Herezje chwalebne

Herezje chwalebne

Autorzy: Lisa McInerney

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Obyczajowe Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 28.41 zł

Książka, która pokonała głośne Małe życie Hanyi Yanagihary i zdobyła prestiżową Baileys Women’s Prize

Wszystko zaczyna się od morderstwa. 59-letnia Maureen zabija świętą figurką mężczyznę, który wtargnął do jej domu. To zdarzenie łączy ze sobą losy czterech osób żyjących na obrzeżach irlandzkiego społeczeństwa. Jej syn Jimmy, lokalny gangster, przypadkowo spotyka znajomego z młodości, Tony’ego, i prosi go o pomoc w pozbyciu się zwłok. Tony rozpoznaje ofiarę — miejscowego pijaka i narkomana. Jego dziewczyną jest prostytutka Georgie, która szukając nowego dilera, poznaje najstarszego syna Tony’ego, Ryana. To wokół tej postaci zbudowana jest akcja tej oryginalnej, cierpkiej, ale i niezwykle zabawnej wielowątkowej powieści.

Herezje chwalebne to historia kraju pogrążonego w kryzysie i porzuconych w tej rzeczywistości bohaterów.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

TRUP

1

2

3

4

5

NOWICJAT

6

7

8

9

10

ECHO

11

12

13

14

15

ZARZEWIE

16

17

18

19

20

WSZYSTKO W ROZSYPCE

21

22

23

24

25

26

27

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału THE GLORIOUS HERESIES

Redakcja Anna Jędrzejczyk

Projekt okładki © John Murray (Publishers)

Zdjęcia na okładce © echo3005 / Shutterstock © Miloje / Shutterstock

Adaptacja okładki Magda Kuc

Korekta Beata Wójcik

Redaktor prowadzący Anna Brzezińska

Copyright © Lisa McInerney 2015. All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2017

Copyright © for the Polish translation by Robert Sudół, 2017

Wydanie I

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

ISBN 978-83-8015-628-9

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

To, tak samo jak wszystko inne, jest dla Johna.

TRUP

1

Chłopiec został za drzwiami. Żegnaj, koniec pieśni, wszystkiego najlepszego. Teraz ramiona i szczęka zrobią się kwadratowe, dłonie silne, mina dziarska. Chłopiec utknął na ulicy, z kompletem poharatanych chudych kończyn, a próg przekroczył nowo narodzony mężczyzna, czujący lekkie mrowienie pod wzrokiem czarodziejki, która spowodowała tę metamorfozę. Nazywała się Karine D’Arcy. Miała piętnaście lat z hakiem i już trzeci rok chodzili razem do jednej klasy. Poza szkołą deklasowała go we wszystkim, a jednak teraz tu była, stała w jego przedpokoju na dużej przerwie w poniedziałek. Dlatego chłopiec musiał odejść, odejść musiało wszystko, co jeszcze z niego zostało, czego dotąd nie złuszczyły jej dłonie i pocałunki.

– Twój ojciec na pewno nie przyjdzie?

– Nie – odparł, chociaż ojciec chadzał własnymi drogami i nie wolno było wierzyć w jego rozsądek. Rano zapowiedział, że idzie w miasto, więc dzieciaki same muszą sobie zrobić kolację, ale później wróci, a razem z nim wróci draństwo i, znając łaskawość buków, parszywy humor.

– A jak przyjdzie, to co?

Puścił rękę Karine i objął ją w talii.

– Nie wiem – odparł.

Och, prawda była brutalna, najbrutalniejsza na świecie, nieprzećwiczone słowa padały z nowych ust.

Miał piętnaście lat, dopiero skończone. Gdyby to pytanie zadała mu przed przekroczeniem progu, odpowiedziałby pod dyktando piętnastoletniej, chłopięcej brawury, ale teraz wszystko się zmieniło i już zapomniał, jak można się popisywać.

– Wtedy to i tak będzie moja wina, nie twoja.

Powinni być w szkole, nawet ojciec o tym wiedział. Gdyby teraz wrócił, no gdyby, przygięty do ziemi przegraną, wykończony przez kurewską wódę, pokera czy co tam jeszcze, wrócił teraz, od razu by się połapał, że syn zerwał się z lekcji i to w bardzo konkretnym celu.

– Twoja będzie tutaj. Ale jak zakapuje moim rodzicom?

– Nie zakapowałby.

Tego można było być pewnym jak podłogi pod stopami. O ojcu dałoby się powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest odpowiedzialnym człowiekiem. Albo odważnym. Albo porządnym.

– Powaga?

– Gada tylko z tymi, którzy mieszkają w tym domu. Nikogo innego nie uważa.

– To co teraz robimy?

Ten nowy wspaniały mężczyzna, wciąż czujący pieczenie i zgarbiony od ewentualnego lania, na imię miał Ryan. Tak naprawdę jego dorosła postać nie różniła się za bardzo od łamagi, którego zostawił za drzwiami jak trupa: wciąż miał czarne włosy, jasną skórę i atramentowe oczy. „Wyglądasz, jakbyś był opętany” – powiedziała pewna dziewczyna, która zbliżyła się do niego na tyle, żeby móc wydać osąd, po czym wyraziła chęć wyssania z niego demona przez język. Podrósł ostatnio. „Za wolno, za miarowo” – westchnęła babcia, gdy niedawno obejrzała jego zdjęcia na Facebooku. Stwierdziła stanowczo, że nigdy nie będzie miał metra osiemdziesięciu. Matka nie żyła od czterech lat, a ojciec był wrakiem człowieka, co na kanapie spał równie często jak w łóżku. Ryan był najstarszy z dzieci tego wraka. Dokoła ojca chodził na palcach, za to przy innych tupał donośnie.

Coś w tym wszystkim nie pasowało. Jasne, każdy mężczyzna w każdym wieku ma prawo włóczyć się i zadzierać ze wszystkimi, którzy chcieliby go potraktować lekceważąco, a tak właśnie postępował wrak: wewnętrzna pustka z wyjątkiem chwil taniego namiętnego gniewu, oscylowanie między chwałą a okresami detoksu w nędznych ośrodkach odwykowych położonych milion mil od świata. Ale nawet gdy Ryan nauczył się już wykrzesywać z siebie emocje usprawiedliwione pogardą nauczycieli albo zaczepkami ze strony starszych chłopaków, zdawał sobie sprawę, że w tych prowokacjach do walki jest coś dętego. Wypatrywał jakiejś wielkiej sprawy, czegoś, co wyrwałoby go rankiem z łóżka, ale do głowy mu nie przyszło, że to może być ona.

Należała do paczki dziewczyn, które nosiły najkrótsze spódniczki, na przerwach rządziły na grzędach nad kaloryferami, a w relacjach z nauczycielami potrafiły lawirować między impertynencją a ckliwą zażyłością. Nigdy nie pomyślał, że ona zobaczy w nim kogoś więcej niż łobuza, chociaż przez całe kurewskie lata prosił ją o to w duchu, zaciśniętymi ustami i spuszczonym wzrokiem.

Trzy tygodnie wcześniej, w jego urodziny, pozwoliła się pocałować.

Siedział w samochodzie kumpli – starszych od niego, rówieśników szesnastoletniego krewniaka Josepha, który znał Ryana na tyle, że wybaczył mu młodszy wiek – gdy nagle dostrzegł ją przed dyskoteką urządzoną w domu kultury – uśmiechniętą i rozedrganą w długim czarnym topie i białych szortach. Wychylił się z tylnego siedzenia i ją zawołał. Nie musiał nawet namawiać, po chwili wgramoliła się do środka obok niego. Co za głupi fart, akurat była w nastroju na przejażdżkę. Skok serca w piersi, dający nadzieję, że chodzi jej o coś więcej: głupi fart i ufność. Zaufała mu. O Jezu! – podobał się jej.

Pojechali dać w palnik. Parę puszek i parę dżointów, i porządny chłodny wiatr, więc się przytuliła. Gdy do Ryana to dotarło, nie mógł uspokoić nerwów, musiał przyznać przed sobą, co do niej czuje, zapuszczając się lewą ręką do jej lędźwi, odliczając do dwudziestu, trzydziestu, osiemdziesięciu, aż wreszcie uwierzył, że ona się nie odsunie, potem wziął ją za rękę, żeby uspokoić drżenie dłoni, i wreszcie, wreszcie, pokonując przepastną odległość trzydziestu centymetrów, przywarł ustami do jej ust i ją pocałował.

W następnych dniach odkrywali nową krainę, wreszcie postanowili spróbować na serio. Chodzili do kina, jedli lody, pod koniec każdej randki wracali krętą drogą na jej ulicę, trzymając się za ręce. I aby ich znajomość nie miała zbyt zdrowych fundamentów, znajdowali zaciszne miejsca i ciemne kąty, w których zmieniali charakter swojej przyjaźni, a jego dłonie poznawały różnice między skórą talii a skórą piersi; ciałem napierał na jej ciało, żeby zapamiętać, jak idealnie potrafi się wpasować w każde jej zagłębienie.

Teraz, w poniedziałek przed południem, odpowiedział pytaniem:

– A co chcesz robić?

Weszła do dużego pokoju i obróciła się na pięcie, żeby ogarnąć wszystko wzrokiem. Nie musiał wciskać głowy przez drzwi, by wiedzieć, że widok pozostawia sporo do życzenia. Ojcowskie nieudacznictwo zakonserwowało ten dom jako muzeum matczynej zaradności. Nad bałaganem matka panowała jak wiatr nad łąkami.

– Pierwszy raz tu jestem – powiedziała. – Dziwnie jakoś.

Na myśli miała swoją obecność, a nie dom. Chociaż i w drugim przypadku niewiele by się pomyliła – bo dom był dziwny. Szeregowiec z trzema sypialniami, tak przepastny, gdy zabrakło matki, że Ryan ledwo potrafił znieść tę przestrzeń. Pobrzmiewało w nim całe to gówno, o którym nie chciał myśleć, w otchłaniach, których nie powinno tutaj być. Dla niego teraz to po prostu dach nad głową. I ryzyko pożaru – bo czasem czuł, że mógłby oblać wszystko benzyną, przyłożyć zapałkę i patrzeć, jak ogień pochłania dom i nocne niebo.

Wiedziała, co i jak. Zaledwie kilka dni wcześniej opisał jej swoją sytuację życiową w przypływie odważnej szczerości, przerażony, że jej się odechce, że go rzuci, zależało mu jednak, by zrozumiała, że nie wszystkie plotki o jego ojcu to prawda. Na schodach przed tylnym wejściem do szkoły, skulony na zimnym betonie, wyznał, że owszem, miewa ścinki z ojcem, ale nie takie, jak sugerują złośliwi plotkarze. „To kretyn, dziewczyno, jak się naoliwi, trzyma pion tylko dzięki swojej sporej masie, ale nie jest… On… Słyszałem te pierdoły, co ludzie wygadują, ale nie jest stuknięty. Po prostu… kurwa… sam nie wiem”.

Nie uciekła i nikomu nie powtórzyła. Ulga i zarazem najgorsze możliwe posunięcie, bo w ten sposób padł przed nią na twarz. Z jednej strony nie miał nic przeciwko temu, bo wiedział, że jest od niego lepsza – była piekielnie inteligentna i śliczna jak poranek, a gdy ją widział, za każdym razem czuł z przyprawiającą o zawrót głowy wyrazistością pęd krwi w swoich żyłach, powietrze w płucach i mocne bicie serca w piersi – z drugiej jednak wkurzało go, że nie potrafi podejść do niej wyprostowany. Że garbi się i kuli jak ojciec. Ta ofermowatość była dziedziczna.

Teraz jednak nie czuł gniewu. Gniew został przed domem razem z więdnącym chłopięctwem.

Wyciągnęła rękę.

– Zagrasz dla mnie?

Pod ścianą, za drzwiami, stało pianino matki. Równie dobrze mógłby je nazwać swoim pianinem. Ćwiczył długie godziny, gdy tymczasem ona darła koty z ojcem albo groziła, że wielka kariera wywróci wszystko do góry nogami, darła koty z sąsiadami albo groziła, że zabierze wszystkie dzieci i wróci do rodziców. Sadzała go na stołku przed pianinem, ilekroć potrzebowała przestrzeni, żeby oddać się swoim szurniętym fantazjom, dzięki czemu rozwinął w sobie oburęczność i nauczył się czytać nuty. Niewiele osób o tym wiedziało, bo przecież trudno samemu się domyślić.

Gdyby chciał, mógłby zagrać dla Karine D’Arcy. Coś z klasyki, co może zabrzmiałoby lepiej niż wykuta wprawka, albo jedną z piosenek pop, których nauczyła go matka, kiedy od wielkiego dzwonu znajdowała pracę w zespołach weselnych lub śpiewała w hotelowych lobby na gównianych festiwalach muzycznych. Może nawet wyszłoby całkiem przyzwoicie. Być może Karine byłaby tak zachwycona, że zrzuciłaby ciuchy i dała się zerżnąć na środku pokoju.

W tej fantazji też była jakaś pustka. Rzeczywistość wyglądała inaczej, Karine stała teraz w jego domu w poniedziałek przed południem, miliony, miliony lat świetlnych od zostania podniecającą striptizerką. Z tym właśnie musiał się uporać: Karine D’Arcy tu jest, naprawdę tu jest.

Nie chciał dla niej grać. Palce miałby sztywne od tremy.

– Może później.

– Później?

Gdyby miał więcej czasu, żeby przywyknąć do swojej nowej psyche, mógłby zajrzeć jej głęboko w oczy i szepnąć namiętnie, że tak, później, Ale tylko się uśmiechnął i uciekł spojrzeniem w bok, klecąc w głowie dwa słowa: „później” i „potem”. „Może Potem”. „Mamy cały dom dla siebie, żeby sobie zrobić dobrze”. Na pewno będzie jakieś Potem. Był tego pewien.

Wyminęła go, weszła do kuchni i wyjrzała przez okno na ogród z trawnikiem zasłanym liśćmi szczawiu, rozciągającym się między przysadzistymi murkami z gazobetonu. Uchwyciła się mocno zlewu, napięła ramiona i stanęła na palcach.

– Dziwne – powtórzyła. – Że dopiero teraz tu przyszłam, do tego domu. No bo już dawno się przyjaźnimy, tak jakby.

Była to niespokojna przyjaźń. Różne szkolne projekty i imprezy, udawane kłótnie, a jednego razu prawdziwa awantura, bo zarzucił jej, że łazi z nim tylko dlatego, żeby móc chodzić na te imprezy. To właśnie w trakcie tego wybuchu bezsilnego gniewu, wśród poszarzałych ścian szerokiego szkolnego korytarza, uświadomił sobie, że ich bliskość polega na tym, że od lat snuje się za nią jak odłamek skały w ogonie komety.

Jak noworodkiem klaps w pupę od położnej wstrząsnęła nim świadomość, że gdyby dom nie był tak przestronny, gdyby ojciec nie włóczył się po mieście w poszukiwaniu taniej wódy i nijakiego towarzystwa, gdyby łobuzy przejmowały się szkołą, nie przyszłaby z nim tutaj, oferując możliwość, aby wraz z ciuchami zdjął z niej powinność grzecznej przyjaźni. Karine D’Arcy popatrzyła na niego, z jedną ręką na ociekaczu do naczyń, porządkując kuchnię poprzez reakcję chemiczną; posępne dekoracje ścierały się z widokiem jej włosów w kolorze masła, pryskały jak bańki mydlane w starciu z rąbkiem jej szkolnej szarej spódniczki. Z nią dom wyglądał inaczej, w jego oczach. Nie znała dziejów zaklętych w każdym kącie i każdej wyszczerbionej krawędzi. W najniższym schodku. W stoliku, który stał tutaj zawsze, o tak, po to, żeby on mógł się o niego potknąć, gdy zostawał pchnięty w stronę pokoju. W ścianie, w miejscu przy drzwiach, skąd zaledwie cal dalej widział włącznik światła, z policzkiem przyciśniętym do jasnoniebieskiej powierzchni, z całą ojcowską siłą skupioną w ręce płasko na jego lewej skroni, próbującą wgnieść go w tynk.

– Jesteś piękna – rzucił, a ona roześmiała się, zamrugała oczami i odparła:

– Boże, skąd takie teksty?

– Jesteś. I co tu robisz?

Przytuliła się do jego szyi. Mogłaby powiedzieć, że odpuszcza geografię. Ale nic nie powiedziała, a im dłużej trwało jej milczenie, tym bardziej zbliżali się do schodów, do jego łóżka i tego, co miało nastąpić potem.

Swego pokoju nienawidził minimalnie mniej niż reszty domu. Dzielił go z braćmi, Cianem i Cathalem, większymi bałaganiarzami niż on. Przestrzeń była uporządkowana według diagramu Venna: bez względu na to, jak głośno wrzeszczał albo jak zaciekle bronił swojej własności, zawsze zdołali z tego wykroić część wspólną. Usiadła na jego łóżku – inspirujące, że zorientowała się, które jest jego – a on utorował sobie drogę, posyłając kopniakami pod łóżka i do kąta resorowce, klocki Lego i wywrócone na lewą stronę spodnie od piżamy.

Wsunęła dłonie pod pośladki, więc gdy znowu się pocałowali, wyszło tak, jakby zrobili to pierwszy raz i nie wiedzieli, czy im się spodobało. Powtórka wypadła lepiej. Karine wzięła jego twarz w ręce. Musnęła palcem pod płatkiem ucha. Zakasał jej szkolny sweter powyżej piersi, a gdy go obciągnęła, żeby rozpiąć i zdjąć, zaczął ją naśladować.

– Może byśmy zamknęli drzwi? – odezwała się przy czwartym guziku. – Na wszelki wypadek.

– Mogę też zastawić wyrkiem.

– Dobra.

Zaciągnął zasłony. Położyli się na łóżku, w objęciach, i całowali, coraz więcej ciuchów spadało, a on przez cały czas myślał, że ona lada moment zmieni zdanie, że dłonie go zawiodą tak samo, jak bał się, że zawiodą go na klawiaturze pianina.

Nie zmieniła zdania. Odwzajemniła pocałunek i przytuliła się do niego, pomogła mu. Zastanawiał się, czy gdyby zrobił to z nią w każdym pomieszczeniu tego domu, uświęciłby wszystkie, wyegzorcyzmował z echa słów cedzonych z wściekłością i głuchych trzasków ciała rzucanego o twarde powierzchnie?

Zastanawiał się, czy nie powinien przestać się zastanawiać, czy umysł błądzący w takiej sytuacji to nie herezja.

– Tylko uważaj – szepnęła. – Błagam cię, Ryan, uważaj.

Splotła dłonie na jego karku, a on dotarł prawą dłonią do jej lewego kolana i delikatnie coraz wyżej i, och, kurwa, przepadł z kretesem.

Miasto Cork nie zwróci uwagi na pierwsze śmiałe kroki zdeterminowanego nowo narodzonego mężczyzny. Miasto działa w makroskali: ruch samochodowy, finały hurlingu, naloty na handlarzy narkotyków, wybory powszechne.

Ale ten poniedziałek przed południem był całym światem dla jednego nowo narodzonego mężczyzny i prawdopodobnie tysiąca innych, dla ludzi, którzy przez tych kilka godzin robili testy ciążowe, dostawali awans w pracy albo kluczyki do swych nowiutkich aut z komisu. Jeszcze inni umierali. Tak to jest z miastem: jeden nowy mężczyzna zajmuje miejsce drugiego, wykrwawiającego się na wypolerowanej podłodze w kuchni.

Maureen właśnie zabiła człowieka.

Nie chciała. Pomyślała, że nawet nie musi tego udowadniać, przecież w takim pięćdziesięciodziewięcioletnim chuchrze jak ona nikt nie dopatrzyłby się zabójczyni. W tych porąbańcach, którzy rozwalają wszystko dokoła, pokazywanych w telewizji, zawsze było coś nie teges. Za dużo uwagi poświęconej im przez wujków z lepkimi łapami, za mało zielonych jarzyn. Twarze jak trójkątne worki, oczy jak guziki na patykach. Mijasz takie coś na ulicy i od razu biegniesz do gardaí z sugestią, aby ruszyli śladem tego człapiącego świra, jeśli chcą po powrocie do domu w Pierdziszewie pochwalić się mamusi awansem. Ale nie Maureen. Jej twarz, między intencjonalnymi minami, układała się zazwyczaj w grymas niezadowolenia, jednak mizerny wygląd podobny do strużki moczu to za mało, żeby policja zgłębiła jej odchyły od normy. Gdyby gardaí mieli takie podejście, nie byłoby żadnych skandali w Kościele, pomyślała.

Spojrzała na mężczyznę leżącego na brzuchu na kafelkach. Pod spodem była krew. Krzepła w fugach. Trzeba będzie szorować druciakiem. Sodą oczyszczoną. Wybielaczem. Pewnie czymś jeszcze silniejszym, nie znała się na tym. Zwykle nie skradała się po domu na palcach, żeby zaskoczyć włamywacza i zafundować mu tępy uraz czaszki. To był jej debiut.

Sprzątała też do dupy. Schludność jest dla grzecznych dziewcząt, a minęło czterdzieści lat, odkąd ktoś uznał ją za jedną z nich.

Z całą pewnością nie żył, kimkolwiek był. Ubrany w czarny kiedyś sweter i połyskliwe spodnie od dresu. Potylicę miał pękniętą, włosy zlepione, wcześniej rudawe. Wysoki mężczyzna, chudy jak patyk, jeszcze jedna struga moczu, już w zaświatach. Nawet dobrze na niego nie spojrzała, tylko grzmotnęła go Świętym Kamieniem, a teraz nie mogła się zmusić, żeby go przekręcić na plecy. To jak wywrócić na drugą stronę chabaninę na grillu i na tę myśl to żołądek jej się wywrócił. Od tej pory ciężko będzie się zmusić do jedzenia. A jak facet ma ciągle otwarte oczy?

Wykluczone, żeby wezwać gardaí. Pomyślała – twarz teraz na wysokości kolan – że zabawnie byłoby zadzwonić po księdza i zobaczyć, jak Bóg i jego oprychy poczują się w tej sytuacji. Może spróbują wyczyścić podłogę magią błogosławieństwa, „mocą mi nadaną”. Ale uznała, że nie da rady zaprosić żadnego z nich w swoje progi. Dwa takie wtargnięcia jednego dnia? Nie ma aż tyle wybielacza.

Odwróciła się od trupa do telefonu.

Jimmy ściągnął na nią księży, jak paskudna pogoda ściąga mewy na most. Był pełen grzechu, biedaczysko – w grzechu poczęty, grzechem naznaczony, a to piętno pęczniało jak wszystkie złe tajemnice, aż spuchła przez niego tak bardzo, że nikt nie potrafił tego zignorować.

Uważała, że gdyby urodziła się dziesięć lat wcześniej, dziecko z nieprawego łoża skazałoby ją na dożywotnie pranie pościeli w chemicznych oparach; harówa do kwadratu: udobruchać służki Boże i lać wodę na ich młyn. W latach siedemdziesiątych było już na tyle swobodnie, że mogła obrócić się na pięcie i ruszyć do Anglii, gdzie mieszkała z przerwami aż do chwili, kiedy ten fatalny błąd, któremu nadała imię James, odnalazł ją, żeby pokazać własne rany.

Zdarzały się kobiety, których dzieci z nieprawego łoża wyrosły na księgowych, nauczycieli albo dziedziców akrów porządnej ziemi w sercu kraju. Maureen do nich nie należała.

Zmarszczyła brew na widok krwi na podłodze i wykręciła numer. Jimmy będzie wiedział, co robić. Właśnie w takich sprawach był niezastąpiony.

2

Facet z ulicy, drań w najgłębszym kącie pubu i zeszmacona dziewczyna pracująca na nabrzeżu zgodnie twierdzili, że lepiej biec obok Jimmy’ego Phelana, niż żeby on przebiegł po tobie. Mając jeszcze mleko pod nosem, został królem osiedla, potem Wielkim Handlarzem nad zlewiskiem, w koszulce z Iron Maiden. Sprzedawał fajki, narkotyki i piwo, później heroinę, kobiety i amunicję. Przekupywał i zabijał gliniarzy, tak samo złodziei. Ożenił się. Chodził na wywiadówki. Zaliczył odsiadkę, zaliczył biznesy, zaliczył obce kraje. Jimmy Phelan posmakował prawie wszystkiego, ale dopiero niedawno dopuścił do siebie świadomość, że przepełnia go surowa pustka i łzawa tęsknota za drzewem genealogicznym. Okazało się jednak, że apetyty Jimmy Phelan miał większe niż brzuch, a dotyczyło to wszystkich jego pragnień: importowanych ciał, koniaku i dawno zaginionej matki.

Babsztyl wziął i ukatrupił człowieka. Dla Jimmy’ego była to normalka, bo sam przecież wyrósł z tego pnia, ale ból dupy wcale nie był przez to mniejszy. Lubił mieć swobodę ruchów na placu boju, tymczasem „sprzątanie mokrej roboty po matce” było o wiele poważniejszym zadaniem niż wszystko, co kiedykolwiek brał pod uwagę.

Oddał Maureen do użytku mieszkanie nad rzeką. Był rekinem szemranego biznesu, więc nie chciał wziąć matki do siebie – i to nawet gdyby się okazało, że nie jest aż tak szurnięta jak koty w marcu. Ściągnięcie jej do domu w ogóle nie było w jego planach – zamierzał ją tylko odnaleźć i poinformować o istnieniu wnuków – ale musiał zrewidować plany, bo mieszkała w londyńskiej ruderze pełnej snujących się ćpunów i dziwnych starych kawalerów. Nasłuchał się dość nacjonalistycznych tyrad, by wiedzieć, że pozostawić Irlandkę bez grosza przy duszy w Londynie to porzucić ją za linią wroga, poza tym zabranie matki do domu nie stanowiło większego problemu. Z początku stawiała opór, ale nie było na świecie człowieka, który mógłby postąpić wbrew woli Jimmy’ego Phelana – bez względu na to, ile godności lub kończyn gotów byłby stracić.

Budynek kupił za psi pieniądz, bo gromada Wietnamczyków urządziła tam wcześniej plantację marihuany. Po wizycie policji w ścianach zostało więcej dziur, niż jest cipek w Crosser. Gdyby uchował się jakiś Wietnamczyk, być może Jimmy odsprzedałby mu budynek, szermując porzekadłem o nietrafianiu pioruna dwa razy w to samo miejsce, ale oni podkasali kiecki i dali w długą do Waterford, tak przynajmniej słyszał, więc na moment urządził tam burdel i może urządzi ponownie, gdy już znajdzie mniej przewiewne miejsce do ulokowania matki. Zostawił ją w mieszkaniu na parterze, żeby doszła do siebie po emigracji, i kazał kilku półetatowym ćwierćfachurom wprowadzić zmiany konstrukcyjne na wyższych piętrach, choć jego zdaniem było wystarczająco bezpiecznie. Z uwagi na pozbawioną zaopatrzenia klientelę otrzymała ścisły zakaz otwierania drzwi komukolwiek; dopiero po pewnym czasie udało się skierować ruch pielgrzymkowy do nowego sanktuarium.

Zachodził więc w głowę, jakim cudem napatoczył się intruz, którego skasowała Maureen. Jak ten szczur dostał się do środka? Może Wietnamczycy zapomnieli go zabrać? Policja go przeoczyła, zadekowanego na poddaszu? Może facio specjalizował się we włamaniach przez świetliki?

Kimkolwiek był, już go nie ma. Nawet gdyby w naturalny sposób dożył rozładowania swoich baterii, i tak prawdopodobnie nie żegnano by go z honorami. Wystarczyło jedno spojrzenie, by wiedzieć, że od dawna przyśpieszał swój koniec.

– Coś ty mu, kurwa, zrobiła? – spytał Jimmy, gdy matka usiadła przy stole w kuchni, robiąc miny do swojego papierosa.

Ponury z niej pokurcz. Sam też nie grzeszył dużym wzrostem, więc zrekompensował to sobie rozbudową po bokach, żeby nabrać masy wymaganej w jego profesji. Jeszcze teraz, mając czterdziestkę na karku, składał się głównie z muskułów, trochę nadwątlonych niedawno nabytym zwyczajem jadania na mieście plus dobra popitka. Maureen przypominała ostrugany patyk, a spojrzenie miała tak samo ostre. Nie byli do siebie podobni.

– Przywaliłam mu – odparła. – Świętym Kamieniem. Wykorzystałam moment zaskoczenia. Uznałam, że to raczej nie Święty Mikołaj.

– Jakim świętym kamieniem?

Wskazała ręką zlew.

Na każde renesansowe arcydzieło przypada góra bezguścia zrobionego z byle chłamu, ale to, co zobaczył Jimmy, było paskudne nawet według najniższych standardów. W kawałku wypolerowanego drewna siedział pomalowany na złoto płaski kamień, mieszczący się w dłoni, a na nim obrazek Najświętszej Marii Panny z pulchniutkim Jezuskiem – to wszystko okraszone jaskrawymi celtyckimi kolorami, u góry zaś zwieńczone rozsmarowanym gruzłowatym mózgowiem trupa leżącego na podłodze.

– Skąd to wzięłaś, kurwa mać?

Gdyby kamień nie był osadzony w cokoliku, Jimmy uznałby, że jakiś cwany świr sklecił to na chybcika, żeby opchnąć pierwszej lepszej dewotce na pchlim targu. Obrócił cudo w ręku. Błogosławiona Dziewica Maryja łypnęła na niego zezem.

– Mam od dawna.

– Nie wiedziałem, że jesteś taka święta.

– Nie było się czego dowiadywać, bo nie jestem święta.

– Aha, czyli kolekcjonujesz takie religijne pamiątki jako narzędzia mordu, tak? Ręka Pańska zaciąży niespodzianie na każdym. Żałujcie za grzechy, inaczej Jezus rozłupie wam łeb! Jak w ogóle udało ci się tym zamachnąć? Wzięłaś rozbieg od drzwi?

– Pan działa w tajemniczy sposób.

– Znam jeszcze kilku panów, co też tak działają.

Opłukał Święty Kamień pod kranem i popatrzył znowu na trupa.

– Nie wiesz, czego tu szukał?

– Zabawne, ale nie przyszło mi do głowy spytać.

Cherlak, ubranie wyświechtane, teraz już przesiąkło krwią i przykleiło się do ciała. W kieszeniach facet miał tylko zmiętą chusteczkę higieniczną i dwa pięćdziesiąt w bilonie.

– Pewnie ćpun, szukał forsy na działkę. Nie znam tej gęby. Wygląda na Irlandczyka. Albo Angola. Gołodupiec osiadły w West Cork jak inne siurki.

Pociągnęła nosem.

– Brudas i włóczęga. Kradną, co się da. Biorą na cel takie niebogi jak ja.

– Ja go nie znam. Gdyby się orientował w układach na mieście, nie ośmieliłby się zbliżyć do tego domu.

Jimmy przerzucił Święty Kamień z jednej ręki do drugiej.

– Błogosławiona Maureen i jej Kuchenny Młot na Grzeszników. Pozbędziemy się go.

– Podłogę trzeba wyszorować.

– Więc trzeba kogoś ściągnąć.

– Fugi też trzeba wymienić.

– No to wymieni się całą podłogę.

– Znajdź mi inne miejsce. Kto by chciał mieszkać tam, gdzie umarł człowiek?

– A co, boisz się duchów zemsty? Facet będzie na ciebie patrzył z każdego lustra, Maureen. Wyskoczy na ciebie z szafki, jak będziesz sobie robiła herbatę.

– Możesz się śmiać, synu, proszę bardzo. Ale to nie w porządku zostawiać kobietę samą w takim domu.

– Jest taki przez ciebie. Ale przekonałaś mnie. Skombinuję ci kota.

Zobaczył żądzę mordu w jej oczach.

– Po kolei – powiedział ugodowo Jimmy Phelan. – Najpierw ściągnę paru chłopaków. Potem zajmiemy się lokum dla ciebie. W tej chwili nie mam innego miejsca. Coś wymyślę, ale nie dzisiaj.

– Właśnie, że dzisiaj. Ja tu nie zostanę.

– Zostaniesz, dopóki czegoś nie znajdę.

– Nie. Najwyżej przesiedzę noc na dworze.

– No to zamarzniesz i będę miał dwa trupy na głowie, a powiem ci, kobieto, że cierpliwości starczy mi na wykopanie tylko jednego grobu.

– Trzeba mnie było zostawić w Londynie. Widać, że jak przyjdzie co do czego, nie za bardzo cię obchodzę.

– Święta racja, Maureen. Nie za bardzo. Dlatego właśnie ja tu sterczę zamiast policyjnego patologa i najlepszych śledczych z Anglesea Street, zostawiając wszędzie odciski palców.

– Ja nie chcę tu być.

– Robimy po kolei, jak mówiłem. Poczekasz na mnie? Wrócę niedługo. Tyle przynajmniej chyba możesz zrobić?

Strząsnęła popiół z papierosa na stół.

– Nie zostanę tutaj sama z umarlakiem.

– A czyja to wina, że umarł?

– Tego to nie wiem.

Podjął wyzwanie i poległ.

– Dobra, super – powiedział. – Chodź. Deirdre będzie zachwycona twoją wizytą.

Maureen mieszkała w budynku Jimmy’ego Phelana nieoficjalnie. Budynek należał do Jimmy’ego Phelana też nieoficjalnie. Mimo to Jimmy nie chciał użyć do tej roboty swoich przybocznych. W całej sprawie coś śmierdziało. Wcale nie miał pewności, że rudowłosy włamywacz to pierwszy lepszy siurek desperacko szukający drobnych. Jimmy Phelan ufał swojej intuicji, a teraz w jego głowie rozbrzmiały dzwonki alarmowe.

Ale robotę należało wykonać. W kuchni u jego matki leżał trup. Facet sam przecież nie wstanie i nie wyjdzie. W normalnych okolicznościach Jimmy Phelan wybrałby kilku przyzwoitych chłopaków – choćby Dougana, swoją prawą rękę, bo brutalna zręczność i wredne poczucie humoru czyniły go idealnym kandydatem do tej roboty – ale to by sugerowało, że ma stałą ekipę czyścicieli, a nie wiedział, jak Maureen przyjęłaby taką rewelację.

Ani jak przyjąłby to Dougan i chłopaki. Całą historię znali szczątkowo – wiedzieli, że odnalazł matkę i przywiózł ją do ojczyzny. Nie wiedzieli natomiast, że z niej taka dziwaczka, co urządza improwizowane egzekucje. Gdyby usłyszeli o tej małej masakrze, ich szacunek dla Jimmy’ego i jego rodu mógłby osłabnąć. Jimmy zżymał się na taką myśl. Bolał go własny nowy szczep na starym drzewie genealogicznym.

Deirdre Allen była kobietą równie upartą, jak twardą, co mogłoby się wydawać podziwu godnym połączeniem cech, ale z doświadczeń Jimmy’ego wynikało, że jest raczej za głupia, by się połapać, że nie ma racji, i za mało rozgarnięta, by przewidzieć następstwa swych pomyłek. Nadal farbowała włosy na kruczoczarny kolor, nadal paliła dwadzieścia dziennie, nadal twierdziła stanowczo, że gdyby sfinansował jej start w handlu nieruchomościami, inwestycja zwróciłaby mu się w dwójnasób. Nadal uważała, że w strefie euro można zbić majątek. Nadal sądziła, że recesja to tylko mała fałda na pięknie rozpostartym gobelinie o nazwie Irlandia i bez trudu da się ją wyprasować.

To właśnie przez ten ośli upór zostawiła go tak późno. Przez prawie dziesięć lat znosiła to, że łamie przysięgę małżeńską, ale w końcu jej się znudziło. Nie chodzi nawet o to, że romansował nałogowo; pod ręką miał masę dziewczyn, które mógł wydymać bez zaciągania zobowiązań. A jednak było tak wiele powrotów nad ranem, tak wiele nieobecności w weekendy, że każda inna kobieta dodałaby dwa do dwóch. Gdy Deirdre wreszcie otrzymała właściwy wynik, było za późno, żeby postawić jakiekolwiek granice. Jimmy oddał jej dom, zastanawiając się, czy pewnego dnia uda jej się wyciągnąć jakieś wnioski z ich wspólnego fiaska. Wciąż rościła sobie prawo do miana Żony Jimmy’ego Phelana. Nie wpuszczała go już do łoża, ale była zbyt uparta i twarda, żeby zrezygnować z tego, co uważała za apanaże należne z powodu jego niesławy.

– Chcę pianino dla dzieci – powiedziała, wysyłając filiżankę herbaty mniej więcej w kierunku Maureen i marszcząc nos. Nie spytała, jaką herbatę pije „teściowa”, bo od dawna uważała, niesłusznie, że ma naturalny dar do goszczenia ludzi. – Zawsze żałowałam, że nie nauczyłam się grać na jakimś instrumencie. Nie chcę, żeby za dziesięć lat mówiły to samo.

– Jaja sobie robisz, kobieto? Na nauce gry na fortepianie zależy im tak samo jak na tym wszystkim, co musiałem tutaj przez ciebie przytaszczyć. To ty chcesz pianino. Chcesz mieć mebel na środek salonu. Żeby postawić na nim wazon.

– Czasami wychodzi z ciebie okropny niewrażliwiec, Jimmy.

– Może dlatego, że nie nauczyłem się brzdąkać na klawiszach. Nie ma we mnie artysty.

– Więc chcesz własnym dzieciom odmówić gry na pianinie? Bo zachodzi prawdopodobieństwo, że nie zostaną wybitnymi pianistami? Jesteś tak bardzo znieczulony czy po prostu wredny?

Maureen wzięła kubek i wyszła na taras.

– Skacze z radości, że ją odnalazłeś – zakpiła Deirdre.

– Cieszę się, że tak świetnie potrafisz ją rozgryźć, bo zostanie tu na noc.

– Że co?

– Mieszkanie trzeba wysprzątać. Różne barachło. Nie mogę jej tam dziś zostawić, a mam za dużo spraw, żeby dać jej swoje wyrko. W żołnierskich słowach, masz ją na głowie do jutra.

– Takiego wała, Jimmy – syknęła. – Nie możesz zostawić tu tej kretynki.

– Masz wolny pokój. Poza tym ona chce spędzić trochę czasu z wnukami. Przynajmniej do chwili, gdy zacznie ich odróżniać od innych rozpieszczonych bachorów.

– Masz tupet, facet. Nie wiem nawet, skąd ją wytrzasnąłeś. Może ona ma coś wspólnego z tobą, ale na pewno nie z moimi dziećmi.

– Czyli nie masz pojęcia o elementarnych faktach dotyczących rozmnażania.

– Wiesz, Jimmy, o co mi chodzi. Rodzina to coś więcej niż… – Machnęła ręką i skrzywiła się boleśnie. – Niż płyny ustrojowe, geny. Czy jak to tam nazwiesz.

Maureen ruszała tylko ręką, żeby wkładać papierosa do ust. Patrzyła na trawnik, pogodna jak przeżuwająca krowa. Właściwe zachowanie w przypadku nowej kostuchy w mieście: niewzruszona, jakby od dawna machała kosą. Jimmy nie spotkał wielu debiutujących morderców, którzy nie zgięliby się wpół na widok swego dzieła. Którzy w reakcji nie zrzygaliby się na własne buty.

– Posłuchaj, co zrobimy – zwrócił się do Deirdre. – Skombinuję ci pianino, żebyś mogła do utraty tchu wybrzdąkać swoje artystyczne niespełnienie. Za rok nawet nie spytam, dlaczego palce Ellie i Conora są ciągle pulchne jak krowie wymiona. A ty za to tylko otoczysz dziś wieczorem opieką moją mamusię.

– Jimmy, szczerze…

– Spróbuj z nią porozmawiać. W tej pomarszczonej łepetynie siedzi pogmatwana historia przodków twoich dzieci. Historia Irlandii. To bardzo interesująca kobieta.

– Trochę za bardzo. Nie myślisz, że mogę mieć po dziurki w nosie interesujących typów z twojej rodziny?

– Pianino za dach nad głową – powiedział Jimmy. – Odmówisz dzieciom nauki gry na instrumencie, bo boisz się, że moja ukochana matka zostawi smugi na twoich meblach? Nie bądź wredna, Deirdre. Przecież jesteś ulepiona z lepszej gliny niż ja i moi przodkowie, co nie?

Wyszedł na taras i zamknął za sobą drzwi.

– Maureen, zostaniesz dziś u Deirdre. Ani słowa o tamtym palancie. Piorunem sprzątniemy go i wyniesiemy. Kto wie, może nawet zakochasz się w nowej podłodze.

– Ja tam nie wrócę. Tam nie jest bezpiecznie.

– No taa, jasne. Dobra, potem o tym pogadamy.

Dopilnował spraw, gdy zostawił Maureen pod opieką ledwo poznanej niechętnej „synowej”, a jednak dzień przeszedł już w wieczór, a na podłodze w matczynej kuchni wciąż leżały zwłoki człowieka z dziurą w głowie wybitą dewocyjnym bublem w służbie tandetnej irlandzkiej religijności.

Zastanawiał się, skąd Maureen wytrzasnęła Święty Kamień. Ktoś jej to wcisnął, gdy wiła się w bólach porodowych? Bo myśleli, że ten toporny wizerunek samotnej matki nad matkami przyniesie pociechę w ciężkich chwilach? Czy można być aż tak ślepym i niewrażliwym na kicz?

Jimmy’ego Phelana wychowali dziadkowie, nie tyle niechętnie, co niefachowo. Pewnego razu zawieźli go do Knock i jako żywy wyraz swej pobożności złożyli w ofiarowaniu w miejscu nawiedzanym niegdyś przez zjawy. Był śmiertelnie znudzony, ale później zabrali go na wycieczkę po mieście i zapamiętał sklepy z pamiątkami, jeden za drugim jak ośmioletnim okiem sięgnąć, po sufit zapchane tandetnymi bibelotami. Rzędy barometrów z Najświętszą Marią Panną, której mechaty płaszcz zmieniał kolor w zależności od warunków pogodowych, co zakrawało na cud. Zabawkowe aparaty fotograficzne z załadowanymi obrazkami kościoła, które można było przewijać, trzymając kruche ustrojstwo pod światło. I mnóstwo kawałków skał. Dałoby się zbudować drugie sanktuarium, tyle ich było.

Święty Kamień Maureen nie byłby więc wcale nie na miejscu. Może dziadkowie go kupili? Może to jego wycieczka po disneylandzie religijnego kiczu, w oprawie oczojebnych różowych kamieni i pierdyliarda torebek czipsów, skłoniła ich do kupna tego cacka?

Może Święty Kamień symbolizował coś ważnego dla Maureen? Pokutę. Pokorę. Może roztrzaskując nim czaszkę włamywacza, cofnęła się o czterdzieści lat? Ile rehabilitacji duchowej potrzebuje upadła kobieta, którą pakuje do czyśćca popieprzona psyche całej Irlandii?

Nadciągał wieczór, a z nim muchy do kuchni, Jimmy zaś jak dotąd nie znalazł nikogo, kto uprzątnąłby trupa.

Zatrzymał się przy sklepie i kupił sobie kanapkę z kiełbasą i kawę, po czym usiadł w samochodzie, żeby zjeść i pomyśleć.

Nieswojo się czuł, ukrywając przed Douganem źródło problemu, którym go obarczy. Nie nawykł do takiej skrytości. Jego matka – czy raczej kobieta, o której myślał z wahaniem jako o swojej matce, jako o chwiejnej podpórce do wdrapania się na drzewo genealogiczne – narobiła chlewu i po raz pierwszy w życiu poczuł, że ma słaby punkt.

Dumał o tym, gdy nagle zobaczył kogoś w odległości kilku metrów od swojego samochodu. Postać wydawała się jakby znajoma. Ciemna poczochrana głowa pochylona nad wyciągniętą dłonią, palce drugiej ręki wybierające drobne, jakby odpowiednią kwotę do parkometru. Rzednąca gęsta czupryna, granatowy kaptur, niebieskie dżinsy sprane do białości. Jimmy zgniótł opakowanie po kanapce, włożył je do pustego już kubka i wysiadł z samochodu. W połowie drogi między koszem na śmiecie a obranym celem rzucił niepewnie:

– Cusack?

Tamten podniósł głowę. On, na sto procent. Starszy o więcej niż parę lat, chociaż Jimmy przysiągłby, że ostatni raz widzieli się zaledwie kilka miesięcy temu.

– JP, chłopie – odparł mężczyzna, wciąż trzymając wyciągniętą dłoń.

– Cusack. Dobrze wyglądasz.

Kłamstwo od razu na powitanie, lecz cóż poradzić, skoro alternatywą było albo ono, albo brutalna szczerość. „Stan przedśmiertny, rany, Cusack! Jak chodzisz do jakiejś kurwy, to spryskaj ją wodą święconą i przepędź z powrotem do piekła, bo wyglądasz, jakby wyssała z ciebie wszystkie soki życiowe”.

Chudzielec zareagował smętnym skinieniem głowy.

– Trochę się nie widzieliśmy – dorzucił Jimmy.

– Fakt. – Mężczyzna miał gruby głos.

Jest pijany? Wydawało się bardziej prawdopodobne niż wszystko inne, co tego dnia wymagało od Jimmy’ego starannego namysłu.

W czasach, gdy Jimmy chodził w T-shircie z Iron Maiden, Tony Cusack był użytecznym rozrabiaką, chcącym do udowodnić, że ma prawo przestawać ze starszymi chłopakami dzięki bystremu oku i elastycznym zasadom moralnym. Robił u Jimmy’ego za kuriera, gdy jeszcze nie odrósł od ziemi na tyle, by stracić szybkość, potem, gdy przybyło mu centymetrów, razem pili, ćpali i gadali o puszczalskich i anarchii. Kiedy Jimmy miał dwadzieścia cztery lata, zwielokrotniony pech zmusił go do wyjazdu do Londynu na jakiś czas, a tam mógł żyć jak dotąd, dodatkowo w błyszczącej zbroi anonimowości, Cusack zaś, pierdoląc wszystko, zabrał się z nim.

Londyn dobrze przyjął Jimmy’ego. Dał mu powody, by mierzyć wysoko. Londyn dobrze też przyjął Tony’ego, na swój sposób. Tony poznał jedną dziunię, zapłodnił ją i przywiózł do domu, zamiast siedzieć na tyłku tam, gdzie świeciło słońce.

Odtąd ich ścieżki nieczęsto się przecinały. Jedno, drugie Boże Narodzenie, tu i tam, w pubach. Widywano Jimmy’ego, jak posyła tamtemu drinka na swój koszt, ale starał się nie okazywać serdeczności. Urocze lenistwo, które dawniej charakteryzowało Tony’ego Cusacka, przemieniło się w nieznośną apatię; w wieku trzydziestu kilku lat facet stał się ponurym nieudacznikiem, wypchane zwierzę z odrobiną życia w środku. Tajemnicą poliszynela było, że Cusack przesrał wszystko, co ofiarował mu zacny Londyn. Jeszcze gdy miał żonę u boku – czy w ogóle ożenił się z tą dziewczyną? – regularnie niszczył sobie wątrobę i dobre relacje z meliniarzami w mieście.

Jimmy wiedział prawie wszystko o tutejszych meliniarzach. O lichwiarzach, dilerach, bukach. Cusack nie miał takiej reputacji, bo gdyby miał, oznaczałoby to, że ludziom w ogóle chce się o nim myśleć, i jeśli nawet swoim postępowaniem nie zdołał zniechęcić ostatnich potencjalnych kredytodawców, to w pobliżu było mnóstwo ludzi zdolnych wyleczyć ich z krótkowzroczności.

Jimmy Phelan miał reputację. Tony Cusack miał jakby odór. Zapomniany, skreślony, parias…

W sposób perwersyjny czyniło go to idealnym kandydatem na powiernika, bo gdyby nawet zaczął kłapać dziobem, kto by mu uwierzył?

– Jesteś bardzo zajęty? – spytał Jimmy, chociaż domyślał się odpowiedzi i nawet już zdecydował o wysokości wziątki.

Cusack nie był zajęty. W ogóle nie nawykł do bycia zajętym, więc skorzystał z okazji do rozproszenia bezpostaciowej nudy będącej jego chlebem powszednim. Jimmy wprowadził go oględnie w sytuację – przerażona kobieta, martwy włamywacz, brak odpowiednich ludzi, żeby posprzątać. Cusack skrzywił się i nadął policzki, jakby zamierzał zwiać, ale Jimmy wziął to na spokój. Strach nie był cechą, która zaskoczyłaby go u dorywczych, chociaż dziwne, że okazał go człowiek, którego dawniej uważał za przyjaciela, fakt, dawno, dawno temu, gdy nie miał matki i wcale jej nie potrzebował.

Kiedy weszli do mieszkania, Cusack odsiedział chwilę w kucki, odwrócony plecami, ale jak już opanował bunt wnętrzności, sumiennie ruszył na górę i na jednym z wyższych pięter znalazł wytarty dywan, przywieziony w ramach remontu. Pomógł Jimmy’emu zawinąć w niego trupa jak tytoń w liście cygara. Robociarze zostawili parę rzeczy do sprzątania; Jimmy i Tony zaczęli szorować w pocie czoła, bo krew martwego faceta zdążyła weżreć się w podłogę. Maureen miała rację, należało położyć nowe kafelki. Sprzątanie nie skończy się na machnięciu mopem.

– Jak u ciebie z kładzeniem płytek? – spytał Jimmy.

– Sam w swojej chacie wyłożyłem – odparł Tony. Oczywiście zdążył już wytrzeźwieć. – Od podłogi po sufit. W kuchni też, ale to już jakiś czas temu.

– To machnij u mnie taką robotę, a zarobisz trochę hajsu. Nie chcę wprowadzać nikogo innego do tej sprawy. Co masz jutro?

– Nic.

– Tak myślałem.

Nie było innego samochodu, więc Jimmy musiał podjechać swoim volvo do tylnej furtki na końcu zaułka między zwietrzałymi domami z cegły, przystrojonymi girlandami z pnączy i chwastów. Opuścili tylne siedzenie i wsunęli cygaro z dywanu na ukos: niedawno myślącą jeszcze i oddychającą głową w stronę fotela pasażera, niedawno depczącymi prawo własności stopami w przeciwległy kąt. Puste puszki po farbie i drabinę położyli po jednej stronie, po drugiej w podwójnych workach szmaty i szczotki, którymi zmyli krew.

Jimmy dał Tony’emu klucze i pieniądze na kafelki i wybielacz.

– Furę jakąś masz?

– Mam.

– Kup terakotę. – A potem, bo obyczaj tego wymagał, Jimmy dodał: – A co ty w ogóle teraz porabiasz, Cusack? Nie pracujesz chyba?

– Czasem, tu i tam. Lepiej się chyba teraz nie da.

– Pewnie masz rację, chłopie. To też jednorazówka. U mnie mnóstwo gęb do wykarmienia.

– Wiem. – Tony przesunął ciężar ciała. – Wiem, chłopie.

– Skoro mowa o gębach do wykarmienia, ile małych Cusacków chodzi po świecie?

Cień uśmiechu pojawił się na ustach i spłynął w ułamku sekundy. Pierwszy raz od dawna Jimmy zauważył coś jakby przejaw życia u tego starego wyjadacza.

– Sześcioro.

– Sześcioro? Powinieneś go zawiązać na supeł.

Szóstka dzieci to w pytę dużo.

Stali przy bagażniku, nieruchomi na tyle, że nie płoszyli ptaków odbywających wieczorne rytuały w gałęziach dokoła, fruwających po krzakach; szybkie cienie przemykały po murach wysokości półtora Jimmy’ego.

– Kroi się jedna robota. Nic wielkiego, w dodatku niewarte tyle, ile zamierzam ci zapłacić, ale bardzo mi dzisiaj pomogłeś, więc. Muszę skombinować pianino. Moja eks szuka dla dzieciaków. Jakbyś był pod ręką, mógłbyś mi pomóc przytaszczyć.

– Jakie pianino? – spytał Tony.

– A co, boisz się o kręgosłup? Normalne pianino, nie żaden fortepian koncertowy.

– Nie, chodzi mi o to, jakie pianino konkretnie? Mam jedno, którego chętnie bym się pozbył.

– Ty? A komuś podprowadził pianino?

Tony mlasnął językiem i pokręcił głową.

– To nie tak. Moje jest. Ma już kilka lat, ale kupiłem je nowe. Ładne, tylko że mi miejsce zajmuje na chacie.

– Trzeba się wyzbywać takich rzeczy, jak się ma sześcioro dzieci, co?

Tony wzruszył ramionami.

– Nie umiem grać – odparł dość poirytowanym tonem, niewłaściwym do rozmów o interesach i to nawet w dniu, gdy rozum ustąpił w obliczu rozlewu i więzów krwi.

Zanim pozamykali, Jimmy odszukał Święty Kamień i położył go ostrożnie na zrolowanym kształcie drugiego największego błędu życiowego swojej matki.

Wielkie słowa, mały człowiek

– Mówię tylko, że to dziwne, że nie jest się blisko z kimś, z kim się jakby jest w normalnym związku.

Rany boskie, kurewsko piękna, gdy się wkurzy, nawet jeśli to na mnie. Policzki zarumienione, orzechowe oczy ciskają czarne gromy, stoi z rękami założonymi na piersi i wysuniętym podbródkiem. A wszędzie dokoła na szkolnym boisku ludzie się kręcą jak tancerze w układach, jak płatki śniegu na niebie, jak gówniane małe petardy dokoła spadającej gwiazdy.

Bez przerwy nadaje, że koleżanki uważają, że to wredne, że koleżanki mówią, że to zły znak, nie żebym był załamany ani nic, ale to, co mówią jej koleżanki, znaczy dla mnie w chuj więcej, niż jej się wydaje, bo wiadomo, jak to jest ze starszymi dziewuchami, u nich to wszystko jest jakieś kurewsko zbiorowe. Ale ja na to: „Posłuchaj, nie ma znaczenia, co myślą twoje koleżanki, znaczenie powinno mieć to, co ty myślisz”, a wtedy ona: „No właśnie, Ryan, bo to ja tak myślę, uważam, że to okropne, bo zrobiłam dla ciebie wszystko, zdajesz sobie z tego sprawę?”. Przez „zrobiłam wszystko” ma na myśli, że dała mi się zerżnąć, a nawet nie można powiedzieć, żeby była mistrzynią w tych sprawach; ale niby zrobiła dla mnie wszystko, dała mi cały świat. Ale ona tego przecież nie wie. Mówi, że „zrobiła dla mnie wszystko”, bo nie chce, żeby każda para uszu usłyszała słowo „seks”, bo takie słowa nie uchodzą bezkarnie na środku szkolnego boiska w środku dużej przerwy, gdy wszędzie dokoła każdy ma gumowe ucho wielkości hrabstwa Leitrim. A to śmieszne, bo właściwie chce na mnie wymusić słowa, które brzmią o wiele gorzej.

– Ale przecież wiesz, co do ciebie czuję – mówię.

– A skąd mam to wiedzieć?

– Bo chyba widać, nie?

– Widać to dla mnie tylko to, że dużo ci odpuszczam i że to wszystko jakby nie ma sensu.

Uśmiecham się, a ona na to:

– To wcale nie jest zabawne, Ryan!

Mina, jakby miała się rozpłakać, a ja wiem, co trzeba zrobić, i chcę to zrobić, powaga, już z gardła zaczyna wychodzić, ale czasem tak jest, że człowiek ma na końcu języka właściwe słowa we właściwym porządku, ale to coś wielkiego i jest też taki wielki strach, że mu się wydaje, że nie da rady gęby otworzyć tak szeroko, żeby popłynęły.

– No bo to ważne, Ryan – mówi, spogląda w bok i kręci głową. – No bo jak ty nie, to znaczy, że ze mnie idiotka, że ci pozwoliłam po kilku tygodniach. I to znaczy, że to był pierwszy i ostatni raz.

– Przecież to nie tak – odpowiadam.

– No to jak?

Jestem speszony i patrzę na asfalt między swoimi stopami, a ona mówi:

– O mój Boże. Dobra, pięknie.

Odwraca się, a ja wiem, że do niej nie dociera, jakie to dla mnie dziwne, bo takie gówno słyszałem albo mówiłem ostatnio, gdy byłem małym grzdylem, no to się krzywię, a ona jeszcze bardziej się odsuwa, więc wołam:

– Ej, D’Arcy!

Odwraca się z powrotem, wściekła, a ja wzruszam ramionami i mówię:

– No kocham cię, no.

Całe boisko wiruje razem z nią i wszyscy wołają „Ooooo!”, a ja palę cegłę. Kurwa, raka, nie cegłę.

Ona się uśmiecha, przysuwa rękę do ust i posyła mi takie jedno spojrzenie, bo wie, że nie zrobiłbym z siebie kurewskiego kretyna na oczach wszystkich, gdyby to nie była prawda.

3

Georgie poznała Robbiego, gdy miała piętnaście lat, a on dwadzieścia dwa. On przyznał się do dwudziestu dwóch lat, ona nie przyznała się do niczego, ani do wieku, ani do swego pochodzenia, ani do tego, że bladego pojęcia nie ma, co wyprawia, do kurwy nędzy. Była na gigancie, on się włóczył i tak się złożyło, że wpadli na siebie.

Straciła go nagle pewnego dnia w kwietniu sześć lat później. Nie potrafiła powiedzieć, którego dokładnie dnia to się stało, bo zdarzały się rozłąki. Albo ona pracowała, albo on gramolił się gdzieś po murach, schodził, zanim by spadł. Nie spanikowała więc, gdy przyszła do domu, a jego nie było, nie zaczęła ogryzać paznokci, gdy nie odebrał komórki; wiecznie gubił telefony, czasem umyślnie. Obdzwoniła garstkę znajomych, których mieli, ale nikt go nie widział. Dopiero trzeciego dnia zaczęła się martwić.

Georgie, nieokiełznane małomiasteczkowe dziecko, z okresową klaustrofobią będącą owocem autokreacji, spróbowała narkotyków długo przed tym, zanim poznała Robbiego. W zasadzie w ogóle by się nie poznali, gdyby nie to ich wspólne zainteresowanie: ciągle wpadali na siebie na tych samych kanapach, zażywając te same specyfiki z tym samym skutkiem na tych samych imprezach. On miał oczy w kolorze morskiej szarości, włosy jak przygaszony zachód słońca. Jadąc na zapożyczonej elokwencji, rozmawiali o najprzeróżniejszych błahostkach.

Na jakiejś popijawie powiedział jej, że ma własny pokój w jednym mieszkaniu i że ona może tam spać, jeśli chce.

– To tylko materac na podłodze – dodał. – Ale lepsze niż waletowanie na cudzych kanapach albo – mrugnął – włóczenie się po imprezach, jeśli mnie rozumiesz.

Poszła z nim i dwadzieścia minut później leżała wpatrzona w złuszczoną białą framugę, skrzywiona, gdy nacierał i wpychał się w nią, a inwazję tę zaakceptowała, bo miała długi i zjeżdżała po równi pochyłej. Tak właśnie Georgie straciła dziewictwo: negocjując miejsce na materacu.

Potem wyjął więcej koki.

– Możesz zostać, jak długo chcesz – powiedział. – To znaczy… Miło z twojej strony.

– Spoko – odpowiedziała.

Jego kutas prezentował się zaskakująco skromnie w porównaniu z tym, co czuła, gdy był w niej. Podał jej swój T-shirt, a ona wcisnęła go między nogi.

Wciągnęła jeszcze jedną kreskę, a gdy podniosła głowę, zobaczyła, że Robbie gapi się na jej cycki, wytrzeszczając oczy, jakby od lat nie widział nagiej dziewczyny.

– Nie, naprawdę miło z twojej strony – powtórzył.

Cisza przez chwilę, a potem:

– Podobam ci się?

– Tak, no jasne.

Nie uwierzył.

– Ty mi się podobasz. Od dawna podobałaś. Możesz tu zostać tak długo, jak chcesz. Poważnie.

Właściwie mógł powiedzieć, że może zostać sześć lat, a ona uwierzyłaby w szczerość jego propozycji, lecz nie w to, że da radę wytrzymać z nim tak długo. Ale właśnie o to chodzi, prawda? Człowiek nie wie, na co go stać, dopóki się o tym nie przekona.

Poza skłonnością do przeżywania ekstazy Georgie i Robbiego niewiele łączyło, a po świecie chodziło sporo bardziej fotogenicznych par. On miał tak wydatne stawy, że nieużywanego należałoby go składać i wstawiać do szafki, a nieczęsto ktokolwiek robił z niego użytek. Ona była niska i piegowata, z obfitym ciałem nie tam, gdzie trzeba. Ogromny biust sprawiał, że w szkolnym sweterku wyglądała jak beczułka; starsi faceci wyszeptywali propozycje, mijając ją na ulicy.

Najpierw powiedziała Robbiemu, że po maturze przeprowadziła się do miasta, by się pobawić. Im dłużej sypiała na jego materacu, tym bardziej ciążyło jej to kłamstwo, aż w końcu poczuła się zbyt zmęczona, żeby dalej dźwigać to brzemię. Wyznała mu prawdę, gdy zyskała pewność, że go tym nie spłoszy: ma piętnaście lat i uciekła, ale nikt jej nie szuka, bo wmówiła rodzicom, że wszystko z nią w porządku. Dzwoni do nich co dwa tygodnie, a policja nie próbuje odnaleźć dziewczyny, z którą wszystko jest w porządku. Ciągle chodzi jej o zabawę w mieście, dodała stanowczo.

Robbie odebrał to dokładnie tak, jak przewidywała. Podrapał się po karku i wydął policzki.

– Rany – mruknął i na tym poprzestał. Wtedy było już za późno, żeby stanął okoniem, nawet gdyby miał odwagę. Bo już wcześniej wciągnął ją w układ z facetem, od którego wynajmował pokój; właściciel dymał ją raz na jakiś czas jako część zapłaty za kolejny miesiąc ćpania pod dachem i gadania o najprzeróżniejszych błahostkach.

Potem doszedł ich diler, potem całonocny urobek w postaci reflektantów na tyłach college’u, gdy tymczasem Robbie patrolował teren i negocjował stawki, może raz w tygodniu, może częściej. Do tego należy doliczyć samego Robbiego, ale to już za darmochę.

Były urodziny, była koka, były kryzysy. On ją łatał, gdy była potrzeba, ona oddawała swoje ciało na poczet jego długów, gdy była potrzeba. Zaszła w ciążę, ale skończyło się niczym. Może później. W tym okresie przestali chodzić na imprezy. Siedzieli w domu; Robbie przeżywał jedną śmierć po drugiej na swoim Xboxie, a Georgie pogrążała się w powieściach o steranych życiem detektywach i mordercach kryjących się na widoku.

Za jego namowami zaczęła pracować w lokalu. Może po prostu chciał się wykręcić od pilnowania jej, choć zaklinał się, że chodzi o to, że mężczyźni przychodzący do burdeli są mniej kłopotliwi od spotykanych na ulicach.

Mylił się.

Do tej pory Georgie definiowała swoje chwile spędzane z Robbiem za pomocą dziarskich określeń w rodzaju: „nieporozumienie”, „dymanie”, „oddychanie”, „bycie”. Teraz najbardziej bała się śmierci. Mężczyźni, którzy kupowali jej czas, dbali, aby była świadoma, i to w każdej chwili, jak mało chwil być może jej zostało do końca życia. Podli prawie wszyscy, o wiele bardziej niż ci na chybcika. Może chodziło o to, że mieli czas, żeby ukisić w sobie pogardę; wylewała się z nich, gdy już wzięli w łapy wyznaczoną dziewczynę. Gdy Georgie nie pracowała, szukała pocieszenia w historiach o seryjnych zabójcach i patrzyła, jak Robbie wykrwawia się na ekranie telewizora sto razy dziennie, aż w końcu zaczęła jej dopiekać ironia tej sytuacji.

Pewnej niedzieli nakłoniła go, żeby pożyczył auto i zawiózł ją pod dom rodziców, a dotarłszy na wzgórze, zaczekali, aż starzy wyjdą na mszę.

W brązowych ścianach, wśród okien usytuowanych zbyt blisko oklapniętych drzew i zsynchronizowanego tykania zegarów ściennych Georgie wciągnęła w płuca zapach łuskanego grochu i mokrej gliny. Wiedziała już, że życie może być o wiele gorsze, a jednak nadal czuła to samo co kiedyś: stracone godziny, szanse zwietrzałe na wiejskim powietrzu, tę pewność, że jeśli nie wstanie i nie wyjdzie, to zapuści korzenie przez ten cienki dywan, przez fundamenty, w głąb ziemi, gleby, skał i pozostanie w tej matni, aż jej mózg zmieni się w galaretę, a z podbródka wykiełkuje szczecina. Rodzice wyrośli z ziemi i przez ziemię zostali zniewoleni; Georgie była obca. Uciekła, bo nie widziała innego sposobu. Podobnie teraz nie było powrotu.

Z szafy ukradła jedną z ojcowskich koszul, a z parapetu w sypialni – matczyny szkaplerz. Życie odmówiło jej Domu, wzięła więc tylko rzeczy, których brak nie byłby odczuwany. Miały posłużyć za słodko-gorzkie przypomnienie, jak okropnie wszystko spierdoliła.

Od tej pory gdy przychodziła do pracy, zawiązywała szkaplerz na rączce szuflady w nocnej szafce. Zerkała na niego, jakby wyzywająco, żeby przyniósł jej wybawienie. Wezwał gniewnego Jezusa. Przywołał moc jego tatki.

Te ekstatyczne przeżycia wypełniały jej myśli, lecz klienci rzadko to dostrzegali. Nie byli przyzwyczajeni do zauważania podobnych rzeczy, choć mieli sokoli wzrok, gdy chodziło o jej cielesność. Brak entuzjastycznej reakcji na ich pobudzone libido najczęściej budził agresję bioder i rąk, dłoni zaciśniętych w pięści przy jej twarzy, czasem byli agresywni biernie i mścili się dopiero po fakcie, siedząc sztywno przed laptopem, stukaniem w klawisze wysyłając ją w niebyt.

„Miała twarz jak dupa po klapsie, a dupę jak paczka czipsów…”.

Burdel przeniósł się do nowego miejsca mniej więcej miesiąc przed zniknięciem Robbiego i nie przewieziono tam nocnego stolika z przywiązanym szkaplerzem, a gdy mężczyźni przychodzili, Georgie była zbyt przybita ogromem swojej sentymentalności, żeby powiedzieć cokolwiek, dopiero potem, po powrocie do mieszkania, wciskała twarz w ramię Robbiego.

Nie obawiała się, że Robbie nie żyje, bo jego śmierć była pierwszym nasuwającym się logicznym wnioskiem. Nie uciekł, bo nie miałby do kogo uciec; oboje byli – w rozmaitym sensie – ostatnimi ludźmi na świecie.

Szukała jego zwłok z chłodną determinacją. Gdyby odnalazła go zalanego krwią albo napuchłego, stanęłaby wobec konkretu, z którym należałoby się uporać, ale na razie pozostawała tylko ta jedna powinność. Szukała więc. Po zaułkach, po bramach, po ulicach. Nic. Jakby wyparował, zniknął jak okruch strzepnięty z rękawa koszuli.

Zgłosiła jego zaginięcie. Funkcjonariusz Garda odchylił się na krześle, wystukując długopisem marsza w mięsistą błonę między kciukiem a palcem wskazującym, i wpatrzył w Georgie, jakby skleciła Robbiego z kawałków różnych swoich klientów i gorączkowych pragnień. Odprawił ją z nieskrywaną odrazą i nieprzekonującą obietnicą informowania na bieżąco.

Gdyby znaleziono zwłoki Robbiego, jej smutek byłby mniej bezpostaciowy. A tak, ponieważ jednego dnia jeszcze był, a drugiego zniknął, zostawiając po sobie tylko używane swetry i jedzenie, którego nie lubiła, trwała zawieszona między żałobą a podminowanym zniecierpliwieniem. Najpierw jest, potem go nie ma, a tam, dokąd poszedł, zabrał sześć lat swego życia z Georgie.

Praktyczne konsekwencje bycia zdaną na samą siebie z dnia na dzień okazały się liczne i niefortunne. Potrafiła się utrzymać – w prostytucji był pieniądz, nie za duży wprawdzie, ale starczało, żeby zapłacić za wynajem pokoju i się naćpać – jednak… Gdy Robbie był obok, o pewne rzeczy nie musiała się martwić. Pilnował na przykład, żeby ogrzewanie działało, załatwiał różne sprawy, dzięki czemu zawsze można było coś wciągnąć albo przypalić czy cokolwiek. Teraz przeważało właśnie cokolwiek, a Georgie nie miała zasobów, żeby się z tym uporać.

Może dopadła mnie depresja, zastanawiała się, tak niezobowiązująco, stojąc pod prysznicem, czasem przez pół godziny, czasem zauważając na końcu, że nie zdjęła majtek albo nie rozpuściła włosów. Przeminął bez śladu ten mały pokój, który zawarła ze swoim życiem, gdy u boku miała Robbiego. Podejrzewała, że przez tę sześcioletnią odmianę ma serdecznie dość. Miała dość burdelu, miała dość alfonsa, a obietnica dachu nad głową i męskiej opieki wcale jej nie posłużyła.

Mogła po prostu odejść, ale to stworzyłoby jeszcze więcej problemów, niż rozwiązało; alfons mógłby mieć pretensję o utratę zarobków, uprzeć się, żeby została i odpracowała jakieś długi wyssane z palca. Zamiast tego uciekła w alkohol. Klienci przychodzili na umówione spotkanie, ona bekała nieżyczliwie, a oni wybijali jej tę nieżyczliwość z głowy pięściami. Potem alfons próbował z niej to wytłuc. Biciem usiłował ją naprostować, gdy tymczasem jej problemem było właśnie to, że jest bita. Z ręką na sercu, to nie był zbyt mądry. Prowadził burdel w czyimś imieniu, co koniec końców było idiotyczną ścieżką kariery.

Kilka dni bekania i młócki i w końcu Georgie wyleciała na zbitą – dosłownie – mordę. Poszła do domu, doprowadziła się do porządku, a nazajutrz wróciła na ulicę. Oczywiście musiała teraz uważać na policję, ale to wydawało się zdecydowanie mniejszym złem, zwłaszcza że mogła im wytknąć, że przecież powinni szukać Robbiego, unikając w ten sposób utraty zarobków z powodu puszki za prostytucję albo robienia im łapówkarskiej laski w zaułku obok nabrzeża. Tak, tak, facet to jednak facet, jak jest obok.

Dlatego po tygodniu od podlanej dżinem dymisji postanowiła znaleźć sobie nowego faceta.

Już przy pierwszym spotkaniu Georgie miała poczucie, że Tara Duane jest jakimś konstruktem, choć w pozytywnym sensie, ot, uśmiech fortuny, któremu konkretną postać nadała przychylna koniunkcja planet. Tara znalazła ją na tyłach college’u – dziewczynę, na której odcisnął się tynk kamyczkowy i zła pogoda. Przyniosła jej kanapkę i kawę, a później postawiła wódkę w jednym z pubów za rogiem od Oliver Plunkett Street; Georgie nie pamiętała, w którym. Szesnastolatka, włażąca żonatym facetom do samochodów, a jednak miasto Cork pozostawało dla niej tajemnicą, bo całe jego połacie były zakazane dla ludzi jej pokroju, były niczym soirée, na który nie dostała zaproszenia.

Tara zaklinała się, że odpracowała swoje w seksbiznesie, a gdy otrząsnęła się po ciężkich przeżyciach, uznała za swój obowiązek wspierać dziewczyny z tej branży. Dała do zrozumienia, dość przekonująco, że lepiej niż ktokolwiek rozumie okoliczności pętające Georgie. Szybko stało się jasne, że bycie spętaną nie jest, w opinii Tary, żadnym powodem do wstydu w czasach recesji. Irlandia na kolanach. Kto może winić dziewczyny z ulicy za ich życiowe wybory? Georgie nie pamiętała, żeby dokonała jakiegokolwiek wyboru, i czuła się nieswojo z powodu tak zgrabnego podsumowania swojego życia przez tę samozwańczą rzeczniczkę własnej sprawy, jeśli w ogóle coś.

Z reguły pozostałe dziewczyny z branży okazywały sobie na tyle dużo wsparcia, na ile starczyło przestrzeni. Najstarszych lal – tych zbyt zniszczonych przez alkohol albo herę, żeby kierowały się czymkolwiek oprócz intuicji – najlepiej było unikać. U nich pięści szły w ruch szybciej niż myśli. Ogólnie Georgie czuła, że nie musi się obawiać niczego ze strony rówieśniczek, bywały chwile, gdy najbardziej popłatną taktyką okazywało się wzajemne zaufanie. Usłuchała więc rady, gdy jedna, druga i trzecia powiedziała jej, że lepiej wyjdzie, jak będzie unikała lepkich afektów Tary Duane.

Im więcej słuchała, tym więcej rys pojawiało się na alabastrowym obliczu. Tara zawsze wiedziała, gdzie są alfonsi i dilerzy, które agencje poszukują personelu, kto organizuje pracę przed kamerą. Niektóre dziewczyny szeptały po kątach, że Tara to najbardziej przebiegła madam w mieście, że bierze wynagrodzenie od wszelkiego rodzaju osób trzecich, gdy patroluje ulice. Georgie nie wiedziała, czy Tara ma na tyle wyrobiony zmysł praktyczny, żeby być madam. Zastanawiała się, czy raczej nie jest zwykłym zjebem, który symuluje pomoc tak samo jak uśmiech.

Działalność Tary Duane, podejmowana dla zabicia czasu, sprowadzała się zwykle do częstowania potrzebujących kanapkami domowej roboty. Tego wieczoru Georgie dostrzegła ją na drugim końcu nabrzeża, nalewającą do plastikowych kubków paru starym ćpunkom z butelki wyjętej z bagażnika swojego samochodu.

Było dopiero kilka minut po dziesiątej, między latarniami ulicznymi a rzeką, wilgotne ciemne cienie pełzały po kończynach Georgie i wciskały jej wiosenny chłód w klatkę piersiową; każdy oddech parował.

Tara dostrzegła ją z odległości pięćdziesięciu metrów i rozciągnęła twarz w jeden z tych swoich uśmiechów z gabinetu luster, gdy tylko upewniła się, że Georgie jest na tyle blisko, by w pełni skorzystać z dobrodziejstw takiego powitania.

– Georgie? Hej, dziewczyno, jak się masz? Dawno cię nie widziałam. Co u ciebie, kochana?

– Szukam dilera.

Tara ściągnęła wargi i przybrała na próbę kilka min, aż w końcu rysy ułożyły się w tę wyrażającą zatroskanie, ale drgające kąciki oczu i wykrzywiane na wszystkie strony usta zdradzały warkot synaps w mózgu. Zacisnęła mocniej włosy w koński ogon.

– No wiesz, nie wybaczyłabym ci tego, Georgie. Bóg mi świadkiem, że masz dość na głowie.

– Moja głowa potrzebuje się wyluzować. Na tym właśnie polega problem, Taro.

Hmm.

– A Robbie nie zna nikogo?

– Nie ma go jeszcze.

Natychmiast to poczuła. Nieoczekiwanie ukłucie w brzuchu, jak od ostrza noża albo jak sygnały ostrzegawcze, że zaraz czyjeś życie zakończy się na podłodze w publicznej toalecie.

Tara zrobiła następną minę.

– Jeszcze go nie ma? – Westchnęła. – Biedny Robbie. Mam nadzieję, że z nim wszystko w porządku, naprawdę mam nadzieję. No bo nawet jak cię zostawił, dziewczyno, to lepiej wiedzieć, bo wtedy można przeboleć.

Georgie naciągnęła poły kurtki na brzuch.

– Taa – mruknęła. – Tymczasem…

– Szukasz dilera – dopowiedziała Tara z zadumą. – Nie uśmiecha mi się pomagać w takiej sprawie.

– Jasne, bo ty nie bierzesz, co nie?

Na to Tara surowym tonem:

– Jest różnica między marychą a klasą A, Georgie.

– A kto mówi, że ja chcę klasę A?

– Ja niczego nie insynuuję. Tylko wiemy, jak jest, znasz siebie. A… – Tara ściszyła głos, chociaż stare ćpunki poczłapały dalej, więc nikt nie mógł usłyszeć. – A w pracy? Tam ci nie dostarczą?

– Już tam nie pracuję. Nie obiło ci się o uszy?

Oczywiście, że się obiło. Tara Duane wiedziała o wszystkim. Znała to miasto jak kilkusetletnia zjawa, choć nie mogła mieć więcej niż trzydzieści pięć lat; wślizgiwała się w życie innych ludzi, szturchała i popychała, słuchała, przeważnie słuchała. Może opłatą za kawę była plotka, a kanapka kosztowała historyjkę potwierdzoną w połowie? Może wykonywała pracę dobroczynną w burdelach tego miasta – nie w sypialniach, ale odbierając telefony, pilnując, by drzwi były zamknięte, piorąc tamtejsze ręczniki, zaglądając przez dziurkę od klucza…

Może miała kochanków w bractwie przestępczym, choć Georgie się zastanawiała, kto w ogóle by ją chciał. Budową ciała przypominała upiora, miała długie jasne włosy i oczy wielkie jak otwarte groby. I ta fałszywa szczerość. Trudno sobie wyobrazić? Język Tary Duane wijący się wokół naprężonego kutasa jakiegoś gangstera, chłonący jego gniew i chełpliwość, jego opasły brzuch podnosi się i opada przy jej czole, gdy facet papla wszystkie swoje tajemnice do jej ucha. Może krąży między nimi jak wirus, może w ten sposób zbiera plon w postaci konkretów i domysłów?

– Przeniosłaś się? – Tara zmarszczyła brwi, a potem uśmiechnęła się szeroko i nagle jakby ukazała się twarz innej kobiety. – Masz ochotę na kawę?

– Na kawę niespecjalnie. Owszem, przeniosłam się. Z powrotem na ulicę.

– To bardzo niebezpieczne. – Tara i tak zaczęła nalewać. – Wiesz, w lokalu jesteś w lepszej sytuacji. Czysto, bez policji, zweryfikowani klienci…

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Herezje chwalebne 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter