Ślady

Ślady

Autorzy: Ludwik Hering

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 16.90 zł

Trzy opowiadania Ludwika Heringa, Ślady, Zieleniak i Meta, będące przejmującym zapisem tragicznych losów mieszkańców warszawskiego getta, powstały tuż po wojnie, w 1945 roku. Zostały opublikowane w „Kuźnicy” i tygodniowym dodatku literacko-satyrycznym „Głosu Ludu”. Z noweli Meta trzy środkowe rozdziały odrzuciła cenzura. W Wyborze opowieści wojennych, wydanych przez Instytut Literacki (Rzym 1947) w opracowaniu Herlinga-Grudzińskiego, proza Heringa znajduje się pośród utworów takich pisarzy jak Kazimierz Wierzyński, Adolf Bocheński, Maria Kuncewiczowa, Józef Czapski, Arkady Fiedler, Jerzy Andrzejewski, Melchior Wańkowicz, Maria Czapska, Maria Dąbrowska. Niewiele później fragmenty opowiadań ukazały się w Wypisach szkolnych dla klasy VIII szkoły podstawowej (Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa I947).

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

ZIELENIAK

ŚLADY

META

Nota redakcyjna

Posłowie

przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Redakcja Mirosław Grabowski

Korekta Małgorzata Denys

Projekt okładki Magda Kuc

Zdjęcie na okładce Ludwik Hering (fot. CAF)

Zdjęcia pochodzą z prywatnych zbiorów Ludmiły Murawskiej-Péju

Copyright © for the text by Ludmiła Murawska-Péju, 1984

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarca Owca, 2017

Wydanie I

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

ISBN 978-83-8015-894-8

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

ZIELENIAK

Piątego sierpnia rano, po kwadransie wściekłej strzelaniny, na ciche dotychczas uliczki Ochoty wtargnęły chmary Ukraińców, wypędzając mieszkańców z błyskawicznie podpalanych domów.

Jedynym chyba – silniejszym niż strach – uczuciem ludzi było zdumienie. Szli jak lunatycy z podniesionymi rękami, krzykiem i ciosami karabinów kierowani z bocznych uliczek w główną – Grójecką.

Oślepieni gęstymi obłokami dymu, który zmieniał ulice w łaźnie, następując na siebie w tłoku, posuwali się wolno wśród szybkiego, niewidocznego szpaleru obmacywań, przekleństw, strzałów i uderzeń.

Miazga ludzka wytłoczona ulicą za granice miasta – uściślona konwojem – pełzła wolno gładkim pasem szosy, pod ogromnym niebem, przekreślonym lekką smugą drutów i dalekimi wieżami radiowymi.

Już mroczniało, gdy zatrzaśnięto żelazne bramy za wielotysięcznym tłumem wpędzonym na pusty plac otoczony murem.

Wystrzelona w nocne niebo rakieta chwilę świeciła i zbrużdżony gęstą arabeską blasku i czerni ekran zgasł nagle. W obmurowanym, kilometrowym chyba prostokącie szarzeje splątany kilkudziesięciotysięczny płaski tłum leżących ludzi.

Brzegami wędrują światełka latarek, migocą po kilkanaście i pojedynczo. Czujkami blasku macają mrok, wślizgują się w głąb, nieruchomieją, gasną. Rozlana masa, nakłuwana światłem, marszczy się pełzliwie ku środkowi. Co chwila zwierzęcy, pożądliwy pomruk wyszarpuje z ziemi przerażony, błagalny głos kobiecy. Szczelnie przylega do murów stalowe niebo – rudawe brzegiem, przezroczyste od strony palonego miasta.

Częste, iskrzące się, suche wystrzały wach osaczających mury ścierają świadomość.

Zsiniały o świcie plac – dawniej targowisko jarzynowych hurtowników: wielki czworobok gołej ziemi, porosłej gdzieniegdzie zdeptaną świńską trawą – zaroił się od poruszonych głodem ludzi.

Rodzice uspokajają płaczące dzieci, że wrócą wkrótce do domów, do swoich piwnic – trzeba poczekać tylko, aż się domy wypalą i ostygną. Sami w to wierzą. Większość nie wyniosła nic – poza dotkliwym urokiem nieba nad tymi swoimi domami, nasyconymi nadzieją ostatnich tygodni.

Dla kilkudziesięciu tysięcy ludzi jest tylko jedna studnia – za bramą. Puszczają do niej pod konwojem po kilka osób. (Na drugi czy trzeci dzień założono dodatkowy hydrant na terenie). Jest również brama prowadząca na jarzynowe działki. Otwierają ją nie wiadomo kiedy i na krótko. Puszczają także od czasu do czasu do przyległych z zewnątrz budynków, już spalonych, skąd można przywlec rozbite szafy, stoły, drzwi i krzesła. Zdarzają się jeszcze inne okazje – jednorazowe i niepowtarzalne: zabity koń lub krowa. Poza tym nie ma nic. Żeby zdobyć coś z nielicznych darów Zieleniaka, trzeba mieć węch psa, celność strzelca i szybkość pocisku. No i bary, i łokcie, i pięści.

Powietrze szumi jak liście rozkołysanych drzew, sypiąc obficie twarde i cuchnące owoce – słowa – zawsze te same, wystarczające dla określenia różnych zjawisk i uczuć.

Każda upływająca godzina coraz wyraźniej dzieli ludzi na zaradnych i niezaradnych i decyduje o dalszym podziale na sytych i padających z pragnienia i głodu.

Szanse przetrwania przeważały na stronę szarego proletariatu, przemieszanego ze świetniejszą i świetną ludnością nowoczesnych bloków i ogrodowych domków tej dzielnicy. Ludzie pogrążeni w jednej sytuacji nie przestawali być ludźmi różnych sfer. Te różnice stwarzały dystans, utrudniały współżycie. Jedyne, co tu ma sens – to siła fizyczna, wytrzymałość i celowy wysiłek ciała. Wszystko inne – wrodzona i robiona wytworność, wrażliwość, nawyki, zwyczaje i polor uprzywilejowanych – działa jak demonstracja. Razi i śmieszy, wreszcie staje się pospolitą słabością i wyczerpaniem.

Elegantki z przedmieścia od pierwszej chwili zrezygnowały z wytworności, splunęły energicznie na manikiury i nie ustępowały w zaradności swoim mężczyznom. Odwieczne tradycje jednoizbowców pozwoliły – im właśnie – łatwiej znosić warunki Zieleniaka. Ci, co na szmuglerskich szlakach przywykli do sytuacji bez wyjścia, z których jednak wychodzili żywi, którzy sto razy tracili i sto razy zaczynali – i tu zaczynali „od nowa”.

Krytycznie patrzącym zdawało się, że „ci ludzie” są tu w swoim żywiole. Przykucnięci w niemym oczekiwaniu – jak na stacji kolejowej – patrzyli ze zdumieniem, jak „tamci” urządzali swoje biwaki, jakby tu mieli zostać na wieczność. Odgrodzone deskami kojce zabezpieczały ich „przestrzeń życiową”; przywleczone szafy i biurka wzrastały jak stragany stosami jarzyn, przybywało garnków, konwi z wodą i misek. Gdzieniegdzie sterczał – jak w poczekalni – rosochaty wieszak. Te wieszaki służyły poza tym jako punkty orientacyjne.

Gdy piątego dnia liczni przezorni „posiadacze” odchodzili na niewiadomy los z workami na plecach, kubłami w rękach i z krzesłami na głowie – głodne rzesze rzuciły się na ziemię po nich, pożerając przed drogą obfite reszty niezabranych kartofli i buraków.

Gazeciarze i papierosiarze odrośli na osaczonych łapankami ulicach – dzieci Warszawy – od dawna posiedli mądrość życia na przekór. To oni w ostatnich przedpowstańczych miesiącach wprowadzili nowy brawurowy styl wyskakiwania – „urywania się” – z tramwaju: w najszybszym pędzie ciskali się ze stopnia odchyleni przeciw jeździe, równoważąc rzutem ciała w tył siłę rozpędu, i stawali na jezdni prościutko – bez żadnego zbytecznego kroku – okrzykując „Nowy Bajer Warszawski”. I tu przeciskali się niezmordowanie, obładowani butelkami z wodą, usłużnie proponując umierającym z pragnienia pół litra za „górala”.

Skwar wysusza ludzi, wyczerpuje bardziej niż głód.

Kręcą się pijani Ukraińcy. Próbują szczęścia, rewidują ograbionych już w drodze ludzi. Niektórzy zagadują żołdaków. Chcą wiedzieć, co dalej. Kiedy to się skończy? Ukraińcy wzruszają ramionami – nie wiedzą. Komendant obozu czeka podobno na rozkaz Niemców. Jeden z Ukraińców częstuje szczodrze papierosami. Szarpie na głowie czarny pierożek i krzyczy z pijacką beznadziejną perswazją:

– Po co wam to było?! Dlaczego się buntowaliście?! Przecież u was magazyny wszystkiego: ubrań, wódki, jedzenia! Czego wam było brak? Durni, durni! Nikt z was żywy stąd nie wyjdzie. – Kiwa głową z politowaniem, roztkliwia się do łez. – Biedni wy, durni! – I zaraz potem: – Przyznajcie się, macie złoto? Dajcie złoto. Wam i tak nic po nim, zgnijecie wszyscy, a ja pożyję jeszcze, pohulam…

Brak chętnych rozwściecza go. Grozi naganem – ciska się do rewizji. Cenne węzełki wędrują szybko, podawane kryjomo z rąk do rąk, jak pierścień w Norwidowskich salonach.

Od strony bram rozlegają się strzały oddane w powietrze i nawoływania:

– Położyć się! Położyć!

Rozkaz podawany dalej dochodzi do wszystkich. Ziemia zaległa ludźmi, drży jak robactwo w kloace. Zza muru, z wizgiem i jazgotem, wyfruwają jedne za drugimi rozżarzone pociski i giną za placem.

Jedni zrywają się z ziemi, inni leżą struchlali. Zrozumieli: To koniec. Taki właśnie koniec. „Nie trafili! Następna seria będzie celna”. Tłum drepce w popłochu. Znów pociski… Ci, co stali, padają przewróceni powiewem. Pociski znów przeszły nad głowami, a potem zza dalekich zrębów miasta wytrysły białe fontanny, rozkłębiając się z chwili na chwilę w czarne dymy pożarów.

„To na Warszawę”, stwierdzono z ulgą, jaką daje cudza, a nie własna śmierć, i pędzono do porzuconych przy bramach ogonków.

Plac z każdym dniem gęstniał od nowych partii przybyłych z miasta ludzi. Nocami już brakło miejsc leżących i ludzie siedzą pokurczeni i wtuleni w siebie. Nadchodzą wieści o okropnych śmierciach – często bliskich.

Wyczerpani głodem, pragnieniem i strachem o własny los, ludzie słuchają martwo, nie reagują wzruszeniem.

Zwały ludzkie wtopione w żar, rude od słońca, śliskie od potu, naprężone w niesłabnącym rozmachu, napierają nieustępliwie w kierunku bram. Słychać strzały, krzyki, przekleństwa – jeden wzburzony rozgwar rozłażącego się, lecz niezmniejszającego napięcia.

Wracają, tuląc butelki i blaszanki, półżywi, z szarymi twarzami, z wyschłą skórą. Oto wracają triumfatorzy. Ciskają w swoje gniazda krwawe ochłapy mięsa i naręcza drewna. Podkasane baby uskrzydlone pękami marchwi sypią z kiecek góry złotych kartofli. Przykucają prędko na trawie i nie tracąc czasu, kroją, skrobią i pędzą z garnkami do ognisk.

Rubensowski kiermasz. Spotworniały kiermasz troglodytów, których radość ze zdobytego żeru i nasycenia nie znajduje jeszcze ujścia w śpiewie i tańcach! Dalej od bram nachylone ku ziemi życie, rozbite w tysiące grupek, spłaszczone w pozłotce kurzu, wygląda jak w średniowiecznych religijnych miniaturach z czyśćcem i piekłem, z ciągle powtarzającym się motywem sytych i głodnych, nagrodzonych i potępionych.

Skostniałe w bezradnych gestach matki tulą do kolan zamknięte jak perły, zachodzące niebieskim cieniem twarzyczki swych dzieci. Twarze kobiet dojrzewają do krzyku. Naprężone protestem, strachem – aż do pęknięcia – więdną nagle w fałdach wyczerpania. Siedzą głodni z płynącą z czarnych ust śliną – wpatrzeni w jedzących. Wysychają oszukane sto razy gruczoły, a zobojętniałe oczy patrzą z jednakową tępotą na ziemię, buty, marchew, niebo i ciała kobiet rozrzucone byle jak, jak ledwo związane pęczki mięsa.

Pod murem przy licznych płonących rzędem ogniskach kręcą się ludzie. Pilnują garnków z zupą i pieczonych w popiele kartofli. Gdzieniegdzie smyrli się na rożnie kawał mięsa, to znów w blaszanej rynnie pływają raczuchy, odwracając się zrumienionymi grzbietami i chowając w skwierczącym oleju białe brzuszki.

Między ogniska szerokim spadkiem z muru spływa kał.

W rogu placu stoi biały budynek ustępu i długa kolejka kobiet, które rozpierzchają się często w popłochu przed Ukraińcami.

Od budynku ciągnie się rząd mogił. Jest tu najpuściej. Ludzie grzebią szybko swoich zmarłych i odchodzą. Często przynoszą maleńkie czerwone dzieci, rodzące się ciągle na śmierć. Cmentarzyk wzrasta szybko, choć ludzie umierają tu przeważnie „swoją śmiercią” – z głodu.

Bodajże raz tylko zastrzelono człowieka, ojca, który oszalał nad trupem młodziutkiej, zgwałconej przez żołdaków córki.

W górze płasko przylega do murów bardzo niebieskie niebo, jak pocztówka: pocztówkowe morze ze skrawkiem dymiącego, skruszonego w słońcu wybrzeża.

Czas przestaje upływać. Nieznaczony żadnym terminem zbliżającej się zmiany, zamknięty w krążeniu krwi, rozsadza mózg, zastyga w czarnych skrzepach.

Po piątej nocy – od rana – rozchodzi się wiadomość, że obóz będzie przeprowadzony na Dworzec Zachodni i tam przekazany Niemcom.

Na terenie Zieleniaka była raz jeden tylko wizyta jakiegoś niemieckiego dostojnika. Rozkazano wtedy usiąść wszystkim tak, żeby było przejście przez środek placu, i odkryć głowy; przeszedł tą drogą i odjechał.

Otwarto wreszcie bramy. Tłum pod konwojem Ukraińców – piątkami – wypływa godzinami przez wielkie pola, zmarszczone działkową uprawą i połyskujące słońcem. Potem szlak na Dworzec Zachodni. Ludzie szli, wymijając trupy napęczniałe śmiercią, patrząc w martwe złomy, biorąc w siebie nieostygłą twarz zamordowanego Miasta.

Łódź, 1945

ŚLADY

Wychodzą jeszcze nocą, korzystając z ciemności i ze szmuglerskich okazji przy murze. Prześlizgują się przez dziury i szczeliny rynsztoków, przez które, zdawałoby się, kot nie przejdzie. Podsadzani przez dorosłych na mur, spadają jak koty na tę stronę.

Tak w mieście wołano za nimi: „Kot!… Kot!…”, i to znaczyło tyle co „Jude”. Zlepki błota i strachu. Zatajony w mroku sens nadchodzącego dnia: żebrzące, szczute dzieci.

Zaczajone do świtu na umartwionej murem getta i cmentarza ulicy, korzystają z pierwszego ruchu rannych godzin, żeby zaplątać się wśród robotników i przemknąć do dalszych od getta dzielnic.

Byleby dalej od muru – stamtąd nawet gorliwy policjant ich nie zawróci. Po cóż miałby się darmo fatygować długim na Gęsią kursem i tracić cenny czas, tak bogaty w zyskowniejsze okazje – choćby takie jak dorosły Żyd?

Cała najmniej zawodna psia psychologia zamknięta w oczach bezbronnego dziecka: ominąć, przystanąć, uciec.

Te oczy w wynędzniałych twarzyczkach – baczne, ostrożne, uważne – chroniły i jakże często zdradzały.

Osaczone przez aryjskich rówieśników dziecko, przytulone do ściany, nie broni się, nie gryzie, nie kopie. Stoi milczące w chórze wyzwisk, starając się wybiec wzrokiem poza głowy napastników, śledząc, czy nie grozi inne niebezpieczeństwo: mundur.

Czeka, aż znudzeni biernością rozluźnią pierścień. Idzie dalej, wlokąc za sobą nogi w opadających kurpiach i szmatach – cieniutkie piszczele zgrubione węzłami uginających się kolan.

Przechodzą sto ulic, sto pięter. Pukają od drzwi do drzwi. Albo bezsilne, półsenne, zrezygnowane, niebaczne na nic – siedzą we wnękach bram i sklepów.

Wracają wieczorem, jęcząc ze zmęczenia. Brzękają blaszankami, podtrzymując troskliwie poły palt, napełnionych przemyślnie między podszewką i poszyciem użebraną żywnością.

Wracają za mur nawet te dzieci, które już nie mają do kogo wracać. W lecie – gdy ciepło – część nocuje w szopach nad gliniankami, w zrujnowanych domach czy wprost pod niebem w polach na przedmieściu.

Może to, że wracały, dawało im względną bezkarność.

W zimie wracają dla ciepła. W getcie już dawno wydarto na opał deski z korytarzy, ramy okienne na klatkach schodowych, balustrady, poręcze schodów i często same schody. Ale w getcie każdy zakamarek sieni i piwnic zapchany jest ludźmi. Skłębieni po kątach grzeją się własnym ciepłem. Rano silniejsi wywlekają się spod półtrupów i trupów, żeby za murem przeżyć jeszcze jeden dzień. Są to przeważnie jedyni żywiciele rodzin.

Ciągną pod wieczór ulicami z różnych stron miasta – kulejące, niezdarne, jak okaleczone ptaki wracające do gniazd.

Gromadzą się wielkimi chmarami przy bramach prowadzących za mur. Stoją godzinami w mróz, skwar czy deszcz, czekając na kapryśne skinienie obojętnych jak kamienne bożki wachmistrzów.

Czasem, zmęczone oczekiwaniem, urządzały zbiorowy atak – rzucały się chmarą i przerywały konwój.

Pchały się „natrętnie”, „nachalnie” i „bezczelnie”.

Doskakiwały, odskakiwały – zachrypłe, zmęczone. Oganiając się przed złośliwością łobuziaków, przytrzymywały troskliwie – jak ciężkie grona ziemi obiecanej – poły palt wypchane użebranym chlebem i kartoflami.

Bywało często, że na rozkaz żandarma trzeba było ten owoc całodziennego trudu wyrzucić na stos, w błoto przy murze, i wejść bez niczego pod razami pałek i kolb.

Ma może sześć lat. Siedzi na stołku, obejmując sinymi rączkami parujący kubek. Jest owinięty jak mumia zniszczoną chustką zawiązaną na plecach w staranny węzeł. Odchylił w tył zbyt ciężką głowę młodziutkiego faraona na cienkiej szyjce, z odstającymi dużymi uszami. Wypukłe długie powieki łatwo opadają na niepotrzebne teraz oczy. Dwie delikatne rysy wzdłuż nosa aż do ust precyzują przezroczystą twarzyczkę wyniosłym, wtajemniczonym wyrazem dojrzałego cierpienia.

Wyjaśnia stanowczo:

Nie chcę kłamać. Ja już skończyłem osiem lat.

Nam przed wojną urodziło się dziecko. Tatuś był fryzjerem – i jak to przy pracy: raz zjadł to, raz tamto – nie zawsze koszerne. I nam to dziecko umarło.

Dlaczego ja mam powiedzieć, że mam sześć lat, jak mam osiem? Żeby się Pan Bóg potem na mnie mścił?

Mówi słabym śpiewnym głosikiem, przeciągając końcowe słowa. Nie ma wątpliwości w niczym, co mówi. Jeśli nawet nie akceptuje – to na pewno się nie dziwi.

Stwierdza rzeczowo:

Najważniejsze, żeby nie spuchnąć – bo to już koniec. A żeby nie spuchnąć, trzeba choć raz na dzień zjeść. A za co kupić, jak u nas już wszystko sprzedane?

Jak zostało już tylko łóżko i pierzyna, to mamusia tylko płakała i płakała, i coraz to odkrywała mi nogi – czy już nie puchną.

Co pomoże płakać?

A tam nikt nic nie da. Tutaj ludzie mniej chytrzy niż tam. Tam każdy o sobie myśli – nawet rodzina. U nas mieszka siostra ojca z dziećmi. Im to dobrze! Tam jest chłopak, co ma już szesnaście lat, i on handluje. Ale też się kłócą, bo on ją oszukuje. Raz widziałem, jak zjadł w sklepie dwie grahamki i ze trzy deka smalcu. Może pięć.

Rano to w tym sklepie taki tłok! – – Tam przychodzą jeść szmuglerzy i piją herbatę. Wódkę też piją. Ja chodziłem tam zbierać okruszyny ze stołu, ale czy to dużo można zebrać okruszyn? A jeszcze przyjdą silniejsi i odepchną. Tam jest tyle chleba! – i pytlowy, i sitek, i bułki – nawet lejkuch: takie wielkie żółte placki, i to jeszcze po dwa na kupie – jak cegły – aż się uginają.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ślady Listy 1939-1982. Tom I 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002