował do momentu zawieszenia go w czynnościach służbowych, czyli do 20 kwietnia 1976 roku.

„Jako milicjant prowadził wystawny tryb życia” — odnotowano w jego aktach służbowych. Wszczęto wobec niego postępowanie dyscyplinarne i wyszły na jaw jego sprawki.

Jesienią 1975 roku miał wyłudzić kwotę 5 tys. od obywatela, a w styczniu 1976 kwotę 2,5 tys. złotych od obywatelki, pieniędzy nie zwrócił. W styczniu–lutym 1976 roku, powołując się na znajomości w fabryce mebli w Słubicach, pobrał od obywatelki kwotę 17 tys. złotych na zakup dla niej mebli oraz 9 900 złotych na tzw. koszty własne z tym związane. Mebli nie zakupił, pieniędzy nie zwrócił. Za powyższe Tadeusz z dniem 3 maja 1976 został wydalony ze służby.

Milicyjne znajomości

To właśnie wykorzystywanie swoich znajomości w milicji, a zwłaszcza przyjaźni z majorem Waldemarem G., umożliwiało Tadeuszowi prowadzenie wraz z Nikodemem Skotarczakiem procederu handlu kradzionymi samochodami. Pomimo śledztwa, zebranych przeciw niemu dowodów, Tadeuszowi się upiekło, tak jak i innym osobom uwikłanym w tę sprawę. Po krótkim pobycie w areszcie tymczasowym Tadeusz nagle zapadł na ciężką chorobę. Według biegłych lekarzy miał tętniaka mózgu i nie mógł brać udziału w żadnych czynnościach procesowych. Mijały lata. W połowie 2000 roku na wniosek Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku Tadeusza komisyjnie przebadali lekarze z Poznania, podważając poprzednie ekspertyzy. We wrześniu tego samego roku, na miesiąc przed przedawnieniem zarzucanych Tadeuszowi przestępstw, prokuratura wniosła do sądu akt oskarżenia (o paserstwo, nakłanianie do fałszowania dokumentów, przemyt i handel kradzionymi samochodami oraz inne przestępstwa związane z grupą przestępczą, która działała w latach osiemdziesiątych wokół klubu Lechia Gdańsk) i zaledwie dwa tygodnie później przesłała wniosek o umorzenie sprawy na podstawie amnestii z 1989 roku.

Włos z głowy nikomu nie spadł

Tadeusz postanowił jeszcze bardziej zagrać na nosie prokuraturze. Nie zgodził się na umorzenie sprawy. Wiedział, że za kilkanaście dni zarzucane mu przestępstwa ulegną przedawnieniu. Wybuchła afera. Rozwścieczony ówczesny minister sprawiedliwości Lech Kaczyński podjął decyzję o odwołaniu ze stanowiska prokuratora okręgowego w Gdańsku, Ireneusza Tomaszewskiego, który sprawę nadzorował. Jego następcą został Janusz Kaczmarek. Prowadzącemu postępowanie prokuratorowi Mirosławowi Puto zarzucono „złamanie regulaminu prokuratury”. Miało ono polegać na tym, że prokurator Puto „powinien zlecać opinie lekarskie nie rzadziej niż raz na sześć miesięcy”. Dziennikarze „Super Expressu” zarzucili również gdańskiemu prokuratorowi, że „w 1995 i 1997 roku pytał tych samych lekarzy, którzy stawiali diagnozę nieprzerwanie od 1986 roku”.

Dzisiaj Tadeusz to powszechnie szanowany przedsiębiorca w Malborku. Prokurator Mirosław Puto i Ireneusz Tomaszewski spokojnie robili karierę w prokuraturze. Tak jakby nic się nigdy nie stało. O sprawie zapomniano.

Ciągle ma jakieś układy

W sierpniu 2007 roku w Grand Hotelu w Sopocie spotkałem się z Włodzimierzem. Właśnie przyjechał do Polski. Nie zaprzeczał, że znał Nikodema Skotarczaka.

— Znałem Nikosia, braci Długoszów i innych… Przyjeżdżali do mnie, zostawiali pieniądze. Wysyłałem im towar, jaki chcieli. Nie jest tajemnicą, zeznawałem to na sprawie, że sprzedawałem im alkohol i papierosy. Kupowali ode mnie, trudno mi powiedzieć, czy płacili podatki, cło… Sprawa się przedawniła. Większość ludzi tutaj tak zaczynała…

— Był pan wspólnikiem Nikosia?

— Gdzie tam… Jestem indywidualistą. Nie należałem do żadnej grupy. Nikodem zostawił kiedyś u mnie cztery lub pięć samochodów na placu. Ja spisałem z nim umowę na wydzierżawienie części mojej posiadłości. Któregoś dnia wpadli do mnie policjanci, okazało się, że samochody są kradzione. Dostałem za to dwa lata w zawieszeniu. O Nikodemie dużo może panu powiedzieć Leszek T.

— T.? A jaką miał ksywę?

— Pasta.

— Nigdy w mediach o nim nie słyszałem.

— On teraz mieszka w Hiszpanii. To bardzo bliski przyjaciel Nikodema. Do końca. Oni się traktowali jak bracia. To on woził pieniądze Nikodemowi. Jeździł jako jego kierowca.

— A Tadeusz?

— To był wspólnik Nikodema… Tadeusz jest udziałowcem firmy w Malborku, która się nazywa… Należy do niej hotel. Nieopatrznie zainwestowałem tam pieniądze. Mam 49 procent udziałów. Tadeusz założył drugą spółkę i wyprowadza przez nią pieniądze z hotelu. W maju zrobił bilans i mówi, że ma półtora miliona strat. Byłem u niego ostatnio, by mi oddał pieniądze za moje udziały. Odmówił. Ma ochroniarzy i nie wpuszcza mnie do mojego hotelu. Straszy mnie. Ciągle ma jakieś układy.

— Pan też chyba ma?

— Utarło się, nie wiem dlaczego, że ja miałem układy ze służbami, a ja odsiedziałem pięć lat w więzieniu, od 1977 do 1982 roku. Jak tylko dostałem paszport, od razu wyjechałem z Polski.

Równi i równiejsi

Jeden z rozmówców książki „Polska mafia”, Adam Pietruszka, twierdził, że szef IOF w Gdańsku (późniejszy szef CBŚ w Gdańsku) i „kilku jemu podobnych” miało jeszcze do niedawna w kieszeni całą trójmiejską policję.

Przypomnę, generał Czesław Kiszczak w 1984 roku powołał w MSW Zarząd Ochrony Funkcjonariuszy, a w wojewódzkich urzędach spraw wewnętrznych — Inspektoraty Ochrony Funkcjonariuszy.

Oficjalnie do zakresu działania pionu Ochrony Funkcjonariuszy należała „ochrona funkcjonariuszy i pracowników cywilnych resortu spraw wewnętrznych przez zapobieganie i zwalczanie przypadków popełnienia przez nich najpoważniejszych naruszeń prawa oraz zajmowanie postaw i zachowań mogących wyrządzić poważne szkody interesom resortu spraw wewnętrznych, w tym politycznym, społecznym i gospodarczym interesom państwa. Realizacja powyższych działań ma na celu zapobieganie i przeciwdziałanie szkalowaniu i urabianiu negatywnych ocen funkcjonariuszom i pracownikom cywilnym resortu”.

Każda sprawa szła przez ręce Czesława Kiszczaka, to on wnioskował o jej wszczęcie czy zakończenie. Osobiście decydował, czy kierować do prokuratury, czy darować i odłożyć do archiwum. Podczas przeglądania niektórych akt miało się wrażenie, że jest to zbieranie haków na ludzi i rozpoznanie środowiska przestępczego, zwłaszcza tego działającego na styku z gospodarczym.

Kiedy likwidowano Służbę Bezpieczeństwa, pierwsze na przemiał i do spalenia poszły właśnie archiwa „Jofek”. Zawierały one bardzo ważne i jednocześnie poufne informacje o funkcjonariuszach milicji i Służby Bezpieczeństwa — nie tylko, kto był damskim bokserem, alkoholikiem lub miał skłonność do chłopców czy młodych dziewczynek, ale przede wszystkim dokumentowały popełniane przez funkcjonariuszy przestępstwa.

Korupcja pod koniec lat osiemdziesiątych przeniknęła już do wszystkich struktur władzy. Zakładając pion Ochrony Funkcjonariuszy, generał Czesław Kiszczak i jego ludzie postanowili ją udokumentować oraz poznać, kto z ludzi służb i w jakim stopniu jest skorumpowany. Przy okazji rozeznać się w agenturze, szczególnie tej prowadzonej przez wydziały kryminalne Milicji Obywatelskiej do walki z przestępczością gospodarczą. Z tą wiedzą można było bezpiecznie wejść w gospodarkę wolnorynkową, w banki, w przemysł.

— Jak jemu i jego kolegom mogli podskoczyć, skoro miał na nich haki? Są ze sobą spięci na krótkich sznurkach. „Jofek” bało się wielu, na przykład Kazik [Kazimierz O., przez wiele lat szef Komendy Miejskiej Policji w Gdańsku — przyp. aut.]. Oni mieli na niego kwity.

Pietruszka rzeczywiście ma rację. Nazwisko Kazimierza O. pojawia się w aktach IOF przy akcji „Elegant”: tej samej, która doprowadziła do więzienia Wacława S. Komendant podejrzewany był o utrzymywanie kontaktów ze środowiskiem przestępczym. Podczas zatrzymania w Szczecinie Benedykta Z. odnaleziono przy nim wizytówkę: „kpt. mgr Kazimierz O. — kierownik komisariatu II MO w Gdańsku”. Na wizytówce były telefony do pracy — 370 780 i domu — 565 907.

Notatka służbowa z rozmowy przeprowadzonej 31 grudnia 1985 roku z milicjantem z komisariatu, którego szefem był Kazimierz O., uświadamia, dlaczego tenże komisariat miał tak fatalną reputację.

Pracę rozpoczął, kiedy przełożonym był płk Popiel; okres ten wspomina z zadowoleniem, praca jego przebiegała normalnym tokiem, był zadowolony z sukcesów zawodowych, z przełożonych. W tym okresie nie zauważył żadnych nieprawidłowości […].

Dopiero pracując na komisariacie II, za kpt. O. rozpoczęły się nieprawidłowości w czasie wykonywania zadań służbowych.

Zauważył, że załatwiano sprawy z materiałami budowlanymi, fakturami, przełożeni wchodzili w kontakty z dyrektorami tych zakładów, skąd przyjmowali te materiały po dużo niższych cenach.

Major O. szczególnie był aktywny w załatwianiu tych spraw. Sprawy służbowe leżały odłogiem i tylko stwarzał pozory, że jest nimi zainteresowany.

O. prowadził tryb życia ponad stan swych legalnych dochodów, często korzystał z usług właścicieli restauracji „Pod Wieżą” oraz lokalu „Pizzerii”. W lokalach tych organizował różne uroczystości dla swych wybranych przyjaciół, względnie korzystał z różnych wyrobów konsumpcyjnych, biorąc je na wynos.

O. utrzymywał kontakty z finansjerą gdańską, z osobami naruszającymi przepisy karne w prowadzeniu swych nielegalnych interesów. Pomógł on przy sprawie kradzieży jakichś ważnych dokumentów z samochodu osobowego adwokata P. […]

W komisariacie II działo się bardzo źle. Cz. z L. mają na swym koncie różne nieczyste sprawy. Pozornie stwarzali względem siebie sytuacje konfliktowe, w rzeczywistości łączyły ich swoje interesy. […]

Komisariat II prowadził trzy włamania pod rząd do restauracji „Tawerna”. Właściciel — poszkodowany, chcąc zrekompensować sobie poniesione straty, wszedł w porozumienie z funkcjonariuszami MO i w zamian za wręczone koniaki zawyżyli ilość poniesionych strat. Alkohol zwożono z tego lokalu samochodem Nysa do komisariatu II. […]

MUSW w Gdańsku, wydział PG, pracownicy Dolek K. i Maciek K. utrzymują zażyłe kontakty towarzyskie z waluciarzami z terenu Gdańska. Często w godzinach służbowych przesiadują w lokalach pod wieżą i w towarzystwie cinkciarzy. […]

Komisariat II, waluciarz ps. Sołtys zbierał w czapkę od cinkciarzy „dolę” dla K. (ul. Długa). Na ul. Długiej pracują waluciarze Łepek, K. (b. MO), K. stary i młody, J. oraz dwóch jego synów.

Ppłk R. Tomczyk

Kazimierz O. był komendantem miejskim policji do 1999 roku. Ten okres uważany jest za złoty czas mafii. Jego nazwisko wypłynęło także w czasie innej sprawy operacyjnej, tym razem policyjnej, współczesnej, której jednak również ukręcono łeb.

Biznesmen z Sopotu jeszcze dużo może

Robert zapytał, czy wiem, który fragment książki „Polska mafia” zainteresował ludzi w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Gdańsku. Pokręciłem przecząco głową.

— Wiadomo, Mucha, ale komendant Kazimierz O. to był strzał w dziesiątkę.

— To już historia — rzuciłem niedbale.

Robert zaśmiał się głośno i powiedział:

— On nadal dużo może. Zadbał o dzieci i poustawiał je w ważnych miejscach. Jego córka, straszna wariatka, pracuje w KWP, a jego zięć jest komendantem powiatowym. Tu, jak w sycylijskiej mafii, z pokolenia na pokolenie układ trwa. Dzieci nic przecież nie zrobią swoim rodzicom, dziadkom.

— Dzieci nie odpowiadają za rodziców — odparłem, ale wiem, co miał na myśli Robert.

— Ten układ się skutecznie broni. Trójmiasto to narkotyki. Potężne ilości. W komendzie wojewódzkiej policji są ludzie, którzy to rozpracowali. Zna pan Maja?

Skinąłem głową.

— Komendant powołał tajną grupę, o której mało kto tutaj wie. Tylko co on może, dzisiaj Tygrys jest poza jego zasięgiem. To świat finansjery.

— Zaraz, Tygrys i narkotyki? — zapytałem zdziwiony.

— Oczywiście, ma pewien odłam w swojej grupie, który to robi, zastrasza, uprawia nadal bandytkę. To jest wyrafinowana bandytka. To nie jest BMW, pasek, pucha i ura bura. To gangsterzy na wyższym poziomie. Tygrys tak naprawdę tego bezpośrednio nie dotyka, ani jego koledzy. Niech pan porozmawia ze Zbychem Niemczykiem [prokuratorem apelacyjnym z Gdańska, prowadzącym m.in. sprawę Olewnika — przyp. red.], on trafił jednego klienta, który dostał 12 lat za zorganizowaną grupę przestępczą, znał Tygrysa. Powie panu, że nie miał tak naprawdę nikogo z policji, z którym mógł rozmawiać, jak ich przyskrzynić. Pojawił się Sobczak, Maj i próbują razem coś zrobić.

— Był przecież Hiszpan — rzuciłem, przypominając znanego policjanta.

— Hiszpan robił superrobotę w Polsce, ale nie tutaj, na miejscu. Tutaj byli polinkowani, nie chcieli potknąć się. Tutaj nie ma tak, że przychodzą szefowie spoza Trójmiasta i pozwala się im zrobić czystkę, taką do dna. Zbudować na nowo komendę, choćby z najlepszych, nieumoczonych, młodych chłopaków z komisariatów.

— A komendant G.? — zapytałem, bo ma opinię zawodowca.

— Komendant G. to superfachowiec, ale ciągnie się za nim jego brat, wyrzucony z Gdyni. Za numery z dziwkami, łapówkami. Nigdy się tutaj nic nie zmieniło. Każdy na kogoś coś ma, każdy może komuś coś wyciągnąć. Zahakowani są wszyscy.

— Ale o co chodzi z Tygrysem? — postanowiłem wrócić do ciekawszego dla mnie wątku. Do tajnego śledztwa wobec nietykalnego szefa jednej z mafijnych grup w Trójmieście.

— Maj z Niemczykiem postanowili dopaść Tygrysa. Powstała lista osób, kontaktów Tygrysa, ludzi z sądu i prokuratury. I Niemczyk ma teraz niezły pasztet. Na tej liście są nazwiska jego kumpli i przyjaciół. Co teraz chłopina ma zrobić? Oni są poza zasięgiem.

Pokiwałem głową. Po tym, co powiedział, łatwiej zrozumieć, dlaczego blokowany jest proces Tygrysa. Proces, o którym już w 2005 roku trójmiejski oddział „Gazety Wyborczej” w artykule „Proces Tygrysa — wyjątkowo chorowici oskarżeni” pisał:

Utknął proces „Tygrysa”. Zamiast skoncentrować się na meritum sprawy, sąd musi teraz wyjaśniać, czy dostarczane przez oskarżonych zwolnienia lekarskie wystawiono zgodnie z przepisami.

Jan P. — znany w światku przestępczym jako „Tygrys” — i ośmiu innych mężczyzn odpowiadają za przemyt do krajów byłego ZSRR ok. 80 luksusowych samochodów. Auta skradziono w Niemczech i Belgii na początku lat 90. Sprawa od siedmiu lat ślimaczy się przed Sądem Okręgowym w Gdańsku, bo oskarżeni są wyjątkowo chorowici — od kilku miesięcy na prawie każdej rozprawie brakuje któregoś i trzeba je odraczać.

W poniedziałek 5 grudnia — już po raz trzeci w ciągu kilku tygodni — do sądu nie przyszedł Marek P., brat głównego oskarżonego.

— Jest świadek, który zdecydował się na wsypanie Tygrysa — kontynuował Robert. — I to bliski jego koszuli. Nie ktoś, kto mówi, że słyszał, że ten powiedział to, o tym, co tamten zrobił. Nie wyprze się go tak łatwo.

— I?

— I nikt nie chce go zrobić świadkiem koronnym, a on tego chce, nie pójdzie na małego koronnego, czyli sześćdziesiątkę, jak mu zaproponowano.

Zamilkł i po chwili:

— Tu mamy swój „układ zamknięty”. Niech Maj panu opowie, jak go próbowali wessać w ten układ. Prokurator okręgowy Różycki, zaraz jak przyszedł, zaprosił go na imprezę do Hotelu Królewskiego.

— Współwłaściciel hotelu, Dobromir Kułakowski, to przyjaciel Kamila Durczoka — wtrąciłem.

— Tak, chwalił się i budował swoją pozycję znajomością z Durczokiem. Durczok był wtedy szefem Faktów TVN. Mają podobne upodobania, wie pan, co mam na myśli — uśmiechnął się niedwuznacznie.

Kiwnąłem głową, przytakując.

— Dobromir chwali się, że mają na spółkę łódkę — rzekł Robert. — Ten Dobromir zresztą został przedstawiony Majowi. Zaproszono go do Hotelu Królewskiego. Przy stole prokuratorzy, kumple Różyckiego i on, zastępca komendanta wojewódzkiego do spraw kryminalnych, oraz Dobromir. Zbychu długo nie mógł wyjść ze zdziwienia. Była to jego ostatnia tam wizyta. Dobromir potem próbował się wkupić w łaski Maja. Na starym patencie. Dzwonił do niego, że jest Durczok, i zapraszał. Więcej, był tak bezczelny, że próbował mu przedstawić jednego człowieka, by polecić mu go do CBŚ. Jednego z naczelników ze śródmieścia. Koleś, który chodzi ręka w rękę z panią prokurator znaną z tego, że wszystko umorzy, jak będzie potrzeba. Policjanci szybko donieśli Majowi, kim jest pan Dobromir. To stary Gdańsk. Jak z innymi, próbują wszędzie wstawić swoich policjantów. Gdyby Maj poszedł z nimi w balety, miałby hotel za darmo, dziewczynki itd. Wiadomo, zawsze by potem musiał się im odwdzięczyć. Mnie kiedyś próbowali tak samo wciągnąć, zapraszali do Władysławowa. Dobromir ma jeden poważny problem, wspólnika, ale to już dłuższa historia.

Pomyślałem przez chwilę o prokuratorze Zbigniewie Niemczyku. Miejscowym szeryfie, który w Polsce znany jest z prowadzenia sprawy porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika. Niestety, nie mam co do niego dzwonić i umawiać się na spotkanie, by cokolwiek usłyszeć w sprawie kandydata na koronnego, który miałby rozwalić Tygrysa i trójmiejską mafię. Po moich słowach krytyki za prowadzenie tego śledztwa jest ambicjonalnie urażony. Każdy szeryf oceniany jest ze skuteczności, a nie z zamiarów i medialnego piaru, który Niemczyk kreuje czasami przez przecieki do zaufanych dziennikarzy.

Kto może zostać świadkiem koronnym

Instytucja świadka koronnego powstała w Polsce 1 września 1997 roku, a rok później wdrożono ją w życie i powołano pierwszego koronnego, byłego policjanta z Trójmiasta, który obciążył jedną z działających na tym terenie grup przestępczych. Sam wcześniej działał w jej strukturach. Był to wyjątek w Trójmieście, tam tej instytucji nie lubią.

Kto może zostać świadkiem koronnym? Według ustawy — osoba wyłącznie podejrzana w sprawach wszczętych i prowadzonych o: przestępstwo lub przestępstwo skarbowe, popełnione w zorganizowanej grupie lub związku, mającym na celu popełnianie przestępstwa lub przestępstwa skarbowego, przestępstwa: korupcji, płatnej protekcji, nadużycia funkcji, nakłaniania do głosowania, działalności w grupie przestępczej, przekupstwa menedżerskiego oraz przekupstwa sportowego.

Świadek musi zeznać całą prawdę, nie może zataić żadnych istotnych okoliczności znanych mu przestępstw. Zobowiązuje się do złożenia zeznań przed sądem. Musi ujawnić cały swój majątek i innych znanych mu osób dokonujących przestępstw.

Kandydat na świadka podpisuje pisemne zobowiązanie. Prokurator wystawia wniosek do prokuratury apelacyjnej, ta oddala go lub akceptuje i wysyła do prokuratora generalnego; to on ostatecznie wyraża zgodę na wystąpienie do właściwego sądu okręgowego „w przedmiocie dopuszczenia dowodu z zeznań świadka koronnego”. Dopiero po akceptacji sądu zostaje się świadkiem koronnym.

W czym jest naprawdę problem, by przestępca chętny do pozostania świadkiem koronnym w sprawie Tygrysa otrzymał ten status? Popiera to policja i lokalny prokurator. Jak mówią moi rozmówcy, prokurator generalny nie wyraża na to zgody. Czy często dochodzi do odmowy? Z materiału Prokuratury Generalnej wynika, że w latach 2006–2012, po wejściu w życie nowelizacji ustawy o świadku koronnym, prokuratorzy nie dopuścili dowodu z zeznań świadka koronnego wobec 34 podejrzanych. Za każdym razem pojawiały się istotne zastrzeżenia w trakcie procedury kandydackiej, takie jak kierowanie przez podejrzanego zorganizowaną grupą przestępczą, uczestnictwo w zabójstwie, odmowa udziału w dalszych czynnościach procesowych, kłamliwość lub ogólnikowość relacji.

W wypadku złamanego przestępcy, gotowego do zeznań przeciwko Tygrysowi, nie uruchomiono nawet procedury kandydackiej.

Był ktoś, kto mógł mi rzucić co nieco światła na temat tajnego śledztwa i świadka koronnego w sprawie Tygrysa. Nie w Trójmieście, a w Poznaniu.

O co chodzi z koronnym na Tygrysa?

Poznań, 2015 rok. Spotkaliśmy się przy jednej ze stacji wylotowych z Poznania. Mam godzinę, mój rozmówca właśnie jest po siłowni i jedzie do „firmy”. Poznałem go kilka lat temu, opisując problemy małego koronnego, który poczuł się wystawiony przez policję, zwrócił się do mnie o pomoc. Dlaczego Poznań? Zbigniew Maj, zanim trafił do Gdańska, z centrali warszawskiego CBŚ Policji, szefował poznańskiemu oddziałowi CBŚ. Czasami sięga po pomoc do od lat zaufanych sobie ludzi. Trudno robić technikę, czyli obserwację w Trójmieście, ludźmi z Gdańska.

— Trafiono na niego przypadkowo — usłyszałem od mojego informatora w Poznaniu. — CBŚ w Poznaniu prowadziło z zarządem warszawskim sprawę, w której mieli kandydata na świadka koronnego. Prowadziła to prokuratura apelacyjna w Warszawie. Świadek ten wystawiał całą grupę trójmiejską, włącznie z Tygrysem. Chciał tylko zostać świadkiem koronnym.

— I w czym problem? — dopytuję.

— Nie wiem, dlaczego Prokuratura Generalna uwaliła tego świadka. To była prawdziwa szansa.

— Może był niewiarygodny?

— Bardziej niewiarygodnych widziano — odparł i po chwili dodał: — Operacyjnie wiele rzeczy się potwierdziło z tego, co mówił. Robiono wtedy w Trójmieście inwigilację. Było trochę osób słuchanych, ale na zgodach innego sądu niż z Trójmiasta. Tam do żadnego sądu nie miano po co występować o podsłuch, bo sędziowie wychodzili w sprawie.

— I co się stało dalej?

— Bez koronnego mało zrobią. Wiem, że Maj coś próbuje przy tym dłubać. Powołał małą grupę, co jest sensownym posunięciem. Trzyosobową. Wie o niej na miejscu tylko naczelnik, Maj, i jego szef oraz prokurator Niemczyk. Maj wie, że tak to mogą zrobić co najwyżej lekarzy, którzy wystawiają lewe zwolnienia, by opóźniać starą sprawę Tygrysa.

— Jak tak będzie harcował, to się Maja pozbędą lub mu jakąś świnię podłożą — rzuciłem.

Mój rozmówca uśmiechnął się, przytakując.

Kilka miesięcy później, 11 grudnia 2015 roku, Zbigniew Maj otrzymał nominację na funkcję Komendanta Głównego Policji. Długo na niej nie wytrwał. 11 lutego 2016 złożył rezygnację z tego stanowiska. Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej tak wyjaśniał przyczyny dymisji:

— Wiem, że przygotowano wobec mnie prowokację przez byłych pracowników Biura Spraw Wewnętrznych. Złożyłem rezygnację, żeby nie obciążać całej formacji […].

Zacząłem wprowadzać reformę zarówno Komendy Głównej Policji, jak i zmiany w stylu pracy, zarządzaniu poszczególnych komend wojewódzkich. Przeprowadziłem audyt w Biurze Spraw Wewnętrznych […]. Dotknąłem układów, które od lat funkcjonowały w wielu miejscach w policji, i zostałem zaatakowany […].

Docierają do mnie informacje o tym, że mam wręcz być zamieszany w sprawy korupcyjne […]. Czarę goryczy przelał wczoraj fakt, kiedy na komisji sejmowej poseł opozycji zapytał mnie wprost o kwestie prowokacji wobec mojej osoby. Wiem, że przygotowano wobec mnie prowokację przez byłych pracowników Biura Spraw Wewnętrznych (KGP); wiem, że wykorzystano materiały sprzed kilkunastu lat, kiedy prowadziłem pracę operacyjną.

Próbuję się skontaktować ze Zbigniewem Majem. Zapada się pod ziemię. Nie chce się spotkać. Nie teraz, słyszę, gdy odbiera ode mnie telefon.

— Od kilku miesięcy obawia się włączyć telewizor i radio, by nie usłyszeć swego nazwiska. Zaszył się w domu i domyśla się pan, co robi — wspomina mi jego znajomy, z którym spotkałem się w Warszawie. To funkcjonariusz Zarządu warszawskiego CBŚP. Ma niewiele do powiedzenia w sprawie Tygrysa. W grudniu 2013 roku pod kierownictwem naczelnika ds. korupcji w Gdańsku powstała trzyosobowa grupa. Śledztwo prowadził Zarząd Warszawski CBŚP, to była sprawa narkotykowa. Zbigniew Maj współpracował z prokuratorem Zbigniewem Niemczykiem z Gdańska, a właściwie z jego prokuratorem.

— Poprzez tego prokuratora doszliśmy do szwagra Tygrysa, który siedział w pudle. Zgodził się na współpracę. Mówił o przemycie narkotyków, o interesach biznesowych Tygrysa w Trójmieście, zwłaszcza o deweloperskich. O pożyczkach pod zastaw. Podpalili dłużnikowi dom, nie wiedzieli, że w nim jest córka. Zginęła. W połowie 2015 sąd uwalił wniosek o koronę dla świadka. I jest po sprawie.

— Więc Tygrys może spać spokojnie — rzucam.

— Krążą opowieści, że ma teczki na każdego, co ktoś znaczy w Trójmieście, stąd jego prawdziwa siła, a teraz doszły pieniądze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

1 We wrześniu 2009 została zatrzymana przez funkcjonariuszy CBA w związku z domniemanym przyjęciem łapówki. Ostatecznie prokuratura oczyściła ją z zarzutu płatnej protekcji i umorzono przeciwko niej śledztwo.

2 Wojciech Sobczak trafił do Gdańska z Olsztyna. Zbigniew Maj był wiceszefem CBŚ z KGP, a później Komendantem Głównym Policji, który — jak twierdził — został zmuszony do odejścia w wyniku prowokacji.

Część druga

Afera przeciekowa

Kaczmarek: Czy to jest już układ? Jeżeli uznamy, że Jarosław Kaczyński ma rację, to to jest układ

Warszawa, 30 sierpnia 2007 roku. Pukanie do drzwi sypialni. Otwieram je zaspany.

— Przyszli po mnie — usłyszałem od ubranego Janusza Kaczmarka.

Nie pytałem kto, bo się domyśliłem. W wizjerze drzwi do mieszkania zobaczyłem na korytarzu mężczyzn w ciemnych garniturach i jedną kobietę. Wyglądali jak ekipa grabarzy.

Tak media relacjonowały tamten dzień:

Dramatyczny poranek i nieoczekiwane zatrzymanie byłego ministra spraw wewnętrznych i administracji Janusza Kaczmarka oraz byłego Komendanta Głównego Policji Konrada Kornatowskiego, a także urzędującego szefa PZU Jaromira Netzla rozpoczęło najbardziej gorący dzień IV RP.

Do zatrzymania Janusza Kaczmarka doszło w mieszkaniu znanego reżysera i dziennikarza Sylwestra Latkowskiego, z czego wynika, że ABW znała każdy krok Kaczmarka. Zatrzymanie zostało sfilmowane przez Latkowskiego. Około dwuminutowy film można obejrzeć w serwisie internetowym TVN24. Całe zajście miało spokojny przebieg, po Kaczmarka przyszło trzech ubranych w garnitury funkcjonariuszy ABW. Po krótkiej rozmowie zakuto go w kajdanki. Były minister zachowywał się bardzo spokojnie, jakby spodziewał się tej wizyty. […]

Protokół zatrzymania były minister podpisał w kuchni, na stole. W spotkaniu w domu reżysera uczestniczył też znany dziennikarz śledczy tygodnika „Polityka” Piotr Pytlakowski. Nie wiadomo, czy nagrywali z byłym ministrem wywiad. Na pytanie dotyczące tej sprawy mają jedną odpowiedź: Nie chcą, żeby w telewizji pokazywali materiał z zatrzymania dwóch dziennikarzy. Latkowski jest bardziej dosadny i przyznaje: Boję się prokuratury.

Zatrzymania wstrząsnęły całym światem politycznym i opinią publiczną. W Sejmie co kilkanaście minut odbywały się konferencje prasowe: Giertycha, Leppera, Tuska. Spokój zachowywał jedynie premier Jarosław Kaczyński, który jakby nigdy nic uczestniczył w Legnicy w zjeździe „Solidarności”, a potem w Lubinie oglądał miejsce, gdzie ma powstać nowy stadion piłkarski na Euro 2012. […]

Do późnych godzin popołudniowych nie wiadomo było oficjalnie, dlaczego doszło do tak spektakularnych zatrzymań. Rzecznik ABW, podobnie jak były szef CBŚ Jarosław Marzec, którego chciano także zatrzymać, przebywają na urlopie.

Wszystkim musiały wystarczyć słowa rzeczniczki Prokuratury Okręgowej w Warszawie Marzanny Muchy-Podlewskiej, która stwierdziła krótko: zatrzymania mają związek z przeciekiem w sprawie afery gruntowej. Pełnomocnik Kaczmarka adwokat Wojciech Brochwicz nie mógł się skontaktować ze swoim klientem. — Z pewnością bez mojej obecności nie złoży żadnych zeznań — ocenił. Po południu Brochwicz zobaczył się z Kaczmarkiem. — W mojej obecności prokurator przedstawił mojemu klientowi zarzuty dotyczące utrudniania postępowania i składania fałszywych zeznań. Janusz Kaczmarek pozostaje do dyspozycji prokuratury. Odmówił składania wyjaśnień — powiedział Brochwicz1.

Jak doszło do tego, że były szef MSWiA nocował u mnie w mieszkaniu? Dzień wcześniej umówiliśmy się w nim z Piotrem Pytlakowskim na spotkanie z Januszem Kaczmarkiem. Wydawało się ono wszystkim najlepszym miejscem, były szef MSWiA był inwigilowany. Spotkaniu w restauracji towarzyszyliby smutni panowie, którzy rejestrowaliby naszą rozmowę. Do mojego mieszkania na Wilanowie w Warszawie przywiozła go ochrona, dwóch borowców, o godz. 19.20. Poprosił, żebym zawiózł go na spotkanie (Marszałkowska róg Pięknej). Czekał na niego ktoś, kto miał przekazać mu jakieś materiały. Chciał je przekazać. Wysiadł i podszedł do czekającej osoby. Po chwili zadzwonił z innego telefonu i powiedział, że nie dostał materiałów i w związku z tym musi się z kimś spotkać. Poprosił, abym czekał na niego w samochodzie. Wrócił ok. godziny 21, miał przy sobie opinie Zrzeszenia Prawników Polskich na temat akcji CBA. Ujawnił, że miał spotkanie z zaufanym człowiekiem, od którego dowiedział się, że w resorcie sprawiedliwości zapanowała panika, ponieważ uznano, że priorytetowe sprawy (w tym ta dotycząca Leppera) się sypią, bo używano także pozaprawnych sposobów i teraz brakuje dowodów procesowych.

Wizyta Karczmarka u mnie nie miała charakteru towarzyskiego, zbieraliśmy materiał do artykułu w „Polityce” i zgodził się odpowiedzieć na pytania. Piotr Pytlakowski, uczestnik tego nocnego spotkania, tak na gorąco na internetowej stronie tygodnika „Polityka” skomentował zdarzenie:

Rano, o 7.40, zatelefonował do mnie roztrzęsiony Latkowski z informacją, że przed chwilą funkcjonariusze ABW zatrzymali w jego mieszkaniu Janusza Kaczmarka. Świadkami tego najścia była żona i roczne dziecko reżysera. Po raz pierwszy doszło w Polsce do takiego wydarzenia — w domu dziennikarza organy ścigania zatrzymują jego gościa. Na dodatek nie był to poszukiwany listem gończym kryminalista, ale były prokurator krajowy i były minister, a teraz oficjalny kandydat na premiera. Jeżeli była taka potrzeba, można było zatrzymać Kaczmarka wcześniej albo trochę później, a nie łamiąc mir domowy znanego dokumentalisty.

Rozmowa z Januszem Kaczmarkiem była rejestrowana, wcześniej podłożyłem dyktafony w kilku miejscach, o co ten później miał pretensje do mnie i Piotra Pytlakowskiego. O czym mówił Janusz Kaczmarek mnie i Piotrowi Pytlakowskiemu? Na szybko spisaliśmy wątki z tej nocnej rozmowy i je opublikowaliśmy. Teksty ukazały się w „Gazecie Wyborczej” i „Polityce”. To wtedy po raz pierwszy w przestrzeni publicznej zafunkcjonowało określenie „układ trójmiejski”. Janusz Kaczmarek przedstawił nam osoby, które mogą tworzyć ten mityczny układ. Niektórzy uznali, że celowo wymienił pewne nazwiska nam, dziennikarzom, by dać sygnał — nie zostawiajcie mnie, nie pójdę sam na dno. Czy mówił prawdę? Na pewno nie całą. Dużo było przemilczeń i uników. Koloryzował? Zdarzało się. Niemniej to była jedna z tych rozmów, gdzie więcej się mówi prawdy, niż kłamie. Kiedy czytam jej zapis, padają tam nazwiska, które od lat przewijają się w tej lub innej trójmiejskiej aferze. Oto wyciąg z przebiegu tego spotkania.

O budowie domu, koncie w Rydze i umorzeniu śledztwa

Podjęliśmy kwestię plotek o załatwieniu synowi posła Woszczerowicza umorzenia. To wówczas ważna postać. Śledztwo w sprawie przecieku doprowadziło ABW do posła Samoobrony Lecha Woszczerowicza, zaufanego człowieka Leppera. Na marginesie bliskiego znajomego Ryszarda Krauzego. Poseł miał być częstym gościem u Jaromira Netzla, prezesa PZU, a ten był w dobrych relacjach z Kaczmarkiem. Poznali się, studiując razem prawo, obaj mieszkają w Gdyni. ABW stawiała hipotezę, że Kaczmarek powiedział o zamiarze zatrzymania Andrzeja Leppera Netzlowi, a ten Woszczerowiczowi.

— Nie znałem wcześniej Woszczerowicza, niczego jego synowi nie załatwiałem, nie wiedziałem nawet, że był sprawcą jakiegoś wypadku. Woszczerowicza poznałem jako posła. Zaczepił mnie kiedyś na korytarzu sejmowym, zamieniliśmy zdawkowo kilka słów. Nigdy nie był w moim gabinecie.

Rozmawialiśmy też z Kaczmarkiem o budowie jego domu na Witominie. Czy budował go na obcą osobę?

— Buduję dom, ale na nazwisko moje i żony. Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Wszystkie środki mam udokumentowane. Sprzedaliśmy mieszkanie.

Zapytaliśmy również byłego szefa MSWiA o posiadanie konta w Rydze.

— Plotki o tym, że mam konto w Rydze [założone przez Krauzego — przyp. aut.] pojawiały się już na jesieni ubiegłego roku. Nawet poprosiłem o spotkanie redaktora Bertolda Kittla, bo mówiono mi, że to on tak uważa. Mam wrażenie, że dowiedziałem się o tym od Netzla, ale nie daję za to głowy. Kittel zaprzeczył, że to jedna wielka bzdura, aczkolwiek przyznał, że dostał takie sygnały. Sprawdzał, gdyby to się potwierdziło, to już by mnie walnął. Takie konta można komuś założyć nawet bez jego wiedzy, żeby go skompromitować. Tajne konta można mieć w Szwajcarii, to jest nieweryfikowalne, ale w Rydze można wszystko sprawdzić. Pojawia się pytanie, czy ktoś nie założył mi konta bez mojej wiedzy, żeby mnie skompromitować. Ja na pewno nie zakładałem.

Afera Stella Maris

— W prokuraturze apelacyjnej w Gdańsku powołano mojego wroga. Szuka na mnie haków, przy Stella Maris. Nigdy nie podejmowałem tam żadnych decyzji, prokuratorzy działali samodzielnie. Mogli robić, co chcą, nie ingerowałem. Śledztwo toczyło się cały czas przy pomocy ABW, nie przekazywałem tego do CBŚ. Jedną rzecz mogą mi przy Stella Maris wyciągnąć. Jak się wszystko zbliżało ku Jędykiewiczowi2. Kurczuk przyjechał do Gdańska, rozmawiał z prokuratorami i ze mną, żądając, żeby Jędykiewicz był przesłuchiwany w charakterze świadka. Mówił, że nie ma materiału dowodowego, nie ma prania pieniędzy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

1 http://wisla.naszemiasto.pl/archiwum/abw-zatrzymala-bylego-szefa-mswia-janusza-kaczmarka,1516674,art,t,id,tm.html.

2 Jerzy Jędykiewicz — pomorski baron SLD, robił interesy z głównym podejrzanym w aferze Stella Maris, wystąpi w dalszej części książki.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Układ Trójmiejski Koronny nr 1 Afera podsłuchowa. Taśmy Wprost Człowiek z lasu Biuro tajnych spraw. Kulisy Centralnego Biura Śledczego 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wybieraj wystarczająco dobrze Listy niezapomniane W rodzinie ojca mego