Jestem na ciebie zły, ale cię kocham. Jak naprawić relacje z rodzicami

Jestem na ciebie zły, ale cię kocham. Jak naprawić relacje z rodzicami

Autorzy: Isabelle Filliozat

Wydawnictwo: Esprit

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.50 zł

Jak wybaczyć rodzicom i zbudować z nimi bliską relację?

Czy rodzice cię wyzywali? W jaki sposób cię krytykowali? Czy pamiętasz uczucie rozczarowania, kiedy nie wypowiadali słów wsparcia lub uznania, których oczekiwałeś? Czy byli wobec ciebie okrutni lub obojętni?

Być może jesteś dorosły, a nawet założyłeś już rodzinę, ale bolesne wspomnienia wracają. Czy przychodzą ci wtedy do głowy myśli: „Nie czuję potrzeby, aby rozmawiać z rodzicami o przeszłości, uwolniłem się od tego”, „Nie chcę ich skrzywdzić”, „Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego”? Jeśli tak, to proces przebaczenia jest jeszcze przed tobą.

Isabelle Filliozat radzi, jak wyrazić tłumioną złość, oraz udowadnia, że niezależnie od wieku warto zawalczyć o uzdrowienie relacji z rodzicami.

Tej książki nie da się przeczytać w jeden wieczór i odłożyć na półkę. Można z nią jedynie wyruszyć w głąb siebie i odnaleźć klucz do tworzenia zdrowych więzi.

Natalia Białobrzeska

Isabelle Filliozat – psychoterapeutka, autorka książek W sercu emocji dziecka, Próbowałam już wszystkiego i Moje dziecko doprowadza mnie do szału, które stały się najpopularniejszymi poradnikami dla rodziców, sprzedającymi się w setkach tysięcy egzemplarzy.

Anne, która nim została moją babcią, była matką mojego ojca.

Modląc się za wszystkich rodziców, którym brak odwagi, aby uświadomić sobie prawdę o tym, że – świadomie lub nie – krzywdzą własne dzieci.

Oraz w hołdzie wszystkim, którzy otwierają serca na swych potomków oraz przodków.

Wstęp

– Czekam na dole.

Taktownie wychodzę i zamykam za sobą drzwi. Zostawiam córkę w objęciach matki. By uszanować ich intymność, idę na dół z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Po raz kolejny zadziałała magia. Konfliktowa i bolesna relacja przeobraziła się w konstruktywną więź opartą na czułości. Lubię pomagać ludziom na nowo otwierać się na siebie i dzięki temu przywracać do ich relacji miłość.

Podczas terapii często rozmawia się o rodzicach, rzadziej zaprasza się ich na wspólną sesję. Rozpamiętywanie urazów z dzieciństwa jest tak powszechne, że aż banalne, i bardzo rzadko próbuje się leczyć rany przy wsparciu rodziców. Od kilku lat w sesjach moich pacjentów coraz częściej uczestniczą ich rodzice, a podczas spotkań nie brakuje silnych emocji.

Pierwszy raz zdarzyło się to ponad piętnaście lat temu. Jedna z pacjentek opowiadała mi o poczuciu bezsilności i zagubienia, które pojawia się podczas kontaktów z rodzicami.

– W ogóle mnie nie słuchają – żaliła się. – Łatwo pani radzić, żebym z nimi porozmawiała, bo pani ich nie zna. Chciałabym, żeby pani była przy naszej rozmowie.

Zgodziłam się. Rodzice pacjentki także. Było to jedno z najpiękniejszych doświadczeń w całej mojej praktyce terapeutycznej. Zarezerwowaliśmy na sesję pełne dwie godziny, aby się nie spieszyć. Rodzice mojej pacjentki przyjechali z rodzinnej miejscowości specjalnie po to, by wysłuchać córki… Żeby porozmawiać. Padły słowa, których nigdy wcześniej żadne z nich nie potrafiło głośno wypowiedzieć… Popłynęły łzy.

– Tato, mam czterdzieści pięć lat, a pierwszy raz w życiu widzę, jak płaczesz – powiedziała pacjentka.

Po upływie godziny wszyscy padli sobie w objęcia.

Właśnie wtedy odkryłam korzyści płynące z obecności postronnego świadka podczas rodzinnych spotkań. Mój udział w rozmowie ogranicza się do niezbędnego minimum. Ustalam zasady bezpieczeństwa i przebiegu sesji, a potem dbam o to, aby ich przestrzegano. Magia nie pochodzi ode mnie, ale wyrasta z dialogu – wzajemnego słuchania bez krytykowania.

Zachęcona tym pierwszym sukcesem, zaczęłam aranżować podobne spotkania tak często, jak to było możliwe. Wielokrotnie już słyszałam:

– Pierwszy raz mówisz, że mnie kochasz.

– Nigdy mi o tym nie mówiłeś.

– Nie wyobrażałam sobie nawet, że tak cierpiałeś.

Za każdym razem ogarnia mnie wielkie wzruszenie. Tak niewiele trzeba! Wielu rodzicom wystarczy pozwolenie i kilka słów zachęty, aby ośmielili się otworzyć własne serca! Kiedy tylko moim pacjentom uda się pokonać wewnętrzny opór i zaproszą swoich rodziców na sesję, do pojednania często wystarczy jedno spotkanie. Najbardziej zatwardziali otwierają się… pod warunkiem, że to odpowiedni moment. Kilka spotkań zakończyło się fiaskiem, i to pomogło mi dopracować całą procedurę. Jeśli do rozmowy dochodzi zbyt wcześnie, na początku terapii, rodzice nie słuchają pacjentów albo ich nie rozumieją. W dalszej części książki zobaczymy, dlaczego tak się dzieje.

Fachowcy od psychiki (psycholodzy, psychoanalitycy, psychoterapeuci, psychiatrzy), przewodnicy duchowi, duchowni, filozofowie rozwodzą się na temat roli rodziców, urazów z dzieciństwa i wybaczania. Temu ostatniemu zagadnieniu poświęcono niejedną książkę. To duży problem; zdania na temat wybaczania są skrajnie podzielone. Mamy obrońców bezwarunkowego przebaczania z tego prostego powodu, że na rodziców nie wolno się gniewać. Są też tacy (należą jednak do mniejszości), którzy twierdzą, że pewne rzeczy są niewybaczalne, i widzą jedyne wyjście w całkowitym odcięciu się od rodziny.

Bez zakładania, że wybaczenie jest konieczne dla uzdrowienia lub że jest wręcz przeciwnie, przed ponad dwadzieścia lat towarzyszyłam setce osób na drodze ku niezależności. Wielu spośród moich pacjentów darowało swoim rodzicom, ale nie wszyscy. Zauważyłam, że nie można nikogo zmusić do wybaczenia. Czasem stanowi ono element procesu, czasem nie. Przede wszystkim jednak przekonałam się, że nie jest ono celem. Jest darem. Jeśli wybacza się za szybko, nie dostrzega się ran, które wcale nie znikają. Czasem wybaczenie przynosi ulgę i złudzenie wyzwolenia, ale nie zabiera ciężaru skrywanego cierpienia. Niejednokrotnie widziałam ludzi, którzy mimo deklarowanego przebaczenia rodzicom wciąż byli więźniami przemocy (wobec siebie lub innych), bo rządziły nimi wypierane od dawna emocje.

Wybaczenie nie jest narzędziem uzdrowienia z krzywd i nie jest konieczne do wyswobodzenia się z jarzma przeszłości, jest jednak ważnym czynnikiem w procesie odbudowywania bliskości. Rodzi się z miłości, która uzdrawia relacje. W swojej pracy coraz częściej pochylam się nad problemem pojednania, wierzę bowiem, że każdy z nas jest w stanie otworzyć się na bliźniego. Wierzę także w moc współczucia, miłości i dialogu, które naprawiają trudne relacje.

Nim jednak zaczniesz z rodzicami rozmawiać, musisz przejść przez ścieżkę wewnętrznego uzdrowienia, w przeciwnym razie zaryzykujesz zaognieniem stosunków. Jeśli wciąż tkwisz w sidłach emocji z przeszłości, rozmowa może się przerodzić w awanturę. Z tego powodu zamierzam przeprowadzić cię przez cały niezbędny proces terapeutyczny, który wcześniej oczywiście szczegółowo wyjaśnię. Najpierw trzeba dokonać uczciwego bilansu relacji z rodzicami, a potem dopiero przejść wszystkie etapy po kolei.

Niektóre rany powstały niezależnie od człowieka, wskutek katastrof naturalnych (trzęsień ziemi, wybuchów wulkanu, powodzi itd.), warunków społecznych (niesprawiedliwości społecznej, wojen itd.), działania systemu edukacji. Bez umniejszania znaczenia tych nieszczęść, również stanowiących składowe przeszłości, w tej książce, poświęconej pojednaniu z rodzicami, zajmiemy się tylko krzywdami, których sprawcami – świadomymi lub nie – byli właśnie oni.

Zagłębimy się w przeszłości w odniesieniu do naszych blizn, aby ją zrozumieć. Potem posłuchamy, co chcą nam powiedzieć rodzice. Ważne jest, aby zrozumieć, co oni czują. Rzuci to światło na nasze przeżycia, wyjaśni to, co intuicyjnie wyczuwamy. Nauczymy się dzięki temu, jak uszanować obydwa punkty widzenia i jak nie tłamsić ani nie wypierać emocji, które rodzą się podczas słuchania drugiej strony. Na ścieżce ku odbudowie bliskości nie chodzi o zamykanie się w binarnych opozycjach dobre–złe; chodzi o uświadomienie sobie złożoności ludzkich uczuć. Niezależnie od tego, co kierowało naszymi rodzicami, mamy prawo czuć i wyrażać złość na to, co zrobili, i to pomoże nam się naprawić. Na etapie gniewu na rodziców budzą się różnorodne, często gwałtowne reakcje. Opór ma złożone podłoże. Przeanalizujemy go, aby wyjść poza jego ograniczenia i w konsekwencji lepiej poznać siebie samych, i dopiero potem stawić czoła rodzicom. Pisemnie lub osobiście. Samemu lub w obecności psychologa. Niezależnie od tego, na co się zdecydujemy, konieczne jest przygotowanie się, aby nas wysłuchano. Nawet jeśli droga wydaje się wyboista, warto zadać sobie trud podróży. Nie pozwólmy, aby obojętność wzięła górę; zaryzykujmy i odbudujmy relacje, które wzbogacają życie i nadają mu sens.

Dziękuję wszystkim tym, którzy w trakcie terapii lub praktyk powierzyli mi swoje historie i opowiedzieli o swoich emocjach, oraz tym, którzy udzielili zgody na zamieszczenie w tej książce fragmentów korespondencji. W trakcie wyjaśniania niektórych mechanizmów psychicznych zdarza mi się mieszać różne podejścia oraz zmieniać szczegóły historii dla zapewnienia pacjentom dyskrecji. Wszystkie imiona są fikcyjne za wyjątkiem przypadków, gdy poproszono mnie o zachowanie prawdziwych.

Niezależnie od tego, jakie stosunki łączą cię z rodzicami teraz, ta książka może obudzić w tobie wiele emocji. Jeśli wydaje ci się, że masz to już za sobą… Nie zaszkodzi sprawdzić. Lęk przed konfrontacją z rodzicami często wyrasta z przedwczesnego wybaczenia. Uważaj, bo w takim przypadku symptomy powrócą.

Pewnych spraw nie należy przyspieszać. Możesz zapragnąć pobiec do rodziców, żeby zrobić im wyrzuty. Z pewnością poczujesz ulgę, ale czy będzie to początek prawdziwego dialogu? W żargonie psychologicznym nazywamy to działaniem impulsywnym. Polega ono na robieniu czegoś pod wpływem impulsu, którego rzeczywistym celem jest stłamszenie prawdziwych przeżyć wewnętrznych. Nie spiesz się, dojrzewanie wymaga czasu. Jeśli je przyspieszysz, przeskoczysz przez niezbędne etapy. Czytaj dalej. W trakcie lektury notuj własne uczucia, emocje, myśli.

Szerokiej drogi! Rozpoczyna się twoja podróż ku pojednaniu z rodzicami. Cały czas jestem przy tobie1.

1 Zachęcam do zadawania mi pytań za pośrednictwem strony filliozat.net.

I

Po co grzebać w przeszłości?

Niektórzy codziennie dzwonią do swoich matek, a inni nie robią tego wcale. Niektórzy mieszkają w bliskim sąsiedztwie rodziców, inni wyprowadzili się możliwie najdalej. Niektórzy mają trudności w podejmowaniu decyzji bez konsultacji z mamą lub tatą, dla innych jedyne okazje do spotkań z rodziną to święta, śluby i pogrzeby. Nie ma dwóch identycznych relacji. Każda jest złożona, formuje się przez lata i czasem nam ciąży. Z rodzicami łączy nas szczególny rodzaj przeszłości naznaczonej sporym ładunkiem emocjonalnym, który sprawia, że trudno jest utrzymać zdrowy dystans. Zarówno dziecku, jak i rodzicowi trudno jest zachować się właściwie. Większość ludzi zwyczajnie się z tym godzi, bo jest jak jest, a ponadto są oni przekonani, że nic się nie zmieni. Podczas rodzinnych spotkań uruchamiają się od dawna zakodowane zachowania, które nie budzą wątpliwości.

1. Złożona relacja

W każdą niedzielę Jacqueline z mężem i dziećmi jeździ na obiad do rodziców. Przy stole rozmawia się o jedzeniu, chorobach nieobecnych osób i pogodzie. Czasem dyskusja się ożywia, gdy rozmowa schodzi na tematy związane z wychowaniem („ach, ta dzisiejsza młodzież”) lub polityką („rząd ponosi odpowiedzialność”). Wszyscy są lekko znudzeni, ale nikt nie podważa konieczności cotygodniowych spotkań.

– To moi rodzice – podsumowuje zrezygnowanym tonem Jacqueline.

Dzieci kochają rodziców… Rodzice kochają dzieci… W wielu przypadkach. Wydawałoby się, że więź łącząca dzieci z rodzicami jest najściślejsza i najsilniejsza – to jednak rzadkość. Zazwyczaj – tak jak w przypadku Jacqueline i jej rodziców – relacje z rodzicami są powierzchowne, konwencjonalne i wynikają po części z nudy, a po części z przyzwyczajenia. Mogą być chłodne lub irytujące, niby szczere. Mogą być burzliwe lub spokojne, płytkie lub wymuszone. Mogą być bolesne i napięte lub mdłe i nijakie. Rzadko jednak są zdrowe, harmonijne i zrównoważone. Dlaczego? Dlatego że harmonia1 wiąże się z wyrażaniem w równym stopniu gniewu i miłości, dwóch emocji we współczesnym społeczeństwie objętych tabu. Nawet jeśli podczas spotkań pojawia się miłość, nie wystarcza ona, by relacje były dobre, oparte na zgodzie. Nie ma bliskości bez szczerości. Szczerość zaś polega na wyrażaniu siebie i własnych potrzeb w pełni, bez ukrywania emocji; szczerość polega na dzieleniu się przeżyciami. W rodzinnym gronie nie mówi się o uczuciach albo wspomina się o nich zaledwie powierzchownie. Najczęściej grzebie się rany, głęboko chowa krzywdy. Płakać można w samotności. Lęki się bagatelizuje. W niektórych rodzinach ogranicza się nawet okazywanie miłości. Poza zdawkowymi całusami na dzień dobry i dobranoc nie ma pozwolenia na czułe gesty i słowa. Kiedy miłość jest krucha, do zaspokojenia potrzeby przynależności wystarczy płytka relacja, której nie ośmielamy się podważać.

Wspólne życie w sposób nieunikniony generuje pewne konflikty – każdy ma inne potrzeby, które często okazują się sprzeczne. Konflikt sam w sobie jest całkowicie zdrowy, pomaga dokonać koniecznych poprawek, aby każdy odnalazł swoje miejsce w grupie. Spięcia między rodzicami i dziećmi są zatem nie tylko nieuchronne, ale też potrzebne do zbudowania zdrowej, dynamicznej relacji. Mimo to wśród rodzin cieszą się złą sławą. Spory są przemilczane, dziecięce bunty tłumione, skargi i żale zbywane, a przy okazji nie słucha się siebie nawzajem. Są oczywiście rodziny, w których każdy ma prawo głosu, jest szanowany i doceniany, lecz powszechny brak znajomości mechanizmów emocjonalnych sprawia, że prawdziwe wsłuchanie się w drugiego należy do rzadkości. W wielu rodzicach w reakcji na gniew rodzi się niepokój; nigdy nie nauczyli się go odpowiednio przyjmować, dlatego zabraniają dzieciom go wyrażać. Ci, którzy w dzieciństwie odczuli jakiś brak, łakną uznania w oczach własnych potomków. Źle znoszą dziecięce napady złości i mają skłonność do doszukiwania się w nich braku miłości. W konsekwencji dorosłe dzieci boją się sprzeciwić rodzicom. Zbyt silny jest lęk, że stracą miłość ojca lub matki, że ich skrzywdzą, a wręcz zabiją! W takich sytuacjach zarówno dorosłe dziecko, jak i rodzic przyczyniają się do zagrzebywania, unikania i wypierania konfliktów, które pozostają nierozwiązane.

Obawa przed utratą miłości jest najsilniejsza w przypadku, gdy nieczęsto ją okazywano. Co paradoksalne, niektórzy wolą wyprowadzić się z rodzinnego domu możliwie najdalej i spotykać się z rodzicami bardzo rzadko, aby uniknąć ryzyka, że ich utracą w konsekwencji konfrontacji!

Philippe nie widział rodziców od jedenastu lat. Nawet nie poinformował ich o narodzinach swojego syna.

– Kiedy ich nie widzę, mniej mnie boli obojętność, którą mi okazują – wyznaje.

To, że się nie kłócimy, nie oznacza, że nie ma w nas złości. Jeśli zostaliśmy zranieni – nieważne, czy jesteśmy tego świadomi, czy to wyparliśmy – pozostaje w nas uraza do krzywdziciela. Często nasza niechęć jest nieuświadomiona, na przykład słyszy się dorosłych ludzi mówiących:

– Uwielbiam moich rodziców, nie mam do nich nawet cienia żalu.

Nie przeszkadza to jednak w okazywaniu im pogardy, agresji, odczuwaniu znudzenia podczas wspólnych spotkań, demonstrowaniu obojętności czy zrywaniu kontaktów. Zapomina się, że nuda jest oznaką wyparcia emocji.

Ponadto oczekujemy od rodziców czegoś, czego nie potrafią nam dać, bo nie prosimy o to wprost, a oni niczego się nie domyślają; w konsekwencji cierpimy.

– Nigdy się nie zmienią, straciłem już nadzieję – powiedział Philippe. – Mimo to nie potrafię się z tym pogodzić. Wciąż czekam na uznanie w ich oczach. Wierzę, kiedy mówią, że mnie kochają. Bo kochają mnie tak, jak potrafią, chociaż tak naprawdę dla nich nie istnieję. Ojciec nie potrafi powstrzymać się przed krytykowaniem mnie, a matka nie chce rozmawiać o sobie.

Niektóre dzieci ze wszystkich sił starają się wychodzić naprzeciw temu, co uważają za oczekiwania rodziców, a w zamian dostają tylko kolejne policzki.

Barnabé przyznaje:

– Kiedy odwiedzam ojca, aby mu sprawić przyjemność, wracam zmaltretowany, rozbity na kawałeczki, w nocy mam koszmary.

Brigitte doświadcza podobnych przeżyć:

– Po wizycie u matki zawsze cały wieczór wymiotuję.

Dlaczego nie ujawniamy istniejących antagonizmów, nie opowiadamy o frustracji, nie wyjaśniamy nieporozumień, aby naprawić relację?

Kiedy nie można powiedzieć tego, co się ciśnie na usta, kiedy nie można dyskutować o relacji, kiedy pragnie się stłamsić urazy, coraz mniej ma się sobie nawzajem do powiedzenia. Więź staje się powierzchowna. Kiedy nawałnica nie może się rozpętać, kiedy deszcz nie może spaść, niebo ciemnieje, a powietrze staje się ciężkie i duszące. Wypieranie emocji stwarza idealne warunki do rozwoju larw agresji. Nikt nie mówi ani nie słucha o nieuniknionych ranach, frustracjach i niesprawiedliwościach, które naznaczają wspólne życie, a w konsekwencji nie ma możliwości uzdrowienia.

Relacja rodzic–dziecko wydaje się naturalna, jednak przy głębszej refleksji okazuje się, że wymaga wręcz nadprzyrodzonych zdolności adaptacyjnych! Inni jesteśmy w wieku dwóch miesięcy, piętnastu, trzydziestu czy siedemdziesięciu lat. Nasze potrzeby zmieniają się w miarę upływu lat. Dzieci rosną, a rodzice się starzeją, dlatego łącząca ich relacja jest w stanie ciągłego naturalnego wzburzenia, wiecznego poszukiwania równowagi. Musi być bezustannie modyfikowana przy poszanowaniu zmian zachodzących po obu stronach. Ograniczenie jej do jednego stałego modelu emocji rodzi ryzyko zniewolenia jednej ze stron. Elastyczność relacji wymaga pewnego poziomu pewności.

Nieraz obiło się nam o uszy zdanie „Mamo, nie mam już dwunastu lat!”. Rodzic jednak nie chce go słyszeć. Czy przemawia za tym przyzwyczajenie, czy też potrzeba traktowania dziecka jak dwunastolatka, bo wtedy on może się czuć potrzebny? Rodzic wolałby zatrzymać czas, aby jego dzieci przestały rosnąć. Kiedy ma wrażenie, że traci kontrolę nad własnym życiem, próbuje – bardziej lub mniej świadomie – siłą sterować dziećmi. Gry o władzę szkodzą relacji. Niewyjaśnione problemy nie znikają same, wciąż tam są – między pieczystym a surówką. Biesiadnicy zaś, żeby nie widzieć, mocniej pochylają się nad własnym talerzem.

Więź rodzica z dzieckiem jest wyjątkowa: najtrwalsza i wpływająca na nas silniej niż jakiekolwiek inne relacje. Powstaje w momencie poczęcia dziecka i wcale nie zostaje zerwana z chwilą śmierci rodziców, bo ich obraz nosimy w sobie przez całe życie.

Ojciec Fanny umarł przed pięcioma laty. Ona nie potrafiła się wyzwolić spod jego wpływu – wciąż był przy niej, towarzyszył jej wręcz na co dzień, ingerował w każdą jej decyzję. Myśl, że mogłaby go rozczarować, paraliżowała ją i tym samym ograniczała. Więź zrodzona w pierwszych dniach życia i zacieśniająca się przez kolejne miesiące i lata staje się modelem wszystkich przyszłych relacji. Nabywamy pewne schematy myślowe, wzorce zachowań, emocjonalne mechanizmy obronne, które składają się na naszą osobowość. Oddziaływanie rodziców nie kończy się z ich śmiercią. Jeśli nasze relacje obfitowały we frustracje, to mamy wrażenie, że nawet zza grobu rodzice nie przestają nas obserwować. Nierozwiązane spory – niczym nocne zjawy – nie przestają nas nawiedzać. Urazy, lęki, rozpacz – świadome lub nie – są pożywką dla naszych negatywnych wizji siebie, innych oraz świata.

To, czy nasi rodzice żyją, czy przekroczyli już granicę światów, nic tu nie zmienia. Ci, którzy odeszli, wciąż żyją w naszej głowie, i to jeszcze przez długi czas. Każdy z nas jest związany ze swoimi rodzicami. I dla nikogo nie jest to łatwe. Ci, którzy uważają inaczej, wolą nie pamiętać, że to wpływa na całe ich życie.

Więź między rodzicem a dzieckiem jest obowiązkowa w tym sensie, że każdy rodzi się z mężczyzny oraz kobiety i nie da się samą siłą woli zmienić rodziców biologicznych. Na zawsze jesteśmy potomkami tych, którzy dali nam życie. Nasi rodzice w większości przypadków także nas nie wybrali. Jedyny wybór, jaki mamy, dotyczy łączącej nas więzi. Lepiej zatem cieszyć się życiem razem!

2. Trudna relacja

Rodzice również cierpią, gdy stosunki łączące ich z dziećmi są płytkie i powierzchowne. Przez większość czasu najzwyczajniej nie wiedzą, co zrobić ani jak się zmienić. W wielu przypadkach są przyzwyczajeni do braku dialogu już od wczesnych lat życia swoich dzieci i być może nigdy nie potrafili okazać czułości. Jej brak może się jednak okazać dla nich bolesny. Aby nie cierpieć z powodu braku prawdziwej więzi, mogą zachowywać się w dokuczliwy, wręcz nieznośny sposób. Cieszą się, gdy ich odwiedzasz, ale twoja mama przez całą niedzielę nie wychodzi z kuchni, a tata wciąż zajmuje się ogrodem i nawet nie macie okazji porozmawiać… Są zadowoleni, gdy wszystko zjesz, a wieczorem zabierzesz sałatkę i przetwory do domu, ale nie potrafią cię przytulić ani zdobyć się na szczerość wobec ciebie.

Jacqueline nie ma już ochoty jeździć do rodziców.

– Czasami mam wrażenie, że moja matka specjalnie szykuje listę rzeczy do zrobienia na dzień, kiedy przyjeżdżam – opowiada. – Nie mogę usiąść w spokoju nawet na chwilę. Trzeba wyłuskać groszek, posprzątać szafki w kuchni, odmalować okiennice… Mam tego dość. Nigdy tak naprawdę nie rozmawiamy, bo ciągle trzeba coś robić, robić i robić…

Wspólne działanie może się wiązać z ciepłem i serdecznością, jeśli nie jest narzucone, jeśli nie jest obowiązkiem do wykonania tylko po to, by nie zapadło kłopotliwe milczenie. Zrezygnowani, zostajemy w kuchni i obieramy ziemniaki. Któż by się ośmielił zaproponować:

– Mamo, zostawmy to, usiądźmy na kanapie. Porozmawiajmy!

Niektórzy rodzice traktują dorosłe dzieci tak, jakby wciąż miały po kilka lat. Inni (często ci sami, ale w odmiennych okolicznościach) wręcz przeciwnie – oczekują, że dzieci przejmą stery i teraz będą im matkować, bo w dzieciństwie nikt się nimi nie zajmował.

Madeleine zasypuje córkę poradami, jak właściwie myć naczynia. Paul oferuje pomoc swojej córce, wręcz narzuca się, aby wziąć na siebie wszelkie drobne naprawy w jej domu. Camille co wtorek przychodzi do syna, zabiera brudne ubrania, a potem oddaje wszystko pięknie wyprasowane, co złości synową. Gilberte skarży się na bóle pleców, żylaki i problemy z wątrobą i rozpacza, jeśli syn zapowie, że nie przyjdzie w czwartek wieczorem… Wszystkie te zachowania mają na celu utrzymanie więzi przy jednoczesnym stłumieniu prawdziwych emocji. Rodzice okazują się tym nieprzyjemniejsi, im bardziej doskwiera im brak bliskości. Kiedy tylko zostaje nawiązana prawdziwa więź, nieprzyjemne zachowania znikają same z siebie.

– Nigdy bym nie uwierzyła, że może się tak bardzo zmienić! To niesamowite, od czasu naszej rozmowy mam do czynienia z innym człowiekiem! Muszę przyznać, że teraz odwiedzam ją z przyjemnością. Wcześniej było to dla mnie wręcz nie do pomyślenia – opowiada Muriel o swojej matce, która także przyznaje:

– Od kiedy porozmawiałyśmy ze sobą, jest mi łatwiej w jej obecności. Pozwalam sobie na bycie sobą i lepiej ją rozumiem.

Dokuczliwe zachowania są efektem nieudolnych prób nawiązania kontaktu; w większości przypadków to objawy zdradzające, że łącząca nas relacja jest chora! Nigdy nie przesądzaj złowróżbnie, mówiąc, że twoi rodzice po prostu tacy są. Podobne zachowania pomagają im tłumić poczucie braku bliskości. Następnym razem, kiedy poirytują cię słowa lub postawa rodziców, popatrz na nich z czułością i uświadom sobie, jak bardzo im brakuje szczerej więzi z tobą. Niech to będzie dla ciebie motywacją do zmiany tej sytuacji.

3. Nadinterpretacje i nieporozumienia

André i Bernard już ze sobą nie rozmawiają. Pokłócili się. Christine, żona André i siostra Bernarda, wysłuchuje, jak każdy z nich żali się na drugiego.

– Twój brat to leń patentowany – ubolewa André. – Odświeżam ściany w salonie, naprawiam instalację w łazience, a on nawet palcem nie kiwnie, aby mi pomóc, mimo że od początku remontu odwiedza nas w każdy weekend. Patrzy, jak pracuję, ale sam nic nie robi. Kpi sobie ze mnie czy co?

Christine cierpliwie słucha skarg męża, a potem z ciekawości rozmawia z bratem.

– Twój mąż to skończony idiota – wzdycha Bernard. – Kiedy pomyślę, że przychodzę do was tydzień w tydzień, a on ani razu nie poprosił, żeby mu pomóc… Rozumiem to aż za dobrze, uważa mnie za ostatniego patałacha.

Zaskoczona tokiem rozumowania brata, Christine informuje go, że André bardzo liczy na pomoc szwagra.

– To nieprawda – odpowiada Bernard. – Gdyby tak było, na pewno by mnie poprosił!

Christine wraca do męża i powtarza to, co usłyszała od brata.

– Nie będę się narażał i go prosił! Co, jeśli mi odmówi? – słyszy w odpowiedzi.

Mówi się, że każdy widzi tylko czubek własnego nosa. Najwyraźniej trudno z tym dyskutować. Nie możemy identycznie postrzegać rzeczywistości, bo każdy z nas jest inny. Interpretujemy wydarzenia tak, jak nam odpowiada, w zależności od naszej aktualnej sytuacji życiowej i zdobytego doświadczenia.

Najprawdopodobniej w relacji rodzic–dziecko dochodzi do największych nieporozumień. Czy niemowlę może zrozumieć zachowanie matki w identyczny sposób jak ona? Przecież jeszcze nie nabyło zdolności dostrzegania analogii w swoim bezpośrednim otoczeniu, tak aby wyobrazić sobie konsekwencje niezwiązanych z jego osobą działań matki. Jeszcze nie potrafi postawić się na jej miejscu. Wielu rodziców również nie umie wejść w położenie swojego dziecka, bo to wymaga przebudzenia uczuć z ich dzieciństwa, a ten powrót do przeszłości rodzi lęk lub został splamiony projekcjami.

Bez rozmowy i bez słuchania się nawzajem wojna jest nieunikniona. Dialog i wymiana doświadczeń pozwalają wyjaśnić nieporozumienia.

– Doskonale wiem, jak mój ojciec to skomentuje… – stwierdziła Nadia.

Była pewna, że ojciec marzył o chłopcu, bo rodzice mieli już trzy córki… Tak naprawdę ojciec Nadii nigdy nie pragnął syna. Cieszył się z narodzin kolejnej dziewczynki. (Tak! Tak! Choć pewnie większość w to nie wierzy!). Podczas terapii Nadia uświadomiła sobie, skąd się wzięły jej przekonania; uprzytomniła sobie, w jaki sposób wydedukowała, że lepiej być chłopcem, i jak nieświadomie uwiarygodniała własne wnioski, ubierając się i czesząc po męsku. Stała się chłopczycą nie dlatego, że tego pragnął jej ojciec, ale dlatego, że chciała się chronić. Rzeczywiście była ulubienicą ojca. Jej matka często wymawiała się od wyjść z mężem, a wówczas ojciec na spacery lub do restauracji zabierał Nadię. Traktował córkę jak małżonkę. Nadia uwielbiała ojca, ale niepokoiło ją to pomieszanie ról: jak zgrabnie połączyć bliskość i intymność bez ryzyka seksualizacji więzi? Przyjęcie roli chłopca wydało się jej najbezpieczniejszym rozwiązaniem. Dzięki temu między córką a ojcem pojawił się dystans, a w konsekwencji dorosły zapewniał dziecku bezpieczeństwo. Ponadto obowiązujący w jej domu podział zadań uzależniony od kryterium płci w sposób naturalny ukierunkował dziewczynkę na docenianie męskości. W jej nieświadomości mogła się pojawić następująca myśl: „Kim jestem? Chłopcem czy dziewczynką? Nie chcę przypominać matki, bo widzę, że kobiety nie są szczęśliwe – siedzą w domu i wykonują wszystkie żmudne obowiązki. Kobiety są jak moja mama – smutne. Rola mężczyzny jest zdecydowanie bardziej interesująca. Tata ma więcej wolności niż mama, wydaje się szczęśliwy, wychodzi z domu, bywa w restauracjach, chodzi do teatru, pracuje, realizuje się zawodowo…”.

Jeśli na ojcu Nadii spoczywała część ciężaru odpowiedzialności za wybór córki, to na pewno nie wynikało to z pragnienia posiadania syna. Jego błędem było utrzymywanie niesprawiedliwego podziału obowiązków w małżeństwie. Dziewczynka nie chciała wzorować się na matce, a marzyła o wolności, jaką miał ojciec, dlatego została chłopczycą. Udawanie chłopca pozwalało Nadii jednocześnie zbliżyć się do ojca bez ryzyka kazirodztwa oraz układać sobie przyszłość odmienną od losu matki.

Odkrywając prawdziwe przyczyny przyjęcia męskiej postawy, Nadia odnalazła więź z samą sobą. Mocniej się pokochała, zaakceptowała i polubiła to, że jest kobietą.

Przykład Nadii pokazuje złożone korzenie przekonań, którymi kierujemy się w życiu. Strzeżmy się zbyt pospiesznego wyciągania wniosków. Ojciec wysyłał Nadii złożony przekaz. Problemem wcale nie było to, że pragnął syna. Chciał, aby jego córka była dziewczynką, i potwierdzał to przez zabieranie jej ze sobą w różne miejsca zamiast żony i kupowanie jej prezentów (także sukienki, których nigdy nie nosiła). Jednocześnie model, na którym było oparte jego małżeństwo, pokazywał Nadii, że lepiej być mężczyzną, i z tej sprzeczności zrodził się także komunikat: „Nie kuś mnie swoją kobiecością”.

Nasi rodzice przekazują nam mnóstwo rozmaitych komunikatów, werbalnych i niewerbalnych, świadomych i nieświadomych. Dzieci odbierają wszystkie – świadomie oraz nieświadomie – i interpretują je według własnej wiedzy i rozumu.

Lucien poszedł w ślady ojca, który także wybrał zawód po swoim ojcu, bo był posłusznym synem, i tego posłuszeństwa nauczył własne dziecko. Lucien odebrał komunikat: „Musisz pozostać wierny rodzinnej tradycji”. W rzeczywistości jego ojciec bardzo żałował decyzji syna, bo wolałby, aby chłopak wybrał inną ścieżkę kariery. Powiedział mi o tym, ponieważ miał świadomość, że jemu narzucono życiowy wybór. Niestety nigdy nie pomyślał, aby powiedzieć o tym synowi. Uznał, że wystarczy zachęcanie dziecka do podjęcia własnej drogi słowami „Bądź tym, kim chcesz”. Aby naprawdę swobodnie wybrać własny zawód, Lucien potrzebował zwolnienia z obowiązku lojalności i posłuszeństwa. Potrzebował, aby ojciec powiedział mu wprost: „Zostań kimś innym niż ja, proszę, sam popełniłem wielki błąd, gdy poszedłem w ślady twojego dziadka. Nie daj się złapać w identyczną pułapkę. Zawsze będę cię kochał – niezależnie od tego, kim zostaniesz, nie ma potrzeby, abyś cierpiał tak jak ja”.

Oto jak brak odpowiednich słów może wpłynąć na czyjś los. Lepiej późno niż wcale. Nosimy w sobie mnóstwo przekonań na temat tego, co sobie pomyślą i jak się poczują nasi rodzice, nigdy jednak nie sprawdzamy, czy są one prawdziwe.

Servane płakała podczas sesji. Ze łzami w oczach rzuciła do siedzącej naprzeciwko matki:

– Nigdy mnie nie kochałaś, ciągle mnie tylko krytykujesz…

Matka słuchała sercem, przyjęła emocje swojego dziecka.

– Widzę, że cokolwiek zrobię, ty zawsze będziesz niezadowolona.

Matka była zaskoczona. Poprosiła o szczegóły, jakiś przykład.

– W moim pierwszym mieszkaniu z dumą pokazywałam ci, jak się urządziłam. Nic nie powiedziałaś. A kiedy zobaczyłaś żółte zasłony w oknach, skomentowałaś to: „Nigdy bym takich nie powiesiła u siebie!”.

– Ale to wcale nie tak! Nie chciałam cię skrytykować, wręcz przeciwnie! Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo cię podziwiam! Zawsze masz rewelacyjne pomysły, choćby te żółte zasłony – rozjaśniły wnętrze, wyglądały wspaniale. To był bardzo oryginalny wybór. Mówiąc, że nigdy bym takich nie powiesiła u siebie, porównałam siebie do ciebie; sama nigdy bym się nie ośmieliła, nie jestem taka odważna i kreatywna jak ty, zazdrościłam ci śmiałości. Zasłony bardzo mi się spodobały. Mam dowód: nie pozwoliłam ci ich wyrzucić, wciąż leżą u mnie w piwnicy.

Nieporozumienia – to one leżą u podstaw osiemdziesięciu procent problemów w relacjach! Jeśli nie rozmawiamy ze sobą, nie porównujemy własnych doświadczeń, uczuć i wrażeń, często tylko umacniamy bolesne i fałszywe przekonania.

Czy uda mi się oddać słowami złożony charakter ludzkich odczuć? Złożony charakter życia?

Sébastien tak błagał rodziców o braciszka lub siostrzyczkę, że jego reakcja na pojawienie się w domu małego Valériana zupełnie ich zaskoczyła. Chłopiec rozzłościł się i był potwornie zazdrosny; od narodzin brata bardzo się zmienił. Rodzice nic nie rozumieli – przecież chciał mieć rodzeństwo… albo raczej sam stworzył w głowie obraz brata. Marzył o kumplu do wspólnej zabawy, o bracie, z którym dzieliłby pokój i dzięki któremu nie byłby już sam… Nie miał pojęcia, że młodszy brat będzie noworodkiem, ściągającym całą uwagę matki i otoczenia. Narzucenie kilkulatkowi młodszego rodzeństwa jest niewłaściwe i niesprawiedliwe. Rodzic natomiast ma prawo zadecydować, ile będzie mieć dzieci.

To, co niesprawiedliwe dla jednego, jest sprawiedliwe i słuszne dla drugiego. Absurdem byłoby doszukiwanie się winnego. Powiedzenie, że każdy widzi tylko czubek własnego nosa, oznacza, że każdy ma prawo do indywidualnych odczuć wobec danej sytuacji czy wydarzenia. Nasze osobiste wrażenia nie mówią jednak nic o tym, co myśli druga osoba. Mamy prawo się złościć i odczuwać całą gamę emocji w związku z okolicznościami, które rodzice narzucają nam w dobrej wierze. To, że możemy wyrażać gniew, nie znaczy jednak, że druga strona nie ma racji! Często zdarza się nam to mylić, zatem bardzo ważne jest rozgraniczenie tego. Nierzadko słyszę: „Nie mogę być na niego o to zły, przecież to nie jego wina…”.

4. Czy warto grzebać w przeszłości?

Czy biorąc pod uwagę, że relacja między rodzicem a dzieckiem trwa długie lata, jest złożona i nacechowana emocjonalnie, można sobie wyobrazić, że będzie przypominać bezchmurne niebo? Siłą rzeczy mamy sobie mnóstwo do powiedzenia, inaczej nasza więź może osłabnąć.

– Nie widzieliśmy się od trzech lat. Nie gniewam się na nich, po prostu nie mam ochoty ich oglądać. – Laurence stara się mnie przekonać, że jej relacja z rodzicami jest całkowicie bezproblemowa.

Dlaczego nie ma ochoty spotkać się z rodzicami, skoro – jak twierdzi – ich relacja jest wolna od problemów? W rzeczywistości Laurence się boi. Boi się, że będzie krytykowana, oceniana. Woli uniknąć konfrontacji, bo rodzice wciąż mają nad nią władzę. Podobny lęk jest bardzo powszechny. Wielu dorosłych ludzi neguje znaczenie relacji łączącej ich z rodzicami – albo ją bagatelizują, albo wyolbrzymiają, a najbardziej chcieliby odłożyć ten temat na bok. Niektórzy są gotowi na ciągnącą się latami terapię lub psychoanalizę, ale nie potrafią zdobyć się na szczerość z własnymi rodzicami.

Często powraca bolesne, obciążone lękiem i cierpieniem pytanie: „Czy naprawdę warto razem z nimi grzebać w przeszłości?”. Przywołuje się cały wachlarz pretekstów: „ojciec ma już swoje lata”, „zmienił się” albo „nic się nie zmienił”, „mama ma raka”, „to by było dla niej zbyt bolesne”. Niektórzy negują własne odczucia, mówiąc:

– Nie jestem na nich zły, kocham ich. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł z nimi o tym rozmawiać.

– Nie ma potrzeby pojednania, bo wcale się na nich nie gniewam.

Inni są przekonani, że ten etap jest już daleko za nimi:

– To zupełnie niepotrzebne, wszystko już dawno im wybaczyłam.

Są też tacy, którzy pragną zemsty:

– Po moim trupie! Tyle się przez nich nacierpiałam, że nie ma szans, aby wyszli z tego obronną ręką!

Co za opór przed spotkaniem z ludźmi, którzy byli (i są) naszymi rodzicami! A przecież drobne naprawy i konserwacja są jak najbardziej naturalne i normalne w tak długotrwałej i złożonej relacji, jaka łączy rodziców z dzieckiem. Czego się tak boimy?

Przez wiele wieków głoszono potrzebę żywienia szacunku wobec rodziców. Tym, co tak nazywano, były jednak strach i posłuszeństwo, które służyły podtrzymaniu tradycji, ustalonego porządku i władzy starszych. Czy z punktu widzenia ewolucji nie jest paradoksalne, że bardziej boimy się krytyki ze strony rodziców niż ze strony dzieci? Wystarczy spojrzeć na stan naszej planety, aby uświadomić sobie, dokąd nas to zaprowadziło.

Dziesiątki rodziców przychodziły do mnie na terapię, setki otrzymały listy od dzieci. Większość przyznała:

– Nawet sobie nie wyobrażałem, że tak cierpiałaś!

– Szkoda, że wcześniej sobie tego nie uświadomiłam…

– Gdybym tylko wiedziała, nigdy bym tak nie zrobiła. Jak mogę ci to wynagrodzić?

W gabinecie patrzyłam na wspaniałych rodziców. Wchodzili sztywnym krokiem, wystraszeni, zdenerwowani, zdystansowani. Wychodzili rozczuleni, otwarci, czuli i kochający.

Na palcach jednej ręki mogę policzyć przypadki rodziców, którzy nie chcieli wysłuchać dziecka i bezdusznie okopali się w egocentryzmie. Są tacy ludzie, nie da się zaprzeczyć, zalicza się do nich także kilkoro członków mojej własnej rodziny. Nie każde spotkanie ma pokojowy przebieg, niektórzy stanowczo opierają się próbom nawiązania autentycznej więzi. Są ku temu pewne powody, o których napiszę później.

Możemy się rozwijać, i to w ogromnym stopniu, bez podważania stanowiska własnych rodziców, bez odkrywania emocji dziecka, które w nas żyje. Możemy skutecznie pracować nad poprawą naszego życia osobistego i zawodowego, nauczyć się ufać i czuć się swobodnie wśród innych ludzi. W głębi nas pozostanie jednak pewna czuła strefa, pewna zadra.

Jeśli nie możemy rozmawiać z rodzicami o swojej przeszłości, w ich oczach nie istniejemy jako pełnoprawna osoba. Oddalamy się od nich fizycznie i psychicznie albo się poświęcamy… I wciąż cierpimy. Jeśli nic nie powiemy, nasi rodzice wciąż będą nas ranić swoim zachowaniem.

Po co z nimi o tym rozmawiać?

Po pierwsze, dlaczego nie?

Po drugie, po to by zwyczajnie nieco ożywić rodzinne obiady i nawiązać szczerą oraz silną więź z rodzicami, przestać cierpieć i stać się naprawdę dorosłym człowiekiem oswobodzonym z kajdan przeszłości. Żeby porządnie umyć szklankę, trzeba zdrapać brud, który przywarł do dna, szczególnie jeśli się nawarstwił. Bandażowanie rany, której się wcześniej porządnie nie zdezynfekowało i nie zszyło, jest bardzo niebezpieczne – tym bardziej jeśli jest głęboka, bo wówczas zaognia się ona w ukryciu, a ból rozchodzi się na całe nasze ciało, obejmuje także psychikę.

Dzięki wspólnej przeprawie ku pojednaniu mogą wygrać zarówno rodzice, jak i dzieci. Warunkiem jest uszanowanie pewnych praw natury psychicznej i reguł rządzących relacjami międzyludzkimi, o których napiszę w dalszej części książki. Jedyne, co naprawdę grozi obu stronom, to powrót miłości, harmonii oraz poprawa porozumienia między pokoleniami.

Teraz już wiesz, dlaczego warto grzebać w przeszłości. Teraz przejdźmy do pytania o to, jak to zrobić. Nim zagłębimy się we wspomnienia wraz z rodzicami, przejdźmy tę drogę samodzielnie. Odważmy się poznać prawdę o sobie, nazywając rzeczy po imieniu. Przyjrzyjmy się ranom, które nosimy w sobie, i zacznijmy słuchać skarg dziecka, które w nas żyje.

1 W mitologii greckiej Harmonia była boginią, córką Aresa i Afrodyty, czyli boga wojny, konfliktu oraz bogini miłości.

II

Przeszłość, rany i blizny

Dostępne w wersji pełnej

III

Z perspektywy rodziców

Dostępne w wersji pełnej

IV

Od urazu do objawów

Dostępne w wersji pełnej

V

Droga do uzdrowienia

Dostępne w wersji pełnej

VI

Zrozumieć wewnętrzny opór

Dostępne w wersji pełnej

VII

Wkraczanie w dorosłość

Dostępne w wersji pełnej

VIII

Ku pojednaniu

Dostępne w wersji pełnej

Zakończenie

Dostępne w wersji pełnej

Originally published under the title

Je t’en veux, je t’aime. Ou comment réparer la relation à ses parents

by Isabelle Filliozat

Copyright © 2004 by Editions Jean-Claude Lattès

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Esprit 2017

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Esprit 2017

All rights reserved

NA OKŁADCE:

© Cultura RM Exclusive/Liam Norris/Getty Images

REDAKCJA: Karolina Korbut, Diana Osmęda, Marzena Lipińska

ISBN 978-83-65847-59-1

WYDAWNICTWO ESPRIT SP. Z O.O.

ul. Przewóz 34/100, 30-716 Kraków

tel./fax 12 267 05 69, 12 264 37 09, 12 264 37 19

e-mail: sprzedaz@esprit.com.pl

ksiegarnia@esprit.com.pl

biuro@wydawnictwoesprit.com.pl

Księgarnia internetowa: www.esprit.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jestem na ciebie zły, ale cię kocham. Jak naprawić relacje z rodzicami Nie ma rodziców doskonałych Moje dziecko doprowadza mnie do szału Próbowałam już wszystkiego. Jak radzić sobie z niesfornym dzieckiem bez bicia i krzyku W sercu emocji dziecka. Jak rozumieć i wspierać swoje dziecko