Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów

Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów

Autorzy: Deborah Feldman Kamila Slawinski

Wydawnictwo: Poradnia K

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 22.74 zł

Poruszające wspomnienia o dorastaniu i ucieczce z rygorystycznej chasydzkiej społeczności. Deborah Feldman w przejmujący sposób relacjonuje, jak wyglądało jej życie, pełne nakazów i zakazów, życie, które opierało się na milczącym przyzwoleniu na cierpienie i zniewolenie. Bohaterka już jako dziecko starała się zrozumieć sens w konserwatywnej strukturze, w jakiej przyszło się jej wychowywać i dorastać. Każdy jej krok i zachowanie były kontrolowane, o wszystkim decydowała rodzina. W wieku 17 lat zmuszona do małżeństwa z człowiekiem, którego znała 30 minut, pozbawiona elementarnej własnej sfery emocjonalnej i seksualnej, nabawiła się nerwicy. Dwa lata później, po urodzeniu dziecka zrozumiała, że stawką w jej życiu nie jest już tylko ona sama, ale przede wszystkim syn, którego musi ratować. Bohaterka nie chciała poddawać się rygorom i nierzadko okrucieństwu wspólnoty. Zamiast żyć wśród chasydów, wybrała wolność nie licząc się z konsekwencjami. Jej odwaga i determinacja nie miały sobie równych. Zapomniała o twardych regułach i zakazach. Nie mogąc znieść opresyjnej rzeczywistości, porzuciła ją uciekając z synkiem od męża, rodziny i religii. Dostała wtedy drugie życie – bez ograniczeń i cierpienia.

 

Feldman opisuje rodzinną tajemnicę, która naznaczyła jej życie i egzotyczny świat zamkniętej społeczności, w której dorastała. Powieść szokuje szczerością opisu doświadczeń małej dziewczynki, a następnie dojrzewającej kobiety. „Unorthodox” to manifest walki z przeciwnościami losu i pierwsze tak dogłębne spojrzenie na ortodoksyjną, żydowską kulturę w XXI wieku.

 

O autorce

Deborah Feldman urodziła się i wychowała we wspólnocie ortodoksyjnych Żydów w Williamsburgu na Brooklynie. W bardzo młodym wieku została wydana za mąż w aranżowanym małżeństwie, a dwa lata później urodził się jej syn. Wspomnienia, które opublikowała, mając 25 lat, stały się bestsellerem New York Timesa. Dwa lata później napisała ich kontynuację pod tytułem „Exodus”. Jej książki zostały przetłumaczone na hebrajski i niemiecki. Feldman obecnie mieszka w Berlinie wraz ze swoim synem.

Spis treści

Karta redakcyjna

Od Autora

Prolog

1. W poszukiwaniu mej ukrytej mocy

2. Wiek niewinności

3. Światełko wiedzy

5. Niższość moich stosunków

5. W pogoni za celem

6. O co warto walczyć

7. Kosztowne ambicje

8. Sprawiedliwość zwycięża

9. Zbuntowana

Epilog

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginału: UNORTHODOX: THE SCANDALOUS REJECTION OF MY HASIDIC ROOTS

Przełożyła: KAMILA SLAWINSKI

Ilustracja na okładce: © shutterstock

Projekt okładki: © Marzanna Dobrowolska

Opracowanie typograficzne i skład: ROBERT OLEŚ / d2d.pl

Redakcja: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK

Korekta: EWA CZERNATOWICZ / d2d.pl, MAGDALENA KĘDZIERSKA-ZAPOROWSKA / d2d.pl

Copyright © 2012 by Deborah Feldman

First published by Simon & Schuster, Inc.

All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Kamila Slawinski

Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2017

Wydanie I

ISBN 978-83-63960-85-8

Poradnia K sp. z o.o.

ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa

e-mail: poradniak@poradniak.pl

www: www.poradniak.pl

księgarnia internetowa: sklep.poradniak.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Od autorki

Satu Mare (po węgiersku Święta Maria) albo w języku jidysz Satmar to miasto na pograniczu Węgier i Rumunii. Jak doszło do tego, że chasydzka sekta wywodzi swą nazwę od chrześcijańskiej świętej? Otóż węgierski Żyd, prawnik i dziennikarz Rudolf Kasztner, który podczas drugiej wojny światowej uznał za swą misję uchronienie prominentnych Żydów od niechybnej śmierci, uratował rabina z tego miasta. Ten wyemigrował później do Ameryki i zyskał wielką rzeszę zwolenników wśród innych ocalałych oraz założył chasydzką sektę, którą nazwał na cześć swego rodzinnego miasta. Inni ocaleni rabini także zaczęli nazywać swoje sekty na cześć miasteczek, z których pochodzili, chcąc w ten sposób przechować pamięć o sztetlach i wspólnotach unicestwionych przez Holokaust.

Amerykańscy chasydzi z entuzjazmem powrócili do swej cudem uratowanej spuścizny – zaczęli nosić tradycyjne stroje i komunikować się, jak ich przodkowie, wyłącznie w jidysz. Wielu z nich z rozmysłem sprzeciwiało się utworzeniu państwa Izrael w przekonaniu, że ludobójstwo dokonane na Żydach było karą za asymilację i syjonizm. Co jednak najbardziej istotne, chasydzi skupili się na reprodukcji, pragnąc w ten sposób zrekompensować śmierć licznych ofiar Zagłady i na nowo pomnożyć swoje szeregi. Do dzisiaj społeczności chasydzkie rozrastają się dynamicznie, co ich członkowie postrzegają jako ostateczną zemstę na Hitlerze.

.

Imiona i szczegóły pozwalające zidentyfikować postaci występujące w tej książce zostały zmienione. Opisane w niej wydarzenia są prawdziwe, ale niektóre zostały skrócone, skondensowane lub przedstawione w zmienionej kolejności, by chronić prywatność osób biorących w nich udział lub zachować płynność narracji. Dialogi odpowiadają rozmowom, które naprawdę się odbyły, na tyle, na ile mogłam je wiernie przywołać.

Deborah Feldman

Prolog

W przeddzień moich dwudziestych czwartych urodzin przeprowadzam wywiad z moją matką. Spotykamy się w wegetariańskiej restauracji na Manhattanie, która reklamuje się jako ekologiczna i korzysta ze świeżych, lokalnych produktów. Z przyjemnością myślę o prostej kuchni, jaką tu obiecują, mimo że ostatnio bez opamiętania zajadam się wieprzowiną i owocami morza. Kelner, który nas obsługuje, wygląda demonstracyjnie nieżydowsko ze swymi rozczochranymi blond włosami i niebieskimi oczami. Traktuje nas jak księżniczki, ponieważ znajdujemy się na Upper East Side i jesteśmy gotowe wyłożyć sto dolarów za lunch składający się głównie z warzyw. Wydaje mi się ironią, że nie wie, iż jesteśmy nietutejsze, i odruchowo akceptuje naszą obecność. Nie przypuszczałam, że to się kiedykolwiek zdarzy.

Zanim się spotkałyśmy, powiedziałam matce, że chcę jej zadać kilka pytań. Pomimo że ostatnio spędziłyśmy razem więcej czasu niż wtedy, gdy byłam nastolatką, do tej pory unikałam rozmów o przeszłości. Może nie chciałam wiedzieć. Albo może nie chciałam się przekonać, jak wiele z informacji o matce, którymi mnie karmiono, było nieprawdą – a może właśnie prawdą. Tak czy inaczej, upublicznienie historii mojego życia wymaga uczciwości, i to nie tylko z mojej strony.

Dokładnie rok temu na dobre odeszłam ze społeczności chasydzkiej. Mam dwadzieścia cztery lata i wciąż całe życie przed sobą. Przyszłość mego syna kipi miriadami możliwości. Czuję się, jakbym przybyła na start wyścigu tuż przed rozpoczynającym go wystrzałem. Patrząc na moją matkę, dostrzegam, że mamy wiele wspólnego, ale różnice między nami są jaskrawsze niż kiedykolwiek. Gdy odeszła, była starsza niż ja teraz – i nie zabrała mnie z sobą. Jej losy świadczą o tym, że walczyła bardziej o poczucie bezpieczeństwa niż o szczęście. Marzenia unoszą się nad naszymi głowami jak chmury: moje są większe i bardziej kłębiaste niż jej, wiotkie cirrusy zawieszone wysoko na zimowym niebie.

Odkąd pamiętam, zawsze chciałam od życia jak najwięcej – pragnęłam wszystkiego, co tylko mogłam dostać. Tym różnię się od tych, którzy potrafią poprzestać na małym. Nie mieści mi się w głowie, jak ludzie, mając tak nieskończone możliwości, mogą zadowolić się małymi pragnieniami, mieć ograniczone i ciasne ambicje. Nie znam matki na tyle, by rozumieć jej marzenia, wiem jednak, że dla niej są wielkie i ważne, i chcę to uszanować. Jakkolwiek wiele nas różni, mamy ze sobą coś wspólnego, jest między nami nić porozumienia: obie zdecydowałyśmy się na zmianę na lepsze.

Matka urodziła się i wychowała w Anglii, w społeczności niemieckich Żydów. Jej rodzina była religijna, ale nie chasydzka. Była dzieckiem z rozbitego małżeństwa, wspomina więc dzieciństwo jako lata, w których czuła się zagubiona, niedopasowana i nieszczęśliwa. Mówi mi, że miała niewielkie szanse na zamążpójście, a tym bardziej dobrą partię. Kelner stawia przed nią talerz frytek z polentą z czarnej fasoli. Matka nadziewa frytkę na widelec.

Między kęsami jedzenia opowiada, że gdy nadarzyła się jej okazja poślubienia mego ojca, wydawało się jej to spełnieniem marzeń. Jego rodzina była zamożna i zdesperowana, by jak najszybciej znaleźć mu żonę. Jego rodzeństwo czekało, kiedy się zaręczy, bo dopiero wtedy mogło zacząć żyć własnym życiem. Miał dwadzieścia cztery lata – stanowczo za dużo jak na dobrego żydowskiego chłopca, który nie powinien już być kawalerem. Im byli starsi, tym mniejsza stawała się szansa, że w końcu się ożenią i odejdą z domu. Rachel, moja mama, była dla ojca ostatnią szansą.

Mama wspomina, że wszyscy wokół niej byli wniebowzięci, że tak jej się ułożyło. Miała wyjechać do Ameryki! Obiecano im nowiutkie, w pełni umeblowane mieszkanie. Rodzina ojca zaoferowała pokrycie wszystkich kosztów! Czekały na nią ładne ubrania i biżuteria, no i gromada szwagrów i szwagierek, już spragnionych jej towarzystwa.

– Więc byli dla ciebie mili? – pytam, mając na myśli moje ciotki i wujków, którzy, jak pamiętam, z niejasnych dla mnie powodów zawsze patrzyli na mnie z góry.

– Z początku tak – odpowiada mama. – No wiesz: byłam nową angielską zabawką, szczupłą, ładną panną ze śmiesznym akcentem.

Uratowała ich wszystkich, tych młodszych. Gdyby nie ona, zestarzeliby się jako stare panny i wieczni kawalerowie. Z początku byli więc wdzięczni, że oszczędzono im tego losu i że ich brat znalazł żonę.

– Zrobiłam z niego mężczyznę – mówi mama. – Dzięki mnie zawsze wyglądał porządnie, jak mensz. Nie potrafił sam zadbać o siebie, wszystko robiłam za niego. Dzięki mnie wyglądał schludniej. Nie musieli się już tak za niego wstydzić.

Jedyne uczucie związane z ojcem, jakie pamiętam, to wstyd. Gdy go znałam, zawsze był niechlujny i brudny, do tego zachowywał się dziecinnie i niestosownie.

– Co dzisiaj myślisz o ojcu? – pytam. – Jak sądzisz, co z nim było nie tak?

– Och, nie wiem. Przypuszczam, że był psychicznie chory, miał urojenia.

– Naprawdę uważasz, że to wszystko wyjaśnia? Nie wydaje ci się, że był po prostu upośledzony umysłowo?

– Cóż, był raz u psychiatry, zanim się pobraliśmy, i ten psychiatra powiedział mi, że jest niemal pewien, że twój ojciec cierpi na jakieś zaburzenia osobowości, ale ponieważ pacjent odmówił współpracy i dalszych badań oraz nie pojawił się więcej, nigdy nie zostało to stwierdzone.

– No nie wiem – powątpiewam. – Ciotka Chaja powiedziała mi kiedyś, że w dzieciństwie zdiagnozowano u niego niedorozwój. I że jego IQ wynosiło sześćdziesiąt sześć. Niewiele się z tym da zrobić.

– Ale oni nawet nie próbowali! – upiera się mama. – Powinni byli go jakoś leczyć!

Przytakuję.

– No więc z początku byli mili. A co stało się potem?

Pamiętam, jak moje ciotki obgadywały matkę za jej plecami, mówiąc okropne, nienawistne rzeczy.

– Cóż, gdy już kurz opadł, zaczęli mnie ignorować. Robili, co chcieli, nie informując mnie o niczym. Spoglądali na mnie z góry, bo byłam z biednej rodziny, podczas gdy oni wszyscy urodzili się zamożni, bogato się wydali i żyli w całkiem innym świecie. Twój ojciec nie był w stanie zarabiać, ja też nie, więc twój dziadek nas utrzymywał. Ale był skąpy, wyliczał nam na jedzenie absolutne minimum. Twój zajde[1] był bardzo sprytny, ale nie rozumiał ludzi. Kompletnie bez poczucia rzeczywistości.

Do dziś czuję ukłucie w sercu, gdy ktoś źle mówi o mojej rodzinie – jakbym musiała ich bronić.

– Za to wiem, że twoja bube zawsze mnie szanowała. Nikt jej nigdy nie słuchał, ale była z pewnością inteligentniejsza i bardziej otwarta, niż ktokolwiek był skłonny przyznać.

– Och, pełna zgoda! – jestem uradowana, że przynajmniej jednego członka rodziny postrzegamy tak samo. – Mnie też tak traktowała: szanowała mnie nawet wtedy, gdy cała reszta uważała, że jestem wielkim utrapieniem.

– Tak, cóż... ale nie miała żadnej władzy.

– To prawda.

Ostatecznie matka nie miała nic, co by ją tam trzymało. Ani męża, ani rodziny, ani domu. Za studenckich czasów „żyła”, miała poczucie sensu i kierunku, w którym zmierza. Jak nie ma po co zostać, to się odchodzi – tam, gdzie można się na coś przydać, gdzie czuje się akceptowanym.

Kelner podchodzi do stolika z czekoladowym brownie z wetkniętą w nie świeczką.

– Sto lat, sto lat – śpiewa cicho matka, przez moment jej wzrok spotyka mój. Opuszczam oczy, czując, jak się czerwienię.

– Zdmuchnij! – nalega mama, wyjmując aparat.

Chce mi się śmiać. Idę o zakład – kelner pewnie myśli, że jestem jak każda inna dziewczyna obchodząca urodziny z mamą. Że co roku idziemy świętować na mieście, tak jak dzisiaj. Czy przyszłoby mu do głowy, że matka przegapiła większość urodzin mojego dzieciństwa? Jak ona to robi, że zachowuje się jak gdyby nigdy nic? Nie czuje się z tym niezręcznie? Bo ja i owszem.

Obie pochłaniamy nasze brownie, a gdy kończymy, matka milknie i wyciera usta. Mówi, że chciała mnie zabrać ze sobą, ale nie mogła. Była bez grosza. Rodzina ojca groziła, że jeśli spróbuje mnie wziąć, zgotują jej piekło. Mama mówi, że najgorsza była Chaja, najstarsza z ciotek.

– Gdy przychodziłam cię odwiedzić, traktowała mnie jak śmiecia, jakbym nie była już twoją matką, mimo że cię urodziłam. Jakim prawem? Nawet nie była z naszej krwi.

Mama wspomina, że Chaja wyszła za najstarszego brata ojca i natychmiast zaczęła się rządzić. Zawsze musiała wszystkimi dyrygować, wszystko ustawiać, wszędzie wtrącać swoje trzy grosze.

Gdy matka na dobre odeszła od ojca, Chaja zaczęła dyrygować także mną. Zdecydowała, że będę mieszkać u dziadków, że pójdę do satmarskiej szkoły, że poślubię dobrego chasydzkiego chłopca z pobożnej rodziny. Ostatecznie jednak to właśnie Chaja nauczyła mnie, jak wziąć swój los we własne ręce, jak stawiać twardo na swoim jak ona, jak nikomu nie pozwalać się unieszczęśliwiać.

To Chaja przekonała zajde, by pogadał ze swatką, mimo że miałam ledwie siedemnaście lat. To ona w rzeczywistości nią była, to ona zadecydowała, za kogo mam wyjść za mąż. Chciałabym obarczyć ją odpowiedzialnością za wszystko, przez co przeszłam – ale jestem na to za mądra. Wiem, jak działa nasz świat; wiem, że potężny prąd pradawnej tradycji potrafi porwać ludzi i ponieść ich z sobą.

Nowy Jork,

sierpień 2010

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

Przypisy

[1] Zajde (jidysz) – dziadek; bube – babcia. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran