Na ostro i pod włos

Na ostro i pod włos

Autorzy: Rafał Janta

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Hobby

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 26.99 zł

Brodaty drwal, gładko ogolony książę, a może ktoś pomiędzy? Nieważne, do której grupy się zaliczasz – ta książka powie ci, co zrobić, żeby zawsze dobrze wyglądać, z zarostem czy bez niego. Na ostro i pod włos to wypełniony praktycznymi radami niezbędnik dla każdego faceta, który dba o swój wizerunek.

Na czym tak naprawdę polega sztuka golenia? Czy warto porzucić jednorazówkę dla brzytwy? Jak zabrać się za zapuszczanie brody i jak potem o nią dbać? Co każdy facet powinien mieć w łazience? Jakich kosmetyków warto używać, a które są zwykłą ściemą? Jak wybrać dobrego barbera? Odpowiedź na te i wiele innych pytań oraz dziesiątki praktycznych wskazówek pomogą ci poczuć się i wyglądać świetnie!

Sztuka golenia i dbania o zarost w jednym – ta książka to TWÓJ PODRĘCZNY BARBER, który zawsze ma dla ciebie wolny termin!

Od Autora

Zarost czyni faceta. Odróżnia nas od kobiet i chłopców. Jest przepustką do męskiego świata. Tych kilka centymetrów kwadratowych skóry pokrytej włosami na osi szyja–uszy–nos sprawia, że przynależymy do jednego klubu, a fakt, że tak było od zarania dziejów, dodatkowo wzmacnia to swoiste poczucie wspólnoty.

Jeden klub, a w nim dwie drużyny. Gładkolicy i brodacze. Współistnieją od pokoleń, świętując okresowe zwycięstwa swojej zarostowej opcji. Dzieje męskiego zarostu to inspirująca podróż przez ery kultu gładkości i epoki fascynacji bujnymi brodami. Historia wielkich jednostek, które swoją, nierzadko mimowolną, decyzją o wzięciu do ręki brzytwy lub jej porzuceniu kształtowały urodowe wybory całych pokoleń. Bo to, czy golimy twarz na gładko, nosimy kilkudniowy zarost, równo przycięty wąs czy gęstą brodę, tak naprawdę nie do końca jest naszym suwerennym estetycznym wyborem. Wpływ na tę decyzję ma oczywiście chwilowa moda, ale również religia, klimat, kultura (włącznie z tą korporacyjną), literatura, film czy reklama. Przez wieki golenie lub niegolenie się było na przemian symbolem buntu, oznaką konformizmu, polityczną deklaracją i spoiwem braterstwa. Zarost dla mężczyzny był zawsze czymś podświadomie ważnym – w starożytnej Sparcie tchórzom golono brody, w Rzymie zapuszczano je na znak żałoby, w średniowieczu dotknięcie brody drugiego mężczyzny mogło się skończyć pojedynkiem, a zwolennicy Fidela Castro poprzysięgali nie strzyc swoich bród do momentu wyzwolenia Kuby spod tyranii. Broda była symbolem męstwa, mądrości i rewolucji, ale upatrywano w niej także zdziczenia, wstecznictwa i obłąkania. Brzytwa symbolizowała czystość i nowoczesność, jednak gładkie policzki równie często obśmiewano jako kobiece, niegodne zaufania i fircykowate. W obronie bród i w celu ich oczernienia wygłaszano tyrady i pisano traktaty filozoficzne. Niektórzy władcy nakładali nawet na nie podatek. Jan Kochanowski poświęcił brodzie jedną ze swoich fraszek, a Franciszek Dionizy Kniaźnin sarmackiego symbolu bronił w swojej siedmiostrofowej Odzie do wąsów.

Życie ma jednak to do siebie – i całe szczęście – że wielkie historyczne zrywy (chociażby miały dotyczyć zgolenia wąsów), epokowe ideologie i pokoleniowe przemiany przeplatają się ze zwykłą codziennością, pragmatyzmem, wygodą i potrzebą chwili. Tak więc idąc na rozmowę o pracę w banku, pomimo tabunów wystylizowanych bród na ulicach, raczej przyjmiemy clean-shaven look, by zwiększyć swoje szanse na zatrudnienie. Z kolei udając się na parodniowy wypad w góry z kumplami, chętnie damy odpocząć maszynce do golenia i zapuścimy brodę drwala… tylko po to, by tuż po powrocie zgrabnie ją przytrymować i naoliwić u barbera, bo tylko taką wersję akceptuje (i całuje) nasza druga połowa. Zarost jest z jednej strony czymś archetypicznym i wspólnotowym, ale z drugiej – rzeczą bardzo indywidualną, przyziemną i ulotną. Dlatego stając jutro przed lustrem w łazience, pomyśl, że nie jesteś sam. Stoją za tobą całe pokolenia mężczyzn, którzy przez wieki odpowiadali sobie na to samo pytanie – zgolić czy zapuszczać? Stoją za tobą brodaci greccy filozofowie, wąsaci huzarzy i gładkolicy rzymscy konsulowie. Ale stoi też David Beckham ze swoim idealnym niedbałym zarostem, Brad Pitt ze świeżo wyhodowanym wąsem do roli u Tarantino i gładko ogolony Robert Lewandowski z reklamy maszynki, która robi już praktycznie wszystko. Jednak przede wszystkim stoisz tam ty, ze swoimi preferencjami i potrzebami, ze swoją wrażliwą cerą lub gęstą i szorstką szczeciną. I to właśnie ty (z większą lub mniejszą pomocą tych wszystkich facetów z tyłu) podejmiesz decyzję, która wersja ciebie będzie tą najlepszą – na dziś, a może na kolejne długie miesiące. A ta książka będzie cię w tym wyborze wspierać. Bo każdy zarost lub jego brak jest dobry, jeśli czujesz się w nim jak milion dolarów i jeśli wiesz, jak o niego dbać. I dotyczy to każdego z nas, członków męskiego klubu.

Zarost towarzyszy męskiej części ludzkości od samych jej początków. To, że prehistoryczny facet go miał, jest faktem. Nie wiadomo natomiast, kiedy po raz pierwszy zaczął go usuwać. Można więc przyjąć, że u zarania dziejów dominowały brody. Naturalne i długie, będące pozostałością pełnego owłosienia, które odziedziczyliśmy po naszych biologicznych przodkach z rodziny naczelnych. Zarost w tamtych czasach nie był kwestią mody, lecz bardzo przyziemnym atrybutem zapewniającym ciepło i ochronę w okresach trudnych warunków pogodowych. Odgrywał też istotną rolę w momencie spotkania innego samca. Bujny zarost sprawiał, że jego właściciel wyglądał groźniej, co już dawało mu przewagę nad konkurentem, a gdy dochodziło do walki wręcz, stanowił bufor łagodzący siłę uderzenia. Naukowcy twierdzą, że to jeden z głównych powodów, dla których ewolucja obdarzyła nas włosami na twarzy. Wyróżnić się na tle konkurencji! Nie bez kozery i dziś mężczyzn brodatych postrzega się jako starszych, silniejszych i bardziej agresywnych. Skoro więc od bujnego zarostu (i niskiego tembru głosu) zależała pozycja samca alfa w stadzie, to dlaczego pewnego dnia prehistoryczny facet postanowił się go pozbyć? Najprawdopodobniej ze względów praktycznych. Broda w zimie ogrzewała i chroniła przed niekorzystnymi warunkami klimatycznymi, ale przy wysokiej temperaturze była już zbędnym balastem. Przeszkadzała też w polowaniach, bo przy swojej ówczesnej długości szybko wplątywała się w krzaki. Niezbyt łatwo z takim nieokiełznanym zarostem się również jadło. Niestety pierwsi barberzy pojawili się dopiero jakieś kilkadziesiąt tysięcy lat później. Nasz brodaty jaskiniowiec nie miał więc wyjścia – choć to bolesne, używał ognia do opalania zarostu, muszli do jego wyrywania, a także zaostrzonych kości i zębów zwierząt oraz krzemienia do jego ścinania. Tak około 20 tysięcy lat temu powstał prototyp brzytwy.

O ile prehistoryczny mężczyzna nie był skrępowany żadnymi ideologiami, o tyle w starożytności brodom zaczęto już przypisywać znaczenie religijne, kulturowe i społeczne. Bogaci Sumerowie znani byli z troski o swoje zarosty, które pielęgnowali olejami i układali w wyrafinowane sploty. W starożytnym Egipcie golono głowy i całe ciała z pobudek higienicznych (gorący klimat), ale brody poddawano koloryzacji henną, układano i ozdabiano złotymi nićmi. Faraonowie, chcąc podkreślić swoje pochodzenie od Ozyrysa – boga śmierci i odrodzonego życia – nosili sztuczne brody wykonane z metalu lub drewna. Przywiązane do głowy wstążką były symbolem władzy królewskiej. Nosiła je na specjalne okazje nawet kobieta faraon – Hatszepsut. Osoby zajmujące się przycinaniem bród i ich pielęgnacją – kapłani i medycy – były wysoce poważane w Egipcie faraonów i można je uznać za pierwszych w dziejach barberów.

Starożytni Grecy jeszcze bardziej poważali męski zarost. Symbolizował on męstwo, dojrzałość i mądrość. Dlatego bardzo młodzi mężczyźni chodzili gładko ogoleni, ale filozofowie zapuszczali długie i bujne brody. Stoicy i epikurejczycy stworzyli coś, co można by nazwać pierwszym w dziejach klubem brodaczy. W nawiązaniu do tej tradycji i skojarzenia broda–mądrość została potem ukuta przez mniej brodolubnych Rzymian łacińska sentencja Barba non facit philosophum (Broda nie czyni filozofa). Powiedzenie to przeszło również do języka polskiego w postaci przysłowia „Broda mądrości nie doda”. Pierwszym dużym zwrotem w historii męskiego zarostu była decyzja, którą Aleksander Wielki podjął przed ważną bitwą z Persami. Rozkazał on wszystkim swoim żołnierzom zgolić brody w obawie, że te mogłyby ułatwić przeciwnikowi ściągnięcie Macedończyka z konia i pokonanie go. Miał też swoje osobiste powody. Jako władca ogromnego jak na tamte czasy imperium nie chciał przypominać brodatych greckich filozofów, mierzył dalej, chciał być jak mitologiczni herosi, półbogowie, a ci mieli gładkie twarze, które symbolizowały wieczną młodość. Chcąc nie chcąc, stworzył tym samym modę na gładko ogoloną twarz, która przetrwała w cywilizacji śródziemnomorskiej przez prawie czterysta lat. I tak było już przez kolejne stulecia. Władca – czy to król, czy cesarz, czy car – wybierał dla siebie taką, a nie inną formę zarostu, a w ślad za nim szły tłumy.

Modę na gładkie lico podtrzymał starożytny Rzym. Stało się ono symbolem wysokiego statusu społecznego i opozycją do tego, co greckie. Pierwsze golenie – zwane tonsurą – było rytuałem przejścia młodzieńca w dorosłość, a obcięte chłopcom włosy poświęcano bogom. Greckie golibrody przybyły do Wiecznego Miasta z Sycylii, a codzienna wizyta u tonsora szybko stała się ważnym wydarzeniem towarzyskim, podobnie jak uczęszczanie do publicznej łaźni. Biorąc pod uwagę, że w użyciu były wtedy brzytwy wykonane z żelaza i brązu – metali dość szybko tępiących się – częste rozgrzewanie cery w łaźniach oraz nacieranie skóry oliwą były dobrym pomysłem. Już wtedy mężczyźni wiedzieli, że ciepło i poślizg są sprzymierzeńcami bezbolesnego i bezkrwawego golenia. Wizerunków kolejnych cesarzy – na czele z Oktawianem Augustem, Tyberiuszem, Kaligulą i Neronem – nie kalał nawet jeden włos na twarzy, a moda na golenie rozprzestrzeniła się na całe imperium. Aż do czasów cesarza Hadriana, który szpecące twarz ślady po ospie postanowił ukryć pod pełną brodą. Okres jego panowania był też zwrotem ku kulturze greckiej, a jego zarost – idealną kreacją na stoickiego filozofa. Cesarz Konstantyn, który wprowadził chrześcijaństwo jako oficjalną nową religię, znów jednak zwykł golić twarz i tak też był przedstawiany.

Wieki średnie to epoka pokojowej, a czasem mniej pokojowej współegzystencji dwóch trendów dotyczących męskiego zarostu. Klasa wyższa, a zwłaszcza rycerstwo, nosiła brody na znak waleczności, męstwa i honoru. Brodaci byli też średniowieczni władcy. Karol Wielki, choć na co dzień preferował przystrzyżony zarost, na oficjalnych wizerunkach dumnie nosił obfitą brodę. Inaczej kwestia wyglądała wśród kleru. W geście wyrzeczenia się spraw materialnych zakonnicy i księża byli zobowiązani do gładkiego golenia twarzy. Ogolona twarz kojarzona była z pobożnością i celibatem. Powstał natomiast koncept tak zwanej brody wewnętrznej, który postulował wśród kleru pielęgnowanie męskości w sobie, ale nie epatowanie nią na zewnątrz. Dotyczyło to jednak tylko chrześcijaństwa zachodniego, na Wschodzie prawosławni kapłani nosili długie brody w opozycji do Zachodu. Broda stanie się od tego czasu bardzo silnym symbolem Cerkwi, a także całej kultury rosyjskiej.

A jak to wyglądało w owych czasach w Polsce? Królowie z pierwszej dynastii z reguły chodzili ogoleni, jeśli już nosili zarost, to były to tylko wąsy. Ta tradycja będzie kontynuowana przez wieki polskich dziejów: broda często była postrzegana jako obca, zagraniczna naleciałość, a wąs jako coś swojskiego, polskiego. Nie sposób jednak nie wspomnieć o dwóch Piastach, którzy na kartach historii zapisali się jako dobrzy gospodarze i którzy nosili długie, bujne brody. Mowa oczywiście o Henryku Brodatym i Kazimierzu Wielkim. W średniowiecznym świecie istniało przekonanie, że tylko monarcha z pokaźną brodą mógł zapewnić dobrobyt i pokój w kraju. Niewątpliwie za czasów Kazimierza Wielkiego Polska rosła w siłę i nowocześniała. Może szkoda więc, że większość późniejszych polskich królów na brody nie patrzyła już tak przychylnie.

W średniowieczu profesja golibrody (zwanego barberem, cyrulikiem lub balwierzem) w pełni się ukształtowała i nabrała oficjalnego charakteru. Golibrodzi początkowo świadczyli usługi wśród żołnierzy oraz mnichów, których obowiązywało golenie głów (tonsura) i regularne upuszczanie krwi. W 1096 roku we Francji barberzy, którzy w tamtych czasach pełnili też funkcję medyków i dentystów, stworzyli swój pierwszy cech. Do ich zadań należało, oprócz golenia zarostu i ścinania włosów, upuszczanie krwi, stawianie baniek, przystawianie pijawek, nastawianie złamań, wyrywanie zębów, opatrywanie drobnych ran i ordynowanie lewatyw. Z tamtych czasów pochodzi czerwono-biały lub czerwono-biało-niebieski barber’s pole, czyli szyld zakładu balwierskiego. Dwa lub trzy splecione ze sobą kolory oznaczały połączenie dwóch różnych aspektów pracy cyrulika (kolor czerwony symbolizował krew, biały bandaże, a niebieski żyły). Kształt tego symbolu nawiązuje natomiast najprawdopodobniej do słupka, którego klient cyrulika chwytał się w celu napięcia żył przed upuszczaniem krwi. Do dziś w Muzeum Warszawskiej Pragi można obejrzeć fotel balwierski z tamtych czasów, który na pierwszy rzut oka przypomina trochę fotel tortur. W 1450 roku w Anglii cech barberów i gildia medyków zostały połączone, ale ustanowione prawo rozdzielało wykonywanie tych dwóch profesji przez jedną osobę. Cyrulicy od tamtego czasu mogli się zajmować tylko zarostem oraz wyrywaniem zębów. Zachowali też barber’s pole jako symbol swojej profesji. Obecnie, na fali powrotu barber shopów, kręcący się, trójkolorowy słupek barberski znów stał się bardzo popularny. Oznacza, że brzytwa czeka na klienta i jest dobrze naostrzona.

Pod koniec średniowiecza broda zaczęła się źle kojarzyć. Postrzegano ją jako symbol uwstecznienia i degeneracji. Król Francji Ludwik VII ustanowił tradycję ogolonego monarchy, zapożyczając od Kościoła koncepcję „brody wewnętrznej”. Jednak wraz z nadejściem odrodzenia nadszedł i powolny renesans bród. Moda na ich noszenie, jak i na wszystko inne w tej epoce, promieniowała na całą Europę z Włoch. Baltazar Castiglione napisał Dworzanina, w którym zarysował wzorzec człowieka renesansu – humanistę-dworzanina skupionego na kwestiach doczesnych. Brody nosili Michał Anioł i Leonardo da Vinci. W sztukach Williama Szekspira męski zarost był wykorzystywany jako symbol honoru, męstwa, odwagi i dostojności. Wierzono, że broda pomaga odprowadzać z ciała złe humory, zapobiega gniciu zębów i innym dolegliwościom. Powoli zaczęła też wracać na królewskie oblicza. Nawiązując do starożytnej tradycji przysięgi na brodę, dwaj najwięksi młodzi monarchowie ówczesnej Europy – Franciszek I, król Francji, i Henryk VIII, król Anglii – poprzysięgli, że zapuszczą brody przed swoim pierwszym spotkaniem w Calais w północnej Francji. Przysięga została dotrzymana, a braterstwo brody, choć krótkotrwałe, przypieczętowane w 1520 roku na urządzonym w iście bizantyjskim stylu Polu Złotogłowia. Po powrocie do Londynu Henryk VIII kazał zapuścić brody wszystkim swoim dworzanom i sam się z nią nie rozstawał. Tak się składa, że mniej więcej w tym samym czasie zademonstrował swoją odrębność od papieskiego Rzymu, ustanawiając się głową nowo powstałego Kościoła anglikańskiego. Broda od tego momentu stała się symbolem reformacji i antykatolickiego nieposłuszeństwa (nosił ją również Marcin Luter). Moda na brody na dworze angielskim nie przeszkodziła jednak Henrykowi w nałożeniu na nie podatku. Wysokość opłaty zależała od statusu społecznego właściciela brody, a samemu władcy nie przyświecał żaden inny cel poza chęcią uzupełnienia braków w państwowej kiesie.

W Polsce król Zygmunt August nosił brodę rozdwojoną (tak zwaną fork beard), a sprowadzony z Francji Henryk Walezy bródkę hiszpańską, ale wśród możnych to wąsy (a potem również podgalane czuby na głowach) zaczęły się stawać wyróżniającym atrybutem szlacheckiego oblicza. Tych, którzy nosili brody, oskarżano o noszenie się „z niemiecka”. Pokaźnym wąsem szczycił się król Stefan Batory, a królowie z dynastii Wazów nosili wąs podgolony i najeżony oraz bródkę w stylu hiszpańskim.

W 1603 roku powstał pierwszy aspirujący do naukowości traktat o brodzie. Pochodzący z Padwy profesor Uniwersytetu Bolońskiego Marco Antonio Olmo wydał Physiologia barbae humanae (Fizjologia ludzkiej brody), w której utrzymywał, że Bóg stworzył brodę jako fizyczny obraz męskiego ducha. Twierdził, że wyrasta ona tuż po osiągnięciu przez mężczyznę zdolności prokreacyjnych i jest z nimi nierozerwalnie związana. Według Olma brodę należało nosić z dumą, gdyż była wyrazem boskiej woli, symbolem witalności i uzewnętrznieniem męskiej natury.

Czasy się jednak zmieniały, a z nadejściem XVIII wieku nastała nowa epoka nie tylko w historii, sztuce, literaturze i modzie, ale i w kwestii męskiego zarostu. Oświecenie odrzucało brodę. Odrzucało w zasadzie każdy rodzaj zarostu, który najzwyczajniej nie pasował do misternie ułożonych białych peruk, pudru na twarzach i jedwabnych pończoch. O ile renesansowe idee i mody rozprzestrzeniały się na całą Europę z Italii, o tyle serce osiemnastowiecznego oświeconego absolutyzmu z jego racjonalnością, finezją i uporządkowaniem biło w Paryżu, a dokładniej w Wersalu, skąd swój blask roztaczał Król Słońce – Ludwik XIV. Do królewskiej rezydencji sprowadził on sztaby perukarzy i cyrulików, którzy wprowadzili prawdziwy dyktat brzytwy. Sprzyjał temu pewien wynalazek, za którym stał nie Francuz, lecz Anglik, mieszkający w Sheffield – Benjamin Huntsman. Już w 1740 roku, eksperymentując z materiałami, które wykorzystywał w swojej manufakturze zegarków i zamków, uzyskał nowy rodzaj stali – stal tyglową – która cechowała się wyższą jakością i czystością. Nie znalazła ona uznania wśród lokalnych producentów, ale Huntsman zaczął eksportować ją do Francji, gdzie zrobiono z niej pierwszą składaną brzytwę. Miała ona wąskie ostrze (wcześniejsze brzytwy przypominały raczej szerokie noże do siekania ziół), chowane w zdobionej ornamentami rączce. Tak powstała nowożytna brzytwa, którą większa część męskiego świata stosowała do golenia nawet do lat 50. XX wieku.

Moda na oświeceniowe gładkie lico szybko rozprzestrzeniła się w całej Europie – dwory królewskie w Wiedniu, Londynie, Kopenhadze i Warszawie zaadaptowały ją wraz z pudrowanymi perukami i żabotami. Dotarła nawet na carski dwór w nowej stolicy, Sankt Petersburgu. Władający wtedy Rosją Piotr I był zafascynowany wszystkim, co zachodnie, i miał ambicję skierowania Rosji na tory nowoczesnego oświeconego absolutyzmu. Wprowadził więc wiele reform, z których jedna dotyczyła męskiego zarostu. Car wymusił na bojarach skrócenie szat i ogolenie bród. Cerkiew była oburzona tym brakiem poszanowania odwiecznych prawosławnych tradycji. Ostatecznie duchowni zachowali swoje brody, ale reszta mężczyzn (tych liczących się, czyli bogatych) musiała za ich noszenie wpłacać od 30 do 100 rubli do kasy państwowej. Był to drugi w historii przypadek wprowadzenia podatku od bród.

Wiek XVIII w Rzeczypospolitej to okres ścierania się dwóch trendów modowo-kulturowych – z jednej strony nowoczesnego, modnego stylu francuskiego, reprezentowanego przez króla Stanisława Augusta, część arystokracji i biskupów, a z drugiej – rozkwitającej od czasów baroku kultury sarmackiej. Szlachta rozmiłowana w wolności (nierzadko ocierającej się o anarchię) nosiła bogate, barwne żupany i kontusze, podgalała głowy i z dumą prezentowała pokaźne sarmackie wąsy. Te ostatnie stały się swoistym symbolem narodowym, ostoją prawdziwej polskości i opozycją do wszystkiego, co cudzoziemskie i modne. W późniejszych czasach wąs, ten sarmacki i nie tylko, zaczął wywoływać pejoratywne skojarzenia związane z przaśnością i zaściankowością. Nie zmieniło to jednak faktu, że Polacy, również w późniejszych wiekach, upodobali sobie właśnie wąs (a nie brodę), a przedstawicieli tego sarmackiego nurtu możemy obserwować również współcześnie, żeby wymienić tak znane postacie jak Lech Wałęsa, Adam Małysz czy Bronisław Komorowski.

Szala popularności ponownie przechyliła się na korzyść zarostu w XIX wieku – stuleciu romantycznych zrywów narodowych i społecznych oraz uwielbienia dla wszystkiego, co historyczne. W modzie męskiej osiemnastowieczny fircykowaty look zaczął być zastępowany przez bardziej naturalny, ale i powściągliwy wygląd. Dominują ciemne kolory (bardziej poważne, czyli męskie) i do łask powracają brody. Romantycy zapuszczają je w szpic, w kontraście do wciąż gładko ogolonego establishmentu. Broda nabiera wymiaru rewolucyjnego, jest kojarzona z młodością, naturalnością i wolnością. Z czasem również znane postacie świata kultury i polityki – ówcześni trendsetterzy – zapuszczają zarost. Noszą go: Fryderyk III w Niemczech (pokaźna broda i wąs), Napoleon III we Francji (imperialny wąs i bródka) i Abraham Lincoln w Ameryce (broda bez wąsów, tzw. curtain beard). Ten ostatni zapuścił brodę przed wyborami powszechnymi za namową jedenastoletniej dziewczynki, która w liście do przyszłego prezydenta pisała: „Mam czterech bratów [sic!] i część z nich i tak będzie głosować na Pana, a jeśli zapuści Pan brodę, spróbuję nakłonić pozostałych, by też na Pana zagłosowali. [Z brodą] wyglądałby Pan o wiele lepiej, ponieważ ma Pan taką chudą twarz. Wszystkie panie lubią brody, więc zaczęłyby namawiać swoich mężów, żeby też oddali na Pana głos, i wtedy zostałby Pan prezydentem”1.

Stany Zjednoczone po wojnie secesyjnej dorównują Europie, a nawet wyprzedzają ją w kwestii mody na męski zarost. Noszą go generałowie – jak choćby na przykład Ambrose Burnside (od jego nazwiska w języku angielskim pojawia się określenie na bokobrody – sideburns), i pisarze – Charles Dickens, Henry David Thoreau i Walt Whitman. W połowie stulecia cały zachodni świat ogarnia istny szał na zarost na twarzach. Tym samym XIX wiek zapisuje się jako trzeci – po greckich filozofach i renesansowych władcach – duży ruch brodaczy w historii. Po 1850 roku wąsy, brodę i bokobrody (nazywane też faworytami) nosi większość mężczyzn. Zarost nie jest już wyrazem buntu i rewolucyjnego ducha, staje się raczej konserwatywnym symbolem męskiej wspólnoty. Brody postrzega się jako coś naturalnego i zdrowego (filtrują zanieczyszczone powietrze), dodającego powagi oraz zaznaczającego wyższość mężczyzn nad kobietami (w obliczu kiełkującego feminizmu).

Mówiąc o dziewiętnastowiecznym, trzecim ruchu brodaczy, warto osobny akapit poświęcić wąsom. W stuleciu romantyzmu, a potem pozytywizmu i rewolucji przemysłowej nabierają one swoistego militarnego znaczenia. W Anglii nosili je członkowie elitarnych oddziałów kawalerii oraz oficerowie, a trend zaczerpnięto od węgierskich huzarów. Wąs, który miał być zawsze przystrzyżony i ciemny, stał się rodzajem oręża sprawiającego, że żołnierz wyglądał starzej i groźniej. W przypadku jasnego owłosienia od żołnierzy oczekiwano farbowania go na czarno, natomiast gdy naturalny wąs nie rósł, domalowywano go czarną pastą. Wojskowe skojarzenia z wąsami sprawiły, że ich noszenia zaczęli odmawiać pokojowo nastawieni amiszowie, zrezygnował z nich też wspomniany już Abraham Lincoln, wyrażając w ten sposób swój sprzeciw wobec agresji. W nadchodzącym XX wieku do militarystycznej tradycji wąsów będą natomiast powracać Adolf Hitler i Józef Stalin. Do dziś w Polsce wąsy nierzadko goszczą na twarzach mężczyzn w mundurach – oficerów, strażaków i policjantów.

Zachodni świat wkraczał w XX wiek z hasłami nowoczesności na ustach. Telefony, fale radiowe, zeppeliny, szczepionki i samochody wieściły nadejście nowej epoki, w której miało się żyć lepiej i wygodniej. Mężczyzna z brodą do tego świata już nie pasował. Po raz kolejny w historii idee nowoczesności i postępu wyeliminowały z męskich twarz zarost. Gładko ogolona twarz (w języku angielskim ukuto wyrażenie clean-shaven face) oraz krótko ścięte włosy, tak zwany crew cut, miały dawać wyraz młodzieńczości, energii, uczciwości i zdyscyplinowaniu. Nie bez przyczyny. Początek XX wieku to czas powstawania wielkich korporacji (na przykład Forda). Od pracowników wymagały one uniformizacji i konformizmu. W obsłudze klienta zaczęły się liczyć praca zespołowa, wiarygodność i uśmiech na gładko ogolonej twarzy. Zarost popadł w całkowitą niełaskę i, często wyśmiewany, zaczął być kojarzony z konserwatywnym wstecznictwem lub niemodną ekstrawagancją. Korporacje go nie lubiły, nie lubiły go kobiety, nie lubił go też sport. Przypadający na pierwsze dekady XX wieku początek mody na kult ciała kłócił się ze staromodnym, dziewiętnastowiecznym zarostem. Na twarzach dobrze zbudowanych cyklistów, kulturystów i bejsbolistów wyglądał on po prostu archaicznie.

Niebagatelne znaczenie miał też rozwój technik golenia. Opatentowana w 1904 roku przez Kinga Campa Gillette’a maszynka z wymiennymi dwustronnymi ostrzami (żyletkami), a następnie wynaleziona przez Jacoba Schicka w 1928 roku golarka elektryczna sprawiły, że golenie stało się bezpieczniejsze, szybsze i niezależne od salonów barberskich. Przeciwko zarostowi stanęła nawet nauka. Odkrycia Ludwika Pasteura w zakresie bakterii i wirusów rzuciły cień na męskie brody, oskarżane o bycie siedliskiem brudu i zarazków. Pełny zarost kojarzył się więc nie tylko ze staromodnością i dziwactwem, ale też z brakiem solidności i niechlujstwem. Wąsy ostały się jedynie w kinie (Clark Gable, Charlie Chaplin) oraz na twarzach wojskowych wodzów (Hitler, Stalin).

Krótkotrwałym okresem powrotu zarostu były lata 60. i 70. Kultura beatników, rewolucja seksualna, protesty studentów, beatlemania i dzieci kwiaty, czyli ruch hipisów, ponownie utożsamiały długie włosy i brodę z pokoleniowym buntem przeciwko konserwatyzmowi, konsumpcjonizmowi i wojnie. Zarost stał się więc raz jeszcze wyrazem kontestacji, z czasem jednak – po prostu nową modą kreowaną przez takich idoli jak John Lennon, Jimi Hendrix czy Che Guevara. Modą, która nigdy nie została zaakceptowana przez świat wielkiego biznesu i polityki. Tu nadal mile widziany był mężczyzna ze świeżo ogoloną twarzą wyrażającą solidność i budującą zaufanie. Niektóre korporacje, na przykład Disney i McDonald’s, zaczęły wręcz wywierać naciski na swoich pracowników, wpisując do korporacyjnego dress code’u zakaz noszenia jakiegokolwiek zarostu. Liderka brytyjskich konserwatystów – Margaret Thatcher – była absolutnym wrogiem zarostu i nie tolerowała go wśród swoich ministrów.

Jedynym wyjątkiem od gładko ogolonego wzorca mężczyzny korporacyjnego i homo politicus była rozpowszechniona w latach 80. przez takich artystów jak George Michael i Don Johnson moda na kilkudniowy zarost. Określany z angielska jako designer stubble lub five o’clock shadow krótki, jednolity zarost zaczął, szczególnie w kręgach show-biznesu, być utożsamiany z niedbałą nonszalancją i męską zadziornością. W odpowiedzi na nowy trend na rynku obok jednorazowych i systemowych maszynek do golenia zaczęły się pojawiać urządzenia pozwalające na utrzymanie tego rodzaju zarostu – trymery.

W 2002 roku internetowy magazyn „Salon” ogłosił nadejście mężczyzny metroseksualnego, a za jego ambasadora na całym świecie uznano brytyjskiego piłkarza i celebrytę – Davida Beckhama. Facet metroseksualny mieszkał w wielkim mieście i przykładał dużą wagę do wyglądu zewnętrznego. Był umięśniony, ale gładki. Interesował się modą, lubił zakupy, chodził do kosmetyczki i na masaże do spa. Był facetem postindustrialnym, który nie boi się odkrywać w sobie elementu kobiecości, lubi być podziwiany i śledzi, a nawet kreuje modowe trendy. Taki właśnie był w tym czasie David Beckham, a jego wizerunek szybko zaczął zdobić okładki wszystkich liczących się magazynów. Czy facet metroseksualny nosił zarost? Jak najbardziej! A Beckham w ciągu jednego roku potrafił zaprezentować kilka różnych stylizacji brody i wąsów (choć jednocześnie słynął z depilowania całego ciała). Zarost metroseksualny był ułożony i trendy. Stał się elementem modowej stylizacji, można było go zmieniać i zdecydowanie należało pielęgnować. Zarost ten, choć wystylizowany i zdecydowanie nie w stylu macho, pozwalał wizerunkowi mężczyzny metroseksualnego, który z czasem zaczęto krytykować za zbytni narcyzm i skojarzenia z homoseksualizmem, dodać męskiego rysu. W ślad za Beckhamem poszły inne gwiazdy – George Clooney, Hugh Jackman i Jake Gyllenhaal. Każdy z nich nosił krótki, wystylizowany i podkreślający atuty twarzy zarost.

Metroseksualizm po kilku latach się przejadł. Oskarżano go o spowodowanie upadku męskich cech i ideałów. Znudziły się wypielęgnowane (acz często okraszone wystudiowanym zarostem) twarze, ogolone klatki piersiowe i wypolerowane paznokcie. Ale moda nie zna pojęcia pustki. Metrofaceta musiał zastąpić jakiś inny wzorzec. Tym nowym typem był mężczyzna lumberseksualny, znany w Polsce jako drwal. Facet drwal zastąpił białe sneakersy żółtymi, ciężkimi butami, rurki wygodnymi jeansami, a designerski, ściśle przylegający do ciała T-shirt zamienił na flanelową kraciastą koszulę. Nosił czapkę (choć nie zawsze było zimno) i duży outdoorowy plecak (choć zwykle lądował w nim laptop, a nie siekiera). I co dla nas najważniejsze – facet lumberseksualny pozwalał brodzie i wąsom rosnąć do bardzo okazałych rozmiarów. Wizualnie wszystko różniło go od metroseksualnego eleganta, ale w istocie rzeczy był to nadal mieszkaniec dużego miasta, kupujący swetry w norweskie wzory w galerii handlowej i pielęgnujący drwalowskich rozmiarów brodę u najmodniejszego w mieście barbera. Wraz z modą na brodatych drwali pojawiła się cała drwalowska kultura, przez bardziej krytyczne głosy nazywana hipsterstwem.

Drwal lubił spędzać czas na świeżym powietrzu, najlepiej w lesie. A co niby miał tam robić? Oczywiście rąbać drewno. Do tego przynajmniej zachęcał nowego faceta Lars Mytting w swojej bestsellerowej książce Porąb i spal. Wszystko, co mężczyzna powinien wiedzieć o drewnie. Modna wśród drwali stała się nawet przez chwilę dieta jaskiniowca (paleo), obfitująca w mięso i wzorująca się na łowiecko-zbierackich nawykach człowieka prehistorycznego. Drwal szerokim łukiem omijał sieciowe kawiarnie, mógł za to godzinami rozprawiać o wyższości dripa nad aeropressem (lub na odwrót) w jednej z niezależnych kawiarni w modnej części miasta. Między rąbaniem drewna i piciem alternatywnej kawy zawsze znajdował czas, by wpaść do ulubionego barber shopu. Bo wraz z nadejściem drwali, po 2010 roku, byliśmy świadkami ogromnego comebacku tradycyjnych salonów barberskich. Ktoś przecież musiał się zająć pokaźnymi brodami facetów lumberseksualnych. Nagle wszyscy dowiedzieliśmy się, że barber to fryzjer męski, który również goli, używając do tego brzytwy, a barber shop to miejsce przeznaczone wyłącznie dla mężczyzn, gdzie obok usługi oferuje się klientowi męską rozmowę, szklaneczkę whisky lub mocnego shota espresso. Pierwsze tego typu miejsce w Warszawie – Rostowski Barber Shop – powstało na początku 2014 roku.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

1 Cyt. za Ch. Oldstone-Moore, Historia brody. Zaskakujące dzieje męskiego zarostu, tłum. M. Gądek, Kraków 2017, s. 275.

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Copyright © by Rafał Janta

Projekt okładki

Maria Gromek

Ilustracje

Karina Graj

Grafiki wykorzystane w książce

Copyright © Gorbash Varvara / Shutterstock.com

Copyright © VikaSuh / Shutterstock.com

Opieka redakcyjna

Przemysław Pełka

Artur Wiśniewski

Adiustacja

Anastazja Oleśkiewicz

Maria Szumska

Projekt typograficzny, korekta i łamanie

Pracownia Mole

ISBN 978-83-240-4779-6

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Na ostro i pod włos 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Food Pharmacy Porąb i spal Jeszcze jedna mila Kuba. Autobiografia