Rosja

Rosja

Autorzy: Edward Rutherfurd

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 28.04 zł

Na kartach tej przebogatej powieści spotykają się chłop i jego pan, kozak i car, pop i Żyd, a ich losy splatają się w wielką rodzinną sagę, która płynie przez stulecia historii, odsłaniając przed nami kraj najbardziej niedostępny i tajemniczy: Rosję. Poprzez dzieje miasteczka leżącego na wschód od Moskwy Edward Rutherfurd buduje rozległą opowieść złożoną z zaskakujących sprzeczności rosyjskiego narodu i rosyjskiej kultury – opowiada o kraju ponurym i egzotycznym zarazem, brutalnym i romantycznym, zanurzonym w rytuałach i jednocześnie przesiąkniętym zabobonnymi lękami. Początki państwa ruskiego, okrutne najazdy tatarskie, panowanie Iwana Groźnego, dzicy Kozacy, Piotr, Katarzyna, czasy Wojny i pokoju, wreszcie dramat rewolucji październikowej i niezwykła współczesność – oto historia Rosji w tej fascynującej powieści, historia odtworzona z pasją i zachwycającym bogactwem szczegółów.

„Wspaniała lektura i wciągająca opowieść. Autorowi udało się uchwycić i oddać ogrom Matki Rosji, jej historię i jej możliwości”.

BOSTON SUNDAY HERALD

„Ta książka to zbiór wspaniale powiązanych ze sobą krótkich opowiadań z dużą porcją łatwej w odbiorze historii. Naprawdę znakomita lektura”.

THE TIMES

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Przedmowa

Wprowadzenie

Podziękowania

W lesie i na stepie

Rzeka

Tatarzy

Ikona

Iwan

Kozak

Piotr

Katarzyna

Pojedynek

Ojcowie i dzieci

Rewolucja

Koda

Epilog

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału

RUSSKA

Redakcja: Mirosław Grabowski

Projekt okładki: Izabella Marcinowska

Przygotowanie okładki na podstawie projektu Izabelli Marcinowskiej: Magdalena Zawadzka / Aureusart

Zdjęcia na okładce: © Harald Sund / Photographer’s Choice / Getty Images, © ilbusca / iStock

Korekta: Igor Mazur

Redaktor prowadzący: Anna Brzezińska

Copyright © Edward Rutherfurd 1991

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2017

Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Smoleńska, 2017

Wydanie I

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

ISBN 978-83-8015-640-1

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Z największym szacunkiem dedykuję swoją książkę wszystkim tym, którzy odbudowują klasztorną społeczność Pustelni Optyńskiej.

Przedmowa

Ruska jako miejsce

Obie miejscowości pod nazwą Ruska występujące w książce – jedna na południu, a druga na północy – są fikcyjne, chociaż miasteczko o takiej nazwie rzeczywiście kiedyś istniało. Te wymyślone miejscowości mają cechy okolic, w których się znajdują. W Rusce na północy, gdzie toczy się główna akcja, jest klasztor i stare miasto, przypominające, choć w mniejszej skali, pradawny Suzdal, w którym powstała część książki. Magiczne wiosny widziałem na własne oczy przy starej twierdzy w Izborsku na północnym zachodzie Rosji. A wiejski dom Bobrowów przypomina majątek Puszkinów.

Powieść Rosja

Rosja jest powieścią historyczną. Co prawda występujące w niej rody – Bobrowów, Suworinów, Romanowów, Iwanowów, Karpienków, Popowów – jak też postać Piniegina, są fikcyjne, jednak opowiadając ich dzieje, umieściłem je wśród postaci i zdarzeń historycznych.

Mimo że na Zachodzie rośnie fascynacja Rosją, większości czytelników historia i geografia tego ogromnego kraju jest – z wielu powodów – słabo znana. Dlatego w możliwie dużym stopniu starałem się przedstawić kontekst historyczny, który – mam nadzieję – ułatwi lekturę i nie będzie zbytnim obciążeniem. Dążąc do uproszczenia narracji, w kilku miejscach pozwoliłem sobie na kondensację wydarzeń – mam nadzieję, że nie pogwałciło to prawdy historycznej.

Żeby oddać niezwykłe bogactwo i wyjątkowy charakter kultury rosyjskiej, czerpałem obficie z rosyjskiego folkloru i literatury. Odpowiedzialność za efekty tych zabiegów – udane i nieudane – biorę wyłącznie na siebie. Liczę jednak na to, że osoby obeznane z tą tematyką rozpoznają na kartach książki dawnych przyjaciół.

Wprowadzenie

Książka powstawała w latach 1987–1991. Nieraz odwiedzałem wtedy Rosję i w sumie spędziłem w tym kraju wiele miesięcy. Byłem oczywiście w Moskwie i Leningradzie, ale w swoich samodzielnych podróżach dotarłem aż do wyspy Kiży na północnym zachodzie, na wybrzeże Morza Bałtyckiego, widziałem krąg średniowiecznych miast otaczających Moskwę, widziałem także Kijów, Czernihów i inne miasta na Ukrainie. Wędrując na południe, dotarłem do Odessy, na Krym, na kozackie terytoria nad Donem, na Kaukaz, a także do leżących na pustyni Chiwy i Samarkandy. Dzięki znajomym odwiedziłem miasto Guś-Chrustalnyj położone w regionie, w którym usytuowałem fikcyjną północną Ruskę. Członkowie Związku Pisarzy zabrali mnie do Riazania oraz pokazali miejsce, gdzie pierwotnie wzniesiono miasto o tej nazwie, zniszczone później przez Mongołów – było to niezwykłe doświadczenie.

Jednak dla mnie najważniejszy okazał się dzień, w którym dzięki Związkowi Pisarzy mogłem odwiedzić świeżo zrekonstruowany klasztor Pustelnia Optyńska. Przyjechaliśmy tam niedługo po tym, jak mnisi odkryli szczątki ojca Ambrożego, swojego słynnego dziewiętnastowiecznego starca. Akurat trafiliśmy na poranne uroczystości upamiętniające to wydarzenie. Ceremonia była niezwykle prosta, ale mnie, człowiekowi z zewnątrz, pozwoliła zobaczyć przebłysk prawdziwej Rosji. Odtąd raz na zawsze nabrałem przekonania, że jeśli chcemy zrozumieć teraźniejszość, a być może i przyszłość tego niezwykłego kraju, to rzeczą najwyższej wagi jest zanurzenie się w jego przeszłości.

Podziękowania

Jestem głęboko zobowiązany doktor Lindsey Hughes ze School of Slavonic and East European Studies na University of London oraz Cathy Potter z Yale University i University of Wisconsin, które przeczytały cały rękopis książki i poprawiły zauważone w nim błędy. Za błędy pozostałe należy winić tylko i wyłącznie mnie.

Wyrazy podziękowania należą się też profesorowi Paulowi Bushkovitchowi z Yale University, który zachęcił mnie do tego przedsięwzięcia.

Jestem niezwykle wdzięczny panu Edwardowi Kasinecowi oraz personelowi Slavonic Division z New York Public Library, personelowi Butler Library przy University of Columbia, a także pracownikom London Library za pomoc i uprzejmość. Szczególne podziękowania składam nowojorskiemu Synodowi Biskupów Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego poza granicami Rosji oraz personelowi St Vladimir Seminary w Crestwood za pomoc w uzyskaniu wielu książek.

Podziękowania należą się też Johnowi Robertsowi, który pomógł mi nawiązać cenne kontakty, oraz Władimirowi Stabnikowowi ze Związku Pisarzy w Moskwie za to, że ułatwił mi podróżowanie po Rosji i udzielił wielu cennych rad. Dziękuję pracownikom Państwowego Muzeum Ermitażu w Leningradzie, którzy umożliwili mi zwiedzanie jego sal w pojedynkę.

Jest też wiele innych osób – zbyt licznych, by je tutaj wymienić – zarówno na Zachodzie, jak i w Rosji, które pomagały mi i gościły mnie nieoficjalnie. Jestem im za to dozgonnie wdzięczny.

Mogę się uważać za szczęściarza, mając Gill Coleridge jako agentkę oraz dwie redaktorki, Betty Prashker z Crown Publishers i Rosie Cheetham z Century, których cierpliwość, zaangażowanie, a także hojna pomoc umożliwiły powstanie tej książki.

Jestem głęboko wdzięczny swojej żonie Susan za dobroć i cierpliwość, jakie mi okazywała podczas długiego procesu rodzenia się tej powieści. No i ponownie składam szczególne podziękowania Alison Borthwick za jej wspaniałą mapę.

Na koniec chciałbym wyrazić specjalną wdzięczność archimandrycie i mnichom z Pustelni Optyńskiej – to oni pokazali mi niezapomniany obraz Rosji.

W lesie i na stepie

Rok 180

Tej nocy na stepie było cicho. W lesie też.

Ponad ziemią płynął lekki wiatr.

W jednej z sześciu chat przycupniętych nad rzeką spała kobieta z dzieckiem.

Nie przeczuwała niebezpieczeństwa.

Wysoko na rozgwieżdżonym niebie, błyszcząc delikatnie w świetle wędrującego na południe półksiężyca, przesuwały się w jakiejś leniwej procesji blade obłoki.

Białe i skłębione, niczym jeźdźcy podążały ze wschodu, znad bezkresnych stepów – płynęły majestatycznie nad dachami chat stojących wzdłuż brzegu rzeki, a potem zmierzały ku ciemnym lasom, które też zdawały się nie mieć końca.

Wioska leżała na południowo-wschodnim brzegu. Dęby, lipy, sosny i brzozy rosły tu rzadziej, stopniowo ustępując miejsca polanom i coraz szerszym połaciom łąk stanowiącym granicę stepu. Po drugiej stronie, na brzegu północno-zachodnim, las był gęsty, ciemny i nieprzebyty.

Mijało piąte lato, odkąd osiedliły się tu trzy rodziny. Znalazłszy nad rzeką opuszczone miejsce otoczone starym, porośniętym krzewami wałem ziemnym, przybysze oczyścili je, wznieśli drewnianą palisadę i niski szaniec ziemny, a w środku postawili sześć chat. Nieopodal dwa pola wcinały się nieregularnymi pasami w rzadki las. Jeszcze dalej wyłaniały się chaotyczne plamy karczowisk.

Kilkaset metrów w dół rzeki teren robił się podmokły. Mokradła ciągnęły się jeszcze parę kilometrów dalej.

Ponad ziemią płynął lekki wiatr. Gdy muskał czubki drzew, liście migotały blado w świetle gwiazd. W lesie pobłyskiwały lustro wijącej się rzeki i moczary.

Oprócz szelestu liści słychać było od czasu do czasu jedynie małe zwierzęta albo jelenie przemierzające las. Gdzieś obok mokradła wprawne ucho umiałoby wychwycić na tle monotonnego skrzeczenia żab trzask gałązek pod łapami idącego wzdłuż krawędzi lasu niedźwiedzia. Ale nad wioską unosił się tylko nieregularny szelest, gdy wiatr głaskał długie pole jęczmienia i wzbudzał na nim drżącą falę.

Wiatr poruszał się, a jednocześnie stał w miejscu. Chwilami pole nieruchomiało albo przechylało się w drugą stronę, jakby podmuchy ze wschodu ustawały, by znowu otrzeć się o dojrzałe kłosy.

Był rok 180, choć właściwie ta data jeszcze nie istniała. Dopiero przyszłość miała wprowadzić taką miarę czasu, wówczas kalendarz chrześcijański nie był jeszcze w użyciu. Daleko na południu, w rzymskiej prowincji Judea, uczeni żydowscy rabini twierdzili, że jest 3940 Rok Świata. Od zburzenia Jerozolimy upłynęło sto dziesięć lat. W innych miejscach potężnego Imperium Rzymskiego był to dwudziesty i ostatni rok panowania Marka Aureliusza oraz pierwszy rok rządów Kommodusa. W Persji obowiązywał 491 rok epoki Seleucydów.

A zatem który to był rok w małej wiosce na skraju lasu? Dla historii żaden. Minęło pięć lat od śmierci poprzedniego starszego wioski. O wielkich systemach określania czasu, znanych w cywilizowanym świecie i utrwalonych w księgach, nikt tu nie słyszał. A gdyby nawet słyszał, nie miałyby znaczenia.

Te ziemie miały w przyszłości nosić nazwę Rosja.

Ponad ziemią płynął lekki wiatr.

Leżała obok małego chłopca. Dokuczliwe myśli z całego dnia opuściły we śnie jej umysł niczym blade obłoki znikające nad lasem za rzeką. Spała spokojnie.

W chatce spało dwanaścioro osób. Pięcioro, w tym Lebiedź i jej dziecko, ułożyło się na szerokiej półce biegnącej w poprzek izby ponad wielkim paleniskiem. Tej ciepłej letniej nocy ognia nie rozpalano. Powietrze było aż gęste od słodkawego, ziemistego zapachu – całkiem przyjemnego – jaki wydzielają ludzie pracujący cały dzień przy żniwach. Mieszał się on ze świeżą wonią traw wpływającą z wiatrem przez kwadratowy otwór okienny.

Jako najmłodsza żona spała na samym końcu drewnianej półki, na poślednim miejscu. Choć w wieku dwudziestu siedmiu lat nie była już młoda. Miała okrągłą twarz, na jej biodrach zdążyły się pojawić oznaki otyłości. Gęste jasne włosy zsunęły się z krawędzi półki.

Tuż obok, w zagięciu jej pulchnego ramienia, leżał pięcioletni chłopczyk. Był wszystkim, co miała, bo poprzednie dzieci umarły.

Wyszła za mąż, mając piętnaście lat. Od początku wiedziała, że mąż wziął ją tylko dlatego, że była silna – dobra do pracy. Nie skarżyła się jednak. Mąż nie traktował jej źle. Był wysokim, przystojnym czterdziestolatkiem, jego ogorzała twarz miała w sobie jakąś łagodność, a niebieskie oczy rozbłyskiwały pogodnym rozbawieniem, gdy wołał: „Proszę, idzie moja Mordwinka!”.

Dla niego było to wyrazem czułości. Dla innych już nie.

Lebiedź nie była bowiem pełnoprawną członkinią wspólnoty. Klan męża uważał ją za mieszańca. W końcu jej matka pochodziła z lasów. Z ludu Mordwinów.

Od niepamiętnych czasów lasy i mokradła ciągnące się setkami kilometrów na północ były zamieszkane przez plemiona ugrofińskie, do których należała też jej matka. Ludzie ci, o okrągłych twarzach i mongoloidalnych rysach, zajmowali się łowiectwem i rybołówstwem na ogromnych, bezludnych terenach, a mieszkali w prymitywnych chatach i ziemiankach. Podczas przesileń słonecznych stawali w kole i śpiewali wysokimi, nosowymi głosami pieśń do Słońca, które na Dalekiej Północy nie pokazywało zimą swojej twarzy, a latem pozbawiało ziemię nocnego odpoczynku, zalewając świat długim białym świtem i rozpalając na horyzoncie drżące rozbłyski.

Od jakiegoś czasu plemię jej męża – jasnowłosy lud posługujący się jednym z języków słowiańskich – zakładało w lasach na północy i na wschodzie małe kolonie. A niektórzy, jak klan znad rzeki, uprawiali pola i hodowali bydło. Spotkania Słowian i Finów na tych rozległych terenach rzadko prowadziły do konfliktów. Ziemi i terenów łowieckich starczyłoby nawet dla dziesięć razy liczniejszej ludności. Zawierano małżeństwa, takie jak jej matki. Ale mimo to mieszkańcy wioski patrzyli z góry na leśne szczepy.

Mąż nazywał ją dla żartu nie imieniem małego plemienia jej matki, ale wielkiego ludu Mordwinów, który zamieszkiwał ziemie daleko na północy. Czuła się przez to bardziej obca, choć przecież była pół-Słowianką. W tej nazwie była też łagodna kpina. I jak zauważyła ze smutkiem, przyzwolenie dla reszty klanu, by traktować ją z wyższością.

Zwłaszcza teściowa patrzyła na nią z góry. Przez blisko trzynaście lat jej potężna postać niczym groźne, niskie chmury rzucała na życie Lebiedź mroczny cień. Czasem – a zdarzało się, że i przez całe dnie – lwia twarz starej kobiety o szerokich kościach policzkowych wydawała się łagodna, wręcz przyjacielska. Ale wystarczył jakiś drobny błąd – upuszczone wrzeciono, rozlana śmietana – a rozpętywała się wściekła burza. Inne żony spuszczały wtedy wzrok albo spoglądały na Lebiedź ukradkiem. I cieszyły się, że ta złość spadła na nią, na obcą. Po każdym takim wybuchu wściekłości teściowa kazała jej wracać do pracy i wzruszając ramionami, zwracała się do reszty: „No ale czego można się spodziewać po Mordwince?”.

Lebiedź znosiłaby to lepiej, gdyby miała pomoc swojej rodziny. Ale rodzice zmarli rok wcześniej, zostawiając ją samą z młodszym bratem. I to on doprowadził ją poprzedniego dnia do łez.

Nie chciał jej zrobić przykrości. Nieustannie jednak wdawał się w spory z wioskową starszyzną. Na jego okrągłej, nieco głupkowatej twarzy zawsze widniał uśmiech, nawet gdy był pijany. I wydawało się, że w życiu liczą się dla niego tylko dwie rzeczy: polowanie i sprawianie przyjemności siostrzeńcowi.

– Kij cię nie potrzebuje – powtarzała bratu. – I ja też, jeśli nie chcesz słuchać starszyzny.

Ale nie przynosiło to skutku. Mal nienawidził pracy w polu, znikał na całe dnie w lasach – reszta wieśniaków utyskiwała na to pod nosem – a potem nagle z zarośli wyłaniała się jego krzepka postać. Miał kilkanaście skór przytroczonych do pasa, a na twarzy swój zwykły głupkowaty uśmiech. Starszy wioski go przeklinał, a teściowa patrzyła na nią z takim wyrzutem, jakby to była jej wina.

A wczoraj w bezbrzeżnej głupocie Mal zapowiedział chłopcu:

– Kijaszku, z następnego polowania przyniosę ci małego niedźwiadka. Będziesz mógł go przywiązać na podwórku.

– Mal, jeśli jeszcze raz okażesz nieposłuszeństwo starszemu wioski, wygnają cię – przypomniała. Rzeczywiście taką miałby ponieść karę, gdyby znów wybrał się w tym roku na polowanie.

Ale jej brat jedynie opuścił swoją dużą głowę, nic nie mówiąc i uśmiechając się jak zwykle.

– Może wreszcie zmądrzejesz i weźmiesz sobie żonę?! – wrzasnęła rozeźlona.

– Jak sobie życzysz, siostro Lebiedź. – Skłonił głowę z uśmiechem.

Najwyraźniej chciał ją rozzłościć, bo w wiosce nikt nie używał jej pełnego imienia. Na chłopca wołali zdrobniale Kijaszek. Do niej mało kto zwracał się Lebiedź. Od dzieciństwa nazywano ją czułym przezwiskiem Łabądek. Mal też miał swój przydomek, którego ludzie używali, gdy byli na niego źli: Leniuch.

– Ty, Leniuch – odparła ze złością. – Lepiej się ustatkuj i weź do roboty.

Ale Mal ani myślał. Wolał mieszkać samotnie w małej chatce z dwoma starcami, którzy nadawali się już tylko do drobnych polowań. Razem upijali się miodem, polowali i łowili ryby, a kobiety odnosiły się do nich z kpiącym lekceważeniem.

Wczoraj chodziła do niego dwa razy, za drugim razem nawet się rozpłakała, próbując go przekonać, by porzucił swój głupi plan. Bo choć przysparzał jej jedynie kłopotów, kochała go. I czułaby się samotna, gdyby go wygnano.

Ale mimo jej załzawionych oczu on jedynie się uśmiechał i pot ściekał mu po twarzy, gdy taszczył na stos kolejne bele siana.

Właśnie dlatego długo nie mogła zasnąć. A gdy w końcu osunęła się w nieświadomość, w jej umyśle zaczęły się kłębić złe przeczucia.

Jednak noc wypłukała z niej wszystkie myśli. Jej piersi unosiły się i opadały rytmicznie pod szorstką koszulą. Wlatujący przez okno wiatr delikatnie poruszał jej włosy.

Nikt się nie obudził, gdy przesunęły się dwa cienie, a śpiący przy drzwiach pies przysiadł wyczekująco. Nikt z wyjątkiem chłopca, który na chwilę otworzył oczy. Na jego twarzy pojawił się senny uśmiech, a gdyby matka czuwała, poczułaby, że ciało Kija drży od tłumionej ekscytacji. Zamknął oczy, wciąż się uśmiechając.

Wiedział, że to już niedługo.

Ponad ziemią płynął lekki wiatr.

Ale gdzie leżała ta wioska, rzeka i las?

Żeby opisać znaczenie tego magicznego miejsca, potrzebne jest dłuższe wyjaśnienie.

Już dawno geografia umownie podzieliła ogromny ląd Eurazji na dwie części: Europę na zachodzie i Azję na wschodzie. Jednak jest to myląca umowność. Znacznie bardziej naturalny byłby podział na północ i południe.

Oto bowiem przez ten ogromny kontynent – od północnej Europy przez Rosję i mroźne pustkowia Syberii aż po tereny na północ od Chin, niemal dotykające Alaski – ciągnie się największa równina świata.

Wielka równina eurazjatycka ma z zachodu na wschód ponad jedenaście tysięcy kilometrów, biegnie od Atlantyku do Oceanu Spokojnego, a tworzy ją ciąg zachodzących na siebie płyt pokrywających jedną szóstą lądowych obszarów Ziemi – zajmuje powierzchnię większą niż Stany Zjednoczone i Kanada. Od północy równina graniczy głównie z lodowatym Oceanem Arktycznym. Między nim a południową granicą równiny rozpościera się pas tundry, lasów, stepów i pustyń, szeroki w niektórych miejscach na trzy i pół tysiąca kilometrów. I właśnie ta południowa granica tak naprawdę rozdziela Eurazję na dwie części.

Eurazja północna to jedna wielka równina, a Eurazja południowa składa się z ogromnych regionów – Bliskiego Wschodu, starożytnej Persji, Afganistanu, Indii, Mongolii i Chin. Północ i południe oddziela od siebie potężne półkole łańcuchów górskich z najwyższymi szczytami świata – od Alp na zachodzie Europy aż po Himalaje w Azji.

Naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego Eurazja została podzielona przez geografów na wschód i zachód.

Mniej więcej w jednej trzeciej wielkiej równiny, powyżej Afganistanu, leży pasmo prastarych wzgórz ciągnące się z północy na południe – od tundry po krawędź pustyni. To Ural. Zgodnie ze współczesną konwencją „góry” te uważa się za granicę oddzielającą Europę od Azji.

Jednak prawda jest taka, że z wyjątkiem kilku niewielkich szczytów te zaokrąglone pagórki wznoszą się na wysokość jedynie kilkuset metrów nad poziomem morza. Trzeba wielkiej wyobraźni, by zobaczyć w nich granicę dwóch kontynentów: są zaledwie łagodną falą na wielkim lądowym oceanie. Nic nie oddziela Europy od Azji, wielka równina jest jednością.

Biegnąc przez północ Europy, równina jest wąska, ma zaledwie sześćset pięćdziesiąt kilometrów szerokości. Ale dochodząc do wschodniej Europy, rozszerza się w kształt klina. Jej północną granicą jest Morze Bałtyckie, nad którym zwiesza się krzywizna Skandynawii. Granicę południową stanowią potężne góry, Bałkany i Karpaty, stojące na straży północnej Grecji. A potem równina rozlewa się szeroko.

Rosja – tam, gdzie równina wydaje się bezkresna.

Rosja – tam, gdzie wschód spotyka się z zachodem.

Na zachodnim skraju Rosji północna granica wielkiej równiny dochodzi do Morza Arktycznego. Na tych ziemiach zaczyna się największy las świata – zimne, ciemne królestwo jodeł nazywane tajgą, które ciągnie się kilka tysięcy kilometrów na wschód aż po wybrzeże Oceanu Spokojnego. Schodząc na południe, tajga przemienia się w połowie równiny w las mieszany, a jeszcze dalej pojawiają się bezkresne trawiaste stepy, które akurat w tym miejscu dochodzą nie do pustyni czy gór, lecz do słonecznego wybrzeża przypominającego wybrzeże Morza Śródziemnego.

Bo południową granicą centralnej Rosji jest ciepłe Morze Czarne.

Morze Czarne, leżące powyżej północnego krańca Morza Śródziemnego, bardziej przypomina ogromny rezerwuar. Od południa opasuje je potężna półkolista tama gór: na południowym zachodzie greckie Bałkany, na południu góry dzisiejszej Turcji, na południowym zachodzie strzelisty Kaukaz. Pomiędzy Bałkanami i tureckimi górami biegnie wąski kanał łączący Morze Czarne z większym siostrzanym morzem. W części bliższej Morzu Czarnemu kanał ów nazywany jest Bosforem, a na południowym krańcu – Dardanelami.

Samo morze jest duże – z zachodu na wschód ma blisko tysiąc kilometrów, a z południa na północ ponad sześćset. Zasilają je liczne rzeki, między innymi majestatyczny Dunaj mający ujście w zachodniej części na północ od Grecji. W jego wodach znajdują się śladowe ilości siarki i zapewne stąd wzięła się kiedyś nazwa Czarne.

Na środku północnego rosyjskiego wybrzeża daleko w ciepłe wody Morza Czarnego wcina się duży półwysep. To Krym. Po jego obu stronach, w odległości czterystu kilometrów od siebie, funkcjonują dwa wielkie systemy rzeczne, podążające przez stepy aż z dalekich lasów. Na zachodzie płynie szeroki Dniepr, na wschodzie – majestatyczny Don.

I właśnie pomiędzy tymi dwiema rzekami, od wybrzeży Morza Czarnego przez stepy aż po lasy północy, rozciąga się ogromne prastare serce Rosji.

Rosja to także pogranicze.

Bo wielka równina rozpościera się jeszcze dalej ku wschodowi. Na wschód od Morza Czarnego jej południową granicę tworzy ogromny łańcuch Kaukazu, mający blisko tysiąc kilometrów długości. Kaukaz słynie z wina oraz z wojowników – Gruzinów, Ormian i innych – a jego lśniące szczyty są o tysiące metrów wyższe od szczytów Alp czy Gór Skalistych.

Pasmo kończy się niezwykłym zjawiskiem – jest nim jeszcze jedno morze położone wewnątrz ogromnego półkola gór. Ciągnie się z północy na południe – kształtem przypomina Florydę, ale jest dwa razy dłuższe – a góry schodzą tu stromo w dół, żeby zrobić mu miejsce. To Morze Kaspijskie.

Tak naprawdę jest to największe jezioro świata, nie ma bowiem żadnego odpływu. Otaczają je stepy, góry i pustynie, a wody pozbywa się dzięki parowaniu. Od północy zasila je najsłynniejsza rosyjska rzeka.

Matka Wołga.

Wołga zaczyna swoją podróż daleko, w lasach centralnej Rosji. Biegnie stamtąd wielką pętlą przez lasy północy, zmierzając ku południowi. Wziąwszy w objęcia północ, zakręca, płynie przez równinę ku wschodowi, potem znów na południe, aż w końcu podąża powoli przez wietrzne stepy ku odległym pustynnym wybrzeżom Morza Kaspijskiego.

A wielka równina ciągnie się dalej na wschód i staje się coraz mniej gościnna. Na południu rozpościerają się groźne pustynie. Na północy panowanie przejmują mroczna tajga i wieczna zmarzlina. Nawet dziś te ogromne tereny są rzadko zamieszkane. A stąd jest jeszcze pięć i pół tysiąca kilometrów do wybrzeży Pacyfiku.

A gdzie na tej równinie leży wioska nad rzeką?

Łatwo na to pytanie odpowiedzieć. Leży na granicy stepu, kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Dniepru i prawie pięćset kilometrów na północ od ujścia tej wielkiej rzeki w północno-zachodniej części ciepłego Morza Czarnego.

Mimo to, gdyby jakiś ówczesny podróżnik z obcego kraju spytał, jak tam dotrzeć, nie miałby mu kto odpowiedzieć.

Bo rosyjskie państwo wówczas nie istniało. Starożytne cywilizacje Wschodu – Chiny, Indie, Persja – leżały daleko, poniżej górskiego półkola stanowiącego południową granicę równiny, która dla nich była pustkowiem. Potężne Imperium Rzymskie usadowiło się na zachodzie, na wybrzeżach Morza Śródziemnego, a na północy ciągnęło się aż po Brytanię. Jednak Rzym nigdy nie posunął się na wschód dalej niż do obrzeża lasów porastających eurazjatycką równinę.

A cóż Rzymianie mogli wiedzieć o lasach? Jedynie to, że tereny za Renem były zamieszkane przez wojownicze plemiona germańskie, a na północy, nad Bałtykiem, żyły prymitywne ludy – Bałtowie, Łotysze, Estończycy, Litwini – o których prawie nic nie słyszeli. To wszystko. Niewiele wiedzieli o słowiańskich ziemiach leżących za terenami Germanów, a o ludach ugrofińskich zamieszkujących lasy ciągnące się za Wołgą nie mieli w ogóle pojęcia. Wieść o tureckich i mongolskich plemionach żyjących w głębi Syberii nie dotarła jeszcze do lasów, jedynie nad stepem rozlegały się pierwsze szepty.

I cóż Rzymianie mogli wiedzieć o stepie? Owszem, w swojej ekspansji na wschód dotarli aż do Armenii na południe od Kaukazu, od kilku stuleci znali małe porty położone na północnym wybrzeżu Morza Czarnego, gdzie żeglarze kupowali przywożone z głębi lądu futra i niewolników albo spotykali się z karawanami, które przybyły przez pustynie z tajemniczego Orientu. Ale cała ogromna równina była terra incognita, ziemią nieznaną, zamieszkaną przez barbarzyńskie plemiona, pokrytą groźnym stepem i poprzecinaną trudnymi do przebycia rzekami. Jej linie i nazwy na mapach starożytnego świata – stworzonych przez Herodota, Ptolemeusza czy Pliniusza – rozpływały się w niesprawdzonych pogłoskach albo po prostu zanikały.

Wieśniacy też nie umieliby powiedzieć, gdzie się znajdują.

Nawet dziś, ku zaskoczeniu cudzoziemców, mieszkańcy Rosji mają problem ze wskazaniem drogi. Rosjanin, zapytany, czy droga biegnie na wschód czy na zachód albo ile ciągnie się kilometrów, nie umie odpowiedzieć. Bo po co mu ta wiedza, skoro w tym bezkresnym krajobrazie horyzont nieustannie się oddala i ciągle jest taki sam?

Ale Rosjanin umie powiedzieć, jak płynie rzeka.

Dlatego wieśniacy wiedzieli, że ich nieduża rzeczka wpada do większej rzeki, która po jakimś czasie łączy się z wielkim Dnieprem. Wiedzieli też, że gdzieś daleko, za południowym stepem, Dniepr wpada do morza.

To wszystko. Zaledwie pięcioro z nich widziało Dniepr na własne oczy.

Wówczas Rosja jeszcze nie istniała, nie było też żadnego układu odniesienia pozwalającego określić położenie wioski. Moglibyśmy jedynie powiedzieć, że leżała na północ od Morza Czarnego, gdzieś na wschód od Dniepru i na zachód od Donu, nieco na wschód od lasów i na zachód od stepów, nad jedną z wielu nieoznaczonych na mapach rzek. Większa dokładność na tych niezbadanych przestrzeniach i tak nie miałaby sensu.

Ponad ziemią płynął lekki wiatr, nad bezkresną równiną rozpościerała się letnia noc. Nad zachodnim skrajem równiny zapadał zmrok. Tu, w wiosce, zaczęła się gwiaździsta noc, choć daleko na północy, na skraju Arktyki, wciąż błyszczały blade światła zorzy polarnej. Na wschodzie, na zboczach Uralu, noc była głęboka. W środkowej Syberii budził się świt, na wybrzeżu Pacyfiku wstawał ranek, a jeszcze dalej, na północno-wschodnim skraju ogromnego, dochodzącego do Alaski lądu, było już południe. Wielkie układy atmosferyczne zanikały ponad równiną. Trzy tysiące kilometrów na północny wschód szalała nad lasem burza z piorunami, a tu, w wiosce, ludzie spali spokojnie. I nikt nie wiedział, jakie burzowe chmury zbierają się nad lasami, kto rozstawia namioty na stepie, ile ognisk rozbłyska na bezkresnej ziemi.

Chłopiec uśmiechnął się, gdy tylko otworzył oczy.

Przez okno wpadał lekki wiatr, promienie słońca malowały na glinianym klepisku jasny prostokąt.

– Już się obudziłeś, ptaszku?

Twarz matki tuż obok jego twarzy. W izbie krzątali się już inni ludzie. W rogu, na zakrzywionym długim kiju przymocowanym do krokwi, wisiała kołyska.

Izba była duża. Ściany z gliny nałożonej na drewnianą ramę pokrywała sadza. A to dlatego, że chata, podobnie jak pozostałe domy w wiosce, miała kryty darnią dach bez komina. Dym z dużego paleniska najpierw wypełniał izbę, a potem wydostawał się przez okienko w dachu, otwierane w razie potrzeby. Dzięki temu izbę można było szybko nagrzać. A ciemne ściany kojarzyły się mieszkańcom z czymś znanym i przyjaznym. Jednak dziś ognia nie rozpalono. Powietrze było czyste, w izbie panował miły chłód.

Chata składała się z dwóch części. Za paleniskiem znajdował się korytarzyk, przez który wchodziło się do chaty – po jego przeciwnej stronie była druga, nieco większa izba, służąca za warsztat i magazyn. Stało tu krosno, rozmaite beczki i beczułki, leżały motyki i sierpy, a na honorowym miejscu wisiał topór należący do pana domu. Cała budowla, obramowana dębowymi podporami, była wkopana na czterdzieści centymetrów w głąb ziemi, więc żeby wyjść na zewnątrz, trzeba było wspiąć się na schodek.

Matka umyła chłopcu twarz wodą zaczerpywaną z glinianego garnka. Patrzył na jasną plamę słońca na klepisku. Ale jego myśli błądziły zupełnie gdzie indziej.

Uśmiechnęła się, podążając za jego spojrzeniem.

– Co się mówi o słońcu? – spytała cicho.

– „Słodkiego mleka jasna plama, ani jej czym zmyć, ani nożem zdrapać” – wyrecytował posłusznie, spoglądając w okno. Wpadający przez nie lekki wiatr poruszył mu włosy.

– A co się mówi o wietrze?

– „Piękny ogier, piękna grzywa, nic na świecie go nie powstrzyma”.

Znał już kilkanaście takich wierszyków. Kobiety znały ich setki – zagadek i przysłów, porównujących światło do rozlanego mleka czy wiatr do ogiera. Te niezliczone powiedzonka były często grą słów oddającą właściwości ich słowiańskiego języka.

Za chwilę matka pozwoli mu wyjść. Korciło go, by wybiec na dwór. Czy niedźwiadek już na niego czeka?

Szybko obejrzała mu zęby. W miejsce dwóch mleczaków wyrosły już nowe. Kolejny mleczak lekko się ruszał. Ale żadnego zęba nie brakowało.

– Jak białe kury na dwóch grzędach – mruknęła z zadowoleniem i pozwoliła mu wyjść.

Chłopiec wbiegł do korytarzyka prowadzącego do wyjścia.

Naprzeciwko chaty znajdował się zagon warzyw, z którego poprzedniego dnia pomógł matce wyrwać wielką rzepę. Na prawo od grządki jakiś mężczyzna ładował narzędzia na drewniany wózek z kołami wyciętymi z kawałków litego drewna. Nieco dalej na lewo, nad rzeką, stała mała łaźnia. Zbudowano ją trzy lata temu, lecz nie dla obecnych mieszkańców wioski, którzy mieli większą, ale dla przodków. Kij wiedział doskonale, że umarli lubią chodzić do bani tak samo jak żywi, nawet jeśli nikt ich nie może zobaczyć. I jak mu wszyscy mówili, przodkowie bardzo się złościli, gdy się ich zaniedbywało.

„Przecież ty też byś nie chciał, żeby zapomniano o tobie po twojej śmierci, prawda?” – zapytała go kiedyś jedna z ojcowskich żon. Pomyślał wtedy, że nie, nie chciałby, by o nim zapomniano i by wykluczono go z wioskowej wspólnoty.

Wiedział, że umarli są wszędzie, że go obserwują. I wiedział też, że w ziemi, w rogu obory naprzeciwko chaty starszego wioski, mieszka drobny, pomarszczony domowoj – dziadek jego ojca – duch, który przewodzi wszystkim zmarłym członkom społeczności.

Wyszedł na zewnątrz. Nic. Rozejrzał się w prawo i w lewo. Łaźnie i chaty wyglądały tak samo. Ani śladu niedźwiadka. Twarz mu posmutniała. Nie mógł w to uwierzyć – przecież widział, jak Mal i starzec wymykają się pod osłoną nocy.

Mężczyzna przy wózku, brat jednej z jego przybranych matek, spojrzał na niego.

– Czego szukasz, mały?

– Niczego, wujku. – Wiedział, że nie wolno mu się zdradzić.

Poczuł zimny ucisk w żołądku, poranne letnie niebo nagle poszarzało. Miał ochotę się rozpłakać, ale Mal kazał mu zachować tajemnicę, więc zagryzł usta i ze smutkiem wrócił do chaty.

W środku babka beształa inne kobiety, ale do tego zdążył już przywyknąć. Zauważył wiszący w kącie tamburyn matki. Był pomalowany na czerwono. Uwielbiał czerwień, która wydawała mu się ciepła i przyjazna. I nic dziwnego, bo w słowiańskim języku słowo krasny oznaczało zarówno czerwony, jak i piękny. Zerknął na twarz babki. Jej pucołowate policzki przypominały mu kawałki sadła. Zauważyła jego spojrzenie, popatrzyła groźnie, a potem dała znak jego matce, że chłopiec przeszkadza.

– Idź na dwór, Kijaszku – powiedziała matka posłusznie.

Gdy wyszedł, zobaczył Mala.

To nie była dla Mala dobra noc. Razem ze starym myśliwym zastawił w lesie pułapkę na niedźwiadka i o mało go nie złapał. Miałby go teraz ze sobą, gdyby w ostatniej chwili nie stracił głowy. Wystarczył jeden fałszywy ruch i musiał zmykać przed rozwścieczoną niedźwiedzicą. Czerwienił się na samą myśl o tej ucieczce.

Zamierzał pomóc dziś innym mężczyznom przy zwózce siana – mógłby udobruchać w ten sposób starszego wioski, a przy okazji uniknąć krępującej rozmowy z Kijem.

Chłopcu nie przyszło nawet do głowy, że wuj pospiesznie mija chatę, żeby się z nim nie spotkać. Podbiegł do niego i spojrzał mu wyczekująco w twarz.

Mal rozejrzał się z poczuciem winy. Na szczęście wokół nich nie było nikogo.

– Masz go?! Gdzie on jest?! – zawołał Kij. Widok wuja dał mu nową nadzieję.

Mal zawahał się.

– Jest w lesie – wymyślił na poczekaniu.

– Kiedy go tu przyniesiesz? Dziś? – Oczy chłopca błyszczały z podekscytowania.

– Niedługo. Gdy przyjdzie zima.

Na buzi chłopca pojawiły się zdziwienie i zawód. Zima? Przecież do zimy było jeszcze pół życia.

– Dlaczego?

Mal zastanawiał się przez chwilę.

– Już go miałem. Prowadziłem go na sznurze. Ale potem wiatr go zabrał. Nic nie mogłem poradzić.

– Wiatr?

Chłopiec posmutniał. Wiedział, że wiatr jest najstarszym z bogów. Wuj często mu powtarzał: „Bóg słońce jest wielki, ale wiatr jest starszy i potężniejszy”. Wiatr wiał w dzień, a także w nocy, gdy słońce gdzieś odchodziło. Wiatr wiał, gdzie chciał, po całej bezkresnej równinie.

– A gdzie on teraz jest?

– Daleko, w lesie.

Chłopiec był zrozpaczony.

– Ale śnieżki go oddadzą – pocieszył go wuj. – Zobaczysz.

Dlaczego kłamał? Spojrzał na przepełnionego ufnością chłopca. Kłamał z tego samego powodu, dla którego zamieszkał z dwoma starcami i ignorował zakazy starszyzny. Bo wszyscy nim pogardzali, a co gorsza – on też się siebie wstydził. Dlatego nie mógł wyznać chłopcu prawdy. Jestem beznadziejnym głupcem, myślał. I do tego leniwym. Zamierzał dziś ciężko pracować w polu, ale teraz brała go chęć, żeby uciec do lasu i schronić się tam przed przykrą prawdą o sobie. Czuł, jak jego poranne postanowienie powoli słabnie.

Mimo to został jeszcze cień nadziei.

– Ale wiem, gdzie wiatr go schował – powiedział.

– Naprawdę? Wiesz? – Twarz Kija się rozpromieniła. – Gdzie?

– Daleko, za siedmioma górami, za siedmioma lasami.

– Można tam dojść?

– Tak, ale trzeba znać drogę.

– A ty znasz? – Na pewno taki myśliwy jak jego wuj wie, jak trafić do zaczarowanej krainy. – W którą stronę trzeba iść?

Mal uśmiechnął się.

– Na wschód. Daleko, daleko na wschód. Ale ja dałbym radę dojść w jeden dzień – powiedział chełpliwie. I przez chwilę nawet w to uwierzył.

– Przyprowadzisz go? – spytał błagalnie chłopczyk.

– Może kiedyś. – Mal spoważniał. – Ale to będzie nasza tajemnica. Ani słowa nikomu.

Mały skinął głową.

Mal odszedł, zadowolony, że udało mu się uniknąć wstydu. Może za kilka dni spróbuje zastawić nową pułapkę na niedźwiadka. Siostrzeniec mu ufał, więc Mal nie chciał sprawić mu zawodu. Tak, na pewno znajdzie jakiś sposób.

Poczuł się lepiej. Gotów był nawet przepracować cały dzień na polu.

Kij patrzył za nim ze smutkiem. Zamyślił się. Już kiedyś słyszał, jak kobiety śmiały się z wujka, a mężczyźni na niego klęli. I nazywali go Leniuchem. Może rzeczywiście nie można mu ufać? Spojrzał na rozległe poranne niebo, zastanawiając się, co robić.

Kobiety szły przez złote pole jedna za drugą, ustawione w kształt szerokiej litery V jak klucz jaskółek latem.

Przewodziła im na środku wielka postać teściowej Lebiedź, uchodzącej za najbardziej wiekową kobietę w osadzie, odkąd zimą zmarła żona starszego.

Dzień był upalny. Pracowały już od kilku godzin, zbliżało się południe. Do żniw kobiety ubierały się jedynie w proste, luźne suknie z lnu, na stopach miały bezkształtne buty z brzozowej kory. Każda trzymała w dłoni sierp.

I gdy tak posuwały się powoli wzdłuż długiego pola jęczmienia, cały czas śpiewały. Najpierw najstarsza podawała pierwszy wers, a potem reszta do niej dołączała. Ich wysokie, nosowe głosy dźwięczały raz ostro, a raz żałośnie.

Lebiedź była zlana potem. Mimo to dobrze się czuła, pracując rytmicznie w pełnym słońcu. Kobiety czasem traktowały ją pogardliwie, ale każda z nich – jedna z żon, siostra którejś żony, siostry jej męża i ich córki, ciotki i kuzynki tych córek – była jakoś z nią spokrewniona. Do każdej należało się zwracać, używając odpowiedniego tytułu, który oddawał skomplikowany stopień pokrewieństwa i wyrażał stosowny szacunek. Tytuły miały zazwyczaj zdrobniałą formę, tak lubianą przez Słowian, dzięki czemu okazywano przez nie czułość i sympatię. „Mateczka”, „kuzyneczka” – czy można inaczej mówić o małych człowieczych pyłkach rozsianych po bezkresnej równinie?

To było jej plemię. Nazywali ją Mordwinką, ale była częścią ich wspólnoty: na południu ta wspólnota nazywała się rod, a na północy mir. Ziemia i wioska były wspólną własnością, jedynie dobytek domostwa stanowił własność prywatną. A słowo starszego wioski było prawem.

Teściowa zaczęła nawoływać kobiety po imieniu.

– Dalej, moje córki, moje łabędzice! – wołała śpiewnie. – Żnijmy jęczmień! – Nawet do Lebiedź zwróciła się łagodnie: – Dalej, Łabędziczko.

Synowa kochała ją na swój sposób. „Jedz, co ci dają, słuchaj, co ci mówią” – napominała ją surowo stara kobieta. Ale pomiędzy napadami gniewu bywała też dobra i łagodna.

Lebiedź rozejrzała się dookoła. Na łące, w odległości kilkuset metrów, jej mąż i inni mężczyźni ładowali na wózek siano. Był z nimi jej brat. Trzy stare kobiety odpoczywały na skraju pola. Szukała wzrokiem Kija. Jeszcze niedawno siedział obok kobiet, ale pewnie pobiegł przyglądać się mężczyznom.

Na niebie słońce się złoci,

Nic nie wyczerpie Matki Ziemi wilgoci.

Kobiety śpiewały w rytm zamaszystych ruchów sierpami, pochylając się jakby w modlitwie do największej bogini, która wszystkich żywiła: Wilgotnej Matki Ziemi.

Właśnie w tych okolicach wielka bogini Słowian przejawiała się w najwspanialszej formie. Oto wioska leżała na skraju pasma najlepszej gleby na wielkiej równinie – czarnoziemu.

Na całej równinie eurazjatyckiej nie było lepszej ziemi.

Na północy podłożem dla tundry był torfiasty glej niezdatny do uprawy. Lasy rosły na piaszczystych glebach nazwanych podzołami – szarymi tam, gdzie dominowały brzozy i osiki, a brązowymi dalej na południe, gdzie rosły też buki, dęby, graby i lipy. Także na tej glebie plony były słabe. Dopiero bliżej stepu pojawiała się zupełnie inna gleba. Czarnoziem – lśniący, miękki, zwarty, pożywny jak miód. Ciągnął się setkami kilometrów na wschód od zachodniego wybrzeża Morza Czarnego aż po Syberię. Słowianie, którzy osiedlali się na krawędzi lasów, musieli jedynie oczyścić pole, by potem przez wiele lat zbierać bogate plony z żyznej czarnej ziemi. Gdy po jakimś czasie gleba jałowiała, zostawiali ją, by zarosła trawą, i przygotowywali nowy kawałek gruntu. Była to dość prymitywna i rabunkowa forma rolnictwa, ale czarnoziem zapewniał wiosce pożywienie na długo, bez konieczności przenoszenia się w inne miejsce. Poza tym ani las, ani równina nie miały kresu.

Gdy kobiety przerwały na chwilę śpiew, Lebiedź zauważyła idącego w ich kierunku Mala. Miał czerwoną, spoconą twarz.

– Proszę, Leniuch szuka sobie pracy! – zawołała żartem jedna z kobiet.

Nawet teściowa się roześmiała. Nieco zawstydzona mina Mala mówiła wyraźnie, że odłączył się od mężczyzn pod jakimś pretekstem. Lebiedź zdziwiła się tylko, że nie było przy nim Kija.

– Gdzie jest Kij? – spytała.

– Skąd mam wiedzieć? Nie widziałem go od rana.

Zmarszczyła brwi. Gdzież ten chłopak się podziewa? Odwróciła się i zawołała do teściowej:

– Mogę poszukać Kija?! Gdzieś się zawieruszył.

Tęga kobieta nawet się nie zatrzymała, patrząc obojętnie na Lebiedź i jej brata wałkonia. Potrząsnęła przecząco głową. Robota czeka.

– Idź i zapytaj starych kobiet, gdzie poszedł chłopak – powiedziała do Mala.

Posłusznie ruszył wolnym krokiem ku miedzy.

Zawsze bawiło go porównywanie, jak toczą się losy mieszkańców wsi. Na przykład życie mężczyzn było może barwniejsze, ale za to krótsze. Mężczyzna, nieważne, gruby czy chudy, wraz z wiekiem nabierał sił. A gdy te w końcu go opuszczały, nagle umierał. Z kobietami było zupełnie inaczej. Najpierw rozkwitały – z jasną cerą, szczupłe, wdzięczne jak łanie. A potem wszystkie bez wyjątku tyły, najpierw w biodrach tak jak jego siostra, potem w talii i w nogach. Z roku na rok robiły się coraz pełniejsze i okrąglejsze, ogorzałe od słońca niczym jabłka i gruszki, a te wyższe nabierały majestatycznej postury, jak teściowa Lebiedź. Potem powoli, wciąż zachowując swoje krągłości, zaczynały maleć, kurczyły się stopniowo, by wreszcie na starość pomarszczyć się jak ziarno w skorupce. Stare kobiety, babuszki z pociemniałymi, pobrużdżonymi twarzami i błyszczącymi niebieskimi oczami, dożywały powoli swoich dni, aż w końcu, tak naturalnie jak spadający z drzewa orzech, zanurzały się w ziemi. To dotyczyło wszystkich kobiet. Jego siostra Lebiedź też podąży tą drogą. Gdy patrzył na jakąś babuszkę, zawsze ogarniała go czułość.

Na skraju pola siedziały właśnie trzy babuszki. Uśmiechając się grzecznie, zamienił z każdą po kolei kilka słów.

Lebiedź obserwowała go, dziwiąc się, że trwa to tak długo.

W końcu Mal wrócił.

– Są już stare i nie bardzo wiedzą, co się dzieje – wyjaśnił. – Jedna mówi, że Kij wrócił do wioski z innymi dziećmi. Druga uważa, że poszedł nad rzekę. A trzecia twierdzi, że do lasu.

Westchnęła. Kij nie miał powodu iść do lasu, nie sądziła też, by oddalił się aż nad rzekę. Pozostałe dzieci wróciły już do chaty, gdzie miały zająć się maluchem. Zapewne jest razem z nimi.

– Sprawdź, czy jest w wiosce – poprosiła.

Mal chętnie się zgodził, zawsze to lepsze niż praca na polu.

A kobiety nadal śpiewały. Lebiedź kochała tę piosenkę – była wolna i smutna, ale miała piękną melodię, która pozwalała jej zapomnieć o troskach.

I na ciebie przyjdzie kres;

Ciągnij pług przez skiby.

Nie pocieszy cię na koniec

Ani woda, ani ogień

I wiatr też nie będzie

Twoim przyjacielem.

W ziemi w końcu spoczniesz,

Ziemia cię przytuli.

Kobiety posuwały się powoli w swoim szyku i pochylone ścinały jęczmień z ciężkimi kłosami. Nad polem słychać było cichy szelest sierpów przecinających brązowiejące łodygi. Kurz z padającego zboża unosił się nisko nad ziemią, wydzielając słodki zapach. A Lebiedź nie po raz pierwszy doświadczyła dziwnego uczucia, miłego i smutnego jednocześnie – jakby utraciła jakąś część samej siebie, nie mogąc uciec od tego powolnego, ciężkiego życia w ciszy bezkresnej równiny. Smutnego, bo czuła się jak w pułapce, a miłego, bo przecież była wśród swoich. Czyż nie tak właśnie powinno wyglądać życie?

Minęło trochę czasu, zanim Mal wrócił. Na twarzy miał swój zwykły bezmyślny uśmiech, ale Lebiedź zauważyła w nim ślad niepokoju.

– Nie ma go?

– Nie, dzieciaki go nie widziały.

Dziwne. Była przekonana, że jest z nimi. Poczuła lęk. Znów zawołała do teściowej:

– Kija nie ma w domu! Mogę go poszukać?

Ale stara kobieta spojrzała na nią z lekceważeniem.

– Dzieciaki zawsze gdzieś znikają. Niedługo wróci. Niech twój brat go poszuka. I tak nie ma nic do roboty – dodała złośliwie.

Lebiedź ze smutkiem spuściła głowę.

– Idź nad rzekę, Mal. Sprawdź, czy go tam nie ma – powiedziała. I zauważyła, że tym razem jej brat oddalił się znacznie szybszym krokiem.

Praca posuwała się do przodu. Zaraz przyjdzie czas na odpoczynek. Lebiedź przypuszczała, że teściowa specjalnie wydłuża pracę. Spojrzała na rozległy horyzont. Wydawało jej się, że teraz widnokrąg kpi z niej okrutnie i przypomina tak jak teściowa: „Nic na to nie poradzisz, bogowie zapisali już wszystko w przeznaczeniu”. Pochyliła się nad zbożem.

Tym razem Mal wrócił po kilku minutach. Wyglądał na zatroskanego.

– Nad rzeką go nie ma.

– Skąd wiesz?

Wyjaśnił, że spotkał starca, z którym polował, a on spędził nad rzeką całe przedpołudnie. I na pewno zauważyłby chłopca, gdyby się tam pojawił.

Dźgnął ją lęk.

– Według mnie poszedł do lasu – stwierdził Mal.

Do lasu? Wcześniej chodził tam tylko z nią. Spojrzała na brata z uwagą.

– Dlaczego tak myślisz?

Mal był wyraźnie speszony.

– Nie mam pojęcia.

Kłamie, to widać. Wiedziała jednak, że lepiej nie przyciskać go do muru.

– W którą stronę miałby pójść? – spytała.

Mal zamyślił się. Przypomniał sobie słowa rzucone lekkomyślnie w rozmowie z chłopcem.

– Chyba na wschód. – Zaczerwienił się. – Zresztą nie wiem.

Popatrzyła na niego pogardliwie.

– Bierz! – Wcisnęła mu w rękę sierp. – I do roboty – rozkazała.

– Ale to praca kobiet – zaprotestował.

– Do roboty, głupcze! – krzyknęła i podeszła do teściowej. Pozostałe kobiety wybuchnęły śmiechem. – Pozwólcie mi poszukać Kija – poprosiła raz jeszcze. – Mój brat wysłał go do lasu.

Teściowa spojrzała na łąkę. Mężczyźni zakończyli już pracę, kilku z nich, w tym mąż Lebiedź i starszy wioski, szło w ich kierunku.

– Odpoczynek! – zawołała do kobiet. – A ty możesz iść – zgodziła się.

Mężczyźni byli już przy nich, więc w kilku słowach wyjaśniła, co się stało. Starszy wioski był potężnym człowiekiem z siwą brodą i małymi, niespokojnymi oczami. Sprawa mało go obeszła. Ale twarz męża nieco się zafrasowała.

– Też mam pójść? – spytał starszego.

– Chłopak się znajdzie. Nie mógł daleko odejść. Niech ona go poszuka – powiedział tamten znudzonym tonem.

Zauważyła, że mąż odetchnął z ulgą. Rozumiała to. Przecież miał też inne żony i inne dzieci pod opieką.

– Pójdę już – powiedziała cicho.

– Jeśli cię długo nie będzie, ruszę za tobą – oznajmił mąż z uśmiechem.

Skinęła zgodnie głową.

Las był miły i przyjazny. Wysoko na błękitnym niebie płynęły rzadkie kłębiaste obłoki, błyszcząc w świetle przedpołudniowego słońca. Ciągnęły ze wschodu, znad bezkresnych suchych stepów. Chłopiec szedł skrajem lasu, wysokie trawy szeptały coś, poruszane lekkim wiatrem. W cętkowanej plamie cienia pasło się kilka krów.

Minęło już trochę czasu, odkąd Kij oddalił się od trzech starych kobiet. Szedł wesoło znajomą ścieżką prowadzącą do lasu. Nie zdawał sobie sprawy z niebezpieczeństwa.

Przez cały ranek rozmyślał o niedźwiadku. Wujek Mal powiedział, że trzeba go szukać w czarodziejskiej krainie daleko na wschodzie. I że można tam dojść w jeden dzień. Tylko że Kij, choć mały, wiedział doskonale, że wujek tam nie pójdzie. I im dłużej się nad tym zastanawiał, tym większą miał pewność, co powinien zrobić.

Poranny upał się wzmagał, powietrze nad polem jęczmienia, gdzie pracowały kobiety, zaczęło błyszczeć. Chłopiec chodził w tę i z powrotem, nie mogąc sobie znaleźć miejsca, aż w końcu, jakby prowadzony jakąś niewidzialną dłonią, ruszył w kierunku lasu.

Znał drogę. Na wschód oznaczało z dala od rzeki, wzdłuż ścieżki, przy której jego matka i inne kobiety zbierały grzyby. Późnym latem przychodzili tu na jagody. Na wschód, czyli tam, skąd płynęły chmury.

Nie wiedział, jak daleko będzie musiał iść, ale skoro wujek dotarłby tam w ciągu jednego dnia, to on też.

No, najwyżej w ciągu dwóch dni, pomyślał odważnie.

Z dziwną determinacją szedł ścieżką wśród sosen. Był pulchny, jak wiele dzieci w jego wieku. Miał na sobie białą koszulkę z paskiem, kapcie z łyka, w dłoni ściskał pęk zerwanego na polu jęczmienia.

Po pięciuset metrach dotarł do polanek, na których kobiety zazwyczaj zbierały grzyby. Uśmiechnął się z zadowoleniem, rozpoznając okolicę. Nigdy jeszcze nie był sam tak daleko w lesie, mimo to ani na chwilę się nie zatrzymywał.

Wąska dróżka schodziła zboczem w dół – w jednych miejscach była pokryta sosnowymi igłami, gdzie indziej biegła wśród poskręcanych korzeni – aż docierała do młodniaka. Kij zauważył, że wśród dębów i buków jest coraz mniej sosen, za to coraz więcej jesionów. Z wysokich gałęzi obserwowały go z uwagą wiewiórki. Jedna, ta najbliżej ścieżki, w pierwszej chwili chciała uciec, ale zmieniła zdanie i przysiadła czujnie, chrupiąc jakąś łuskę. Po pewnym czasie młodniak się przerzedził, na ścieżce pojawiła się trawa. Po kolejnych kilkuset metrach ścieżka zakręcała w prawo, a potem w lewo. Kij zauważył następną kępę sosen.

Był szczęśliwy. I podekscytowany wyprawą w nieznane.

Wędrował tak prawie kilometr, zanim w końcu ścieżka dotarła do gęstszej ściany lasu i znacznie się zwęziła. Kij szedł jednak dalej, aż korony drzew zamknęły się nad jego głową. Poczuł słodki, błotnisty zapach.

Po prawej stronie zobaczył ciemny staw.

Staw nie był duży – miał dziesięć metrów długości i trzydzieści szerokości. Otoczona drzewami tafla wody stała nieruchomo. Ale w pewnej chwili zmarszczył ją słaby podmuch wiatru. Fala uderzyła z lekkim pluskiem o brzeg porośnięty kępami paproci.

Kij wiedział, co to oznacza. Rozejrzał się bojaźliwie.

„W spokojnym stawie diabeł mieszka”.

Tak mawiali mieszkańcy wioski. I na pewno mieszkały tu też panny wodne, rusałki. Gdy ktoś nie był wystarczająco ostrożny, mogły go dopaść i załaskotać na śmierć. „Nie daj się złapać jakiejś rusałce – przestrzegała go ze śmiechem matka. – Masz takie łaskotki, że poradzą sobie z tobą w jednej chwili”.

Nie spuszczając wzroku z powierzchni wody, chłopiec obszedł dookoła groźną sadzawkę. Na szczęście ścieżka zaczęła się od niej oddalać. Wkrótce las zamienił się w dąbrowę, a za nią pojawiła się otwarta polana. Wysokie trawy kołysały się łagodnie. Na prawo rosła kępa brzóz.

Kij przystanął.

Wokół panowała cisza. Nad sobą miał puste, milczące niebo. W którą stronę pójść?

Odczekał kilka minut, aż na niebie pojawił się obłok. Obserwował go uważnie, żeby wyznaczyć kierunek.

Wschód miał na wprost przed sobą. Ruszył dalej.

Po raz pierwszy pożałował, że jest sam. Rozejrzał się kilkakrotnie po polanie. Może zobaczy gdzieś mamę? Wydawało mu się naturalne, że powinna być tam gdzie on.

Znów zagłębił się w las, a po dziesięciu minutach zorientował się, że ścieżka znikła. Niskiej trawy rosnącej pod wiązami nie przecinały żadne ślady, ani zwierząt, ani ludzi. Było tu dziwnie pusto. Zatrzymał się zaniepokojony. Może powinien zawrócić? Znajome pola i rzeka wydawały się tak daleko. Nagle zapragnął być znowu u siebie. Przypomniał sobie jednak, że jeszcze raz musiałby minąć mroczny staw z rusałkami.

Drzewa rosły tu blisko siebie, ogromne i groźne. Sięgały wysoko i tłumiły światło, przez zasłonę liści widać było jedynie małe skrawki nieba, jakby ktoś roztrzaskał błękitną czarę firmamentu na tysiąc kawałków. Chłopiec spojrzał w górę i znów się zawahał. Ale co z niedźwiadkiem? Nie, nie zrezygnuje. Zacisnął zęby i ruszył dalej.

I nagle mu się wydało, że słyszy głos.

– Kij! – Wołanie matki odbijało się wśród drzew łagodnym echem. – Kij, mój ptaszku!

A więc jest tutaj. Buzia mu pojaśniała. Odwrócił się. Nikogo. Teraz on zawołał, a potem wsłuchiwał się przez chwilę, czekając na odpowiedź.

Cisza. Jedynie lekki wiatr zaszeleścił liśćmi i poruszył mniejsze gałązki. Może to wołanie było tylko zawodzeniem wiatru? A może to rusałki ze stawu robią sobie z niego żarty?

Ze smutkiem ruszył dalej.

Szedł w cieniu koron wysokich drzew, jedynie od czasu do czasu wąski promień słońca muskał jego włosy. Chwilami zdawało mu się, że obserwują go czyjeś oczy, jakby milczące istoty, szare i brązowe, przemykały w cieniu. Ale choć rozglądał się nieustannie, niczego nie zauważył.

Po pięciu minutach zatrzymał się, wypatrując jakiegoś poruszenia wśród drzew, gdy nagle nad jego głową rozległ się głośny skrzek. Przerażony uniósł wzrok i zobaczył wśród liści wzbijający się w górę dziwny kształt.

– Baba-Jaga! – wrzasnął.

Każde dziecko bało się Baby-Jagi. Wiedźma latała w wielkim moździerzu, miała ogromne stopy i rozczapierzone szponiaste dłonie, którymi łapała dzieci, zabierała je ze sobą, a potem gotowała w wielkim kotle. Kij patrzył w górę z przerażeniem.

Na szczęście to był tylko ptak, który wznosił się wśród gałęzi, głośno uderzając skrzydłami. Mimo to chłopiec trząsł się na całym ciele. Płacząc, usiadł na ziemi i zaczął wołać matkę. Ale gdy kolejne minuty mijały bez odpowiedzi, jakoś zapanował nad łzami i powoli się uspokoił.

Przecież to tylko ptak. Co mówił wujek? „Myśliwy, jeśli tylko jest ostrożny, nie ma się czego w lesie bać. Tylko kobiety i dzieci lękają się lasu”.

Kij stanął powoli na nogi. Z wahaniem ruszył dalej.

Niedługo potem zauważył, że okolica po lewej stronie jakby się zmieniła. Las stał się rzadszy, przez gałęzie przedostawało się więcej światła. A jeszcze dalej wydawało się, że drzewa błyszczą złotym światłem. Skierował się w tamtą stronę.

Było tu znacznie cieplej. Drzewa nie rosły tak wysoko. Pod stopami zieleniła się bujna trawa, pojawiały się krzewy. Na ziemi widać też było kępy mchu. Kij poczuł na twarzy słońce, usłyszał bzyczenie much, nawet ugryzł go jakiś komar. Chłopcu wrócił dobry humor. Spod stóp uciekła mu mała zielona jaszczurka.

Tak się ucieszył, że tu dotarł, iż nawet nie zauważył, w którą idzie stronę.

Nie mógł tego wiedzieć, ale wędrował już ponad godzinę. Było południe. Nie czuł pragnienia ani głodu, a radość z wydostania się z ciemnego lasu stłumiła zmęczenie. Zerknął za siebie, ale lasu już nie było widać. Zatoczył wzrokiem półkole. Zalany słońcem krajobraz wydał mu się obcy. Nieopodal lśniła biała kora brzóz. Niewielki ptak na gałęzi patrzył na niego tak, jakby nie chciało mu się ruszać w tym upale. I nagle, może też z powodu gorąca, Kij poczuł, że cały ten dzień staje się nierzeczywisty. Gdzieś przed nim, w gęstniejącym poszyciu, pojawiła się linia niskich trzcin.

I wtedy zobaczył błysk światła.

Wydobywało się z ziemi, spod splątanych korzeni. Było tak jaskrawe, że aż zmrużył oczy. Zrobił krok do przodu. Światło nadal migotało. Światło w ziemi. Przysunął się jeszcze bliżej, a wtedy przyszła mu do głowy pewna myśl.

A może to światło wskazuje drogę do innego świata?

Tak, to możliwe. W języku Słowian słowa „świat” i „światło” brzmiały bardzo podobnie. I Kij wiedział doskonale, że domowoj i inni przodkowie mieszkają pod ziemią. A tu rozbłyskiwało światło, w czarodziejskim miejscu, w środku ziemi. Więc może tam naprawdę jest wejście!

Dopiero gdy chłopiec podszedł bliżej, okazało się, że światło pochodzi z gładkiej powierzchni ukrytego w zaroślach strumyka, w którym odbija się południowe słońce. Strużka wiła się w leśnym podszyciu, czasem znikała w jakimś zagłębieniu, by pojawić się w wysokiej trawie kilka metrów dalej. Jednak dla chłopca było to tak samo magiczne. Gdy patrzył na mknącą wodę, na brzozy dookoła, na bujną trawę, w jego główce pojawiła się jeszcze bardziej ekscytująca myśl. Jestem na miejscu! Tak, dotarł do granicy magicznego królestwa za siedmioma lasami. Na całym świecie nie ma bardziej czarodziejskiego miejsca niż to.

Z zachwytem podążył za strumykiem, który poprowadził go do stojących pięćdziesiąt metrów dalej dwóch głazów. W rozpadlinie między nimi rosła leszczyna. Kij zatrzymał się i dotknął skały: była ciepła, niemal gorąca. Zachciało mu się pić. Zawahał się, bo nie wiedział, czy wolno mu pić z magicznego źródełka, ale pragnienie zwyciężyło, ukląkł na trawie i nabrał w dłonie krystalicznie czystej wody. Była orzeźwiająca i miała niemal słodki smak.

A potem, żeby lepiej rozejrzeć się po okolicy, zaczął się wspinać na jeden z głazów. Tuż nad nim była szeroka skalna półka. Podniósł rękę, starając się czegoś chwycić.

Poczuł pod palcami ciało węża.

Nie wiedział, jak to się stało, ale w ułamku sekundy znalazł się trzy metry od skały, drżąc na całym ciele jak osika. Poruszał konwulsyjnie głową, wypatrując na drzewach, w strumieniu i na głazach gotowych do ataku węży. Gdy źdźbło trawy musnęło mu nogę, podskoczył jak oparzony.

Jednak wąż na skale leżał nieruchomo. Kij widział jego ogon przewieszony przez krawędź. Trzęsąc się, odczekał jeszcze dwie minuty. Na ziemi nic się nie poruszyło, jedynie gdzieś w koronach drzew bezszelestnie przemknął myszołów.

Gdy w końcu ciekawość przeważyła nad strachem, chłopiec podkradł się ostrożnie do skały.

Wąż był martwy. Leżał zwinięty na półce. Gdyby go rozciągnąć, byłby dwa albo nawet trzy razy większy. W jednym miejscu był przecięty na pół – zapewne przez orła. Kij od razu rozpoznał żmiję – w tych okolicach żyło kilka gatunków żmij – i aż zadrżał, choć gad był martwy.

Nagle coś sobie uświadomił. Niemal się uśmiechnął. Tak, to jest magiczna kraina. Wąż leży w cieniu krzewu rosnącego w rozpadlinie pomiędzy dwiema skałami. Leży w cieniu leszczyny.

– Teraz na pewno znajdę niedźwiadka – powiedział na głos.

Bo martwy wąż mógł mu zdradzić jedną z największych tajemnic: tajemnicę czarodziejskiego języka.

Magicznego języka nie dało się słyszeć. Mówiły nim wszystkie drzewa i rośliny, kamienie i strumyki, a czasem też zwierzęta. Tę tajemnicę można było posiąść na kilka sposobów – powiedziała mu to sama babka. „Pierwszy sposób polega na tym, że musisz uratować węża z pożaru albo ocalić złowioną rybę, wtedy one mogą ci ten język przekazać. Drugi sposób to znaleźć nasienie paproci w najkrótszą noc w roku. Trzeci to złapać żabę podczas orki i włożyć ją sobie do ust. Poznasz także ten język, jeśli pod krzakiem leszczyny znajdziesz martwego węża, upieczesz go i zjesz jego serce”.

Gdybym mógł rozmawiać z drzewami i zwierzętami, od razu by mi powiedziały, gdzie jest mój niedźwiadek, pomyślał. I popatrzył z zadowoleniem na węża. Ale miał jeden problem: jak go upiec? Nie umiał rozniecić ognia. Przyszło mu do głowy, że może zabrać węża do wioski.

Nie spuszczał gada z oczu. Wąż leżał zaledwie dwa metry od niego i był martwy od niedawna. Gdyby nie oderwana głowa, można by sądzić, że za chwilę się poruszy. Kij poczuł przez łykowe buty ciepło skały i zadrżał, uświadomiwszy sobie, że to samo ciepło ogrzewa też węża.

Nie, nie da rady zaciągnąć go do wioski.

Jednak po chwili wpadł na wspaniały w swojej prostocie pomysł. Miał wrażenie, że pojawiła się przed nim szeroka ścieżka przez pusty las. Przyprowadzi tu wujka Mala, a on upiecze węża!

Przecież to takie proste! Czuł się tak, jakby jego podróż dobiegła końca, a on szczęśliwie dotarł do domu. Zsunął się z ulgą ze skały i zaczął szukać swoich śladów nad strumykiem. Okolica nie wydawała się już taka magiczna, za to bardziej znajoma.

Dopiero po paru minutach pojął, że się zgubił.

Od strumienia skręcił do lasu, ustalając kierunek według płynących na niebie chmur. Tylko dlaczego to miejsce wyglądało tak obco? Drzewa były wyższe, rosły coraz gęściej. Tu i ówdzie pojawiały się krzewy, leżały porozrzucane głazy. Nie, wcześniej był w zupełnie innym lesie. A teraz ucieszyłby się na widok groźnego stawu zamieszkanego przez rusałki. Znów spojrzał na chmury. Nie wiedział jednak, że po południu wiatr zaczął zmieniać kierunek.

Dopiero teraz ogarnęła go panika. Mijały minuty, a on miał coraz większą pewność, że się zgubił. Zrobiło mu się zimno. Zatrzymał się i rozglądał na wszystkie strony, ale wszędzie widział jedynie niezliczone pnie drzew.

Nie wiedział, dokąd iść. Pięć razy zawołał matkę po imieniu, ale jego głos zginął wśród drzew. Tak jakby ten dzień postanowił schwytać go w pułapkę, uwięzić w lesie pod bezkresnym błękitnym niebem, a teraz przyglądał mu się drwiąco z wysoka. A jeśli nigdy nie wróci do domu? Kij przysiadł przy zwalonym drzewie. Zalewały go fale rozpaczy, siedział nieruchomo, zbyt zmęczony i zniechęcony, by iść dalej. Zaczął płakać.

Zawołał jeszcze dwa razy, ale nie usłyszał odpowiedzi. Obok niego rósł duży grzyb. Pogłaskał jego miękki kapelusz, szukając jakiegoś ukojenia. Płacz rozgrzał go, powieki zaczęły mu ciążyć. Głowa opadła na pierś.

Gdy zobaczył niedźwiadka, w pierwszej chwili wydawało mu się, że śni.

Miś musiał się oddalić od matki, bo biegł teraz w długich susach, próbując ją dogonić. Minął Kija w odległości piętnastu metrów.

Chłopiec wstał, przecierając oczy, i uszczypnął się, żeby się upewnić, że nie śni. Czyżby rzeczywiście znalazł niedźwiadka? Aż nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Zwierzę wciąż było na horyzoncie, biegło za jakimś brązowym kształtem widocznym sto metrów dalej, pewnie za matką. Brązowy kształt zniknął za drzewem.

Chłopiec ruszył za nimi bez wahania. Miał tylko jedną myśl: zobaczyć, dokąd one idą. Biegł ile sił w nogach.

Dotarli do polany, minęli ją i zagłębili się w następny las. Kij nawet się nie zastanawiał, dokąd idą. Gdy widział niedźwiedzie, zamierał w bezruchu, żeby go nie zauważyły. Głównie jednak kierował się odgłosami łamanych gałązek i szuraniem łap. Nie wiedział, jak daleko jest od domu ani jak znajdzie powrotną drogę. Był zbyt blisko celu swoich poszukiwań, by się nad tym zastanawiać. Szedł wytrwale przed siebie.

Kilka razy o mało nie stracił ich z oczu. Nagle w środku bezkresnego, jak mu się wydawało, zagajnika dębów czy jesionów otaczała go martwa cisza. Wszystkie drzewa wyglądały jednakowo. Zatrzymywał się wtedy, robił kilka kroków, znów się zatrzymywał, aż w końcu znów dobiegał go głośny szelest.

Nie czuł żadnego zagrożenia. Po otrzymaniu tylu magicznych znaków – ukryty staw, światło z innego świata wychodzące ze strumyka, wąż pod leszczyną – uwierzył, że to czarodziejski dzień i że duchy lasu prowadzą go do celu.

Właśnie w jednej z tych chwil ciszy zauważył po prawej stronie, za ścianą brzóz, plamę światła, która mogła oznaczać polanę. Może niedźwiadek tam właśnie poszedł? Kij ruszył w tamtym kierunku.

I wtedy na skraju polany zobaczył wśród drzew błysk światła. Niezbyt wysoko. Coś migotało na niższych gałęziach. Nie widział dokładnie przez rząd brzóz, ale promienie słońca tańczyły na czymś, wystrzeliwując we wszystkie strony czerwone, złote i srebrne błyski. Co to takiego?

Nagle zalała go fala radości. Przecież to oczywiste! Cóż innego może tak błyszczeć na drzewie? Co stoi na straży skarbów poszukiwanych przez człowieka, a teraz najwyraźniej pilnuje niedźwiadka? Jedynie najrzadszy i najwspanialszy ze wszystkich cudów lasu.

Żar-Ptak.

Żar-Ptak miał pióra we wszystkich kolorach. Nawet w ciemności błyszczał i migotał. A ten, komu udałoby się podkraść i chwycić jedno pióro z ogona, miałby wszystko, czego by zapragnął. Żar-Ptak oznaczał ciepło i szczęście. A niedźwiadek na pewno czeka teraz przy nim. Kijowi się zdawało, że migotliwe światło wabi go i przywołuje.

Zbliżył się do czarodziejskiej istoty na odległość dziesięciu metrów. Nie widział wyraźnie, ale Żar-Ptak nie poruszał się i cały czas jasno świecił. Czekał na niego. Z okrzykiem radości Kij przebiegł między brzozami i wypadł na polanę.

Patrzący na niego jeździec miał nieruchomą twarz. Kolorowe klejnoty ozdabiające krawędź jego hełmu błyszczały w słońcu jak Żar-Ptak. Mężczyzna odznaczał się śniadą cerą i dużym orlim nosem. Na ramiona spływała mu kaskada czarnych włosów. Ale jego ciemne, skośne oczy patrzyły zimno. Przez ramię miał przewieszony długi, zakrzywiony łuk.

Chłopiec stał przed nieznajomym jak skamieniały. Wierzchowiec, którego ten dosiadał, był czarny i miał bogato zdobioną uprząż. Skubał trawę rosnącą w cieniu drzew, a teraz podniósł leniwie łeb, żeby popatrzeć na Kija.

Jeździec trwał nieruchomo.

A potem nagle ruszył do przodu.

Południowe słońce zawieszone wysoko na bezkresnym błękitnym niebie mocno prażyło ziemię. Suchy jęczmień, poruszony lekkim powiewem dusznego wiatru, zaszeptał cicho i jakby na pożegnanie musnął talię Lebiedź. Zapach zboża docierał aż do skraju lasu. Z pola wybiegła mała mysz i schowała się w korzeniach drzewa.

Może chłopiec chciał się tylko schronić w cieniu? Lebiedź szła wzdłuż lasu, cicho nawołując:

– Kij, mój ptaszku! Kij, mój gołąbku!

Pasące się krowy spojrzały na nią, ale nawet nie ruszyły się z miejsca. Po drugiej stronie pola wisiał w powietrzu myszołów, wypatrując zdobyczy. Kija jednak nie było.

Skręciła na ścieżkę prowadzącą do miejsc, gdzie zbierali grzyby. W południe panowała w lesie taka sama cisza jak na polu, słońce pokrywało wszystko ostrym światłem. Lebiedź znów zawołała:

– Kij! Kij, moja kaczuszko!

Na jej szyi wisiał na sznurku mały talizman, który dostała kiedyś od matki – gęś wyrzeźbiona z kawałka drewna. Wyjęła ją zza koszuli i pocałowała.

Przeszukała polany, dokąd chodzili na grzyby. I tu Kija nie było.

Doszła do stawu. Może wpadł do wody? Może kryje go teraz ciemna, nieruchoma tafla? Nie, nie ma najmniejszego powodu, żeby miał wpaść do sadzawki, pocieszała się w myślach.

Jej głos dźwięczał donośnie.

Dotarła ścieżką do następnej polany. Tu też zawołała kilka razy. Czyżby poszedł jeszcze dalej?

Stanęła przed kępą brzóz po drugiej stronie polany i skłoniła głowę. Brzoza była drzewem świętym i przyjaznym, pomagała temu, kto się do niej modlił. Lebiedź ruszyła dalej. Kierowała się na wschód, nie wiedząc, że chłopiec, nieświadomy zmieniającego się wiatru, podążył za obłokami w inną stronę. W pewnej chwili zauważyła parę wilków stojących przy drzewie jak dwa szare cienie. Serce jej załomotało. A jeśli Kij też je spotkał? Mogła się jedynie pocieszać, że latem, gdy zwierzyny było w bród, wilki rzadko atakowały ludzi.

Gdy tak szła, w jej umyśle pojawiały się uporczywe obrazy, dziwne postacie z legend opowiadanych w wiosce: ptaki radości i smutku, ptaki drapieżne. A potem przez dziesięć minut wypełniały ją obrazy ognia – ognia na palenisku, który dawał ciepło i bezpieczeństwo, oraz ognia w lesie, budzącego lęk. Te dwa obrazy zachodziły na siebie, aż w końcu nie umiała ich odróżnić.

Czasem drzewa wyglądały przyjaźnie, jakby otoczyły chłopca opieką, a teraz chciały go jej oddać. A chwilami były mroczne i groźne. Gdy szła przez dąbrowę, wydawało jej się, że słyszy głos Kija dobiegający gdzieś z lewej strony – zawołała, ale znów nie usłyszała odpowiedzi.

Jak będzie wyglądać jej życie bez niego. Wyobraziła sobie puste miejsce obok siebie na półce ponad paleniskiem. Jak uda jej się wypełnić tę dojmującą pustkę? Mąż ją wypełni? Nie. Jeszcze jedno dziecko? Widziała w wiosce inne kobiety, które straciły swoje dzieci. Płakały, usychały z tęsknoty, ale w końcu czas leczył rany. Rodziły kolejne dzieci i znów niektóre traciły. Tak toczyło się życie plemienia. Ale na co jej teraz ta wiedza? Sama nieraz doświadczyła matczynego niepokoju, lecz lęk nigdy wcześniej nie był tak silny. Dziś kąsał ją i dręczył, wywołując ból nie do zniesienia.

Gdyby mogła wzlecieć jak Baba-Jaga ku kopule nieba, widziałaby z góry wszystko, co się rusza w lesie i na stepie. O, gdybyż mogła zobaczyć chłopca i czarami przenieść go do domu!

Gdy tak wędrowała, przyszły jej do głowy dwie myśli. Pierwszą było to, że chłopiec nie dałby rady dojść dużo dalej. A zatem, o ile wciąż żył, powinien być w lesie po prawej albo po lewej. Niestety, nie umiała zgadnąć gdzie.

Druga myśl była bardziej przerażająca.

Las na wschodzie niedługo się kończył. A tam pojawiało się nowe niebezpieczeństwo: step.

Wyobraziła sobie, jak Kij wchodzi w wysokie trawy. Nic by go tam nie chroniło przed palącym słońcem. Trawy zamknęłyby się za nim, nie umiałby znaleźć wyjścia, ona zaś nie mogłaby go zobaczyć. A dzikie zwierzęta? Było mało prawdopodobne, by niedźwiedź czy wilk zaatakowały dziecko w środku lata, ale na stepie mieszkały żmije, dzikie psy i tchórze.

Postanowiła dotrzeć do granicy lasu, a potem pójść wzdłuż jego krawędzi i nawoływać po drodze. Jeśli Kij zawędrował aż tak daleko, to pewnie jest zmęczony i może odpoczywa gdzieś w cieniu. Przyspieszyła kroku.

Po pięciu minutach minęła ostatnie drzewa.

Przed sobą miała wielki, otwarty step. Południowa cisza sięgała aż po horyzont i jeszcze dalej. Słońce prażyło ziemię, nad którą unosiło się falujące powietrze. Spalone niskie trawy i turzyce tylko w niektórych miejscach były jeszcze zielone. Tak zaczynał się step. Dalej ciągnęła się ostnica piórkowata – nazywana tak z powodu wyrastających wiosną pierzastych wiech. Jej wyblakłe kłosy mieszały się i zacierały w oddali, przez co zżółknięte łodygi wyglądały tak, jakby ktoś je przysypał białym puchem. Jeszcze dalej równina robiła się brunatna, a tuż pod linią horyzontu przybierała kolor bzu. W pierwszej chwili można było odnieść wrażenie, że palące słońce uśpiło swoim żarem wszystkie żywe istoty.

Ale było to tylko złudzenie. Tuż obok stopy Lebiedź cykał konik polny. Po prawej unosił się na niebie skowronek, wyśpiewując w upale swoje trele. Na skraju lasu dostrzegła kilka zwiędniętych irysów i hiacyntów. Ciemnozielona plama na żółtej trawie zdradzała obecność kolonii świstaków.

Wołała kilka razy, ale bez skutku. Skręciła w lewo, szła teraz wzdłuż lasu na północny wschód. Przed sobą, nieco na prawo, jakieś trzy i pół kilometra w głąb stepu, zauważyła niewielkie, choć wyraźne wzniesienie. Był to kurhan – grobowiec – choć nie wiedziała, kto go usypał ani kiedy. Jej plemię nie budowało takich wzniesień.

Minęło trochę czasu, ale kurhan, zawieszony w rozgrzanym powietrzu, wcale się nie zbliżał. Wiedziała, że step zna wiele takich sztuczek, lecz dziś wydawał się ponury, wręcz złowrogi. W oddali dostrzegła żurawia stepowego – z czarnoniebieską szyją i białym grzbietem – który zmierzał szybko do ukrytego w trawie gniazda. Kilkakrotnie zagłębiała się w las, szukając Kija, i znów wracała na zalany słońcem step.

W końcu kurhan zaczął się przybliżać. Jednocześnie dotarła do miejsca, w którym las wcinał się wąskim pasem w step. Weszła między drzewa.

Po drugiej stronie leśnego cypla jacyś jeźdźcy rozłożyli obóz. Zobaczyła ich dopiero z odległości stu kroków.

I zobaczyła też, że mają jej syna.

Pięć wozów miało zadaszenie z kory. Ustawione w półkole, rzucały na rozpaloną ziemię gorące, zakurzone cienie. Kilku jeźdźców zsiadło z koni i leżało obok wozów.

Dwóch konnych stało nieco dalej. Jeden był jasnowłosy, drugi miał włosy ciemne. I ten drugi zwracał się do pierwszego jak do dowódcy.

– Mówię ci, bracie, poszukajmy tej wioski.

Jasnowłosy jeździec patrzył na chłopca, którego jego towarzysz posadził sobie przed siodłem. Chłopiec był blady i rozglądał się dookoła przerażonym wzrokiem. Całkiem ładny chłopczyk.

Długie, kruczoczarne włosy jeźdźca błyszczały w słońcu niemal tak samo jak boki czarnego rumaka.

Do wioski nie mogło być daleko. Zabraliby kilku młodzieńców i kilkoro dzieci płci męskiej, protesty na nic by się zdały. A potem wyćwiczyliby ich na wojowników – nie na niewolników, ale członków własnego klanu. Dwóch jeźdźców odpoczywających przy koniach też pochodziło ze słowiańskich wiosek. Co za dziwni ludzie, pomyślał jasnowłosy, nie mają boga wojny, a wyrastają na znakomitych, dzielnych wojowników. Ten chłopiec też byłby dobrym nabytkiem dla jego klanu.

Jednak tego upalnego popołudnia nie chciał napadać na wioskę.

– Przybyłem tu w innym celu – powiedział.

Ciemny jeździec pochylił głowę.

– Twój dziad nie dożył starości – powiedział z powagą. – Nie bez powodu nazywano go Jeleniem.

To była największa pochwała dla jeźdźców stepu. Mężczyzna, który dożył starości, tracił honor – odważni wojownicy ginęli w walce w kwiecie wieku.

Nieco wcześniej, gdy słońce stało w zenicie, jasnowłosy wojownik zatrzymał się na szczycie samotnego kurhanu i wbił w niego długi miecz. To był grób jego dziadka, który zginął tu w potyczce. Pamiętała o nim tylko rodzina, co kilka lat oddając mu w tym na wpół zapomnianym miejscu należną cześć. Miecz wciąż tu był, jego metalowa rękojeść błyszczała w słońcu, przypominając o klanie szlachetnych wojowników.

Kij wpatrywał się w jeźdźca. Nigdy wcześniej nie widział takich ludzi, ale o nich słyszał. Domyślał się, że ten na czarnym koniu to Scyta.

„Jeśli Scyta cię złapie – przestrzegał go kiedyś ojciec – to obedrze cię żywcem ze skóry i zrobi z niej uprząż”. Kij patrzył z niepokojem na wodze. Twarde spojrzenie ciemnych oczu kazało mu się spodziewać najgorszego, a teraz podejrzewał, że rozmawiają, jak go pociąć. Trząsł się na całym ciele. A jednocześnie, patrząc w twarz jasnowłosego wojownika, czuł nikłą nadzieję. Pomimo przerażenia nie mógł oprzeć się myśli, że nigdy jeszcze nie widział tak wspaniałej postaci.

W odróżnieniu od Scyty, swojego brata krwi, mężczyzna nosił krótko obcięte włosy. Miał pociągłą twarz o regularnych, niemal delikatnych rysach. Ale gdy jego niebieskie oczy rozpalały się gniewem, budził przerażenie jeszcze większe niż Scyta. O tym mrożącym krew w żyłach spojrzeniu mężczyzn z jego plemienia wspominało kilku starożytnych pisarzy.

Należał do Alanów – największego ludu sarmackiego – i pochodził z potężnego, dumnego klanu, którego członkowie nazywani byli jasnymi albo promiennymi.

Stepowi jeźdźcy napływali ze wschodu od niepamiętnych czasów – z ziem azjatyckich leżących za ogromnym półkolem górskich łańcuchów tworzących południową granicę eurazjatyckiej równiny. Pokonywali przełęcze północnych Indii i Persji, wyłaniali się z mgieł zalegających górskie zbocza i zalewali równinę. Jechali z pustyń, okrążali Morze Kaspijskie, docierali do Wołgi, a stamtąd wędrowali ku stepom na północ od Morza Czarnego, na ziemie nad Dnieprem i Donem. Wdarli się nawet na wybrzeże Morza Śródziemnego i na Bałkany.

Najpierw w odległej starożytności pojawili się Kimerowie, jeźdźcy epoki żelaza. Następnie, około 600 roku przed naszą erą – Scytowie, lud indoeuropejski z domieszką krwi mongolskiej, posługujący się językiem irańskim. I wreszcie około 200 roku przed naszą erą jeszcze potężniejszy lud irańskojęzyczny, Sarmaci, podbił Scytów i zepchnął ich na małe terytoria.

Te klany wojowników ze szlachetnymi książętami przybyły z południa. Irańskie słowo don, oznaczające wodę, znalazło się w nazwach wielkich rzek: Donu, Dniepru, a nawet płynącego dalej na zachodzie Dunaju. Alanowie byli wędrownymi wojownikami, panami stepów.

Słowianie bali się ich i podziwiali jednocześnie. Jedne plemiona pracowały dla nich, inne płaciły im daniny. Alanowie wędrowali po całej równinie – jak mówiły ich bohaterskie legendy, przemierzali stepy od krainy ciepłego słońca po ziemie, gdzie słońce chowało się za horyzontem.

Alan zerknął w niebo. Wciąż panował upał, ale za chwilę mężczyźni w obozie obudzą się i czas będzie ruszyć w drogę.

– Dziś wracamy – powiedział cicho. – Możesz zatrzymać chłopaka.

Kij nie mógł oderwać oczu od wojownika. W odróżnieniu od Scyty Alan używał strzemion. Miał buty z miękkiej skóry i falujące jedwabne spodnie. Przy boku wisiały mu miecz i arkan, ulubiona broń jego ludu, do nogi zaś przymocowany był sztylet z pierścieniem na szczycie rękojeści. Obok jednego z wozów leżały kolczuga i spiczasty hełm związane w tobołek, a także dwie długie włócznie, którymi Alanowie atakowali w bitwach. Wojownik miał na sobie kaftan ozdobiony złotymi trójkątami, szyję otaczał mu naszyjnik ze złotego drutu uplecionego na kształt małych smoków. Z ramion spływała wełniana peleryna spięta broszą wysadzaną wschodnimi klejnotami. To były wszystkie jego ozdoby.

Scyta prezentował się zupełnie inaczej. Kij czuł na plecach drapanie złotych i srebrnych ornamentów naszytych na skórzany serdak. Na przytrzymującym chłopca ciemnym ramieniu widniała bransoleta z wygrawerowanymi zwierzętami i bogami. Kij nie miał pojęcia, że to wspaniałe dzieło pochodzi z Grecji, wiedział tylko, że odbijające się w nim światło słońca razi go w oczy. Przy pasie Scyty zauważył bułat z rękojeścią z greckimi ornamentami.

Największe jednak wrażenie zrobiły na drżącym chłopcu konie. Nie widział czarnego rumaka w całości, ale siedząc okrakiem na jego szyi, czuł siłę zwierzęcia. A wierzchowiec Alana wydawał mu się wręcz bogiem.

Koń był srebrnosiwy, miał czarną grzywę, czarny pas na grzbiecie i czarny ogon. Alanowie mówili o tak szlachetnie umaszczonych koniach „oszronione”. Poruszał się lekko, jakby ledwo dotykał ziemi. Kij pomyślał, że takie stworzenie nie galopuje, lecz lata.

I wcale się nie mylił. W oczach alańskich plemion nie było szybszego wierzchowca. Szlachetne zwierzę nosiło imię Trajan, po rzymskim cesarzu, którego bohaterska sława rozeszła się wokół Morza Czarnego i którego Sarmaci uznawali za boga. Trzykrotnie Trajan ratował życie swojego właściciela, unosząc go z pola bitwy. Kiedyś, gdy Alana raniono podczas walki, wyrwał się tym, którzy chcieli go pojmać, i odnalazł swojego pana. Dlatego ludzie często mówili: „Ten wojownik kocha Trajana bardziej niż żonę”, a te słowa miały być wyrazem największego uznania.

Trajan stał nieruchomo, jedynie złote kółka przy uździe pobrzękiwały cicho, poruszane lekkim wiatrem. Na każdym kółku wyryta była tamga – znak klanu, do którego należał także koń. Tamgą tego klanu był Trójząb – święty znak wiszący nad paleniskiem w wieży rodowej, oddalonej o setki kilometrów na wschód.

Scyta także patrzył na Trajana. Westchnął lekko. Zgodnie ze zwyczajami jego ludu taki boski wierzchowiec zostałby pochowany razem z właścicielem w kurhanie. Jednak Alanowie, choć byli znakomitymi jeźdźcami, zadowalali się pochówkiem z siodłem i uprzężą.

Ojciec Scyty i ojciec Alana walczyli razem jako najemnicy dla Rzymian, a oni jeszcze jako mali chłopcy zostali braćmi krwi. Była to najświętsza więź – nic nie mogło jej zerwać. Od lat wędrowali razem, walczyli jeden przy drugim. Nigdy Scyta nie zawiódł Alana. A gdyby zaszła taka potrzeba, gotów byłby oddać za niego życie.

Jednak gdy jego twarde spojrzenie po raz tysięczny spoczęło na Trajanie, w oczach pojawił się szczególny, marzycielski wyraz. Gdyby nie był moim bratem, myślał czasem, to dla takiego konia zabiłbym jego i stu innych.

Koń popatrzył na niego dumnie.

– Bracie, pozwól mi wziąć dwóch ludzi – powiedział Scyta. – Najedziemy wioskę i dogonimy was jutro przed zachodem słońca.

Alan pogładził końską szyję.

– Nie proś mnie o to teraz, bracie – odparł.

Scyta zamyślił się. Obaj wiedzieli, że Alan nie mógł odmówić bratu niczego – żaden dar, żadna przysługa czy ofiara nie wydawały się zbyt wielkie. Była to kwestia tradycji i honoru. Gdyby Scyta oficjalnie poprosił o Trajana, Alan musiałby go oddać. Ale żaden z braci nie nadużywał tego prawa – obaj wiedzieli, kiedy nie należy prosić. Ciemnowłosy mężczyzna skłonił jedynie głowę, jakby propozycja najechania wioski nigdy nie padła.

Kij oderwał wzrok od wierzchowca i krzyknął.

Zbliżała się do nich w rozgrzanym powietrzu. Wysoka, pożółkła trawa drapała jej bose nogi.

Nie wiedziała, czy ją zabiją, czy nie, ale nie miała nic do stracenia. Gdy podeszła bliżej, coś jej podpowiedziało, że dowódcą jest jasnowłosy Alan. Obaj mężczyźni patrzyli na nią obojętnie. Nawet konie się nie poruszyły.

Kij odruchowo próbował się wyrwać, ale ramię Scyty trzymało go w żelaznym uścisku. Mimo to chłopcu nie przyszło do głowy, że groźni jeźdźcy mogą go nie oddać matce.

– Kij! – zawołała.

Odpowiedział. Ale dlaczego jeźdźcy ją ignorują?

Lebiedź podniosła wzrok. Dwoje czarnych i dwoje niebieskich oczu patrzyło na nią twardo. Scyta przesunął dłoń w kierunku bułata, ale zatrzymał ją przed chłopcem i oparł na końskiej grzywie.

Dzieliło ją od nich dziesięć kroków. Widziała wyraz twarzy Kija – najpierw radość na jej widok i nadzieję, a potem bezsilną rozpacz, gdy nie mógł do niej podbiec. Zauważyła, że mężczyźni i konie przy wozach też na nią patrzą, ale bez szczególnego zainteresowania. Zatrzymała się i skrzyżowała ręce na piersi.

Wysoka trawa zafalowała od wiatru, przynosząc słodkawy zapach. Słońce prażyło im głowy. Hełm Scyty rzucał jasne błyski. Nikt się nie odezwał.

Alan znał kilka słów w języku Słowian.

– Czego chcesz? – zapytał szorstko.

Lebiedź nawet na niego nie spojrzała. W milczeniu patrzyła na syna trzymanego przez Scytę.

– Wracaj do wioski. Chłopak jest nasz.

Unikała wzroku dziecka. Zerknęła na jego policzki, na jego małe, pulchne palce wczepione w czarną grzywę. Nadal jednak się nie odzywała.

Bo czasem milczenie ma większą moc niż słowa.

Alan nie odrywał od niej oczu. Cóż ona wie, pomyślał, o losie, który czeka chłopca za horyzontem? Co wie o ruchliwych greckich i rzymskich portach nad Morzem Czarnym? O szarych, lśniących niczym stopiony popiół klifach nad południowymi morzami? O gładkich, zgarbionych cyplach wyglądających jak wielkie niedźwiedzie, które przyszły do wodopoju? Co ta biedna Słowianka z lasu wie o ożywionym handlu zbożem prowadzonym na Krymie, o wędrujących na wschód karawanach, o ośnieżonych szczytach Kaukazu, o kuźniach na przełęczach, gdzie hartowano żelazo, o winnicach na niżej położonych stokach? Nigdy nie widziała wielkich stad wspaniałych koni, które niczym bogowie zamieszkują góry, ani dumnych kamiennych wież jego ludu.

Za kilka lat chłopiec będzie wojownikiem i być może dosiądzie takiego konia jak Trajan. Będzie jednym z nich, jasnych Alanów, których taktykę ataków i udawanych odwrotów naśladowali nawet Rzymianie. Przecież niedawno sam cesarz Marek Aureliusz zaniechał prób podbicia tego dzielnego ludu. Co więcej, Rzymianie z zadowoleniem przyjmowali jego pomoc w walce z okrutnymi Partami.

Chłopak mógłby tyle rzeczy zobaczyć na szerokim świecie: zawitałby do królestwa Kimerów albo Scytów na Krymie, prowadziłby rozmowy z osiadłymi w portach Grekami, Rzymianami, Persami i Żydami, poznałby irańskie i azjatyckie ludy z najdalszych zakątków ziemi. Zyskałby sławę, walcząc z Persami na wschodzie albo z Gotami z północy. Ale przede wszystkim poznałby smak wielkiej wolności na bezkresnym stepie – uniesienie podczas galopu, braterstwo krwi.

Jakie życie czekało go wśród Słowian? Mieszkałby w lesie i płacił daniny albo przeniósłby się na południe, żeby uprawiać ziemię dla władców stepu. A jako członek ich klanu sam byłby panem dla innych.

Te wszystkie myśli przebiegały wojownikowi przez głowę, gdy patrzył na kobietę domagającą się swojego syna.

– Chłopak należy do nas.

Usłyszawszy to, Kij spojrzał najpierw na Alana, a potem na matkę. Czy jasnowłosy jeździec chce go zabić? Gdyby miał taki zamiar, to już dawno by to zrobił. Ale co się stanie z nim samym? Już nigdy nie zobaczy matki? Poczuł ostry zapach końskiej sierści, ciepłe łzy zatarły kontury świata.

Przy wozach zaczął się ruch, zaprzęgano konie. Alan przeniósł wzrok na step. Lebiedź nie ruszała się z miejsca.

Scyta patrzył na nią zimno jak wąż. Jego wierzchowiec potrząsnął głową. Do wioski musi być naprawdę blisko, pomyślał wojownik. Mogliby ją najechać. Zaproponował to już dwa razy, ale jego brat krwi przyjął to niechętnie.

Ścisnął chłopca mocniej.

– Czas na nas, bracie – powiedział cicho.

Alan zatrzymał się. Właściwie bez żadnego powodu. Ale skoro czekała ich długa podróż, a schwytane właśnie dziecko miało zacząć nowe życie, chciał się zdobyć na jakiś akt życzliwości, żeby uspokoić patrzącą na nich matkę. Podjechał bliżej, zdjął z piersi mały amulet i zawiesił go chłopcu na szyi. Był to talizman z wizerunkiem czarodziejskiego ptaka Simurga, którego jedno oko widziało teraźniejszość, a drugie przyszłość. Skinął głową na Scytę i obaj zawrócili konie.

Buzię Kija wykrzywił grymas. Chłopiec szarpnął się, usiłując spojrzeć za siebie ponad żelaznym ramieniem Scyty.

– Mamo!

Zatrzęsła się. Każdy mięsień jej ciała chciał się poruszyć, rzucić na ciemnego jeźdźca. Wiedziała jednak, że gdy się na to odważy, on powali ją jednym uderzeniem. Poczuła, sama nie wiedząc dlaczego, że bezruch i milczenie są jej jedyną nadzieją.

– Mamo! – Znowu ten krzyk.

Odjechali już na trzydzieści kroków.

Nie poruszyła się. Jeźdźcy powoli zanurzali się w wysokich trawach stepu. Siedemdziesiąt kroków. Sto. Patrzyła na małą, pyzatą twarz z wielkimi oczami, dziwnie pobladłą ponad czarnym końskim grzbietem.

– Mamo!

Nie odrywała wzroku od twarzy syna. Wysokie trawy zaczynały ją zasłaniać.

Wozy też ruszyły w asyście pozostałych konnych. Nikt nie zwracał na nią uwagi.

Modliła się od chwili, gdy ich zobaczyła. I wciąż nie przestawała, mimo że jej prośby okazały się daremne. Modliła się do boga wiatru, którego czuła na swojej twarzy. Modliła się do boga gromów i błyskawic, do boga słońca, który wciąż zsyłał z góry żar. Modliła się do boga bydła. I do Wilgotnej Matki Ziemi, która była wszędzie. Modliła się do wszystkich znanych jej bogów. Ale puste błękitne niebo spoglądało na nią z góry, nie dając niczego. Było twarde jak stal, jak oczy jeźdźców.

Wozy oddalały się w falującej trawie. Po jakimś czasie nie pozostał po nich nawet obłok kurzu. Miała wrażenie, że niebo też powoli się od niej oddala. I chociaż, tak jak to robił jej lud, wciąż się modliła, opuściła głowę w milczącej rezygnacji: los tak chciał.

Gdy wjechali na niewielki pagórek, Alan odwrócił się i ją zobaczył. Mała postać wciąż za nimi patrzyła.

Ogarnęła go litość. Bo dziwnym zbiegiem okoliczności on też stracił tego roku jedynego syna.

Gdy Scyta usłyszał jego słowa, oczy mu rozbłysły.

– Dwukrotnie wspomniałem o najechaniu wioski, a ty powiedziałeś, bym cię o nic nie prosił – odparł. – Ale ty wiesz, że bardzo cię kocham i że dam ci wszystko, czego zapragniesz. Czyż nie zanurzyliśmy ostrzy naszych mieczy w czarze z krwią? Czy nie przysiągłem na wiatr i swój bułat, że bratem ci będę, choćbym miał zginąć? – Lekkim ruchem podał Alanowi chłopca. – Jest twój.

I czekał.

Alan miał ochotę westchnąć, ale honor mu na to nie pozwalał, więc zdobył się na nikły uśmiech.

– Mój wierny bracie, przejechałeś ze mną szmat drogi, by okazać cześć mojemu dziadkowi. Spełniłeś każdą moją prośbę, nie tylko dzisiaj. I nie chciałeś niczego w zamian. Dlatego powiedz, co mogę ci podarować, żeby okazać swoją miłość.

Wiedział, że był mu to winien. I wiedział, jaką cenę przyjdzie mu zapłacić.

– Bracie mój – zaczął Scyta z powagą. – Proszę cię o Trajana.

– Koń jest twój.

Te słowa zabolały go niemal fizycznie. A jednocześnie poczuł dumę – tylko prawdziwie szlachetny człowiek potrafi oddać takiego rumaka.

– Przejadę się na nim ostatni raz – rzucił lekko.

Nie czekając na odpowiedź, zawrócił Trajana i dosłownie muśnięciem strzemion zmusił go do galopu.

Kij spojrzał na niego ze zdziwieniem, instynktownie wczepiając palce w końską grzywę.

– Wracasz do swoich, chłopcze – odezwał się Alan. – Ale już do końca życia będziesz mógł mówić: „Siedziałem na grzbiecie Trajana, najwspanialszego rumaka jasnych Alanów”.

Kij nie wiedział, że jasnowłosy jeździec ma w oczach łzy. Nigdy jeszcze nie czuł takiej radości i szczęścia jak teraz.

A Lebiedź, wpatrując się w pusty step, zobaczyła, że Trajan pędzi ku niej przez trawy, jakby to sam bóg wiatru unosił się nad ziemią. Alan rzucił jej chłopca pod nogi i odjechał bez słowa.

Przytuliła malca do siebie, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało.

I nawet nie zwróciła uwagi, że po chwili Kij odwrócił się gwałtownie i wskazując na znikającą postać, krzyknął:

– Pozwól mi z nim jechać!

Chwyciła go na ręce, mocno objęła, jakby się bojąc, że znów go straci, i wbiegła między drzewa.

Nie wróciła do wsi od razu. Najpierw znaleźli ciche miejsce nad rzeką. Niedaleko rósł święty dąb. Złożyła mu podziękowanie, a potem, pragnąc w samotności nacieszyć się dzieckiem, usiadła w cieniu i patrzyła na Kija, który pobawił się trochę nad wodą, a później zapadł w drzemkę.

Gdy wyłonili się z lasu, było późne popołudnie. Duże pole już opustoszało. Żniwa się skończyły. Zgodnie ze zwyczajem zostawiono w rogu snopek jęczmienia – był to dar dla Wołosa, boga obfitości. Na skraju pola grupka dziewczynek stała w kółku, śmiejąc się i klaszcząc. Gdy Lebiedź i Kij weszli do wioski, gęsi chodzące przy chatach powitały ich głośnym gęganiem.

Pierwszą osobą, którą Lebiedź zobaczyła, był jej mąż. Twarz mu się rozradowała, gdy wziął chłopca na ręce i podniósł wysoko w górę. Po chwili z chaty wyszła teściowa, witając ją oschłym skinieniem głowy.

– Szukałem cię – powiedział mąż.

Zapewne. Nie miała wątpliwości, że w swojej dobroci gotów byłby ich szukać przez wiele dni, ale nie pozwoliłyby mu na to inne obowiązki.

– Znalazłam go – oznajmiła krótko.

Potem opowiedziała o jeźdźcach, a gdy poszli do chaty starszego wioski, musiała powtórzyć swoją opowieść jeszcze raz.

– Jeśli pojawią się tu znowu – stwierdził starzec – przeniesiemy się na północ.

Pięć lat wcześniej przywędrowali w to miejsce, bo nie chcieli płacić daniny jeźdźcom ze stepu.

Dziś jednak nie pozostało im nic innego, jak tylko świętować zakończenie żniw.

Młodzi chłopcy i dziewczęta wywijali na trawie koziołki. Kobiety kończyły lepić ze zżętego jęczmienia małą postać starego człowieka. Namaszczały miodem jego długą, wijącą się brodę. Był to bóg pola, którego zaraz miano postawić na skraju lasu.

Dopiero gdy wieśniacy zaczęli się gromadzić, Mal wyszedł na próg chaty. Zawahał się na widok Lebiedź i Kija, ale chłopiec natychmiast do niego podbiegł.

– Widziałem niedźwiedzia! – zawołał. – Widziałem.

Mal zaczerwienił się, gdy siostra bez słowa odciągnęła malca.

Wieśniacy ruszyli na pole. Lebiedź wyczuła, że ma obok siebie męża. Nie spojrzała na niego, choć z pewnością na to liczył, ale doskonale wiedziała, co wyraża jego łagodna twarz. Oczy pałały mu podnieceniem, to też wiedziała. Wziął ją za ramię i lekko ścisnął. To był znak.

Nie zatrzymywała się. Przypuszczała, że inne kobiety też zauważyły ten gest. Ramię męża było silne, choć nieco kościste. Miała nadzieję, że jakoś udało jej się ukryć własny brak entuzjazmu. Po prostu dawał znak, że w nocy do niej przyjdzie. Popchnęła chłopca przed sobą, by oboje mogli na niego patrzeć. To była ich bliskość.

Gdy słońce skryło się za drzewami, a długie cienie ułożyły się na zżętym polu, wieśniacy zaczęli śpiewy i tańce. Kobiety, które przez cały dzień ścinały jęczmień, stanęły w kręgu i zaśpiewały, prowadzone głosem teściowej Lebiedź:

Ściernisko letnie, rżysko miłe,

Oddaj mi, proszę, moją siłę.

Jęczmień ścięty, ja zmarniałam,

A przede mną zima cała.

Ściernisko letnie, rżysko miłe,

Oddaj mi, proszę, moją siłę.

Krople miodu skapujące z brody słomianego bożka zaświeciły w promieniach zachodzącego słońca.

Trzy babuszki, za stare, żeby śpiewać i tańczyć, przyglądały się wszystkiemu ze skraju pola. Lebiedź uśmiechnęła się na ich widok. Ona też podąży tą drogą. Ludzie mówią, że bóg pola kurczy się po żniwach i przybiera postać maleńkiego staruszka. Ludzie także się kurczyli i w końcu spoczywali w ziemi, zamieszkując w podziemnym świecie jak rodowy domowoj. Takie jest przeznaczenie. Nie da się władać naturą – ludzie mogą jedynie przyjąć, że jest czas siewu i czas żniw. Jej los, jej życie nie są ważne. Nawet utrata dziecka. Tyle już dzieci w wiosce zmarło. Nikt ich nawet nie liczył. Ale inne przeżyły. I jedynym, co będzie trwało wiecznie na tej bezkresnej ziemi, co przetrwa surowy, bezlitosny cykl pór roku, jest rod.

Kobiety skończyły śpiewać, więc podeszła do Kija. Siedział na ziemi, obracając w palcach talizman, który dostał od jeźdźca. Myślami był na szerokim stepie. Nawet nie podniósł wzroku.

Po chwili stanął przed nią mąż, jego sylwetka górowała nad chłopcem. Uśmiechał się z pełnym podniecenia wyczekiwaniem.

On też był niezbędny – w określonym czasie, w określonej porze roku – i pragnęła go. Ale choć była mu podległa, choć wioską rządzili mężczyźni, kobiety były silne i to one umiały wszystko przetrwać. To kobiety, podobnie jak sama Wilgotna Matka Ziemia, chroniły zasiane ziarno, żeby z czasem zebrać plon dla boga słońca i dla mężczyzny z pługiem.

Uśmiechnął się.

– Dziś w nocy.

Gdy zapadł zmrok, zapalono żywiczne drzazgi i przy ich świetle w chacie starszego wioski rozpoczęła się uczta. Z rąk do rąk krążył puchar wypełniony musującym miodem pitnym. Z każdego dania – ryby, chleba z mąki jaglanej, mięsa – odkładano trochę na talerz i oddawano dla domowoja, który, jak wierzono, wyszedł ze swojej nory, żeby się przyłączyć do biesiadników.

Jedzenie się skończyło, ale cała wieś nadal piła i tańczyła. Kij zauważył, że matka wzięła do ręki czerwony tamburyn i zaczęła tańczyć przed ojcem. Patrzył na nią jak urzeczony, aż w końcu głowa opadła mu na pierś i zasnął.

Już dwa razy mąż ją szturchnął, mrucząc: „No chodź”. I dwa razy potrząsnęła odmownie głową. Nie chciała przerywać zabawy. Ona też piła, może nie tak dużo jak inni, ale jej ciało przenikał żar. Podniecona własnym tańcem, też zaczęła pragnąć jego. Ale piła i wirowała nadal, chcąc doprowadzić się do stanu, w którym pojawi się prawdziwe pożądanie.

Pijane kobiety i mężczyźni powoli wytaczali się z chaty w ciemność nocy, więc i Lebiedź nie protestowała, gdy mąż objął ją w pasie i wyprowadził na dwór. Wszędzie dookoła, przy chatach, tam gdzie zaczynało się pole, spółkowały pary – nikt nie wiedział, kto legł z kim. Ale też i nikt by tego nie pamiętał. I jeśli w wyniku tych aktów przychodziły na świat dzieci, nikt się nie zastanawiał, które jest czyje. Nie miało to znaczenia. Rod trwał dzięki tej naturalności.

Poszli ku rzece, mijając po drodze wysokie trawy, w których błyszczały świetliki. Patrzyli na wodę odbijającą promienie księżyca. Nazwa, jaką wieśniacy dali rzece, wywodziła się od budzących lęk stepowych jeźdźców. Słowianie dobrze wiedzieli, że najznamienitsi Alanowie mówią o sobie Rus, co w ich irańskim języku oznacza „światło” albo „lśnienie”. A ponieważ słowo to brzmiało w słowiańskich uszach przyjemnie, kobieco i doskonale pasowało do rzeki, nazwali migotliwą rzeczkę Rus – lśniąca.

Piękna nazwa. I z pewnością byliby ucieszeni, gdyby się dowiedzieli, że to samo irańskie imię nosiła w tamtych wiekach potężna rzeka płynąca daleko na wschodzie, którą w późniejszych czasach nazwano Wołgą.

W ten sposób rzeczka otrzymała nazwę Rus, a leżąca nad nią wieś została Ruską.

Noc była cicha i bezwietrzna. Lśniąca woda płynęła, a jednocześnie stała w miejscu. Legli w trawie. Wysoko na rozgwieżdżonym letnim niebie sunęły blade obłoki, jak jeźdźcy w niespiesznym pochodzie, połyskując lekko w blasku oddalającego się na południe półksiężyca. Być może gdzieś w leśnej gęstwinie przemykał w ciemności lis albo niedźwiedź, wilk albo Żar-Ptak, a daleko na stepie jacyś jeźdźcy rozłożyli się z obozem przy ognisku.

Ale Lebiedź słyszała jedynie szept liści poruszanych lekkim wiatrem.

Rzeka

Rok 1066

W styczniu roku Pańskiego 1066 pojawił się na niebie straszny znak. Widziano go w całej Europie.

W anglosaskim królestwie Anglii, zagrożonym najazdem Wilhelma z Normandii, zapisano go w kronikach, opatrując złowróżbnym znaczeniem. Znak widziano we Francji, w Niemczech i wokół całego Morza Śródziemnego. Na wschodzie Europy, w nowo powstałej Polsce i na Węgrzech, znak pojawiał się każdej nocy. A jeszcze dalej, na wschodnim pograniczu, gdzie las stykał się ze stepem, a szeroki Dniepr wpadał do Morza Czarnego, czerwona kometa wisiała co noc nad białym, uśpionym krajobrazem. Ludzie zachodzili w głowę, jakie nowe plagi spadną na świat.

A świat zdążył się bardzo zmienić. Podczas dziewięciu burzliwych stuleci, które minęły od czasów Trajana i Marka Aureliusza, zachodnia cywilizacja przeszła od antyku do średniowiecza, czemu towarzyszyła seria doniosłych wydarzeń. Rzym przyjął chrześcijaństwo, ale niedługo potem to rozległe imperium, podzielone na dwie części ze stolicami w Rzymie i Konstantynopolu, zapadło się pod ciężarem najazdów barbarzyńców.

Barbarzyńcy przybywali falami ze wschodu, z mongolskich ziem leżących na północ od Wielkiego Muru Chińskiego, przekraczali południowe półkole górskich łańcuchów i wylewali się na pustynie i stepy ogromnej równiny eurazjatyckiej. Jedni byli biali, inni mieli mongoloidalne rysy, a większość posługiwała się jakąś odmianą języka tureckiego. Najpierw Attyla i jego Hunowie, potem Awarowie, wreszcie Turcy. Ale to nie ich napady ani ogromne, choć nietrwałe imperia na stepach przyczyniły się do upadku Cesarstwa Rzymskiego, lecz potężna reakcja łańcuchowa, jaką były wędrówki ludów, spowodowane zderzeniem się najeźdźców z plemionami wschodniej Europy. Właśnie te migracje przywiodły Franków do Francji, Bułgarów, potomków Hunów – do Bułgarii, a Sasów i Anglów do Brytanii, i nadały wielu regionom nazwy plemion, jak choćby Burgundia czy Lombardia.

Proces ten doprowadził do rozpadu starego świata – Rzym upadł. Zachodnia Europa, choć barbarzyńcy powoli nawracali się na chrześcijaństwo, pozostawała chaotyczną mozaiką plemiennych i dynastycznych regionów. Resztki starego porządku utrzymały się jedynie na wschodnich wybrzeżach Morza Śródziemnego i Morza Czarnego. Tu właśnie, na północ od Grecji, w pobliżu wąskiego kanału łączącego jedno morze z drugim, leżało majestatyczne miasto Konstantynopol, zwane także Bizancjum. Niezdobyte, strzegące klasycznej kultury i wschodniego chrześcijaństwa, zachowujące bardziej grecki niż łaciński charakter, trwało niezmienne: przez całe średniowiecze zasiadał tu na tronie cesarz wschodniorzymski.

Ale nie był to koniec kłopotów świata zachodniego. Oto w roku 622 miała miejsce hidżra proroka Mahometa z Mekki – zaczęła się wybuchowa ekspansja islamu. „Do raju, muzułmanie, nie w ogień!” – z takim okrzykiem na ustach muzułmańscy dowódcy zachęcali swoich żołnierzy do walki, bo na poległych czekało już miejsce w niebie. Z Arabii wojska muzułmańskie wkroczyły na Bliski Wschód, potem ruszyły dalej, do Persji i Indii, na zachodzie zalały północną Afrykę i dotarły nawet do Hiszpanii. W jednym z kolejnych najazdów stanęły u bram Konstantynopola. I jeszcze przez wiele wieków chrześcijańska Europa miała drżeć na dźwięk imienia proroka.

A jakby tego było mało, pojawili się również wikingowie.

Ci skandynawscy podróżnicy – piraci, kupcy, osadnicy i awanturnicy – wdarli się na scenę historii około 800 roku. Zajęli większą część środkowej Anglii, założyli kolonie na Islandii i Grenlandii, a nawet dotarli do wybrzeży Ameryki Północnej. Powołali do życia państwo pod nazwą Normandia i dopłynęli aż nad Morze Śródziemne.

Pewna grupa szwedzkich wikingów, założywszy osady handlowe wokół Morza Bałtyckiego, zaczęła zapuszczać się rzekami coraz dalej w głąb lądu, na ziemie Słowian.

Nazywano ich Waregami. Stworzyli ogromną sieć handlową ciągnącą się z północy na południe – zabierali towary ze słowiańskiego Nowogrodu na północy, a potem żeglowali w dół Dniepru, Donu i Wołgi. Nad Morzem Czarnym, niedaleko ujścia Donu, założyli faktorię nazwaną Tmutarakań. I czy to dlatego, że mieli jasne włosy, czy dlatego, że walczyli ramię w ramię z jasnowłosymi Alanami, a może z jakiegoś innego powodu, o którym nie mamy pojęcia, świat południowej cywilizacji, do którego przybyli, nadał im starodawną irańską nazwę, z dumą noszoną przez niektórych Alanów: Rus, co miało oznaczać „światło” albo „lśniący”.

I tak powstało nowe państwo – Ruś.

Chłopiec stał na szczycie palisady i patrzył na wielką czerwoną gwiazdę. Jego umysł ogarnęło gorączkowe podniecenie.

W oddali, w ciemności, płynął szeroki Dniepr; lód na brzegach odbijał niewyraźnie krwistoczerwone światło gwiazdy. Za plecami chłopiec miał uśpiony Kijów.

To pradawne słowiańskie miasto nad Dnieprem już od dwóch wieków było stolicą Rusi. Położone wśród pagórkowatych lasów, o dzień drogi od granicy stepu na południu, stało się punktem zbiorczym dla całego handlu z północnych lasów, który wędrował rzeką do odległego Morza Czarnego i jeszcze dalej.

Co gwiazda zwiastuje miastu? – zastanawiał się chłopiec. To na pewno jakiś znak od Boga.

Bo Ruś była teraz krajem chrześcijańskim. W błogosławionym roku Pańskim 988 książę Kijowa Włodzimierz został ochrzczony, a jego ojcem chrzestnym był sam cesarz rzymski z Konstantynopola. Czyż to nie z powodu tego nawrócenia wielu ludzi uważało Włodzimierza za świętego? I czyż nie mówiono, że jego dwaj synowie, Borys i Gleb, dołączyli do grona błogosławionych?

Opowieść o ich śmierci sprzed pół wieku szybko stała się legendą i zaczęła krążyć wśród ludu. Oto bowiem ci dwaj młodziutcy książęta, stanąwszy w obliczu zamachowców nasłanych przez ich nikczemnego starszego brata, poddali się bez walki i zapewniając się o braterskiej miłości, powierzyli swoje dusze Bogu. Tragizm ich śmierci i wzajemna dobroć tak wzruszyła Słowian, że Borys i Gleb stali się ukochanymi bohaterami Rusi. Nazywano ich Chrystusowymi męczennikami.

Kijów stał się miastem cerkwi. Na ulicach słychać było nie tylko nawoływania z kupieckich łodzi na rzece, ale także śpiewy mnichów i księży. Pękate, kryte złotem bizantyjskie kopuły na największych świątyniach ciepło błyszczały w słońcu. „Pewnego dnia – twierdzili miejscowi notable – dorównamy samemu Carogrodowi”. Tą nazwą określali często rzymski Konstantynopol. Owszem, nawet klasztorni kronikarze przyznawali, że liczni chłopi wciąż woleli dawne pogańskie wierzenia, ale było tylko kwestią czasu, by i oni dołączyli do wielkiej wspólnoty chrześcijańskiego świata.

A cóż gwiazda miała oznaczać dla jej młodego obserwatora? Niebezpieczeństwo? Wystawienie na próbę?

Nadchodzący rok miał być najważniejszy w jego życiu. Chłopiec skończył już dwanaście lat. Wiedział, że ojciec szuka dla niego miejsca na dworze jednego z książąt, krążyły też pogłoski o bliskich zaręczynach. Ale najbardziej ekscytujące było to, że latem ojciec wysyłał na wschód karawanę, a on już od wielu tygodni prosił, by pozwolił mu z nią jechać. Dotarłby aż nad Don! Matka była oczywiście przeciwna tym niebezpiecznym planom, ale tydzień wcześniej ojciec zapowiedział, że się nad tym zastanowi, więc chłopiec o niczym innym nie mógł myśleć. A kiedy wrócę, zostanę wojownikiem, obiecał sobie. Tak jak jego szlachetnie urodzony ojciec.

Był tak pogrążony w myślach, że zauważył dwie postacie dopiero, gdy stanęły obok niego.

– Obudź się, Iwanuszka, bo zapuścisz tu korzenie jak drzewo.

Miał na imię Iwan, ale nazywano go zdrobniale Iwanuszką. Uśmiechnął się lekko, nie odrywając wzroku od gwiazdy. Wiedział, że bracia chcą sobie z niego pożartować. Młodszy Borys, sympatycznie wyglądający szesnastolatek, miał jasne włosy i zaczątki zarostu. Starszy Świętopełk cechował się poważną, pociągłą twarzą i ciemnymi włosami. Ukończył osiemnaście lat i do tego był już żonaty. Przez dłuższą chwilę Borys próbował namówić Iwanuszkę do powrotu do domu, aż w końcu Świętopełk szturchnął go z całych sił.

– Przestań tu marznąć. Myślisz, że jesteś śnieżną panną?

Borys zatupał filcowymi butami, żeby się rozgrzać; Świętopełk zaklął pod nosem. Zaraz jednak poszli.

Czerwona gwiazda wciąż wisiała milcząco na niebie. Iwanuszka obserwował ją już czwartą noc z rzędu, stał na wałach sam i nie słuchał wezwań do powrotu do domu. Był marzycielem. Czasem ktoś z rodziny zostawiał go w jakimś miejscu, a gdy wracał, chłopiec wciąż tam był, z delikatnym uśmiechem na okrągłej twarzy i błękitnymi oczami wpatrzonymi w to samo miejsce. Nikt nie umiał mu tego zakazać – te dziwne kontemplacje były dlań niezbędne. Należał do ludzi, którym wydawało się, że cała natura mówi wprost do nich. Mijały minuty, a on wciąż stał bez ruchu, wpatrując się w gwiazdę.

– Iwanuszka. – Tym razem to była jego matka. – Ty głuptasie. Masz lodowate ręce.

Zauważył, że okrywa go futrzanym płaszczem. I choć nie odrywał oczu od gwiazdy, poczuł na dłoni lekki uścisk. Dopiero teraz odwrócił się i uśmiechnął.

Łączyła ich wyjątkowa więź. Ileż to szczęśliwych godzin spędził z nią przy ogniu w ich wielkim drewnianym domu, słuchając opowieści o dzielnych wojownikach – bogatyrach – albo bajek o Babie-Jadze i Żar-Ptaku.

Olga była szczupłą, wysoką kobietą o ciemnych włosach, szerokim czole i drobnych, delikatnych rysach twarzy. Jej rodzina wywodziła się od wielkich wodzów Siewierzan, pradawnego plemienia słowiańskiego. Gdy wyśpiewywała te baśnie swoim cichym, jakby nieobecnym głosem, Iwanuszka patrzył na nią jak zaczarowany. Często miał przed oczami jej piękną, delikatną twarz. Ten obraz nosił ze sobą przez całe życie jak ikonę.

Gdy śpiewała dla ojca, jej głos brzmiał zupełnie inaczej. Opadał do ochrypłego kontraltu, a jej zachowanie wyrażało żartobliwe lekceważenie. Domyślał się wtedy, że jej smukłe ciało o jasnej skórze ma ukrytą moc, że jest w nim coś, co doprowadza jego ojca do szaleńczego pożądania. Być może, jak wszystkie dzieci, miał naturalne wyczucie takich spraw.

Czasem czytali razem święte księgi, pochylali się nad nimi i przejęci odczytywali tryumfalnie, choć z niejakim trudem, słowiańskie słowa zapisane wyraźnym pismem uncjalnym na kartach Nowego Testamentu i opowieści apokryficznych. Poznawał kazania wielkich kaznodziejów Kościoła wschodniego – Jana Chryzostoma czy świętego Bazylego, a przede wszystkim słowiańskiego kaznodziei Hilariona. Nauczył się też kilku ballad sławnego śpiewaka Bojana, którego znał jego dziadek. Iwanuszka recytował je bezbłędnie, ku uciesze ojca.

Łączyło go z matką jeszcze jedno podobieństwo. Drobny, typowy dla niej gest. Wykonywała go, gdy rozmawiała z kimś, stojąc – powoli podnosiła ramię w kierunku rozmówcy, jakby przepuszczała go w drzwiach. Był to miękki ruch, niemal smutny, mający w sobie dziwną łagodność, jak pieszczota. Spośród trzech braci tylko Iwanuszka przejął ten gest po matce, choć nie wiadomo, czy go odziedziczył, czy nieświadomie naśladował.

I zawsze pamiętał o jednej ważnej rzeczy: w odróżnieniu od ojca matka była Słowianką. A więc ja jestem pół-Słowianinem, myślał.

Co to znaczy być Słowianinem? Wiedział, że Słowianie są wielkim ludem. Przez wieki zasiedlili rozległe ziemie. Słowianami byli Polacy na zachodzie, a także częściowo Węgrzy i Bułgarzy; dalej na południu, w górach Grecji, też żyli Słowianie. I choć ich język oddalił się od tego, którym mówili Słowianie na Rusi, to podobieństwa między nimi były łatwo zauważalne.

Stanowili odrębną rasę? Trudno powiedzieć. Nawet na ziemiach ruskich żyło wiele słowiańskich plemion. Ci z południa już dawno temu wymieszali się z najeźdźcami ze stepu. Ci z północy byli częściowo Bałtami i Litwinami. A ci ze wschodu stopili się z ugrofińskimi ludami zamieszkującymi lasy.

Ale kiedy Iwanuszka patrzył na swoją matkę i porównywał ją z ojcem i innymi cudzoziemskimi poddanymi bohaterskiej skandynawskiej dynastii, od razu widział, że jest Słowianką. Chodziło o jej muzykalność? Albo o zmienność nastrojów, o to, że raz była smutna, a po chwili wesoła? Nie, chodziło o inną cechę, która wyraźnie kojarzyła mu się ze Słowianami. Widział ją też u chłopów. Bo nawet gdy wpadali w złość i stawali się agresywni, w jednej chwili potrafili się uspokoić. Po prostu mieli łagodne usposobienie.

Matka zbierała się do odejścia. Iwanuszka jeszcze raz spojrzał na gwiazdę. Co ona mu mówi? Część księży uważała, że to znak końca świata. On też wiedział, że koniec świata nadchodzi, ale przecież jeszcze nie teraz.

Przypomniał sobie kaznodzieję, którego usłyszał zaledwie miesiąc wcześniej i który wywarł na nim głębokie wrażenie. „To prawda, Słowianie, drodzy bracia w Chrystusie, przybyli późno, by pracować w winnicy naszego Pana – mówił duchowny. – Ale czyż nie czytamy w przypowieści, że ci, którzy byli ostatnimi, zostaną tak samo wynagrodzeni jak pierwsi? Bóg przygotował wspaniałe przeznaczenie Słowianom, swojemu ludowi, który go słusznie wychwala”.

Te słowa przyprawiały go o dreszcz. Przeznaczenie. Ta kwestia ostatnio mocno go zajmowała, może dlatego, że zaczynał dorastać. On też jest częścią przeznaczenia. I modlił się tylko, by dzień Sądu Ostatecznego nie przyszedł zbyt szybko, by on, Iwanuszka, też miał szansę dokonać wielkich czynów, do jakich był przecież przeznaczony.

Nie wiedział jednak, że w tej właśnie chwili jego los został przesądzony.

Igor miał za sobą ciężki dzień. Po południu okazało się, że z niewiadomego mu powodu zaręczyny, które planował dla Iwanuszki, nie dojdą do skutku. Rodzina – bardzo zacna – nagle się wycofała. Zirytowało go to, ale w innych okolicznościach szybko by się otrząsnął.

Lecz zdarzyło się coś jeszcze. Patrzył w milczeniu na siedzącego przed nim mężczyznę.

Igor był wysoki i potężny. Miał długi, prosty nos, głęboko osadzone oczy i zmysłowe usta. Jego egzotyczną urodę podkreślało to, że przy kruczoczarnych włosach miał całkiem siwą brodę. Na szyi wisiał mu łańcuch z niewielkim metalowym kółkiem, na którym wyryto tamgę jego klanu: Trójząb.

Trudno było się domyślić pochodzenia Igora, podobnie jak i wielu innych szlachetnie urodzonych mieszkańców Kijowa. Nawet wśród ruskich książąt, którzy wywodzili się od wikingów, byli zarówno czarnowłosi mężczyźni o oliwkowej cerze, jak i blondyni. Ale Igor pochodził od Alanów.

Alanowie przybyli ze wschodu. Ojciec Igora wraz z innymi członkami klanów alańskich i czerkieskich dołączył do walecznego księcia Rusi i brał udział w wyprawach aż za Don. Walczył dzielnie – trudno było o lepszego jeźdźca – więc przyjęto go do drużyny, książęcej rady. Gdy książę postanowił wrócić do ojczyzny, alański wojownik ruszył razem z nim. I tak przez stepy, przez rzeki i lasy dotarł na ruskie ziemie. Ożenił się z dobrze urodzoną Skandynawką, a teraz Igor, jego syn, służył w drużynie księcia Kijowa.

Igor był wojownikiem, ale poza tym prowadził rozległe interesy. A w takim mieście jak Kijów było czym handlować. Zboże z żyznych czarnoziemów na południu wysyłano do miast leżących w lasach północy; rzekami transportowano do Konstantynopola futra i niewolników. Z Czech sprowadzano srebro, a z krajów leżących jeszcze dalej na zachód – frankońskie miecze. Z Polski i zachodnich rubieży Rusi przywożono tak pożądaną sól. Ze wschodu zaś, rzeką albo karawanami wędrującymi przez stepy, przybywały najrozmaitsze cuda Orientu: jedwabie, adamaszki, klejnoty i przyprawy.

Handlowe imperium Rusi rozwijało się wspaniale. Wzdłuż sieci rzek, które płynęły z północy, z zimnych lasów na wybrzeżach Bałtyku, ku stepom schodzącym do ciepłego Morza Czarnego, stały liczne faktorie, a nawet duże miasta. Na północy leżał Nowogród. W pół drogi na południe, nad Dnieprem, znajdował się Smoleńsk, a na zachód od niego Połock. Na północ od Kijowa był Czernihów, na południe zaś, jak ostatni bastion na granicy stepów – Perejasław. Każde z tych miast miało tysiące mieszkańców. Prawie trzynaście procent ludności zajmowało się handlem i rzemiosłem – znacznie więcej niż w feudalnej Europie. Te tętniące życiem ośrodki handlowe i finansowe były rozsiane na rozległych terenach, na których królowały łowiectwo i prymitywne rolnictwo. A władcami byli tu kupieccy książęta.

Po rozczarowaniu, jakie przeżył na wieść o odwołaniu zaręczyn, Igor miał nadzieję, że wieczorne spotkanie w domu jego wspólnika poprawi mu humor. Już od dłuższego czasu planował wyprawę karawany przez step na południowy wschód. Bo tam, za wielkim Donem, gdzie Kaukaz schodził z nieba ku wodom Morza Czarnego, leżała osada na cyplu – Tmutarakań. Po przeciwnej stronie przesmyku, na Półwyspie Krymskim, znajdowały się ogromne słone pustynie. W ostatnich latach handel z Tmutarakaniem został osłabiony przez Połowców, potężne plemię stepowych najeźdźców. Jednak Igor stwierdził: „Jeśli uda nam się przywieźć duży ładunek soli, zarobimy fortunę”.

Już wcześniej ustalono szczegóły. Z początkiem lata pierwsze transporty miały dotrzeć do położonej na granicy stepu niewielkiej placówki handlowej o nazwie Ruska, gdzie wspólnik Igora utrzymywał swój skład. A stamtąd miała wyruszyć karawana w eskorcie żołnierzy.

– Najchętniej sam bym z nimi pojechał – powiedział Igor szczerze.

A potem z zakłopotaniem wyjawił swoją prośbę.

Mężczyzna, który siedział naprzeciw niego, był o kilka lat młodszy. Ustępował Igorowi wzrostem, ale był równie potężny. Miał ciężki podbródek, lekko obwisłą dolną wargę, duży, zakrzywiony turecki nos, opadające powieki nad czarnymi oczami, czarne włosy i brodę przyciętą w kształt szerokiego klina. Z tyłu głowy przysiadła mu niepewnie jarmułka. Był Chazarem i nazywał się Żydowin.

Chazarowie byli dziwnym ludem. Ci tureccy wojownicy przez kilka stuleci panowali nad stepowym imperium ciągnącym się od pustyni nad Morzem Kaspijskim aż do Kijowa. Kiedy muzułmanie zalali Bliski Wschód i próbowali przedostać się przez Kaukaz na wielką równinę eurazjatycką, na drodze stanęli im waleczni Chazarowie wspierani przez Gruzinów, Ormian i Alanów. „To dzięki nam Kijów nie jest dziś muzułmański” – przypominał często Igorowi Żydowin.

Imperium Chazarów podupadło, ale chazarscy kupcy i wojownicy wciąż wyprawiali się na step ze swojej odległej pustynnej bazy, a w Kijowie, niedaleko tak zwanej Bramy Chazarskiej, żyła duża chazarska społeczność. Żydowin jak nikt inny umiał zorganizować karawanę i poprowadzić ją przez stepy. I nikomu Igor nie ufał tak jak jemu. Miał do niego tylko jedno zastrzeżenie.

Żydowin był żydem.

Wszyscy Chazarowie byli żydami. Przeszli na judaizm w okresie największego rozkwitu ich imperium, gdy władca uznał, że prymitywne pogaństwo jego poddanych nie jest godne statusu państwa. A ponieważ kalif w Bagdadzie był muzułmaninem, a cesarz w Konstantynopolu chrześcijaninem, pan stepu – nie chcąc wyglądać jak niższy rangą sojusznik któregoś z nich – rozsądnie wybrał jedyną znaną sobie religię nieuznającą wielobóstwa. W ten sposób państwo chazarskich watażków nawróciło się na judaizm. Dlatego Żydowin mówił w języku Słowian i Turków, ale zapisywał je za pomocą alfabetu hebrajskiego!

– Zabierzesz z karawaną mojego Iwanuszkę?

Igor nie chciał niczego więcej. Dlaczego więc Chazar się zawahał? Przecież dobrze znał chłopaka, syna swojego wspólnika. Ale odpowiedź była prosta: Żydowin się bał.

Już to sobie wyobrażam, myślał. Jeśli napadną nas Połowcy i zabiją chłopaka, nikt nie będzie miał do mnie pretensji. Ale ja go znam. Gdzieś się zawieruszy, wpadnie do rzeki i się utopi albo zrobi jakieś inne głupstwo. A wtedy to będzie moja wina.

Dlatego dał wymijającą odpowiedź.

– Iwanuszka jest jeszcze za mały. Może któryś z jego braci?

Igor zmrużył oczy.

– Odmawiasz mi?

– Ależ skąd. – Chazar się zmieszał. – Jeśli jesteś pewien, że tego właśnie chcesz…

Teraz Igor poczuł się niezręcznie. W innych okolicznościach po prostu powiedziałby Żydowinowi, że tak ma być, i sprawa byłaby skończona. Ale mając świeżo w pamięci upokorzenie związane z zaręczynami, poczuł zalewającą go falę wstydu. Chazar dobrze znał się na ludziach. On też nie chciał Iwanuszki. Igora ogarnęła nagła złość na syna. Nie lubił porażek.

– Nie ma o czym mówić. – Wstał z miejsca. – Masz rację. Jest za młody. – Sprawa była zamknięta.

Choć nie do końca. Wychodząc z domu przyjaciela, nie mógł się powstrzymać, żeby nie zadać mu pytania.

– A co ty myślisz o Iwanuszce i jego charakterze?

Żydowin zastanawiał się przez chwilę. Lubił chłopaka. Przypominał mu jego własnych synów.

– To marzyciel – powiedział uprzejmie.

Wracając do domu, Igor prawie nie patrzył na czerwoną gwiazdę. Był człowiekiem bardzo religijnym, więc nie miał wątpliwości, że Bóg przekazuje ludziom jakąś wiadomość. A jego obowiązkiem było przyjęcie wszystkiego, co nadejdzie. Pomyślał jednak o Iwanuszce. Chazar nazwał go marzycielem. Doskonale wiedział, co mówią o chłopcu jego bracia. Świętopełk nazywa go głupcem, przypomniał sobie ze smutkiem.

A co należy zrobić z głupcem? Nie miał pojęcia.

Trzy dni później czerwona kometa zniknęła z firmamentu. Tej zimy na niebie nie pokazały się już żadne inne znaki.

Wiosna. W tym żyznym kraju na początku każdego roku ziemię pokrywała woda. Woda ze wzbierających rzek. A Kijów był miastem nad rzeką. Za chwilę mieli je zobaczyć. Długa łódź sunęła równo szerokim, spokojnym nurtem Dniepru. Czterech mężczyzn pociągało za wiosła, kierując łódź ku miastu. Iwanuszka i jego ojciec stali na rufie, wysoki mężczyzna obejmował chłopca za ramię.

Łódź miała aż sześć metrów długości, ale wykonano ją z jednego pnia.

– Tylko na Rusi są takie wielkie drzewa – mawiał Igor do syna. – Wystarczy siekiera, a z ogromnego dębu można wydłubać nawet mały statek.

Czując bliskość ojca, chłopiec miał wrażenie, że jest to najwspanialszy poranek jego życia.

Iwanuszka miał na sobie zwykłą lnianą koszulę i spodnie, a na wierzchu brązowy wełniany kaftan, bo poranki były jeszcze zimne. Włożył buty z zielonej skóry, z których był bardzo dumny. Jasne włosy miał krótko obcięte, jak paź.

Popłynęli w górę rzeki o świcie, żeby przejrzeć pułapki, przy których rybacy czekali na połów. Teraz wracali do domu na śniadanie. A potem… Iwanuszka poczuł w brzuchu drżenie ekscytacji. To będzie wielki dzień.

Podniósł wzrok na ojca. Ileż to razy widział go na jakiejś strażnicy na drewnianych murach obronnych nad rzeką! Ojciec patrzył wtedy przed siebie jak milczący orzeł szybujący nad podmokłą okolicą. A gdy stał teraz na rufie, otulony długim czarnym płaszczem, wydawało się, że za chwilę rozłoży ramiona i wzniesie się ponad rzeką i lasami ku niebu, a potem spadnie na nieszczęsną ofiarę.

Iwanuszka czuł na sobie ciężar ojcowskiego ramienia. Ale nie była to tylko siła mięśni. Bo stojąc obok Igora, wyczuwał inną moc, płynącą z dalekiej przeszłości: niepokojącą jak echo pamięci, a jednocześnie rozlewającą się w nim jak ciepła rzeka. „W twoich żyłach płynie krew potężnych wojowników i wspaniałych jeźdźców, jak mój ojciec i wielu przed nim – powtarzał mu często ojciec. – Nasi przodkowie cieszyli się sławą, zanim przybyli tu Chazarowie, w czasach gdy góry były jeszcze młode. Pamiętaj, jesteś jednym z tych wojowników, oni zawsze będą przy tobie”. A potem serce Iwanuszki zaczynało mocniej bić, gdy ojciec dorzucał: „Pewnego dnia przekażesz to swoim synom i ich potomkom”.

A dziś, był tego pewien, podąży śladami ojca i starszych braci, zostanie wojownikiem, bogatyrem.

Już mnich o to zadba.

Łódź bezszelestnie sunęła z prądem. W porannej ciszy rzeka rozlewała się szeroko ku południowi. Powietrze było rześkie, bez powiewu. Resztki mgły unosiły się nad powierzchną wody, której ruch był ledwo zauważalny. Na południu szaroniebieska rzeka i bladoniebieskie niebo zlewały się na horyzoncie w jedną płynną miękkość, nierozróżnialną z oddali, na wschodzie zaś złote słoneczne światło rozpraszało się we mgle.

Teraz mieli już miasto w zasięgu wzroku. Iwanuszka westchnął cicho. Kijów był taki piękny!

Miasto przysiadło po prawej stronie rzeki. Na stromym brzegu wznoszącym się ponad trzydzieści metrów nad wodą stała wysoka palisada, która ciągnęła się na trzy i pół kilometra, górując nad okolicą.

Miasto składało się z trzech części. Na północy, na skromnym kurhanie, wznosiła się stara solidna warownia. Mieścił się w niej książęcy zamek i duża cerkiew ufundowana osiemdziesiąt lat wcześniej przez samego błogosławionego Włodzimierza – cerkiew Dziesięcinna. Nieco dalej na południowy zachód, oddzielona jedynie małym jarem, stała nowa warownia, znacznie większa, zbudowana przez wielkiego syna świętego Włodzimierza, Jarosława Mądrego, który stworzył zbiór praw zwany Ruską Prawdą. Trzecia część, jeszcze większa, schodziła ku rzece i ją też otaczało drewniane ogrodzenie. Było to podzamcze – padół – na którym mieszkali drobni kupcy i rzemieślnicy. A nad samą rzeką znajdowały się przystanie, gdzie cumowano ciężkie, omasztowane łodzie.

W obu warowniach wiele budynków zbudowano z cegły. Na podzamczu wszystkie domy, oprócz kilku cerkwi, wzniesiono z drewna. Miasto otaczały piękne lasy liściaste, porastające nawet opadające ku rzece strome zbocze.

W całym mieście lśniły w porannym słońcu złote kopuły i złote krzyże z dodatkową poprzeczną belką, która w kościołach wschodnich symbolizowała oparcie dla nóg Chrystusa. Miasto wyglądało jak wielki błyszczący statek unoszący się na wodzie.

Bo w okolicach Kijowa prawy brzeg był wysoki, a lewy niski. I tak jak w wielu innych miejscach Dniepr występował tu z brzegów. Rozlewał się na pola, które przyjmowały jego wody i żyzny muł. Dzięki tym zalewom każdej wiosny życie budziło się od nowa.

Chłopiec poruszył się niespokojnie. Od jakiegoś czasu nawiedzały go bóle w kolanach. Ale przede wszystkim nie umiał ukryć podniecenia. Bo zaledwie przed tygodniem Igor oznajmił: „Najwyższy czas postanowić, co z tobą będzie. Pojedziemy do ojca Łukasza”.

Co za zaszczyt! Ojciec Łukasz był duchowym przewodnikiem Igora, który nigdy nie podejmował ważnych decyzji, dopóki nie zasięgnął jego rady. A mówiąc o starym mnichu, z szacunkiem ściszał głos. „On wie wszystko” – twierdził. I zawsze jeździł do niego sam. Nie zabierał nawet starszych synów. Nic dziwnego, że Iwanuszka, słysząc to, najpierw się zaczerwienił, a potem pobladł.

Wiele razy wyobrażał sobie tę scenę. Dobrotliwy wysoki starzec z gęstą długą brodą, szeroką anielską twarzą i oczami błyszczącymi jak słońca od razu zauważy, że ma przed sobą bohatera. Położy mu dłonie na głowie, pobłogosławi go i ogłosi: „Z woli bożej, Iwanie, zostaniesz wielkim wojownikiem”. Tak właśnie będzie. Chłopiec z ufnością spojrzał na ojca, a potem na szańce.

Igor patrzył na syna. Nie wiedział, czy podjął słuszną decyzję. Chwilami wydawało mu się, że tak, ale jednocześnie czuł, że zdradza Iwanuszkę.

Członkowie rodziny prezentowali się wspaniale. Iwanuszkę aż przeszedł dreszcz szczęścia, gdy na nich spojrzał. Zebrali się w największej izbie dużego drewnianego domu. Światło słoneczne sączyło się przez szyby zrobione nie ze szkła, ale z wydobywanego w okolicy przezroczystego krzemienia zwanego miką. Promienie padały na wyłożoną żółtymi glinianymi płytkami podłogę, przez co wydawało się, że całe pomieszczenie jest skąpane w świetle.

Ze stołu nie posprzątano jeszcze po śniadaniu. Przy oknie stał duży piec, w rogu naprzeciwko wisiała niewielka ikona z wizerunkiem świętego Mikołaja, a przed nią na trzech srebrnych łańcuszkach była zawieszona gliniana lampka. Na skrzyni pod prawą ścianą ustawiono dwa duże miedziane świeczniki. Osadzone w nich świeczki były zgaszone. Na środku izby, w ciężkim, rzeźbionym dębowym fotelu, tak wywoskowanym, że aż lśnił, siedziała matka.

– I jak, Iwanuszka, jesteś gotowy? – spytała. Był gotowy. Patrzył na nią radośnie.

Matka miała na sobie długą do kostek suknię z ciemnoróżowego brokatu i wyszywany złotem pas. Szerokie rękawy odsłaniały szczupłe ramiona otulone białym jedwabiem. Na nadgarstku mieniła się srebrna bransoleta wysadzana kamieniami – zielonymi ametystami z Azji i żółtymi bursztynami znad Bałtyku. W uszach miała kolczyki z pereł. O tak, szlachetnie urodzone Rusinki ubierały się jak greckie damy z Konstantynopola.

Jej szerokie czoło odznaczało się jasną karnacją, dłoń w eleganckiej pozie spoczywała na oparciu fotela wyrzeźbionym w kształcie lwiej głowy, smukłe palce ze złotymi pierścieniami wdzięcznie opadały w dół. Jakże ona była piękna, piękna i dobra! Jednak wydawało się, że na jej twarzy maluje się smutek. Z jakiego powodu miałaby być smutna?

W izbie byli też starsi bracia, obaj ubrani w długie koszule ze strojnymi pasami i sobolowymi kołnierzami. Świętopełkowi towarzyszyła śliczna młoda żona pochodząca z Polski. Iwanuszka starał się kochać ich obu po równo, ale Świętopełka trochę się bał. Mówiono, że jest on podobny do ojca, ale czy naprawdę? W spojrzeniu Igora była czasem jakaś powściągliwość i rezerwa, ale na twarzy jego najstarszego syna często malowała się złość i gorycz. Z niewiadomych powodów. Młodszy, Borys, także czasem poszturchiwał Iwanuszkę, ale jakoś dziwnie kuksańce Świętopełka zawsze bolały bardziej.

Na polecenie ojca Iwanuszka włożył jedynie lniane spodnie i prostą lnianą koszulę przewiązaną paskiem. Wbrew woli matki pozwolono mu zostać w zielonych skórzanych butach. Musiał jednak dokładnie umyć ręce i twarz w miedzianej misce, która stała na umywalni.

Igor był ubrany podobnie, jego koszula różniła się od chłopskiego odzienia jedynie misternym haftem na brzegach. „Bogate ozdoby tam nie przystoją” – oznajmił z powagą. Iwanuszce błyszczały oczy. Był tak rozemocjonowany, że zjadł tylko kawałek chleba z odrobiną kaszy owsianej. Ucałował matkę i braci i wybiegł na zewnątrz, a chwilę później siedział już na swoim kucu, czując na policzkach chłodne, wilgotne powietrze poranka.

Ulice były błotniste. Większość szlachty mieszkała w drewnianych domach, parterowych lub jednopiętrowych, z wysokimi, podobnymi do namiotów dachami i z zabudowaniami gospodarskimi w głębi. Każda siedziba zajmowała niewielką parcelę otoczoną płotem z drewnianych palików. Ziemia była tak nasiąknięta wodą z roztopionego śniegu i wiosennych deszczów, że drogę ze stajni do furty wyłożono deskami. W kilku miejscach na ulicy też leżały deski, ale na ogół końskie kopyta tonęły w grząskim błocie.

Iwanuszka na białym kucu jechał posłusznie za ojcem. Igor prezentował się wspaniale. Ramiona okrywała mu prosta czarna opończa. Chłopiec patrzył z bezgranicznym podziwem na jego dumnie wyprostowane plecy. Ojciec dosiadał wspaniałego czarnego wierzchowca, który nosił pradawne imię, przejęte do języka Słowian w nieco zmienionej przez kolejne pokolenia formie. Koń nazywał się Trojan.

Mijani po drodze prości ludzie przykładali na ich widok prawą dłoń do serca i kłaniali im się w pas. Nawet księża w szatach duchownych pochylali z szacunkiem głowy. A to dlatego, że Igor był mużem, szlachetnie urodzonym. Gdyby go zamordowano, sprawca musiałby wypłacić jego rodzinie rekompensatę w wysokości czterdziestu srebrnych hrywien, podczas gdy zabicie wolnego chłopa, czyli smerda, kosztowało zaledwie pięć hrywien.

Klasa panów wyróżniała się też imionami. Książęta oraz ich najbardziej zasłużeni podwładni nosili „królewskie” imiona zakończone na -sław, -mir lub -mierz. Włodzimierz Wielki miał więc syna Jarosława. Wśród szlachty wciąż były popularne imiona skandynawskie, jak Ruryk czy Oleg. Nawet żona Igora, choć pochodziła ze szlacheckiej słowiańskiej rodziny, nosiła imię Olga, które było ruską wersją skandynawskiej Helgi. Natomiast chłopom nadawano stare słowiańskie imiona, takie jak Ilja, Szczek czy Mal.

Jednak szlachtę wyróżniał przede wszystkim sposób, w jaki się do niej zwracano. Chłop był zwyczajnym Ilją, ale szlachcic dodawał do tego imię ojca, patronimik. A zatem mały Iwan, syn Igora, nazywał się Iwan Igoriewicz. A do tego Igor był nie tylko szlachcicem, ale także cenionym członkiem drużyny samego księcia kijowskiego.

Na ziemiach ruskich panowało wielu książąt. Każde miasto handlowe leżące na jednym z wielkich szlaków wodnych miało swojego księcia protektora, a wszyscy oni wywodzili się od wikinga imieniem Oleg, który przed dwoma wiekami odebrał Kijów Chazarom. Synowie ostatniego księcia kijowskiego, Jarosława Mądrego, sprawowali władzę w największych miastach handlowego imperium. Obowiązywała ich szczególna zasada dziedziczenia – najstarszy żyjący brat przejmował Kijów, a pozostali byli mu winni posłuszeństwo i zgodnie z porządkiem starszeństwa władali coraz mniejszymi miastami. Pan Igora był obecnie wielkim księciem kijowskim, a leżący na północy Czernihów należał do jego młodszego brata Świętosława. Rozważny Wsiewołod, jeszcze młodszy, otrzymał położony na południu Perejasław. Gdy któryś z braci umierał, dziedziczył po nim nie jego syn, ale kolejny brat, tak więc każdy miał szansę przenieść się do większego miasta.

Igor podlegał samemu księciu Kijowa. Co więcej, należał do ścisłej rady książęcej. Bracia Iwanuszki też już byli w drużynie, choć Borys służył dopiero jako paź, więc najmłodszego aż dreszcz przechodził na myśl, że niedługo do nich dołączy.

– Z koni!

Chłopiec drgnął, gdy szorstki głos ojca przerwał mu rozmyślania. Przejechali dopiero kilkaset metrów, ale Igor zsunął się z siodła i szedł długimi krokami przed siebie. Iwanuszka rozejrzał się. Już wiedział, że dojechali do soboru. Westchnął. Sobory wzbudzały w nim lęk.

W warowni Jarosława Mądrego było wiele wspaniałych budowli: piękne drewniane domy szlachty, klasztory, cerkwie, szkoły oraz dostojna Złota Brama wzniesiona z kamienia. Brama była wyjątkowa, bo na jej szczycie stała niewielka cerkiew Zwiastowania zwieńczona złotą kopułą. Jednak na całej ziemi ruskiej nic nie mogło się równać z majestatycznym soborem, który Iwanuszka miał teraz przed oczami. Jak błogosławiony Włodzimierz zbudował w starej warowni ogromną cerkiew Dziesięcinną, tak Jarosław wzniósł w nowszej części miasta swoją cerkiew katedralną.

Nazwał ją soborem Mądrości Bożej – nie mógł inaczej, skoro wszyscy wiedzieli, że największa świątynia Wschodniego Cesarstwa Rzymskiego, siedziba patriarchy Konstantynopola, nosi taką właśnie nazwę. Sofia – dla Greków: Mądrość Boża.

Bo choć ten nowy naród Północy z dumą głosił: „Jesteśmy Rusinami”, to pod wieloma względami naśladował cywilizację grecką. Najwyżsi duchowni byli Grekami. Nawet jedyny Słowianin, wielki kaznodzieja, który dekadę wcześniej stał na czele Kościoła Rusi, przyjął greckie imię Hilarion. Dzieci ze szlacheckich rodzin otrzymywały na chrzcie dwa imiona, słowiańskie lub skandynawskie oraz chrześcijańskie. Jarosław czy Borys miał więc na drugie Andrzej, Dymitr, Aleksander albo Konstantyn. A wszystkie te imiona cechowały się greckim rodowodem.

Katedra była ogromna. Zbudowano ją z długich, cienkich pasów czerwonego granitu powiązanych warstwami różowej zaprawy. Ogromny, niemal kwadratowy, czerwonoróżowy blok świętej fortecy miał przypominać wszystkim o potędze nowo przyjętego chrześcijańskiego Boga. Pośrodku górowała wielka lśniąca kopuła w kształcie spłaszczonego hełmu – podobna do tej w Konstantynopolu – a otaczało ją dwanaście mniejszych. „One symbolizują naszego Pana i jego dwunastu apostołów” – powiedział kiedyś Igor synowi. Katedra była niemal gotowa. Jedynie z boku, gdzie stało niewielkie rusztowanie, wykańczano zewnętrzne schody.

Iwanuszka wszedł z drżeniem do środka.

Z zewnątrz katedra wyglądała jak forteca, ale jej wysokie, mroczne wnętrze było rozległe niczym wszechświat. Tak samo jak inne wielkie świątynie Imperium Rzymskiego, ciągnęła się z zachodu na wschód szeroką linią pięciu naw – nawa główna miała z obu stron po nawie bocznej. Od wschodu każdą nawę zamykała półkolista apsyda, a od zachodu usytuowane były galerie, na których modlili się książęta i ich dworzanie, spoglądając z góry na swój lud. Pośrodku świątyni, pod wielką kopułą, otwierała się rozległa przestrzeń – to tam kapłani w lśniących szatach stawali przed wiernymi i tam niebiosa spotykały się z ziemią.

Ale w tym dudniącym wnętrzu to nie kopuła, nawy czy potężne kolumny były najważniejsze, tylko mozaiki.

To one przyprawiały Iwanuszkę o dreszcz. Pokrywały ściany od podłogi aż po wysoki sufit. Najświętsza Panna z rękami rozłożonymi we wschodnim geście modlitwy, Ojcowie Kościoła, Zwiastowanie, Eucharystia – błękity i brązy, czerwienie i zielenie na lśniącym złotym tle. Ogromne, jasne, pociągłe twarze z dużymi czarnymi oczami patrzyły smutno i obojętnie na maluczkich, którzy zamieszkiwali ten przemijający świat. A z samej góry, z głównej kopuły, spoglądał Pantokrator, Wszechwładca – jego wielkie greckie oczy widziały wszystko i nic; znał ludzkie istoty na wylot, sam pozostając niepoznawalnym, poza wszelką ziemską mądrością.

W świątyni ziemia spotykała się z niebem, w półmroku migotały setki świec, złote mozaiki lśniły przerażającym blaskiem, rozświetlając ciemności tego padołu.

Rozległ się monotonny śpiew:

– Gospodi, pomiłuj. Panie, zmiłuj się nad nami.

Popi śpiewali w języku cerkiewnosłowiańskim – nieco bardziej nosowej odmianie języka mówionego – zrozumiałym, ale tajemniczym, bo należącym do kapłanów.

Igor zapalił świecę i zamarł w cichej modlitwie przed ikoną wiszącą obok jednej z ciężkich kolumn. Iwanuszka rozglądał się wokoło.

Wszyscy znali historię nawrócenia błogosławionego Włodzimierza. Wysłał posłańców, by zdobyli dla niego wiedzę o trzech wielkich religiach – islamie, judaizmie i chrześcijaństwie. A ci po powrocie z Konstantynopola oznajmili, że będąc w greckiej cerkwi, „nie wiedzieli, czy są na ziemi, czy w niebie”.

W takich właśnie katedrach cesarze Konstantynopola – a teraz także naśladujący ich książęta Kijowa – sprowadzali widzialne niebiosa na ziemię i przypominali poddanym, że oni, władcy modlący się wysoko na galeriach, są namiestnikami wiecznego Boga, który choć niepoznawalny, jest wśród nich obecny.

Igor, ze swoim orientalnym rodowodem, odnajdywał spokój w kontemplowaniu tej absolutnej, niepoznawalnej mocy. Iwanuszka, pół-Słowianin, instynktownie cofał się przed takim Bogiem, tęskniąc za bóstwem cieplejszym i łagodniejszym. To dlatego drżał, jakby mu było zimno.

Ucieszył się, gdy po kilku minutach wyszli z cerkwi i ruszyli w kierunku bramy, za którą otwierał się leśny trakt do klasztoru. I do jego przeznaczenia.

W końcu stanęli przed klasztorną furtą.

Droga z warowni była tak piękna, że Iwanuszkę przepełniała radość. Za murami trakt prowadził najpierw wśród rozrzuconych z rzadka chat pospólstwa, a potem skręcał na południe ku małemu wzniesieniu zwanemu Bieriestowo, gdzie święty Włodzimierz zbudował sobie jeszcze jedną siedzibę. Po lewej, pomiędzy dachami, przeświecało w dole lustro rzeki, a dalej, po drugiej stronie szerokiego rozlewiska, ciągnęła się porośnięta lasami równina. Pierwsze listki na dębach i bukach okryły okolicę miękką jasnozieloną mgłą ścielącą się pod bladoniebieskim niebem. W nieruchomym powietrzu wiosennego poranka nic nie zakłócało cichego śpiewu ptaków. Iwanuszka jechał radośnie za ojcem w kierunku oddalonego o trzy i pół kilometra wzniesienia, na którym mieszkali mnisi.

Ale cały czas nie wiedział, jaki jest cel tej podróży.

Igor milczał, pogrążony w myślach. Zadawał sobie pytanie, czy słusznie postępuje. Ta poranna wyprawa była niezwykłym posunięciem, nawet jak na bojara tak surowego i pobożnego jak on. Oto bowiem postanowił przeznaczyć Iwanuszkę do stanu duchownego.

Ta decyzja nie przyszła mu łatwo. Żaden bojar nie chciał, by jego syn został mnichem czy księdzem. Życie w ubóstwie było niemal hańbą i ci spośród szlachetnie urodzonych, którzy wybierali tę drogę, robili to wbrew woli rodziny. Owszem, bojar taki jak Igor mógł poświęcać na modlitwę kilka godzin dziennie, a książę na łożu śmierci – prosić nawet o mnisią tonsurę. Ale żeby młodzieniec dawał się pogrzebać za życia, przyjmując śluby ubóstwa?

Ta myśl zaświtała w umyśle Igora niedługo po pojawieniu się czerwonej gwiazdy.

– Nie twierdzę, że Iwanuszka jest głupcem – powiedział do żony. – Ale jest marzycielem. A tamtej nocy znalazłem go wpatrzonego w kometę. Gdybym go nie przyprowadził do domu, zamarzłby na śmierć. Powinien zostać mnichem.

Jemu samemu udało się osiągnąć wysoką pozycję, był wojownikiem i należał do drużyny, ale doskonale wiedział, ile wysiłku to wymaga.

– Nie sądzę, żeby Iwanuszce też się udało – przyznał ze smutkiem.

– Powinieneś dać mu więcej czasu – odparła Olga.

Brakowało mu cierpliwości? Może. Ale jaki ojciec będzie tolerował słabość syna? Nawet jeśli jest to jego ukochane dziecko. Choć jednocześnie jakiś wewnętrzny głos powtarzał mu cicho: „Ten chłopiec jest taki jak ty”.

Ale gdy mijały tygodnie, a przed chłopcem nie otwierały się żadne możliwości, zaczął się zastanawiać: „Może to sam Bóg domaga się, by chłopak został Jego sługą wbrew mojej woli?”. I powoli się do tego przygotowywał.

Zaczął od rozmowy z ojcem Łukaszem, któremu zwierzył się ze swoich przemyśleń. No, może trochę przesadził z religijnością Iwanuszki. I ubłagał starego mnicha, by ten porozmawiał z chłopcem i zachęcił go do wkroczenia na duchową ścieżkę, gdyby się okazało, że ma powołanie. Był przekonany, że jeśli propozycja padnie z ust samego ojca Łukasza, Iwanuszka chętniej ją przyjmie.

Powiedział o tym żonie zaledwie poprzedniego dnia. Jej twarz zbladła.

– Błagam cię, nie odtrącaj Iwanuszki! – prosiła.

– Nie mam takiego zamiaru – odpowiedział. – Jeśli nie będzie chciał, to nie pójdzie do klasztoru.

– Ale będziesz go do tego zachęcał.

– Pokażę mu jedynie klasztor, to wszystko.

Olga była zrozpaczona. Ona też dobrze znała najmłodszego syna. Kto wie, co przemówi do jego wyobraźni. A jeśli da się łatwo przekonać do klasztornego życia? Wtedy utraci go na zawsze.

– Przecież nie musi wyjeżdżać z Kijowa – zauważył Igor.

Był jednak ambitny, więc w tajemnicy liczył, że chłopak wyjedzie na jakiś czas do jednego z wielkich greckich klasztorów na dalekiej górze Athos – to by mu dało szansę na wysokie stanowisko kościelne. A nuż chłopak zostanie drugim Hilarionem! Nie zdradził się jednak z tymi nadziejami.

– Już go nigdy nie zobaczę – rozpaczała Olga.

– Każdy syn musi kiedyś opuścić matkę – przekonywał. – Poza tym jeśli taka jest wola boża, musimy jej być posłuszni. Zresztą kto wie? Może życie duchowne da mu prawdziwe szczęście? Może nawet będzie szczęśliwszy niż ja? – Nie zdawał sobie z tego sprawy, ale to stwierdzenie, choć mało taktowne, było bliskie prawdy. – Zabiorę go dziś do katedry i do klasztoru. Porozmawia z ojcem Łukaszem. To wszystko.

Miał nadzieję, że chłopak, gdy zobaczy klasztor, nabierze zainteresowania życiem duchownym. Wtedy on mu powie, że nigdy nie zostanie bojarem. Sprawi tym chłopcu wielki ból. Ale przynajmniej znajdzie jakieś rozwiązanie.

I tak oto Iwanuszka pojawił się tego ranka w klasztorze.

Był tutaj po raz pierwszy.

Dotarli na szczyt wzniesienia i znaleźli się na polanie przed mocną drewnianą furtą. Gdy przez nią przejeżdżali, ukłonił im się mnich w czarnym habicie. Iwanuszka, pobladły z podniecenia, rozglądał się dookoła.

Miejsce nie wyglądało szczególnie imponująco. Była tu niewielka drewniana kaplica, kilka domków mieszkalnych oraz dwa niskie, podobne do stodół budynki – w jednym mieścił się refektarz, gdzie mnisi jedli posiłki, w drugim – przytułek dla chorych. Klasztor w niczym nie przypominał wspaniałej katedry, co trochę rozczarowało Iwanuszkę. W ogóle miejsce wydawało mu się bardzo smutne.

Słońce stało już wysoko na niebie, ale drewniane chaty wciąż pokrywała poranna rosa, jakby chłodna, wilgotna ziemia wniknęła w ściany tutejszych domów. Pomiędzy drzewami leżały głazy, tu i tam widniały plamy brązowego błota. I pomimo początków wiosny unosiła się atmosfera jesieni, jakby liście wciąż spadały z drzew.

Minęło ledwo dwadzieścia lat, odkąd mnich Antoni, wracając z dalekiej Grecji, ze świętej góry Athos, natrafił na tutejsze jaskinie. Wkrótce dołączyli do niego inni i w ten sposób powstała wspólnota kilkunastu pustelników, którzy wykopali pod ziemią sieć maleńkich cel i łączących je przejść. Iwanuszka poczuł się dziwnie, uświadomiwszy sobie, że mnisi siedzą w swoich norach jak króliki, nie wiedząc nic o jego obecności.

Jeśli chodzi o mnicha Antoniego, żył samotnie w jaskini, z dala od klasztornej społeczności. Na światło dzienne wychodził z rzadka, i to jedynie z ważnej przyczyny – tak jak wtedy, gdy poprosił księcia kijowskiego, by przekazał wzniesienie mnichom – a potem znów znikał w swojej samotni. Mówiono jednak, że jego święty duch unosi się nad klasztorem jak zwoje mgły. A tymczasem pobożni mnisi pod przewodnictwem dobrotliwego Teodozjusza, wśród nich ojciec Łukasz, zbudowali nad ziemią i pod ziemią klasztor.

Iwanuszka i Igor zsiedli z koni, które odprowadził jeden z mnichów. Drugi, po krótkiej, prowadzonej szeptem rozmowie, zniknął w małej chatce.

– Tam jest wejście do pieczar – wyjaśnił ojciec.

Czekali. Upłynęło kilka minut. Dwóch starszych mnichów i towarzyszący im młody braciszek minęli ich powoli i weszli do drewnianej kaplicy. Iwanuszka zauważył, że jeden ze starców ma na szyi ciężki łańcuch i porusza się z dużym trudem.

– Po co mu ten łańcuch? – spytał szeptem.

Ojciec spojrzał na niego tak, jakby to było głupie pytanie.

– Żeby umartwiać ciało – odpowiedział ostro. – On jest blisko Boga – dodał z szacunkiem.

Iwanuszka milczał. Policzek otarł mu słaby oddech chłodnego wiatru.

A potem drzwi chaty naprzeciwko otworzyły się powoli, a mnich, który się w nich ukazał, przytrzymał je dla jakiejś niewidocznej osoby. Iwanuszka usłyszał szept ojca.

– Idzie!

Wstrzymał oddech. W progu ukazał się kawałek szaty. A więc za chwilę ta wspaniała postać odsłoni przed nim jego przeznaczenie.

I wtedy z chatki wyszedł niski, wychudły starzec.

Jego siwe włosy były przyczesane, ale niezbyt czyste, podobnie jak czarny habit przewiązany skórzanym pasem, który pokrywały kropki pleśni. Za to brodę miał nieprzystrzyżoną i potarganą. Szedł ku nim, powłócząc nogami. Młody mnich postępował tuż za nim, gotowy w każdej chwili go podtrzymać.

Ojciec Łukasz miał pomarszczoną, trupio bladą twarz, niemal przesłoniętą brwiami, może dlatego, że mocno się garbił. Zrobiwszy kilka kroków, otworzył usta, jakby rozluźniał zesztywniałe mięśnie, przygotowując je do uśmiechu, który – w swoim mniemaniu – był winny przybyszom. Iwanuszka zauważył, że mnich ma liczne braki w pożółkłym uzębieniu. A jego oczy – wbrew temu, co sobie wyobrażał – wcale nie lśniły jak słońca. Były to stare, załzawione oczy, do tego lekko zezujące. Wydawało się, że starzec jest najbardziej zaabsorbowany patrzeniem na własne brudne stopy w skórzanych łapciach, tak dziurawych, że niemal się rozpadały. Ale było coś gorszego niż jego wygląd, na co Iwanuszka nie był przygotowany.

Zapach.

Bo ludzie żyjący pod ziemią nabierali nie tylko bladej cery, niczym trupy, ale także okropnej woni. Ta woń, wyprzedzając ojca Łukasza, dotarła właśnie do chłopca. Nigdy wcześniej nie czuł takiego zapachu – w jego umyśle zamajaczył niewyraźny obraz mokrej gliny, martwych ciał i gnijących liści.

Mnich zatrzymał się obok niego.

Chłopiec usłyszał głos ojca:

– To jest właśnie Iwanuszka.

Pochylił głowę.

A więc tak wygląda ojciec Łukasz. Nie mógł w to uwierzyć. Miał ochotę uciec. Jak własny ojciec mógł go tak okrutnie oszukać? Żeby on mnie tylko nie dotknął, modlił się w duchu.

Kiedy podniósł wzrok, zauważył, że ojciec i mnich cicho ze sobą rozmawiają. Oczy mnicha, który od czasu do czasu zerkał na niego, były niebieskie, bystrzejsze i bardziej badawcze, niż mu się na początku wydawało.

Obaj mężczyźni rozmawiali rzeczowo o całkiem doczesnych sprawach – o handlu i polityce Tmutarakania, o cenie soli, o zbudowaniu nowego klasztoru Świętego Dymitra w warowni. Iwanuszka uznał to za dziwne i raczej nudne. Dlatego był zaskoczony, gdy ojciec Łukasz nagle skinął w jego kierunku głową.

– Więc to jest ten młodzieniec, o którym mi wspominałeś?

– Tak, to on.

– Iwan – mruknął ojciec Łukasz jakby do siebie, jednocześnie uśmiechając się do chłopca. – Chrześcijańskie imię, bardzo odpowiednie dla młodego człowieka.

W owych czasach niewielu Rusinów miało na pierwsze imię Iwan, które było słowiańskim odpowiednikiem Jana. Jednak Igor, który swoim starszym synom dał po dwa imiona – słowiańskie i chrześcijańskie – z jakiegoś powodu najmłodszemu dał tylko jedno, podczas chrztu.

Iwanuszka zauważył, że ojciec uśmiecha się do niego zachęcająco, jakby chciał mu dodać otuchy, choć widać było, że tak naprawdę niepokoi się, czy syn zrobi odpowiednie wrażenie. I jak zawsze w podobnych okolicznościach Iwanuszka poczuł, jak coś się w nim zaciska, a w umyśle rodzi się jeden wielki zamęt. Kolejne pytanie mnicha jedynie pogłębiło ten stan.

– Podoba ci się tutaj?

I jak miał odpowiedzieć? Był smutny i zawiedziony, a pytanie ojca Łukasza wydobyło te uczucia na powierzchnię. Ze łzami w oczach, niemal wściekły na ojca, a jednocześnie odrętwiały z rozczarowania, nie mogąc spojrzeć im w twarz, wybuchnął:

– Nie!

Nieomal poczuł, jak ojciec sztywnieje z oburzenia.

– Iwanie!

Podniósł wzrok i napotkał pełne złości spojrzenie Igora. Jednak mnich nie był oburzony.

– Co tutaj widzisz? – zapytał spokojnie.

To pytanie też go zaskoczyło. Było tak proste, że choć nie mógł zebrać myśli, odpowiedział bez najmniejszego zastanowienia:

– Gnijące liście.

Usłyszał gniewne parsknięcie ojca, a potem ze zdziwieniem zauważył, że mnich wyciąga bladą, kościstą rękę i łagodnie bierze Igora za ramię.

– Nie złość się – upomniał go cicho. – Chłopiec powiedział prawdę. – Westchnął. – Jest za młody, żeby tu zostać.

– Ale przecież przyjmowaliście innych chłopców – zaoponował ojciec.

Mnich skinął głową, ale bez większego zainteresowania.

– Owszem, przyjmowaliśmy. – Odwrócił się do Iwanuszki. – A więc, Iwanie, chciałbyś zostać kapłanem?

Kapłanem? O czym ten starzec mówi? Chciał zostać bojarem, bohaterem. Patrzył na mnicha ze zdumieniem połączonym z lękiem.

– Jesteś pewien, mój przyjacielu? – zwrócił się do Igora ojciec Łukasz, z cierpkim uśmiechem na twarzy.

– Myślałem, że tak będzie najlepiej. – Igor zmarszczył brwi. Był zły i zakłopotany jednocześnie.

Iwanuszka spojrzał na ojca. Początkowo nie potrafił zrozumieć, o co tutaj chodzi, ale powoli zamęt w jego umyśle zaczął ustępować. Skoro ojciec widział go jako duchownego, to znaczy, że jego zdaniem nie nadaje się na bojara. Wciąż czuł bolesne rozczarowanie, wywołane odkryciem, że ten wspaniały ojciec Łukasz to tylko zaniedbany starzec, a do tego jeszcze uświadomił sobie dwie rzeczy. Nie mówiąc mu o swoich planach, ojciec go zdradził. I odtrącił.

Ojciec Łukasz otworzył książkę, którą wyciągnął spomiędzy fałd habitu.

– To jest liturgia świętego Jana Chryzostoma – oznajmił. – Umiesz to przeczytać? – Pokazał chłopcu modlitwę.

Iwanuszka zaczął dukać, a ojciec Łukasz spokojnie przytakiwał. Potem wyjął jeszcze jedną niedużą książkę, ale w tej pismo było inne i chłopiec pokręcił głową.

– Święty Cyryl wymyślił ten alfabet dla Słowian – wyjaśnił starzec. – Wielu mnichów wciąż używa tego pisma, w którym jest kilka hebrajskich liter. Jednak dziś posługujemy się alfabetem wymyślonym przez następców Cyryla, wzorowanym na greckim i błędnie nazywanym cyrylicą. Kapłan powinien znać oba.

Iwanuszka w milczeniu zwiesił głowę.

– W naszym klasztorze – ciągnął cicho ojciec Łukasz – obowiązuje reguła ustanowiona przez opata Teodozjusza. Bardzo mądra reguła. Mnisi poświęcają czas głównie na śpiewy i modlitwę w kaplicy, ale zajmują się też pożytecznymi pracami, jak opieka nad chorymi. Oczywiście niektórzy przyjmują surowszą dyscyplinę i na długi czas zamykają się w celach albo w jaskiniach. Ale to ich wybór.

– Święty wybór – wtrącił Igor z szacunkiem.

Na ojcu Łukaszu nie zrobiło to wrażenia.

– Nie dla wszystkich. – Westchnął, choć zabrzmiało to raczej jak urwane syknięcie. Iwanuszce wydawało się, że starzec zużywa mniej powietrza niż inni. – Życie mnicha jest nieustannym zbliżaniem się do Boga – ciągnął cicho, nie wiadomo, czy kierując swoje słowa do Igora, czy do jego syna. – W tym czasie ciało usycha, ale duch zostaje nakarmiony i może wzrastać w połączeniu z Bogiem. – Jego cichy głos brzmiał dla Iwanuszki jak opadanie liści.

Ojciec Łukasz zakasłał chrapliwie. On jest jak zakopana w ziemi łupina, pomyślał Iwanuszka.

– W ten sposób ciało umiera, żeby dusza mogła żyć.

Iwanuszka wiedział, że przygotowując się do śmierci, część mnichów wstawia do swoich cel trumny.

Zauważył, że ojciec Łukasz przygląda mu się beznamiętnie, obserwując jego reakcję na te słowa. On jednak nie umiał ukryć zawodu ani pragnienia ucieczki od tego obrazu śmierci.

– Ale to nie jest śmierć – ciągnął mnich, jakby czytając w jego myślach. – Bo Chrystus śmierć pokonał. Trawa usycha, lecz słowo Pana naszego trwa na wieki. A więc nawet w tej śmiertelnej powłoce nasze dusze żyją w świecie ducha, w pokorze przed Bogiem. – Jeśli te słowa miały Iwanuszkę pocieszyć, to bynajmniej nie odniosły tego skutku.

Ascetyczny ideał umartwiania ciała był bardzo stary. Już od wieków praktykowali go najbardziej zdeterminowani pustelnicy w chrześcijańskiej Syrii. Nie zadawali sobie okrutnego bólu jak zachodni biczownicy, ale pozbawiali się życiowych soków, powoli osłabiali ciało, sprowadzając je do bezużytecznej skorupy, która nie przeszkadza w życiu duchowym i służbie bożej.

– Jednak takich skrajnych przypadków jest niewiele – mówił ojciec Łukasz, obserwując go uważnie. – Większość mnichów wiedzie proste życie, poświęcając się służbie Bogu i współbraciom. Taką właśnie regułę zalecał nasz opat Teodozjusz.

W odczuciu Iwanuszki nawet to nie zabrzmiało pocieszająco.

– Chciałbyś służyć Bogu? – spytał nieoczekiwanie starzec.

– O tak!

Miał niemal łzy w oczach. Zawsze chciał służyć Bogu. I często wyobrażał sobie, jak z imieniem Boga na ustach pędzi konno po stepie, walcząc z poganami.

Starzec chrząknął.

– Chłopak jest jeszcze młody. Kocha swoje ciało. – Powiedział to spokojnie, bez złości, ale stanowczo. Odwrócił się plecami do Iwanuszki.

– A więc nie nadaje się na mnicha? – spytał z niepokojem Igor.

– Bóg przyzywa człowieka do siebie we właściwym czasie. Nie wiem, co się jeszcze wydarzy.

– A więc nie powinien się przyuczać do stanu duchownego? – dopytywał się Igor.

Jednak ojciec Łukasz bez słowa odwrócił się do Iwanuszki i w geście, który mógł być błogosławieństwem, położył mu dłoń na głowie.

– Widzę, że wyruszysz w podróż – powiedział. – I z niej powrócisz.

W podróż? Myśli Iwanuszki zaczęły szaleńczo galopować. Chodzi mu o podróż nad wielki Don? Na pewno. I nic nie wspomniał o zostaniu kapłanem. A więc nie wszystko jeszcze stracone.

Tymczasem mnich patrzył surowo na Igora.

– Za dużo pościsz – rzucił nagle.

– Przecież post jest dozwolony – zdziwił się Igor.

– Post to dziesięcina należna Bogu. A dziesięcina oznacza jedną dziesiątą, nie więcej. Powinieneś ograniczyć swoje posty. Jesteś dla siebie zbyt surowy.

– A moje modlitwy?

Iwanuszka wiedział, że ojciec długo modli się o świcie, a potem w ciągu dnia jeszcze trzy albo cztery razy.

– Możesz się modlić, ile chcesz, jeśli tylko nie zaniedbujesz przez to swoich spraw – odparł mnich ostro. – To zamiłowanie do postów przybyło do nas z łacińskiego Zachodu przez Morawy. Nie należę do tych, którzy potępiają Zachód, ale nadmiar postów wśród ludzi świeckich to głupota. Jeśli chcesz to robić, lepiej przyłącz się do Rzymian i wygłaszaj ich Credo – dorzucił z lekkim uśmiechem.

Od ponad dziesięciu lat trwał rozdźwięk między Kościołem wschodnim a zachodnim, między Konstantynopolem a Rzymem. Punktem spornym było tytułowanie Boga i Trójcy Świętej w Credo, lecz kryły się pod tym także inne różnice teologiczne. Papież uważał się za najwyższą władzę, z czym Kościół wschodni nie chciał się zgodzić. Jednak do rozłamu jeszcze nie doszło.

Ta łagodna drwina mnicha miała jedynie przypomnieć Igorowi, że jako duchowy syn ojca Łukasza winien mu posłuszeństwo.

– Zrobię, jak mi każecie – odparł bojar. – Ale skoro chłopak nie zostanie duchownym, to co z nim będzie?

Starzec nawet nie spojrzał na Iwanuszkę.

– Bóg jeden wie.

Rok 1067

Złoty Kijów. Ruś miała problem. Oto jej władcy wymyślili system polityczny, który się nie sprawdzał. Szkopuł tkwił w sukcesji.

Kiedy panujący klan postanowił, że miasta będą przechodziły nie z ojca na syna, lecz z brata na brata, nikt nie przewidywał konsekwencji, które okazały się katastrofalne.

Przede wszystkim każdy książę mógł przekazać synom rządy w mniejszych miastach na swoich ziemiach, jednak po jego śmierci synowie musieli oddać władzę kolejnemu księciu w linii sukcesyjnej, często bez żadnej rekompensaty. Co gorsza, jeśli któryś z książęcych braci umierał, zanim otrzymał jakieś miasto, jego dzieci wypadały z łańcucha dziedziczenia. Takich książąt bez ziemi i jakichkolwiek widoków na przyszłość było wielu. Nazywano ich tak samo jak wszystkich ludzi wywłaszczonych lub nieposiadających żadnej własności – izgojami.

I nawet jeśli w danej linii dziedziczenia nie było izgojów, to i tak system doprowadzał do sytuacji absurdalnych.

Ruscy książęta byli bowiem długowieczni i mieli wielu synów. I zdarzało się tak, że najstarszy syn miał już dorosłe dzieci, które wojowały i rządziły krajem, a jego najmłodszy brat był jeszcze małym chłopcem. Mimo to owi wojownicy i mężowie stanu w razie śmierci ojca musieliby uznać zwierzchnictwo małoletniego stryja. Nic dziwnego, że budziło to ich złość.

I gdy na świecie pojawiały się kolejne pokolenia, coraz trudniej było ustalić, kto ma prawo do czego, nie mówiąc już o zgodzie poszczególnych stronnictw. Klan władający Rusią Kijowską przez wiele pokoleń wprowadzał jedynie doraźne zmiany do systemu, który był błędny w całym swoim założeniu. Niestety, samego problemu nigdy nie udało się rozwiązać.

Złoty Kijów. Jednak ostatnio Iwanuszka miał wrażenie, że nad miastem zawisło dziwne światło. W powietrzu unosił się zapach zdrady. Rok po pojawieniu się na niebie strasznego znaku jego znaczenie dla ruskich ziem stawało się coraz bardziej jasne.

Początkowo Iwanuszka obawiał się o ojca.

Książę połocki szczególnie wyróżniał się spośród wszystkich ruskich książąt. Ludzie mówili, że był wilkołakiem. Rzeczywiście wyglądał przerażająco.

– Urodził się z kawałkiem czepka przykrywającym oko – mówiła matka Iwanuszki. – I ten kawałek zachował się do dziś.

– On jest naprawdę taki zły? – dopytywał się chłopiec.

– Jeszcze gorszy niż Baba-Jaga – odpowiadała matka.

Bunt księcia Połocka był typowym sporem dynastycznym. Ten wnuk błogosławionego Włodzimierza, chociaż nie był pozbawionym ziemi izgojem, został wyłączony z głównej linii sukcesji: otrzymał Połock leżący na zachodzie, blisko polskich ziem, ale nie miał szans na odziedziczenie Kijowa, Nowogrodu, Czernihowa ani żadnego z największych miast Rusi.

Przez jakiś czas, gdy inni książęta izgoje wzniecali zamieszki na odległych terenach, książę połocki milczał. A potem nagle w samym środku zimy uderzył na wielki Nowogród. Śnieg pokrywał ziemię grubą warstwą, gdy Igor i jego dwaj starsi synowie wyruszyli na północ pod komendą księcia kijowskiego i jego braci.

Jakże Iwanuszka żałował, że nie może im towarzyszyć! Rok, który minął od wyprawy do klasztoru, był dla niego straszny. Z obawy przed napadami Połowców na stepach podróż karawany Chazara Żydowina została odłożona. Igor próbował umieścić syna w domu któregoś z członków rodziny książęcej, ale bezskutecznie. I kilkakrotnie pytał go, czy nie chciałby jeszcze raz pojechać do klasztoru. Jednak on zwieszał tylko głowę, więc Igor wzruszał ramionami i dawał mu spokój.

A teraz ojciec wyruszył z braćmi na wyprawę przeciwko wilkołakowi.

– Ojcze, zabij go! – wołał za nimi Iwanuszka, gdy odjeżdżali. Choć w głębi serca nie był co do tego taki przekonany.

Minęły trzy tygodnie. Nadeszły wieści, że na zachodzie zbuntowane miasto Mińsk upadło i że wojska posuwają się coraz dalej na północ. A potem zapadła cisza.

Aż któregoś popołudnia na początku marca, gdy śnieg jeszcze nie stopniał, Iwanuszka usłyszał na podwórzu stukot końskich kopyt. Wybiegł na zewnątrz. Z konia zsiadała jakaś wysoka postać.

To był jego brat Świętopełk. Ależ on podobny do ojca!

Świętopełk spojrzał na Iwanuszkę.

– Wygraliśmy – oznajmił sucho. – Ojciec jest jeszcze w drodze razem z Borysem. Wysłał mnie przodem, żebym uprzedził matkę.

– A wilkołak?

– Poniósł klęskę i uciekł. Już po nim.

– A co się stało w Mińsku?

Świętopełk uśmiechnął się. Dlaczego jego uśmiech miał w sobie gorycz? I dlaczego brat uśmiechał się tylko wtedy, gdy mówił o cierpieniu innych ludzi?

– Wyrżnęliśmy wszystkich mężczyzn, a kobiety i dzieci sprzedaliśmy w niewolę. – Zaśmiał się. – Było tylu niewolników, że cena spadła do pół hrywny za głowę.

Iwanuszka ruszył za nim do domu. W progu Świętopełk zatrzymał się i spojrzał do tyłu przez ramię.

– Aha, mam dla ciebie dobrą wiadomość – rzucił niedbale.

– Dla mnie? – Iwanuszka zaczął gorączkowo myśleć, co by to mogło być.

– Bóg jeden wie, dlaczego cię to spotyka – powiedział Świętopełk. – Niczym sobie na to nie zasłużyłeś. – Zabrzmiało to żartobliwie, ale Iwanuszka wiedział, że brat mówi poważnie.

– Jaką wiadomość? Powiedz!

– Ojciec ci powie. – Najwyraźniej Świętopełk nie był zadowolony z tej dobrej wiadomości. – Pomęcz się, dopóki ojciec nie wróci. – Uśmiechnął się blado i wszedł do domu.

Iwanuszka usłyszał radosny okrzyk matki. Kochała Świętopełka, bo był podobny do ojca.

Wieści, które ojciec przywiózł następnego dnia, były tak wspaniałe, że chłopiec aż nie mógł w nie uwierzyć.

Młodszy brat księcia kijowskiego, książę Wsiewołod, władał Perejasławiem – wspaniałym miastem położonym sto kilometrów na południe od stolicy. Wsiewołod zawarł małżeństwo, które zaimponowało ruskiej szlachcie, poślubił bowiem księżniczkę z rodu Monomachów, królewskiej rodziny Konstantynopola. A ich syn Włodzimierz był tylko o rok starszy od Iwanuszki.

– Musimy urządzić chłopcom spotkanie – obwieścił Igor z dumą. – Zaprzyjaźniłem się z Wsiewołodem na wyprawie, a on w zasadzie zgodził się, by Iwan został paziem małego Włodzimierza.

– Wiesz, że to wielka szansa – powiedziała matka do Iwanuszki. – Mówią, że Włodzimierz jest utalentowany i ma przed sobą wspaniałą przyszłość. Towarzyszyć mu od tak młodego wieku… – Rozłożyła ręce tak, jakby chciała pokazać, że skarby Kijowa i cesarskiego Konstantynopola zlały się w jedno.

Iwanuszka nie posiadał się z radości.

– Kiedy? Kiedy? – dopytywał natarczywie.

– Zabiorę cię do Perejasławia na Boże Narodzenie – oznajmił Igor. – Do tego czasu musisz się dobrze przygotować. – Co powiedziawszy, kazał chłopcu odejść.

– Smutno mi, że Iwanuszka odjedzie – przyznała Olga. – Będę za nim tęsknić.

– Taki już los kobiet – zauważył chłodno Igor, nie przyznając, że on też będzie tęsknił.

Igor i jego żona byliby jednak bardzo zaniepokojeni, gdyby wiedzieli o pewnym drobnym wydarzeniu, do którego niedługo potem doszło w stajni.

Byli tam trzej bracia. Borys z szerokim uśmiechem klepnął Iwanuszkę w plecy, przyjacielsko, ale na tyle mocno, że chłopak rozciągnął się na ziemi jak długi. Ale potem dał mu na szczęście całą srebrną hrywnę i pojechał na padół. Świętopełk i Iwanuszka zostali sami.

– No i co, bracie, nie mówiłem, że przyjdą dobre wieści? – powiedział cicho Świętopełk, patrząc z uwielbieniem na swojego konia.

– Mówiłeś. – Iwanuszkę ogarnęło dziwne przeczucie, że brat chowa w zanadrzu coś nieprzyjemnego.

– Udało ci się lepiej niż mnie czy Borysowi – dorzucił Świętopełk.

– Naprawdę? – Wiedział, że otworzyła się przed nim wspaniała możliwość, ale nie myślał o tym w ten sposób.

– Naprawdę? – przedrzeźnił go Świętopełk, wciąż patrząc na konia.

Iwanuszka patrzył na niego ze zdziwieniem, nie wiedząc, co się dalej stanie.

Nagle Świętopełk się odwrócił. Z jego ciemnych oczu biła nienawiść i pogarda.

– Niczym sobie na to nie zasłużyłeś. Miałeś pójść do klasztoru.

– Tak, ale ojciec…

– Wiem, ojciec. Ale nie myśl, że uda ci się mnie oszukać. Przejrzałem cię, chłopczyku. Jesteś ambitny. Chcesz być lepszy od nas. Przywdziewasz maskę marzyciela, ale tak naprawdę myślisz tylko o sobie.

Iwanuszka był tak zaskoczony tą niespodziewaną napaścią, że nie wiedział, co powiedzieć. Ambitny? Nigdy mu to nie przyszło do głowy. Patrzył zmieszany na brata.

– Widzę, że prawda boli – ciągnął Świętopełk cierpko. – Ale dlaczego się do tego nie przyznasz jak my wszyscy? Bo jesteś od nas gorszy. Jesteś małym intrygantem, małą żmiją. – Ostatnie słowo syknął tak, że uderzyło w Iwanuszkę jak bolesny cios. Czuł się coraz pewniej. – I co, pewnie czekasz, aż ojciec umrze? – dorzucił.

Iwanuszka nie miał pojęcia, ku czemu to zmierza.

– Jak myślisz, ile ojciec musiałby zapłacić, gdybyś został mnichem? – mówił Świętopełk. – Pewnie kilka darowizn dla klasztoru. Ale gdy pójdziesz na dwór Wsiewołoda, pewnego dnia odziedziczysz tyle samo co my. A więc odbierzesz mi moje pieniądze.

Iwanuszka poczerwieniał na twarzy, w oczach miał łzy.

– Nie chcę, żeby ojciec umarł. A ty możesz wziąć moją część. Weź wszystko.

– Świetnie. Łatwo ci się mówi, skoro uniknąłeś klasztoru. Ale jeszcze zobaczymy.

Iwanuszka wybuchnął płaczem.

A to był dopiero początek jego kłopotów.

Rok 1068

Iwanuszka nie posłuchał ojca. Ale w mieście działy się takie zadziwiające rzeczy.

Od dwóch lat chłopiec miał nieodparte wrażenie, że urok złej gwiazdy działa.

Nigdy nie spotkał się z młodym księciem Włodzimierzem. Mówiono, że powodem była śmierć jego matki, greckiej księżniczki.

– Włodzimierz i jego ojciec są pogrążeni w żałobie – oznajmił Igor. – To nie jest najlepszy czas. Ale w przyszłym roku okoliczności będą bardziej sprzyjające.

Czemu więc, zanim jeszcze upłynął rok, ojciec Włodzimierza wziął sobie nową żonę z ludu Połowców?

– To polityka – tłumaczył Igor. – Jej ojcem jest wielki połowiecki wódz, a książę chce zabezpieczyć Perejasław przed atakami ze stepu.

Tylko że kilka miesięcy później Połowcy zaczęli grabić i palić ziemie ruskie z jeszcze większą siłą.

A ojciec Włodzimierza wciąż nie wspominał o spotkaniu chłopców. Złożył obietnicę, lecz teraz o niej zapomniał, więc Iwanuszka wciąż trwał bez zajęcia w Kijowie.

Może więc Świętopełk mówił prawdę, gdy pewnego chłodnego wiosennego poranka syknął mu do ucha:

– Nigdy nie będziesz paziem Włodzimierza. Już się dowiedzieli, że jesteś do niczego.

A gdy Iwanuszka zapytał głośno, kto mógłby im coś takiego powiedzieć, brat uśmiechnął się i szepnął:

– Może ja?

No i do tego jeszcze sprawa księcia Połocka. Książę Kijowa, pokonawszy brata, zaoferował mu list żelazny na rodzinny zjazd. A potem wtrącił go do lochu w Kijowie. Gdy jednak Iwanuszka zapytał ojca, czy taki zdradziecki postępek nie jest grzechem, w odpowiedzi usłyszał jedynie, że czasem trzeba skłamać. Chłopiec nie umiał się w tym rozeznać.

Wreszcie pojawili się groźni Połowcy. Nie upłynął jeszcze tydzień, kiedy dzielni Rusini wyruszyli w środku nocy, żeby zadać stepowym najeźdźcom decydującą klęskę pod Perejasławiem. I przegrali. A co gorsza, ojciec i książęta wycofali się do Kijowa i schronili w otoczonym murami zamku. Do tego drużynę ogarnęła dziwna apatia. Każdego dnia Iwanuszka miał nadzieję, że ojciec i bojarzy znów staną do walki. Ale nic się nie działo. Czyżby opanował ich strach? Czyżby zamierzali zostawić ludzi na łasce najeźdźców, a samemu schronić się za bezpiecznymi murami? Na pewno są pod urokiem złej gwiazdy, uznał chłopiec.

A tego wrześniowego poranka w całym mieście panowało zamieszanie. Przerażeni posłańcy przynieśli wiadomość, że Połowcy są coraz bliżej. Na padole zebrał się wiec, jak Słowianie nazywali zgromadzenie mieszkańców.

Mówiono o buncie.

Właśnie dlatego, zamiast pozostać z rodziną w książęcym pałacu, Iwanuszka wymknął się na zewnątrz, przeszedł przez most nad wąwozem łączący starą warownię z nową i minąwszy sobór Świętej Sofii, skierował się na padół.

W nowej warowni było dziwnie cicho. Domy szlachty stały puste, w domu jego ojca nie było nawet koni ani stajennych. Ulicami przemykali z rzadka duchowni i kobiety z dziećmi, wydawało się, że wszyscy mężczyźni poszli na wiec.

Iwanuszka wiedział, czym jest wiec. Nawet książę Kijowa bał się takich zgromadzeń. Zazwyczaj przebiegały one spokojnie, a przewodniczyli im najwięksi kupcy. Jednak w czasach kryzysu każdy wolny mieszkaniec miasta miał na wiecu prawo głosu.

– A kiedy wiec ogłosi bunt, dzieją się rzeczy straszne – opowiadał synowi Igor. – Nawet książę i drużyna nie są w stanie ich powstrzymać.

– Czy teraz ludzie są źli? – pytał chłopiec.

– I to jak! Nie wolno ci wychodzić na zewnątrz.

Idąc przez warownię, Iwanuszka był tak przerażony, że niemal zapomniał o swoim nieposłuszeństwie wobec ojca. Wbiegł przez bramę na rynek.

Było tu tłoczno. Jeszcze nigdy w życiu nie widział tylu ludzi. Przybyli nawet z odległych miasteczek – kupcy, rzemieślnicy, wolni handlarze, wyrobnicy. Kilka tysięcy zgromadzonych. Po obu stronach rynku stały cerkwie. Jedna przysadzista, ceglana, z bizantyjską spłaszczoną kopułą pośrodku, a druga mniejsza, drewniana, z niewielką ośmiokątną wieżą. Wydawało się, że sprawują pieczę nad zgromadzeniem, nadając mu religijną sankcję. Na samym środku placu wzniesiono drewniany podest i to tam skierowane były oczy tłumu. Na podeście stał potężny kupiec z ciemną brodą, w czerwonym kaftanie. W ręce trzymał laskę i niczym groźni prorocy ze Starego Testamentu piętnował władcę.

– Dlaczego książę panuje w Kijowe?! – krzyknął. – Dlaczego jego krewni panują w innych miastach? – Zawiesił głos, dopóki tłum się nie uciszył. – Bo zaprosiliśmy tutaj ich przodków! – Uderzył laską w podest. – Waregowie przybyli z północy do nas, Słowian, bo ich tu zaprosiliśmy!

Taka właśnie, narosła przez wiele pokoleń wersja historii służyła obu stronom – wikingom, bo legitymizowała ich pirackie rządy, i ich słowiańskim poddanym, którym pozwalała zachować dumę.

– A dlaczego ich sprowadziliśmy? – Spojrzał groźnie dookoła, jakby chciał pokazać, że nawet potężne cerkwie nie mogą mu przerwać. – Żeby za nas walczyli. Żeby bronili naszych miast. Po to tutaj są!

Tkwiło w tym ziarno prawdy. Relacje między książętami a rządzonymi przez nich miastami były niejasne. Książę chronił miasto, ale nie był jego właścicielem, tak samo jak nie był właścicielem ziemi, która wciąż należała do wolnych chłopów albo komun. W Nowogrodzie na północy zdarzało się, że ludowe wiece nie zgadzały się na jakiegoś księcia i nie pozwalały, żeby ich protektor przejmował ziemie na własność. Dlatego słowa kupca nie zdziwiły Iwanuszki. Zaczerwienił się z dumy, słysząc, że ojciec i jemu podobni nazywani są obrońcami Rusi.

– Ale nie obronili nas! – ryknął kupiec. – Zawiedli! Połowcy obracają nasze ziemie w perzynę, a książę i jego świta nie robią nic!

– To co mamy robić? – rozległy się pojedyncze głosy.

– Znaleźć nowego wodza! – krzyknął ktoś.

– Znaleźć nowego księcia! – wrzasnął inny.

Iwanuszka aż wstrzymał oddech. Przecież oni mówią o księciu kijowskim! Jednak ten pomysł przypadł tłumowi do gustu.

– Czyli kogo? Kogo? – spytał zgodny chór.

Kupiec jeszcze raz uderzył laską w podest.

– Wszystko zaczęło się od zdrady! – ryknął. – Synowie Jarosława złamali słowo i wtrącili księcia połockiego do lochu! – Wskazał na warownię. – A książę jest niewinny.

Nie musiał mówić dalej. Iwanuszka miał wrażenie, że wielu ludzi na placu tylko czekało na tę chwilę.

– Połock! Chcemy księcia połockiego! – wrzeszczał tłum.

Iwanuszka nie umiał potem opowiedzieć, jak potoczyły się wypadki. Pamiętał tylko, że tłum, jakby wiedziony jedną wolą, ruszył do warowni, pociągając go ze sobą. Przed soborem Świętej Sofii ludzka rzeka rozdzieliła się na dwie odnogi. Jedna skręciła na lewo, w kierunku niskiego drewnianego budynku, gdzie trzymano dziwnego księcia z bielmem na oczach. Druga ruszyła przez most do zamku.

Przecież trzeba uprzedzić rodzinę, ostrzec ją przed niebezpieczeństwem! Iwanuszka próbował wyprzedzić tłum sunący mostem ku starej warowni, ale szybko się zorientował, że jest za późno.

Kiedy wychodził z domu, nie przyszło mu do głowy, że nie będzie mógł się tam dostać z powrotem. Ale dotarłszy na plac przed siedzibą książęcą, pojął, w jak trudnym znalazł się położeniu. Po lewej stronie miał wysoki mur, po prawej szerokie kamienne schody prowadzące do zasłoniętych kratą grubych, dębowych drzwi. Rząd okien ciągnął się na wysokości sześciu metrów, znacznie poza jego zasięgiem. Przed sobą miał wieże z wąskimi, nieregularnie rozmieszczonymi oknami, patrzącymi z wysoka na tłum. Dwoje drzwi na dole było zaryglowanych. Nawet gdyby udało mu się przedrzeć przez ciżbę, nie dostałby się do wnętrza.

Ludzie zaczęli miotać wyzwiskami.

– Zdrajcy! Tchórze! Rzucimy was na pożarcie Połowcom!

Wysokie czerwone mury pałacu odpowiadały im wyniosłym milczeniem.

Mijały minuty. Gdzieś niedaleko rozdzwoniły się dzwony wzywające mnichów na modlitwę. Iwanuszka zerknął na błyszczące kopuły cerkwi Dziesięcinnej. Tłum uciszył się, ale tylko na chwilę.

I właśnie wtedy zobaczył w jednym z okien twarz obserwującą wszystko z góry. Był to Izjasław, książę kijowski. Tłum też go dostrzegł. I z rykiem zrobił krok do przodu. Twarz znikła.

Wtedy Iwanuszka pojął, że gdy ludzie zorientują się, kim jest – synem jednego z bojarów Izjasława – znajdzie się w wielkim niebezpieczeństwie. Muszę się dostać do środka, myślał gorączkowo. Była tylko jedna droga: przez dziedziniec na tyłach zamku. Co oznaczało, że będzie musiał przemknąć bocznymi uliczkami do samej bramy. Zaczął się przeciskać przez tłum, ale nie było to łatwe. Ludzie napierali ze wszystkich stron, niemal zwalając go z nóg. Upłynęło kilka minut, a on posunął się zaledwie o parę metrów.

Wciąż był daleko od krańców placu, gdy nagle gdzieś w tłumie podniósł się pomruk, który szybko przerodził się w głośny zgiełk i wreszcie w ryk:

– Nie ma ich! Uciekli!

Patrzył zaskoczony, jak jakiś mężczyzna, wspiąwszy się na ramiona innych, dosięgnął jednego z okien, a potem zniknął z oczu. A trzy minuty później drzwi do zamku się otworzyły i tłum, nie napotkawszy żadnego oporu, wpadł do środka.

Książę i jego drużyna opuścili zamek. Musieli uciec przez tylny dziedziniec. Iwanuszka znieruchomiał. A więc jego rodziny też już tam nie ma. Zostawili go samego!

Tłum wlewał się teraz do opustoszałego zamku. W oknach pojawiły się jakieś postacie. Nagle zobaczył złoty błysk. Ktoś zrzucił z góry w ręce znajomego złoty puchar. Po chwili tą samą drogą poleciało sobolowe futro. Iwanuszka, wstrząśnięty, uświadomił sobie, że tłuszcza plądruje książęcy pałac!

Nie miał pojęcia, co powinien teraz zrobić, ale wiedział, że musi się wydostać z placu. Może odnajdzie rodzinę w pobliskich lasach. Tłum napierał na pałac, a on przedzierał się w przeciwnym kierunku. W końcu dotarł na jakąś opustoszałą uliczkę.

– Iwanie Igoriewiczu!

Odwrócił się. Biegł ku niemu jeden ze stajennych ojca.

– Wasz ojciec kazał mi was odszukać. Chodźcie ze mną.

– Zaprowadzisz mnie do nich? – spytał z nadzieją.

– To niemożliwe. Wyjechali. Wszystkie drogi są zamknięte.

Jakby na potwierdzenie jego słów przebiegła obok nich grupa mężczyzn, krzycząc:

– Książę Połocka jest wolny!

Iwanuszka spojrzał w dół ulicy, skąd pędziło cwałem kilkunastu jeźdźców. A wśród nich, nie było co do tego żadnej wątpliwości, jechał sam wilkołak.

Był potężniejszy niż reszta i dosiadał czarnego konia. Miał na sobie obszerną brązową opończę, niezbyt czystą. Z jego twarzy o wydatnych kościach policzkowych i z całej jego postaci emanowała władcza siła. Ale uwagę Iwanuszki przykuły jego oczy.

Rzeczywiście jedno przykrywał fałd skóry. Ale wbrew wyobrażeniom nie wyglądało to potwornie. Przeciwnie, jedna połowa twarzy księcia miała w sobie dziwny bezruch, jakby pozostawała bez kontaktu ze światem, co czasem widać u ludzi niewidomych, za to druga była pełna życia, inteligentna i ambitna, a patrzyło z niej przenikliwe błękitne oko, przed którym nic nie mogło się ukryć.

Fascynująca twarz, przystojna i tragiczna jednocześnie. Iwanuszka zdał sobie nagle sprawę, że spojrzenie księcia spoczęło na nim.

– Tędy! Szybko! – Stajenny odciągnął go na bok. – Nie daj Bóg, żeby was ktoś rozpoznał.

Książę i jego eskorta pojechali dalej. A Iwanuszka miał dziwne wrażenie, że ten wilkołak, niczym stworzenie obdarzone nadludzkimi mocami, zauważył go i rozpoznał.

– Dokąd idziemy? – spytał.

– Zobaczycie. – Stajenny poprowadził go pospiesznie na padół.

Drewniany dom Chazara Żydowina, choć nie tak duży jak dom Igora, był solidnym jednopiętrowym budynkiem ze stromym dachem. Od frontu znajdowały się dwie izby, a na tyłach podwórze. Dom stał w pobliżu Bramy Chazarskiej, niedaleko murów otaczających warownię Jarosława.

– Zaopiekują się tu wami przez parę dni – wyjaśnił stajenny. – Dopóki nie da się bezpiecznie wywieźć was z miasta.

Watahy mężczyzn już szukały w mieście krewnych członków książęcej drużyny.

– A jeśli mnie tu znajdą? – spytał Iwanuszka.

– Traficie do lochu.

– Tylko tyle?

Stajenny spojrzał na niego dziwnie.

– Obyście nigdy nie trafili do więzienia – powiedział wolno. – Kto się tam znajdzie… – Wykonał gest, jakby przekręcał klucz. – Ale nie martwcie się tym teraz – dorzucił lekko. – Żydowin się wami zajmie.

Po chwili już go nie było.

Iwanuszce podobało się u chazarskiej rodziny. Żona Żydowina była przysadzistą kobietą o śniadej cerze i posturze niemal tak potężnej jak jej mąż. Całymi dniami bawił się w domu z czworgiem ich dzieci, nieco młodszych niż on.

– Nie wychodź jeszcze na dwór, to niebezpieczne – ostrzegał go Żydowin.

Czasem Iwanuszka opowiadał im bajki. A raz, ku rozbawieniu Chazara, dzieci uczyły gościa czytać Stary Testament po hebrajsku, później zaś on udawał, że tłumaczy ten fragment, jako że znał go na pamięć w języku słowiańskim.

Kłopoty pojawiły się trzeciego dnia. Z samego rana Żydowin przybiegł do domu z ponurą wieścią.

– Książę kijowski udał się do Polski. Będzie prosił tamtejszego króla o pomoc.

Iwanuszka spojrzał na niego ze zdziwieniem.

– Czy to znaczy, że mój ojciec też pojechał do Polski?

– Tak przypuszczam.

Iwanuszka zamilkł. Polska leżała daleko na zachodzie. Nagle poczuł się opuszczony i osamotniony.

– Czy Polacy mogą nas najechać? – spytała z niepokojem żona Żydowina.

– To możliwe. – Chazar skrzywił się. – Polski król jest krewnym Izjasława. – Znów spojrzał na Iwanuszkę. – Jest jeszcze jeden kłopot. Pojawiły się pogłoski, że w chazarskim kwartale ktoś ukrywa bojarskie dziecko. Chcą się zabezpieczyć, na wypadek gdyby sprawy z Izjasławem i Polakami ułożyły się nie po ich myśli, więc… – Zawahał się na chwilę. – Więc chcą mieć zakładników. A teraz przeszukują warownię.

Nagle w izbie zrobiło się cicho. Iwanuszka poczuł na sobie spojrzenie całej rodziny. Najwyraźniej jego obecność stała się bardzo niewygodna. Krew odpłynęła mu z twarzy, nie wiedział, co powiedzieć. A zerknąwszy na wyrazistą twarz żony Żydowina, od razu pojął, że gdyby miał stanowić zagrożenie dla jej wygodnego życia, pozbyłaby się go bez wahania.

I to właśnie ona odezwała się pierwsza.

– On nie wygląda na Chazara. Ale coś się da z tym zrobić. – Roześmiała się, patrząc na Iwanuszkę.

I tak oto jeszcze tego samego dnia w domu Chazarów pojawiła się nowa postać.

Chłopiec miał czarne, dokładnie ufarbowane włosy. Soki z odpowiednich roślin przyciemniły mu skórę. Ubrany był w kaftan, a na głowie nosił małą turecką myckę. Umiał nawet, dzięki wskazówkom Żydowina i jego żony, powiedzieć kilka słów po turecku.

– To jest wasz kuzyn Dawid z Tmutarakania – oznajmiono dzieciom.

I następnego dnia strażnicy wilkołaka, wszedłszy do domu Chazara, zobaczyli wśród innych dzieci milczącego, zamyślonego chłopca.

– Podobno w Kijowie nadal jest jeden z Igoriewiczów – zwrócili się do żony Żydowina. – A twój mąż ma z Igorem interesy.

– Mój mąż ma interesy z różnymi ludźmi.

– Przeszukamy dom – rzucił ostro dowódca.

– Proszę bardzo.

Żołnierze rozeszli się po wszystkich pomieszczeniach. W izbie pozostał jedynie dowódca.

– A ten co za jeden? – spytał nagle, wskazując na Iwanuszkę.

– Krewny z Tmutarakania – odparła spokojnie.

Dowódca przyglądał się mu uważnie.

– Dawidzie, podejdź bliżej – rzuciła po turecku.

Iwanuszka wstał, ale strażnik odwrócił się ze zniecierpliwieniem.

– Nieważne – warknął.

Po paru chwilach żołnierze wyszli.

I oto w roku 1068 Iwanuszka stanął wobec niepewnej przyszłości.

Rok 1071

Wiosna. W małej wiosce Ruska było cicho i spokojnie.

Rzeka Rus wystąpiła z brzegów, więc patrząc na teren poniżej osady, trudno było powiedzieć, gdzie są bagna, a gdzie pola.

Leżąca na wschodnim brzegu wioska składała się z dwóch krótkich, błotnistych uliczek przeciętych prostopadle dłuższą. Chaty zbudowane były z drewna, gliny i wiklinowej plecionki. Dachy jednych pokrywała darń, inne miały słomiane strzechy. To skupisko domów otaczała drewniana palisada – stanowiła co najwyżej ogrodzenie dla zwierząt gospodarskich, bo już żadnych napastników nie mogłaby powstrzymać. Na północ od wioski ciągnął się niewielki sad wiśni i jabłoni.

Na kawałku ziemi, gdzie woda była płytsza, sterczały małe tyczki. Uprawiano tutaj warzywa. Najpierw wiosenne powodzie nawadniały grunt, potem w odpowiedniej kolejności pojawiały się kapusta, groch, cebula i rzepa. Hodowano też czosnek i dynie.

Po zachodniej stronie rzeki stała zupełnie inna budowla. Tam, gdzie zalesiony brzeg wznosił się w najwyższym miejscu na dziesięć metrów, wyrastał wał obronny zwieńczony solidnym dębowym murem. Te umocnienia, obejmujące powierzchnię ponad ośmiu tysięcy metrów, powstały prawie pięćdziesiąt lat wcześniej. Stały tu długie, niskie baraki dla żołnierzy, stajnie, dwa duże składy używane przez kupców oraz niewielka drewniana cerkiew. Cały fort, podobnie jak większość ziemi, należał do księcia Perejasławia.

W odległości pięćdziesięciu metrów od wioski znajdował się cmentarz, gdzie składano prochy zmarłych. Pilnowały go dwa dwumetrowe kamienne filary pokryte rzeźbami, które wyglądały jak wysokie czapy z futrzanym obszyciem. Były to dwa najważniejsze bóstwa wioski: Wołos, bóg obfitości, oraz Perun, bóg gromów. Bo pomimo starań książęcych kapłanów we wsiach takich jak Ruska wciąż kwitło pogaństwo. Nawet starszy wioski miał dwie żony.

I właśnie tego wiosennego popołudnia obok cmentarza szła smutna postać.

Ktoś, kto nie widział Iwanuszki przez ostatnie trzy lata, z pewnością by go teraz nie rozpoznał. Był niemal tak wysoki jak jego brat Świętopełk, ale znacznie chudszy i bledszy. Miał podkrążone oczy, był wycieńczony i wyniszczony.

Lecz to nie jego wygląd sprawiał najbardziej wstrząsające wrażenie, ale aura, która go otaczała. Zwieszona głowa, spuszczony wzrok, niepewny chód, wszystko to zdało się mówić: „Nie obchodzi mnie, co sobie myślicie. Nie dbam o to”. A jednocześnie ten sam cichy głos dodawał: „Ale nawet mój opór na nic się nie zda”.

W ciągu ostatnich trzech lat nic nie poszło po jego myśli.

Najpierw jedno ważne wydarzenie dało mu powód do nadziei. Gdy po miesiącu ukrywania w Kijowie Żydowin wywiózł go potajemnie z miasta, Iwanuszka mógł wreszcie dołączyć do rodziny w Polsce. Okazało się, że jego ojciec, zrażony tchórzostwem i zdradą księcia kijowskiego, skorzystał z należnego mu prawa zmiany pana i przeniósł się ze swoją drużyną do Wsiewołoda, brata księcia, który władał przygranicznym Perejasławiem.

Wyglądało to na wielki łut szczęścia. Wsiewołod uchodził za najmądrzejszego z panujących braci, a do tego miał ze swoją grecką żoną syna Włodzimierza, u którego Iwanuszka mógł być paziem. Wszystkim wydawało się, że Włodzimierz przyśle po niego, skoro Igor służył jego ojcu.

Ale żadne wieści nie nadchodziły. Nawet Igor był zdziwiony.

– Za krótko służę u Wsiewołoda, żeby go o to prosić – przyznawał ze smutkiem.

Świętopełk służył przy ojcu, a Borys był na dworze w Smoleńsku. Ojciec próbował znaleźć Iwanuszce miejsce w Czernihowie, w Smoleńsku, a nawet w odległym Nowogrodzie, ale bez skutku.

Chłopiec domyślał się powodów. To wszystko przez Świętopełka, wzdychał.

Gdziekolwiek pojechał, ludzie odnosili się do niego z chłodną uprzejmością, co tylko utwierdzało Iwanuszkę w przekonaniu, że mają go za głupca. Kiedyś nawet zapytał Świętopełka wprost:

– Dlaczego niszczysz moją reputację?

Ale brat jedynie spojrzał nań z udawanym zdziwieniem.

– Jaką reputację? Przecież nic, cokolwiek bym o tobie powiedział, złego czy dobrego, nie zmieni tego, jak ludzie cię widzą.

I z czasem ta domniemana głupota zaczęła otaczać Iwanuszkę jak wysoki mur. Zaczął nawet, jakby otumaniony krążącymi o nim opiniami, mówić i zachowywać się głupio. W Perejasławiu czuł się jak w pułapce, a solidne umocnienia ziemne potęgowały wrażenie uwięzienia.

Dopiero gdy wyjeżdżał na wieś, był szczęśliwy.

Rok po przeniesieniu się do Perejasławia Igor przejął dowództwo nad obroną granicy południowo-wschodniej. I właśnie na tym terytorium leżał mały fort Ruska.

Było to miejsce pozbawione większego znaczenia – ot, jeden z kilkunastu fortów rozsianych wzdłuż granicy. Zapewne Igor przeprowadziłby tam jedynie pobieżną inspekcję, gdyby nie Żydowin, który przypomniał mu, że tamtejsze składy mogłyby służyć jako użyteczny magazyn dla karawan wysyłanych w przyszłości na wschód.

Iwanuszka lubił jeździć do Ruski. Pomagał naprawiać umocnienia albo wędrował po lasach, rozkoszując się ich ciszą. A ponieważ Igor nie miał dla niego lepszych zajęć, od czasu do czasu wysyłał go do Żydowina, który w dniach dostaw towarów potrzebował pomocnika.

I to właśnie było powodem dzisiejszego smutku Iwanuszki. Żydowin wyjechał, więc sam musiał przyjąć rano partię futer. Słyszał, jak wieśniacy i dostawcy się śmieją, zauważył, że patrzą na niego z rozbawieniem. A potem okazało się – choć zupełnie nie mógł pojąć, jak do tego doszło – że brakuje dwóch zwojów cennych bobrowych skórek. Chazar miał niedługo wrócić, a on nie wiedział, co mu powie.

I gdy rozważał tę niewesołą kwestię, zauważył chłopa.

Szczek był przysadzistym mężczyzną średniego wzrostu, z okrągłą twarzą, piwnymi oczami i aureolą kręconych czarnych włosów, które sterczały jak na szczotce. Ubrany w lniane spodnie i lnianą koszulę przewiązaną skórzanym paskiem, miał na nogach łapcie z łyka. Jednak w jego krępej, mocnej postaci było coś, co wskazywało na łagodny, choć nieco uparty charakter. Stał na rogu cmentarza, uważnie obserwując Iwanuszkę.

Głowę zaprzątała mu tylko jedna myśl: podobno to głupek, ale ważniejsze jest, czy ma pieniądze. Bo Szczek znalazł się na krawędzi przepaści.

Był wolnym chłopem. Owszem, zajmował dość skromny szczebel drabiny społecznej. Sama nazwa grupy, do której przynależał – smerdzi – oznaczała „brudni”. Ale był człowiekiem wolnym i przynajmniej teoretycznie mógł mieszkać, gdzie chce, i pracować dla dowolnego pana. I na własne nieszczęście mógł też zaciągać długi.

Przeliczył je szybko w myślach. Najpierw koń. Nie było w tym jego winy – koń okulał, a potem zdechł. A ponieważ w razie wojny obowiązkiem chłopa było dostarczenie konia dla książęcego wojska, Szczek musiał kupić następnego. Ale to był dopiero początek. W Perejasławiu zaczął pić. I grać w kości. Powodowany wyrzutami sumienia kupił żonie srebrną bransoletkę. I uparcie pożyczał nowe sumy, żeby się odegrać.

A teraz, jako członek wiejskiej komuny, był winien zarządcy podatek od pługa, na co po prostu nie miał pieniędzy.

Przysunął się ostrożnie do młodzieńca.

Dowiedziawszy się po powrocie o utracie futer, Żydowin jedynie pokręcił głową. Lubił Iwanuszkę, ale nie widział dla niego przyszłości. I choć obyło się bez wyrzutów, chłopiec czuł, że nie będzie w Rusce mile widziany.

Chazara zaciekawiło jednak co innego. Umiał sobie wytłumaczyć kradzież futer, ale jak to się stało, że z pieniędzy, które zostawił Iwanuszce, brakowało dwóch srebrnych hrywien? On sam zapewniał, że je zgubił, ale nie brzmiało to wiarygodnie.

Jednak Iwanuszka w ogóle się tym nie przejął. Po zniknięciu futer i tak stał na straconej pozycji. Zrobiło mu się żal wieśniaka. Przynajmniej on będzie mógł teraz zapłacić podatek.

I szybko zapomniał o tym incydencie.

Rok 1072

Podobno dziś wydarzy się cud. Ludzie czekali na niego z wielką nadzieją. I to bardzo uzasadnioną. Bo oto mieli oddać cześć szczątkom dwóch męczenników – synów wielkiego świętego Włodzimierza – Borysa i Gleba, których Słowianie także już obwołali świętymi.

Od ich śmierci minęło pół wieku. A teraz szczątki miały zostać przeniesione na miejsce wiecznego spoczynku, do nowo zbudowanej drewnianej cerkwi w miasteczku Wyszogród na północ od Kijowa.

Czy cud naprawdę się zdarzy? Na pewno. Ale jak będzie wyglądał? Wprawdzie w wysokich kręgach szlachty i duchowieństwa mówiło się, że grecki metropolita Jerzy ma wątpliwości co do świętości męczenników, ale czego się można spodziewać po Greku? Zresztą i tak musiał odprawić ceremonię, nawet jeśli nie wierzył w świętość braci.

Wszyscy już byli na miejscu: trzej synowie Jarosława, wnukowie samego świętego Włodzimierza – książę Izjasław z Kijowa oraz jego bracia, książęta Czernihowa i Perejasławia – a także metropolita Jerzy, biskupi Piotr i Michał, Teodozjusz z klasztoru oraz wielu innych spośród największych dygnitarzy ziem ruskich.

Procesja wspinała się powoli na szczyt wzgórza. Drobna mżawka osiadała miękko na głowach pielgrzymów kroczących po błotnistej ścieżce. Mimo deszczu było ciepło. Był dwudziesty maja.

Na przedzie szli mnisi, osłaniając dłońmi świece. Tuż za nimi – trzej synowie Jarosława, ubrani w proste brązowe peleryny. I jak zwyczajni ludzie nieśli na ramionach drewnianą trumnę ze szczątkami swojego stryja Borysa. Za nimi sunęli, machając kadzielnicami, diakoni, księża, a jeszcze dalej sam metropolita Jerzy i biskupi. Z tyłu, w odpowiedniej odległości, maszerowały szlacheckie rodziny.

– Woleli umrzeć niż sprzeciwić się bratu. A teraz ich światło jaśnieje nad całą Rusią.

– Borysie, spójrz na mnie, grzesznika.

– Panie, zmiłuj się nad nami.

Te i inne pobożne okrzyki tłumu dochodziły do uszu wysokiego, ponurego chłopaka, idącego wraz z rodziną za trumną.

– Obyśmy dziś zobaczyli cud.

– Chwała niech będzie Bogu najwyższemu.

Cud. Może i Bóg ześle cud, ale nie w mojej obecności, pomyślał Iwanuszka. Przy mnie nic dobrego nie może się stać. Z opuszczonymi ramionami, krok za krokiem wspinał się na wzgórze.

W ciągu ostatniego roku jego położenie jeszcze się pogorszyło. Kilka tygodni po żenującym incydencie w Rusce usłyszał przypadkiem rozmowę rodziców.

– Iwanuszka to dobry chłopak – mówiła matka. – Pewnego dnia będziesz z niego dumny. On jeszcze czegoś dokona.

– Nie dokona – odparł Igor. – Tego jestem pewien. – Westchnął. – Nikt nie chce go do siebie przyjąć. I wcale się nie dziwię. Ja sam mu nie ufam.

Iwanuszka usłyszał, jak matka mówi coś cicho, a potem znów odezwał się ojciec:

– Owszem, kocham wszystkie swoje dzieci. Ale trudno jest kochać syna, który nieustannie sprawia zawód.

To prawda, pomyślał chłopak z rozpaczą, nie ma powodu, żeby ktoś mnie kochał.

Zaczął prosić rodzinę o różne rzeczy – matkę o pieniądze, ojca o konia – żeby przekonać się, jak zareagują i czy go kochają. Jednak wkrótce weszło mu to w nawyk. Zrobił się leniwy, unikał wszelkich działań z obawy, że znów mu się nie powiedzie.

Często wałęsał się po rynku w Perejasławiu. Zawsze był tam duży ruch. Co dzień przywożono różne towary – wino i oliwę z Konstantynopola, żelazo wydobywane na pobliskich bagnach i wysyłane do Kijowa. Były tu warsztaty szklarzy, w których wyrabiano szkło tak piękne jak w innych częściach Rusi, były stragany kupców sprzedających ozdoby z brązu, były stoiska z jedzeniem.

Ale z czasem Iwanuszka zaczął też dostrzegać podskórne życie targu. Jeden ze straganiarzy zawsze wydawał za mało reszty, inny nie doważał towaru. Banda wyrostków kręciła się wokół stoisk i bezczelnie kradła – a to rybę z lady, a to pieniądze z kieszeni kupujących. I gdy przyglądał się temu wszystkiemu, przepełniony podziwem dla sprawności i zręczności złodziei, wykiełkowała mu myśl: ci ludzie nie są na niczyim utrzymaniu, a gdy zabierają innym, są wolni jak jeźdźcy na stepie.

Raz, próbując udowodnić samemu sobie, że to wcale nie jest trudne, ukradł kilka jabłek.

Jednak pustka własnego życia wciąż doprowadzała go do rozpaczy. I cały czas czuł w sobie to samo niejasne pragnienie, które pamiętał jeszcze z dzieciństwa: pragnienie spotkania swojego przeznaczenia.

I tak oto na trzy miesiące przed uroczystością na cześć Gleba i Borysa, przekonawszy się, że wszystkie inne nadzieje całkiem się rozwiały, Iwanuszka oznajmił rodzicom:

– Chcę zostać mnichem.

Bo przecież i tak wszyscy uważali, że do niczego innego się nie nadaje.

Wywołało to piorunujący efekt.

– Jesteś pewien? – spytał ojciec tonem wskazującym, że obawia się tylko, by syn nie zmienił zdania.

Nawet matka, mimo wewnętrznego niepokoju, nie protestowała.

A on poczuł, jakby narodził się na nowo. Jeszcze tego samego wieczoru ojciec ułożył plan.

– Iwanuszka pojedzie na górę Athos w Grecji. Mam przyjaciół i tam, i w Konstantynopolu, pomogą mu. A to – Igor uśmiechnął się z satysfakcją – może być dopiero początek wielkiej kariery.

Następnego dnia wziął syna na stronę.

– Nie musisz się obawiać o podróż, Iwanie. Dopilnuję, żebyś miał wystarczające środki. Zabierzesz też dar dla klasztoru.

Nawet Świętopełk – niewątpliwie uradowany, że brat zniknie mu z oczu – odezwał się do niego pozornie przyjacielskim tonem:

– No cóż, bracie, chyba wybrałeś odpowiednią drogę. Któregoś dnia będziemy z ciebie dumni.

Byli z niego dumni już teraz. A za dwa dni miał wyruszyć w podróż. Dlaczego więc, wchodząc na wzgórze razem ze szczątkami świętych, czuł taki sam smutek jak zawsze?

Uśmiechnął się tylko raz, gdy mijali krzew kaliny.

Wszyscy wyczekiwali na cud.

Iwanuszka nigdy nie widział cudu. I może odzyskałby wiarę, gdyby Bóg go zesłał.

Pogrzebię się żywcem w klasztorze, rozmyślał ponuro. A za kilka lat każą mi mieszkać w jakiejś pieczarze. I na pewno umrę młodo, jak wszyscy mnisi.

Naprawdę warto? Gdyby tylko Bóg do niego przemówił, podniósł go na duchu, dodał mu pewności, gdyby dał jakiś znak!

Procesja stanęła. Trumnę Borysa wniesiono do drewnianej cerkwi. Sarkofag ze szczątkami Gleba miano wciągnąć po odprawieniu modłów. Mżawka zgęstniała. Z wnętrza świątyni dochodził monotonny, przytłumiony śpiew.

I wtedy stało się.

Z kościoła wydobyło się coś w rodzaju lekkiego westchnienia, które usłyszał cały zgromadzony tłum. Śpiew urwał się nagle, a potem powrócił z nową siłą. Przez tłum przeszedł pomruk. Iwanuszka spojrzał w niebo i zobaczył ze zdziwieniem, że mżawka ustała, a spomiędzy chmur prześwieca słońce.

Co się może wydarzyć? Tłum czekał w napięciu.

W drzwiach cerkwi pojawiła się wysoka postać metropolity, który popatrzył w górę, a potem padł na kolana. Iwanuszka stał na tyle blisko, by zauważyć, że Grek zapłakał.

– Cud został nam dany! – rozległ się jego głos.

Tłum zaszemrał, ludzie zaczęli czynić znak krzyża na piersi. A ci stojący najbliżej usłyszeli jeszcze słowa metropolity:

– Boże, wybacz mi moje zwątpienie.

Bo oto gdy otworzono trumnę, rozszedł się słodki zapach, który Bóg daje tylko swoim świętym.

Kilka minut później przywieziono szczątki Gleba. Były zamknięte w kamiennym sarkofagu, zbyt ciężkim, żeby go nieść, więc zgodnie z pradawnym ruskim zwyczajem ciągnięto go na płozach.

I znów na oczach Iwanuszki Bóg zesłał znak. Gdy ludzie ciągnący sarkofag dotarli do drzwi cerkwi, sanie utknęły. Nie drgnęły nawet wtedy, gdy tłum rzucił się do pomocy i zaczął je z całej siły pchać.

I wówczas metropolita zawołał:

– Odmówcie Kyrie eleison!

Iwanuszka zaczął się modlić na cały głos wraz z innymi:

– Panie, zmiłuj się nad nami, Panie, zmiłuj się nad nami.

Po chwili sanie lekko ruszyły.

Iwanuszka poczuł, jak włosy stają mu dęba, a ciałem wstrząsa dreszcz. Rozejrzał się. Świętopełk też drżał.

Dzięki tym znakom, które zostały zapisane w kronikach, mieszkańcy Rusi już na zawsze wiedzieli, że Borys i Gleb są prawdziwymi świętymi.

Właśnie wtedy Iwanuszka zobaczył ojca Łukasza.

Stary mnich był wcześniej w świątyni, ale teraz wyszedł na zewnątrz. Iwanuszka poznał go natychmiast, ale aż nie mógł uwierzyć własnym oczom.

W ciągu tych lat, które upłynęły od jego wizyty w klasztorze, duchowy opiekun ojca bardzo zniedołężniał. Skurczył się. Poruszał się z trudem o lasce, niemal ciągnąc za sobą bezwładną nogę. Jego oczy, dawniej załzawione, patrzyły przed siebie ślepo i bezradnie. Przypominał brązowego owada, który wyczołguje się ku światłu, gdzie bez wątpienia ktoś na niego nadepnie.

Igor ukłonił mu się z szacunkiem, ale ojciec Łukasz nikogo nie widział. Iwanuszka przyglądał mu się uważnie. I cała euforia związana z cudem gdzieś się ulotniła.

Uświadomił sobie z przerażeniem, co to znaczy być mnichem.

Iwanuszce wydawało się, choć nie był tego pewien, że znalazł się w lasach niedaleko Ruski.

Tak przynajmniej sądził, gdy później przypominał sobie ten sen.

Było późne popołudnie. Cienie robiły się coraz dłuższe, ale jasne niebo wskazywało, że jest lato. Jechał jakąś ścieżką, prowadzącą chyba na wschód. Miał wrażenie, że mijane drzewa, głównie nakrapiane światłem dęby i buki, rozmawiają ze sobą. Dosiadał czarnego konia.

Czegoś szukał. Ale nie wiedział czego.

Niedługo potem minął sadzawkę. Powierzchnia wody lekko błyszczała. Usłyszał cichy okrzyk, ni to jęk, ni to śmiech. Pojął, że to może być stawowa rusałka, więc spiął konia ostrogami i popędził przed siebie. Las zrobił się ciemny.

Był już kolejny ranek, a on wciąż krążył po lesie. Z jakiegoś powodu jego koń był teraz siwy. Ścieżka prowadziła na polanę, gdzie rosły srebrne brzozy. Na skraju polany droga dochodziła do rozstajów. Stała tam drobna brązowa postać, wyglądała dość znajomo. Podjechał do niej powoli.

Był to ojciec Łukasz. Jego oczy – już nie oczy ślepca – patrzyły bystro.

Iwanuszka skłonił mu się z szacunkiem.

– Ojcze, w którą stronę powinienem się udać? – zapytał.

– Masz do wyboru trzy drogi – odparł starzec. – Jeśli pojedziesz w lewo, zachowasz ciało, ale stracisz duszę.

– A jak pojadę w prawo?

– Zachowasz duszę, ale stracisz ciało.

Iwanuszka zamyślił się. Ani jedno, ani drugie go nie pociągało.

– A jeśli pojadę prosto?

– Tam jeżdżą tylko głupcy – odpowiedział mnich.

Nie brzmiało to zachęcająco, ale czy miał jakiś inny wybór?

– Nazywają mnie głupim Iwanuszką – stwierdził. – To droga w sam raz dla mnie.

– Jak sobie chcesz – rzucił ojciec Łukasz i zniknął.

Iwanuszka ruszył więc przed siebie, choć nie wiedział dokąd. Wydawało mu się, że słyszy na niebie ochrypły dźwięk dzwonów, a jego koń z niewiadomej przyczyny znów zmienił kolor z siwego na dereszowaty.

Taki sen śnił Iwanuszka na dzień przed swoją podróżą.

Był jeszcze wczesny ranek, ale po szerokiej rzece płynęły już dwie łodzie, jedna załadowana towarami, druga wiozła tylko kilku podróżnych. Wysoko w górze rozpościerało się jasnoniebieskie niebo. Po prawej stronie ciągnęły się piaszczyste skarpy, nad którymi to tu, to tam pasło się bydło. Tam, gdzie żółty brzeg był najbliżej, Iwanuszka mógł dostrzec w skarpie mnóstwo małych otworów, wokół których fruwały ptaki. Daleko na lewym brzegu ciągnęła się jasnozielona równina usiana z rzadka drzewami.

Ojciec dobrze go wyposażył. U pasa zwisała mu sakiewka wypełniona srebrnymi hrywnami. „Dostałeś swój spadek jeszcze przede mną, tylko dlatego, że zostałeś mnichem” – rzucił sucho Świętopełk na pożegnanie.

A teraz wielki Dniepr niósł Iwanuszkę na południe ku jego przeznaczeniu.

Płynęli tak cały ranek i gdy chłopiec chciał zamknąć oczy na południową drzemkę, z przedniej łodzi rozległ się okrzyk:

– Połowcy!

Podróżni wytężyli wzrok. Niestety, śniade tureckie twarze w łodzi, która właśnie odbijała od prawego brzegu, mogły należeć tylko do Połowców. Co było dziwne, zazwyczaj bowiem o tej porze roku Połowcy odpoczywali w swoich obozach daleko na stepie. Poza tym nigdy nie atakowali na wodzie – woleli zaczaić się daleko na południu, przy bystrzach, gdzie napadali na karawany przenoszące towary lądem.

– Kazali wiosłować Słowianom – mruknął jakiś głos.

Rzeczywiście, dopiero teraz Iwanuszka zauważył, że przy wiosłach siedzą biedni słowiańscy chłopi. Jeden z Połowców podniósł długi, zakrzywiony łuk. Strzała śmignęła nad wodą, jeden z ludzi w łodzi z towarami opadł bezwładnie na burtę.

– Za wami! – rozległ się okrzyk.

Iwanuszka obejrzał się. Druga łódź odcinała im drogę ucieczki w górę rzeki.

– Zostaje nam jedynie lewy brzeg! – zawołał kapitan łodzi.

Ale lewy brzeg był bardzo daleko. Prawie na horyzoncie, pomyślał Iwanuszka, patrząc na błękitną wodę. Wioślarze pracowali ciężko, pomrukując z wysiłku.

Spojrzawszy w drugą stronę, Iwanuszka zorientował się, że łódź z towarami jest stracona. Miał tylko nadzieję, że Połowcy zadowolą się takim łupem. Jednak po chwili okazało się, że druga łódź zaczęła ich gonić.

– Tam dalej jest niewielki dopływ – powiedział kapitan. – A kilka kilometrów w górę strumienia stoi fort. Spróbujemy tam dotrzeć.

Iwanuszka zaczął się bezgłośnie modlić. Dobrze znał ten fort.

Dziwnie się czuł, będąc znowu w Rusce. Żydowin dokądś wyjechał, ale żołnierze przyjęli ich gościnnie. Połowcy dość szybko zaniechali pogoni, jednak podróżni woleli odczekać w forcie parę dni, żeby nie kusić losu.

Obszedł fort dookoła, zajrzał do wioski, wędrował leśnymi ścieżkami i czuł się dziwnie szczęśliwy. Dotarł nawet do granicy stepu, skąd w oddali, ponad pierzastymi trawami, widać było prastary kurhan.

Trzeciego dnia podróżni wyruszyli w dalszą drogę.

Ale Iwanuszki z nimi nie było.

Nie wiedział, dlaczego tak postąpił. Przekonywał sam siebie, że opatrzność dała mu czas do namysłu. Tłumaczył sobie, że zatrzyma się tu na trochę, zastanowi nad swoim życiem i przygotuje się do dalszej drogi. Odsuwał na bok myśl, że wszystkie decyzje już zapadły i że nie może przerwać podróży.

Czwartego dnia, pokonany zmęczeniem, zasnął.

Nazajutrz spotkał Szczeka. Chłop był jeszcze chudszy niż kiedyś, ale ciepło przywitał Iwanuszkę. A na pytanie, czy spłacił swoje długi, uśmiechnął się głupkowato.

– Tak i nie – odparł. – Jestem zakupieńcem.

Był to surowy nakaz. Człowiek, który nie mógł się wypłacić swoim wierzycielom, musiał dla nich pracować jako niewolnik, dopóki nie uregulował długu. Ale ponieważ przez cały czas do długu doliczano odsetki, ci nieszczęśnicy rzadko odzyskiwali wolność.

– Książęcy zarządca przejął moje długi – tłumaczył Szczek. – I teraz pracuję dla księcia.

– To kiedy będziesz wolny?

Szczek uśmiechnął się ponuro.

– Za trzydzieści lat. A co tam u was, młody panie? – zapytał.

Iwanuszka wyjaśnił, że podróżuje do Konstantynopola i do Grecji i że ma zostać mnichem. Szczek wysłuchał go uważnie i ze zrozumieniem pokiwał głową.

– Czyli wy też nie będziecie wolni – zauważył. – Zupełnie jak ja.

Iwanuszka spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami. Wcześniej to porównanie nie przyszłoby mu do głowy. On ma chyba rację, pomyślał. Ja też jestem więźniem swojego losu. Sięgnął do sakiewki, dał Szczekowi srebrną hrywnę i poszedł w swoją stronę. Żałował trochę, że nie dał mu więcej. Ale ja też potrzebuję pieniędzy na podróż, pocieszał się w myślach.

Dzień później wyruszył z Ruski na piechotę, kierując się ku Dnieprowi.

Po rozstaniu z Iwanuszką Szczek opuścił wioskę i skierował się na step.

Odkąd powstał fort, znaczenie starej wioski Ruska nieco wzrosło, ale nadal było to miejsce zapomniane przez Boga i ludzi. Trzy i pół kilometra na południe znajdowała się jedna z książęcych posiadłości, na wschodzie ciągnął się step, a na północy nie było nic, jedynie w odległości dwudziestu pięciu kilometrów leżała podobna wioska i fort.

Szczek był w całkiem dobrym humorze. Od kiedy został zakupieńcem, jego życie nie było łatwe. Zarządca kazał mu ciężko pracować. Żona, wstydząc się jego upadku, zrobiła się zrzędliwa. Ale ten niespodziewany dar od młodego szlachcica był jak uśmiech losu. Srebrna hrywna była warta więcej niż trzy miesiące pracy.

Skręcił w leśną ścieżkę prowadzącą na polanę, gdzie kobiety zbierały grzyby. Minął ją, a potem staw, w którym, jak powiadali ludzie, mieszkały rusałki. Kawałek dalej doszedł do rozstaju. Dróżka na prawo wiodła do posiadłości księcia, a ta na lewo – na północ. Ale ponieważ mijała miejsce, w którym jeden z wieśniaków został zabity przez dzika, ludzie bali się tamtędy chodzić, wierząc, że będzie ich za to prześladował pech.

Nie zastanawiając się, Szczek skręcił w lewo. Ten Iwanuszka przyniósł mi szczęście, pomyślał. Nie mam się czego bać.

Na północ od Ruski rzeczka tworzyła szeroki zakręt wokół niskiego, gęsto zalesionego wzgórza. Właśnie tam zginął nieszczęsny wieśniak. Wzgórze otaczał pas gęstych zarośli, głównie jeżyn i ciernistych krzewów. Nie było to przyjazne miejsce. I pewnie by się tu nie zatrzymał, gdyby nie to, że w odległości stu metrów przed sobą zobaczył nagle lisa, który bezgłośnie zniknął wśród zarośli.

Ciekawe, czy ma tam gdzieś norę, pomyślał Szczek. Lisie futro było bardzo cenne. Najciszej jak mógł, cierpiąc z powodu zadrapań, przedarł się pomiędzy krzewami, aż w końcu zaczął się wspinać na wzgórze. Po paru minutach, niemal zapomniawszy o lisie, uśmiechnął się z zachwytem.

Całe wzgórze, gęsto porośnięte dębami i sosnami, na które nikt nie zaglądał, było jednym wielkim skarbcem pełnym pszczelich rojów. Wszędzie rozchodził się intensywny zapach miodu. Rozglądając się wśród gałęzi, naliczył ponad dwadzieścia gniazd. Roześmiał się głośno.

– Ten Iwanuszka nawet nie wie, ile mi przyniósł szczęścia! – zawołał.

Nie zamierzał nikomu o tym mówić. Wiedział, jak to znalezisko wykorzysta. I pewnego dnia, pomyślał, będę wolnym człowiekiem.

Rok 1075

W roku 1075 niewielu ludzi na całej Rusi mogło się cieszyć takim szczęściem jak bojar Igor.

Jego pan, książę Wsiewołod, obsypywał go podarunkami. Nikt inny w książęcej drużynie nie cieszył się takimi przywilejami jak on.

Najwyżej urodzeni uzyskali obecnie nowy status. Dawniej rodzina zamordowanego szlachcica otrzymywała od zabójcy rekompensatę w wysokości czterdziestu hrywien, a dziś życie wielmoży wyceniano na osiemdziesiąt. Kara za obrazę takiego pana była cztery razy wyższa niż kara za zabójstwo smerda.

Igor otrzymał tę najwyższą rangę. A do tego jeszcze książę Perejasławia z wdzięczności za wierną służbę przekazał mu władzę nad rozległymi terenami przy południowo-wschodniej granicy księstwa. To właśnie tam leżała wieś Ruska.

Przekazywanie ziemi było nowym sposobem wynagradzania najwierniejszych popleczników. Tańszym niż wypłata pieniędzy, ziemi bowiem było w bród. Owe ziemskie nadania rozpoczęły proces, w którym określenie „bojar”, oznaczające początkowo sługę albo szlachetnie urodzonego członka drużyny, stało się z czasem synonimem właściciela ziemskiego.

Bojar Igor miał powody, by czuć się szczęśliwy. Uchodził za człowieka powściągliwego i pracowitego, ale krył się za tym jakiś smutek. A osoba postronna, widząc go w towarzystwie jego posiwiałej żony, mogłaby pomyśleć, że oboje lubią milczeć. Jednak przyczyna ich milczenia była inna – każde z nich obawiało się, że cokolwiek powie, wydobędzie na powierzchnię ukrywaną rozpacz współmałżonka.

Pewnego zimowego dnia Borys zginął w potyczce na granicy stepu. Zgodnie ze zwyczajem przywieziono jego ciało na saniach.

Igor zapamiętał ten dzień na całe życie. Śnieg padał tak gęsto, że wirujące płatki chwilami przesłaniały sanie wciągane na wzgórze, ku bramom miasta. W tamtym czasie Igor modlił się całymi godzinami przed ikoną i szukał pocieszenia u ojca Łukasza.

Jednak ta rana mogła się z czasem zagoić.

Utrata Iwanuszki była niezagojoną raną.

Gdzie on przepadł? Miesiąc po jego wyjeździe do Konstantynopola przyszła wieść od Żydowina, że widziano go w Rusce. Ale co się z nim stało potem? Nie stawił się w Konstantynopolu, o czym donieśli tamtejsi kupcy. Przez rok nie mieli o nim żadnych wiadomości. Potem dały się słyszeć pogłoski, że widziano go w Kijowie, podobne niesprawdzone słuchy dochodziły ze Smoleńska, z Czernihowa, a nawet z odległego Nowogrodu. Podobno uprawiał hazard, podobno pił, podobno żebrał. Wieści pojawiały się rzadko i nie były do końca wiarygodne.

Sam Iwanuszka przez trzy lata nie przysłał rodzicom żadnego listu.

– On czegoś szuka – orzekła matka, gdy doniesiono im, że ktoś widział go w Kijowie.

– Jemu jest wstyd – stwierdził Igor ze smutkiem.

– Możliwe – przyznał Świętopełk. – Ale skoro tak postępuje, to znaczy, że nas nie kocha.

I gdy minął trzeci rok bez wieści, nawet matka zaczęła wierzyć, że Iwanuszka jej nie kocha.

Na przystani panował ruch. Nieco powyżej zakurzona piaszczysta droga przecinała ukośnie wysokie umocnienia Perejasławia. W kilku miejscach brunatne wały pokryte były zielonymi plamami przywiędłej jesiennej trawy. Lato już minęło, miasto otaczała aura zmęczenia. Szeroka brunatna rzeka też wyglądała ponuro, ciągnąc się w dal jak monotonne echo pod stalowoszarym niebem. Na skraju przystani stała łódź gotowa do odbicia – nie zwróciłaby niczyjej uwagi, gdyby nie drobny incydent, do którego doszło za sprawą pewnego młodego mężczyzny.

Sprawiał dziwne wrażenie. Był brudny, a jego brązowa opończa, którą próbował się otulić, i chłopskie łapcie z łyka niemal się rozpadały.

Siedział bezradnie na małej beczce na skraju pomostu.

– Idziesz wreszcie czy nie?! – wrzeszczał na niego kapitan łodzi.

Mężczyzna skinął lekko głową.

– A niech to szlag! No to wsiadaj!

Młodzieniec kiwnął głową, ale się nie poruszył.

– Głupcze, ja już odbijam! – krzyknął kapitan z wściekłością. – Chcesz zobaczyć Carogród czy wolisz gnić w Perejasławiu?

Żadnej reakcji.

– Obiecałeś, że mi zapłacisz. Mogłem wziąć kogoś innego. Oddawaj mi moje pieniądze!

Przez moment wydawało się, że mężczyzna wstaje, ale nie, wciąż siedział na beczce. Klnąc na cały głos, kapitan wydał rozkazy i pękata łódź z pojedynczym masztem i rzędem wioślarzy wypłynęła na środek ospałej rzeki, po czym skierowała się na południe.

Iwanuszka nadal się nie poruszył.

Miał za sobą długą wędrówkę. Pierwszego roku kilka razy wyruszał na południe. Znalazł nawet kupców, którzy mieli go ze sobą zabrać, ale skończyło się na tym, że tylko obejrzał ich łodzie. Za każdym razem powstrzymywała go jakaś niewidzialna siła. I jak napięcie powierzchniowe przytrzymuje przedmiot wyciągany z wody, tak samo jakaś podziemna moc nie chciała wypuścić Iwanuszki z ojczystej ziemi, nie pozwalała mu popłynąć wielką rzeką ku duchowemu życiu. Czasem miał wrażenie, że ciągnie się za nim jakiś fizyczny ciężar bezwładu.

Gdy wydał wszystkie pieniądze, zaczął uprawiać hazard.

Jeśli wygram, tłumaczył sobie, to znaczy, że Bóg chce, bym poszedł do klasztoru. Ale jeśli stracę pieniądze na podróż, to znaczy, że Bóg ma inne plany. Brzmiało to rozsądnie i Iwanuszka nie potrzebował dużo czasu, żeby przegrać.

Nie odwrócił się od Boga świadomie, miał jedynie nadzieję, że tą pokrętną drogą zbliży się do niego w sposób bezbolesny. Ale w miarę upływu czasu pogrążał się w coraz większej apatii, przerywanej coraz częstszymi napadami picia. Włóczył się od miasta do miasta, nie mogąc ani wyruszyć na południe, ani wrócić do domu. W drugim roku zaczął kraść.

Kradł jedynie małe sumy, a co dziwne – udało mu się przekonać samego siebie, że to wcale nie jest kradzież. No bo przecież, mówił sobie w duchu, zabieram bogatemu. A czy nasz Pan nie przyzwolił swoim uczniom na zrywanie kłosów zboża z pól bogaczy? I często przed kradzieżą Iwanuszka wzbudzał w sobie pełną złości pogardę. Powtarzał w duchu, że to on jest blisko Boga, a ci, których zamierzał okraść, to godni pogardy chciwcy, co zasłużyli na karę. Kupował potem jedzenie i picie i z nieco pełniejszym żołądkiem włóczył się całymi dniami po okolicy, a lekkie uniesienie brał za stan łaski.

Najgorsze były zimy. Nawet kradzieże nie pomagały, gdy nie dało się spać na świeżym powietrzu. Wędrował więc od cerkwi do cerkwi, od klasztoru do klasztoru jako izgoj, licząc na jałmużnę. I kilka razy o mało nie zamarzł na śmierć.

Raz widział ojca. Któregoś wiosennego dnia wędrował lasami niedaleko Czernihowa, gdy nagle usłyszał stukot kopyt, a po chwili zobaczył kawalkadę jeźdźców.

Ukrył się za dębem. Byli to panowie ze służbą. Zobaczył wśród nich księcia Włodzimierza, a tuż obok niego ojca i Świętopełka. Igor trzymał na przedramieniu jastrzębia. Miał na sobie sobolową czapę i z ironicznym uśmiechem przysłuchiwał się jakiejś opowieści młodego księcia.

Ku swojemu zdziwieniu Iwanuszka zauważył, że przestraszył się ich jak zwykły chłop. Przestraszył i zawstydził. Dobry Boże, modlił się w duchu, oby mnie tylko nie zobaczyli. Dręczący go głód i łachmany na plecach były najlepszym dowodem, że jest nieudacznikiem, wygnańcem z tego świata pełnego blasku. Gdyby go rozpoznali, nie zniósłby ich zakłopotania i obrzydzenia. Ten świat jest już dla mnie zamknięty, pomyślał.

A jednocześnie nie mógł oderwać od nich wzroku.

Prawie go minęli, gdy na samym końcu zobaczył coś, co wyrwało mu z piersi głośne westchnienie. Kawalkadę zamykały dwie młode kobiety, jedna była jeszcze niemal dzieckiem.

Ubrane były z przepychem. Dosiadały koni z wdziękiem i lekkością. Obie miały niebieskie oczy i jasne włosy, jaśniejsze niż wszystkie znane mu kobiety. I kiedy tak siedział przykucnięty za drzewem, przyszło mu nagle do głowy, że ma przed sobą nie książęcy orszak, ale samo niebo. To są dwa anioły, mruknął pod nosem, zastanawiając się, skąd przybyły.

Po paru chwilach orszak zniknął. Lecz wspomnienie dwóch młodych kobiet już go nie opuszczało, przypominając mu nieustannie bolesną prawdę: jesteś jedynie marnym zwierzęciem z lasu.

Wiosną, znalazłszy się przypadkiem niedaleko Ruski, podjął ostatnią próbę wyprostowania swojego życia. Poczuł, że tak dalej być nie może. Albo skończę ze sobą, pomyślał, albo pójdę do klasztoru. Perspektywa śmierci przerażała go. Uznał więc, że każda reguła zakonna będzie lepsza od jego obecnego życia.

Był tylko jeden problem. Nie miał już pieniędzy.

Wstał ciepły wiosenny poranek. Żydowin wyjrzał ze swojego składu i zobaczył, że po przeciwnej stronie ulicy wałęsa się jakaś obdarta postać. W Rusce tego dnia panowała cisza i spokój, niepilnowany przez żołnierzy fort był niemal pusty.

Żydowin rozpoznał go niemal od razu, ale jako człowiek rozważny nie dał tego po sobie poznać. Dopiero koło południa przybysz podszedł do niego powoli, nieco sztywnym krokiem.

– Wiecie, kim jestem?

Głos był cichy, ale miał w sobie jakąś szorstką, wręcz pogardliwą nutę.

– Tak, Iwanie Igoriewiczu.

Chazar nie poruszył się, nie wykonał żadnego gestu. Iwanuszka skinął powoli głową, jakby coś rozważał.

– Zawsze byliście dla mnie dobrzy.

Żydowin nie odpowiedział.

– Mógłbym dostać coś do jedzenia?

– Oczywiście. – Żydowin uśmiechnął się. – Wejdź do środka.

Zaczął się zastanawiać, jak mógłby go zatrzymać. W pojedynkę nie dałby mu rady, ale po południu w składzie miało się pojawić dwóch pracowników. Z ich pomocą dałby radę zawieźć go bezpiecznie do Perejasławia. Zostawił więc Iwanuszkę w składzie, a sam poszedł przez dziedziniec do domu. Wrócił po paru minutach z miską kwasu chlebowego i talerzem placków z prosa.

Ale Iwanuszka zniknął.

Żydowin zachował się nierozważnie, zapomniał bowiem, że Iwanuszka wie, gdzie jest schowek z pieniędzmi. Nie było tego dużo, ale na podróż do Konstantynopola wystarczyło. Przynajmniej zobaczę to miasto, pomyślał chłopak.

Mimo wszystko miał wyrzuty sumienia. Próbował je zagłuszyć. Tak naprawdę to nie jest kradzież, mówił sobie, bo Żydowin odzyska pieniądze od ojca. A ojciec na pewno się ucieszy, że w końcu wyruszyłem na południe. Bo wędrując przez las, Iwanuszka nie miał najmniejszych wątpliwości, że nareszcie dotrze do greckich klasztorów.

Żydowin przeklinał swoją głupotę i zastanawiał się, co ma powiedzieć rodzicom chłopaka. Rozważał to przez dłuższy czas, w końcu uznał, że nie powie nic. Bo każde słowo mogło im co najwyżej sprawić ból.

I tak oto Iwanuszka siedział samotnie na przystani, wpatrując się tępo w wodę. Łódź była jego ostatnią szansą na dotarcie do cesarskiego miasta przed zimą. Pragnął tam jechać. Tak mu się przynajmniej wydawało. Ale latem zaszła w nim przerażająca zmiana: stracił całą wolę

działania.

Nie był w stanie nic robić, najczęściej siedział bezradnie i całymi godzinami patrzył przed siebie. A tego dnia rano zauważył, że zostało mu już tylko osiem srebrnych hrywien, tyle co na podróż. Przywlókł się na przystań z głębokim postanowieniem, że ostatnie pieniądze wyda na drogę. Ale ku swojej rozpaczy po prostu nie mógł się ruszyć z miejsca.

Teraz to naprawdę koniec, pomyślał. Po tej upokarzającej klęsce nie widział dla siebie żadnego innego rozwiązania, jak tylko pójść nad rzekę i skończyć ze sobą.

Dopiero po chwili usłyszał za plecami gwar dochodzący z grupy niewolników, którzy siedzieli na ziemi i czekali, by zabrano ich na plac targowy. Spojrzał obojętnie w tamtym kierunku. Jeden z mężczyzn był bardzo pobudzony. Ale Iwanuszka jedynie wzruszył ramionami i znów skierował wzrok na rzekę.

– Iwanie Igoriewiczu!

Odwrócił się.

Szczek obserwował go od jakiegoś czasu. Ale teraz był już pewien. Tak się ucieszył, że aż zapomniał, iż ma skrępowane ręce. Tam jest syn bojara! Ten, którego nazywają głupcem.

– Iwanie Igoriewiczu! – zawołał znowu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dublin Rosja Londyn Nowy Jork Paryż 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie