Julia zaczyna od nowa

Julia zaczyna od nowa

Autorzy: Katarzyna Misiołek

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 416

cena od: 20.74 zł

To opowieść o pragnieniach, tęsknotach i codziennych wyborach; historia trzech pokoleń kobiet, które wciąż szukają swojej drogi do szczęścia.      

Dwie wchodzące w dorosłe życie córki, odrobinę narcystyczna i bardzo absorbująca matka, nękana poczuciem winy siostra i były facet, który zdaje się nie rozumieć słowa „koniec”. Julia, czterdziestosześcioletnia rozwódka, balansuje pomiędzy potrzebą zadbania o samą siebie, a nieustającymi problemami własnej rodziny. Praca, dom, dogadzanie córkom, opieka nad matką sprawiają, że dni Julii są niemal bliźniaczo do siebie podobne.

Jednak przyjaźń z mieszkającym po sąsiedzku ekscentrycznym muzykiem, sprawia, że Julia zaczyna marzyć o czymś więcej. O czymś tylko dla siebie, o czymś tajemniczym, o smaku zakazanego owocu. O życiu, w którym można odciąć się od całego świata i powiedzieć „teraz ja!”. O chwilach samotności, która porządkuje myśli i o podróży w miejsca gdzie nikt nie powie jej, co ma robić, jak żyć i kim być. I Julia w tę podróż wyrusza, ale czy tęsknota za wolnością wygra w niej z poczuciem obowiązku i miłością do rodziny? Czy można nagle ruszyć przed siebie, nie oglądając się na swoich bliskich i czy ta upragniona wolność naprawdę smakuje aż tak słodko?

Projekt okładki: Katarzyna Konior/bluemango.pl

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Korekta: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Zdjęcia wykorzystane na okładce:

© Sandra Cunningham/Shutterstock

© Eugenio Marongiu/Shutterstock

© Africa Studio/Shutterstock

© by Katarzyna Misiołek

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2017

ISBN 978-83-287-0790-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Spis treści

Choinka była ciężka…

Mamo, błagam cię…

Kilka minut później…

Mamo, hej!

Kiedy dotarłam…

Dochodziła dziesiąta…

Dzień później…

Mama zadzwoniła…

Wieczorem, z siatką…

Tym razem Rafał…

Babciu, chooodź!

Zbierałam się…

Do redakcji…

Julka, masz teraz…

Do matki…

Położyłam się…

Mama zadzwoniła…

Na dachu…

W Wigilię…

W Dworcowej…

Daj mi to…

Siostra zapukała…

Matylda odezwała się…

Myłam talerze…

O czym chciałeś…

Powinnam jeszcze raz…

Kilka dni po sylwestrze…

Cześć, kobieto…

Była za kwadrans…

To chyba tutaj…

W czwartek…

Doprawiałam właśnie…

Stefan, dasz mi kluczyki?

Naprawdę lecę na wakacje!

Z pokoju…

Czwartego dnia mojego pobytu…

Siedem dni i koniec…

Dwa dni po moim powrocie…

Choinka była ciężka, znacznie cięższa, niż się spodziewałam. Moje skostniałe z zimna palce lepiły się od żywicy, brakowało mi tchu.

Nie mam pojęcia, czemu nagle zamarzyłam o drzewku. Odkąd się rozwiodłam, świętowałam bez całej tej pompatycznej oprawy, zadowalając się co najwyżej tanim stroikiem kupionym w pobliskim markecie. Jednak w tym roku moje myśli uparcie krążyły wokół choinki, migających w półmroku salonu światełek i kilku pudeł z ozdobami, które upchnęłam na najwyższej półce w garderobie. Dlatego kiedy wracałam ze spotkania z młodszą córką, pojechałam dwa przystanki dalej i poszłam na niewielki plac targowy. Facet, który sprzedawał mi drzewko, stwierdził, że gdyby był na miejscu mojego męża, to nigdy nie pozwoliłby mi czegoś takiego taszczyć. Posłałam mu krzywy uśmiech. Nie miałam ochoty wyjaśniać, że mąż od dawna mieszka na drugim krańcu miasta i jest określany jako „były”.

Byłam kilkanaście metrów od domu, kiedy zaczęło prószyć. Przeklinając w duchu własne zapominalstwo, bo znowu nie zabrałam rękawiczek, przyspieszyłam kroku. Zimno! Chryste, czemu jest tak zimno? Wiało z północy – lodowaty wiatr wdzierał się wszędzie i przenikał do szpiku kości. Na rogu Norymberskiej i Bratysławskiej niemal zderzyłam się z jakimś młodym facetem. Puchowa kurtka w trupie czaszki, na czubku głowy koczek z ciemnych włosów upodabniający go do samuraja, w ręku kawa z pobliskiego Starbucksa.

– Sorry – burknął, nie odrywając wzroku od swojego smartfona.

Wydał mi się dziwnie znajomy, nie potrafiłam sobie jednak przypomnieć, gdzie mogłam go widzieć. Zresztą, jakie to miało znaczenie? Pewnie mieszka w okolicy, a może pracuje w jednym z biur za rogiem, pomyślałam. Minęłam go bez słowa, ciągnąc za sobą nieszczęsne drzewko, którego czubek zamiatał wyłożony bordową kostką brukową pasaż w okolicach ratusza.

Osiem dni do Bożego Narodzenia… Kiedyś uwielbiałam święta. Zapach jedliny przemieszany z aromatyczną wonią cytrusów, tartej skórki pomarańczowej, goździków i wanilii, babcia przygotowująca kutię, tato z książką w dłoni i rudym kotem na kolanach sączący poncz, ubierana wspólnie z dziewczynkami choinka i kilometry łańcuchów z kolorowego papieru. Tyle ciepłych chwil, tyle wspomnień… Moje córki latami produkowały całe pudła ozdób, których nigdy nie pozwoliły mi wyrzucić. A później dorosły, spoważniały, są nawet nieco cyniczne. Moi rodzice się rozeszli, ja rozstałam się z Erykiem, dziewczyny poszły na swoje, a święta stały się zbędnym rytuałem, niemal przeszkodą w ich luzacko zaplanowanej codzienności.

„Ale po co robić uszka, skoro można kupić?” – zdziwiła się ostatnio moja młodsza córka. Jasne, wszystko można kupić, oprócz domowej atmosfery, pomyślałam, przystając przed witryną jubilera. „A co Twoja ukochana chciałaby znaleźć pod choinką?!”– pytał reklamowy slogan. Ja pewnie znajdę książkę, skarpety i jakieś słodycze, pomyślałam. Córki nie lubiły kupować prezentów, nie miały do tego cierpliwości, a mama…

Mniejsza z tym, powiedziałam sobie, przystając przed przejściem dla pieszych. Młoda dziewczyna w czerwonej kurtce zerknęła na trzymaną przeze mnie choinkę i posłała mi uśmiech. Spojrzałyśmy sobie w oczy i z miejsca poczułam do niej sympatię. Zielone. Przeszłam przez jezdnię i skierowałam się w stronę mojej ulicy. Byłam od domu dosłownie o rzut beretem, kiedy poślizgnęłam się na oblodzonym chodniku i runęłam jak długa. Jak zawsze w takim wypadku, to były sekundy: szłam sobie spokojnie, ciągnąc za sobą coraz cięższe drzewko, a za chwilę już leżałam na przysypanym śniegiem chodniku. Pasażerowie tkwiącego w korku miejskiego autobusu z zaciekawieniem wyciągali szyje, żeby nie stracić rozgrywającego się na ich oczach widowiska. Usiłując wstać, złapałam się ławki. Wysoki brunet w szarym płaszczu wyrósł przede mną jak spod ziemi.

– Pomogę! – zaoferował, podając mi rękę.

Złapałam jego dłoń, starając się nie myśleć o otaczających nas gapiach. Podciągnął mnie w górę z taką łatwością, jak gdybym ważyła tyle co nic. A przecież niedawno wskazówka wagi utknęła na sześćdziesięciu sześciu kilogramach i za nic nie chciała iść w dół…

– Jest pani cała? – zapytał.

Miał ładny głos. Radiowy, jak powiedziałaby moja matka.

– Nie licząc połamanej dumy… – odparłam.

Uśmiechnął się, ale nie odpowiedział.

Otrzepałam płaszcz i spojrzałam nieznajomemu w oczy.

– Dziękuję – powiedziałam.

Skinął głową i schylił się po moją torebkę, która wypadła mi z ręki.

– Spore to drzewko. Sama je pani taszczy? Pewnie kupione na placu? – gość, z błąkającym mu się na ustach nieco złośliwym uśmieszkiem, zerknął na porzuconą w śniegu choinkę.

Wzruszyłam ramionami.

– Taszczyłam, taszczyłam i jakoś dotaszczyłam – rzuciłam mało sympatycznym tonem, jak gdyby nagle rozbudził się we mnie duch wpajanego mi przez córki feminizmu.

– Daleko pani mieszka? – zapytał tymczasem on i jeszcze raz zerknął na nieszczęsne drzewko.

– Zaraz za rogiem – powiedziałam.

– W takim razie odtransportuję panią pod same drzwi – zaproponował.

– Ale nie trzeba, naprawdę. Ja…

– Żaden problem – uciął dyskusję.

– Pobrudzi się pan żywicą – powiedziałam, zerkając na jego jasnoszary płaszcz.

– Przeżyję – rzucił i nie oglądając się na mnie, z moją choinką pod pachą, ruszył w dół ulicy.

– To tamta kamienica, zaraz za rogiem. Szara, świeżo wyremontowana, z metalowymi kratami na balkonach.

– Wygląda na to, że jesteśmy sąsiadami – powiedział, kiedy przystanęliśmy przed ciężką drewnianą bramą. – Mieszkam po drugiej stronie ulicy, kawałek dalej. Przepraszam, nie przedstawiłem się. Michał Wolski.

– Julia Sosin – podałam mu zgrabiałą z zimna dłoń. Uścisnął ją wolną lewą ręką i bąknął coś o tym, że miło mu mnie poznać. Podniósł kołnierz płaszcza.

– Ależ ziąb! – dodał, przytupując.

– Przepraszam, nigdy nie mogę znaleźć kluczy – tłumaczyłam się, coraz bardziej nerwowo przeszukując moją przepastną zamszową torebkę.

– Zdarza się – mruknął.

W jego kieszeni rozdzwoniła się komórka, ale nie odebrał.

Kiedy w końcu udało mi się otworzyć bramę, Wolski wszedł za mną.

– To może już poradzę sobie sama? Pan pewnie się spieszy, a…

– Powiedziałem pod same drzwi – uparł się.

Nie spodobał mi się jego ton. Zwracał się do mnie niczym do smarkuli, którą można zbesztać. Ale prawdę mówiąc, na tym zatłoczonym pełnym ludzi chodniku tylko on zainteresował się moim losem. Reszta przechodniów mijała mnie obojętnie, zajęta sobą i swoimi własnymi sprawami.

– Proszę wybaczyć, ale czy mógłbym umyć ręce? – zapytał nowy znajomy, kiedy dotarliśmy na ostatnie piętro, przed moje drzwi. – Świetnie rozumiem, że może pani mieć opory przed wpuszczeniem do mieszkania obcego mężczyzny, ale ta żywica rzeczywiście…

– Proszę, niech pan wchodzi – przepuściłam go w drzwiach.

Przedpokój był w miarę przestronny, ale i tak nagle poczułam się niezręcznie.

– Gdzie ją postawić? – zapytał Wolski. – Ma pani kogoś, kto zamontuje stojak?

– Poradzę sobie – zapewniłam go.

Położył drzewko na parkiecie pod oknem w salonie i zaczął przepraszać, że nie zdjął butów.

– Absolutnie proszę się tym nie przejmować, ta podłoga już niejedno przeżyła – roześmiałam się nieco nerwowo. – Łazienka jest tam – skinęłam w stronę zamkniętych drzwi.

Dopiero kiedy wszedł do środka, przypomniałam sobie, że w umywalce moczą się trzy moje beżowe staniki. Stare, znoszone, zdecydowanie mało seksowne. Cholera! Gorzej mogłoby być tylko wtedy, gdybym przed wyjściem na spotkanie z córką namoczyła jakieś rozciągnięte majtasy w stylu prababki Brygidy. Zażenowana myślą o tym, co obcy facet zastał w mojej łazience, oparłam się o ścianę. Czułam, jak płoną mi policzki.

Mój niespodziewany gość zjawił się w korytarzu chwilę później.

– Umyłem ręce nad wanną – powiedział i oboje parsknęliśmy śmiechem. – Jeszcze raz przepraszam za najście – skinął mi głową i ruszył do drzwi.

Napije się pan herbaty? – miałam na końcu języka, jednak nie powiedziałam nawet słowa. Matka pewnie by uznała, że zmarnowałam naprawdę dogodną okazję. Facet był mniej więcej w moim wieku, bez śladu obrączki na palcu. Słowem, dobrze rokował. Tyle że ja nie miałam w sobie tego specyficznego kobiecego sprytu, tej swobodnej umiejętności owijania sobie mężczyzn wokół palca. W naszej rodzinie to moja rodzicielka była w tej dziedzinie ekspertką. Ja, pomimo dawno przekroczonej czterdziestki, nadal się czerwieniłam, kiedy ktoś choćby na mnie spojrzał… Dlatego wykrztusiłam tylko jakieś pospieszne podziękowanie, pozwoliłam mu wyjść, zamknęłam za nim drzwi i założyłam łańcuch. Ściągając kozaki, zauważyłam kilka mokrych śladów jego butów na świeżo cyklinowanym parkiecie.

Z korytarza doszedł mnie głośny dziewczęcy śmiech. Pewnie studentki, które wynajmowały niewielkie mieszkanie na parterze, wróciły właśnie z zajęć. W torebce rozdzwoniła się moja komórka, ale postanowiłam ją zignorować. Odwiesiłam płaszcz i otworzyłam szafkę w poszukiwaniu szmaty do przetarcia podłogi. W mieszkaniu unosił się mocny, przyjemny zapach męskiej wody kolońskiej i przez jedną chwilę miałam wrażenie, że z łazienki wyjdzie przepasany frotowym ręcznikiem Eryk. Szybko jednak odegnałam wspomnienie byłego męża, wytarłam parkiet, wrzuciłam brudną szmatę do miski w łazience i usiadłam na brzegu wanny. Ten dzień nie był ciężki, a jednak czułam się zmęczona. Wyglądałam też nie najlepiej. Grudka rozmazanego tuszu pod lewym okiem, przyklapnięte włosy, „zjedzona” szminka.

– Obraz nędzy i rozpaczy – mruknęłam pod nosem, odkręcając kran nad wanną.

Myjąc ręce, wyobraziłam sobie, że w salonie, z kieliszkiem wina w dłoni, czeka na mnie taki mężczyzna jak Michał Wolski, ale szybko otrząsnęłam się z dziewczyńskich marzeń. Niedawno z kimś się rozstałam i z całą pewnością nie miałam ochoty na dalsze dramaty. Faceci z kieliszkiem wina w ręku znacznie lepiej prezentują się na ekranie telewizora niż w życiu, powiedziałam sobie w duchu, wycierając dłonie w niewielki różowy ręcznik, prezent od starszej córki.

Choinka leżała w salonie, porzucona pod oknem. Przyniosłam stary metalowy stojak, który służył jeszcze moim dziadkom, i po kilkuminutowej szarpaninie okraszonej paroma grubymi przekleństwami, umieściłam w nim drzewko. Chwilę później, znowu upaprana żywicą, pokłuta igłami, z nadłamanym paznokciem i zachwycona unoszącym się w pokoju zapachem jedliny, usiadłam w fotelu z kubkiem gorącej malinowej herbaty w ręku.

Osiem dni do Bożego Narodzenia, dwa tygodnie temu skończone czterdzieści sześć lat i niczym niezmącona cisza w pustym mieszkaniu…

– Jest dobrze, dziewczyno – powiedziałam głośno do siebie. – Jest dobrze!

Nagle zachciało mi się śmiać. Czy gdybym zaprosiła Michała Wolskiego na herbatę, zostałby i sączył ją teraz ze mną w przyjaznym półmroku mojego salonu, czy może znalazłby byle jaką wymówkę i pospiesznie pognał w stronę frontowych drzwi? Wspomniał, że mieszka po sąsiedzku, jednak nigdy nie widziałam go w okolicy. Kim jest? Do kogo wraca? Nie miał obrączki, ale to przecież o niczym nie świadczy. Czemu, do cholery, nagle o nim myślę? Moja matka twierdzi, że muszę sobie znaleźć kogoś, że przecież kobiecie zawsze źle samej. Nie wiem dlaczego, ale nadal robię wszystko, żeby dopasować się do schematu, w który zawsze chciała mnie wcisnąć. Mnie, moją siostrę, swoje wnuczki.

Na myśl o dziewczynach leciutko się uśmiechnęłam. Starsza, Matylda, niedawno skończyła dwadzieścia sześć lat. Młodsza, Olga, ma dwadzieścia trzy. Piękne, mądre, zabawne, moje! Czasem, przyglądając się im, nie mogę się nadziwić, jak bardzo są odważne, przebojowe, pewne siebie. Mnie zawsze brakowało tupetu, żeby przeciwstawić się matce i postawić na swoim. One nie mają z tym najmniejszego problemu. Żyją tak, jak chcą i chociaż moja rodzicielka załamuje nad nimi ręce podczas każdego rodzinnego spotkania, nie zamierzają zmieniać niczego w swoim życiu.

Mamo, błagam cię, przyjedź! Niczego dzisiaj nie ogarniam!

Dochodziła dziewiętnasta, kiedy zadzwoniła moja starsza córka.

– Teraz? – zdziwiłam się.

– Jeśli możesz… Kamila, nie bierz tego do buzi! – krzyknęła w słuchawkę Matylda i na moment odeszła od telefonu. – Wybacz, mamuś. Tym razem orzech…

– Mówiłam ci, chowaj takie rzeczy! Nie możesz trzymać orzechów w zasięgu jej rączek, skoro…

– Zabieram się za ciasto! Przecież wiesz, że przylatują rodzice Briana, a ja… Mamo, przyjedź, bo chyba tu dzisiaj oszaleję! – Matyldzie lekko załamał się głos i zrozumiałam, że tym razem nie obejdzie się bez rodzicielskiej interwencji.

Córka była świetną matką, bardzo kochała Kamilę i od początku zajmowała się nią bez pomocy niani, ale – rzadko, bo rzadko – miewała takie chwile, kiedy wszystko waliło się jej na głowę i potrzebowała mojego wsparcia. Wiedziałam, że nie znosi przygotowań do świąt, a perspektywa podejmowania gości jawiła jej się pewnie niczym pełen udręki koszmar z nią, jako młodą i niedoświadczoną gospodynią, w roli głównej.

Obiecałam, że będę za jakiś kwadrans. Odłożyłam trzymaną w ręku książkę.

– Super, dziękuję! – Córka cmoknęła w słuchawkę i pospiesznie się rozłączyła.

Zakładając płaszcz, przypomniałam sobie, że przecież nastawiłam dla siebie ryż. Weszłam do kuchni, żeby zestawić garnek na kuchenną deskę. Zjem, kiedy wrócę, zdecydowałam.

Na zewnątrz znacznie się ochłodziło. Śnieg już nie sypał, ale temperatura musiała spaść do jakichś minus ośmiu, może nawet minus dziesięciu stopni. Zatrzaskując wejściową bramę, zorientowałam się, że znowu nie wzięłam rękawiczek, ale nie chciało mi się już po nie wracać na górę. Wsunęłam dłonie do przepastnych kieszeni starego płaszcza i szybkim krokiem ruszyłam w stronę przystanku. Był tuż za rogiem, kilka metrów od miejsca, w którym po południu wywinęłam orła. Na wspomnienie nieznajomego bruneta, który dosłownie pozbierał mnie z chodnika, zaczerwieniłam się po same cebulki włosów.

Że też to zawsze ja muszę z siebie zrobić kompletną idiotkę! – pomyślałam.

Wsiadałam do autobusu, kiedy w mojej torebce rozdzwoniła się komórka.

– Mamuś, to jeszcze raz ja. Słuchaj, głupio mi prosić, ale kupiłabyś po drodze tak ze trzy, cztery bułki? Brian idzie dzisiaj na piwo ze swoimi studentami i pewnie będzie późno, a mnie nie chce się ubierać małej, żeby z nią wyjść. Zresztą jest cholernie zimno, a ona wciąż pokasłuje – usłyszałam głos córki.

– Jasne, kupię. Potrzebujesz czegoś jeszcze? – zapytałam, przeciskając się w stronę kasownika.

– Nie wiem, może mleka? Dobrze by było, gdybyś wzięła soczek marchwiowy dla Kamili i coś słodkiego dla mnie. Jesteś? Słabo cię słyszę…

– Jestem, córciu.

– Dzięki. – Matylda ponownie cmoknęła w słuchawkę i przerwała połączenie.

Wysiadłam przystanek wcześniej, żeby zajść do znajdujących się na parterze galerii handlowej delikatesów. W sklepie było niemiłosiernie gorąco. Rozpięłam płaszcz i poluzowałam wełniany szalik, który nieprzyjemnie gryzł mnie w szyję. Rok temu dostałam go na urodziny od mojej młodszej córki i chociaż krzykliwy, pomarańczowo-czarny wzór średnio mi się podobał, nosiłam go z czysto sentymentalnych powodów.

Przy samym wejściu do delikatesów młoda matka usiłowała uspokoić rozwrzeszczanego chłopca. Czerwony na twarzy i zaryczany, mówił w kółko o jakimś zaginionym dinozaurze. Złapałam za koszyk z nieprzyjemnie lepiącą się rączką i starając się nie myśleć o tym, jak wiele brudnych łap trzymało go przede mną, weszłam na pełną ludzi salę. W tle słychać było utrzymaną w klimatach Bożego Narodzenia muzykę, co jakiś czas przerywaną ogłoszeniami o wyjątkowych promocjach.

Bułki, mleko, sok, czekolada, powtarzałam sobie w myślach, mając nadzieję, że niczego nie zapomnę. Byłam właśnie przy regale ze słodyczami, kiedy kątem oka dostrzegłam Rafała, z którym niedawno się rozstałam. Pomimo że nadal zdarzało mi się za nim tęsknić, teraz nie miałam ochoty z nim rozmawiać. Nie tu, nie w tym momencie, nigdy! Ale na odwrót było już za późno. On też mnie zauważył, a w jego dużych ciemnych oczach dostrzegłam ulotny przebłysk paniki. Skrzywiłam się. No jasne, wyjątkowo niezręczna sytuacja… Nie spodziewałam się go w tej części miasta, a jednak sterczał przy pobliskim regale z makaronem i wyraźnie czekał aż do niego podejdę. Zresztą, chcąc przejść do dalszej części sklepu, i tak musiałabym go wyminąć.

– Cześć – rzuciłam niby od niechcenia, chociaż głupie serce solidnie się rozszalało.

– Julia! Co za niespodzianka! – powiedział sztucznym, przesadnie entuzjastycznym tonem.

Zauważyłam, że znacznie skrócił włosy i zaciął się przy goleniu – jego lewy policzek szpeciło brzydkie rozcięcie.

– Co u ciebie? – zapytał po chwili, najwyraźniej chcąc jakoś podtrzymać tę naszą żenująco niezręczną, koślawą rozmowę.

Wysoki szpakowaty facet, mijając nas w wąskim przejściu pomiędzy regałami, trącił mnie ciężkim sklepowym wózkiem i wymamrotał ciche przeprosiny.

– Posłuchaj, naprawdę chciałem do ciebie zadzwonić, ale… – Rafał poluzował krawat i nie patrząc mi w oczy, dodał, że często o mnie myślał.

– Daruj sobie, bardzo cię proszę.

– Jula, ja naprawdę chcę, żebyśmy zostali przyjaciółmi. Zrozum, że cała ta sytuacja była… – Rafał urwał w pół słowa, bo podeszła do niego ładna, mocno umalowana nastolatka w zielonym płaszczu.

To musi być Karolina, jego piętnastoletnia córka, pomyślałam. Wyglądała nieco inaczej i znacznie poważniej niż na zdjęciach z telefonu, które kilka razy mi pokazywał, jednak była do niego tak podobna, że nie miałam nawet cienia wątpliwości, kim jest. Te same duże ciemne oczy, ocienione długimi rzęsami, ten sam owal twarzy, kształtny prosty nos, pełne usta. Włosy też miała po ojcu – lśniące, w kolorze gorzkiej czekolady. Z tym że on lubił przycinać je krótko, niemal na jeża i miał już w nich pierwsze nitki siwizny, a jej grube pasma błyszczącymi falami opadały do połowy pleców.

Na widok córki Rafał jeszcze bardziej się spiął i nie patrząc mi w oczy, zaczął czytać etykietę na trzymanym w ręku gotowym sosie do dań z mięsem.

– Idziemy? – zapytała dziewczyna, zupełnie mnie ignorując.

Kiedy do nas podchodziła, co prawda zmierzyła mnie wzrokiem, ale teraz odwróciła się do mnie plecami, jasno i wyraźnie dając mi do zrozumienia, że nie ma ochoty ani na rozmowę, ani na moje towarzystwo. Poczułam się niezręcznie…

Tymczasem mój były, nie wiedzieć czemu, nadal przy mnie sterczał.

– Za chwilkę – odpowiedział, co wyraźnie nie spodobało się naburmuszonej księżniczce.

– Tato, teraz! Mama już czeka! – rzuciła nieco piskliwym, wysokim tonem, w którym zabrzmiały właściwe nastolatkom, rozkapryszone nuty.

Na wzmiankę o matce dziewczyny Rafał jeszcze bardziej się zmieszał.

– Wybacz, rzeczywiście powinniśmy już iść – ustąpił córce i odłożył na półkę trzymany w ręku słoik z sosem.

Nie odpowiedziałam, ale chyba nawet tego nie zauważył. Skinął mi głową i ruszył w stronę kas, tuż za nim, śmiesznie drobiąc, szła jego córka. Zauważyłam, że ma na nogach zamszowe kozaczki na wysokich obcasach i chyba niezbyt pewnie się w nich czuje. Ładna dziewczyna, pomyślałam.

I nagle zdałam sobie sprawę, że przez osiem długich miesięcy naszego związku on nawet nas sobie nie przedstawił. Mówił, że mnie kocha, że szuka czegoś na poważnie, że może nawet kiedyś się pobierzemy. Oboje po rozwodach, spragnieni nowego początku, czułości, zrozumienia. Był dla mnie tratwą ratunkową, opatrunkiem na poharatane po odejściu Eryka serce, nadzieją na przyszłość. A później, zupełnie niespodziewanie, oznajmił, że wraca do byłej żony, że chcą spróbować raz jeszcze. Że przecież to dla dobra córki, że nie potrafi inaczej, że powinnam zrozumieć…

Pamiętam, że robiłam kopytka, kiedy zadzwonił do drzwi. Miałam mąkę we włosach, na policzku i na starym rozciągniętym swetrze, który dostałam od matki. Ucieszyłam się na jego widok, chociaż się tego dnia nie umawialiśmy. Ja miałam jechać z obiadem do chorej na anginę córki, on miał ponoć jakieś szkolenie. A jednak przyszedł i mnąc w dłoni kupiony na stacji benzynowej wiecheć, plącząc się i zacinając, zaczął mówić o powrocie do byłej żony. Kobiety, która regularnie wyzywała go od dupków i chujów, rozbiła na jego głowie wazon i traktowała jak śmiecia… Roześmiałam się. Byłam pewna, że żartuje. Dopiero kiedy zobaczyłam w jego oczach łzy, zrozumiałam, że mówi poważnie. Cisnęłam w niego kwiatami. Podniósł je, położył na komodzie w przedpokoju i ruszył w stronę drzwi. „Przepraszam, Juleczko” – powiedział jeszcze, zanim je za sobą zamknął.

Wróciłam do kuchni i osunęłam się na podłogę. Gdzieś w głębi gardła wzbierał szloch, ale nie potrafiłam płakać. Siedziałam tylko i gapiłam się w ścianę. Nie potrafiłam zrozumieć, czemu to zrobił. Wieczorem wysłał mi esemesa. Pisał, że nie chciał mnie zranić, że wierzył w naszą wspólną przyszłość. Dzień później zadzwoniła do mnie jego była żona i wyniosłym, nienawistnym głosem wycedziła, żebym trzymała się od Rafała z daleka. Zrozumiałam przekaz, zresztą nigdy nie potrafiłam władować się z butami pomiędzy dwoje ludzi. A przecież związałam się z nim już po jego rozwodzie. Zmieniłam więc numer, wyrzuciłam nasze wspólne zdjęcia i starałam się o nim zapomnieć.

Jednak to spotkanie uświadomiło mi, że nadal o nim myślę i nadal za nim tęsknię…

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Julia zaczyna od nowa Nie podchodź bliżej Ironia losu Dziewczyna, która przepadła Ostatni dzień roku Niekochana 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej