Wróbelek z kości

Wróbelek z kości

Autorzy: Zana Fraillon Paweł Łopatka

Wydawnictwo: Poradnia K

Kategorie: Dla dzieci Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 23.40 zł

To wyjątkowa książka o sile przyjaźni i potędze opowieści. Ta boleśnie aktualna pozycja zaprasza nas do świata uchodźców i wykluczonych, a przecież takich samych jak my – na wolności.

 

Powieść została nominowana do Guardian Children's Fiction Prize oraz Carnegie Medal 2017 i została przetłumaczona na kilkanaście języków.

 

Subhi urodził się w obozie dla uchodźców. Nie zna innego świata. Tęskni za tatą i czeka na niego, marzy o dniu spotkania. Pewnego dnia poznaje Jimmy, dziewczynkę zza muru, która prosi go o przeczytanie książki podarowanej jej przez nieżyjącą mamę. Razem pogrążają się w świecie marzeń.

„Wróbelek z kości” to napisana piękną prozą, niezwykłym – prostym, ale pięknym - językiem dziecka, książka, która magię łączy z brutalną realnością. Wielka powieść o przyjaźni między chłopcem mieszkającym w obozie uchodźców a dziewczynką „z drugiej strony drutów”, sile ludzkiego ducha, o tym, że każdy z nas może pomóc drugiemu człowiekowi. Poruszająca, piękna historia o smutku, ale i wielkiej nadziei. Z zapartym tchem śledzimy losy niemożliwej przyjaźni i wzruszamy się losem bohaterów.

Jak mówi autorka, świat, w którym żyjemy, nie musi wcale być taki, jaki jest. Zawsze, nawet w najtrudniejszej sytuacji, jest nadzieja, która pomaga nam w różnych momentach życia. Pomysł na książkę chodził autorce po głowie od dawna, ponieważ kryzys uchodźczy jest poważnym globalnym problemem i wydaje się, że żaden kraj nie znalazł dla niego rozwiązania. W obozach dla uchodźców nagminnie łamane są prawa człowieka, dochodzi tam do samobójstw, jest też mowa o molestowaniu psychicznym i seksualnym: „Trzeba o tym mówić głośno. Przez długi czas chciałam o tym napisać, ale nie byłam pewna, jak to zrobić. I wtedy natknęłam się na artykuł o niemowlęciu urodzonym w obozie i głos Subhiego natychmiast do mnie przyszedł. Głos dziecka, które nie znało nigdy innego świata poza tym za drutami ogrodzenia. Sądzę, że my wszyscy – i dorośli, i dzieci – powinniśmy widzieć tam ludzi, a nie numery i statystyki, które zalewają media. Musimy znaleźć odwagę i człowieczeństwo, żeby pomóc uchodźcom. Gdybym mogła, powiedziałabym Subhiemu, żeby nigdy się nie poddawał. Żeby żył marzeniami. Świat nie zawsze będzie taki”.

 

O autorce

Zana Fraillon mieszka w Australii z mężem i trójką dzieci. Pracowała jako nauczycielka w szkole podstawowej i jako iluzjonistka, jest też autorką obrazkowych książek da dzieci oraz powieści dla dzieci „No Stars to Wish On”. Pytana, czy planuje napisać dalszy ciąg historii Subhiego, mówi, że na razie nie, ale nie zdziwiłaby się, gdyby pewnego dnia wrócił i wyszeptał jej znów do ucha swoją historię, tak jak poprzednio.

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Rozdział 1

Tytuł oryginału: THE BONE SPARROW

Przełożył: PAWEŁ ŁOPATKA

Projekt okładki: CHRISTA MOFFITT

Opracowanie typograficzne i skład: ROBERT OLEŚ / d2d.pl

Redakcja: NATALIA SIKORA

Korekta: EWA CZERNATOWICZ i MAŁGORZATA POŹDZIK/ d2d.pl

Copyright © by Alexandra Fraillon, 2016

Copyright © for the Polish translation by Paweł Łopatka

Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2017

Wydanie I

ISBN 978-83-63960-83-4

Poradnia K sp. z o.o.

ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa

e-mail: poradniak@poradniak.pl

www: www.poradniak.pl

księgarnia internetowa: sklep.poradniak.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Tym, którzy nie dają oślepiać się blaskowi i ogłuszać ciszą, którzy mają dość odwagi, aby pytać, i dość ciekawości, by poznawać.

Tym, którzy pamiętają. Dokonacie zmiany.

I nam, pozostałym, dla nauki.

Nóż rył w kości. Gnąc ją, zaokrąglał, gładził.

A gdy powstał ptak, rozumny, mądry,

dłoń ułożyła w jego rdzeniu pieniądz.

– Nieś nam zawsze szczęście i ochronę,

dusze nasze powiedź tam, gdzie pokój.

1

Czasem w nocy ziemia na dworze zmienia się w piękny ocean. Czerwony jak słońce i głęboki jak niebo.

Leżę w łóżku, z policzkiem przygniecionym stopą Queeny, i słucham, jak fale pluskają o namiot. Queeny mówi, że zgłupiałem, żeby gadać takie rzeczy. Ale to prawda. Tylko ona tego nie widzi i już. Nasza mama mówi, że na świecie są ludzie, którzy widzą przywiewane północnym wiatrem i rozsiane w ciemności drobinki wszechświata. Queeny nigdy nie zagląda w ciemność. Nawet nie mruży oczu.

Ale mama widzi. Słyszy też ocean dookoła.

– Słyszysz, prawda? – szepczę, szukając palcami jej uśmiechu w mroku.

Rano, jak ziemia jest jeszcze mokra i spieniona tam, gdzie ją obmyły fale, siadam i obserwuję setki zwierząt, które podpływają pod sam namiot i przyciskają pyszczki do klap, żeby zajrzeć do środka, popatrzeć na nas w łóżkach. Queeny mówi, że to nie są prawdziwe łóżka, tylko stare wojskowe prycze – i jeszcze starsze wojskowe koce. Queeny mówi, że prawdziwe łóżko składa się ze sprężyn, poduszek i pierza, a prawdziwy koc nie gryzie.

Ale te zwierzęta chybaby się na tym nie poznały, no i chyba niezbyt je to też obchodzi.

Dziś rano znalazłem muszlę, wyrzuconą na brzeg razem ze zwierzętami. Wciągnąłem w płuca jej zapach. Szczypiący i rybiosłony jak samo dno oceanu. I chociaż Queeny nie wierzy i zaczęła burczeć, kiedy w końcu dorosnę i żebym, cholera, wreszcie przestał jej zawracać głowę – to dała mi ostatnią kartkę i pożyczyła długopis, żebym mógł napisać na górze czarnymi literami: Nocne morze zwierząt. Narysowałem obrazek najlepiej, jak umiałem bez kolorów i na papierze pomarszczonym od wilgoci. Użycie papieru i długopisu Queeny kosztowało mnie tylko kostkę mydła, którą potem jej i tak zwędziłem. Siostra nie powinna liczyć rodzonemu bratu za papier.

Moszczę się przy mamie, kulę nogi w jej nogach – ale staram się jej nie obudzić, bo dziś ma dzień zmęczenia – i przeglądam obrazki w pudełku. Niedługo będę musiał zdobyć nowe. Szczury zjadły prawie cały bok, a to, co zostało, jest mokre i spleśniałe, choć wystawiałem pudełko na słońce, żeby wyschło. Na dnie jest kilka obrazków opisanych przez mamę dawno temu, jak jeszcze nie umiałem pisać sam. Wolę pismo mamy. Gdy pisze, to słowa jakby wnikają w papier już oczyszczone, takie idealne. Wodzę palcami po literach mamy, wdychając je jak zapachy z muszli.

Jak mama poczuje się jutro lepiej, pokażę jej nowy obrazek i muszlę i jeszcze raz opowiem o nocnym morzu i jego skarbach. Opowiem wszystko i będę słuchał, jak się śmieje, i patrzył na jej uśmiech.

Kiedy rozplątuję nogi i szepczę, że zbliża się śniadanie i czy nie wyjdzie zjeść, widzę, jak rozchyla lekko oczy, a na jej wargach pokazuje się uśmiech.

– Jeszcze mało chwilka, tak? – odpowiada swoim angielskim, co nigdy nie brzmi dobrze. – Ja bardzo niegłodna, Subhi, skarbie.

Mama zawsze jest bardzo niegłodna. Ostatni raz, jak zjadła pełny posiłek, a nie tylko podziobała, to było, gdy miałem wzrostu zaledwie dziewiętnaście oczek w ogrodzeniu. Pamiętam, bo to było w dzień urodzin Queeny, a mama mierzy nas w każde urodziny. Teraz mam co najmniej dwadzieścia jeden oczek albo dwadzieścia dwa, a może nawet dwadzieścia dwa i pół. Nie byłem mierzony od dłuższego czasu.

Mama zawsze jest bardzo niegłodna, ale mnie wciąż chce się jeść. Według Eliego przechodzę okres gwałtownego wzrostu. Eli mieszka w namiocie rodzinnym numer cztery z paroma obcymi rodzinami, bo jego rodziny tutaj nie ma. Dawniej byliśmy razem w jednym namiocie – namiocie rodzinnym numer trzy – ale potem kurtkowcy kazali mu się przenieść. Nieraz tak robią. W rodzinnym czwartym jest czterdzieści siedem osób, a w rodzinnym trzecim czterdzieści dwie, więc nie wiem, czemu się tak stało. Nie szkodzi, że Eli jest ode mnie dużo starszy niż Queeny; to mój najlepszy przyjaciel i mówimy sobie wszystko, co tylko jest do powiedzenia. Eli mówi, że jesteśmy czymś więcej niż najlepszymi przyjaciółmi. Jesteśmy braćmi.

Eli ma chyba rację z tym gwałtownym wzrostem, bo zjedliśmy już dziś obiad, a mi się i tak chce jeść, chociaż dostałem dodatkową porcję.

– Musisz mieć siłę, żeby dbać o matkę – powiedział mężczyzna, który podawał nam jedzenie. Przytaknąłem, bo zależało mi na dodatkowej porcji, ale nie wiem, jakie dbanie miał na myśli.

Eli pochylił się do mnie i powiedział:

– Jak chcesz być silny, to ostatnią rzeczą, jaką powinieneś się żywić, jest to jedzenie.

Ale mnie pociekła ślina już na sam widok miski. Od czterech dni mamy niedobory żywności i dostajemy tylko po pół racji, więc nie było mowy, żeby Eli mnie zniechęcił.

Kończę obiad i patrzę na wszystkich ściśniętych nad miskami dokoła długiego stołu i na tych, co jedzą pod ścianą, na stojąco, ale z tego, co widzę, nikomu nie odechciewa się jeść, nawet jak ktoś wyjmie z ust kawałek plastiku. Wtedy tylko uważniej grzebią łyżkami w papce.

Mama mówi, żebym nie wpatrywał się w jedzenie, a jak znajdę w nim muchę albo robaka, to mam wielkie szczęście, bo one są źródłem białka. Raz nawet znalazłem w ryżu ludzki ząb. „To też szczęście, mamo?” – zapytałem, a mama spojrzała na ząb i odpowiedziała: „Jak ci trzeba zęba”. Długo śmiała się z własnego żartu. Według mnie trochę dłużej, niż na to zasługiwał.

Widząc, jak się rozglądam, Eli podsuwa mi swoją miskę, do połowy pełną.

– Zbzikowałeś, chłopcze. Nikt normalny nie chciałby więcej tego gówna.

Mówi to bardzo głośno, aż kurtkowcy, którzy nas pilnują, przybliżają się o krok, z rękami na pałkach, na wypadek gdybyśmy jeszcze nie wiedzieli, co będzie, jak w namiocie jedzenia wywołamy awanturę.

– Ale mamy farta, Subhi, bo przydatność do spożycia tego, cośmy dziś dostali, skończyła się dopiero dwanaście dni temu.

Mówiąc coraz głośniej, Eli wskazuje puste pojemniki koło wejścia do kuchni. Jedzenie wywraca mi się w żołądku, gdy widzę, jak kurtkowcy patrzą na siebie, czekając na sygnał, że Eli przegina.

– Jak myślisz, co to? – pytam.

Eli chyba usłyszał, że drży mi głos, tak troszkę, bo odrywa wzrok od kurtkowców i zwraca się teraz do mnie.

– Psia karma – odszeptuje. – Na stówę psia karma.

To zabawa, której mnie nauczył. „Zgadnij, co jemy”. Normalnie jedzenie jest brązowe i rozgotowane, tak że bardzo trudno się domyślić. I nigdy nie wygląda jak jedzenie z tych czasopism, co przychodzą do sali rekreacyjnej. Dojadam ostatnią łyżkę z miski Eliego i zamykam oczy.

– Nie, to kurczak w czekoladowym sosie z kroplą miodu. Psiej karmy nie sprzedają w pojemnikach z datą przydatności do spożycia.

Eli śmieje się głośno i wali ręką w stół, aż miska spada na ziemię z takim strasznym metalicznym brzękiem, że zaraz wszyscy milkną. Szkoda się zastanawiać, co teraz zrobią kurtkowcy, więc Eli i ja wybiegamy stamtąd pędem, przeskakując ławki i przepychając się przez kolejkę ludzi na dworze. Wciąż się śmiejemy, choć jesteśmy tak zdyszani, że nam oddech staje w gardle, aż myślę, że jak zaraz nie przystanę, zwymiotuję obiad, no i znowu będę głodny.

Kiedy jesteśmy już tak daleko, że kurtkowcom odechciewa się za nami gonić, wyjmuję muszlę i pokazuję ją Eliemu. Tylko Eliemu pokazuję wszystkie swoje skarby.

– Tato przysłał mi następną – mówię.

Eli patrzy na mnie i unosi brwi. Chyba nie jest pewny, czy to tato przysyła mi te różne skarby, kiedy wszyscy śpią. Ale jak już ktoś umiałby podpowiedzieć Nocnemu Morzu, żeby posłało wiadomość chłopakowi, którego jeszcze nie zna, to tylko mój tato.

– Twój ojciec musi się bardziej przykładać do tych wiadomości, bo na razie nikt z nas ich nie czai – odpowiada Eli, poklepując zaczerwienione i pełne ropy miejsce na nodze, gdzie ugryzł go komar. Na sam widok czuję, jak go musi boleć.

Ma rację. Ale moje Nocne Morze wyrzuca na brzeg skarby już piąty sezon, a pierwszy skarb, który znalazłem, sprawił, że mama się uśmiechnęła tak jak jeszcze nigdy i ten uśmiech z nią został prawie do rana. Ściskając skarb w ręce, wymawiała imię taty – i nie chciała mi go oddać, dopóki nie stwierdziłem, że dosyć się już nacieszyła i ma być sprawiedliwie. Ten skarb to figurka rycerza. Mam też inne. Niebieskie autko z otwieranymi drzwiami, starą zieloną monetę z poczerniałym brzeżkiem, gwiazdę, która spadła tu z kosmosu, pióro, co nie pisze, ale jest takie miło ciężkie i masywne, i narysowany czarną kredką obrazek z latającym wolno na wietrze tysiącem ptaków. Wszystkie skarby wyrzucił na brzeg przypływ, który widzę tylko ja.

Daję Eliemu muszlę, a on się uśmiecha i długo obraca ją w rękach.

– Ładna.

Potem siada na ziemi i przyciska ją do ucha tak mocno, że aż robi mu się czerwone na policzku.

– Słuchasz szumu morza? – pytam.

– Słucham morskich opowieści. Chcesz wiedzieć, co słyszę?

Na to zbiera się wokół z dziesięcioro dzieci, żeby posłuchać Eliego.

– Dawno temu, gdy świat był samym tylko morzem, żył sobie wieloryb. Największy, najogromniejszy w całym oceanie. Był stary jak wszechświat i wielki jak państwo, w którym jesteśmy. Co noc wypływał na powierzchnię i śpiewał pieśń do księżyca. Aż pewnego razu...

Siadamy, a historyjka Eliego wwierca się w mózg tak głęboko, że nie wypadnie z niego nigdy.

Później daję muszlę Queeny, żeby też sobie posłuchała.

– Cóż to ma być? – pyta, rozzłoszczona moim namawianiem. – Słyszę tylko świst powietrza.

– To szum morza – odpowiadam.

Ledwie patrzy w moją stronę.

– Też coś! Morze szumi inaczej.

A kiedy pokazuję muszlę mamie, tak samo ją bierze i słucha. Słucha bardzo długo i ten ból w jej oczach staje się jeszcze głośniejszy. Nie mówi słowa, ale widzę po jej minie, że coś słyszy.

– Później, nie? – mówi tak cichym i łagodnym głosem, jakby już samo myślenie było dla niej męką. Ostatnio prawie zawsze mówi w taki sposób.

Chowam muszlę z innymi skarbami, które wyrzuciło na brzeg Nocne Morze, pod zapasową koszulą i spodniami mamy, gdzie nikt inny nie zagląda. Ale najpierw jeszcze raz przyciskam muszlę do ucha i wsłuchuję się w nią z całej siły. Jestem pewny prawie na sto procent, że dobiega z niej głos taty. Woła do mnie. Mówi, że jest w drodze. Mówi, że to już wkrótce, no bo mija dziewięć lat, a przecież tak okropnie długo nie można czekać na wizytę taty. „K i e d y ś” – szepce. I ten szept brzmi tak świetliście, jakby się urodziło tysiąc gwiazd. Ale nie mówię nikomu, że go słyszę. Nawet Eliemu.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wróbelek z kości 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia