Tajemnice dworu sułtana. Safiye. Księga 9

Tajemnice dworu sułtana. Safiye. Księga 9

Autorzy: Demet Altınyeleklioglu

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 3.20 zł

Saga, która stała się inspiracją dla twórców serialu "Wspaniałe stulecie”.

Kolejny tom Tajemnic dworu sułtana rozwija wątek sułtanki Safiye. Piękna Safiye, z pochodzenia wenecjanka, została porwana przez piratów i siłą sprowadzona do osmańskiego imperium. Tymczasem sułtanka Nurbanu poszukuje kobiety, która sprawi, że jej syn, sułtan Murad, zechce się ustatkować… Jak Safiye poradzi sobie w świecie pałacowych machinacji i intryg?

Demet Altinyeleklioğlu

SAFIYE. ZŁOTA ODALISKA. KSIĘGA IX

Tajemnice dworu sułtana

przełożyła Agnieszka Erdoğan

Tytuł oryginału: Altın Cariye Safiye

Copyright © Demet Altinyeleklioğlu

Copyright © Kalem Agency

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVII

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Erdoğan, MMXVII

Wydanie I

Warszawa MMXVII

Spis treści

Dedykacja

***

I. Yenikapı, Pałac sułtanki matki, 6 grudnia 1583 roku

II. Stary Pałac, Harem, 1560

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

XV

XVI

XVII

XVIII

XIX

XX

XXI

XXII

XXIII. Nowy Pałac, trzeci dziedziniec, Przed wejściem do Pawilonu Jeździeckiego

XXIV

XXV

XXVI

XXVII

XXVIII

XXIX

XXX

XXXI

XXXII

XXXIII

XXXIV

XXXV

XXXVI

XXXVII

XXXVIII

XXXIX

XL

XLI

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Doğa i Seymen…

***

Możecie wrzucić mnie w ogień, lecz nie skazujcie mnie na tęsknotę za Wami. Ramiona naszego pana są dla jego sługi rajem, a tęsknota – piekłem. Odbierzcie mi duszę, ale nie żałujcie mi dotyku Waszych ust na mojej skórze, Waszych silnych ramion oplatających moją talię i miłosnego sorbetu. Nie myślcie, że jesteśmy podobne do innych dziewcząt. Nie mamy cierpliwości, żeby czekać na spotkanie z naszym panem. Zamiast umierać każdego dnia tysiąc razy, wolimy odejść z tego świata. Niech piszą o nas wiersze i eposy. Zamiast Szirin, Lejli i Zulejki niech opowiadają moją historię. Niech powiedzą: „Z nadmorskiej krainy przybyła do pałacu szalona dziewczyna i zakochała się w sułtanie. Sądziła, że wielki padyszach świata będzie kochał tylko ją, że nie powącha innej róży. Dziewczyna została panną młodą w szkarłatnym welonie, tak jak to sobie wymarzyła. Ale niestety… Zdała sobie sprawę, że w sercu jej pana nie ma miłości, a co więcej, nie różni się dla niego niczym od dziewcząt, które przewijały się przez łoże padyszacha i których imion nawet nie pamiętał. «Życie bez mojego pana jest dla mnie torturą», wylewała krwawe łzy. Pewnej nocy, zanim ciemność spotkała się ze świtem, wstała z łóżka. Wyciągnęła spod poduszki zimny sztylet owinięty w białą tkaninę, który już od dawna tam ukrywała, i wbiła sobie w pierś płonącą z miłości do padyszacha. Gdyby nie biała tkanina, która od krwi stała się szkarłatna, jedyna pamiątka pozostała po tej nieszczęsnej, szalonej dziewczynie, nikt nie pamiętałby, że kiedykolwiek żyła na tym świecie”. Niech tak mówią i tak piszą. Wszyscy o tym wiedzą. Jeśli ktoś nie wie, niech się dowie. Nie rzucam słów na wiatr. Jeśli coś powiem, to tak będzie. Teraz już wiecie. To moja przysięga. Jeśli moje słowa wzbudzą gniew mojego pana, niech powierzy tę sprawę zakrzywionemu sztyletowi. To moja szyja. Niech przyjdzie czarny kat i odbierze mi życie. Cóż z tego?

Na drodze do mojego szczęścia poświęcę nie jedną, lecz tysiąc Safiye.

I

Yenikapı

Pałac sułtanki matki

6 grudnia 1583 roku

Kiedy weszła do komnaty, przeszedł ją dreszcz. Poczuła, jak po jej twarzy prześlizgnął się zimny oddech. Ponieważ raziło ją światło, pomieszczenie, w którym wszystkie kotary były szczelnie zasłonięte, rozjaśniał jedynie wątły, żółty płomień pojedynczej lampy. Zatrzymała się na chwilę i spojrzała na bladą jak ściana twarz kobiety leżącej nieruchomo w łóżku, która w ciemności wydawała się świecić. Zasłona śmierci zaczęła okrywać oblicze kobiety. „Dobrze się spisała – przeszło jej przez myśl. – Nie minął nawet miesiąc”.

Zawahała się przez chwilę. Później zaś ruszyła w stronę łóżka pewnym, a nawet wojowniczym krokiem. „Odejdźcie”, dała znak głową. Grupa kobiet zebrana wokół łóżka wycofała się, kłaniając z szacunkiem. Nawet nie zwróciła uwagi na cierpienie malujące się na ich twarzach. I tak to wszystko było sztuczne. Przypomniała sobie próby, jakie czyniła przed lustrem, żeby przybrać na twarz taki sam pełen boleści wyraz. Musiała wyćwiczyć ból, bo go nie czuła. Nie dlatego, że go nie znała – po prostu nie czuła.

Siedząca przy łożu starsza kobieta co chwila przymykała oczy. Być może dlatego nie opuściła komnaty mimo rozkazu. Jej wargi stale się poruszały. Szeptała coś, dmuchając w twarz kobiety przeżywającej swoje ostatnie godziny.

– Wy także odejdźcie, hodżo – poleciła.

Nie chciała, żeby ktokolwiek był przy niej.

Staruszka, obracając głowę najpierw w jedną, a potem w drugą stronę, dmuchnęła, żeby odpędzić złe duchy, a później ze zdumieniem spojrzała na młodą kobietę. Przez chwilę wydawało jej się, że się przesłyszała. Kto odprawiałby od łóżka chorego modlącą się hodżę?

Kobieta próbowała się przesunąć w inne miejsce.

– Ale… – Nagle urwała. Musiała zobaczyć iskry w oczach nowo przybyłej. Podniosła się ociężale i skierowała do drzwi. – Trzeba mieć nadzieję w Bogu.

Kiedy kobieta zdecydowanie machnęła ręką, hodża pochyliła głowę i odeszła w milczeniu. Odwróciła się jeszcze w progu i spojrzała na nią z resztką nadziei. „Najwyraźniej kieruje nią ból”, pomyślała. Jak inaczej mogłaby odprawić osobę, która modli się nad głową kogoś, kto jest bliski wydania ostatniego tchnienia. Czekała, aż kobieta pożałuje tego, co zrobiła, i powie: „Chodź. Nie szczędź jej modlitwy”.

Tymczasem ta zupełnie się tym nie przejęła. Odwróciła się plecami do drzwi, dając jej do zrozumienia, że nie przywoła jej z powrotem. Bezradna staruszka wyszła. Służące czekające na zewnątrz spojrzały na nią z wyczekiwaniem, jakby pytały: „To koniec?”. Kiedy z wyrazu twarzy kobiety pojęły, że tak jak one została wyrzucona, zanim chora przeszła na stronę śmierci, w jednej chwili zaczęły szeptać między sobą:

– To koniec świata.

– Oczywiście, że koniec świata. Już czas, żeby po tylu grzechach Bóg zesłał na nas ogień.

– Wypluj te słowa, dziewczyno. Przecież to nie my popełniłyśmy grzech. Dlaczego mamy cierpieć za grzechy innych? Niech w ogniach piekielnych spłonie ten, kto grzech popełnił.

– Odmówiła jej nawet modlitwy.

– Takiej synowej nie życzy się nawet wrogowi.

– Ciii… Oszalałaś? Cicho bądź!

Ich głosy odbijały się echem w jej głowie. Później się nimi zajmie. Jej twarz ściągnął dziwny wyraz. Jeśli zobaczyłby ją ktoś, kto jej nie zna, mógłby nawet pomyśleć, że się uśmiecha. Tymczasem działo się tak, kiedy targana gniewem snuła plany. Gdy podejmowała decyzje dotyczące czyjejś przyszłości.

Hodża też pewnie przysiadła na kolanach po drugiej stronie drzwi i recytowała swoje modlitwy. „I na co się to teraz zda?”, przeszło jej przez myśl. Kto to widział, żeby modlitwa była antidotum? Kto to słyszał, żeby ktoś uratował się lub został uratowany dzięki modlitwie?

Przez chwilę stała przy łóżku, przyglądając się coraz bledszej twarzy kobiety, której tylko głowa wystawała spod kołdry. Oczy miała zamknięte. Cienie pod nimi i posiniałe powieki sprawiały, że na pierwszy rzut oka przywodziły na myśl bezdenne dziury. Przyprószone siwizną włosy rozsypane były na poduszce. Krew już dawno odpłynęła jej z twarzy. Piękne, jędrne, różowe policzki kobiety, które i na niej robiły zawsze ogromne wrażenie, teraz były jak głębokie doły. Zapadnięte wargi przypominały dwie linie. Co jakiś czas widać było delikatne drżenie w kąciku ust. To coraz płytszy oddech wydobywał się na zewnątrz, przyprawiając człowieka o drżenie. Jej ręce, które położono na kołdrę, leżały nieruchomo jak dwie hebanowe gałęzie. Piękność rozświetlająca epokę zapadała się w ciemność.

Jej spojrzenie na chwilę zatrzymało się na dłoniach chorej. Drgnęła z przerażenia. Palce wyglądały jak kości powleczone siną, pomarszczoną skórą.

Poczuła, że jest jej żal. Przez chwilę pożałowała, że przyszła. Ale nie miała innego wyjścia. Do końca musiała grać swoją rolę. Ona też pewnie chciałaby, żeby tak było. Musiała stawić czoło śmierci, niezależnie od tego, skąd i po kogo przychodziła. Jednak patrzenie na nią w tym stanie sprawiało jej ból. Był czas, że wierzyła, iż jest najpiękniejszą i najpotężniejszą kobietą na świecie.

Wahała się, czy usiąść na łóżku. Jak długo jeszcze mogło to trwać? Ile czasu jej zostało?

Powiedzieli: „Będzie bezboleśnie. Powoli, ale bez bólu”. Naprawdę tak było? Od miesiąca każdego dnia, w każdej godzinie topniała na jej oczach. Czy cierpiała? Nawet jeśli tak było, nie dawała tego po sobie poznać.

„Dość już – powiedziała w duchu. – Niech będzie, co ma być. Niech to już się skończy”.

Czy powinna wziąć ją za rękę?

Już sama myśl, że miałaby dotknąć tych kościstych palców, przyprawiła ją o dreszcz. „Nie, nie mogę tego zrobić”.

„Przynajmniej się pomódl”, odezwał się głos w jej wnętrzu.

O tym nie pomyślała. Czy chora nie zasługiwała na modlitwę? Dobrze, ale którą? Jakiej modlitwy by chciała? Taką, którą słyszała przy narodzinach, czy te, których próbowała się nauczyć później?

Nagle zauważyła, że powietrze nie wydobywa się już spomiędzy jej warg.

Skończyło się? Umarła?

Powoli zbliżyła dłoń do ust i nosa kobiety, próbując wyczuć jej oddech.

Nic nie poczuła. A zatem wszystko się skończyło. W ciszy. Tak po prostu. Jakby zasnęła. Śmierć przyszła cicho i zabrała ją ze sobą.

Jeszcze raz się pochyliła, żeby mieć pewność. Znowu nic. Jeszcze raz… I jeszcze…

I nagle oczy zmarłej się otworzyły!

Odskoczyła z przerażeniem.

Martwe oczy wpatrywały się w nią z głębi sinych studni. W przeciwieństwie do ciała pozbawionego duszy jej oczy były żywe. Tylko ich błękit zmienił się w szarość.

– To ty?

Poczuła, jak chłód przenika ją do szpiku kości. Jej głos był nie do poznania. Jakby dochodził z tamtej strony. To było coś między rzężeniem, świstem, szeptem a rykiem.

Martwe oczy poruszyły się. Zrozumiała, że próbuje ją zobaczyć.

– To ty?

– Tak.

Ten głos przyprawił ją o dreszcz.

– Światła… Chcę światła… Nie… widzę… cię. Jesteś jak cień.

„Tym właśnie byłam – przeszło jej przez myśl. – Do dzisiaj zawsze byłam cieniem”.

– Lampę…

– Powiedzieli, że światło razi cię w oczy – powiedziała, na chwilę wpadając w panikę.

– Światła… Światła… Proszę, trochę światła.

Podniosła się. Podeszła do konsoli i wzięła stamtąd lampę. Gdy odwróciła ją w jej stronę, zauważyła, że martwe oczy nawet nie drgnęły. Tylko głębokie bruzdy na jej twarzy napięły się z bólu.

– Nie do mnie – szepnęła umierająca kobieta. – W twoją stronę…

Nie dokończyła. Było widać, że oddycha z coraz większym trudem.

– Zapomnij o twarzy, którą przed chwilą zobaczyłaś – wyrzuciła z siebie umierająca z ogromnym trudem. Jakby bała się, że nie zdąży powiedzieć tego, co powinna. Resztkami sił wydusiła: – Zapamiętaj mnie… taką… jaką zobaczyłaś mnie… pierwszego dnia…

Głos stawał się coraz słabszy.

– Ja też… Ja też ciebie taką…

I tym razem nie mogła dokończyć. To było zbyt wyczerpujące.

Nieco bardziej przysunęła lampę do siebie.

Spojrzenie szarych oczu zmarłej skupiło się na jej twarzy. Usta poruszyły się, żeby coś powiedzieć.

– Jesteś bardzo piękna – oznajmiła w końcu.

Uśmiechnęła się mimowolnie.

– Zaśpiewaj… – jęknęła umierająca.

Co? Zaśpiewać?

Martwe oczy odczytały jej zdumienie.

– Proszę, proszę… Zaśpiewaj nam piosenkę stamtąd… Pro…

Młoda kobieta zdała sobie sprawę, że to, co się dzieje, sprawia jej coraz więcej bólu. Jakby gdzieś w niej płonął ogień. Jak nazywało się to uczucie? Litość? Żal?

– Proszę… Naszą piosenkę… – Nagle umierającej zabrakło powietrza.

Wtedy zrobiła coś, o czym myślała, że nie będzie mogła się na to zdobyć. Przysiadła na brzegu łóżka. Śledziła oczy umierającej. Zawahała się. Nie powinna tego robić, ale wiedziała, że nie uciszy głosów w jej wnętrzu. Ujęła w dłonie kościste palce.

– Już jej nawet nie pamiętam.

– Proszę! Pro…

– Ave Maria, gratia plena…1 – Bezwiednie zaczęła cicho odmawiać Pozdrowienie Anielskie.

Zadrżała. Ile lat minęło, odkąd mówiła ją po raz ostatni? Poczuła w środku jakieś ciepło.

Umierająca przymknęła oczy. Wiedziała, że słucha jej całą sobą.

– Ave Maria, gratia plena/ Dominus tecum;/ Benedicta tu in mulieribus,/ et benedictus fructus/ Ventris tui, Jesus…

Pod koniec tej wnoszącej się i opadającej, błagalnej i buntującej się melodii umierająca próbowała unieść głowę z poduszki, ale na próżno. Jej twarz ściągnął ból, a z ust wydobył się krzyk.

– Ave Maria. – Jednak płuca odmówiły tego wysiłku. Jej ciałem wstrząsnął atak przeraźliwego kaszlu. Mimo to umierającej udało się wydobyć z siebie słowa: – Posłuchaj… Już cza…

– Nie rozumiemy, co mówicie.

– Już czaaas.

– Czas?

Umierająca przymknęła oczy.

– Czy jest noc?

Odstawiła lampę na miejsce i podbiegła do okna.

– Noc, ale zaraz zacznie świtać.

– Dobrze – powiedziała umierająca między rzężeniami. – Spójrz… Czy… widzisz… gwiazdę… Czy widzisz gwiazdę zaranną?

Wyjrzała, ale jej nie było.

– Nie widzę. Niebo jest zachmurzone. Pewnie zaraz zacznie padać.

Nieruchoma twarz kobiety w łożu napięła się w przerażającym uśmiechu.

– Dobrzeee.

Zdziwiła się. Dlaczego powiedziała, że to dobrze? Przecież kochała rozgwieżdżone nocne niebo. Po raz ostatni spojrzała przez okno i wróciła do łóżka. Stanęła nad głową kobiety.

Jej pierś unosiła się i opadała jak miech kowalski. Widząc, jak pozbawione życia ciało szaleńczo walczy o każdy oddech, nie mogła powstrzymać łez.

Boże, jak zaciekle walczy, żeby nie umierać! Przecież miało być łatwo. Miała nie czuć bólu.

– Zbliż… Zbliż się – odezwała się umierająca, ubiegając kolejny atak kaszlu.

Jej oczy otworzyły się szeroko z bólu i wysiłku.

Pochyliła się nad nią.

– Zbliż się.

Pochyliła się jeszcze bardziej. Pojedyncza łza spadła na policzek umierającej. Zauważyła uśmiech na twarzy kobiety. Przeszedł ją dreszcz. „Czy ona się śmieje?”, przeszło jej przez myśl.

Kobieta próbowała coś powiedzieć, ale ona nie usłyszała. Głos był niczym oddalający się, niknący szept.

Nagle gorąco zapragnęła usłyszeć ostatnie słowa umierającej. Musi je usłyszeć. To może być bardzo ważne. To może być jakiś sekret.

– Boże, nie słyszę cię.

– Zbliż się! – powiedziała umierająca dawnym rozkazującym tonem.

Teraz jej ucho znajdowało się tuż przy ustach kobiety. Zdziwiła się, że nie ogarnął jej wstręt, gdy poczuła napawający przerażeniem zapach wydobywający się z jej ust.

– Słucham. Mów.

– Ja – jęknęła kobieta zachrypniętym głosem. – Ja…

– Tak, tak. Ty?

– Ci…

– Tak. Mnie?

– Wybaczyłam. Wy… ba… czyłam… ci…

Głos ucichł. Delikatny podmuch ustał.

Uniosła głowę i spojrzała na kobietę. Umierająca wpatrywała się w nią szarymi oczami. Powoli i one się zamknęły. Pozwoliła płynąć łzom, a one deszczem spadły na pozbawioną życia twarz, obmywając ją.

– Skończyło się – powiedziała cicho. – Skończyło się. Umarła.

Mogłaby przysiąc, że gdy nadejdzie wiadomość o jej śmierci, krzyknie: „Moja niewola się skończyła, nie jestem już cieniem!”, ale nie była w stanie tego zrobić.

Nie przypuszczała, że tak się stanie. Nigdy by nie przypuszczała. Nawet na chwilę nie przyszło jej do głowy, że mogłaby płakać nad jej łożem. Ale płakała.

Jej serce zajęło się ogniem. Co oznaczały te łzy? Bezradność wobec potęgi śmierci? Bycie świadkiem śmierci kogoś, w czyich żyłach płynęła ta sama krew? Litość? A może żal?

– Proszę, Boże – modliła się – niech to nie będzie żal. Tego nie zniosę.

Przez chwilę przyglądała się obliczu zmarłej, stojąc nieruchomo. Postąpi tak, jak chciała. Na zawsze zapamięta jej twarz taką jak wtedy, gdy po raz pierwszy ją ujrzała. Piękną, potężną, wspaniałą.

Upłynęło sporo czasu, zanim wstała. Miała wrażenie, że w komnacie zrobiło się jeszcze ciemniej.

Ruszyła w stronę drzwi. Wyprostowała ramiona. Uniosła głowę. Wierzchem dłoni otarła łzy. Otworzyła drzwi.

– Skończyło się – wyszeptała do wyczekujących kobiet. – Powróciła do Boga.

Oddaliła się, nie zważając na dobiegające zewsząd lamenty.

Wyszła do ogrodu różanego, mimo że był koniec grudnia. Objęła się ramionami. Głęboko wciągnęła lodowate powietrze.

Spojrzenie utkwiła w błękitnych wodach, drżących w porannym chłodzie. Jednak ani nie widziała mew, desperacko machających skrzydłami ponad falami i zanurzających się w nie w nadziei na zdobycz, ani nie słyszała ich krzyków witających wschodzący świt.

Przed jej oczami pojawiały się wspólnie przeżyte chwile, pełne miłości słowa, rozmowy wyzwalające powodzie uczuć i palące pierś tęsknotą. Całe życie, które z nią dzieliła.

Redaktor inicjujący: Magdalena Gołdanowska

Redaktor prowadzący: Magdalena Matuszewska

Przekład: Agnieszka Erdoğan

Redakcja: Anita Rejch

Korekta: Agnieszka Trzeszkowska-Bereza

Projekt okładki: Krzysztof Rychter

Fotografia wykorzystana na I stronie okładki: © Małgorzata Maj/Arcangel Images

Skład i łamanie: Dariusz Ziach

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-391 Warszawa, al. 3 Maja 12

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-4934-5

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Tajemnice dworu sułtana. Safiye. Księga 10 Tajemnice dworu sułtana. Safiye. Księga 9 Tajemnice dworu sułtana. Hatidże. Księga 8 Tajemnice dworu sułtana. Hatidże. Żona Ibrahima. Księga 7 Tajemnice dworu sułtana. Nurbanu. Synowa odaliski. Księga 6 Tajemnice dworu sułtana Nurbanu. Synowa odaliski. Księga 5 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy