Randka z homo sapiens

Randka z homo sapiens

Autorzy: Penny Reid Maria Kabat

Wydawnictwo: Poradnia K

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 23.50 zł

Pierwszy tom serii „Kółko Singielek Miejskich” Penny Reid. Jeśli kochacie „Seks w wielkim mieście” i dzienniki Bridget Jones, to ta książka jest dla Was. Zabawna i lekka opowieść o dziewczętach w Chicago, które spotykają się na regularne sesje szydełkowania i wzajemnie wspierają się radą i pomocą.

 

Bohaterki od pierwszych stron budzą sympatię, są nakreślone niezwykle prawdziwie, a jednocześnie z przymrużeniem oka. Neurotyczna Janie, która nie wierzy w siebie i co i rusz pakuje się w kłopoty, bardzo polega na swoich przyjaciółkach, może się do nich zwrócić w każdej sprawie – są dla niej jak rodzina.

 

Po tym, jak jednego dnia traci chłopaka, mieszkanie i pracę, Janie Morris tylko czeka na kolejną katastrofę, jaką szykuje dla niej los. Świadkiem jej totalnego upokorzenia jest boski Quinn Sullivan, zwany przez nią Pan Ciacho, który co i rusz pojawia się na jej drodze, jak para drogich szpilek – równie pożądanych, co nieosiągalnych. Życie szykuje dla Janie kolejną niespodziankę, kiedy Quinn, obiekt jej niewinnych, choć nieco obsesyjnych westchnień, składa jej propozycję nie do odrzucenia.

 

„Randka z homo sapiens” to nie tylko trzymająca w napięciu opowieść romansowa, ale pochwała kobiecej solidarności i diagnoza współczesnych singielek – czego szukają, o czym marzą i do czego dążą. Fanki literatury kobiecej mogą dzięki książce przenieść się do świata, w którym miłość jest najwyższą wartością i koniecznie trzeba o nią walczyć. Naprawdę warto zaprosić singielki do siebie i zatopić się w lekturze idealnej jako antidotum na listopadową słotę i spadek nastroju. Książka jest lepsza niż tabletka szczęścia – w sam raz na długie jesienne wieczory. Należy aplikować z gorącą czekoladą i ciasteczkami (ewentualnie Panem Ciacho ;), przyjmować pod ciepłym kocem. To prawdziwy miód na wszystkie potrzebujące serca. Kolejne książki serii już w przygotowaniu.

 

O autorce

Penny Reid jest pełnoetatową badaczką w zakresie biomedycyny, a po godzinach – uznaną i utytułowaną autorką powieści kobiecych, która zdobyła grono wiernych fanek na całym świecie. Opinie i recenzje jej książek na portalu Goodreads sięgają kilkuset tysięcy, znalazły się też na liście bestsellerów „USA Today”. „Randka z homo sapiens” to pierwszy tytuł jej bestsellerowej serii „Kółko Singielek Miejskich”.

Prywatnie jest mamą trójki dzieci i żoną oraz fanką robótek ręcznych.

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Rozdział 1

Przypisy

Tytuł oryginału: NEANDERTHAL SEEKS HUMAN

Przełożyła: MARIA KABAT

Projekt okładki: PENNY REID

Projekt okładki dla polskiej edycji: MARZENNA DOBROWOLSKA

Opracowanie typograficzne i skład: MARZENNA DOBROWOLSKA

Redakcja: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK

Korekta: MAGDALENA GERAGA

Copyright © 2013 PENNY REID

Copyright © for the Polish translation by Maria Kabat

Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, wydanie I, 2017

Wydanie I

ISBN 978-83-63960-93-3

Poradnia K sp. z o.o.

ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa

e-mail: poradniak@poradniak.pl

www: www.poradniak.pl

Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: sklep.poradniak.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Mojemu komputerowi:

Nie byłabym w stanie napisać tego bez Ciebie.

Dla informatyków odpowiedzialnych

za funkcję sprawdzania pisowni:

Jesteście bohaterami mojej codzienności.

Dla Karen:

Mam nadzieję, że się uśmiejesz

i że będziesz ze mnie dumna.

Dla moich Czytelników

(wszystkich trzech):

Dziękuję.

1

Kryzys dopadł mnie w łazience.

Poczułam, jak ogarnia mnie panika, kiedy siedząc na sedesie, zauważyłam cmentarzysko pustych rolek po papierze toaletowym. Tuby z brązowego kartonu ustawione były wręcz ostentacyjnie w formie półokręgu na płaskiej, lśniącej powierzchni metalowego pojemnika. Wyglądały niczym miniaturowy Stonehenge z recyklingu wzniesiony w damskiej toalecie, pomnik upamiętniający perystaltykę minionych dni.

Tak naprawdę to już koło czternastej trzydzieści mój dzień przeszedł z trybu „kiepski niczym piosenka country” w sąsiadujący z nim tryb „doroczny bożonarodzeniowy list od ciotki Ethel”. W zeszłym roku ciotka Ethel z niezmienną szczerością pisała o podagrze wujka Joego, nie jednym, a dwóch wypadkach samochodowych, o nowym zapadlisku na tyłach ich domu, o tym, że nieuchronnie zbliża się moment, w którym eksmitują ich z przyczepy, no i o rozwodzie kuzynki Sereny. Chociaż prawda była taka, że kuzynka Serena rozwodziła się przynajmniej raz w roku, więc w sumie tę ostatnią wiadomość trudno byłoby zaliczyć do kumulacji zeszłorocznych katastrof.

Wzięłam głęboki wdech i sięgnęłam do wnętrza pojemnika na papier toaletowy w nadziei, że moja ręka natrafi na choćby listek. Niestety, wewnątrz znajdowała się tylko kolejna pusta rolka. Wyginając się pod jakimś absurdalnie niewygodnym kątem, próbowałam zajrzeć głębiej, w bezkresny mrok, licząc, że dostrzegę tam ukrytą dodatkową rolkę. Ku mojej rozpaczy pojemnik był pusty.

– Co za gówno – ni to wyszeptałam, ni to jęknęłam, by po chwili wybuchnąć śmiechem na dźwięk swojego niezamierzonego żartu. Doprawdy, co za świetny dobór słów, biorąc pod uwagę moją obecną sytuację. Usta rozciągnęły się w gorzkim uśmiechu, szczęki zacisnęły mocno, a w mojej głowie, już po raz kolejny tego dnia, pojawiły się te cztery słowa:

Najgorszy. Dzień. Mojego. Życia.

Był to rzeczywiście, i bez związku z brakiem papieru, totalnie posrany dzień.

Jak we wszystkich najlepszych piosenkach country zaczęło się od „tego zdradzającego drania”. W tej akurat piosence zdradzaną byłam oczywiście ja we własnej osobie, a zdrajcą mój długoletni chłopak, Jon. Odkrycie jego pozazwiązkowych igraszek dokonało się za sprawą pustego opakowania po kondomie, wciśniętego w tylną kieszeń jego spodni, które ja, usłużna, głupia dziewczyna, postanowiłam wspaniałomyślnie wrzucić do prania razem ze swoimi rzeczami.

Wracałam teraz myślami do dyskusji, jaka wywiązała się tuż po tym, jak plasnęłam znalezionym opakowaniem po kondomie prosto w jego czoło. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że pytanie, które zadał mi Jon, było całkiem słuszne: czy byłam na niego wściekła dlatego, że mnie zdradził, czy byłam rozczarowana, że okazał się na tyle głupi, żeby po wyciągnięciu kondomu z opakowania wsadzić je do tylnej kieszeni spodni? Wróciłam myślami do słów, które wypowiedziałam do niego rano:

– Serio, Jon, kto, do licha, tak robi? Kto myśli sobie: „Zaraz zdradzę swoją dziewczynę, ale jestem na tyle świadomym członkiem społeczeństwa, że nie mogę pozwolić sobie na rzucenie folii na ziemię, nie będę przecież śmiecił”?

Gapiłam się na niebiesko-białe drzwi kabiny, przygryzając dolną wargę, i zastanawiałam się, jakie mam opcje. Może mogłabym pozostać w kabinie do końca dnia? Uch, do cholery z tym wszystkim. W tym momencie pozostanie w kabinie do końca życia również wydawało mi się całkiem niezłym pomysłem, szczególnie że właściwie nie miałam dokąd wracać.

Mieszkanie, w którym żyliśmy z Jonem, należało do jego rodziców. Nalegałam, że będę dorzucać się do czynszu, ale mój mizerny wkład w wysokości pięciuset dolarów plus połowy opłat za media najpewniej nie pokrywał choćby jednej szesnastej kosztów utrzymania apartamentu z dwiema sypialniami i dwiema łazienkami w centrum miasta.

Gdzieś w głębi duszy chyba wiedziałam, że mnie zdradza. Inaczej byłby po prostu zbyt idealny. Wydawał się mieć wszystkie te cechy, których, jak mi się zdawało, szukałam u mężczyzny (i nadal tak mi się zdaje). Błyskotliwy, zabawny, słodki, dobry dla rodziców, przystojny, ale w taki niezdarno-uroczy sposób. Mieliśmy niemal identyczne poglądy polityczne, ideologiczne, liczyły się dla nas te same wartości. Łączyło nas nawet to samo wyznanie.

Dzielnie znosił moje dziwactwa. Mówił o nich nawet, że są słodkie, chociaż od innych słyszałam zazwyczaj pod swoim adresem, że jestem osobliwa.

Nie bał się romantycznych gestów. Był uwodzicielem w czasach, kiedy szlachetna sztuka uwodzenia wydawała się wymarła. W college’u pisał dla mnie wiersze, jeszcze zanim zaczęliśmy się spotykać. I była to naprawdę dobra poezja, nawiązująca do moich zainteresowań i aktualnych nastrojów politycznych. Jej wersy delikatnie grzały moje serce, nigdy jednak nie czułam, żeby moje zmysły miały zaraz eksplodować. Z drugiej strony, nie byłam dziewczyną z tendencją do eksplodujących zmysłów.

Była jednak między nami jedna, dość istotna różnica. Pieniądze – dużo, dużo pieniędzy. Była to zadra, która uwierała mnie od samego początku. Podczas gdy ja ostrożnie kalkulowałam i planowałam każdy wydatek, rozpisując szczegółowo miesięczny budżet, on kupował, co chciał, kiedy chciał.

Chociaż za nic w świecie bym się do tego nie przyznała, podejrzewam, że sporo mu zawdzięczam. Zawsze zastanawiałam się, czy to on albo jego tata, który kazał mi mówić do siebie „Jeff”, ale którego wolałam nazywać panem Holesomem, wstawili się za mną i załatwili mi rozmowę o pracę.

Nawet po naszej kłótni – bo tak naprawdę dzisiejszy poranek był jedynym momentem naszego związku, który można było nazwać kłótnią – Jon powiedział mi, że mam zostać, że powinnam zostać, że chciałby wszystko naprawić. Powiedział, że zaopiekuje się mną. Że go potrzebuję. Zgrzytnęłam zębami, zacisnęłam szczęki, utwierdziłam się w swoim postanowieniu.

Nie zamierzałam zostać.

Nie miało żadnego znaczenia, że był mądry, zabawny i akceptował mnie taką, jaka jestem. Bez znaczenia było przeświadczenie w mojej głowie, że jego akceptacja dla wszystkich moich dziwactw oznaczała, że oto znalazłam tego jedynego. Ani to, jak miło było wyrwać się dzięki niemu spod ciężaru opłat za mieszkanie w Chicago, a uwolnione w ten sposób pieniądze wydawać na tak ważne rzeczy jak bilety na mecze Chicago Cubs, komiksy i dizajnerskie buty. Nie chciałam zostać.

Nie ma takiej opcji.

Nieprzyjemne ciepło, które tłumiłam w sobie przez cały dzień, teraz wypełniło mi klatkę piersiową. Ścisnęło gardło. Pusta rolka, która przepełniła czarę goryczy, wpatrywała się we mnie z podajnika. Niespodziewanie poczułam trudną do opanowania potrzebę wyszarpnięcia jej i podarcia na drobne kawałeczki w akcie zemsty. Opanowałam się jednak i skoncentrowałam na papierowym Stonehenge.

Oczyma wyobraźni widziałam, jak ochrona budynku przychodzi, żeby wyprowadzić mnie z kabiny w toalecie na pięćdziesiątym drugim piętrze, wokół mnie leżą rozszarpane zwłoki rolek papieru, a moje majtki ciągle są gdzieś na wysokości kostek, podczas gdy ja wskazuję oskarżycielsko na swoich kolegów z pracy, wrzeszcząc: „Następnym razem uzupełniajcie podajnik!!! Po prostu uzupełniajcie podajnik!!!”.

Zamknęłam oczy. Poprawka: moich byłych kolegów z pracy.

Drzwi łazienki rozmazały się, kiedy moje oczy napełniły się łzami. Jednocześnie z moich ust wydobył się piskliwy chichot. Wiedziałam, że wypływam na nieznane wody.

Jak to bywa z piosenkami country, kolejne dramaty dzisiejszego dnia układały się w staranne, regularne wersy; w ich rytmie systematycznie odhaczałam kolejne punkty na liście rzeczy, które mi się dziś przytrafiły:

Brak odżywki, a co za tym idzie – sterczące na wszystkie strony włosy, przypominające ptasie gniazdo: zaliczone.

Obcas nowych butów złamany na kratce ściekowej: zaliczone.

Zgubiona soczewka po tym, jak szturchnął mnie w ramię ktoś z wytaczającego się z windy tłumu: zaliczone.

Kawa wylana na najlepszą, ulubioną białą koszulę z kołnierzykiem: to też mogę już wykreślić ze swojej listy.

A na koniec tego pięknego maratonu szef wezwał mnie do swojego gabinetu i poinformował, że moje stanowisko zostało zlikwidowane: zaliczone do kwadratu.

Właśnie dlatego tak bardzo nie znosiłam rozwodzenia się nad problemami osobistymi. Właśnie dlatego unikanie i obchodzenie najskrytszych myśli i uczuć było o wiele bezpieczniejsze niż czekająca mnie alternatywa. Nie pozwalałam sobie na rozpacz – taką prawdziwą, absolutną rozpacz – od czasu śmierci mojej mamy. I żaden chłopak, pracodawca ani seria gównianych wydarzeń nie mogła tego zmienić. W końcu, patrząc z perspektywy całego życia, z pewnością jest to coś, z czym dam sobie radę.

A w każdym razie muszę tak sobie powtarzać.

Z początku próbowałam odgonić wilgoć zbierającą się pod powiekami za pomocą mrugania. Ale potem zamknęłam oczy i, już po raz trzeci tego dnia, zaczęłam korzystać z technik radzenia sobie z emocjami, których nauczyłam się podczas roku obowiązkowej psychoterapii.

Wizualizowałam sobie, jak owijam swój gniew, poczucie krzywdy i postrzępione skrawki poczytalności w wielki, kolorowy ręcznik plażowy. Potem umieszczam ten tobołek w pudełku. Starannie zamykam pudełko i wkładam je na najwyższą półkę mojej wyimaginowanej szafy wnękowej. Gaszę światło. Zamykam drzwi.

Chodziło o to, aby w mojej aktualnej sytuacji wyłączyć emocje, nie unikając przy tym konfrontacji z rzeczywistością.

Po wielokrotnych próbach powstrzymania łez, co wymagało ode mnie ogromnego wysiłku, wreszcie udało mi się pozbyć ścisku w gardle i złowrogiego poczucia napływającej chandry. Otworzyłam oczy. Spuściłam wzrok i dokonałam szczegółowej analizy swojego aktualnego wyglądu: różowe klapki, pożyczone jako zastępstwo dla moich szpilek Jimmy Choo; szara spódnica do kolan poplamiona kawą; pożyczona, przyciasna czerwona bluzka, którą musiałam zastąpić moją ulubioną bawełnianą koszulę; szalone, niezamierzone afro na głowie.

Poprawiłam swoje stare okulary w czarnej oprawie, które założyłam po utracie soczewek. Byłam spokojniejsza i miałam silniejsze poczucie kontroli, mimo (nie)dobranej garderoby.

I kiedy tak siedziałam w biurowej łazience, poczułam, jak ogarnia mnie przyjemne odrętwienie, otulając mnie niczym chłodne fale. Wiedziałam już, że dam sobie radę z brakiem papieru toaletowego. Wyprostowałam się stanowczo.

A cała reszta moich problemów będzie musiała poczekać. Nie to, żebym liczyła, że w jakikolwiek sposób magicznie znikną.

***

Zbliżając się do swojego biurka – to znaczy mojego byłego biurka – myślałam tylko o zaciekawionych twarzach, zerkających w stronę mojego boksu, i ukradkowych spojrzeniach rzucanych w moją stronę. Wszyscy trzymają się w bezpiecznej odległości od pola rażenia: na tyle blisko, żeby móc swobodnie obserwować moje upokorzenie, ale wystarczająco daleko, żeby uznać to za uprzejmy dystans. Zastanawiałam się, co tego typu zachowanie mówi o naszym gatunku. Jaki byłby najbardziej adekwatny odpowiednik tego, co się w tej chwili działo, w świecie gatunków z niższych szczebli królestwa zwierząt?

Może krążące wokół rekiny, które zwietrzyły zapach krwi? W tym scenariuszu wyobrażałam sobie, że rekiny chciałyby nasycić się moim dramatem, moją konsternacją, moim poczuciem dyskomfortu. Zagłębiłam się w etnograficzne rozważania i obserwowałam bacznie krążącą wokół mnie grupę. Nie czułam już wstydu, jaki powinien poprzedzać moje wyjście, zamiast tego pochłaniało mnie obserwowanie obserwujących. Próbowałam odczytywać emocje z ich twarzy, zastanawiałam się, co chcą osiągnąć albo zyskać.

Otuliłam się swoją warstwą izolacyjną, ciasno, jak najciaśniej.

I dlatego nie dosłyszałam za moimi plecami dudnienia zbliżających się kroków, ani nie zorientowałam się, że wokół mojego boksu zapadła nagle cisza, dopóki czyjeś dwa palce nie postukały mnie w ramię, delikatnie, ale stanowczo. Odwróciłam się w miarę stabilnie, choć wciąż byłam jeszcze nieco oszołomiona, i przesunęłam wzrok po dłoni, która obecnie znajdowała się na moim łokciu, wyżej, na biceps, masywne ramię, mocno zarysowaną szczękę i podbródek, by na końcu natrafić na zapierające dech w piersiach, przeszywające błękitne spojrzenie Pana Ciacho.

Wzdrygnęłam się.

Chociaż chyba raczej najpierw skrzywiłam się, a potem wzdrygnęłam. A on nie nazywał się wcale Pan Ciacho. Nie wiedziałam, jak się naprawdę nazywa, ale rozpoznałam w nim jednego z pracowników ochrony przychodzących na popołudniową zmianę. Tego, którego obserwowałam (żeby nie powiedzieć śledziłam) przez ostatnie pięć tygodni.

Nie wiedziałam, jak się nazywa, bo przecież miałam chłopaka, nie wspominając już o tym, że Pan Ciacho był jakieś dwadzieścia tysięcy stopni wyżej ode mnie w hierarchii (przynajmniej w kwestii atrakcyjności) oraz, według mojej przyjaciółki Elizabeth, najprawdopodobniej był gejem. Elizabeth powiedziała mi kiedyś, że mężczyźni, którzy wyglądają tak jak Pan Ciacho, zazwyczaj chcą być z innymi mężczyznami, wyglądającymi jak Pan Ciacho.

Trudno im się dziwić.

O wiele częściej, niż miałabym ochotę przyznać, przyłapywałam się na myśli, że jest to jedna z tych osób, które są zdecydowanie zbyt atrakcyjne. Jego perfekcyjny wygląd wydawał się niemal wbrew naturze. Nie chodziło o to, że był ładnym facetem. Byłam pewna, że nie wyglądałby lepiej w stroju drag queen niż dziewięćdziesiąt dziewięć procent kobiet, które znałam.

Chodziło raczej o to, że wszystko, począwszy od perfekcyjnie zmierzwionych, jasnobrązowych włosów, poprzez oszałamiająco mocną, kwadratową szczękę, po jego bezbłędnie zarysowane, pełne usta było cudownie nieskazitelne. Od patrzenia na niego coś aż ściskało mnie w piersi. Nawet jego ruchy były pełne niewymuszonego wdzięku, jak ruchy kogoś, kto czuł się absolutnie swobodnie w swoim ciele, a jego pozycja we wszechświecie była niezachwiana.

Przypominał mi sokoła.

Ja natomiast byłam zawsze zawieszona gdzieś pomiędzy zakłopotaniem a kompletną izolacją od otaczającego świata. Mój wdzięk był porównywalny z wdziękiem strusia. Kiedy akurat nie chowałam głowy w piasek, ludzie prawdopodobnie przyglądali mi się z myślą: „Cóż to za dziwaczny ptak!”.

Nigdy nie czułam się komfortowo w towarzystwie prawdziwie boskich przedstawicieli mojego gatunku. Dlatego w przeciągu ostatnich pięciu tygodni nie byłam w stanie spojrzeć mu w oczy, niezmiennie odwracając albo opuszczając wzrok tuż przed momentem, w którym moglibyśmy wymienić spojrzenia. To byłoby jak patrzenie bezpośrednio na coś tak jasnego, że bolały od tego oczy.

Dlatego właśnie podziwiałam go z oddali, zupełnie jakby był jakimś wyjątkowym dziełem sztuki, jednym z tych, które widuje się jedynie na fotografiach albo za szybą w muzeum. To moja przyjaciółka Elizabeth z czułością ochrzciła go Panem Ciacho. Dokładniej rzecz ujmując, wspólnie mianowałyśmy go Panem Ciacho pewnej nocy, która obfitowała w zbyt wiele mojito.

Teraz, patrząc w bezkresną głębię jego błękitnych oczu przez swoje okulary w grubych, czarnych oprawkach, zaczęłam nerwowo mrugać, a bariera ochronna zaczęła się kruszyć. Uczucie szarpnięcia, które pojawiło się po lewej stronie żeber, szybko przerodziło się w ciepło, rozprzestrzeniające się aż po czubki palców, a potem na szyję, policzki, a nawet za uszy.

Dlaczego to musiał być akurat Pan Ciacho? Dlaczego to nie mógł być Pułkownik Wąs-Musztarda albo Pani Żelek?

Opuścił ramię wzdłuż ciała, a następnie chrząknął, odwrócił wzrok ode mnie i rozejrzał się po pokoju. Poczułam, że gwałtownie się czerwienię, co było dla mnie dość niecodziennym doświadczeniem, i szybko opuściłam głowę, przyciskając podbródek do mostka i pokpiwając w duchu z samej siebie.

W końcu poczułam zażenowanie.

Przeprowadziłam analizę całego dnia i moich reakcji na każde z wydarzeń.

Dobrze wiedziałam, że muszę popracować nad tym, jak być tu i teraz bez poczucia przytłoczenia. Uświadomiłam sobie, że silniej okazywałam rozpacz z powodu braku papieru toaletowego oraz obecności boskiego ochroniarza, niż kiedy okazało się, że mój chłopak mnie zdradza, w efekcie czyniąc mnie bezdomną, nie wspominając o bezrobociu.

Tymczasem wyglądało na to, że Pan Ciacho czuł się w całej tej sytuacji i jej otoczce równie niekomfortowo jak ja. Mrużąc oczy, wodził wzrokiem po zawieszonym w bezruchu tłumie. Ponownie chrząknął i nagle w całym pomieszczeniu zaszumiało jak w ulu, a wszyscy naraz zaczęli krążyć zażenowani, ostentacyjnie odwracając ode mnie wzrok.

Pan Ciacho ponownie omiótł pomieszczenie swoim sokolim wzrokiem i, wyraźnie zadowolony z wywołanego efektu, z powrotem skierował na mnie swoją uwagę. Mój wzrok napotkał jego oszałamiające, błękitne oczy, a jego wyraz twarzy natychmiast złagodniał – zakładałam, że wzbudziłam w nim politowanie. Z tego, co wiedziałam, był to pierwszy raz, kiedy w ogóle na mnie spojrzał.

Ja z kolei obserwowałam go każdego dnia pracy przez ostatnie pięć tygodni. To przez niego zaczęłam jadać późniejsze lunche, bo jego zmiana zaczynała się o trzynastej trzydzieści. To przez niego najczęściej jadałam teraz swój lunch w lobby. To przez niego w te dni, kiedy spotykałam się po pracy z Elizabeth, o siedemnastej trzydzieści snułam się po lobby w okolicach arboretum i fontanny. Zerkałam na niego co chwila spomiędzy pni drzewek i tropikalnych palm, z pełną świadomością, że moja przyjaciółka nie będzie w stanie dotrzeć do lobby wcześniej niż o osiemnastej.

Pan Ciacho i ja staliśmy przez dłuższą chwilę, skrępowani, obserwując siebie nawzajem. Policzki miałam nadal zaróżowione, ale za to zachwycał mnie fakt, że jestem w stanie wytrzymać pod jego spojrzeniem i nie odwracać wzroku. Być może działo się tak dlatego, że wcześniej zdążyłam już odłożyć swoje uczucia do wyimaginowanej szafy w swojej głowie. A może uświadomiłam sobie, że oto nasze wspólne chwile dobiegają końca i że w związku z redukcją mojego etatu jest to jeden z ostatnich momentów, kiedy mogę patrzeć na niego bezwstydnie. Tak czy inaczej, nie chciałam odwracać wzroku.

Wreszcie oparł ręce na swoich wąskich biodrach i wysunął podbródek, wskazując na moje biurko.

– Potrzebujesz pomocy z tymi rzeczami? – spytał wreszcie głębokim głosem, zniżonym niemal do szeptu.

Bez słowa pokręciłam tylko głową. Chodząca katastrofa z wyłączonym dźwiękiem. Wiedziałam doskonale, że nie jest tu po to, żeby pomóc mi z rzeczami. Był tu po to, żeby wyprowadzić mnie z budynku. Odrzuciłam jego ofertę stanowczym fuknięciem. Chciałam mieć tę ścieżkę hańby jak najszybciej za sobą. Odwróciłam się, poprawiłam okulary na swoim lekko piegowatym nosie i pokonałam końcowy dystans dzielący mnie od biurka. Pożyczone klapki stukały o moje pięty z każdym pospiesznym krokiem: klap, klap, klap.

Wszystkie moje rzeczy zostały spakowane do brązowo-białego kartonu, jednego z tych, których używa się do dokumentów. Zajęli się tym jacyś pracownicy HR-u, podczas gdy ja, tak jak mi kazano, czekałam cierpliwie w sali konferencyjnej. Spojrzałam na swoje puste biurko. W miejscu, gdzie do tej pory stał zawsze mój kubek z ołówkami, pozostał tylko idealnie okrągły ślad otoczony kurzem. Ciekawe, czy przed włożeniem kubka do pudełka wyjęli z niego ołówki.

Potrząsnęłam głową, żeby pozbyć się absurdalnych, bezsensownych myśli, wzięłam do rąk pudło, mieszczące ostatnie dwa lata moich zawodowych aspiracji, spokojnie minęłam Pana Ciacho i ruszyłam dalej, w stronę recepcji i wind. Nie odwzajemniłam jego spojrzenia, ale wiedziałam, że za mną idzie, zanim jeszcze zatrzymał się tuż obok, na tyle blisko, że otarł się łokciem o mój łokieć, kiedy próbowałam oprzeć pudło na biodrze i wcisnąć guzik windy.

Niemal czułam na sobie jego wzrok, ale nie odwzajemniłam spojrzenia. Zamiast tego obserwowałam w skupieniu czerwone cyferki informujące o aktualnym położeniu każdej z wind.

– Może pomogę ci to nieść? – rozległ się po mojej prawej stronie jego głęboki głos, zniżony niemal do szeptu.

Potrząsnęłam głową i zerknęłam w bok bez odwracania. Oprócz nas na windę czekały jeszcze cztery inne osoby.

– Nie, dziękuję, to nie jest ciężkie. Najwyraźniej jednak zabrali ołówki – z ulgą usłyszałam ton swojego głosu, bezbarwny i pozbawiony emocji.

Kolejne kilka chwil minęło nam w milczeniu i tym samym mój umysł miał niebezpiecznie duże pole do popisu. Moja umiejętność koncentracji była znikoma. Nieustannie miałam przez to problemy. Czas spędzony z własnymi myślami, szczególnie gdy jestem niespokojna, nigdy nie działał na moją korzyść.

Większość ludzi w sytuacjach stresowych ma podobno tendencję do obsesyjnego rozmyślania o swoim aktualnym położeniu. Zastanawiają się, jak się tu właściwie znaleźli i kombinują, co zrobić, żeby się z tego wyplątać albo jak uniknąć podobnych sytuacji w przyszłości.

Za to w moim przypadku wygląda to tak, że im bardziej stresująca dla mnie sytuacja, tym mniej myślę o niej i o czymkolwiek z nią związanym.

Aktualnie rozmyślałam właśnie o tym, że windy są właściwie trochę jak mechaniczne konie i zastanawiałam się, czy ktoś je kochał albo nadawał im imiona. Zastanawiałam się, jakie kroki powinno się podjąć, żeby usunąć słowo „miąższ” ze słowników. Naprawdę nienawidziłam jego brzmienia i zawsze robiłam wszystko, żeby go unikać. Nie lubiłam też słowa „portki”, ale tutaj czułam się usprawiedliwiona, odkąd jakiś czas temu Mensa wystosowała oficjalne oświadczenie w sprawie tego obrzydliwego wyrazu, proponując usunięcie go z języka potocznego.

Pan Ciacho ponownie chrząknął, wyrywając mnie z wciągających rozmyślań o odstręczających słowach. Drzwi jednej z wind były otwarte, jej czerwona strzałka informowała, że jedzie w dół, a ja nadal stałam bez ruchu, zupełnie tego nieświadoma, pogrążona we własnych myślach. Nikt nie odważył się wsiąść do windy przede mną i teraz czułam, że wszyscy się na mnie gapią.

Wzdrygnęłam się lekko, próbując zakotwiczyć się w teraźniejszości. Poczułam na swoich plecach rękę Pana Ciacho, który delikatnym pchnięciem kierował mnie w stronę windy. Ciepło jego dłoni było przyjemne, ale jednocześnie niepokojący prąd przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa. Pan Ciacho podniósł drugą rękę, opierając ją w miejscu, gdzie drzwi windy wsuwały się w ścianę, tym samym przytrzymując ją dla mnie.

Błyskawicznie odsunęłam się na bezpieczną odległość i zadekowałam w kącie windy. Pan Ciacho wszedł do środka za mną, ale zatrzymał się tuż przy wejściu, skutecznie je blokując. Szybko nacisnął guzik, zanim ktokolwiek inny zdążył wsiąść. Drzwi windy zasunęły się i zostaliśmy sami. Sięgnął po kartę zawieszoną na breloczku ze zwijaną linką, zamocowanym przy jego pasku, i wsunął ją w otwór na samej górze tablicy z przyciskami. Patrzyłam, jak wciska ten z napisem -1.

– Zjeżdżamy do piwnicy? – spytałam, unosząc brew.

W żaden sposób nie potwierdził mojego przypuszczenia, po prostu odwrócił się w moją stronę i przyglądał mi się bez skrępowania. Staliśmy w przeciwległych kątach. Przez chwilę wyobrażałam sobie, że jesteśmy zawodowymi bokserami. Przestronna winda była naszym ringiem, a mosiężne poręcze wokół – linami. Przyjrzałam mu się, oceniając na chłodno swoje szanse. Gdyby doszło między nami do wymiany ciosów, wygrałby, zdecydowanie.

Jestem dość wysoka jak na dziewczynę, co nie zmieniało faktu, że on bez problemu mierzył jakieś metr dziewięćdziesiąt. Poza tym od czasów piłki nożnej w college’u nie uprawiałam żadnego sportu, w każdym razie niezbyt intensywnie ani przesadnie regularnie. On za to, sądząc po szerokości ramion, codziennie chodził na siłownię i bez problemu mogłabym być jego sztangą, nawet z pudełkiem, które trzymałam w rękach, i to gdyby dorzucili mi do niego ołówki.

Tymczasem on nie przestawał taksować mnie spojrzeniem, zatrzymując teraz wzrok w okolicach mojej szyi. Wróciło to dziwne uczucie pod żebrami. Poczułam, że znowu zaczynam się czerwienić.

Spróbowałam nawiązać rozmowę.

– Może nie wyraziłam się dość precyzyjnie – zaczęłam. – Zakładam, że ten budynek ma więcej niż jedną piwnicę, choć oczywiście nigdy nie widziałam planów. Czy zjeżdżamy do jednej z piwnic, a jeśli tak, po co zjeżdżamy do jednej z piwnic?

Niespodziewanie odwzajemnił moje spojrzenie. Jego wzrok pozostawał nieodgadniony.

– Standardowe procedury – wymamrotał.

– Ach tak – westchnęłam i znowu przygryzłam wargę. No przecież, standardowe procedury. Pewnie nie było to dla niego nowe doświadczenie. Zaczęłam się zastanawiać, czy byłam jedynym zwolnionym tego dnia pracownikiem, którego miał za zadanie wyprowadzić z budynku.

– Ile razy już to robiłeś? – spytałam.

– To?

– No wiesz, wyprowadzałeś ludzi z budynku po tym, jak zostali zwolnieni. Czy tak się dzieje codziennie? Zwolnienia zazwyczaj przeprowadzane są w piątkowe popołudnia, żeby uniknąć sytuacji, w której jakieś świry chcą wracać do biura następnego dnia. Dziś jest wtorek, więc sam rozumiesz moje zaskoczenie. Zgodnie z międzynarodowym standardem obowiązującym w większości krajów zachodnich, wtorek jest drugim dniem tygodnia. Choć są też kraje, w których zwykło się przyjmować niedzielę jako pierwszy dzień tygodnia i tym samym wtorek określany jest tam mianem trzeciego dnia tygodnia.

Zamknij się, zamknij się, zamknij się!

Wzięłam głęboki oddech, zamknęłam buzię i zacisnęłam szczękę, żeby powstrzymać się od dalszej paplaniny. Patrzyłam, jak przygląda mi się lekko przymrużonymi oczami, a moje serce zaczęło łomotać. Już po raz drugi tego dnia rozpoznałam u siebie poczucie zażenowania.

Wiedziałam, jak czasami brzmię. Moi najbliżsi przyjaciele używali wobec mnie ładnego określenia – mówili, że jestem oczytana. Cała reszta uważała mnie po prostu za szurniętą. Chociaż niejednokrotnie namawiano mnie do udziału w Va Banque[1] i byłam zawsze idealnym, niezawodnym partnerem w grach towarzyskich typu Trivial Pursuit, moja teleturniejowa wiedza w połączeniu z lawiną nonsensownych wypowiedzi, które wydobywały się z moich ust w niekontrolowany sposób, raczej nie przysparzał mi wielbicieli.

Cisza przeciągała się, a ja po raz pierwszy w ostatnich dniach nie próbowałam koncentrować się na teraźniejszości. Jego błękitne spojrzenie świdrowało mnie z taką intensywnością, że nawet moje rozbiegane myśli stanęły w miejscu. Przez chwilę zdawało mi się, że widzę, jak kącik jego ust unosi się nieco, ledwo dostrzegalnie.

– Międzynarodowy standard? – spytał, przerywając wreszcie ciszę między nami.

– ISO 8601, norma określająca sposób zapisu daty i czasu. Umożliwia płynny kontakt między różnymi organami, rządami, agencjami i korporacjami. – Nie byłam w stanie powstrzymać swojego bełkotu. To było jak choroba.

I wtedy Pan Ciacho uśmiechnął się. Był to króciutki uśmiech zaciśniętych w linijkę ust. I za chwilę zniknął. Gdybym w tym momencie mrugnęła, pewnie nawet bym go nie zauważyła, niemniej na jego twarzy pozostał wyraz zainteresowania. Oparł swoje długie ciało o ścianę windy i skrzyżował ręce na piersi. Rękawy munduru opięły ciasno jego ramiona.

– Powiedz mi coś więcej o tych kontaktach między różnymi organami.

Jego wzrok powędrował leniwie w dół, by po chwili, tym samym powolnym tempem, wrócić i ponownie spotkać się z moim spojrzeniem.

Otworzyłam buzię, żeby coś odpowiedzieć, ale zaraz zamknęłam ją bez słowa. Nagle i niespodziewanie zrobiło mi się strasznie gorąco.

Jego dyskretna, a jednak ewidentna analiza mojej powierzchowności sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie jest on takim samym dziwakiem jak ja. Całym sobą sprawiał, że czułam się wyjątkowo niekomfortowo. Uwaga, którą na mnie koncentrował, była jak światło reflektora, przed którym nie mogłam uciec.

Przeniosłam pudło z rzeczami na drugie biodro i odwróciłam wzrok od jego dociekliwego spojrzenia. Wiedziałam już, że dobrze robiłam, unikając wcześniej kontaktu wzrokowego. Zasady i zwyczaje związane z kontaktem wzrokowym są bardzo różne w zależności od kultury danego kraju. W Japonii, na przykład, dzieci w wieku szkolnym...

Winda stanęła, a jej drzwi otworzyły się, odrywając mnie od rozmyślań na temat japońskich norm kulturowych. Natychmiast się poderwałam i wyprostowana ruszyłam do wyjścia, by zorientować się, że nie wiem, dokąd właściwie mam iść. Odwróciłam się z głupim wyrazem twarzy i spojrzałam spod rzęs na Pana Ciacho.

Ponownie położył dłoń na moich plecach i pokierował odpowiednio. I jak poprzednio poczułam dziwny przepływ prądu. Szliśmy teraz długim korytarzem pomalowanym na nijaki, beżowo-szary kolor. Z sufitu zwisały nisko lampy jarzeniowe.

Klap, klap, klap... kłapanie mojego obuwia niosło się echem po pustej przestrzeni. Kiedy przyspieszyłam kroku, żeby uciec przed jego elektryzującym dotykiem, on przyspieszył również, nie odrywając dłoni. Może bał się, że mu zwieję albo że jestem jednym z tych wspomnianych wcześniej świrów.

Dotarliśmy do jakichś przeszklonych pomieszczeń. Zesztywniałam cała, kiedy przesunął swoją dłoń po moim nagim ramieniu, tuż nad łokciem. Z trudem przełknęłam ślinę, w pełni świadoma tego, że moja reakcja na jego dotyk była kompletnie absurdalna. W końcu to tylko dłoń na ramieniu.

Wprowadził mnie do jednego z pomieszczeń i wskazał brązowe drewniane krzesło. Potem wyjął mi z rąk pudło i stanowczym, autorytarnym gestem umieścił je na krześle po mojej lewej stronie. Wokół byli ludzie w swoich boksach i biurach. Na samym środku tej przestrzeni, za długim biurkiem recepcji, siedziała kobieta ubrana w taki sam uniform, jaki miał na sobie Pan Ciacho. Napotkałam jej spojrzenie. Mrugnęła, a potem popatrzyła na mnie krzywo.

– Nie ruszaj się. Poczekaj tu na mnie – rozkazał Pan Ciacho.

Obserwowałam go, jak wychodzi, a następnie idzie w stronę recepcjonistki, która na jego widok zesztywniała i natychmiast wstała. Pochylił się w jej stronę i wskazał coś na ekranie jej komputera. Kiwnęła głową i znów na mnie spojrzała, unosząc brew, ewidentnie zdezorientowana. Potem usiadła z powrotem i zaczęła stukać w klawiaturę.

Pan Ciacho odwrócił się, a wtedy ja popełniłam błąd – spojrzałam bezpośrednio na niego. On zastygł na chwilę. To samo co wcześniej niepokojące, długie spojrzenie sprawiło, że tak jak poprzednio, poczułam rumieniec wypływający na policzki. Miałam ochotę zakryć je dłońmi, żeby nie zauważył. Ruszył w moją stronę, ale niespodziewanie drogę zaszedł mu starszy mężczyzna w eleganckim garniturze i z jakąś teczką w ręku. Z zainteresowaniem obserwowałam ich wymianę zdań.

Kobieta na recepcji zabrała z drukarki jakieś papiery, po czym skierowała się w moją stronę, uśmiechając się bez otwierania ust.

Wstałam, a ona wyciągnęła rękę na przywitanie.

– Jestem Joy, witaj. Pani Morris, prawda?

Kiwnęłam głową, zakładając za ucho niesforny kosmyk.

– Zgadza się, ale proszę mi mówić Janie. Miło mi panią poznać.

– Z tego, co słyszałam, miałaś kiepski dzień. – Joy usiadła obok mnie i, nie czekając na odpowiedź, ciągnęła dalej: – Nie martw się, słonko. Zdarza się najlepszym. Mam tutaj papiery, które musisz podpisać. Oddasz mi też swoją przepustkę i klucz, a potem ściągniemy dla ciebie samochód.

– Yyy, samochód?

– Tak, zawiezie cię tam, gdzie będziesz chciała.

– Aha, okej. – Byłam mocno zaskoczona faktem, że organizują mi transport, ale postanowiłam udawać, że to nic wielkiego.

Wzięłam do ręki długopis, który mi podała, i pobieżnie przejrzałam dokumenty. Wyglądały dość nieszkodliwie. Zaryzykowałam krótkie spojrzenie w kierunku Pana Ciacho i przyłapałam go na gapieniu się na mnie w czasie, kiedy udawał, że uważnie słucha mężczyzny w garniturze. Bez wczytywania się w treść dokumentów podpisałam je w miejscach, które wskazała Joy, zdjęłam zawieszoną na szyi przepustkę i wręczyłam jej razem z kluczem. Wzięła ode mnie dokumenty i zaparafowała w kilku miejscach.

Zastygła na chwilę, kiedy dotarła do części z danymi adresowymi.

– Czy to twój aktualny adres i telefon? – spytała.

Zerknęłam i zobaczyłam adres Jona. Wpisałam go, kiedy zostałam tu zatrudniona. Skrzywiłam się.

– Nie, nie jest. Dlaczego pytasz?

– Muszą wiedzieć, gdzie przesłać ci twoją ostatnią pensję. Poza tym potrzebny jest twój aktualny adres na wypadek, gdyby trzeba było odesłać ci jeszcze jakieś rzeczy. Napisz mi, proszę, tu obok swój nowy adres.

Zawahałam się. Nie miałam pojęcia, co wpisać.

– Przepraszam, ja... – z trudem przełknęłam ślinę i wpatrywałam się w kartkę – ja jestem aktualnie w trakcie poszukiwania mieszkania. Może mogłabym po prostu zadzwonić, kiedy będę znała już adres?

– A możesz podać swój numer komórki?

Zacisnęłam zęby.

– Nie mam telefonu komórkowego. Nie wierzę w komórki.

Joy aż uniosła brwi.

– Nie wierzysz w komórki?

Miałam ochotę wyjaśnić jej, dlaczego tak bardzo nienawidziłam telefonów komórkowych. Sprawiały, że jest się dostępnym dla całego świata przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Były jak chip wszczepiony w mózg, śledzący każdy twój ruch i mówiący ci, co myśleć. Chip, który na końcu sprawia, że wpadasz w obsesję na punkcie maleńkiego ekranu dotykowego, i który staje się głównym łącznikiem między twoją osobą a prawdziwym światem.

Tylko czy prawdziwy świat jeszcze istniał, skoro wszyscy porozumiewali się za pomocą telefonów komórkowych? Czy gra Angry Birds mogłaby stać się kiedyś moją rzeczywistością? Podobne rozważania w klimacie kartezjańskim rzadko czyniły ze mnie królową imprez. Może to dlatego, że czytałam za dużo komiksów i książek science fiction, ale komórki kojarzyły mi się z implantami wszczepianymi w mózg, znanymi mi z powieści Neuromancer Williama Gibsona. Na poparcie tej tezy chciałam opowiedzieć jej jeszcze o opublikowanym całkiem niedawno artykule w „Wypadki: analiza i zapobieganie” na temat niebezpiecznych zachowań podczas jazdy samochodem.

Zamiast tego wszystkiego powiedziałam tylko:

– Po prostu w nie nie wierzę.

– Okeeej – powiedziała. – Nie ma problemu. – Joy sięgnęła do kieszonki na piersi i wyjęła z niej mały kartonik. – To moja wizytówka. Zadzwoń do mnie, jak już się gdzieś zadekujesz, a ja wpiszę twój adres do systemu.

Wstałyśmy obydwie, a ja wzięłam wizytówkę. Jej sztywne krawędzie wbijały mi się w opuszki palców.

– Dziękuję. Na pewno tak zrobię.

Joy obeszła mnie i podniosła moje pudło, ruchem ramienia pokazując, żebym szła za nią.

– Chodź, zaprowadzę cię do samochodu.

Ruszyłam, ale niczym rozpuszczony dzieciak pozwoliłam sobie na jeszcze jedno spojrzenie przez ramię w kierunku Pana Ciacho. Stał teraz profilem do mnie, nie patrzył już w moją stronę tym swoim obezwładniającym wzrokiem. Był totalnie skoncentrowany na mężczyźnie w garniturze.

Czułam jednocześnie ulgę i rozczarowanie. Najprawdopodobniej widziałam go właśnie po raz ostatni. Cieszyłam się, że mogę popodziwiać go jeszcze ten jeden raz, nie będąc pod ostrzałem tych oślepiająco błękitnych oczu. Ale jakaś część mnie tęskniła za tym rozgrzewającym uczuciem w piersi i tą intensywną, niemal namacalną samoświadomością, której doświadczyłam, kiedy nasze spojrzenia się spotkały.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

Przypisy

[1] W oryginale Jeopardy. Polskim widzom lepiej znany jest format Va Banque. (Wszystkie przypisy zostały dodane w polskim wydaniu i pochodzą od tłumaczki).

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Randka z homo sapiens 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej