Podlega dyskusji. Eseje

Podlega dyskusji. Eseje

Autorzy: Christopher Hitchens

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 45.70 zł

Podlega dyskusji to zbiór esejów Christophera Hitchensa, pierwszy od czasu wydanego w 2004 roku Love, Poverty, and War. Pozwoli bliżej poznać pełnego pasji i sceptycyzmu ducha jednego z najbardziej błyskotliwych pisarzy, powszechnie podziwianego za przejrzystość stylu, przejaw jego metodycznego i pozbawionego uprzedzeń myślenia.
Tematyka esejów jest różnorodna, począwszy od rozważań, dlaczego Charles Dickens był wspaniałym pisarzem, a jednocześnie nieznośnym człowiekiem, przez niepokojącą fantastykę J.G. Ballard i nieprzemijające dziedzictwa Thomasa Jeffersona i George’a Orwella, po ustawiczną agonię antysemityzmu i dżihadu. Hitchens poświęca nawet uwagę kryzysowi finansowemu z 2008 roku i przekonuje, że filozofia Karola Marksa wciąż nie traci na aktualności.
Książka ta jest pomostem między dwoma równoległymi światami kultury i polityki. Pokazuje, jak polityka usprawiedliwia się poprzez kulturę, a kultura ożywia politykę. W taki oto sposób Podlega dyskusji zapewnia Hitchensowi pozycję – jak to ujął Christopher Buckley – najwybitniejszego współczesnego eseisty piszącego po angielsku.
„Hitchens ma wyjątkowo szerokie spektrum zainteresowań. To jeden z najbardziej inspirujących myślicieli i najbardziej interesujących pisarzy, nawet wtedy – a może szczególnie wtedy – gdy prowokuje”. Bill Keller, New York Times Book Review
„Powiedzieć, że przez ostatnie trzy dekady świat byłby uboższym, nudniejszym i w ogóle mniejszym miejscem bez Hitchensa i jego pisarstwa, byłoby kompletnym banałem z rodzaju tych, jakimi sam autor pogardzał. Byłoby to też prawdą”. John Gray

Tytuł oryginału:

ARGUABLY: Essays

Copyright © 2011 by Christopher Hitchens

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Redakcja: Bogusława Wójcikowska

Korekta: Marta Chmarzyńska, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-8110-330-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Motto

Dedykacja

Wstęp

Wszystko o Ameryce

Bogowie naszych przodków – Stany Zjednoczone Oświecenia

Jefferson, jakiego nie znamy

Jefferson kontra muzułmańscy piraci

Benjamin Franklin – wolny i chętny

John Brown – człowiek, który skończył z niewolnictwem

Abraham Lincoln – dziecko niedoli

Mark Twain – amerykański radykał

Upton Sinclair – prekursor kapitalizmu

JFK – niezdrowo i podstępem

Saul Bellow – wielki asymilator

Vladimir Nabokov – huragan Lolita

John Updike – część pierwsza: nie świruj

John Updike – część druga: wcielenie łagodności

Vidal Szalony

Ameryka – republika bananowa

Przyszłość anglosfery

Zwierzęta a polityka

Dorosnąć do śmierci

W obronie ateistów w okopach

W poszukiwaniu powieści o Waszyngtonie

Rozbieżne zbieżności

Isaac Newton – złe strony przyciągania

Ludzie, którzy stworzyli Anglię – W komnatach Wolf Hall Hilary Mantel

Edmund Burke – prorok reakcjonizmu

Samuel Johnson – demony i słowniki

Gustaw Flaubert – idioci są wśród nas

Ciemna strona Dickensa

Marks dziennikarzem – czasy Grub Street

Rebecca West – rzeczy, o które warto się bić

Ezra Pound – rewolucyjny prostaczek

Na folwarku zwierzęcym

Zatrute pióro Jessiki Mitford

William Somerset Maugham – biedny stary Willie

Evelyn Waugh – wieczny chłopiec

P.G. Wodehouse – czcigodny uczniak

Anthony Powell – nienasycona ciekawość

John Buchan – ojciec thrillera szpiegowskiego

Graham Greene – niech mnie piekło pochłonie

Śmierć z ręki komiwojażera – butelkowana ontologia Grahama Greene’a

Jak tu nie kochać Larkina

Stephen Spender – sympatyczna odmiana cholernego durnia

Edward Upward – umysł w niewoli

C.L.R. James – bliżej środka

J.G. Ballard – katastrofista

Flashman Frasera – czas na łajdactwo

Znakomitości z Fleet Street – od Waugha do Frayna

Saki – w krainie dzikich stworów

Harry Potter – chłopiec, który żył naprawdę

Rozrywka, rozdrażnienie i rozczarowanie

Dlaczego kobiety nie są zabawne

Stieg Larsson – pisarz, który igrał z ogniem

Amerykańskie jak szarlotka

Tak dużo męskich toalet, tak mało czasu

Nowe przykazania

Odsłoń twarz

Miłośnicy wina wszystkich krajów, łączcie się

Karol, książę Nonsensu

Relacje zagraniczne

Afganistan – ryzykowny zakład

Po pierwsze, uciszyć demaskatora

Uwierzcie mi, to jest tortura

Irańska gra na przeczekanie

Niech żyje demokratyczna sejsmologia

Benazir Bhutto – córka przeznaczenia

Z Abbottabadu donikąd

Czym grożą podziały

Algieria – francuska kość niezgody

Przypadek orientalizmu

Edward Said – gdzie góra z górą by się zeszła

Swastyka i cedr

Wakacje w Iraku

Tunezja – na skraju pustyni

Gdzie są zamachowcy samobójcy z Jerozolimy?

Koniec dzieciństwa – afrykański koszmar

Syndrom wietnamski

Pewnego razu w Niemczech

Gorzej niż w Roku 1984

Korea Północna – kraj rasistowskich karłów

Osiemnasty brumaire’a dynastii Castro

Hugo boss

Czy los euro jest przesądzony?

Nie taki Żyd straszny, jak go malują

O co chodzi w interwencji humanitarnej

Dziedzictwa totalitaryzmu

Victor Serge – oblicza inkwizycji

André Malraux – dola jednego człowieka

Arthur Koestler – zapaleniec

Isabel Allende – chilijskie zmartwychwstanie

Perski kapitał

Martin Amis – jasność w środku nocy

Wizja Hitlera

Victor Klemperer – ocalony

Wojna warta zachodu

Dać pokojowi szansę?

W.G. Sebald – requiem dla Niemiec

Godne wzmianki

Kiedy król ocalił Boga

To niech jedzą skwarki

Brońcie Danii!

Żadnych tabu

To nie fundamentalistka

Wypalenie

Wielkanocne jaja

Bez ogródek

Historia i tajemnice

Słowa mają znaczenie

To nie była grabież

Tak jakby

„Twoja” dekada

To trzeba przeboleć

Bardzo, bardzo brzydkie słowo

Uwięziony wśród półek

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

„Niech pan żyje pełnią życia, to błąd żyć inaczej”.

Lambert Strether w Ambasadorach

Pamięci Mohammeda Bouaziziego,

Abu Abdela Monaama Hamedeha i Alego Mahdiego Ziju

Wstęp

Trzej ludzie, których wymieniłem w dedykacji, to tunezyjski handlarz uliczny, egipski restaurator oraz ojciec rodziny z Libii. Wiosną 2011 roku pierwszy z nich dokonał samospalenia w mieście Sidi Bu Zajd, żeby zaprotestować przeciwko kolejnemu upokorzeniu, jakie spotkało go ze strony małostkowych biurokratów. Drugi również odebrał sobie życie, kiedy Egipcjanie zaczęli masowo protestować przeciwko stagnacji i beznadziei, do których doprowadziły rządy Mubaraka. O tym trzecim z kolei można powiedzieć, że nie tylko odebrał sobie życie, ale również je poświęcił. Siedząc za kierownicą swojego skromnego samochodu, który napełnił kanistrami z benzyną i domowej produkcji materiałami wybuchowymi, staranował bramę koszar wojskowych Katiba w Bengazi, będących w znienawidzonym i obłąkanym reżimie Kaddafiego odpowiednikiem Bastylii.

Na tle burzliwych dziejów ludzkości idea męczeństwa ukazuje swoje janusowe oblicze. Tym, którzy byli gotowi umrzeć za sprawę najwyższej wagi, wodzowie od Peryklesa do Lincolna składali hołdy w mowach pogrzebowych. Gdyby spojrzeć na to z większą dozą sceptycyzmu, ludzie ochoczo idący na śmierć czasami byli podejrzewani o przesadną gorliwość, przeświadczenie o własnej nieomylności, a nawet fanatyzm. Hymn mojej dawnej partii, brytyjskiej Partii Pracy, mówi z żarliwością o fladze w kolorze najgłębszej czerwieni, która „nie raz okrywała jak całun umęczone ciała”. Z okien mojego Balliol College widać pomnik męczenników oksfordzkich – biskupów Cranmera, Latimera i Ridleya – którzy w październiku 1555 roku, za rządów katolickiej królowej Marii, zostali oskarżeni o protestancką herezję i spaleni na stosie. „Krew męczenników jest posiewem chrześcijan”, napisał pod koniec II wieku naszej ery jeden z ojców Kościoła, pochodzący z Kartaginy Tertulian. Przez kolejne stulecia męczeństwo kojarzono nieodmiennie ze ślepą wiarą, a często prześladowani czekali na swoją kolej, by sami rozpalać stosy. Myślę jednak, że Partię Pracy można oczyścić z tego zarzutu. Tak samo Jana Palacha, czeskiego studenta, który w styczniu 1969 roku dokonał aktu samospalenia na praskim placu Wacława, aby zaprotestować przeciwko sowieckiej okupacji swojego kraju. W Oksfordzie pomagałem w organizacji wiecu na jego cześć, a w latach siedemdziesiątych związałem się z Palach Press, skupiającym zbiegłych dysydentów emigracyjnym ośrodkiem informacji, który u schyłku kolejnej dekady wniósł znaczący wkład w aksamitną rewolucję. Była to całkowicie świecka i obywatelska inicjatywa, która nie doprowadziła do przelewu ani jednej kropli krwi.

W ciągu ostatnich dziesięciu lat słowo „męczennik” uległo degradacji, zaczęto je bowiem kojarzyć z drapieżnym wizerunkiem Muhammada Aty, zimnego i bezdusznego zombie – zamachowca samobójcy – który zginął, starając się zabić jak najwięcej niewinnych ofiar. Organizacje, które zajmują się wyszukiwaniem i szkoleniem ludzi takich jak on, odpowiadają za niewyobrażalne zbrodnie w wielu krajach i społecznościach, od Anglii po Irak. Ich celem jest stworzenie systemu, w którym normą staną się tacy zimni i bezduszni zombie, a kultura ulegnie zagładzie. Twierdzą, że ich zwycięstwo jest pewne, ponieważ bardziej od życia kochają śmierć, a zamiłowanie do życia czyni z ludzi słabych i sprzedajnych degeneratów. W zasadzie wszystko, co napisałem po 2001 roku, pośrednio lub bezpośrednio podważa i obala takie nienawistne i nihilistyczne deklaracje, a także godzi w tych spośród nas, którzy próbują je usprawiedliwiać.

Ci trzej męczennicy, Tunezyjczyk, Egipcjanin i Libijczyk, w swoim myśleniu i postępowaniu są bardziej podobni do Palacha niż do Aty. Nie zamierzali nikomu odbierać życia. Marzyli o tym, aby to życie było czymś więcej niż tylko nędzną wegetacją niewolników poniżanych przez dogorywającą oligarchię. Nie wygłaszali ohydnych i wyrachowanych deklaracji, chełpiąc się, że w nagrodę za swoje zbrodnicze postępki dostąpią udziału w lubieżnych fantazjach na tamtym świecie. Nie zamierzali podjudzać krzykliwego motłochu, który pod wpływem zbiorowej histerii zamienia się we wzburzone morze. Jan Palach wyznał swoim najbliższym przyjaciołom, że główną przyczyną jego gestu nie była sowiecka okupacja, ale nieznośna apatia, jaka zapanowała w Pradze, kiedy pełna nadziei wiosna ustąpiła miejsca mroźnej zimie. Ci trzej zwiastuni arabskiej wiosny, którzy woleli śmierć w płomieniach od życia w martwocie, też mieli nadzieję, że tchną ducha w swoich towarzyszy niedoli i obudzą w nich obywatelskie aspiracje. Przypływ się cofnie, fale opadną, a słońce znów spali piaszczystą ziemię na brąz, ale nic nie zdoła zatrzeć w umysłach Arabów inspiracji i ducha Tahriru. Ludzie jeszcze raz pokazali, że nie kochają swoich kajdan ani ciemiężycieli1, a ich dążenia do cywilizowanego życia – „ta powszechna możliwość zyskania szlachectwa”, jak to ujmuje Augie March w powieści Saula Bellowa2 – nie są niczym zdrożnym ani nadzwyczajnym.

Gdy w lutym 2009 roku zostałem zaproszony przez Uniwersytet Amerykański w Bejrucie, aby wygłosić wykład pod tytułem Kim są prawdziwi rewolucjoniści na Bliskim Wschodzie, dołożyłem wszelkich starań, aby rozdmuchać tych kilka nikłych iskierek, które wówczas były ledwie dostrzegalne. Zwróciłem uwagę na zalążki biernego oporu w Iranie. Przytoczyłem słowa wielkiego egipskiego dysydenta i profesora nauk politycznych (oraz więźnia politycznego) Saada Eddina Ibrahima, który obecnie jest uznawany za jednego z intelektualnych ojców ruchu Tahrir. Wychwalałem cedrową rewolucję w samym Libanie, która przyniosła kilka miesięcy nadziei, a jej zwieńczeniem było uwolnienie od długoletniej okupacji syryjskiej. Wyraziłem poparcie dla sił kurdyjskich w Iraku, które pomogły położyć kres tyranii Saddama Husajna, jednocześnie podejmując starania o autonomię dla najliczniejszej i najbardziej uciśnionej mniejszości narodowej w tym regionie. Wychwalałem działalność Salama Fajjada, który dążył do zdemaskowania rozpasanej korupcji we władzach Autonomii Palestyńskiej. Były to różnorodne, ale nie rozbieżne wątki, z których – miałem nadzieję, a po części wierzyłem – da się utkać nową szatę.

Widać było wyraźnie, że znaczna część słuchaczy (z których większość, z żalem muszę przyznać, stanowili Amerykanie) odbiera mnie jako swego rodzaju błazna. Z ich perspektywy rewolucyjny autentyzm jest domeną takich ugrupowań jak Hamas i Hezbollah, zdeklarowanych przeciwników kolosa zza oceanu i niezmordowanych bojowników walczących z syjonizmem. Dla mnie była to kolejna runda w długiej debacie politycznej. Ujmując rzecz skrótowo, jest to polemika, która toczy się nieprzerwanie między antyimperialistyczną lewicą a antytotalitarną lewicą. W takiej czy innej formie biorę w niej udział całe życie i zabieram głos po obu stronach. A w przypadku konfliktów coraz częściej staję po stronie przeciwników totalitaryzmu. (Może to nie zabrzmi jak twierdzenie, ale do pewnych rzeczy należy dochodzić drogą doświadczenia, a nie tylko wyciągać wnioski na podstawie zasad). Niektóre spośród tych prób i poszukiwań opisałem w swoich wspomnieniach Hitch-22, a kilka z nich znalazło odbicie także tutaj, zarówno w formie reportażu, jak i rozprawy. Zapewniam, że siły, które uznają pluralizm za cnotę, choć mogą sprawiać wrażenie umiarkowanych, są z gruntu o wiele bardziej rewolucyjne (i całkiem prawdopodobne, że z biegiem czasu ujawnią również swoją antyimperialistyczną naturę).

Rozwijanie lub pielęgnowanie każdego z tych światopoglądów pociąga za sobą konieczność nieustannej dysputy na temat idei Ameryki. Obecnie jest znacznie łatwiej mówić o upadku mojej przybranej ojczyzny zarówno pod względem morale, jak i zasobów materialnych. Nie zamierzam przyłączać się do tej fali oszczerstw. Ta świecka republika wcielająca w życie doktrynę podziału władzy wciąż stanowi orientacyjny wzorzec, uznany lub nie, dla kilku rewolucji demokratycznych, które właśnie trwają albo wkrótce mają się rozpocząć. Czasami Stany Zjednoczone zasługują na respekt, jakim podszyte jest to naśladownictwo, a czasami nie. W tym drugim przypadku – czego przykładem może być poruszona później kwestia waterboardingu – staram się podzielać tę opinię. Jestem również przekonany, że literatura i piśmiennictwo tego kraju od momentu jego powstania zdradzają pewną słabość wobec idei rewolucji i równouprawnienia, a w rozdziale poświęconym tradycji amerykańskiej nie szczędzę sił, aby rozniecić również te iskierki.

„Barbarzyństwo – napisał nie tak dawno temu Alain Finkielkraut – nie jest dziedzictwem naszej prehistorii. Jest wiernym towarzyszem, który podąża za nami krok w krok”. Przywołując i analizując przykłady minionych reżimów totalitarnych, co zdarza mi się tutaj dosyć często, staram się nie odbiegać zbytnio od tematu. A jakże łatwo jest rozpoznać upiorne kształty, które przybierają nasi odwieczni wrogowie – rasizm, kult jednostki i zabobon – kiedy pojawiają się wśród nas (często w obstawie nowych orędowników). Starałem się złagodzić przesadną wojowniczość, wspominając tutaj również o pisarzach i artystach mających swój wkład w kształtowanie kultury i cywilizacji – a nie słów czy koncepcji, których można bronić w oderwaniu od rzeczywistości. Dziesiątki lat zbierałem się na odwagę i w końcu napisałem o Vladimirze Nabokovie.

Tymi, którzy nigdy nie powinni sprawować władzy, są ludzie pozbawieni poczucia humoru. Aby podważyć pewniki moralne, sprzymierzają się z marazmem i nijakością. Ponieważ zasadniczym elementem idei amerykańskości jest różnorodność, staram się celebrować rzeczy, które są zabawne same w sobie albo śmieszne, ale odkrywcze, albo po prostu mają w sobie coś interesującego. Wszystkie te cechy odnoszą się na przykład do tematyki krótkiego eseju o artystycznych i naukowych aspektach robienia laski, choć niezupełnie chroni mnie to przed opaczną interpretacją wszystkich moich artykułów, zważywszy na zależność między płcią a deficytem poczucia humoru. Mimo to żywię przekonanie, że takie przedsięwzięcia na mniejszą skalę również stanowią pewien wkład w dyskusję bez ograniczeń i zakazów, poniekąd nieodłączny element w społeczeństwie, które zdaje sobie sprawę, że ludzi patetycznych i świętoszkowatych należy trzymać na dystans.

Książka ta jest piątym w moim dorobku zbiorem esejów. W przedmowie do pierwszego zbioru, Prepared for the Worst, wydanego w 1988 roku, zamieściłem refleksję Nadine Gordimer – jej sens sprowadzał się do tego, że człowiek poważny powinien się starać pisać tak, jakby ludzie mieli to przeczytać dopiero po jego śmierci. Moim zdaniem chodzi jej o to, że należy tworzyć, jakby zwykłe ograniczenia – moda, względy ekonomiczne, autocenzura, publiczność, a zwłaszcza odbiór intelektualny – nie wchodziły w grę. Jest to chyba niemożliwe do spełnienia, ale mój zamysł przybrał jakiś kształt, podobnie jak pewna przestroga, która uzmysłowiła mi marność tych dążeń. Mniej więcej rok temu dowiedziałem się od lekarza, że być może został mi jeszcze tylko rok życia. W efekcie niektóre z tych artykułów pisałem, mając pełną świadomość, że każdy z nich może być ostatnim w moim dorobku. Oczywiście nie da się osiągnąć perfekcji w działaniu, które z jednej strony sprowadza mnie na ziemię, a z drugiej wprawia w radosny nastrój. Zyskałem jednak bardziej przejrzyste pojęcie na temat tego, co sprawia, że warto przeżyć życie i warto go bronić, i mam wielką nadzieję, że moje słowa zainspirują tych z was, którzy byli na tyle wspaniałomyślni, by dobrnąć do tego miejsca.

26 czerwca 2011

Christopher Hitchens

Wszystko o Ameryce

Bogowie naszych przodków – Stany Zjednoczone Oświecenia

Recenzja książki Brooke Allen Moral Minority: Our Skeptical Founding Fathers

Czemu miałoby nas obchodzić, w co wierzyli ojcowie założyciele, a w co nie? Zadawali sobie tak wiele trudu, aby oddzielić religię od polityki, tak bardzo starali się zachować swoje przekonania wyłącznie dla siebie, że nie miałoby większego znaczenia, gdyby teraz się okazało, że na przykład Jerzy Waszyngton w głębi ducha był baptystą.

Wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych to poniekąd dziedzictwo wojny domowej w Anglii w połowie XVII wieku, której przywódcy i orędownicy byli bez wątpienia fundamentalistami protestanckimi, ale fakt ten nie zjednoczył ojców założycieli i nie można powiedzieć, aby jednoczył nas. Z całą pewnością protestantyzm brytyjski był jednym z modeli, których naśladowania sygnatariusze Deklaracji niepodległości wystrzegali się z całą stanowczością.

Co więcej, osiemnastowieczni uczeni i arystokraci, którzy dali nam konstytucję Stanów Zjednoczonych, byli względnymi ignorantami, jeśli chodzi o wiedzę o kosmosie, Ziemi i ludzkiej psychice, przynajmniej w takim kształcie, w jakim zrewolucjonizowała nowoczesny spór o wiarę. Karol Darwin urodził się za życia Thomasa Jeffersona (tak się złożyło, że w tym samym dniu co Abraham Lincoln), ale poglądy Jeffersona na temat skamielin, które znalazł, prowadząc wykopaliska archeologiczne w swojej posiadłości w Wirginii, są dla darwinizmu tym samym, czym alchemia dla chemii. A teorie Einsteina i Freuda wyznaczają jeszcze dalsze horyzonty. Większość sceptyków zapuszczała się najdalej na grunt niejasnego deizmu, który pozwalał wierzyć, że naturalny porządek świata jest dziełem stwórcy, jednak nie ów stwórca mieszał się w sprawy ludzi. Takie sformułowania, jak występujące w Deklaracji niepodległości „prawa Natury i jej Bóg”, po części stanowiły asekurację dla tego typu przekonań, nie godząc przy tym w żadne świętości. Nawet Thomas Paine, najbardziej bezpośredni w swojej krytyce chrześcijaństwa, w Wieku rozumu broni Boga przed zniewagami, jakich nie szczędzą mu autorzy Biblii i innych tego rodzaju elaboratów.

Jeśli wziąć pod uwagę te ograniczenia, aż dziw bierze, jak bardzo niereligijni byli w rzeczywistości ojcowie założyciele. Na przykład trudno byłoby się domyślić, czyje to słowa:

Och, Boże! Czy myślisz, że w Ameryce protestancka wersja papiestwa uległa zanikowi? Przypominasz sobie religijne niesnaski w Maryland, Pensylwanii, Nowym Jorku i na całym obszarze Nowej Anglii, czy może nawet w nich uczestniczyłeś? Cóż to za łaska, że jak dotąd w Stanach Zjednoczonych nie wolno im korzystać z pręgierzy, szafotów i stosów. Gdyby im na to pozwolić, nie zawahaliby się. W ludzkiej naturze tkwi tak silny bakcyl religii, że ilekroć jacyś kapłani zdołają pochlebstwem lub groźbą przekonać tłum, że pośredniczą w zbawieniu, nie ma końca oszustwom, przemocy i uzurpacjom.3

To John Adams, i to w stosunkowo łagodnej formie. Również on zwrócił uwagę, chociaż bez zbytniego optymizmu, na tajną broń, jaką dysponują zwolennicy świeckości – mianowicie obfitość najróżniejszych odłamów religijnych:

Jest ich całe mnóstwo i rozmaitość. Można by rzec, że to nas chroni przed nimi wszystkimi. Bóg o to zadbał. Ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że prezbiterianie i metodyści są najliczniejsi i gotowi połączyć się ze sobą, niech taki George Whitefield urośnie w siłę, zyskując armię zbrojnych zwolenników jak Mahomet czy Loyola, to co się stanie z innymi sektami, które nie potrafią się zjednoczyć?

George Whitefield był charyzmatycznym kaznodzieją, którego Benjamin Franklin pierwszorzędnie wykpił w swoim Żywocie własnym. Co do Franklina – niemal z całą pewnością można go uważać za ateistę (najlepszym odniesieniem jest tu wydane ostatnio znakomite opracowanie Jerry’ego Weinbergera Benjamin Franklin Unmasked), to mistrzowie taktyki w dążeniu do rozdziału Kościoła od państwa, Thomas Jefferson i James Madison, mieli bardziej niejasne poglądy religijne. Układając Statut swobód religijnych dla Wirginii – zapowiedź późniejszej pierwszej poprawki do konstytucji – sprytnie wykorzystali obawy każdej z chrześcijańskich sekt przed prześladowaniami ze strony innych. Skłócone frakcje bardziej były skłonne zrzec się dziesięciny, niż przystać na podatki, z których mieliby skorzystać również ich przeciwnicy ideologiczni. W liście do baptystów z Danbury w Connecticut, słynącym z użytego po raz pierwszy sformułowania „mur oddzielający Kościół od państwa”, Thomas Jefferson zapewnia swoich adresatów, że nie grożą im prześladowania religijne, których ta mała społeczność obawiała się ze strony kongregacjonalistów.

W 1800 roku dzięki tej samej taktyce w stylu „dziel i rządź” Jefferson odniósł zwycięstwo w ostrej kampanii wyborczej i objął urząd prezydenta. W obliczu zaciekłych ataków ze strony federalistów, którzy próbowali go szkalować, przedstawiając jako bezbożnika, ów Wolter z Monticello zwrócił się bezpośrednio do tych, którzy obawiali się arogancji prezbiterianów. Sam John Adams (jego ówczesny konkurent do urzędu prezydenta) przyznał, że było to skuteczne zagranie.

Spotkało się to z silnym oddźwiękiem wśród baptystów, kwakrów, metodystów i braci morawskich – napisał – jak również holenderskich i niemieckich luteranów oraz kalwinów, i zjednało tylu zwolenników, że ich liczba zaważyła na wyniku wyborów. Powiedzieli, że lepszy ateista, deista czy ktokolwiek niż władza prezbiterianów.

Zasadnicza kwestia – państwo neutralne religijnie stanowi podstawową gwarancję pluralizmu religijnego – leży w tym, co w obecnych czasach umyka niektórym z rzekomych teokratów. Brooke Allen nie marnuje okazji, żeby rozgrzebać ten temat i niekiedy dość dobitnie akcentuje pewne analogie do współczesności mające „podbudowę religijną”. Szczególnie interesująco pisze o tym, do jakiego stopnia ojcowie założyciele czuli się zobowiązani zachowywać wyłącznie dla siebie swoje wątpliwości dotyczące religii. Na przykład Madison podczas wojny brytyjsko-amerykańskiej w 1812 roku nie był w stanie oprzeć się żądaniom o ustanowienie narodowego dnia modlitwy i postu. Jednak swoje obiekcje zawarł w osobistych zapiskach, które zostały wydane dopiero w 1946 roku pod tytułem Detached Memoranda. Tam również Madison wyraził pogląd, że rozpoczynanie obrad Kongresu od modlitwy i obecność kapelanów w siłach zbrojnych są sprzeczne z konstytucją.

Spośród tych wszystkich portretów najbardziej zaskakujące dla większości czytelników będzie studium religijnych obiekcji Jerzego Waszyngtona. Pełniąc urząd prezydenta, uczęszczał on na spotkania kongregacji wielebnego Jamesa Abercrombiego, ale w „niedziele liturgiczne” opuszczał świątynię tuż przed udzieleniem komunii. Kiedy wielebny robił mu o to wyrzuty, przyjął reprymendę i przestał w ogóle przychodzić do kościoła w niedziele, kiedy odbywały się „wieczerze Pańskie”. Gdyby postąpił inaczej, byłoby to – jak wyjaśnił – „ostentacyjnym przejawem gorliwości religijnej wynikającym tylko i wyłącznie z mojego wysokiego stanowiska”.

Jefferson chętnie brał udział w publicznych obrzędach religijnych, a swojej niechęci i pogardzie wobec chrześcijaństwa dawał upust w prywatnej korespondencji – ale nasz pierwszy prezydent nigdy nie posunął się do hipokryzji. Pod tym względem, a także pod wieloma innymi, niezbyt wiarygodny i pochlebczy Parson Weems4 nie mylił się co do niego.

W wydanej w 1784 roku książce Reason: The Only Oracle of Man Ethan Allen napisał: „Sama doktryna wcielenia Chrystusa zrodzonego z matki dziewicy nie zasługuje na poważną polemikę i dlatego oprócz samej wzmianki pominę ją milczeniem”. John Adams miał predyspozycje do nieco większego zaangażowania w dysputy teologiczne, w których osiągnął niesłychaną biegłość, jednak opoką jego prawdziwej wiary również był rozum. Pisał (najwyraźniej podążając za poglądami Davida Hume’a), że rozum ludzki sam dla siebie stanowi odkrycie i:

[…] daje nam pewność, że dwa plus jeden równa się trzy i że jeden to nie trzy ani że trójka nie może być jedynką. […] Cuda i proroctwa mogą nas śmiertelnie przerażać, skłaniać do głoszenia nieprawdy, abyśmy mówili, że dwa i dwa daje pięć. Ale nie powinniśmy w to wierzyć. Powinniśmy wiedzieć, że jest wręcz przeciwnie.

Od Davida Hume’a poprzez ośmieszenie Trójcy Świętej aż po zapowiedź rozterek Winstona Smitha! Być może sceptycyzm religijny i swobody polityczne nie łączą się ze sobą aż tak ściśle, jak sugerowałoby ostatnie z powyższych nawiązań, jednak nie ulega wątpliwości, że pewne zależności tego rodzaju odgrywały bardzo żywotną rolę w umysłach owych „mężów Oświecenia”, którymi na przełomie wieków XVIII i XIX mogły się poszczycić Filadelfia, Boston, Nowy Jork i Waszyngton.

W ostatnim rozdziale, zawierającym obraz intelektualnego i naukowego świata, który ukształtował ojców założycieli, Brooke Allen opisuje znaczący wpływ, jaki w owym czasie wywierali wielcy humaniści, jak Hume, Shaftesbury, Bolingbroke, Locke i Wolter. Stało się kwestią zasad, a także przestrzeganą tradycją, że wolność sumienia i swoboda jednostki nie mają żadnego związku z nakazami religijnymi, tak jak nie powinny mieć nic wspólnego z jakimkolwiek tłumieniem wiary. (Właśnie z tego powodu rewolucja francuska, która zniweczyła perspektywy epoki Oświecenia, stała się przyczyną tak bolesnych konfliktów między federalistami i republikanami).

W 1821 roku Thomas Jefferson wyraził nadzieję, że „pewnego dnia umysł ludzki odzyska wolność, jaką cieszył się 2000 lat temu. Ten kraj, który stał się dla świata wzorem swobód w sensie materialnym, winien również dać światu przykład wyzwolenia moralnego”. Moim zdaniem Brooke Allen ma rację, porównując te słowa do najznakomitszych myśli Edwarda Gibbona. Wstrzymujemy oddech, czytając, że narodziny Stanów Zjednoczonych to dzieło ludzi pragnących połączyć to wydarzenie z mądrością filozoficzną, która poprzedza triumf monoteizmu. To jedyny powód, dla którego można zgodzić się z przekonaniem, że nad Ameryką kiedykolwiek czuwała Opatrzność – bo to jej imieniem Roger Williams nazwał swoją osadę na Rhode Island, ostoję tolerancji i schronienie przed tyranią pielgrzymów i purytanów.

W czasach, gdy największym zdeklarowanym wrogiem amerykańskiego eksperymentu jest teokratyczny fanatyzm, powinniśmy zewrzeć szyki i zażądać: „Panie Jefferson, niechaj powstanie ten mur!”.

„The Weekly Standard”, 11 grudnia 2006

Jefferson, jakiego nie znamy

Recencja książki Andrew Bursteina Jefferson’s Secrets: Death and Desire at Monticello

Prawdopodobnie dobrze się składa, że tajemnice Jeffersona sięgają znacznie głębiej, niż można by sobie obiecywać po tytule skądinąd porywającej książki Andrew Bursteina Jefferson’s Secrets – w niczym nie umniejszając jej wartości. Tajemniczość, śmierć i pożądanie to elementy historii sensacyjnej czy wręcz brutalnej, a to nie współgra z powściągliwością i rozwagą, z których wciąż słynie Jefferson. Jest to raczej wnikliwe studium prywatności człowieka bardzo zamkniętego w sobie, połączone z wyważonymi spekulacjami na temat motywów i przyczyn takiej postawy.

Słynący z wielu paradoksów Jefferson był znany głównie jako rewolucjonista, który nade wszystko wierzył w ład. Często wyrażał gorliwe poparcie dla rewolucji w Ameryce i Francji (choć niewolnicze rebelie na Haiti i w południowych stanach już nie budziły w nim aż takiego entuzjazmu), a do przemocy potrafił się odnosić nonszalancko i bez zahamowań. Co więcej, pochwalał takie ekscesy jak Bunt Whiskey, które uważał za pożądane jako cel sam w sobie – „jak burza dla atmosfery”. Już samo to porównanie stanowi dla nas pewną wskazówkę. Wybuch rebelii podobnie jak burza jest nieodzowny do przywrócenia normalności, gdyż uwalnia nienaturalne napięcie. Takie formy rozładowania, które zawdzięczamy mądrości natury, służą właśnie do zapobiegania lub kontrolowania czegoś, co Jefferson miał zwyczaj nazywać – zawsze pejoratywnie – „rozruchami”.

Andrew Burstein, profesor historii na Uniwersytecie w Tulsie, wnikliwie bada związek między tym, co ludzie Oświecenia uważali za „organizm państwowy”, a ich poglądami na temat zdrowia. Maksymę „W zdrowym ciele zdrowy duch” traktowali bardzo poważnie. Należało unikać przesady zarówno w odżywianiu, jak i w sferze seksu, ale to samo dotyczyło niepotrzebnej wstrzemięźliwości. Prawdziwy filozof powinien spędzać na ćwiczeniach i pracy fizycznej tyle samo czasu, ile poświęca książkom. Powinien naśladować równowagę i symetrię natury; zwracać uwagę na wszystko, co wprowadza do swojego organizmu, i podchodzić ostrożnie do każdego ubytku płynów.

Sprawując urząd prezydenta, Jefferson zaczął cierpieć na sporadyczne rozstroje żołądka (które początkowo leczył, stosując sprzeczną ze zdrowym rozsądkiem metodę, jaką była jazda konna) i choć jeszcze po osiemdziesiątce cieszył się niebywale dobrym zdrowiem, to właśnie biegunka w połączeniu z niefortunnym zakażeniem dróg moczowych okazała się przyczyną jego śmierci. W należącej do nielicznych wyjątków bezcelowej dygresji Burstein przytacza list jednego z lekarzy Jeffersona, doktora Thomasa Watkinsa, który wspomina, że przyczyną przewlekłych trudności w oddawaniu moczu mogła być rzeżączka. Z kontekstu wynika jasno, że były prezydent nie zaraził się tą chorobą, ale raczej dokuczały mu typowe dla starczego wieku problemy z prostatą – doktor Watkins nie zdiagnozował u niego rzeżączki i wykluczył ją jako prawdopodobne źródło dolegliwości.

Niemniej kwestia życia seksualnego Jeffersona prędzej czy później musi się pojawić. Pod tym względem również jawi się on jako człowiek, który w równej mierze obawiał się nadmiaru przyjemności, jak i niedosytu. Jego listy z Francji zawierają wiele przestróg przed seksualnymi pułapkami, jakie paryżanki zastawiają na beztroskich i niewinnych Amerykanów, a przecież sam spędził w tym kraju okres największej wrażliwości i roznamiętnienia w swoim życiu. Wciąż pamiętam lekki szok, jakiego doświadczyłem, czytając jego list do Marii Cosway, który napisał, przebywając w Paryżu, pełen rubasznych fallicznych żartów zapożyczonych z Tristrama Shandy’ego Lawrence’a Sterne’a. I to właśnie w Paryżu po raz pierwszy zakosztował wdzięków Sally Hemings, która była nie tylko przyrodnią siostrą jego nieżyjącej żony, ale również jego osobistą własnością.

Rozdział poświęcony temu wątkowi – który wszakże jest tajemnicą poliszynela – wzbudza szczery podziw. Burstein, w przeciwieństwie do wielu historyków, nie traci czasu na tropienie tajemnic tam, gdzie ich nie ma. Bez powoływania się na wyniki badań genetycznych jest rzeczą oczywistą, że Sally Hemings została konkubiną trzeciego prezydenta Stanów Zjednoczonych i urodziła kilkoro jego dzieci. A gdyby się przyjrzeć książkom z prywatnej biblioteki Jeffersona oraz jego poglądom na „te sprawy”, nietrudno zauważyć, w jaki sposób usprawiedliwiał przed samym sobą taki układ.

Na początek kwestia dobrostanu cielesnego. Według szwajcarskiego lekarza Samuela Tissota, podówczas czołowego eksperta w dziedzinie zdrowia seksualnego, jakikolwiek stosunek był o wiele mniej nikczemnym i groźnym dla życia aktem niż masturbacja. Nasienie zostało nam dane w określonym celu i nie należy go ani marnotrawić, ani skąpić. Jefferson znał ten pogląd – i bez wątpienia go podzielał – jednak musiał szanować pamięć zmarłej żony i wystrzegać się skandalu. Doskonale wiedział, że starożytni Grecy radzili sobie z jednym i drugim, a przy okazji unikali chorób wenerycznych, wchodząc w stałe związki ze służbą domową. No i proszę! Poza tym dochodzi tu również do głosu niewielka doza eugeniki, gdyż Jefferson żywił przekonanie, że przyczynia się w ten sposób do zaludnienia Ziemi i że zbyt wielu mężczyzn, którzy piastują wysokie stanowiska, marnuje swój potencjał rozrodczy, współżyjąc z niewydolnymi kobietami. Dzieci, które urodziła mu Hemings, były krzepkie i bystre. Okazały się bardzo wydajnymi niewolnikami w jego podupadającym majątku i dopiero kiedy wkroczyły w wiek dorosły, zwrócił im wolność, dotrzymując obietnicy danej ich matce.

Jefferson analizował samego siebie za pomocą tej samej metody, którą stosował do obserwacji wszechświata i rozkopywania swojej umiłowanej wirgińskiej ziemi. Taka symetria i ład z pewnością wymagały jakiegoś projektu, a co za tym idzie – czy również projektanta? W epoce, która poprzedzała dzieło Karola Darwina (urodzonego w tym samym dniu co Abraham Lincoln), dla większości ludzi myślących taki deistyczny racjonalizm stanowił szczyt możliwości. A Jefferson wpadł na tę samą analogię, jaką sformułował przedstawiciel „teologii naturalnej” William Paley – argument zegarmistrza. Nawet człowiek, który nie wie, do czego służy zegar, potrafi go odróżnić od rośliny czy kamienia i dostrzec w nim czyjeś dzieło.

Co ciekawe, Jefferson sięgnął po tę analogię, będąc już w dosyć podeszłym wieku, gdy porównał samego siebie do „starego zegara o zużytych trybach i wytartych zębatkach, który pewnego dnia przestanie wreszcie działać”. Czy sądził, że globalne dzieło stwórcy podlega takim samym prawom? Najwyraźniej tego nie drążył. Ale był to człowiek, który potrafił się sprzeciwiać równouprawnieniu niewolników, gdyż obawiał się, że będzie ich gnębić „dziesięć tysięcy wspomnień” dawnej niedoli, a niemalże w tym samym zdaniu stwierdzał lekceważąco, że „ich zmartwienia są przelotne”.

Innymi słowy, pomimo swojej skromności i dostojeństwa Jefferson był tak samo obarczony solipsyzmem, jak wszyscy ci, którzy żyli w czasach poprzedzających wiarygodną analizę skamieniałości i śladów mikrobiologicznych. (Nie mógł pojąć, o czym wspomina w swoich Uwagach o stanie Wirginia, że w okolicznych górach na tak dużej wysokości można znaleźć skamieniałe muszle). Na szczycie wzgórza w Monticello był ośrodkiem własnego wszechświata, co sprawiało, że żył iluzją, od której nigdy nie zdołał całkowicie się uwolnić. Ale tym większe wrażenie robi relacja o jego śmierci. Pragnął zakończyć życie w sposób godny i zostać zapamiętany dzięki swoim najznakomitszym dokonaniom, mimo to najprawdopodobniej domyślał się (mówiąc Johnowi Adamsowi, że nie czuje ani nadziei, ani strachu), że nie czeka go nic oprócz zgonu.

Burstein przytacza odrażająco czułostkowy wiersz powstały na łożu śmierci, w którym Jefferson obiecuje swojej żyjącej córce, że zaniesie jej miłość „dwóm Serafinom” zmarłym przedwcześnie. Jego wersy wydają mi się ambiwalentne, gdyż chodzi w nich nie tyle o przekraczanie granicy, ile o osiągnięcie bariery nie do przebycia. „Idę do moich przodków, staję na brzegu, który wieńczy wszystkie me nadzieje albo trosk moich jest mogiłą”. W każdym razie nasuwa się refleksja, że stwórca, który dopuścił, aby dwie maleńkie córeczki zmarły na długo przed śmiercią swojego ojca, traci oparcie w naturalnym porządku rzeczy, podczas gdy odruch zwykłego współczucia usprawiedliwia tę ostatnią słabostkę umierającego i steranego życiem człowieka, na jaką sobie pozwolił, uderzając w łzawy ton. Poza tym Burstein zdążył już przedstawić w swojej książce to, co najważniejsze i łatwe do przewidzenia, czyli fakt, że autor Deklaracji niepodległości był takim samym ssakiem jak my. Jedyny element zaskoczenia jest taki, że wciąż może się to wydawać kontrowersyjne.

„The Wilson Quarterly”, wiosna 2005

Jefferson kontra muzułmańscy piraci

Recenzja książki Michaela Orena Power, Faith, and Fantasy: America in the Middle East, 1776 to the present

Kiedy przystąpiłem do pracy nad krótką biografią Thomasa Jeffersona, natrafiłem na trudności w poszukiwaniu materiałów do rozdziału poświęconego tak zwanym wojnom berberyjskim – konfliktowi, czy raczej serii konfliktów, które pozornie znikły za horyzontem zapomnianych rozdziałów amerykańskiej historii. Henry Adams, pisząc o naszym trzecim prezydencie, nawiązał do zachowanego we wspomnieniach z dzieciństwa powszechnego kultu bohatera, jaki otaczał oficera marynarki wojennej Stephena Decatura, a w innych źródłach pojawiały się różne szczątkowe fragmenty, jednak nie udało mi się natrafić na ogólne studium tematu. Kiedy zapytałem zawodowego historyka wojskowości – człowieka posiadającego bezpośredni dostęp do archiwów Departamentu Obrony – czy istnieje jakaś książka, którą mógłby mi polecić, w odpowiedzi wzruszył tylko ramionami.

Ale obecnie zainteresowany czytelnik może przebierać wśród natłoku opracowań. Ostatnio dodałem do swojej biblioteczki następujące pozycje: The Barbary Wars: American Independence in the Atlantic World Franka Lamberta (2005); Jefferson’s War: America’s First War on Terror 1801–1805 Josepha Wheelana (2003); To the Shores of Tripoli: The Birth of the U.S. Navy and Marines A.B.C. Whipple’a (1991, wznowiona w 2001) i Victory in Tripoli: How America’s War with the Barbary Pirates Established the U.S. Navy and Shaped a Nation Joshui E. Londona. A wydane nie tak dawno ogólne studium historyczne Power, Faith, and Fantasy: America in the Middle East, 1776 to the Present, którego autorem jest izraelski uczony Michael Oren, zaczyna się od obszernego rozdziału poświęconego wojnom berberyjskim. Niektóre z podtytułów, a także daty publikacji, dają jasno do zrozumienia, że zainteresowanie tym tematem jest w znacznym stopniu spowodowane serią konfliktów zbrojnych, w jakie ostatnio wdała się Ameryka na Bliskim Wschodzie, czy jak kto woli, w arabskim kręgu świata islamu. W pewnym sensie jestem zadowolony, że nie od razu było mi dane skorzystać z wszystkich tych publikacji. W swoich poszukiwaniach dotarłem do pewnych drugorzędnych źródeł, których związek z tematem nie jest tak ewidentny. Wśród nich na szczególną uwagę zasługuje znakomita książka Lindy Colley Captives, ukazująca reakcję Anglików i Amerykanów na handel żywym towarem, w którym przypadła im w udziale rola ofiar, a nie sprawców. Ilu z nas wie, że między 1530 a 1780 rokiem prawdopodobnie półtora miliona mieszkańców Europy i Ameryki było niewolnikami w muzułmańskiej Afryce Północnej? Przypominamy sobie mgliście, że Miguel Cervantes kilka lat życia spędził na galerach. A irlandzkie miasteczko Baltimore, na które napadli piraci i w ciągu jednej nocy uprowadzili większość osadników?

Proceder ten polegał raczej na handlu zakładnikami i wymuszaniu okupów i miał niewiele wspólnego z morderczą udręką na niewolniczych szlakach transatlantyckich, ale w tamtych czasach oddziaływał bardzo mocno na wyobraźnię – i chyba na nikim nie zrobił tak wielkiego wrażenia, jak na Thomasie Jeffersonie. Jego projekt Deklaracji niepodległości pierwotnie zawierał akapit potępiający Amerykę za handel niewolnikami, który później został usunięty. Kiedy przeczytałem go uważnie, po raz pierwszy zauważyłem, jak autor uszczypliwie wytyka „chrześcijańskiemu królowi Wielkiej Brytanii”, że wdaje się w „tę piracką wojnę, hańbę pogańskich mocarstw”. Trudno o jakiekolwiek wątpliwości, że to aluzja do berberyjskich zwyczajów.

Jednak bezpośrednim następstwem amerykańskiej wojny o niepodległość było umocnienie tychże samych północnoafrykańskich państw, z grubsza rzecz biorąc maghrebskich prowincji Imperium Osmańskiego, które zajmowały obszar dzisiejszej Algierii, Libii, Maroka i Tunezji. Pozbawione ochrony marynarki wojennej amerykańskie statki handlowe jeszcze częściej niż dotychczas padały łupem piratów, którzy kontrolowali Cieśninę Gibraltarską. Dlatego młode Stany Zjednoczone musiały nie tylko bronić swojej państwowości, ale również wywalczyć sobie prawo do bezpiecznej żeglugi na morzach.

Jak twierdzi Frank Lambert, jeden z historyków badających wojny berberyjskie, zapewnienie swobodnej wymiany handlowej było dla Ameryki o wiele ważniejszym motywem niż jakiś zatarg z islamem czy „tyranią”, nie mówiąc o „terroryzmie”. Lambert wystrzega się wszelkich porównań do konfliktów, które są utrapieniem naszych czasów. „Wojny berberyjskie miały przede wszystkim podłoże ekonomiczne, nie teologiczne. Nie były krucjatą, ale raczej rozwinięciem amerykańskiej wojny o niepodległość”.

Nie uważajmy takiego poglądu za przejaw redukcjonizmu. Prawdopodobnie gdyby jacyś chrześcijańscy piraci ograniczali rozwój handlu, Jefferson równie ochoczo wysłałby przeciwko nim swoje okręty. Ale nie można przejść obojętnie obok tego, co usłyszeli Thomas Jefferson i John Adams, gdy w marcu 1785 roku przystąpili do negocjacji z ambasadorem Trypolitanii w Londynie. Na pytanie, jakim prawem państwa berberyjskie napadają amerykańskie statki, biorąc do niewoli ich załogi i pasażerów, dwaj najznamienitsi wysłannicy Stanów Zjednoczonych otrzymali następującą odpowiedź: „Zostało zapisane w Koranie, że wszystkie narody nieuznające Proroka są grzesznikami, których ma się prawo i obowiązek rabować i zniewalać. I że każdy muzułmanin, który zginie w takiej walce, może być pewien, że pójdzie do raju”. (Warto nadmienić, że Stany Zjednoczone nie brały udziału w wyprawach krzyżowych ani w katolickiej rekonkwiście Andaluzji).

Ambasador Abd al-Rahman nie omieszkał wspomnieć o wielkości swojej prowizji w przypadku, gdyby Ameryka zgodziła się zapłacić haracz, który miał ją ochronić przed piratami. Była to zatem wczesna wersja dylematu „I tak źle, i tak niedobrze”, bo z jednej strony Stany Zjednoczone miały przeciwko sobie zdeprawowane mocarstwa, a z drugiej musiały stawiać czoła islamskim bojownikom lub, co gorsza, zmowie między jednymi i drugimi.

Najprawdopodobniej w tym momencie Jefferson postanowił, że gdy tylko uzyska zwierzchność nad armią amerykańską, wypowie wojnę berberyjskim królestwom. Stanowiły one ucieleśnienie dwóch instytucji, do których pałał szczególną antypatią – ustroju monarchicznego i religii popieranej przez władzę – a całkiem możliwe, że wyzbył się swoich osławionych rozterek w stosunku do niewolnictwa, kiedy zetknął się z podobnymi praktykami w krajach muzułmańskich.

Jakkolwiek by było, z całą pewnością kwestia berberyjska wywarła znaczący wpływ na debatę, która w ciągu kolejnych lat nadała kształt konstytucji Stanów Zjednoczonych. Wielu delegatów, z których każdy naciskał, aby jego rodzimy stan przyczynił się do zatwierdzenia nowego prawa, forsowało opinię, że tylko mocna unia federalna może dać odpór algierskiemu zagrożeniu. W swoim eseju opublikowanym w cyklu Federalista, artykuł nr 24, Alexander Hamilton przekonywał, że bez „federalnej marynarki wojennej […] o pokaźnej sile […] niezrównany duch przedsiębiorczości, który cechuje amerykańską flotę handlową […], zostanie stłumiony i zgaśnie”. W artykule nr 41 James Madison twierdził, że tylko unia może ochronić pozycję Ameryki na morzu przed „łupieżczymi zakusami piratów i barbarzyńców”. John Jay w swoich esejach przyjął wojowniczą postawę – wyraził przekonanie, że „algierscy korsarze oraz piraci z Tunisu i Trypolitanii” zmuszą słabe stany Ameryki do zjednoczenia, bo „im gorzej jesteśmy traktowani za granicą, tym mocniej zwieramy szeregi w kraju”. Uchwalona wreszcie konstytucja, zgodnie z którą budżet sił lądowych nie może obejmować okresu dłuższego niż dwa lata, nie nakłada takiego ograniczenia na marynarkę wojenną.

Dlatego Lambert zawęża swoją perspektywę, spoglądając na konflikt berberyjski głównie przez pryzmat ekonomii. Kształtowanie państwowości, zmiana ustroju, „rozrost zakresu misji”, kongres czy prezydent jako organ prowadzący wojnę, negocjacje czy konfrontacja, „nawiązywanie sojuszów” i „zderzenie cywilizacji” – wszystkie te kwestie narosły wokół pierwszej wojny, jaką Stany Zjednoczone miały stoczyć poza swoimi granicami. Jednak proces kształtowania państwowości odbywał się nie za granicą, ale na obszarze trzynastu kolonii, które za sprawą działań wojennych stały się czymś więcej niż republiką.

Wielu Amerykanów, a wśród nich John Adams, forsowało pogląd, że lepszym rozwiązaniem jest płacenie okupu. Przede wszystkim było to mniej kosztowne niż sparaliżowanie handlu, a walka z piratami byłaby „zbyt dużym obciążeniem dla naszych obywateli”. Stawiając sprawę jasno, oznajmił: „Nie powinniśmy przystępować do wojny, dopóki nie będziemy zdecydowani na ostateczne zwycięstwo”.

Jednak okrucieństwo, wygórowane roszczenia i nieprzejednana postawa państw berberyjskich zaważyły na decyzji. Wysokość okupu zaczęła sięgać 10 procent budżetu Stanów Zjednoczonych, które nie miały żadnej gwarancji, że chciwość nie doprowadzi do wzrostu żądań. Tymczasem z lochów Algieru i Trypolisu dochodziły niepokojące wieści o złym traktowaniu uwięzionych mężczyzn i kobiet. Wsłuchując się w słowa jednego z najbardziej kiepskich wierszy patriotycznych, jakie kiedykolwiek napisano, opinia publiczna zaczynała nabierać przekonania do wojny. Taka zmiana nastrojów za prezydentury Adamsa była korzystna z perspektywy Jeffersona, który nie sprawował żadnego urzędu i chwilowo przebywał na „zesłaniu” w Monticello. Dzięki temu mógł z dystansu krytykować scentralizowaną władzę federalistów, nawet kiedy przyglądał się budowie floty wojennej – oraz powstawaniu Korpusu Piechoty Morskiej – którą w przyszłości mógł wykorzystać do własnych celów.

Początkowo Jefferson liczył, że dowództwo nad eskadrą okrętów, która miała wzbudzić respekt wśród piratów, obejmie John Paul Jones, oficer marynarki i bohater wojny o niepodległość. Będąc ambasadorem w Paryżu, polecił Jonesa carycy Rosji Katarzynie II, która mianowała go jednym z dowódców floty czarnomorskiej zaangażowanej w wojnę z Imperium Osmańskim – hegemonem sprawującym zwierzchność nad państwami berberyjskimi. Jednak Jones zmarł, zanim udało mu się zrealizować marzenie o dotarciu do źródła problemu i zdobyciu Konstantynopola. Zadanie kierowania działaniami wojennymi spadło na Jeffersona.

Decyzję o ich rozpoczęciu, jak sądzi Michael Oren, Thomas Jefferson podjął z ociąganiem, zmuszony do niej ostatecznie zuchwałymi posunięciami Trypolitanii, która przejęła dwa amerykańskie brygi, co wywołało reakcję łańcuchową w postaci nowych żądań ze strony innych państw berberyjskich. Jestem przekonany – przemawia za tym konfrontacja z aroganckim Abd al-Rahmanem i długotrwała współpraca z Jonesem – że Jefferson od dawna szukał pretekstu do wojny. Na przeszkodzie stała jego własna partia i zapis w konstytucji, który prawo do wypowiedzenia wojny przyznawał Kongresowi. Bez zbędnych subtelności nasz trzeci prezydent ominął ten warunek i w 1801 roku wysłał do wybrzeży Afryki Północnej okręty, które miały pełnić służbę patrolową, egzekwując przestrzeganie zawartych traktatów i karząc przejawy ich łamania. Poinformował Kongres o wydaniu zgody na tę misję, dopiero kiedy flotylla była zbyt daleko, by ją zawrócić.

Po raz kolejny nieustępliwość Berberów przeważyła szalę. Pasza Trypolisu Jusuf Karamanli zażądał wyższego haraczu, a kiedy spotkał się z odmową, w maju 1801 roku wypowiedział wojnę Stanom Zjednoczonym. Tym samym doprowadził do ciężkiego ostrzału artyleryjskiego Trypolisu i uszkodzenia jednego ze swoich najważniejszych okrętów. Ale taka demonstracja siły oczywiście nie była wystarczająca. Ten obiecujący początek wywołał jednak zmianę nastrojów panujących w Kongresie, który w lutym 1802 roku przegłosował ustawę o zmianie uprawnień prezydenta, a zawarty w niej zapis o stałej obecności floty amerykańskiej na Morzu Śródziemnym i ochronie przed „trypolitańskimi korsarzami” był równoznaczny z wypowiedzeniem wojny.

Kompletna porażka, jaką było zdobycie przez korsarzy nowej amerykańskiej fregaty USS Philadelphia, stała się swoistym triumfem za sprawą Edwarda Preble’a i Stephena Decatura, którzy zorganizowali śmiały wypad i podpalili uwięzioną w zatoce trypolitańskiej jednostkę, przy okazji siejąc spustoszenie wśród obrońców oblężonego portu. Oto pojawili się bohaterowie, których mogła gloryfikować amerykańska prasa, a ich męstwo spotkało się z uznaniem nie tylko w ojczystym kraju. Sam brytyjski admirał, lord Horatio Nelson, nazwał ich akcję „najbardziej brawurowym i odważnym wyczynem stulecia”, a papież Pius VII oświadczył, że Stany Zjednoczone „zrobiły więcej dla chrześcijaństwa niż najpotężniejsze chrześcijańskie mocarstwa na przestrzeni wieków”. (Zapatrzony z nostalgią w triumf pod Lepanto Jego Świątobliwość najwyraźniej nie wiedział o traktacie trypolitańskim z 1797 roku regulującym zobowiązania finansowe, jakie Ameryka ponosiła w zamian za dostęp do Morza Śródziemnego. W jego preambule znajdowało się zastrzeżenie, że Stany Zjednoczone nie mogą kwestionować religii muzułmańskiej i nie są pod żadnym względem krajem chrześcijańskim. Oczywiście tacy zwolennicy sekularyzmu jak ja, którzy z upodobaniem przytaczają ów traktat, muszą przyznać, że jego ugodowy styl świadczy o dążeniu Ameryki do porozumienia z państwami berberyjskimi).

Temu wszystkiemu przyglądał się z dezaprobatą amerykański konsul w Tunisie William Eaton. Jego zdaniem modyfikacja linii politycznej nie wystarczała – konieczna była zmiana władzy. Miał nawet swojego kandydata. Wstępując na tron w Trypolitanii, Jusuf Karamanli postanowił się zabezpieczyć i jednego ze swoich braci zamordował, a drugiego skazał na wygnanie. Eaton zaprzyjaźnił się z wygnanym bratem, Hamidem, i przekonał go, że powinien przejąć trypolitańską koronę jako protegowany Ameryki. Taka propozycja nie spotkała się z entuzjazmem w Waszyngtonie, ale Eaton przeforsował ją, wykazując się godnym podziwu zapałem. Ujawnił przy tym wady, jakie często idą w parze z taką straceńczą odwagą – na przykład atakował sekretarza skarbu Alberta Gallatina, nazywając go „tchórzliwym Żydem”, i czynił pogardliwe aluzje do prezydenta Thomasa Jeffersona. Kilka lat później okazał się zwolennikiem zdradzieckiego spisku Aarona Burra, który dążył do secesji kilku stanów i utworzenia nowego państwa.

Aczkolwiek to, czego dokonał w 1805 roku, przeszło do historii jako przykład niespotykanej odwagi i często bywa porównywane do wyczynów T.E. Lawrence’a w Arabii. Z małym oddziałem marines, dowodzonym przez porucznika Presleya O’Bannona, i grupą najemników, których historycy, jak to zwykle bywa, nazwali „zbieraniną”, Eaton wyruszył z Egiptu i przez pustynię dotarł do Trypolitanii – podobnie jak Lawrence do Akaby – od strony lądu, a nie od morza. Atak okazał się całkowitym zaskoczeniem. W mieście Darna poddał się znacznie większy garnizon, a siły trypolitańskie toczyły zacięte walki, kiedy rozeszła się wiadomość, że Jefferson i Karamanli zawarli porozumienie, które może zakończyć wojnę. Warunki nie były zbyt skromne, a dotyczyły między innymi uwolnienia załogi Philadelphii oraz ostatecznego rozstrzygnięcia kwestii haraczu. Jefferson zadbał, aby zwrócono uwagę na fakt, że Eaton odegrał w tym wydarzeniu znaczącą rolę.

Taki przejaw wdzięczności nie powstrzymał jednak Eatona przed potępieniem traktatu pokojowego, który uznał za zdradziecki. Ale karawana szła dalej. Kolejne państwa berberyjskie, biorąc przykład z Trypolitanii, zawierały porozumienia. Należy również pamiętać, że w tym samym roku doszło do bitwy pod Trafalgarem. Lord Nelson nie był jedynym Europejczykiem, który zauważył, że na wodach Morza Śródziemnego pojawiła się nowa siła. Dla upamiętnienia tych wydarzeń Francis Scott Key napisał patriotyczną pieśń. Jak dowiedziałem się ze znakomitej książki Joshui Londona, pierwotnie jedna z jej strof brzmiała następująco:

Mężnie ruszają w bój, obcy im ból i strach,

Póki wróg się nie cofnie przed waleczną nawałą.

Butny Półksiężyc zbladł, kiedy przyćmił go blask,

Blask usianej gwiazdami flagi naszego kraju,

Gdzie każda z gwiazd się jarzy niczym kometa wojny,

A głowa w turbanie chyli się przed nią kornie.

Tedy w oliwną gałąź niechaj wplecie się laur

I bohatera skroń promienną ozdobi chwałą.

Pieśń ta stanowiła przejaw epidemii kiepskiej poezji. Jednak nieco wygładzona podczas wojny z Wielką Brytanią w 1812 roku i śpiewana na tę samą melodię, zyskała z czasem wielkie powodzenie. Podobnie było z hymnem Korpusu Piechoty Morskiej, który zaczyna się od słów: „Od pałaców Montezumy aż po Trypolisu brzeg”. Nie jest przesadą stwierdzenie, że psychologiczne następstwo tej pierwszej z wojen ukształtowało wciąż jeszcze nieokreślony charakter Ameryki.

Oczywiście jest jeszcze coś, co łączy wydarzenia z 1805 i 1812 roku. Odnowione konflikty z Wielką Brytanią na morzu i kontynencie amerykańskim, które wygasły dopiero po bitwie pod Nowym Orleanem, mogłyby nie mieć tak rozstrzygającego finału, gdyby Stany Zjednoczone nie dysponowały silną marynarką wojenną, zaprawioną w bojach u wybrzeży Afryki Północnej.

Państwa berberyjskie próbowały wykorzystać tę wojnę, znów dopuszczając się grabieży i żądając haraczy. Dlatego w 1815 roku, po krótkiej przerwie na zregenerowanie sił nadwątlonych w wojnie z Wielką Brytanią, prezydent Madison zwrócił się do Kongresu o pozwolenie na powtórną ekspedycję pod dowództwem Decatura, aby ostatecznie uregulować sytuację w Afryce Północnej. Tym razem głównym przeciwnikiem był dej Algieru Omar Pasza, który zgodził się przystąpić do rokowań, gdy Amerykanie rozbili jego flotę i wprowadzili do portu ciężko uzbrojone okręty, grożąc zbombardowaniem miasta. Algier musiał zapłacić kontrybucję, zwolnić wszystkich zakładników i zobowiązać się do zaprzestania ataków. Trudno polemizować ze słowami prezydenta Madisona, który tak skomentował tę sytuację: „Zgodnie z ustaloną polityką Ameryki pokój jest lepszy od wojny, a wojna jest lepsza od płacenia daniny. Chociaż Stany Zjednoczone nie dążą do wojny z żadnym krajem, nikomu nie będą płacić za pokój”.

Michael Oren zauważa, że ogromne wydatki związane z tą długą serią wojen po części potwierdzają słuszność przestrogi Johna Adamsa. Jednak zwróćmy uwagę na mniej wymierne czynniki. Najbardziej oczywistym z nich jest handel. Po zawarciu porozumienia z Algierem obroty amerykańskich kompanii handlowych działających na Morzu Śródziemnym ogromnie wzrosły, a Stany Zjednoczone mogły znacznie łatwiej rozszerzyć zakres swojej ekspansji gospodarczej i wpływów politycznych na nowe obszary, jak Morze Karaibskie i Ameryka Południowa. Trzeba również pamiętać o tym, co Linda Colley pisze na temat niewolnictwa. Walka z muzułmańskimi piratami, którzy uprowadzali zakładników i zmuszali ich do niewolniczej pracy, rozbudziła entuzjazm wielu wspólnot kościelnych w Ameryce i Wielkiej Brytanii, a także stała się pożywką dla licznych kampanii prasowych. Ale nawet dureń mógłby się w tym dopatrzyć polityki podwójnych standardów moralnych, kiedy na transatlantyckim szlaku między Afryką, Anglią i obiema Amerykami nadal kwitł handel niewolnikami. Dlatego wojny berberyjskie mogły się przyczynić do wzrostu pierwszych pędów abolicjonizmu.

Ale chyba przede wszystkim wojny te uświadomiły Amerykanom, że polityka międzynarodowa ma i zawsze będzie miała dla nich ogromne znaczenie. Wprawdzie Opatrzność dała im bezpieczne schronienie między wodami dwóch oceanów, ale jeśli chcieli być kimś więcej niż północnoamerykańskim odpowiednikiem Chile – długim pasem ziemi uwięzionym między górami a brzegiem morza – musieli przygotować się do morskich batalii, jak również do walki o utrzymanie niezbadanych obszarów na zachodzie kraju. Od tej pory śródziemnomorska flota marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych, w takiej czy innej formie, już zawsze miała trwać na posterunku.

No i na koniec należy wspomnieć o zasadach. Byłoby to uproszczenie, gdyby powiedzieć, że w naturze Ameryki leży coś, co kłóci się z niewolnictwem i tyranią. Jednak czy nie jest przesadą stwierdzenie, że wielu Amerykanów widzi zasadniczą rozbieżność między polityką państw berberyjskich a ich własną? I czy nie jest miłe, kiedy interes wolnego handlu może iść w parze z wolnością człowieka? Na koniec zacytuję parę strof Josepha Rudyarda Kiplinga, którego wiersz Dane-Geld jest o wiele doskonalszy niż wszystko, co wyszło spod pióra Francisa Scotta Keya.

Bitną nację zawsze kusi, żeby w odwiedziny ruszyć

Do sąsiada, wysyłając hufiec zbrojny,

I powiedzieć tak: „Dzisiaj o świcie

Przekroczyliśmy waszą granicę,

Więc zapłaćcie nam, jeśli nie chcecie wojny”.

I takimi oto słowy

Nieproszony gość tłumaczy,

Że odstąpić jest gotowy,

Gdy daninę mu zapłacisz.

Kipling prezentuje kolejne stadia upokorzenia będące udziałem każdego państwa, które godzi się na takie ustępstwa, a potem podsumowuje:

Błędem ulec jest naciskom w strachu, że utracisz wszystko,

Gdy twe ziemie wojowniczy lud najedzie.

Zatem gdy się będą srożyć, abyś im daninę złożył,

Twardo stanąć musisz i tak odpowiedzieć:

„Nie ma mowy, zapomnijcie o zapłacie,

Nawet jeśli wiele nie żądacie,

Ale nam tej straty nic nie wynagrodzi,

Bowiem mieści się w tej cenie niewola i poniżenie

I już przepadł każdy, kto się na nią godzi!”.

Chyba szczęśliwie się złożyło, że Stany Zjednoczone musiały przejść taką próbę i przyswoiły sobie tę mądrość na tak wczesnym etapie swojej państwowości.

„City Journal”, wiosna 2007

Benjamin Franklin – wolny i chętny

Recenzja książki Jerry’ego Weinbergera Benjamin Franklin Unmasked

Wiele lat temu nadszedł moment, kiedy postanowiłem zgodzić się na chrzest swojego pierworodnego. Chodziło o to, żeby zadowolić rodzinę jego matki. Niemniej musiałem ścierpieć trochę uszczypliwości ze strony wierzących przyjaciół: jak ten stary ateista mógł tak łatwo się zaprzedać? Postanowiłem zablefować i odpowiadałem ze śmiertelną powagą: „Cóż, nie chciałem, żeby jego dziecięca duszyczka poszła do piekła albo do czyśćca tylko dlatego, że poskąpiłem jej odrobiny wody święconej”. Często reakcje okazywały się bezcenne – na twarzach kilku moich rozmówców pojawiło się wyraźne zakłopotanie wywołane tak dosłowną wykładnią ich własnych poglądów.

A teraz przejdźmy do krótkiego eseju Benjamina Franklina How to secure Houses, & c. from LIGHTNING (Jak ochronić domy i tym podobne przed piorunem), który zaczyna się od słów: „Podoba się Bogu w jego łaskawości dla rodzaju ludzkiego, że nareszcie wynaleziono sposób na zabezpieczenie domostw i innych budynków przed szkodą ze strony gromów i piorunów”.

Następnie Franklin przechodzi do opisu urządzenia, które jest najzwyklejszym przewodnikiem prądu. Możecie uwierzyć, jeśli chcecie: autor przytoczonego zdania faktycznie był przekonany, że Bóg odmawiał ludzkości tego dobrodziejstwa aż do połowy XVIII stulecia po narodzeniu Chrystusa. Albo możecie uznać, że przez nadmierną skromność postanowił zbagatelizować albo przemilczeć swoją doniosłą rolę w „odkryciu” elektryczności. Możecie też się zastanawiać, czy celowo wyszydził religijny światopogląd, opisując swój wynalazek tak prostodusznie, lecz zarazem w sposób, który wzbudza niepokój nawet wśród najbardziej łatwowiernych czytelników.

Sam wyszukałem to zdanie po lekturze znakomicie napisanej i fascynującej książki, w której Jerry Weinberger prezentuje i analizuje dokonania najbardziej błyskotliwego z ojców założycieli. Zawarte w tytule słowo „zdemaskowany” celowo prowokuje i wprowadza w błąd, gdyż pasuje do dzieła opartego na drobiazgowej, oderwanej od kontekstu analizie i straussowskich ciągotach do ezoteryki. Książka ta nie ujawnia pasji Benjamina Franklina do płci pięknej, choć nie brakuje w niej nawiązań do tego intrygującego tematu. To raczej próba opisania aniżeli zdarcia masek, które Franklin nosił w swoim długim i zawiłym życiu.

Ludzie dzielą się na dwa rodzaje – jedni czytają osławiony Żywot własny Franklina z uroczystą miną, a drudzy podczas lektury śmieją się w głos. Od stuleci jego autobiografia uchodziła za swego rodzaju przewodnik moralny, który polecano zwłaszcza dorastającym chłopcom – coś na kształt późniejszych powiastek Horatia Algera, tylko cieszące się większym splendorem dzięki sławie autora. Ale Weinberger nie jest przedstawicielem sztywniackiej szkoły. Dopóki nie skończyłem jego książki, celowo wstrzymywałem się od powtórnej lektury Żywota własnego, którą nieustannie ktoś mi przerywał – siedziałem w pewnym barze w Annapolis – prosząc o opowiedzenie jakiegoś dowcipu. Kiedy wskazywałem na okładkę, z niemałą satysfakcją obserwowałem pełne rozbawienia miny.

Prawie na samym początku robi się zagadkowo, kiedy Franklin wyznaje, że swój styl prowadzenia sporów wypracował za sprawą należącej do ojca Books of Dispute about Religion. Zaznacza, że „ludzie rozumni rzadko hołdują temu zwyczajowi z wyjątkiem prawników, profesorów i różnych ludzi wychowanych w Edynburgu”5. Brzmi to cierpko, ale tylko trochę sarkastycznie, jeśli w ogóle. Kilka stron dalej autor skarży się na despotyczne zapędy brata, który uczynił go swoim czeladnikiem i posuwał się do rękoczynów, jednak przyznaje, że był to „skądinąd zresztą człowiek łagodnego usposobienia. Kto wie – może sprowokowałem go zbyt zuchwałą postawą”6. Niewątpliwie jest to przykład czegoś, co nazywam „moralnym ju-jitsu” (więcej na ten temat później), gdzie udawana pokora działa jak smagnięcie biczem. Wkrótce potem natrafiamy na farsowy motyw sprawiedliwej kary, kiedy Franklin opowiada o niesympatycznym panu Keimerze, właścicielu filadelfijskiej drukarni, który był jego pierwszym szefem. Młody Ben rzucił temu odstręczającemu sabatarianinowi wyzwanie, nakłaniając go do trzymiesięcznego postu, podczas którego obaj mieli odmawiać sobie wszelkich potraw mięsnych.

Z przyjemnością żywiłem się jarzynami, ale biedny Keimer cierpiał przeraźliwie, zniechęcił się do swoich planów, tęsknił za tęgim kawałem mięsiwa i wreszcie zamówił pieczeń wieprzową. Zaprosił na ten obiad mnie i dwie znajome panie. Ale że pieczeń zbyt wcześnie podano, nie oparł się pokusie i zjadł wszystko, nim jeszcze przyszliśmy7.

Ta rubaszna scena, w której pognębiony obłudnik rozprawia się z całym prosiakiem, jest przykładem geniuszu komicznego. A zaledwie kilka stron wcześniej poznajemy Keimera, który widząc, że gubernator poświęca uwagę jego młodemu praktykantowi, czuje się urażony i patrzy „oczyma konającego wieprza”8. Opis wieprzowej uczty stanowi trafne dopełnienie sceny, w której Franklin postanawia wyrzec się diety wegetariańskiej. Gdy przyglądając się patroszeniu dużych ryb, zauważał mniejsze okazy w ich brzuchach, nabrał przekonania, że nie będzie w tym nic zdrożnego, jeśli znów zacznie się nimi posilać. Możecie to potraktować jako anegdotę o żywieniu służącą umoralnianiu młodzieży, ale pamiętajcie o prowincjonalnym ateiście, bohaterze powieści Petera De Vriesa Slouching Towards Kalamazoo, niezdolnym pojąć bóstwa, które stworzyło wszystkie gatunki drapieżnikami, a potem zesłało im przykazanie zakazujące zabijania.

„Zostaliśmy stworzeni jako chorzy, a potem dostaliśmy nakaz ozdrowienia”. To jedna z pierwszych, najprostszych i najbardziej dobitnych maksym satyrycznych, które ostatecznie rozwiewają iluzję wiary. Franklin dobrze znał to obrazoburcze zdanie i posłużył się nim w 1730 roku, pisząc swój Dialogue Between Philocles and Horatio. Weinberger chwyta się kurczowo tych jawnych i skrywanych poglądów na temat religii i posługuje się nimi jak nicią Ariadny, wędrując przez labirynt zróżnicowanego dorobku piśmienniczego Franklina. Pierwszym i najbardziej oczywistym jego celem są ci, którzy rzeczywiście potraktowali Żywot własny dosłownie. Nie jest żadnym zaskoczeniem, że znalazł się wśród nich D.H. Lawrence, któremu chyba żaden śmiertelnik nie mógłby dorównać brakiem poczucia humoru. Ale o zdumienie może nas przyprawić wyznanie Marka Twaina, że autobiografia Benjamina Franklina uprzykrzyła życie jego Tomkom i Huckom, gdyż teraz muszą dźwigać dodatkowe brzemię pruderii i nakazów moralnych, narzucone im przez tych, którzy postanowili „udoskonalić” ich za wszelką cenę.

Jednak oddając sprawiedliwość Twainowi, bądź co bądź słynącemu z zamiłowania do mistyfikacji i żartów, trzeba zaznaczyć, że pisarz prawdopodobnie nie znał pierwszych anonimowych wprawek dziennikarskich Franklina, publikowanych w Massachusetts pod pseudonimem Silence Dogood, który raczej zbyt łatwo mógł go zdradzić. Jeśli ktoś pisał, jakby naśladował Bonifacius Cottona Mathera, czyli „esej o czynieniu dobra”, jak głosił podtytuł, tak rażąco podkopując styl i przesłanie tego dzieła, musiał wynagradzać czytelnikom nudę, która przepełniała niejedną niedzielę w Nowej Anglii. Na opublikowany w 1747 roku Speech of Miss Polly Baker, w którym pospolita dziwka wygłasza potoczystą mowę, broniąc swojego prawa do urodzenia nieślubnego dziecka, prawie wszyscy dali się nabrać. Prawdopodobnie mamy rację, nazywając tamte czasy wiekiem niewinności, gdyż obrona panny Baker (kobieta nie jest w stanie samodzielnie się utrzymać, nie potrafi zrozumieć natury swojego występku i jest bliska przyznania się do wszystkich swoich błędów i porażek) wzbudziła osłupienie i niepokój. Zdumiewające jest tylko, kiedy już zwietrzymy podstęp, jak udało się Franklinowi wykpić współczesnych faryzeuszy za pomocą tak pospolitego i taniego zagrania. W swojej autobiografii opowiada nawet o tym, że wielką przyjemność zaczęło mu sprawiać podrzucanie anonimowych elaboratów do redakcji gazety, by potem móc się przyglądać, jak miejscowi ważniacy łamią sobie głowy, próbując dociec, kto jest ich autorem. Patrząc na powszechnie znane portrety Franklina, na których przedstawiany jest w okularach, w kwakierskim samodziałowym ubraniu i z długimi siwymi włosami, zawsze odnosiłem wrażenie, że ma w sobie coś z matrony. Minęło wiele lat, zanim zdałem sobie sprawę, że w młodości, przynajmniej jako pisarz, potrafił całkiem nieźle udawać kobietę. A zatem jedną maskę mamy już z głowy.

W swoim dziele Persecution and the Art of Writing, które – jak przypuszczam – profesor Weinberger zna prawie na pamięć, Leo Strauss poczynił zaskakująco przyziemne spostrzeżenie, że najlepszym sposobem na uniknięcie gniewu cenzora jest przeprowadzenie na pozór bezstronnej dyskusji, w której poglądy budzące niechęć cenzora spotkają się z bezpośrednim potępieniem. Wystarczy tylko odrobina wyrafinowania, aby przedstawić owe poglądy w trochę bardziej korzystnym świetle, niż mogłoby się to spodobać cenzorowi. A wielu dało się w ten sposób zwieść albo pozbawić złudzeń, nawet jeżeli w dyskusji nie było zamierzonego zwrotu. (W powieści De Vriesa znajduje się zabawna scena: małomiasteczkowy ateista wdaje się w publiczny spór z miejscowym duchownym i każdy z nich odnosi całkowite zwycięstwo).

Nie ulega wątpliwości, że Franklin posiadał odpowiednie usposobienie do uprawiania takiej dialektyki. Nawet mówi do nas z otwartą i przyjazną miną:

Wpadły mi w ręce książki pisane przeciw deizmowi; stanowiły one, o ile wiem, główną treść kazań wygłaszanych w ramach odczytów Boyle’a. Tak się jednak złożyło, że wywarły na mnie wpływ wprost odwrotny do intencji, w jakich były pisane; albowiem przytaczane tam w celu obalenia argumenty deistów wydawały mi się znacznie mocniejsze od kontrargumentów9.

Ale nie koniec na tym. Franklin przedstawia czytelnikowi zasady deizmu, choć jest całkowicie niemożliwe, aby w nie wierzył. A może to prawda, że kiedyś na podstawie cech przypisywanych Bogu, „jego nieskończonej mądrości, dobroci i potęgi”, doszedł do wniosku, „że nic na świecie nie może być złego, występek zaś i cnota są próżnym rozróżnieniem nieistniejących w rzeczywistości zjawisk”10? Wszystko w jego życiu i twórczości świadczy przeciwko takiej ewentualności, a Weinberger żartobliwie umieszcza w swojej książce wyjaśnienie, jaka jest różnica między „twardym”, „miękkim” i „bardzo miękkim deizmem”. Tylko skrajnie twardy deista zaprzecza istnieniu wolnej woli, ale nawet wtedy pogląd, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów, jest oparty na tautologicznym wniosku, że świat, w którym żyjemy, przede wszystkim jest z założenia jedynym możliwym. Franklin nigdy nie był optymistą pokroju Panglossa, a jego śmiała opinia na temat konsekwencji, do jakich może doprowadzić takie przeświadczenie, była spójna z poglądami Woltera.

Wydaje się, że Franklin ujawnia swoje prawdziwe aspiracje tylko przez pozorne odżegnywanie się od nich i zaprzeczanie im. Mniej więcej w połowie Żywota własnego, gdy jesteśmy już oswojeni z jego podejrzliwością wobec wszystkich Kościołów państwowych, opisuje swój powzięty w 1731 roku zamysł uzdrowienia świata za pomocą Zjednoczonego Stronnictwa Cnoty. Planowano, że powstanie ono „przez utworzenie z cnotliwych i dobrych ludzi wszystkich narodów jednolitej organizacji rządzonej przez dobre i mądre prawidła”. To ewidentnie banalne przedsięwzięcie miało obejmować „wyznanie wiary”, łączące w sobie podstawowe „założenia każdej ze znanych religii”, ale wolne „od wszystkiego, co nauczycieli owych religii mogłoby oburzyć”11. Tak jakby nikt nie brał pod uwagę oporu ze strony ludzi pobożnych – problem do przewidzenia w tej i w każdej innej epoce. Manifest partii zawierał garść ekumenicznych frazesów o jednym Bogu, opatrzności bożej, nagrodzie dla cnotliwych i ukaraniu występnych, „albo tu, albo też później”, ale zasadnicza różnica tkwiła w punkcie, który zastrzegał, że „najmilsze Bogu jest czynienie ludziom dobra”12. Wyłożywszy starannie to z gruntu humanistyczne orędzie, które zajęło dwie strony, Franklin zdaje się popadać w zwątpienie, gdy pisze, że z powodu innych zajęć jest zmuszony odłożyć spełnienie tego zamysłu na później. Weinberger jest przekonany, że stało się wręcz odwrotnie i Franklin uczynił z tego przedsięwzięcia dzieło swojego życia, które realizował bez rozgłosu – zawsze nawiązywał kontakty z naukowcami i myślicielami, a nawet, choć z pewnym opóźnieniem, przestał popierać niewolnictwo i stał się orędownikiem równouprawnienia. Pewien fakt przemawia za tym, że profesor ma rację. Na przykład decyzję Franklina o przystąpieniu do masonerii można interpretować przede wszystkim jako przejaw antyklerykalizmu, ale również jako dowód przywiązania do braterskiej wspólnoty ponad granicami. Kolejnym dowodem jest typowy dla Franklina dowcip – przywiązując wielką wagę do konwenansów, skromności i gospodarności, zasugerował z całkowitą powagą, aby jego partia prawości nazywała się „Stowarzyszenie Wolnych i Chętnych”13.

To dzięki prostym sentencjom rodem z haftowanych makatek traktujących o skromności i gospodarności stał się bogaty i zyskał sławę wśród czytelników Almanachu biednego Ryszarda. I to właśnie te maksymy, zebrane i wygładzone w ostatnim numerze almanachu, a potem wydane pod szumnym tytułem Droga do dobrobytu tak bardzo rozdrażniły Marka Twaina, że skrytykował je jako „pełne niechęci do chłopców” i „wielką manifestację skleconą z truizmów, które uchodziły za nudne banały już w czasach wieży Babel”. Nie dostrzec sedna sprawy jest równie fatalnie, jak nie zrozumieć dowcipu. Kiedy powtórnie sięgnąłem po Drogę do dobrobytu, żeby spojrzeć na nią z perspektywy Jerry’ego Weinbergera, trudno mi było uwierzyć, że kiedykolwiek ktoś mógł potraktować tę książkę choćby z odrobiną powagi. Kiedy pracowałem w redakcji „New Statesman”, pewnego razu zorganizowaliśmy słynny weekendowy konkurs, w którym czytelnicy mieli nadsyłać wymyślone przez siebie perełki skretyniałej mądrości ludowej. Dwa zwycięskie przysłowia, które do dziś pamiętam, brzmiały: „Ten kopie najgłębiej, kto najgłębiej kopie” i „Sowa w sieci nie poleci”. Wiele epigramatów i aforyzmów Biednego Ryszarda miało o wiele niższy poziom. Mój ulubiony przykład – „Trudno, żeby pusty worek stał prosto” – z pewnością nie świadczy o tym, że sam Franklin był przekonany o wysokim poziomie swojego słynnego dowcipu. Wydaje mi się, że cała forma Drogi do dobrobytu jest „odskocznią” od przeżyć Chrześcijanina na Targowisku Próżności w Wędrówce Pielgrzyma. A pokrzepiające napomnienia (znakomitym przykładem jest „Kot w rękawiczkach nie złowi ani jednej myszy”) są tak durne, że w głowie się nie mieści, iż stare porzekadło „Bóg dba o tych, którzy dbają o siebie” pochodzi z tej samej antologii mądrości.

W Żywocie własnym Franklin często chwali się swoim moralnym ju-jitsu, jednak z jego stosowaniem zawsze pozornie się wstrzymywał, pozwalając, aby przeciwnicy w dysputach najpierw wymierzali ciosy w powietrze, a potem przyjmowali jego opinie jako własne. Jednak nie mogło mu ono przynieść tyle radości, ile dały mu pieniądze i poklask ludzi, którzy nie zdawali sobie sprawy z jego żartów. Wokół nas jest pełno wskazówek, trzeba tylko nauczyć się ich szukać, jak to było w przypadku Osborne’a, zmarłego młodo przyjaciela Franklina.

Zawarłem z nim bardzo poważny układ, że ten z nas, który umrze pierwszy, odwiedzi drugiego i opowie mu, co się dzieje w owym nieznanym świecie. Nigdy jednak nie dotrzymał swej obietnicy14.

Trudno o bardziej potrzebną książkę w czasach, gdy różni krzykacze próbują poprawiać historię Ameryki i przedstawiają ojców założycieli jako ludzi, którzy wierzyli w chrześcijański naród. Na koniec zacytuję przebiegły komentarz Franklina na temat wielebnego Whitefielda, który zasłynął jako znakomity kaznodzieja, ale zapisując swoje kazania, naraził się na zaciekłą krytykę. „Zwroty nierozważne czy nawet błędne poglądy wypowiedziane w kazaniu można później wyjaśnić czy uzupełnić albo też ich się zaprzeć, ale littera scripta manet”15. Otóż to, s ł o w o p i s a n e t r w a ć b ę d z ie. A stary drukarz zostawił pod dostatkiem słów, aby wzbudzać zachwyt następnych pokoleń i przypominać nam nieustannie o przyjemnościach ukrytych między wierszami.

„The Atlantic”, listopad 2005

John Brown – człowiek, który skończył z niewolnictwem

Recenzja książki Davida S. Reynoldsa John Brown, Abolitionist

Kiedy Abraham Lincoln przyjął na audiencji Harriet Stowe, podobno powitał ją, mówiąc, że jest małą kobietą, która wywołała wielką wojnę. Ta powtarzana z tkliwością anegdota jest świadectwem wciąż obecnej w naszej kulturze skłonności do hagiografii w stylu Parsona Weemsa. Wzruszający do łez sentymentalizm Chaty wuja Toma bynajmniej nie doprowadził do wybuchu wojny domowej. To raczej zabójcza nieustępliwość Johna Browna, która hartowała się na bezlitosnych preriach Kansas, by znaleźć ostateczne spełnienie w Harpers Ferry. John Brown był człowiekiem, od którego Abraham Lincoln wytrwale się odżegnywał, dopóki nie nadszedł czas, kiedy sam był zmuszony przyjąć politykę „walki na noże”, jak z wielką dumą określali to rzecznicy niewolnictwa.

David Reynolds stawia sobie za cel wyjaśnienie kilku nieporozumień, jakie narosły wokół tego pobożnego zgreda (mam na myśli Browna, nie Lincolna). Należy do nich przeświadczenie, że był szaleńcem i miał mordercze zapędy, a jego atak na arsenał był z góry skazanym na klęskę przejawem donkiszoterii. Rozstrzygające znaczenie ma tutaj kontekst tych wydarzeń. Autor w godny podziwu sposób dowodzi, że Brown, daleki od obłąkańczego fanatyzmu, był poważnym spadkobiercą rewolucji angielskiej i amerykańskiej, którego czyn wyprzedził Proklamację emancypacji oraz wszystkie jej następstwa.

Przypuszczalnie aż do 1850 roku „osobliwa instytucja” niewolnictwa miała szansę trwać w nieskończoność na polubownych zasadach. Jednak wygórowane żądania i arogancja „niewolniczego lobby” zaprzepaściły wszelkie porozumienia. Przyszłym konfederatom przestało wystarczać samo utrzymanie wpływów na południowo-wschodnim przyczółku, toteż usiłowali wprowadzić swój system prawny, który zezwalał na posiadanie niewolników, na nowych obszarach i wciągnąć w niego całą Unię. Wymownym symbolem ich buty jest ustawa o zbiegłych niewolnikach z 1850 roku, która pozwalała właścicielom na ściganie uciekinierów również na terenie „wolnych” stanów. Idea secesji, czyli separatyzmu, pierwotnie rozwinęła się wśród abolicjonistów, którzy przeciwstawiali się tym potwornym nadużyciom. Tacy ludzie jak William Lloyd Garrison sięgali po słowa z Księgi Izajasza, opisując konstytucję Stanów Zjednoczonych jako „przymierze ze śmiercią i porozumienie z piekłem”, i nawoływali swoich zwolenników, aby „niezwłocznie wystąpili i stali się odrębnością”. (Tak się składa, że ten hermeneutyczny izolacjonizm niczym nie różni się od tego, którego głosicielami są dzisiaj Ian Paisley i twardogłowi prezbiteriańscy dogmatycy z Irlandii Północnej).

To obrońcy wartości, które znalazły wyraz w aktach uchwalonych w 1776 i 1789 roku, pomagali niewolnikom zrzucić jarzmo bezprawnej tyranii. Protolibertarianin i anarchista Lysander Spooner przekonywał, że żaden zapis konstytucji nie popiera otwarcie niewolnictwa. Wspomógł go republikanin Frederick Douglass, któremu również zależało, aby Stany Zjednoczone funkcjonowały zgodnie z prawnymi podwalinami swojej państwowości, zamiast je podważać albo negować. Tymczasem demokraci bez żenady opowiadali się za rozprzestrzenianiem niewolnictwa, a Lincoln godził się na kolejne upokarzające ustępstwa, żeby – jak niezmordowanie powtarzał – „ocalić Unię”.

John Brown mógłby z łatwością zdystansować Williama Lloyda Garrisona, potępiając w biblijnym stylu plagę niewolnictwa. Mógłby również bez trudu przewyższyć swoją gorliwością Lysandera Spoonera w nawoływaniu do zrywu, który władze nazwały „powstaniem niewolników”. Całkowicie zgadzał się z Douglassem, że Unia powinna uniknąć rozpadu i przetrwać. Nie potrafił jednak znaleźć złotego środka między „przetrwaniem” a stopniową emancypacją, ponieważ widział całkiem wyraźnie, że szala przechyla się na drugą stronę i to raczej niewolnicze lobby obejmuje swoimi wpływami i podporządkowuje sobie Północ, a nie na odwrót. Dlatego pomimo swojego oddania Unii był gotów uznać rząd federalny za wroga.

Pochodzący z Nowej Anglii (prawdopodobnie jego przodkowie byli osadnikami z Mayflowera) John Brown był wyznawcą surowego kalwinizmu w wydaniu Jonathana Edwardsa, który kładł szczególny nacisk na przeznaczenie, „wybranych przez Boga” i żarliwą wiarę w wiekuiste potępienie grzeszników. W kilku budzących grozę przykładach Reynolds przedstawia kulturę kar cielesnych i okrutnej surowości, w jakiej dorastał Brown i w jakiej wychował dwadzieścioro swoich dzieci. Łatwo dostrzec, w jaki sposób taka kombinacja dogmatyzmu i dyscypliny mogła stać się pożywką dla nieustannych plotek o jego częściowej niepoczytalności (co najmniej jeden z synów Browna cierpiał na zaburzenia psychiczne). Jednakże na tle historii jego długofalowych przemian są to bardzo ryzykowne spekulacje.

Przy całym swoim przywiązaniu do ortodoksyjnego kalwinizmu Brown okazał się oddanym zwolennikiem szkoły filozoficznej Emersona i Thoreau, prekursorów transcendentalizmu. Nawiązał znaczące przyjaźnie w tych kręgach i korzystał z pomocy Tajnej Rady Sześciu – wpływowych popleczników, którzy zapewniali mu pieniądze, a nawet broń. Musiał zdawać sobie sprawę, że pod względem religijnym nie jest to prawowierna grupa, a w obliczu nie mniej decydującej kwestii, czyli wyznania przyszłych radykalnych bojowników, którzy mieli stanowić jego bezpośrednią świtę, ochoczo wybierał Żydów, Indian, deistów i agnostyków. Jednak przede wszystkim nalegał, żeby rekrutować czarnych. Od początku wyróżniał się tym na tle większości abolicjonistów, którzy woleli działać raczej na rzecz niewolników niż z nimi. Ale Brown jako dwunastolatek zaprzyjaźnił się z niewolnikiem w podobnym wieku i zapewne to doświadczenie w stylu Hucka Finna pozwoliło mu zrozumieć sens ludzkiej natury. Później zapoznał się z historią życia i dokonań Nata Turnera oraz zbuntowanego Haitańczyka, Toussainta L’Ouverture’a, po czym doszedł do wniosku, że powszechna rebelia uciśnionych jest bardziej naglącą potrzebą niż odgórnie wprowadzone równouprawnienie.

Byłem wielce zaintrygowany, dowiedziawszy się, że jego idolem był również Oliver Cromwell, którego „armia nowego wzoru” rozgromiła bluźnierczą monarchię w Anglii i ustanowiła rządy purytanów. Zrewidowany wizerunek Cromwella, który jawi się raczej jako wyzwoliciel aniżeli królobójca, przewija się w latach czterdziestych XIX wieku w twórczości Thomasa Carlyle’a i stanowi tło przyjaźni szkockiego historyka z Emersonem. Współczesny nowojorski pisarz Joel Tyler Headley „przetworzył” na potrzeby rynku amerykańskiego, jak to ujął Reynolds, dzieła Carlyle’a, przedstawiające Cromwella jako prekursora wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych, a także integratora „religii, idei republikańskich i przemocy”. (Wydaje się prawdopodobne, że Brown raczej od niego czerpał wiedzę na temat Cromwella – jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, aby cenił Carlyle’a, który wyrzekł się kalwinizmu, a co gorsza, w celu usprawiedliwienia niewolnictwa w Indiach Zachodnich opublikował w 1849 roku rozprawę The Occasional Discourse on the Negro Question. Reynolds nie porusza tego niezręcznego paradoksu).

Reynolds koncentruje się na trzech najbardziej krwawych i dramatycznych wydarzeniach w działalności Browna: ataku na osadę nad Pottawatomie, bitwie pod Osawatomie z okresu walk w Kansas oraz kulminacyjnym starciu w Harpers Ferry. Lektura tej obszernej relacji pozwala zdać sobie sprawę, że Brown, który daleki był od popędliwości i nie tak łatwo wpadał w gniew, posiadał zdolności prowadzenia długofalowych działań. Oczywiście przybył do Kansas, gdyż ów stan zamienił się w pole bitwy, kiedy połowa Unii była „wolna”, a połowa „niewolnicza”. Popierający niewolnictwo osadnicy i dywersanci z Missouri zamierzali skolonizować to terytorium, a potem tłumnie ruszyć do lokali wyborczych, często za przyzwoleniem nieudolnych i tchórzliwych prezydentów, między innymi Franklina Pierce’a. Dopóki na scenę nie wkroczył Brown, niewolnicze lobby naginało wszystko do swoich potrzeb i przywykło do stosowania wszelkich dostępnych metod. Po zamordowaniu abolicjonistycznego dziennikarza Elijaha Lovejoya, a zwłaszcza po słynnej napaści kongresmana Prestona Brooksa na senatora Charlesa Sumnera, Brown zdecydował się na odwet i pewnej nocy zaszlachtował kilku czołowych rzeczników niewolnictwa z Kansas. Nie ulega wątpliwości, że była to tylko niewielka część rewanżu, chociaż Reynolds nerwowo określa ten czyn jako „akt terroru” i poświęca mnóstwo czasu oraz atramentu, starając się częściowo go usprawiedliwić.

Wyraźnie widać zbyteczność takich działań. Właściciele niewolników nie tylko dopuścili się znacznie liczniejszych okrucieństw, co uszło im bezkarnie, ale zaczęli się chełpić, że osadnicy z północnych stanów i Nowej Anglii są słabowici od urodzenia i brak im „rycerskości” oraz obycia z rzemiosłem wojennym. Czy mogli trafić na bardziej odpowiedniego przeciwnika niż John Brown, który nie zważając na własne bezpieczeństwo, napełniał grzeszników bojaźnią przed Chrystusem zmartwychwstałym? Każdy rycerz powinien zmierzyć się z takim „okrągłogłowym”. Po rzezi nad Pottawatomie południowcy przestali się chełpić, a bardziej konwencjonalna potyczka pod Osawatomie i przeprowadzona z zimną krwią akcja odbicia niewolników, którzy potem zostali przemyceni do Kanady, uświadomiły im, że żarty się skończyły. Co więcej, ich gorączkowa reakcja na tę sytuację i głupia skłonność do przedstawiania Browna jako agenta Partii Republikańskiej sprawiały, że słabym zwolennikom Lincolna było coraz trudniej zapanować nad problemem niewolnictwa.

Działania w Kansas i długa tułaczka na szlaku kolei podziemnej były w gruncie rzeczy manewrem mylącym. Brown wiedział, że jego stronnicy i ofiarodawcy z Nowej Anglii zapewnią mu pieniądze, a nawet broń, na realizację takich pomniejszych zadań. Zamierzał jednak przeznaczyć te środki na znacznie większy cel i uniemożliwić partii Lincolna kolejne ustępstwa. Od lat obserwował uważnie przygraniczne miasteczko Harpers Ferry, położone u zbiegu rzek Shenandoah i Potomac, w dogodnym dla ewentualnych walk partyzanckich miejscu u podnóża gór Allegheny.

Reynolds dowodzi, że od strony strategicznej nie był to wcale tak straceńczy plan, jak często się go przedstawia. Mieszkańcy tej północno-zachodniej części Wirginii byli generalnie przychylni abolicjonistom i Unii (w 1862 roku region ów odłączył się jako nowy wolny stan – Wirginia Zachodnia – i jest to jedyny podział z tamtej epoki, który przetrwał do dziś). Jesień była okresem zbiorów i wtedy też wśród przepracowanych niewolników nasilało się niezadowolenie. A do tego atmosfera polityczna w kraju stawała się coraz bardziej napięta i zaostrzały się antagonizmy.

Oczywiście atak na Harpers Ferry zakończył się niepowodzeniem, ale odwaga i opanowanie Browna, jakimi wykazał się po upokarzającej klęsce, zrobiły wrażenie nawet na jego przeciwnikach, którzy oświadczyli, że więzień nie przejawia oznak obłędu, jest przytomny i elokwentny, a także pewny siebie. Pomówienie o niepoczytalność rozpowszechniali bardziej chwiejni członkowie obozu antyniewolniczego, którzy czynili bojaźliwe uniki, kiedy południowa prasa, wykorzystując okazję, utożsamiała ich z Brownem. Jednak ulegając własnej propagandzie i powszechnej panice, jaka była następstwem nieudanego zrywu, Południe nabrało przekonania, że wojna jest nieuchronna, a Lincoln (który odżegnał się od Browna w swojej kampanii przeciwko Douglasowi i w słynnym przemówieniu w Cooper Union) jest w głębi duszy zwolennikiem Browna. To, co wydarzyło się sześć lat po Harpers Ferry, jest przykładem nie tyle proroctwa Browna, ile samospełniającej się przepowiedni jego wrogów. Oto jak Reynolds opowiada tę niesamowitą historię:

Dowódcą oddziału, który pojmał Browna, był Robert E. Lee. Po klęsce pod Gettysburgiem Lee wycofywał się tą samą drogą, którą Brown zmierzał do Harpers Ferry w nocy przed atakiem. Porucznikiem, który kazał Brownowi złożyć broń, był J.E.B. Stuart, później cieszący się uznaniem oficer kawalerii w armii Lee. Do oficerów nadzorujących egzekucję Browna należał Thomas Jackson, który niedługo potem zasłynął jako generał Stonewall. Jednym z żołnierzy obecnych przy straceniu Browna był dziarski aktor z Południa, John Wilkes Booth.

Nawet jeżeli nie dowodzi to słuszności poglądów Browna, według których wszystko zostało zaplanowane przez Wszechmogącego jeszcze przed stworzeniem świata, z pewnością sprawia, że włos jeży się na głowie. Podobnie jak słowa Lincolna, który w przemówieniu z okazji zaprzysiężenia na drugą kadencję stwierdził, że każda kropla krwi przelana pod batem będzie odkupiona krwią z ran od miecza, a fortuny zbudowane na niewolniczej pracy czeka ostateczny upadek. Definitywna rozprawa z niewolnictwem i secesją, którą sam Lincoln nazwał jednym wielkim „najazdem Johna Browna” na Południe, miała taki rozmach, że mogłaby wywołać chłodny uśmiech na surowej twarzy Olivera Cromwella. „Marsylianka” tej krucjaty (Hymn Bojowy Republiki, który ukazał się po raz pierwszy, podobnie jak inne ważne publikacje z czasów przymierza Browna i Emersona, na stronach tego miesięcznika) była adaptacją piosenki o Starym Brownie spod Osawatomie, którą śpiewała piechota Unii. Określenie „donkiszoteria” kojarzy się z walką o przegraną sprawę. Harpers Ferry to pierwsza klęska, ale również brzemienny w skutki triumf w tej przesądzonej sprawie, właśnie dlatego, że było jak sygnał trąbki, która nigdy nie wzywa do odwrotu.

To tyle na temat apokaliptycznego albo, jeśli ktoś woli, „transcendentalnego” pokłosia Browna. Reynolds, wspomagając się wcześniejszym opracowaniem Merrilla Petersona, podąża tropem innego, mniej wyrazistego dziedzictwa, które jednak może mieć równie doniosłe znaczenie. Prawie wszyscy biali w tamtej epoce bali się prawie wszystkich czarnych. A wielu czarnych oburzało się na protekcjonalizm organizacji walczących z niewolnictwem – zwłaszcza tych, które chciały ich wyzwolić, a potem deportować do Afryki. John Brown dzielił swoje życie z niewolnikami i starając się odkupić straszliwe krzywdy, jakie im wyrządzono, poprawił Deklarację niepodległości i konstytucję. (Swoją drogą, wydając te dokumenty, oczyścił się z wszelkich zarzutów o „terroryzm”, który z definicji nie oferuje żadnych manifestów). Z relacji wynika, że Brown spotkał się z powszechnym, głębokim i nieprzemijającym podziwem, którego nie szczędzili mu Douglass i DuBois, a także wielu innych. Nasz świat mógłby być o wiele gorszy, gdyby nieprzeliczone rzesze Afroamerykanów, począwszy od tamtej epoki aż po dziś dzień, nie traktowały Johna Browna jako dowód na to, że braterstwo, równość, a także wolność są czymś osiągalnym i mogą je urzeczywistniać zwyczajni ludzie.

„The Atlantic”, maj 2005

Abraham Lincoln – dziecko niedoli

Recenzja książki Michaela Burlingame’a Abraham Lincoln: A Life

Dwóchsetlecie urodzin Abrahama Lincolna daje nam możliwość ponownego prześledzenia i rozważenia wszystkich aspektów jego życia i osobowości: od bismarckowskiego uosobienia żelaznej władzy, tak pogardzanego przez prawicowych tradycjonalistów i izolacjonistów, poprzez Wielkiego Emancypatora, który pojawiał się na plakatach Amerykańskiej Partii Komunistycznej, po opornego przeciwnika niewolnictwa, przedstawionego tak wiarygodnie w znakomitej powieści Gore’a Vidala. W większości tych rozważań brakuje niemodnego słowa p r z e z n a c z e n i e – w kontekście Lincolna, sprawiającego wrażenie człowieka, który zaistniał dopiero dzięki swojej śmierci, jakby całe jego życie było tylko przygotowaniem do tej ostatniej chwili.

Inni wielcy prezydenci – Waszyngton, Jefferson, Madison – nie przyprawiają nas o taki dreszcz emocji. Wszyscy byli doświadczonymi przedstawicielami współczesnej, a co więcej, posiadającej bogate tradycje klasy rządzącej. Tak samo Roosevelt. Chociaż niektóre elementy legendy Lincolna mogą być wyolbrzymione lub spreparowane, pozostaje faktem, że był solą ziemi młodego państwa i – w przeciwieństwie do trzech wymienionych prezydentów – trudno go sobie wyobrazić jako kogoś innego niż Amerykanina.

Żadna recenzja nie jest w stanie w pełni wyrazić uznania dla tej obszernej dwutomowej biografii, która wyszła spod znakomitego pióra Michaela Burlingame’a. Jednak można oddać temu dziełu hołd, mówiąc, że od samego początku prezentuje ulotną ideę przeznaczenia – i unaocznić to, pokazując, że wcześniejsze rozdziały zawierają przepowiednie albo stanowią ucieleśnienie bardziej doniosłych wydarzeń, o których jest mowa w dalszych rozdziałach.

Ale zanim spróbuję to zademonstrować, chciałbym zwrócić uwagę na to, co profesor Burlingame pisze w nocie od autora:

W biografii tej pojawia się wiele hipotez opartych na przeszło dwudziestoletnich badaniach poświęconych Lincolnowi. Każda taka hipoteza mogłaby zaczynać się od słów „według wszelkiego prawdopodobieństwa” albo „całkiem możliwe, że”, albo „wydaje się prawdopodobne, że”. Takie przestrogi wkomponowane w tekst mogłyby się okazać nużące, dlatego zachęcam czytelników, aby sami dodawali w myślach takie uwagi, ilekroć będzie mowa o nieuświadomionych motywach, które kierowały poczynaniami Lincolna.

Przystępując do tak długiej i wymagającej pracy, miło usłyszeć zapewnienie, że będziemy traktowani jak dorośli. Czy jest to zamierzone, czy nie, sposób, w jaki Burlingame opisuje historię rodziny prezydenta, ma w sobie jakąś biblijną intonację i koloryt – babka Betszeba, stryj Mordechaj i przyrodnia siostra pierwszej damy, która powiedziała, że „Thomas Lincoln nie miał żadnego wykształcenia, ponieważ jego starszy brat, Mordechaj, był właścicielem całego majątku i wygnał go z domu, gdy ten miał dwanaście lat, więc Thomas wychowywał się wśród krewnych”. Człowiek, który to opisał, z pewnością znał historię Jakuba i Ezawa, a także słyszał o winnicy Nabota.

Jeśli chodzi o warunki socjalne, biografia zawiera jedno zdanie, które zaledwie w kilku słowach wyraża cały ogrom nędzy. Oto jak Burlingame opisuje okolicę w Kentucky, w której znajdowała się farma Sinking Spring, miejsce urodzenia młodego Abrahama: „Teren jest słabo zaludniony. Okręg podatkowy o powierzchni 36 mil kwadratowych16, gdzie leżała farma Lincolnów, obejmował 85 podatników, 44 niewolników i 392 konie”. Sam Lincoln powiedział, że jego dzieciństwo można by scharakteryzować jednym zdaniem z Elegii napisanej na wiejskim cmentarzu Thomasa Graya: „[…] jak szaro, krótko żyją ludzie prości”17. Ale byłby to raczej eufemizm w odniesieniu do jego prawdziwej sytuacji, kiedy bliżej mu było do niewolnika czy zwierzęcia pociągowego niż ubogiego, ale krzepkiego przedstawiciela chłopstwa z wiersza Graya. Można popaść w przygnębienie, czytając o nieprzejednanej surowości i brutalności jego ojca, a także o ciążących na matce pomówieniach o nieskromne prowadzenie się, co przynosiło chłopcu wstyd. Te nędzne warunki znajdują odbicie w zdaniu, jakie po latach Lincoln kieruje do znajomego w Illinois: „Napatrzyłem się niemało na tyłek tego świata”. (Nawiasem mówiąc, trzeba sobie wyobrazić, że słowom tym towarzyszył jakiś porozumiewawczy gest albo mrugnięcie okiem. Burlingame nie zadowala się, jak wielu historyków, samą tylko wzmianką o zamiłowaniu Lincolna do rubasznego humoru, ale podsuwa nam kilka przykładów, które mają silne zabarwienie skatologiczne).

Autor bardzo obrazowo opowiada o tym, jak Lincoln na własnej skórze doświadczył zniewolenia i wyzysku. Przez niegospodarność ojca nie tylko brakowało mu środków na zaspokojenie wielu podstawowych potrzeb, ale był zmuszony pracować u skąpych i okrutnych sąsiadów jako posługacz przy rąbaniu drewna i noszeniu wody. Zgodnie z ówczesnym prawem każde dziecko stanowiło własność ojca, więc młody Abraham był „podnajmowany” tylko jako majątek ruchomy i musiał oddawać całą wypłatę. Ten przykład oraz wiele skarg i narzekań chłopca (który z wytrwałością starał się czytać, a zajęcie to napawało jego ojca strachem i pogardą, podobnie jak właściciela Fredericka Douglassa18) składają się na wizerunek polityka, który w 1856 roku oznajmił: „Byłem niewolnikiem”. Nieskrywana uraza Lincolna do ojca pozwala nam jeszcze lepiej poznać człowieka, który w 1858 roku powiedział również: „Gdybym nie był niewolnikiem, nie byłbym też panem”.

A jednak życie w pobliżu granicy wpoiło Lincolnowi również zdolność do ustępstw. Był to region Stanów Zjednoczonych, gdzie miało swój początek długie i okrutne starcie dwóch systemów. Zarówno jako obiecujący kongresman, jak i ambitny prawnik Lincoln od czasu do czasu potrafił się powstrzymać od wyrażania opinii na temat niewolnictwa, a nawet, po odpowiednim rozpoznaniu sprawy, występował jako adwokat właściciela niewolników. Burlingame opisuje intrygującą historię sprawy niejakiego Matsona, w której na gruncie proceduralnym i w myśl zasady „kto pierwszy, ten lepszy” Lincoln zgodził się reprezentować człowieka pragnącego odzyskać swoich niewolników. Jednak zazwyczaj trzymał się z daleka od spraw zbiegłych niewolników, „ponieważ nie miał ochoty być stroną, która narusza ustawę o zbiegłych niewolnikach, i twierdził, że sposobem na rozwiązanie tego problemu jest zniesienie owej ustawy”. Tak więc Lincoln jawi się nam jako legalista, a momentami pedant, który musiał wyczerpać wszelkie możliwości kompromisu, zanim ułożył zawiły twór, ostatecznie przeobrażając go w Deklarację emancypacji.

Mniej więcej w taki sam sposób dobierał sprytne argumenty, prowadząc negocjacje na grząskim gruncie religii. Utrzymany w rozrywkowym stylu początek biografii ukazuje kpiarski stosunek przyszłego prezydenta do spraw wiary, ośmieszanie duchownych, parodiowanie nabożeństw oraz modlitwy, w których prosił Boga, „aby zesłał kurom skarpety na zimę”, jak opowiada jego przyrodnia siostra Mathilda. Wspominając wiele lat później przygraniczną społeczność baptystów, Lincoln wyznał jednemu ze znajomych: „Nie lubię słuchać lekkostrawnych kazań. Nie – kiedy słyszę, jak ktoś naucza. Wolę patrzeć, kiedy się zachowuje, jakby oganiał się od pszczół”.

Jednakże w 1846 roku, kiedy Lincoln kandydował do Izby Reprezentantów, wierzący przyparli go do muru i był zmuszony zaprzeczyć, że „otwarcie szydził z chrześcijaństwa”. Nadmiar prawniczego bełkotu w jego ulotce wyborczej przygotowanej na tę okazję spotkał się ze słuszną krytyką Burlingame’a, który ujmuje to zgrabnie:

W dokumencie tym Lincoln zawiera dwa różne oświadczenia – że nigdy nie wierzył w bezbożne doktryny i że nigdy nie popierał ich publicznie. Gdyby w pierwszym zdaniu oświadczył prawdę, drugie byłoby zbędne; gdyby pierwsze zawierało fałsz, drugie nie miałoby związku z tematem.

Kilka elementów tej historii – jednym z nich jest kaznodzieja oganiający się od pszczół – przywodzi mi na myśl Marka Twaina: anegdoty, dowcipna ironia, rubaszny humor i farsowe wątki, które przewijają się nawet w śmiertelnie poważnych momentach. Niechlubny udział Lincolna w wojnie Czarnego Jastrzębia19 pod wieloma względami przypomina epizod z życia Marka Twaina opisany w Private History of a Campaign That Failed. Kiedyś poproszono Lincolna, aby był sędzią walki kogutów, ale jeden z nich nie chciał się bić. Rozwścieczony właściciel ptaka, niejaki Babb McNabb, posadził go na żerdzi, gdzie ten rozpostarł skrzydła i zapiał donośnym głosem. McNabb krzyknął: „Tak, ty gnojku, puszyć się na paradach to ty umiesz, ale do bitki cię nie ma!”. Wiele lat później, widząc uniki generała George’a B. McClellana, który notorycznie unikał konfrontacji na polu bitwy, Lincoln porównał głównodowodzącego swojej armii – i swojego późniejszego konkurenta w wyborach prezydenckich – do lękliwego koguta McNabba.

Synowie amerykańskiej ziemi, Mark Twain i Frederick Douglass, również należeli do osób, które nie mogły być nikim innym jak tylko Amerykanami. Wzruszające i urokliwe są opisy lapsusów językowych Lincolna – przez całe życie miał problemy z poprawną wymową i pisownią – a także częstych sytuacji, kiedy nogawki lub rękawy jego źle skrojonych ubrań okazywały się za krótkie o kilka centymetrów – zaiste prezentował się jak Rycerz Smętnego Oblicza. Jednak mimo wyjątkowo trudnego dzieciństwa, a może właśnie za jego sprawą był z natury przeciwny wszelkim formom okrucieństwa i chociaż brakowało mu ogłady i wyrafinowania, prawie nigdy nie posuwał się do grubiaństwa i wulgarności w swoich wystąpieniach politycznych. Bez zbytniego uwypuklania kontrastu Burlingame sięga po przykład sędziego Stephena Douglasa, który był uzależniony od wszelkich form antymurzyńskiej demagogii i politycznego łgarstwa. Ale trzeba przyznać, że Lincoln mu dorównał, gdy próbując się wykręcić od kłopotliwego pytania podczas kampanii, cały czas podkreślał konieczność zapewnienia „każdemu pracującemu człowiekowi całego efektu jego pracy”. Używając bardziej nowoczesnych sformułowań, moglibyśmy powiedzieć, że w walce z rasizmem posłużył się językiem klasowym. (Muszę przyznać, że pod względem opisu słynnych debat książka ta przerasta wszystkie poprzednie opracowania).

Ostatnio stało się modne stwierdzenie, że Lincoln nie był albo nie był „naprawdę” przekonany o równości między białymi i czarnymi. W opowieści Burlingame’a ciągle przewija się wątek samodzielnego zgłębiania tej kwestii, prowadzący aż do momentu, w którym ostatecznie Lincoln na tyle zbliżył się do egalitaryzmu, że wręcz zaczął się z nim identyfikować. Nawet podczas niechlubnej dyskusji na temat powojennego wysiedlania czarnoskórych Amerykanów do Afryki albo Ameryki Środkowej, jak twierdzi Burlingame, Lincoln przywiązywał szczególną wagę do godności i reputacji tych, których losy spoczywały w jego rękach. Jest zrozumiałe samo przez się, że miał w swoim życiu dosyć okazji, żeby się przekonać, iż biała rasa nie ma w sobie nic „nadrzędnego”. W końcu Frederick Douglass – który często go krytykował – był w stanie powiedzieć, że Lincoln jest „zdecydowanie prezydentem czarnych”. A z badań Burlingame’a nad życiem i poglądami „szalonego rasisty”, Johna Wilkesa Bootha, również wynika jasno, że głosiciele wyższości białych odnosili takie samo wrażenie. Ale mimo wszystko coś takiego umniejsza wagę nieprzejednanego uporu Lincolna uniwersalisty, z jakim walczył o każdy skrawek amerykańskiej ziemi i kłócił się ze swoimi generałami, między innymi z McClellanem, o nazywanie Północy „naszą ziemią”, kiedy wszystkie stany ciągle i niezmiennie były uważane za część Unii.

Ktoś powiedział, że wojna secesyjna była ostatnią ze starych wojen i pierwszą z nowych. Kawaleria i piechota ustąpiły miejsca artylerii i pociągom, a żagle wyparł napęd parowy. Wielkie zainteresowanie budzą rozważania Lincolna nad powojennym rozwojem Stanów Zjednoczonych, ze szczególnym naciskiem na kopalnie i fabryki. Całkowicie wyzbył się prowincjonalnej naiwności, jaka cechowała początki jego kariery, i do ostatnich swoich dni myślał o odnowieniu przemysłu i imigracji. Przed bitwą pod Gettysburgiem ludzie mówili o Stanach Zjednoczonych w liczbie mnogiej. Po Gettysburgu weszło do użycia określenie „the United States is…”. Ale to, że mogą w ogóle używać tej nazwy, jest zasługą człowieka, który sam zrobił więcej niż ktokolwiek inny, aby dokonać tej zmiany, a potem utrwalić ją dla potomnych.

„The Atlantic”, lipiec–sierpień 2009

Mark Twain – amerykański radykał

Recenzja książki Freda Kaplana The Singular Mark Twain

Sztuką pisania biografii rządzą cztery zasady, a niektórzy sądzą, że nawet pięć. The Singular Mark Twain Freda Kaplana łamie każdą z nich. A oto one:

1) Biografia powinna sprawić, abyśmy żałowali, że nie znaliśmy osobiście opisywanej w niej postaci, a także wzbudzić w nas chęć zgłębienia wiedzy na jej temat. The Singular Mark Twain budzi w czytelniku silny instynkt ucieczki, jak przy zetknięciu się z niewyrobionym, ale uporczywym gawędziarzem.

2) Elementy biografii powinny wytyczyć granicę między rzeczami niezbędnymi i nieistotnymi, odsiać powszedniość i rozświetlić chwile uniesienia i chwały, które nadają ludzkiemu życiu największą wartość. Tymczasem autor The Singular Mark Twain stawia wszystkie wydarzenia i dialogi na jednym poziomie, nie przywiązując wagi do różnicy między lasem a zagajnikiem.

3) Biograf powinien postarać się o szerszy kontekst, który pozwoliłby mu ukazać opisywaną postać i lepiej naświetlić jej pozycję na tle historii i społeczeństwa oraz sprawić, by jej rozwój i postępy były zrozumiałe na tle epoki, w której żyła. The Singular Mark Twain pod żadnym względem nie spełnia tego wymogu.

4) Przedmiot biografii powinien zostać ukazany ze wszystkimi osobliwościami swojego charakteru, a nie tylko jako odbicie własnych listów i cudzych wspomnień albo efekt subiektywnych wyobrażeń biografa. Ta zasada również została złamana i zdeptana w The Singular Mark Twain.

5) Biograf powinien mieć pewną koncepcję opisywanej postaci, którą mógłby promować albo bronić przed obiegowymi czy nawet błędnymi interpretacjami. Tego szczegółu autor The Singular Mark Twain również nie dopatrzył.

Jak wyraźnie widać po moim pastiszu, w którym próbowałem naśladować miażdżący atak Marka Twaina na Jamesa Fenimore’a Coopera (oraz jego wątpliwej jakości dzieło, Pogromcę zwierząt), styl Samuela Langhorne’a Clemensa jest nie do podrobienia. Ale zawdzięcza tę cechę pewnym żywotnym – a nawet mrocznym – składnikom natury samego pisarza. Patrząc na Marka Twaina, widzę nie tylko człowieka, któremu zawdzięczamy uroczą postać córki sędziego Thatchera, ale również kogoś, kto tak zręcznie wychwalał wdzięk nieletnich dziewcząt i z taką otwartością pisał o defloracji. Człowieka, który naraził na pośmiewisko założycielkę Stowarzyszenia Chrześcijańskiej Nauki i który nazwał Księgę Mormona „drukowanym chloroformem”. Człowieka, którego tak rozwścieczyła arogancja własnego kraju za granicą, że odłożył na bok swoje pisarstwo, żeby pomstować na imperializm. Człowieka, który na wieczornym spotkaniu w paryskim Stomach Club wygłosił wykład na temat masturbacji i dowiódł, że poważnie przemyślał kwestię robienia sobie dobrze. Blask jego niepospolitej i buntowniczej osobowości wprawdzie przebija z opowieści Kaplana, ale bardzo rzadko i jest wątły jak robaczek świętojański, którego sam Twain dla kontrastu zestawiłby z błyskawicą.

Często cytowany truizm Ernesta Hemingwaya – że żaden amerykański pisarz nie stworzył niczego tak doskonałego jak Przygody Hucka – nie oddaje w pełni tego, w jakim stopniu Twain był nie tylko zasłużonym pisarzem, ale i zasłużonym Amerykaninem. Dopóki się nie pojawił, nawet dla tak znakomitych pisarzy, jak Hawthorne czy Melville, było zaszczytem, kiedy porównywano ich do Waltera Scotta. (Parowiec o nazwie Walter Scott tonie w rozdziale 13 Przygód Hucka). Twain wychował się w nadrzecznym bastionie niewolnictwa, który podczas wojny secesyjnej ucierpiał równie mocno jak Missouri, przeprowadził się do Kalifornii (zwany Lincolnem naszej literatury pisarz zdobył sławę w stanie, który Lincoln zawsze chciał zobaczyć i nigdy mu się to nie udało) i bez zbytniego pośpiechu podbijał Wschodnie Wybrzeże. Ale chociaż miał bezsporne prawo do rdzennego pochodzenia, w jego deklaracji niepodległości literatury amerykańskiej nie ma nic małostkowego ani napastliwego. (Atak Twaina na Coopera można uznać za przejaw niechęci wobec wszelkich form pseudotubylczej autentyczności). Zjeździł więcej świata niż większość jego rodaków i stawał w szranki z zagranicznymi pisarzami, którzy dorównywali mu popularnością.

A co z jego pseudonimem? Tytuł i wstęp książki Kaplana ujawniają sprzeczność między wyjątkową osobowością a pseudonimem literackim, który sugeruje rozszczepienie jaźni. Z całą pewnością jako chłopiec czytałem o tym, jak młody Clemens nieraz słyszał czarodziejską formułę pilota, który stojąc na dziobie parowca, mierzył głębokość wody i wołał: „Według miary dwa [sążnie]”. O ile to prawdziwa historia, wyjaśnia pochodzenie przybranego imienia oraz nazwiska, a także wskazuje na ich związek z życiem na Missisipi. Ale jest też jakiś pożytek (niewielki, ale to zawsze coś) z poczynań Kaplana, który snuje domysły na temat innej genezy tego pseudonimu. W 1901 roku Twain powiedział publiczności zebranej w nowojorskim Lotos Club: „Kiedy przyszedłem na świat, byłem członkiem bliźniaczej spółki. Ale po tym drugim bliźniaku ślad zaginął […]”20. To akurat nie był właściwy trop, ale w 1901 roku Twain był znany jako Twain od trzydziestu ośmiu lat (dziesięć lat dłużej, niż zaistniał jako Samuel Clemens) i prawdopodobnie dysponował repertuarem żartów, którymi odpowiadał na drętwe pytania słuchaczy. Chociaż faktem jest, że motyw bliźniaczych relacji i wcielania się w inne osoby przewija się w jego twórczości. Fabuła Wartogłowego Wilsona opiera się na starej historii o podmienionym dziecku, a szkice do późniejszych powieści o Hucku i Tomie obfitują w błyskawiczne zmiany tożsamości, często z elementami rasowych, a także płciowych przebieranek. Ale z drugiej strony od jak dawna wiemy, że Twain nie zatracił kontaktu ze wspomnieniami i objawieniami ze swojego dzieciństwa?

Najwyraźniej zamierzał wykreować pewną otoczkę tajemniczości, ponieważ gdzie indziej stwierdza, że przywłaszczył sobie ten pseudonim od „niejakiego Isaiaha Sellersa, kapitana, który tak podpisywał swoje artykuły na temat rzeki publikowane w nowoorleańskiej gazecie «Picayune»”. Ale w żadnym z numerów „Picayune” nie ma wzmianki o takim autorze. Za to Twain przez całe życie słynął z zamiłowania do kawałów i mistyfikacji, czego przykładem może być artykuł o skamieniałym człowieku21. Skoro więc brak jakichkolwiek nowych czy rozstrzygających informacji, takie doszukiwanie się na siłę genezy kryzysu tożsamości może być raczej bezcelowe.

Jedną z trudności, na jakie natrafia każdy biograf Twaina, jest ogromna ilość atramentu, jaką wielki pisarz zużył, aby opowiedzieć o własnych dokonaniach. Trzeba jakiegoś bardzo sugestywnego powodu, aby wybrać relację z drugiej ręki, kiedy jest już dostępna oryginalna wersja wydarzeń. Weźmy na przykład niesławny udział Twaina w wojnie secesyjnej po stronie konfederatów. Napisał zabawną, choć zgorzkniałą opowieść o tym krótkim epizodzie w swoim życiu, The Private History of a Campaign That Failed, która jest zwięzłym i pamiętnikarskim odpowiednikiem Przygód dobrego wojaka Szwejka. Ta zabarwiona melancholią, żalem i odrobiną wstrętu do samego siebie historia o tchórzostwie i odwadze, zakończona straszną sceną zabójstwa niewinnego człowieka, wyraźnie nadaje ton późniejszym utworom Twaina o tematyce wojennej. Kaplan zamieszcza w swojej książce dynamiczne, choć nieco męczące streszczenie tej historii, dodając, że jest ona „niewątpliwie po części fikcyjna”, ale nie wyjaśnia, o co konkretnie chodzi ani skąd ma takie informacje.

Bardzo podobnie jest, gdy przejdziemy do słynnej podróży statkiem Miasto Kwakrów do Ziemi Świętej i z powrotem. To bezlitośnie przenikliwe studium obyczajów i mentalności przeciętnego amerykańskiego pielgrzyma wzbudziło ogromną sensację, kiedy ukazało się po raz pierwszy, i nawet dzisiaj nietrudno się domyślić, jakie zgorszenie musiało wywołać wśród bogobojnych i przyzwoitych obywateli. Ale co to za przyjemność czytać skondensowane streszczenie Prostaczków za granicą? Poza tym, podobnie jak w przypadku epizodu z wojny secesyjnej, Kaplan wręcz cenzuruje opowieść, pomijając w głównej mierze zjadliwość i pogardę Twaina albo nawiązując do nich bardzo wymijająco.

Warto byłoby naświetlić podłoże niechęci, z jaką Twain odnosił się do religii, a zwłaszcza jego odrazy do chrześcijaństwa. W dosyć zawoalowany sposób Kaplan sugeruje, że przyczyną takiego nastawienia był szok wywołany śmiercią brata pisarza, Henry’ego, który zginął w 1858 roku w wybuchu parostatku. Jak się dowiadujemy, przypadkowy charakter tego nieszczęścia przekonał Twaina, że nie istnieje coś takiego jak łaskawa Opatrzność. Takie przypuszczenie wydaje się usprawiedliwione. Jednak tego rodzaju tragiczne wydarzenia w przypadku wielu innych ludzi przyczyniają się raczej do umocnienia wiary. Co takiego sprawiło, że Twain stał się nie tylko agnostykiem czy ateistą, ale prawdopodobnie zaczął sympatyzować z czcicielami diabła? Nie uzyskaliśmy odpowiedzi.

W mniej ważnych sprawach Kaplan potrafi drążyć temat w nieskończoność. Jakie było źródło problemów zdrowotnych, które trapiły Livy Langdon, przyszłą żonę Twaina?

Możliwe, że jej dolegliwości miały podłoże psychosomatyczne i stanowiły zjawisko szeroko rozpowszechnione w epoce wiktoriańskiej wśród młodych kobiet, które izolowały się od świata z bliżej nieokreślonych przyczyn emocjonalnych, wywołujących poważne objawy fizyczne, co często określano mianem neurastenii. Możliwe, że jej choroba miała bardziej jednolity charakter. Może faktycznie cierpiała na chorobę kręgosłupa, taką jak gruźlica trzonów kręgowych, w której przewlekły ból i zesztywnienie pleców prowadzą do częściowego paraliżu. Możliwe, że doznała urazu na skutek upadku. Bez rezonansu magnetycznego i tomografii komputerowej ludzie w tamtych czasach byli jeszcze bardziej bezradni niż następne pokolenia, jeśli chodzi o diagnozowanie i leczenie bólu pleców.

Czcza gadanina. (Z takim samym pustosłowiem spotykamy się później, kiedy córka Twaina, Jean, umiera podczas kąpieli: „Możliwe, że Jean miała atak padaczki i straciła przytomność. Mogła też się utopić. Możliwe, że zmarła na atak serca. Nie wiadomo dokładnie, jaka była przyczyna śmierci”).

Trudno nazwać lekturę książki Kaplana czystą przyjemnością, a patrząc na jego potknięcia, nie jesteśmy pewni, czy przypadkiem nie żartował. Kawałek dalej za przytoczonym powyżej mdłym fragmentem traktującym o Livy dowiadujemy się, że odzyskała ona zdolność chodzenia. Autor oświadcza: „Ozdrowienie Livy oraz nieprzerwany dobrobyt umocniły w rodzinie głęboką wiarę”. Przeczytawszy to zdanie kilka razy na głos, doszedłem do wniosku, że miało ono być zwykłym stwierdzeniem faktu. Później, opowiadając historię, w której Finlay Peter Dunne uważa się za większą znakomitość od Twaina, Kaplan zdaje się całkowicie wykluczać możliwość, że autor serii felietonów Mr. Dooley mógł żartować.

Twaina często drażniły opaczne sugestie ludzi, którzy podejrzewali go o strojenie żartów, podczas gdy on starał się być poważny. Zdarzało się to zwłaszcza na przełomie wieków, kiedy do wściekłości doprowadzali go McKinley i Roosevelt swoją ekspansywną polityką na Filipinach i Kubie, a także krwiożercza obłuda amerykańskich misjonarzy działających w Chinach. Artykuły i broszurki, które pisał w tamtym okresie, niektóre zbyt wichrzycielskie, by mogły zostać wydane drukiem, stanowią nieprzemijający element zarówno jego twórczości, jak i tradycji radykalnego dziennikarstwa amerykańskiego. Na szczególną uwagę zasługuje jego esej o masakrze dokonanej przez bojowników Moro na muzułmańskich mieszkańcach Filipin – dzieło, które mogłoby się równać ze Skromną propozycją Swifta. Twain nie ograniczał się do przekazu drukowanego: wraz z Williamem Deanem Howellsem pomagał w działalności Ligi Antyimperialistycznej. Cały ten rozdział jego życiorysu Kaplan prawie całkowicie pomija, zamykając go w kilku akapitach, w których wspomina tylko, że oddział Ligi Antyimperialistycznej z Nowej Anglii przedrukował jedną z polemik Twaina, i poprzestaje na krótkich fragmentach dwóch bardziej popularnych artykułów. Takie powierzchowne podejście tylko częściowo wynagradza relacja ze słynnej wymiany zdań między Markiem Twainem a Winstonem Churchillem, do której doszło w Nowym Jorku. Wielki pisarz na oczach publiczności pokazowo wykpił i zbeształ młodego entuzjastę brytyjskiej wojny imperialnej w Afryce Południowej. (Aż chciałoby się przy tym być). Kaplan cytuje skrawek relacji anonimowego uczestnika tego spotkania, przez co uwagi Twaina sprawiają wrażenie jeszcze bardziej cierpkich, niż nam się dotychczas wydawało.

Ogólnie rzecz biorąc, Kaplan pisze zbyt zdawkowo, kiedy powinien szerzej rozwinąć temat, i jest zbyt wylewny, kiedy bardziej wskazana byłaby zwięzłość. Z jego książki najbardziej skorzysta student, który postanowił zgłębić postać Twaina jako człowieka interesu. Autor skrupulatnie wylicza batalie pisarza o prawa autorskie i tantiemy i z wielkim zapałem opowiada o jego sukcesach i porażkach. Chociaż Twain odnosił się ze wzgardą do zachłannego społeczeństwa i epoki zwanej „pozłacanym wiekiem”, zawsze był żądny zysku, a jego przenikliwość była odwrotnie proporcjonalna do ambicji. Jako człowiek zazwyczaj wyczulony na oszustwa i przekręty, ulegał pokusom, jakie niosą inwestycje w różne niewiarygodne systemy finansowe, a historia jego wygranych i utraconych fortun mogłaby posłużyć jako doskonały przykład narażonej na przeciwności losu, ale niezłomnej amerykańskiej przedsiębiorczości. W obliczu takich krytycznych sytuacji napisał zbyt wiele słów i teraz jego biograf przytoczył za dużo tych przeciętnych, a za mało tych wybitnych. Natrafiłem w końcu na wzmiankę o wygłoszonym w 1879 roku w Stomach Club wykładzie o „sztuce onanizmu”. Ten mistrzowski popis ma objętość zaledwie kilku paragrafów i aż się prosi o jakiś cytat, ale na próżno. Kaplan jedynie powtarza tytuł prelekcji i opisuje ją następująco:

Olśniewająca i sprośna satyra na temat masturbacji była, podobnie jak 1601, wyrazem buntowniczej antywiktoriańskiej natury Twaina, która siłą rzeczy największe spełnienie znalazła w dowcipach przeznaczonych dla zamkniętego kręgu publiczności. Ze stoickim spokojem przyjmował fakt, że wszystkimi jego poczynaniami, a także nim samym rządzą siły, na które nie ma wpływu. Niektóre miały charakter kulturowy, inne tkwiły w genach, ale wszystkie były nieubłagane.

Nastrój tych słów ociera się o śmiertelną powagę. A poczucie humoru spoczywa pogrzebane pod kamieniem, na którym widnieje sentencja non sequitur. Lecz ogólnie rzecz biorąc, to niewybaczalne, że książka o Marku Twainie jest nudna.

„The Atlantic”, listopad 2009

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Podlega dyskusji. Eseje Listy do młodego kontestatora Bóg nie jest wielki Śmiertelność 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter