Bardzo biała wrona

Bardzo biała wrona

Autorzy: Ewa Nowak

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 304

Cena książki papierowej: 302.00 zł

cena od: 19.71 zł

Historia zaczyna się jak w bajce: cicha, miła Natalia poznaje wymarzonego chłopaka, który wydaje się delikatny, romantyczny i bezgranicznie w niej zakochany. Jednak na pozór idealny związek dwojga licealistów z każdym dniem staje się coraz bardziej mroczny. A Norbert powoli pokazuje prawdziwą twarz – zazdrosnego, zaborczego, porywczego i manipulującego (nie tylko Natalią) prześladowcy. Zakochana dziewczyna nie potrafi jednak odejść. Woli tłumaczyć sobie takie zachowania wielką miłością, o której on tak pięknie mówi…

Ta przejmująca powieść (nie tylko dla nastolatków, ale i ich rodziców) znakomicie obrazuje mechanizmy uzależnienia i przemocy psychicznej. Wskazuje też trudną, ale konieczną drogę wyjścia z toksycznego związku i odbudowywania poczucia własnej wartości.

Ewa Nowak opowiada historię Natalii z charakterystyczną dla jej pisarstwa przenikliwością, ucząc zarazem młodych, wrażliwych ludzi, jak rozpoznawać symptomy przemocy psychicznej i – co najważniejsze – jak nie dać sobie zrobić krzywdy.

„Bardzo biała wrona” uhonorowana została przez Polską Sekcję IBBY nagrodą Książka Roku 2009.

Copyright © Ewa Nowak 2017

Redaktor prowadzący, redakcja

Dorota Koman

Korekta

Grażyna Nawrocka

Projekt okładki

Magdalena Zawadzka

Ilustracja na okładce

© KHIUS/Shutterstock.com

ISBN 978-83-8123-559-4

Warszawa 2017

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana

ani powielana w celu rozpowszechniania w jakiejkolwiek formie

czy w jakikolwiek sposób bez uprzedniej zgody wydawcy.

Wszelkie podobieństwo opisanych w książce osób i sytuacji do realnie istniejących wynika wyłącznie z banalnej struktury rzeczywistości i ograniczonej wyobraźni autora.

Jacek Kaczmarski, Autoportret z kanalią

Prolog

Jako dwunastolatek Norbert był najwyższy wśród rówieśników. Miał ładne, wyraziste oczy i już wtedy muskularne ramiona. Na koloniach letnich w Sarbinowie, około trzydziestu kilometrów od Kołobrzegu, przydzielono go do grupy średnich chłopców. Były to kolonie dla dzieci pracowników Akademii Muzycznej w Warszawie – takich lepszych dzieci z dobrych domów. Norbert pojechał na nie, bo tak kazał mu dziadek, a dziadek mu kazał, bo uznał, że skoro przepadły wszelkie szanse na to, żeby Norbert został muzykiem, to niech chociaż przebywa wśród odpowiednich rówieśników.

Był czwarty lipca, sobota. Do końca kolonii pozostały trzy dni. Po kolacji zaplanowano ognisko – kiełbaski i chleb pieczony na długich, niewprawnie zaostrzonych kijach oraz śpiewy.

Norbert zjadł kiełbaskę. Była chrupiąca i smaczna. Chleb też się udał. Zjadł trzy kromki. Czwarta upadła na piach i chrupała w zębach, więc ją odrzucił daleko w trawę.

Kiedy zaczęła się smętna i raczej żenująca część artystyczna w postaci piosenek i mało inteligentnych skeczy, Norbert nagle zobaczył żabę.

To była zwykła żaba trawna (Rana temporaria), naprawdę nic nadzwyczajnego. Jak na żabę dość duża i masywna. Miała prawie siedem centymetrów długości. Że to samiec – można było to poznać po pomarańczowym gładkim brzuchu, ale o tym ani Norbert, ani żaden z jego głupkowatych kumpli nie miał pojęcia. Pewnie w ogóle nie zdawali sobie sprawy, że żaba ma płeć, miejsce zamieszkania, życie rodzinne, kolegów, znajomych, ulubione miejsca, plany na przyszłość, ambicje, przeszłość i własne gusta. Pewnie nawet nie myśleli, że żaba ma życie.

Na tej żabie wzór ochronny, czyli szereg nieregularnych żółtawobrązowych plamek, doskonale spełniał do tej pory swoją maskującą funkcję.

Norbert nie dał się jednak nabrać na żaden płazi chwyt ochronny. Nie bał się żab, więc odruchowo nakrył go ręką, zanim jeszcze wymyślił, co z nim zrobi i po co w ogóle się nim zajmuje. Potem wziął go do ręki. Żaba poruszył się i zaczął sprawdzać, czy nie da się jakoś wydostać z pułapki, więc Norbert dla pewności, żeby żaba nie uciekł, chwycił go palcem wskazującym i kciukiem prawej ręki za lewą tylną łapę.

Chciał nim nastraszyć kumpli, ale się nie bali, więc pomachał im przed nosem, pokręcił nim w powietrzu i… zaskoczonego takim obrotem rzeczy żabę wrzucił do wielkiego, pełnego spalonych kromek chleba i zwęglonych kiełbasek kolonijnego ogniska.

*

Natalia miała wtedy dziesięć lat i prawdopodobnie spędzała wakacje u babci w Czerwińsku albo może była gdzieś z rodzicami. Żyła w świecie księżniczek zaklętych w łabędzie, zwierzątek, które sobie pomagają, i złotowłosych panien ratowanych przez dzielnych rycerzy na koniu. Była na najlepszej drodze do zostania mądrą i wrażliwą dziewczyną, jaką się zresztą, zgodnie z intencjami rodziców, stała.

Gdyby ktoś jej opowiedział wtedy o Norbercie i o tym, co zrobił Bogu ducha winnemu Żabie, znienawidziłaby go jako pozbawionego elementarnej wrażliwości zwyrodnialca i trzymałaby się od niego z daleka. Kiedy poznała go siedem lat później przy kasie numer cztery, nie przedstawił jej się jako oprawca żab i na oprawcę bynajmniej nie wyglądał. Wciąż miał wyraziste oczy, szerokie barki, był w miarę przystojny. Wyciągnął do niej rękę i powiedział, zaglądając jej w twarz:

– Ty musisz być Natalia, prawda?

Nie wiedziała nic o Kości, dziadku waltorniście, zahukanej mamie, gehennie szkoły muzycznej. Takich rzeczy się przecież nie wie. A raczej – takich rzeczy zawsze, ale to zawsze człowiek dowiaduje się za późno.

Zresztą nic ją ten Norbert nie obchodził. Była w tym wieku, kiedy chłopców z miejsca ocenia się jako nadających się do chodzenia albo nie, więc pomyślała, że on kompletnie się nie nadaje i nie ma u niej żadnych szans. Najmniejszych.

*

Norbert męczył się w przedszkolu muzycznym (tym samym, które ukończyła z wyróżnieniem jego wybitnie uzdolniona siostra Konstancja), znosząc nieustanne wycia, granie na bębenkach, wtłaczaną jawnie i w sposób zakamuflowany wiedzę o instrumentach muzycznych oraz występy – solowe, zbiorowe i w każdej możliwej konfiguracji. Nie miał ochoty na niczym grać, był za to nadpobudliwy, czego dziadek (wybitny waltornista, wieloletni pracownik Opery Narodowej i wychowawca kilku pokoleń waltornistów) nie przyjmował do wiadomości aż do ukończenia przez wnuka dziesięciu lat, kiedy to Norbert, zamiast zgodnie z poleceniem zagrać po raz dwudziesty dziewiąty tę samą frazę, ugryzł w rękę nauczycielkę fortepianu tak dotkliwie, że nawet dziadek waltornista nie zapobiegł relegowaniu wnuka ze szkoły muzycznej.

Jeszcze w przedszkolu, czyli zanim nastąpił koszmar szkoły muzycznej, Norbert Kruk zorientował się, że może niekoniecznie jest takim okropnym bachorem, jak twierdził dziadek, albowiem gdy miał pięć lat i cztery miesiące, wydarzyło się w jego życiu coś ważnego. Kiedy we wrześniu, po wakacjach spędzonych z mamą, tatą i Kością, pojawił się w przedszkolu, gruchnęła wieść, że mają wybierać dzieci do filmu. Wszystkich to zelektryzowało.

Dzieciaki, w tym Norbert, początkowo nie wiedziały, że to coś ważnego, czym należy się przejąć, ale domyśliły się tego, widząc, jak na tę wieść zareagowali ich rodzice. Kiedy odbierali dzieci, wychowawczyni wszystkim mówiła, żeby na jutro dziecku umyć główkę i ładnie je ubrać, bo przyjdą filmowcy. Po minach i nerwowych uśmiechach rodziców błyskawicznie się zorientowały, że gra idzie o wysoką stawkę.

Matka Norberta tego dnia później odebrała syna, bo Konstancja za kilka dni miała śpiewać solo i trzeba było po chórze zostać z nią na próbie. Z zemsty, że musiała długo czekać, albo dlatego, że w domu miała troje własnych dzieci, wychowawczyni ani słowem nie wspomniała matce Norberta o zdjęciach i konieczności odpowiedniego wyszykowania syna.

Następnego dnia Norbert przyszedł do przedszkola bez żadnych obciążeń. Dziarsko wmaszerował na salę dwie minuty przed śniadaniem i roześmiany od ucha do ucha wpadł prosto w ramiona ekipy poszukującej dzieci. Po śniadaniu on i Monika zostali wybrani jako dwójka szczęśliwców. Zrobiono im zdjęcia i zaproszono na popołudnie do telewizji.

Było to wydarzenie tej rangi, że wychowawczyni osobiście zadzwoniła do matki Norberta z radosną nowiną.

Mama Norberta ukryła przed dziadkiem, że jedzie z Norbertem na zdjęcia, tłumacząc, że wybiera się z nim do ortopedy. Dziadek sam więc poszedł z Konstancją na próbę chóru i nigdy się niczego nie dowiedział.

Norbert i Monika przeszli męczące zdjęcia próbne, w wyniku których Norbert na własne uszy usłyszał dwie ważne rzeczy: że jest „niesamowity” (użyto dokładnie tego określenia) i że Monika się nie nadaje.

Na tym stanęło.

Ta historia nie ma żadnego dalszego ciągu w postaci filmu z małym Norbertem Stefanem Krukiem w roli pierwszoplanowej lub epizodycznej. Ostatecznie ktoś inny został wybrany.

Historia ma jednak inny finał. W czwartej klasie (już po relegowaniu ze szkoły muzycznej) Norbert nieoczekiwanie spotkał Monikę. Była bardzo pewna siebie i bardzo ładna, miała fascynująco długie włosy i masę uroku osobistego, z czego aż zanadto zdawała sobie sprawę. Być może zostałaby klasową gwiazdą i królową serc swoich kolegów. Niestety, któregoś dnia opowiadała ze szczegółami, jak to w przedszkolu wybierano dzieci do filmu. W wersji Moniki to ją wybrano i uznano za „niesamowite” dziecko. Nie była na tyle bezczelna, żeby powiedzieć, że jego nie wybrano, ale na tyle bezczelna, żeby o nim nawet nie wspomnieć.

– I co, zagrałaś w filmie? – zapytała jakaś nowa koleżanka, a Monika zrobiła smutną minkę i odparła:

– Niestety, rodzice się nie zgodzili, bo to są wyjazdy i szkołę bym opuściła… Ale co z tego? Wiem, że jestem fotogeniczna, a to bardzo rzadka cecha, i na pewno będę aktorką. W tym przedszkolu była masa dzieci, a tylko mnie wzięli.

Norbert się wściekł. Najpierw pomyślał, że po prostu ją stłucze, ale gdy porównał satysfakcję ze zbicia małej zarozumiałej żmijki z tym, co zrobi mu w domu dziadek, uznał, że nie warto.

Po lekcjach nie skorzystał z propozycji kolegów i nie wrócił z nimi, tylko ruszył za Moniką. Szedł spory kawałek za nią, ale tak, żeby go widziała. Obserwował ją i myślał, że wygląda jak jego okropna starsza siostra, której już wtedy szczerze nie lubił. Zauważał między nimi coraz więcej podobieństw. W rzeczywistości obie miały długie włosy mniej więcej w tym samym kolorze.

Nerwy puściły Monice dopiero przed klatką schodową.

– Po co za mną idziesz?!

Jak wiemy, Monika była pewna siebie i nie miała cienia wątpliwości, że za chwilę usłyszy sakramentalne zdanie: „Czy nie chciałabyś ze mną chodzić?”.

Ani Norbert, ani ona dziś nie pamiętają, co dokładnie wtedy jej powiedział. Sens był w każdym razie taki: on wie, że jej podziękowali, bo się nie nadawała. O to mu chodziło, żeby wiedziała, że on wie.

Monika wpadła w panikę i popełniła kolejny błąd, dając po sobie poznać, że przestraszyła się Norberta. Przeraziła się, że wszystkim rozpowie, i Norbert to zobaczył.

Poczuł ogromną satysfakcję. Nie trwało to długo, ale Norbert zapamiętał to miłe poczucie panowania nad innym człowiekiem. Monika zresztą też.

Następnego dnia w szkole Norbert delektował się tym, że Monika pierwsza powiedziała mu „cześć”, że na technice wszyscy w klasie widzieli, że pożycza mu pędzelek i jeszcze prosi, żeby zechciał wziąć, bo ona ma akurat dwa.

„Jakie to wspaniałe mieć nad kimś władzę” – pomyślał Norbert i natychmiast przyszła mu do głowy kolejna refleksja: „Jakie to łatwe”.

*

Czasem się słyszy, jak ktoś zapytany: „A wy jak się poznaliście?”, mówi: „Bardzo oryginalnie…”, a potem okazuje się, że na wczasach.

„Bardzo oryginalnie”, czyli w szkole, na kursie łucznictwa, przez znajomych, na wakacjach, u kuzynki, na sylwestrze i tak dalej. Same bardzo oryginalne historie.

Rodzice Natalii również poznali się „bardzo oryginalnie”. Zdarzyło się to, gdy oboje byli w ósmej klasie.

Wojtek Milewski zachorował na paskudne zapalenie oskrzeli, które opornie reagowało na antybiotyki. Nie było go w szkole bite trzy tygodnie. W tym czasie Kasia Wójcik (wtedy Kaś było po kilka w każdej klasie), z którą oficjalnie byli parą, przeniosła swe uczucia na kolegę z równoległej klasy (nikt z zainteresowanych nie pamięta już dziś jego imienia), który podbił jej serce, bo grał na gitarze i tak jak ona był harcerzem. Kasia Wójcik nie miała wątpliwości, że kocha gitarzystę, i to z wzajemnością. Problem był w tym, że miała zasady. Nadal oficjalnie chodziła z Wojtkiem i nie mogła naruszyć honorowego kodeksu uczniowskiego i zacząć spotykać się z drugim chłopakiem, nie zerwawszy z pierwszym. Podzieliła się więc z gitarzystą pomysłem, że pójdzie do Wojtka i zerwie z nim oficjalnie i jednoznacznie. Gitarzysta miał już chyba pewne pojęcie o takich rozstaniowych wizytach u chorego (leżącego, biednego, odzianego we flanelową smutną piżamę), bo stanowczo zaprotestował i użył nawet groźby, że po jego trupie.

Kasia Wójcik była więc w kłopocie. Namówiła Agatę Szlasę (później Milewską), żeby to ona poszła do Wojtka jako przekazicielka hiobowych wieści. Agata nie odznaczała się zbyt silnym charakterem, dała się więc do tego nonsensu namówić i uznała, że w imię przyjaźni pozwoli, żeby koleżanka wyręczyła się nią w tej delikatnej sprawie.

Odprowadzona przez Kasię i kilka bliższych koleżanek zjawiła się pod drzwiami mieszkania Wojtka i szybko zadzwoniła, chcąc mieć to już za sobą. Spodziewała się, że drzwi otworzy jej ktoś z dorosłych, więc przygotowała sobie tekst: „Dzień dobry, czy zastałam Wojtka?”. Tymczasem kiedy mama Wojtka otworzyła jej, w nieporadnych podskokach wyskoczył maleńki, mniej więcej sześciotygodniowy kotek. Był przeuroczy. Miał na sierści spore plamki w najdziwniejszych kolorach. Agata w jednej sekundzie kompletnie zapomniała o swojej misji, ukucnęła i zaczęła czule przemawiać do kotka.

Skorzystała z zaproszenia na herbatę i kruche domowe ciasteczka, potem zjadła zupę grochową i wypiła drugą herbatę, opowiedziała o szkole i obiecała, że jutro też wpadnie i poda Wojtkowi lekcje. O Kasi i przeniesieniu jej uczuć nie wspomniała, gdyż jak oboje pamiętają do dziś, jego mama ani na sekundę nie zostawiła ich samych.

Po tygodniu Wojtek wrócił do szkoły i jeszcze przed dzwonkiem na pierwszą lekcję poinformował Kasię na osobności, że z nią zrywa. Następnie przesiadł się do ławki za Agatą.

Od tego czasu między Kasią a Agatą nie układało się najlepiej, za to między Agatą a Wojtkiem, co prawda z przerwami, znakomicie.

Pobrali się tak, jak chcieli rodzice: miesiąc po skończeniu przez każde z nich studiów. W nagrodę dostali więc kawalerkę na Solcu (blisko cukierni Strzałkowski), w której mieszkali potem dziesięć lat. Stało tam akwarium pełne opętańczo rozmnażających się glonojadów. Tam też urodziła się Natalka.

*

Kiedy Milena zaproponowała Natalii, żeby pojechały razem na kilka dni do Krzywego, Natalia natychmiast się zgodziła. Tyle o tym miejscu słyszała, widziała je na zdjęciach… Czas dokonać wizji lokalnej.

Przez pierwsze dwa dni rozmawiały tylko o Witku i o wspomnieniach Mileny z pobytu w Krzywem – tamtego pierwszego pobytu, z Witkiem. Potem już do tematu nie wracały. Natalia jednak widziała, że Milena jest tu szczęśliwa.

Prawie od trzech godzin pływały kajakiem i prawdę mówiąc, miały już trochę dość. Były w Krzywem od tygodnia i to był pierwszy dzień, gdy mogły wypuścić się na jezioro. Zaraz po zjedzeniu codziennej porcji racuchów z jabłkami wzięły od ojca Witka kluczyk do kłódek (spinających łańcuchem kajaki i łódki), kamizelki ratunkowe i dwa aluminiowe wiosła, z drzewa rosnącego przed wejściem do sali bilardowej zerwały sobie słodkie jabłuszka i poszły pływać. Chciały nadrobić słotne dni.

Milena była drobniejsza, więc siedziała z przodu. Kiedy podpłynęły do pomostu, wrzuciła wiosło na deski i wyskoczyła. Bez trudu podholowała kajak, ale nie wyciągnęła dziobu na brzeg. Natalia nie zbierała się do wysiadania. Rzuciła wiosło na trawę koło pomostu i ciągle siedząc w kajaku, zaczęła liczyć bąble na dłoniach. Miała w sumie pięć, ale tylko jeden pękł paskudnie i ciekła z niego limfa. Inne były małe, ale oczywiście bolesne.

Dziewczyny w ciszy kontemplowały urok jeziora, rozkoszując się wakacyjnym rozleniwieniem.

Miejscowość Krzywe położona jest na krańcu wąskiego, ale długiego jeziora Krzywe. Żeby przepłynąć je wzdłuż, trzeba się sporo napocić. Tego dnia dopłynęły prawie na drugi koniec i nic dziwnego, że były wykończone.

Na pomoście Milena zdjęła buty i położyła się na plecach. Ramię podłożyła pod głowę, a słomkowy kapelusz nasunęła na twarz. Natalia wciąż siedziała w kajaku i oglądała bąble. Potem zaczęła się zastanawiać nad kształtem swoich dłoni, a w końcu powędrowała myślami do stałego w jej głowie tematu, że w zasadzie czuje coś na kształt tęsknoty, ale nie chodziło o rodziców czy dom. Nie. Natalia tęskniła za miłością. Po prostu i zwyczajnie chciała się naprawdę zakochać. Nie w kimkolwiek! O, nie. Teoretyczny obiekt uczuć musiał spełniać szalone i wymyślne wymagania, którym nie zdołałby sprostać żaden przedstawiciel gatunku Homo sapiens. Natalia znała miłość, owszem, ale jakoś zapomniała, że wszystko, co człowiek zaplanuje sobie wcześniej, bierze w łeb, kiedy pojawi się pierwsza elektryczna iskierka. Patrzyła więc na bąble i marzyła, jaka będzie szczęśliwa. Następnie przypomniało jej się, że powinna zadzwonić do mamy, wysłać kartkę do Mychy i reszty dziewczyn i że w tym roku nie popełni tego błędu i w nowej klasie nie da się zrobić skarbnikiem, że z tym rozszerzonym niemieckim to był chyba dobry wybór. Potem pomyślała o tym, jaka Milena jest delikatna. Z Witkiem cały czas wysyłają do siebie esemesy, ale Milena kontaktuje się z nim dyskretnie, nie obnosi się z ich miłością. Natalia pomyślała też, że Milena jest bardzo zgrabna, a potem, że chciałaby nigdy stąd nie wyjeżdżać, ale chętnie też wróci już do domu i nareszcie pogra sobie na pianinie, i… że jeśli dziś ogra Milenę w bilard, ale dwa razy z rzędu, to w tym roku kogoś pozna. Kogoś inteligentnego, wrażliwego, zdolnego do miłości i kogoś, kto by ją chciał. Jednak nie! To, że ktoś będzie ją chciał, to za mało. Ona nie upodobni się do setek głupich dziewczyn, które… nie wiedziała co konkretnie, ale wiedziała, że nie ma zamiaru popełniać typowych błędów. Kusiły ją tylko błędy nietypowe.

Wracały w milczeniu. Milena myślała o tym, czy Witek teraz za nią tęskni i też ją wspomina. Natalia – o tym, czy lepiej przeżyć wielką, niepojętą miłość, a potem cierpieć, czy raczej lepiej nic nie przeżyć i nie cierpieć. Umiała znaleźć racjonalne argumenty przemawiające za jednym i za drugim.

*

Milena była w Krzywem już po raz trzeci. Pierwszy raz był najważniejszy, bo tu poznała Witka, zanim jeszcze powstał pensjonat Akurat, którego pomysłodawcą i właścicielem był ojciec Witka. Co to były za wakacje! Milena wspominała je często. Dziesiątki razy ona i Witek mówili: „Krzywe to nasze najważniejsze miejsce”.

Dwa lata wcześniej na ostatni tydzień wakacji Milena pojechała do Krzywego – siedliska, które wykupili znajomi jej rodziców – i przeżyła coś wspaniałego.

Dojechała autobusem do dworca w Mrągowie, poczekała czterdzieści minut, wsiadła do następnego autobusu i po kilkunastu minutach dotarła do Krzywego. Wysiadła na małym przystanku położonym jakieś pięćdziesiąt metrów za siedliskiem Krzywe 10. Na tym właśnie przystanku stał Witek. Nigdy wcześniej go nie widziała, a może i widziała, gdy byli małymi dziećmi, ale jakoś to spotkanie nie przetrwało w ich wspomnieniach ani w rodzinnych opowieściach. Podali sobie dłonie, a następnie Witek wziął jej wielki plecak i zaproponował spacer. Milena najpierw oniemiała, a potem ją to rozśmieszyło. Wszystko toczyło się jakoś inaczej niż zazwyczaj. Nie było żadnego odniesienia plecaka, pokazywania domostwa, przedstawiania znajomych. Nic z tych rzeczy. Od razu i bez wstępów poszli do lasu.

Po dwóch godzinach spaceru Milena oczywiście nie była zakochana, ale już coś się zdarzyło. Ściśle rzecz biorąc – dla osób postronnych nic. Czy jest bowiem poważnym zdarzeniem to, że ona na niego kilka razy zerknęła, a on odpowiedział tym samym? Albo że gdy na ścieżce pojawiły się błotniste koleiny, Witek podał jej rękę? Rozmawiali o czymś, ale i tak ważne było tylko to, co mówili sobie spojrzeniami i gestami, bez słów. W każdym razie Milena wróciła zauroczona Witkiem, czując przyjemne zaangażowanie emocjonalne.

Trudno określić dokładnie kiedy, w każdym razie dość szybko Milena uznała, że Witek jest bardzo fajny i dobrze mu z oczu patrzy. Niósł jej plecak, lekko się uginając, i opowiadał jej o wszystkim i o niczym. Pokazywał jakieś obejście, ścieżki, pomosty, łąki, krzaki i kałuże. Kiedy w końcu dotarli do siedliska, obstąpiła ich grupa jego znajomych.

Milenie wydało się, że strasznie dużo tych ludzi i że właściwie niepotrzebnie tu są. Jasne, że tego pierwszego dnia nawet nie odważyła się pomyśleć, że coś z tego będzie. Oboje potrzebowali trochę czasu, żeby się przekonać, że ta druga strona czuje to samo, że to jest prawdziwe i że nareszcie.

– A to jest właśnie Hadrian – powiedział Witek.

Milena musiała ukryć śmiech.

Hadrian Chabros – jego twarz znała cała Polska. W domu często się z mamą śmiały, że ledwie włączy się telewizor albo kupi gazetę, zaraz widzi się Hadriana Chabrosa. Milena znała go osobiście, bo jej mama leczyła mu zęby. Straszny był z niego nerwus. Kiedyś zerwał się z fotela i przewrócił stolik z narzędziami.

Minęło kilka tygodni, gdy w parku Saskim siedzieli przy placu zabaw dla dzieci i gapili się na zajadle budujące zamki z piasku bliźniaczki, które nie odzywały się do siebie ani słowem. Witek przyznał się jej wtedy, że ten spacer i noszenie ciężkiego plecaka miało na celu to, żeby Milena go poznała, zanim dopadnie ją urok Hadriana.

Milena wzruszyła się. Spodobał jej się motyw Witka.

W Krzywem mieli kilka bardzo ważnych chwil, które potem często lubili wspominać – oboje troskliwie pielęgnowali te wspomnienia.

Pierwsze dotyczyło nocy, kiedy całą grupą zorganizowali pieszy rajd. Witek wziął Milenę za rękę i w ciemnościach szli razem ze znajomymi Witka. Nic się niby nie stało – szli i trzymali się za ręce. Drugie to była chwila, w której się rozstawali. Witek podał jej rękę, a potem się cmoknęli.

Wieczorem Milena uświadomiła sobie, że w dobie seksualnej swobody, seksu wirtualnego i uzależnień od najrozmaitszych stron randkowych ona jest średniowieczną mieszczką i na dodatek to jej się podoba. Nie chce niczego przyśpieszać ani unowocześniać. Chce, żeby ich znajomość była kompletnie anachroniczna, średniowieczna właśnie.

Po wakacjach spotykali się codziennie, ale to ten dzień w parku uznali za początek swojego chodzenia. Narodziny swojej miłości liczyli nie od sierpnia, tylko od wtorku dziewiątego września. To była ich rocznica.

*

Marcin Milewski miał jedenaście lat, gdy jego starszy brat ożenił się i wyprowadził. Ten pierwszy fakt nie zrobił na nim zbyt wielkiego wrażenia, za to drugi zrobił potężne, bowiem Marcin odziedziczył po bracie cały pokój. O ile żyjąc obok siebie, Marcin i Wojtek zaledwie się tolerowali, o tyle po ślubie Wojtka zaczęli się przyjaźnić. Kiedy jego brat wraz z żoną podczas niedzielnego obiadu oświadczyli, że spodziewają się dziecka, Marcin pomyślał, że chyba oszaleli, skoro z własnej woli teraz, gdy nie muszą już mieszkać z rodzicami i mogą wracać do domu, o której tylko chcą, biorą sobie na głowę kłopot w postaci drącego japę dzieciaka. Był jednak na tyle rozsądny, że nie zdradził swoich ponurych myśli. Nie zachował się tak entuzjastycznie jak mama, ale na pytanie, czy woli być wujkiem dziewczynki, czy chłopca, wzruszył ramionami i zgodnie z oczekiwaniem społecznym powiedział, że chłopca.

Kiedy Natalia miała pięć lat, po raz pierwszy pomyślała, że wujek Marcin jest prawie tak samo cudowny jak tata i że ożeni się z nim, gdy tylko będzie ku temu sposobność.

Wujek Marcin przychodził do nich bardzo często. Zanim z tatą usiedli do jakichś zadań z logiki, zawsze bawił się z Natalką. To były genialne zabawy. Wybierali bajkę, na przykład o Mamie kozie i siedmiu koźlątkach. Wujek tak udawał wilka, że cierpła skóra. Gdy był Czerwonym Kapturkiem, był nim naprawdę. Nie dało się go nie kochać, nie uwielbiać, nie myśleć, że jest jedyny i najcudowniejszy. Bo był! Nigdy nie odbierał telefonu, gdy się bawili, tylko zastygał i dziwił się, co to za dźwięk. Zawsze bawił się tak długo, aż to Natalia miała dość. Nigdy nie powiedział jej: „Idź się pobaw”. Zawsze bawili się razem. Jeśli kupił jej płytę z bajką, to razem, zapatrzeni w sufit, słuchali tej bajki ze sto razy. Marcin nie miał w sobie nic z rodzica, który kupuje dziecku płytę tylko po to, by mieć godzinę spokoju.

W przedszkolu pani zmuszała Natalkę do jedzenia obrzydliwej kleistej zupy z czymś długim i zielonym. Potem, w szkole, była pani, która mówiła tak cicho, że Natalka połowy nie słyszała. Z kolei na basenie nie chciała sama wskoczyć do wody i instruktor wepchnął ją na siłę.

Za to wieczorem przychodził wujek, od progu wołał: „Nataluś, ty wiesz, jaką świetną książkę czytałem?!”, i z wielkim zaangażowaniem streszczał jej jakąś książkę, którą potem, już samodzielnie, Natalia połykała z wypiekami na twarzy. Świat wydawał się miły i bezpieczny, bo był wujek. Chociaż był już dorosły i zaczął studia, opowiadał jej dowcipy w stylu: „Czym się różni wróbelek? Tym, że ma jedną nóżkę bardziej…”. Natalka czuła się ważna, dorosła i wtajemniczona. Życie dawało się udźwignąć i wytrzymać, bo był wujek.

Kochał ją – to było pewne. Kiedy przy stole ktoś zapytał go, czy ma narzeczoną, wujek aż otworzył usta.

– Ja się ożenię z Natalką, co nie, Natala? Gdzie ja znajdę lepszą dziewczynę? Nie chcę nikogo innego.

I Natalka mu uwierzyła.

Uwierzyła po pierwsze dlatego, że miała wtedy jedenaście lat i jeszcze wierzyła w to, co mówią bliscy i kochani ludzie, a po drugie, i to był ten ważniejszy powód: dlatego że chciała mu uwierzyć.

Od tego dnia życie nabrało jeszcze większego sensu. Nie przejmowała się już tym, że wymiotuje, gdy wsiądzie do samochodu, ani tym, że zawsze, gdy w stołówce niesie zupę, ktoś ją specjalnie potrąci i zupa się wylewa, a czasem też rozbija się talerz. Nie przejmowała się również, że w klasie zaczęto mówić, kto z kim chodzi i kto się w kim kocha. Natalia nie brała w tym udziału. Nie musiała chodzić z głupkowatymi kolegami z klasy, bo był wujek Marcin – jej największa nadzieja i tajemnica, jej życie i szczęście, jej przyszłość. Wiadomo było, że jak tylko dorośnie, jak tylko… Z nikim na ten temat nigdy nie rozmawiała, bo wydawało jej się oczywiste, że wszyscy to wiedzą i rozumieją. Widziała to w oczach wujka i nie miała wątpliwości, że tak się stanie, a poza tym nie chciała nikomu się z tego zwierzać.

A potem – bez uprzedzenia, bez najmniejszych oznak, że nadchodzą zmiany i rozczarowania, bez skrupułów – wujek zjawił się z nią. Tę pierwszą Natalia pamięta do dziś. To znaczy pamięta je wszystkie dokładnie, po kolei. Wszystkie, z którymi spotykał się Marcin, mogłaby wymienić jednym tchem, ale ta pierwsza… ta pierwsza była najgorsza.

Rozległ się dzwonek i Natalka jak zawsze rzuciła się do drzwi, żeby następnie rzucić się na wujka.

– Cześć, piękna! Jak żyjesz? – zawołał jak zawsze. – Zobacz, jak mnie tu witają. Patrz i ucz się – zwrócił się wujek do tamtej i objął ją ramieniem. – To jest Dominika – powiedział, a Natalia zamarła. – Poznajcie się.

„Po co?” – pomyślała Natalka, ale wyciągnęła rękę. Nie była już jakąś smarkulą, która nie umie się zachować.

Od jakiegoś czasu zaprzestali swoich szalonych zabaw, ale ostatnio wujek pokazywał jej, jak robić dobre zdjęcia, i uczył ją prowadzić samochód. A teraz wytrzasnął jakąś Dominikę, od której na odległość pachniało nieprzyjemnymi zmianami.

Wszedł do dużego pokoju i usiadł przy stole. Po prostu. Jak nie on. Jak każdy. Ustalił z mamą Natalki, czy będą jedli obiad, czy tylko wypiją kawę (wybrali obiad), a potem uśmiechnął się.

– To jest właśnie moja Natala.

– Rzeczywiście jest śliczna – powiedziała Dominika i też się uśmiechnęła, ale w tym uśmiechu było coś, czego Natalia się przestraszyła.

Była w nim niezmącona pewność. Ta Dominika znalazła się tu w majestacie prawa, jako prawowita dziewczyna Marcina, i przyszli na wyraźne zaproszenie, z kurtuazyjną wizytą. Czym niby miała się przejmować?

Marcin pochylił się nad nią i gapili się razem na akwarium. Natalka czuła się coraz gorzej, jakby ktoś po kawałeczku ją zamrażał.

– Marcin mi opowiadał, jak fajnie umiałaś się zawsze bawić, że się kumplujecie i że jesteś szalona i genialna. Nawet byłam trochę zazdrosna. No, ale że masz takie śliczne oczy, to nie przesadził ani na jotę – powiedziała Dominika z przymilnym uśmiechem.

Nie zjednała sobie jednak Natalii. Była bez szans.

Marcin zaczął bywać u nich coraz rzadziej. Po dwóch miesiącach zjawił się z Magdą – dziewczyną o oryginalnej włoskiej urodzie, potem z Ulą o alabastrowej cerze, następnie z Marzeną, która zawsze prosiła od razu o dwie herbaty, z Basią, która miała uda tak szczupłe jak mama Natalki ręce, jeszcze raz z Magdą, ale inną, znowu z Ulą (tą samą – wracali do siebie trzy razy, zanim Ula ostatecznie z nim zerwała) i w końcu z Justyną. Justyna przyniosła jej najprawdziwszą na świecie skrzyneczkę na biżuterię, z mnóstwem przegródek, i odebrała Natalii resztkę złudzeń, bo razem z wujkiem i pierścionkiem z cyrkonią jechali do Belgii.

Wszelkie marzenia i nadzieje zostały pogrzebane żywcem, gdy po ich wyjściu Natalka zobaczyła przez okno, że idą razem przytuleni. Byli tak zajęci całowaniem się, ściskaniem i wsiadaniem do samochodu, że Marcin nawet jej nie pomachał.

Jeśli można o kimkolwiek powiedzieć, że miał idylliczne dzieciństwo, to na pewno o Natalce. Skończyło się ono w momencie, kiedy Marcin z Justyną wsiedli do samochodu i odjechali.

*

Marcin Milewski nie skończył studiów w Belgii. Przerwał je po półtora roku, gdy poznał Pollinę. Oczarował ją tym, jak znakomicie umie zajmować się dziećmi, jaki jest rodzinny, zorganizowany, zaradny, praktyczny i pod każdym względem niezwykły. Po raz pierwszy spotkała mężczyznę, który tarzał się z dzieckiem po dywanie i chował do szaf, gdy udawał sowę unikającą światła. Przeprowadził się do niej i teraz pracuje w państwowej firmie, wprowadzając dane do komputera, a popołudniami chodzi z synkiem Polliny z pierwszego małżeństwa na karate, pływanie oraz minibasket, bo mały ma ADHD w takiej formie, że trzeba go rozładowywać za pomocą różnych sportów. Czy często myśli lub mówi o Natalce? Bardzo. Dzwoni i długo z Natalią rozmawia, zaprasza ją do siebie na wakacje. Raz już nawet prawie pojechała, ale w ostatniej chwili dostała zapalenia ucha. Jakoś zawsze coś jej wypada – coś całkowicie niezależnego od niej, żeby nie było wątpliwości. Marcin wciąż powtarza, że jako dziecko była genialna i chyba to dzięki niej do dziś on tak lubi dzieci.

O tym wszystkim, co zrobił z życiem Natalki, nie ma najmniejszego pojęcia. W końcu co niby takiego zrobił? Był prawdziwym, cudownym wujkiem. Kochał swoją bratanicę i dawał się kochać i uwielbiać.

I na tym właśnie polega jego wina.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Table of Contents

Prolog

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dane wrażliwe Wszystko, tylko nie mięta Bardzo biała wrona Edison. O wielkim wynalazcy Mecz o wszystko Jezioro łabędzie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej