Przewrotny przybysz

Przewrotny przybysz

Autorzy: Andrzej Przewrocki

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 129

Cena książki papierowej: 29.90 zł

cena od: 15.54 zł

Mariański, typ rozrywkowy ze skłonnością do rozumowań bezproduktywnych, przeżywa gorszy okres. Jesień działa nań depresyjnie; po wakacyjnych wybrykach obawia się, motywowanej zazdrością, zemsty gangstera – górala rusofila. Zawiera niepokojącą znajomość z postacią ze snu – dyrygentem budzącej grozę orkiestry Peterem Dollarem, który składa mu zaskakującą propozycję. Pozyskanie zaufania nie przyjdzie Dollarowi łatwo, nawet jego nazwisko rozszyfrowane przez Aleksandra nie wróży niczego dobrego.

Mateusz prowadzi idylliczne życie. Zastajemy go w doskonałym nastroju na tarasie nadmorskiej willi w towarzystwie żony Natalii. Przed chwilą dowiedział się, że wybrano go do ekskluzywnej grupy testowej najnowszej wersji „Myearth” – gry z gatunku RPG z zaawansowanymi biotechnologicznie postaciami - andronami, lokowanymi przez korporację Heaven Software na specjalnym panelu, gdzieś w kosmosie. Wyczekiwany przez Mateusza eksperyment kończy się dlań fatalnie. Zakwestionowanie realności jego świata nie jest jeszcze najdotkliwszym ciosem...

Aleksander i Mateusz pozostają w egzystencjalnym klinczu. Ich wielowymiarowa relacja tworzy rodzaj nierozwiązywalnej zagadki.

Książka zawiera refleksje dotyczące filozoficznych rozterek i lęków oraz odniesienia do muzyki, literatury i kultury popularnej, a także sporą dawkę absurdu i szczyptę nieordynarnej perwersji. Jest też próbą spojrzenia na świat ludzi z perspektywy aniołów stróżów, jak się okazuje – bytów również niedoskonałych

Projekt okładki: Pola i Daniel Rusiłowiczowie

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Barbara Milanowska (Lingventa)

© by Andrzej Przewrocki

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2017

ISBN 978-83-287-0926-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Kocurkowi

Spis treści

Prolog

Jessie

Carlos z Cancun

Al Lydi

Der Lackmusburger

Peter czy Pierre?

Aleksander

Gra

Ekspedycja

Heaven Software

PESEL

Andron

Misja

Awaria awatara

Denis

Głowa słonia

Natalia Inezilia

Prolog

Ze sporą dozą przesady można powiedzieć, że całą tę tragifarsę pamiętał jak przez mgłę…

W kilku wybrali się w Tatry. W przeddzień wspinaczki, już w Zakopanem, zmienili plan. Być może to przypływ respektu dla gór sprawił, że postawili na dłuższą aklimatyzację w bazie.

W jakiejś mrocznej piwnicznej izbie z kapelą grającą reggae zaczęło się bajkowo. Nastka kleiła się do niego, jakby był pociągnięty miodem. Bezwstydna bawiła się nim jak manekinem. On, oszołomiony śliwowicą i własnym powodzeniem, dał się porwać nawałnicy jej namiętności ochoczo i bezwarunkowo. „Ubóstwiam góry!” – szeptał jej w tańcu. Gdyby zachował choć odrobinę rozsądku, może przyszłoby mu do głowy, że w tym wszystkim musi być jakiś kruczek, jakieś drugie dno. Owszem, kobiety go lubiły, ale przecież jego urok nigdy wcześniej nie działał jak dynamit.

Co się okazało: Nastka to narzeczona Wasyla, lokalnego rzezimieszka. Szalona i namiętna, do tego całkiem niebrzydka. Po wszystkim barmani opowiadali, że miała zwyczaj wabić w swą zmysłową zasadzkę takich jak on fircyków. Kiedy sprawy dochodziły do punktu kulminacyjnego, zupełnie nagle i bez zrozumiałego powodu porzucała swego ogłupiałego oblubieńca prawie obnażonego lub co najmniej nierozsądnie rozchełstanego i czmychała do izdebki dla najdostojniejszych baców. Tam zalewając się łzami, padała do stóp Wasyla. „Wasieńka! Ty moj kniaź! Ty imperator! Ty riealnyj Bazyli! Ja nieszczęsna! Ja niegodziwa! Litościm niegodna!” – zawodziła bez sensu i bez końca. Powiadali, że Wasyl miał do niej ogromną słabość. Fakt, w pysk strzelił, ale wybaczyć umiał. Nastce, rzecz jasna. Nikomu innemu.

Na szczęście zbir również tej nocy przeholował i ocucenie go potrwało dobrą chwilę, mimo że wycie Nastki obudziłoby i umarłego. Tym sposobem łaskawy los darował niefortunnemu amantowi parę minut. Czas ten wykorzystali bramkarze, którzy mieli już dość policji regularnie ściąganej przez krwawe pokłosie miłosnej psychodramy. Nikt zresztą nie potrafi tak do końca wyjaśnić, jakim cudem uniknął masakry. Ale też nikt, kto zna sprawę, nie uważa jej za zakończoną.

Według miejscowych Wasyl i Nastka to dość specyficzna para żyjąca w przedziwnej symbiozie. Wasyl prawie przez całe życie miał większy pociąg do bójek niż do kobiet. Od czasu jednak, gdy osiągnął dość solidny status gangstersko-finansowy, coś się w nim odwróciło: przestały go podniecać mafijne porachunki. Na swój sposób poczuł się zawodowo wypalony. A cudzej krwi na swych pięściach potrzebuje ponoć jak tlenu. Mówią, iż rzezimieszek ten najpełniej czuje, że żyje, idąc w bójce na całość. Stan ten zaś wyzwala w nim obecnie wyłącznie miłosna wendeta. Tylko wówczas wpada w pasję i hamulce puszczają mu, tak jak lubi.

Wasyl, a właściwie Wacław Sylaba z Murzasichla, kiedyś handlował oscypkami. Unia wymusiła, żeby wszedł w scypki, później także w szampanskoje. Podobno uważa, że nic nie przebije rosyjskiej fantazji, i utrzymuje, że kocha Rosję. W szczycie introspektywnej eksploracji bełkoce, że jest Rosjaninem uwięzionym w ciele górala albo Waśką na podhalańskim łańcuchu. Kamratom każe uczyć się rosyjskiego i twardo to egzekwuje. Im i swoim, jak mawia, diewoczkom nadaje rosyjskie pseudonimy. Z Rosjanami zresztą wchodzi w jakieś konszachty. Sam wprawdzie po rosyjsku ledwie duka, ale nie ma to większego praktycznego znaczenia, gdyż i tak zasadniczo jest oszczędny w słowach.

Ponoć po zniknięciu fircyka w murowanej piwnicy długo dudniło: „Zabiju sobaku! Na kańcu mira dorwu i zajubliu” przy akompaniamencie rozpaczliwego zawodzenia Nastki.

Jessie

Rozpoczęła swój coroczny koncert na znajomą uwodzicielską i obłudną nutę. Miłe złego początki w najczystszej postaci. Gdyby sekwencja sezonów była przypadkowa i szansa, że z początkiem grudnia zakwitną szafirki, nie ustępowała ryzyku komunikacyjnych paraliżów, trudno byłoby jej pierwszym tygodniom cokolwiek zarzucić, trudniej też byłoby uzasadnić odczuwaną przez większość i opiewaną przez co bardziej natchnionych wyjątkowość maja. Do tego, w kontekście konsumpcyjnym, koniec września wypada przecież uznać za kulinarną kulminację kalendarza. Niestety nie sposób do tego stopnia nafaszerować się kurkami, gołąbkami czy gąskami, by nie zauważyć jej drugiej części, która po prostu nie ma zalet. O braku jasnych stron listopada dla każdego, kto nie jest skrajnym domatorem, nawet nie ma sensu pisać. Niektórzy twierdzą wprawdzie, że muzyka Chopina lepiej brzmi jesienią. Inni, a może tak naprawdę ci sami, utrzymują, że dzwoniący o parapet deszcz i długie wieczory stwarzają doskonałą oprawę dla spędzania czasu we dwoje.

Aleksander Mariański jednakże nie zgadzał się z takim podejściem. Aby dawać chętne ucho wysubtelniającym ciszę nokturnom, nie potrzebował on ani pluchy, ani nocy trwającej zdecydowanie zbyt długo. Z kolei poranne sobotnie wyprawy do bab sprawiały mu najwięcej frajdy, kiedy ze straganów śmiały się doń truskawki, bób, czereśnie i całkiem już przyzwoite pomidory. Co zaś do rzekomo szczególnego klimatu dla par, jego zdaniem doszło do najzwyklejszego pomieszania skutku z przyczyną. To nie jesień tworzy wyjątkowy nastrój dla zakochanych, lecz miłosne uniesienia są stosowanym od wieków domowym, by nie powiedzieć „babcinym”, lekarstwem na jesienne przygnębienie. Trudno raczej znaleźć parę, która podczas upalnych wakacji wzdychałaby za przygruntowymi przymrozkami.

Perspektywa zbliżających się słotnych miesięcy nie malowała się więc Aleksandrowi w przesadnie różowych kolorach. Nasz bohater nie tyle nie lubił zimy, ile przepadał za wiosną i latem. To nic, że jego konikiem był snowboard, on i tak wolał lato. O dziwo, w dniu jego astronomicznej inauguracji popadał w zodiakalną melancholię. Upojenie upałem mąciła mu świadomość, że od teraz dni będą się już skracać. Dla równowagi lepiej psychicznie znosił czas przesilenia zimowego. Niestety nie przyszło mu do głowy, by martwiąc się w sobótkę, że za pół roku trzeba będzie włożyć kalesony, uwzględnić też budzącą się w nim w okolicach Gwiazdki radość ze zbliżającego się kolejnego lata. Gdyby na to wpadł, mógłby tym pełniej cieszyć się ulubioną porą roku, mentalnie delektując się już tą przyszłoroczną.

Jak z powyższego wynika, nasz bohater nie należał do ludzi najmocniej osadzonych w rzeczywistości. Jedno trzeba mu przyznać – lubił progres. Szkoda tylko, że poszukiwał go głównie tam, gdzie nie wymagało to nadmiernego wysiłku. W sferze astronomicznej mógł zaś się nim napawać, nie kiwnąwszy palcem.

Wobec tego wszystkiego, co czekało Mariańskiego w najbliższych miesiącach, oferta Petera Dollara, jakkolwiek nietypowa i w pewnym sensie ryzykowna, mogła się wydawać kusząca. Problem z Dollarem polegał na tym, że coś zdecydowanie było z nim nie tak. Kim był? Iluzjonistą? Zjawą? Szaleńcem? Zwykłym oczajduszą? Tego Aleks nie potrafił rozgryźć, a swoisty i właściwie niewypowiedziany pakt wykluczał ujawnienie tej znajomości komukolwiek, także jasnowidzom i psychiatrom.

W tym roku Jessie – nasz bohater nie lubił zgłoski „ń” i nawet w myślach używał jej tylko wówczas, gdy uważał to za absolutnie niezbędne – pokazała pazurki wyjątkowo wcześnie. Jeszcze się październik nie zaczął, a tu kolejny posępny poranek, istny listopadowy zwiadowca. Aż dziw, że to ten sam świat co przed tygodniem… Kontemplacja jesiennej beznadziei, w której Aleks powoli się zanurzał, choć oswojona i bezpieczna, raczej nie stanowiła atrakcyjnej alternatywy dla ekstrawagancji, do których przekonywał przewrotny przybysz.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Przewrotny przybysz 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer