Przedziwna śmierć Europy

Przedziwna śmierć Europy

Autorzy: Douglas Murray

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 434

cena od: 23.90 zł

Dlaczego Stary Kontynent popełnia samobójstwo?

Spadająca stopa urodzin, masowa imigracja oraz pielęgnowanie braku zaufania do siebie i nienawiści do własnych wartości składają się na to, że Europejczycy nie potrafią wystąpić we własnej obronie ani oprzeć się kompleksowym przemianom swojego społeczeństwa, które w końcu doprowadzą do jego unicestwienia.

Książka Murraya jest nie tylko analizą realiów demograficznych i politycznych, ale również bardzo osobistą relacją naocznego świadka autodestrukcji kontynentu. Przedziwna śmierć Europy zawiera reportaże z podróży po całym kontynencie, o miejscach, do których migranci przybywają i do których ostatecznie trafiają, a także tych, które ich nie akceptują.

Na każdym etapie Murray cofa się o krok, aby objąć spojrzeniem szersze kwestie, które mogą doprowadzić do upadku kontynentu europejskiego, od atmosfery masowych ataków terrorystycznych po stopniową erozję naszych wolności. Autor podejmuje takie tematy jak rozczarowująca porażka multikulturalizmu, wolta Angeli Merkel w kwestii migracji, brak repatriacji i zachodnia fiksacja na punkcie poczucia winy. Murray jeździ do Berlina, Paryża, Skandynawii, na Lampedusę i do Grecji, wszędzie odkrywając chorobę, która toczy europejską kulturę od środka, a także słuchając historii ludzi, którzy przybyli z dalekich krajów do Europy.

 Jest to niezwykle ważna książka, której treść powinni poznać wszyscy ludzie mający wpływ na bieg wydarzeń w tym krytycznym dla historii Europy okresie.

Sir Roger Scruton

Jeden z największych bestsellerów literatury faktu w Europie tego rok.

Douglas Murray

Przedziwna śmierć Europy

Tytuł oryginału

The Strange Death of Europe

ISBN

Copyright © Douglas Murray, 2017

This translation is published by arrangement with Bloomsbury Publishing Plc

All rights reserved

Copyright © 2017 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań

Redakcja

Zofia Domańska

Projekt graficzny okładki

Krzysztof Kibart

www.designpartners.pl

Opracowanie graficzne i techniczne

Przemysław Kida

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wstęp

Początek

Jak uzależniliśmy się od imigracji

Jak sobie to wszystko tłumaczymy

„Witamy w Europie”

„Wszystko widzieliśmy”

Multikulturalizm

Oni są tutaj

Niesłuchani prorocy

Wczesne sygnały ostrzegawcze

Tyrania poczucia winy

Fikcja repatriacji

Nauczyć się z tym żyć

Zmęczenie

Nie uciekniemy od tego

Co zrobić, żeby wahadło nie wychyliło się za bardzo w drugą stronę

Poczucie, że ta opowieść się wyczerpała

Koniec

Jak mogło być

Co będzie dalej

Przypisy

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Wstęp

Europa popełnia samobójstwo. W każdym razie jej przywódcy postanowili popełnić samobójstwo. Czy pójdą za tym mieszkańcy Europy, to jest już oczywiście zupełnie inna sprawa.

Kiedy mówię, że Europa właśnie odbiera sobie życie, nie chodzi mi o to, że obciążenia związane z przepisami narzucanymi przez Komisję Europejską stały się nie do udźwignięcia ani że Europejska konwencja praw człowieka nie zaspokaja aspiracji jakiejś grupy ludności. Chodzi mi o to, że cywilizacja, którą nazywamy europejską, jest w trakcie popełniania samobójstwa i ani Wielka Brytania, ani żaden inny kraj zachodnioeuropejski nie może uniknąć tego losu, ponieważ wszyscy mamy te same objawy i bolączki. W rezultacie zanim większość ludzi mieszkających obecnie w Europie dożyje swoich dni, Europy już nie będzie, a jej obywatele postradają jedyne miejsce na świecie, które teraz nazywają swoim domem.

Mogą się pojawić głosy, że obwieszczenia o zgonie Europy to chleb powszedni naszej historii, że Europa nie byłaby Europą bez regularnych prognoz o śmierci swojego kontynentu. Jednak niektóre kasandryczne przewidywania pojawiały się w trafniejszych momentach niż inne. W opublikowanej w 1942 roku książce Die Welt von Gestern (Świat wczorajszy) Stefan Zweig tak pisał o losach swojego kontynentu w przededniu drugiej wojny światowej: „Cała Europa wydawała mi się skazana na śmierć wskutek własnego szaleństwa, Europa, nasza święta ojczyzna, kolebka i Partenon cywilizacji zachodniej”.

Zweig dostrzegł pewne źródło nadziei, a mianowicie w krajach Ameryki Południowej, do której w końcu uciekł, zobaczył odrośle własnej kultury. W Argentynie i Brazylii był świadkiem tego, że kultura może emigrować do innego kraju, dzięki czemu nawet jeśli drzewo, które dało tej kulturze życie, uschnie, może wydać „nowe zalążki i nowe owoce”. Zweig pocieszał się, że nawet gdyby doszło do całkowitej autodestrukcji Europy, „Przecież i to, czego dokonały poprzednie pokolenia, nie poszło całkiem na marne”1.

Dzisiaj, przede wszystkim z powodu katastrofy opisanej przez Zweiga, drzewo Europy ostatecznie uschło. Europa nie ma zbyt wielkiej ochoty się rozmnażać, walczyć o siebie ani nawet stawiać na swoim w sporach z innymi. Ludzie władzy sprawiają wrażenie przekonanych, że nie miałoby większego znaczenia, gdyby mieszkańcy i kultura Europy zostały stracone dla świata. Niektórzy najwyraźniej postanowili (jak napisał Bertolt Brecht w swoim wierszu Rozwiązanie z 1953 roku) rozwiązać naród i wybrać inny, ponieważ, jak to ujął były konserwatywny premier Szwecji, Fredrik Reinfeldt, w krajach takich jak Szwecja rodzi się tylko „barbarzyństwo”, natomiast pozytywne zjawiska pochodzą z zewnątrz.

Obecna choroba nie ma jednej przyczyny. Kultura wytworzona przez dopływy kultury judeochrześcijańskiej, starożytnych Greków i Rzymian oraz odkrycia oświecenia została zniszczona przez różne czynniki, ale agonia zaczęła się z powodu splotu dwóch procesów, z których teraz właściwie nie sposób się podźwignąć.

Pierwszy z nich to masowy napływ ludzi do Europy. We wszystkich krajach zachodnioeuropejskich proces ten rozpoczął się po drugiej wojnie światowej w związku z niedoborami siły roboczej. Europa szybko uzależniła się od imigracji i nie potrafiłaby powstrzymać tego napływu, nawet gdyby chciała. W rezultacie Europa — dom narodów europejskich — stopniowo przerodziła się w dom dla całego świata. Miejsca, które dawniej były europejskie, zmieniły swój charakter. Okolice zdominowane przez imigrantów pakistańskich przypominały Pakistan we wszystkim oprócz lokalizacji, niedawni przybysze oraz ich dzieci jedli potrawy ze swojego kraju pochodzenia, mówili tamtejszym językiem i wyznawali tamtejszą religię. Ulice zimnych i deszczowych północnych miast Europy zapełniły się ludźmi ubranymi pod kątem pogórzy Pakistanu albo burz piaskowych Arabii. „Imperium kontratakuje”, mówili niektórzy obserwatorzy z niezbyt starannie ukrywanym kpiącym uśmieszkiem. Ale podczas gdy imperia Europy legły w gruzach, nowe kolonie miały uzyskać trwały żywot.

Przez cały ten czas Europejczycy wmawiali sobie, że to może zadziałać. Twierdzili na przykład, że tego rodzaju imigracja jest czymś normalnym. Albo że jeżeli w pierwszym pokoleniu nie nastąpiła integracja, to nastąpi u dzieci, wnuków, czy też jeszcze później. Albo że nie ma znaczenia, czy ludzie się integrują. Nieustannie odsuwaliśmy od siebie bardziej prawdopodobną hipotezę, że to wszystko po prostu się nie sprawdzi. Najnowszy kryzys migracyjny tylko uwydatnił tę kwestię.

To mnie sprowadza do drugiego destrukcyjnego czynnika. Nawet masowy napływ milionów ludzi do Europy nie oznaczałby dla naszego kontynentu zguby, gdyby nie fakt, że (przypadkowo lub nie) w tym samym czasie Europa straciła wiarę w swoje przekonania, tradycję i prawomocność. Na zjawisko to składają się niezliczone powody, ale jednym z nich jest utrata przez zachodnich Europejczyków „poczucia tragiczności życia”, jak to nazwał hiszpański filozof, Miguel de Unamuno. Zachodni Europejczycy zapomnieli o lekcji, którą w tak bolesny sposób przyswoił sobie Zweig i jego pokolenie: że wszystko, co kochamy, nawet największe i najwybitniejsze cywilizacje w dziejach, mogą zostać starte z powierzchni ziemi przez ludzi, którzy nie są ich warci. Jeżeli ktoś nie chce po prostu zignorować poczucia tragiczności życia, może próbować odsunąć go od siebie za pomocą wiary w postęp ludzkości. Na razie ta strategia jest najbardziej rozpowszechniona.

Jednak cały czas prześlizgujemy się nad straszliwymi wątpliwościami na temat tego, co stworzyliśmy, a niekiedy im ulegamy. Bardziej od wszystkich innych kontynentów i kultur dzisiejszego świata Europa jest przytłoczona poczuciem winy z powodu własnej przeszłości. Ten brak zaufania do siebie ma również swoją bardziej introwertyczną wersję, a mianowicie w Europie istnieje problem egzystencjalnego znużenia i poczucia, że być może narracja europejska się wyczerpała i należy dopuścić do głosu nową. Jedną z takich nowych narracji jest masowa imigracja, czyli zastąpienie znacznego odsetka ludności europejskiej innymi narodami: zmiana równie dobra jak inne, zdawaliśmy się myśleć. Egzystencjalne znużenie cywilizacji nie jest wynalazkiem współczesnej Europy, ale sytuacja, kiedy jakiemuś społeczeństwu wyczerpują się zasoby energii akurat w momencie, kiedy zaczyna przyjeżdżać inne społeczeństwo, musi doprowadzić do potężnych, epokowych zmian.

Gdyby o tych sprawach wolno było dyskutować, może znaleziono by rozwiązanie. Nawet w 2015 roku, u szczytu kryzysu migracyjnego, wypowiedzi i refleksje podlegały ograniczeniom. We wrześniu 2015 roku kanclerz Niemiec, Angela Merkel, zapytała prezesa Facebooka, Marka Zuckerberga, czy dałoby się coś zrobić, żeby obywatele Europy przestali krytykować na Facebooku jej politykę imigracyjną. „Pracuje pan nad tym?”, spytała go. Zapewnił ją, że pracuje2. A przecież to był właśnie moment na bezmiar krytyki, refleksji i dyskusji. Z obecnej perspektywy aż trudno uwierzyć, jak bardzo się ograniczyliśmy w swojej debacie, kiedy otwieraliśmy nasz dom dla świata. Tysiąc lat temu mieszkańcy Genui i Florencji nie byli ze sobą tak zintegrowani jak obecnie, ale dzisiaj jedni i drudzy ponad wszelką wątpliwość są Włochami, a różnice plemienne z upływem czasu zmniejszyły się, a nie powiększyły. Według obecnie obowiązującej teorii na jakimś przyszłym etapie narody Erytrei i Afganistanu również zintegrują się z Europą, tak jak Genueńczycy i Florentyńczycy roztopili się w ludności Włoch. Osoby z Erytrei i Afganistanu różnią się wprawdzie kolorem skóry, a ich korzenie etniczne są bardziej odległe, ale Europa pozostanie Europą, a jej mieszkańcy nadal będą ze sobą współegzystowali w duchu Woltera i św. Pawła, Dantego, Goethego i Bacha.

Podobnie jak w wielu innych rozpowszechnionych złudzeniach tkwi w tym ziarno prawdy. Europa zawsze przesuwała swoje granice i jak pokazują takie miasta handlowe jak Wenecja, wykazywała szlachetną i nieczęsto spotykaną otwartość na obce idee i wpływy. Począwszy od starożytnych Greków i Rzymian, ludy Europy wysyłały w świat statki i odbierały wiadomości o obcych krainach. Reszta świata prawie nigdy nie odwzajemniała tej ciekawości, ale statki wypływały i powracały z opowieściami i odkryciami, które wnikały w powietrze Europy. Otwartość była wielka, ale nie bezgraniczna.

Pytanie o granice danej kultury jest odwiecznym przedmiotem sporów antropologów i nie można na nie udzielić jednoznacznej odpowiedzi, ale dawniej takie granice istniały. Na przykład Europa nigdy nie była kontynentem islamskim. Z drugiej strony świadomość, że nasza kultura ulega nieustannym subtelnym zmianom, ma głęboko europejskie korzenie. Filozofowie starożytnej Grecji dostrzegali ten problem, który znalazł swój najsłynniejszy wyraz w paradoksie statku Tezeusza. Według Plutarcha statek, którym żeglował Tezeusz, był stale konserwowany przez Ateńczyków — zbutwiałe części wymieniano na nowe. W końcu zrodziło się pytanie, czy nadal jest to statek Tezeusza, skoro nie zawiera ani jednej części z czasów, kiedy on nim żeglował.

Wiemy, że dzisiejsi Grecy nie są tym samym narodem co ich starożytni przodkowie. Wiemy, że Anglicy czy Francuzi nie są dzisiaj tym samym ludem, którym byli tysiąc lat temu. A przecież nie mamy problemów z rozpoznaniem w nich Greków, Anglików i Francuzów ani z rozpoznaniem w nich wszystkich Europejczyków. W tych i innych tożsamościach dostrzegamy jakiś stopień sukcesji kulturowej: tradycji, która ukształtowała pewne cechy (pozytywne i negatywne), obyczaje i zachowania. Mamy świadomość, że wielkie ruchy ludnościowe Normanów, Franków i Galów spowodowały wielkie zmiany. Wiemy również z historii, że niektóre migracje na dłuższą metę mają nieznaczny wpływ na daną kulturę, podczas gdy inne mogą ją nieodwracalnie zmienić. Problem nie wiąże się z akceptacją zmian, lecz ze świadomością, że kiedy zmiany następują zbyt szybko albo są zbyt radykalne, stajemy się kimś innym — w tym także kimś, kim może być nie chcieliśmy.

Jednocześnie nie bardzo wiemy, jak to wszystko powinno funkcjonować. Z jednej strony generalnie się zgadzamy, że niezależnie od koloru skóry człowiek może sobie przyswoić określoną kulturę (przy odpowiednim poziomie wzajemnego entuzjazmu), ale wiemy również, że my, Europejczycy, nie możemy się stać, kim tylko zechcemy. Nie możemy na przykład stać się Hindusami albo Chińczykami. A przecież oczekuje się od nas, abyśmy uwierzyli, że każdy mieszkaniec świata może przyjechać do Europy i stać się Europejczykiem. Jeżeli bycie „Europejczykiem” nie odnosi się do rasy — a taką mamy nadzieję — to odnosi się do „wartości”, co nadaje tej kwestii znacznie wyższą rangę. I właśnie dlatego pytanie „Jakie są wartości europejskie?” jest tak ważne. Także w tej sprawie panuje wielki zamęt.

Na przykład, czy Europa jest chrześcijańska? W pierwszej dekadzie obecnego stulecia dyskusja ta zogniskowała się wokół sporu na temat treści nowej konstytucji Unii Europejskiej i braku wzmianki o chrześcijańskim dziedzictwie naszego kontynentu. Papież Jan Paweł II i jego następca usiłowali naprawić to pominięcie. Polski papież napisał w 2003 roku: „Pragnę jeszcze raz zaapelować do twórców przyszłego traktatu konstytucyjnego Unii Europejskiej, aby znalazło się w nim odniesienie do europejskiej spuścizny religijnej, w szczególności chrześcijańskiej, [...] przy pełnym poszanowaniu świeckiego charakteru instytucji”3. Dyskusja ta nie tylko podzieliła Europę geograficznie i politycznie, ale również zwróciła uwagę na pewną oczywistą aspirację. W Europie Zachodniej nie tylko doszło do spadku znaczenia religii, ale w następstwie tego procesu pojawiło się pragnienie wykazania, że w dwudziestopierwszowiecznej Europie istnieje samowystarczalna struktura praw, instytucji i przepisów mogących funkcjonować nawet bez źródła, które zapewne dało jej życie. Jak gołębica Kanta zadawaliśmy sobie pytanie, czy nie moglibyśmy lecieć szybciej, gdybyśmy żyli w „wolnym powietrzu” i nie musieli przejmować się tym, czy wiatr trzyma nas w górze. Od ziszczenia się tego marzenia bardzo wiele zależało. Miejsce religii zajął coraz bardziej podniosły język „praw człowieka” (jest to zresztą pojęcie o chrześcijańskich korzeniach). Bez rozstrzygnięcia pozostawiliśmy pytanie, czy posiadane przez nas prawa zależą od przekonań, które nasz kontynent przestał wyznawać, czy też są obdarzone niezależnym bytem. Eufemistycznie mówiąc, pojawia się tutaj pewien rozdźwięk: pozostawić to niezmiernie ważne pytanie bez odpowiedzi, a jednocześnie oczekiwać, że ogromne rzesze nowych imigrantów się „zintegrują”.

W tym samym czasie wyłoniło się równie istotne pytanie o miejsce i sens istnienia państwa narodowego. Od traktatu westfalskiego z 1648 roku do końca dwudziestego wieku państwo narodowe generalnie uważano w Europie nie tylko za najlepszego gwaranta porządku konstytucyjnego i praw jednostki, ale również za najwyższego gwaranta pokoju. Jednak to przekonanie również się rozmyło. Kanclerz Niemiec, Helmut Kohl, w 1996 roku powiedział: „Państwo narodowe nie może rozwiązać wielkich problemów dwudziestego pierwszego wieku”. Przekształcenie państw narodowych Europy w jedną wielką i zintegrowaną unię polityczną jest tak ważne, twierdził Kohl, że można je uznać za „kwestię wojny i pokoju w dwudziestym pierwszym wieku”4. Inni się z tym nie zgodzili i dwadzieścia lat później trochę więcej niż połowa Brytyjczyków pokazała przy urnie wyborczej, że argumenty Kohla ich nie przekonały. I znowu można się tylko zadumać nad faktem, że to niezwykle istotne pytanie pozostawiono bez odpowiedzi w okresie potężnych zmian ludnościowych.

Chociaż na własnym podwórku nie bardzo wiedzieliśmy, na czym nam zależy, za granicą kontynuowaliśmy dążenia do rozprzestrzeniania naszych wartości. Ale za każdym razem, kiedy nasze rządy i armie zaangażowały się w coś pod sztandarami „praw człowieka” — Irak w 2003 roku, Libia w 2011 roku — tylko pogarszaliśmy sprawę i kończyło się źle. Kiedy wybuchła wojna domowa w Syrii, ludzie zaczęli apelować do krajów zachodnich o interwencję w imię praw człowieka, które bez wątpienia były naruszane. Nie mieliśmy jednak ochoty bronić tych praw, bo niezależnie od tego, czy wierzyliśmy w nie u siebie w domu, na pewno straciliśmy wiarę w naszą zdolność do propagowania ich za granicą. Na pewnym etapie pojawiło się przeczucie, że tak zwana „ostatnia utopia” — pierwszy uniwersalny system, który oddzielił prawa człowieka od zarządzeń bogów bądź tyranów — może się okazać ostatnią europejską aspiracją, która upadła5. Jeżeli tak rzeczywiście jest, w dwudziestym pierwszym wieku Europejczycy pozostają bez żadnej jednoczącej idei, która potrafiłaby uporządkować teraźniejszość lub wskazać drogę na przyszłość.

Utrata wszystkich jednoczących historii o naszej przeszłości bądź pomysłów na teraźniejszość i przyszłość zawsze byłaby poważnym ciosem, ale w okresie przełomowych zmian i zawirowań społecznych skutki okazują się tragiczne. Świat przybywa do Europy akurat w momencie, kiedy Stary Kontynent stracił z oczu to, czym jest. Napływ milionów ludzi z innych kultur do silnej i wierzącej w swoją wartość cywilizacji mógł zdać egzamin, ale napływ milionów ludzi do trawionej poczuciem winy, zblazowanej i konającej cywilizacji musi zakończyć się klęską. Nawet dzisiaj przywódcy europejscy mówią o wzmożonych wysiłkach na rzecz zasymilowania milionów nowych przybyszów.

Wysiłki te również zakończą się niepowodzeniem. Aby włączyć bardzo dużą i zróżnicowaną grupę ludzi do jakiejś kultury, trzeba sformułować jak najszerszą i niekontrowersyjną definicję tej kultury. Jeżeli Europa ma się stać domem dla świata, musi znaleźć definicję samej siebie na tyle szeroką, żeby obejmowała cały świat. To oznacza, że zanim te dążenia upadną, nasze wartości będą tak bardzo rozwodnione, że całkowicie stracą na znaczeniu. Dawną tożsamość europejską można było powiązać z bardzo konkretnymi, a także filozoficznie i historycznie głębokimi fundamentami (praworządność, etyka wywiedziona z historii filozofii naszego kontynentu), natomiast dzisiejsza etyka i światopogląd Europy — a mówiąc wprost, ideologia i tożsamość Europy — obracają się wokół takich pojęć, jak „szacunek”, „tolerancja” i (najbardziej autodestrukcyjne ze wszystkich) „różnorodność”. Takie płytkie definicje naszej tożsamości być może pozwolą nam przebrnąć przez następne kilka lat, ale nie dają szansy na dotarcie do głębszych pokładów lojalności, na których muszą być zbudowane społeczeństwa zdolne do przetrwania.

To tylko jeden z powodów, dla których wydaje się prawdopodobne, że kultura europejska, która istnieje od wielu stuleci i podzieliła się ze światem wieloma z największych osiągnięć ludzkości, nie przeżyje. Jak wskazują niedawne wybory w Austrii i wzrost znaczenia Alternative für Deutschland, podczas gdy prawdopodobieństwo erozji naszej kultury pozostaje bardzo wysokie, rozwiązania umożliwiające jej obronę nadal nie są akceptowane. Stefan Zweig trafnie wskazał tę aberrację i trafnie rozpoznał, że kolebka i Partenon zachodniej cywilizacji wydały na siebie wyrok śmierci. Pomylił się tylko co do chronologii. Miało upłynąć jeszcze kilkadziesiąt lat, zanim sami wykonaliśmy ten wyrok. W okresie tym zamiast pozostać domem dla narodów europejskich, postanowiliśmy stać się „utopią”, ale tylko w pierwotnym greckim sensie tego słowa: „nie-miejscem”. Niniejsza książka jest relacją z tego procesu.

*

Zbieranie informacji do tej książki zaprowadziło mnie na obszary Europy, których nigdy wcześniej nie odwiedziłem, mimo że przez lata podróżowałem po tym kontynencie. W ciągu tych kilku lat byłem na południowo-wschodnich wyspach greckich i w najbardziej wysuniętych na południe rejonach Włoch, ale także w sercu północnej Szwecji oraz na niezliczonych przedmieściach francuskich, holenderskich czy niemieckich. Podczas pisania książki miałem sposobność porozmawiać z wieloma zwykłymi ludźmi, a także z politykami i ekspertami z całego spektrum politycznego, strażnikami granicznymi, pracownikami wywiadu, członkami organizacji pozarządowych oraz z ludźmi, którzy na co dzień mają do czynienia z imigrantami. Jednak najbardziej owocnym aspektem moich badań były rozmowy z najnowszymi przybyszami do Europy — ludźmi, których część przyjechała tutaj dosłownie poprzedniego dnia. W obozach dla uchodźców na południu Europy i w miejscach, w których się zatrzymują albo osiedlają po drodze na północ, wszyscy mają swoje historie, nierzadko tragiczne. Wszyscy postrzegają Europę jako najlepsze dla siebie miejsce do życia. Ci, którzy zechcieli podzielić się ze mną swoimi historiami, niekoniecznie stanowili reprezentatywną grupę, ponieważ wielu odmówiło takiej rozmowy. Zdarzało się, że kiedy stałem wieczorem koło bramy obozu, wychodzili albo wchodzili ludzie, którzy — eufemistycznie mówiąc — nie odczuwali życzliwości ani wdzięczności wobec naszego kontynentu. Jednak wielu innych zachowywało się niezwykle przyjaźnie i ucieszyło się z możliwości przedstawienia swoich losów. Niezależnie od moich poglądów na sytuacje, które ich tutaj sprowadziły, oraz na reakcje Europy, nasze rozmowy zawsze kończyłem jednym słowem, które mogłem szczerze powiedzieć bez żadnych zastrzeżeń: „Powodzenia”.

Rozdział 1

Początek

Aby zrozumieć skalę i szybkość zachodzących w Europie zmian, warto się cofnąć o kilka lat, do czasu sprzed ostatniego kryzysu migracyjnego, czyli do okresu „normalnej” imigracji. Warto również przyjrzeć się krajowi, który ostatnie zawirowania w gruncie rzeczy ominęły.

W 2002 roku opublikowano spis powszechny dla Anglii i Walii. Zebrane rok wcześniej dane pokazywały, w jakim stopniu kraj się zmienił na przestrzeni dekady, która upłynęła od poprzedniego spisu powszechnego. Wyobraźmy sobie, że w 2002 roku ktoś postanawia wysnuć z tych informacji prognozę na następne dziesięć lat. Wyobraźmy sobie, że jeden z wniosków brzmi następująco: „Pod koniec obecnej dekady biali Brytyjczycy staną się mniejszością w swoim stołecznym mieście, a liczba ludności muzułmańskiej podwoi się w ciągu następnych dziesięciu lat”.

Jak zostałyby przyjęte takie przewidywania? Z pewnością posłużono by się takimi sformułowaniami jak „alarmistyczne” i „sianie strachu”, ale najprawdopodobniej pojawiłyby się również takie pojęcia, jak „rasistowski”, a także „islamofobia” (chociaż słowo to dopiero rozpoczynało swoją karierę). W każdym razie możemy z dużą dozą pewności założyć, że tego rodzaju ekstrapolacje danych ze spisu powszechnego nie zostałyby powitane zbyt przychylnie. Jeżeli ktoś ma w tej kwestii inne zdanie, to niech sobie przypomni jeden reprezentatywny incydent z 2002 roku, kiedy dziennikarz „Timesa” wypowiedział się w sposób znacznie mniej radykalny na temat prawdopodobnej przyszłości imigracji, a chroniony immunitetem parlamentarnym ówczesny minister spraw wewnętrznych, David Blunkett, ocenił jego słowa jako „ocierające się o faszyzm”1.

Jednak wszelkie możliwe obelgi nie zmieniłyby faktu, że historia przyznałaby absolutną rację osobie, która w 2002 roku przedstawiłaby taką analizę. Następny spis powszechny, sporządzony w 2011 roku i opublikowany pod koniec 2012 roku, ujawnił znacznie więcej niż tylko wspomniane powyżej fakty. Pokazał, że liczba mieszkańców Anglii i Walii, którzy urodzili się za granicą, wzrosła o prawie trzy miliony w ciągu minionej dekady. Okazało się również, że zaledwie 44,9% londyńczyków uważa się za „białych Brytyjczyków”. Ujawnił wreszcie, że prawie trzy miliony osób w Anglii i Walii mieszka w gospodarstwie domowym, w którym ani jedna dorosła osoba nie posługuje się angielskim jako swoim pierwszym językiem.

Zmiany etniczne o takiej skali należałoby uznać za bardzo głębokie w dowolnym okresie, a nałożyły się na nie równie zaskakujące odkrycia na temat przekroju religijnego Wielkiej Brytanii. Okazało się na przykład, że rośnie liczba wyznawców wszystkich religii z wyjątkiem chrześcijaństwa. Tylko historyczna religia narodowa Wielkiej Brytanii notowała gwałtowny spadek liczby wiernych. Od poprzedniego spisu powszechnego odsetek osób uważających się za chrześcijan obniżył się z 72 do 59%. Liczba chrześcijan w Anglii i Walii spadła o ponad cztery miliony, z 37 do 33 milionów.

Podczas gdy chrześcijaństwo doświadczyło takiego załamania się liczby wyznawców — fachowcy prognozowali dalsze przyspieszenie tego procesu — masowa migracja była jednym z czynników, który niemalże doprowadził do podwojenia się liczby ludności muzułmańskiej. W okresie od 2001 do 2011 roku liczba muzułmanów w Anglii i Walii wzrosła z 1,5 miliona do 2,7 miliona. Istniało przy tym rozpowszechnione przekonanie, że rzeczywiste dane znacznie odbiegają od oficjalnych. Liczbę nielegalnych imigrantów, którzy raczej nie trafili do spisu powszechnego, szacowano na co najmniej milion osób, a dwie miejscowości, które najszybciej się rozrastały (o 20% w ciągu dziesięciu lat), już wcześniej notowały najwyższy w Zjednoczonym Królestwie odsetek ludności muzułmańskiej (Tower Hamlets i Newham). Jednocześnie co piąte gospodarstwo domowe w tych miejscowościach nie wypełniło ankiety, zaliczając się pod tym względem do krajowych rekordzistów. Wszystko to sugerowało, że szokujące dane ze spisu powszechnego są drastycznie niedoszacowane. Jednak nawet w swojej łagodniejszej wersji nie mogły nie wzbudzić zaskoczenia.

Mogłoby się wydawać, że społeczeństwo będzie sobie przyswajać tę wiadomość przez co najmniej rok, tymczasem już po paru dniach zapomniano o całej sprawie — jak o każdej ulotnej wiadomości w mediach. To nie była jednak ulotna wiadomość, tylko wiarygodny opis niedawnej przeszłości, teraźniejszości i nieuchronnej przyszłości kraju. Przyglądając się wynikom spisu powszechnego z 2012 roku, nie sposób było uciec szczególnie od jednej konkluzji: masowa imigracja gruntownie zmieniała, a raczej już gruntownie zmieniła Wielką Brytanię. W 2011 roku Wielka Brytania była zasadniczo innym krajem od tego, który istniał przez stulecia. Jednak reakcje na zawarte w spisie powszechnym fakty, na przykład że w 23 spośród 33 dzielnic Londynu „biali Brytyjczycy” stanowili teraz mniejszość, były równie pouczające jak same dane2. Rzecznik urzędu statystycznego (ONS) uznał wyniki za krzepiący przejaw „różnorodności”3.

Reakcje polityków i mediów zaskakiwały swoją jednomyślnością. Politycy wszystkich najważniejszych partii politycznych uznali wyniki spisu powszechnego za powód do radości. Pod tym względem od lat nic się nie zmieniło. W 2007 roku ówczesny burmistrz Londynu, Ken Livingstone, z dumą mówił o tym, że 35% londyńskich pracowników urodziło się za granicą4. W powietrzu wisiało pytanie, czy istnieje w tej kwestii jakiś optymalny poziom. Od lat się wydawało, że o zmianach demograficznych wypada mówić wyłącznie z radością i optymizmem umacnianym przez rzekomy fakt, że proces ten nie jest niczym nowym.

Tymczasem przez większość dziejów kraju, a już na pewno w ubiegłym tysiącleciu, brytyjski skład ludnościowy był zaskakująco stabilny. Nawet na skutek podboju normańskiego w 1066 roku — prawdopodobnie najważniejszego wydarzenia w historii Albionu — odsetek ludności normańskiej w Anglii nie przekroczył 5%5. Wcześniejsze i późniejsze ruchy ludnościowe zasadniczo odbywały się między główną wyspą a Irlandią oraz między krajami, które później miały się złożyć na Zjednoczone Królestwo. Po drugiej wojnie światowej Wielka Brytania musiała wypełnić braki na określonych obszarach rynku pracy, zwłaszcza w sektorze transportowym i w nowo powołanej Narodowej Służbie Zdrowia. Tak zaczął się okres masowej migracji, z początku powolnej. Ustawa o narodowości brytyjskiej z 1948 roku zezwoliła na imigrację z terenów dawnego imperium — obecnej Brytyjskiej Wspólnoty Narodów — i na początku lat pięćdziesiątych z możliwości tej korzystało kilka tysięcy osób rocznie. Pod koniec dekady liczba przybyszów szła już w dziesiątki tysięcy, a w latach sześćdziesiątych w setki tysięcy. Zdecydowana większość imigrantów przyjeżdżała z Indii Zachodnich, a także z Indii, Pakistanu i Bangladeszu. Wielu z nich podejmowało pracę w brytyjskich fabrykach i polecało to samo innym — na ogół członkom własnej rodziny albo klanu.

Chociaż pojawiały się zaniepokojone głosy dotyczące tych procesów, kolejne rządy laburzystowskie i konserwatywne, które wymieniały się u władzy, nie były w stanie zbyt wiele zrobić, żeby powstrzymać ten ruch ludnościowy. Podobnie jak we Francji, Holandii czy w Niemczech nie było jasności, a tym bardziej zgodności poglądów na temat konsekwencji napływu pracowników zza granicy — ba, nie było nawet pewności, czy ci ludzie zostaną tu na stałe. Dopiero kiedy zniknęły wątpliwości w tej ostatniej kwestii, czyli kiedy stało się oczywiste, że imigranci zostaną i sprowadzą do Wielkiej Brytanii rodziny, społeczeństwo brytyjskie uzyskało większą jasność co do niektórych skutków tego procesu.

W kolejnych latach parlament uchwalał bardzo konkretne ustawy dotyczące na przykład przestępczości wśród imigrantów. Niewiele było jednak prób odwrócenia ogólnego trendu, a część ustaw, które w zamierzeniu miały zaradzić pewnym niepokojącym dla społeczeństwa problemom, przyniosła nieoczekiwane skutki. Na przykład uchwalona w 1962 roku Ustawa o imigrantach z Brytyjskiej Wspólnoty Narodów mająca na celu ograniczenie napływu imigrantów i przekonanie niektórych z nich do powrotu do domu, miała przeciwstawny efekt, mianowicie wielu imigrantów sprowadziło do Zjednoczonego Królestwa całe rodziny, dopóki jeszcze istniała taka możliwość. Innym czynnikiem zachęcającym do przyjazdu był fakt, że po 1962 roku imigranci z Brytyjskiej Wspólnoty Narodów nie musieli już mieć z góry zagwarantowanej pracy. Następną próbę zahamowania napływu imigrantów podjęto dopiero w 1971 roku za pomocą ustawy imigracyjnej. Innymi słowy, chociaż migracja na tak wielką skalę nigdy nie była planowana, kolejne rządy musiały sobie radzić z konsekwencjami sytuacji, w której znalazł się naród brytyjski. Sytuacji tej nikt nigdy dokładnie nie przewidział i każdy rząd musiał reagować na jej reperkusje.

Reperkusje te obejmowały wybuchy poważnych konfliktów rasowych. W 1958 roku w Notting Hill doszło do brutalnych starć między imigrantami z Indii Zachodnich i białymi londyńczykami. Jednak takie punkty zapalne są nadal pamiętane właśnie dlatego, że stanowiły wyjątek, a nie regułę. Chociaż wśród zwykłych obywateli obecność imigrantów bez wątpienia obudziła nieufność i niepokój, wszelkie próby politycznego wykorzystania tych nastrojów konsekwentnie kończyły się klęską. Dobitnym tego przykładem jest Oswald Mosley, były przywódca Brytyjskiej Unii Faszystów, a obecnie szef Ruchu Związkowego. Kiedy Mosley usiłował wykorzystać zamieszki w Notting Hill do celów wyborczych i w 1959 roku ubiegał się o mandat poselski, osiągnął wynik jednocyfrowy. Brytyjczycy dostrzegali, że masowa imigracja rodzi problemy, ale mieli również świadomość, że rozwiązań nie należy szukać u ekstremistów, których wcześniej odprawili z kwitkiem.

Nie zmienia to jednak faktu, że problemy się pojawiały, między innymi dla przybyszów, którzy padali ofiarą dyskryminacji. W reakcji na te problemy parlament uchwalił ustawy o stosunkach rasowych — w 1965, 1968 i 1976 roku — zakazujące dyskryminacji z powodu „koloru skóry, rasy lub pochodzenia etnicznego bądź narodowego”. Ustawy te zawsze powstawały w reakcji na jakiś poważny incydent, co pokazuje, jak słabo przemyślany był ten temat. Żadnej ustawy o stosunkach rasowych nie przygotowano na przykład w 1948 roku, a to dlatego, że nikt nie przewidział, jak dużo ludzi przybędzie do Zjednoczonego Królestwa i jak nieprzyjemne konsekwencje to za sobą pociągnie.

W całym tym okresie sondaże pokazywały, że większość społeczeństwa brytyjskiego jest przeciwna polityce migracyjnej kolejnych rządów i uważa, że poziom migracji jest za wysoki. W kwietniu 1968 roku ankieterzy Gallupa ustalili, że według 75% Brytyjczyków przepisy imigracyjne są za mało restrykcyjne. Liczba ta miała niedługo wzrosnąć do 83%6. Właśnie wtedy imigracja mogła osiągnąć rangę ważnej kwestii politycznej. W tym samym miesiącu członek konserwatywnego gabinetu cieni, Enoch Powell, wygłosił na forum konserwatywnego stowarzyszenia w Birmingham przemówienie, po którym rozgorzała dyskusja, ale równie szybko zgasła. Powell posłużył się trochę innymi sformułowaniami niż te, które mu przypisano, ale przemówienie o „rzekach krwi” opierało się na proroctwie, że jeżeli tempo imigracji się utrzyma, Wielką Brytanię czeka ponura przyszłość. „Kiedy bogowie chcą kogoś zniszczyć, najpierw doprowadzają go do obłędu — oświadczył Powell. — Musimy być obłąkani, dosłownie obłąkani, jako naród zezwalający na roczny napływ około 50 tysięcy świadczeniobiorców, którzy w większości stanowią materiał na przyszły rozwój ludności pochodzenia imigranckiego. To jest tak, jak byśmy obserwowali naród, który pracowicie buduje sobie stos pogrzebowy”7. Chociaż przemówienie Powella dotyczyło tożsamości i przyszłości kraju, były w nim również kwestie praktyczne, na przykład czy przy tak ogromnych obciążeniach budżetowych dla wyborców i ich dzieci starczy miejsc w szpitalach i szkołach.

Przewodniczący Partii Konserwatywnej, Edward Heath, natychmiast usunął Powella z gabinetu cieni i Powell stracił wszelkie szanse na zyskanie poparcia polityków głównego nurtu, a jego kariera polityczna legła w gruzach. Jednak jego poglądy cieszyły się powszechnym poparciem społecznym — z sondaży wynikało, że około trzech czwartych społeczeństwa podzielało jego opinie, a 69% uważało, że Heath niesłusznie go zdymisjonował8. Wiele lat później jeden z przeciwników Powella z Partii Konserwatywnej, Michael Heseltine, powiedział, że gdyby zaraz po swoim przemówieniu Powell stanął do walki o przywództwo Partii Konserwatywnej, wygrałby w cuglach, a następnie Partia Konserwatywna odniosłaby „miażdżące zwycięstwo” w wyborach powszechnych9. Stało się jednak inaczej i Powell do końca życia pozostał poza polityką.

Od czasu przemówienia „rzeki krwi” w Wielkiej Brytanii panuje przekonanie, że wystąpienie Powella zniszczyło nie tylko jego karierę, ale również wszelkie szanse na pogłębioną i uczciwą debatę o imigracji. Powell posłużył się tak drastycznymi sformułowaniami i snuł tak ponure wizje, że każdemu, kto wyrażał zaniepokojenie kwestią imigracji, przylepiano etykietkę „powellisty”. Nie da się ukryć, że niektóre fragmenty przemówienia Powella ułatwiły zadanie jego przeciwnikom politycznym i były wodą na młyn dla prawicowych ekstremistów. Ale kiedy dzisiaj czytamy jego przemówienie i reakcje na nie, najbardziej zaskakują te fragmenty, za które wtedy go piętnowano, a które dzisiaj wydają się wręcz banalne, na przykład kiedy twierdził, że w Wielkiej Brytanii jest ulica, przy której mieszka tylko jedna biała kobieta. W późniejszych dyskusjach uznano to za zmyślone, ponieważ w powszechnym przekonaniu taka ulica nie mogła istnieć. Ale gdyby ktoś w 1968 roku zaproponował Powellowi, aby wykorzystał swoje przemówienie w Birmingham do postawienia prognozy, że jeszcze za życia większości słuchaczy osoby określające się jako „biali Brytyjczycy” będą stanowiły mniejszość w stolicy kraju, uznałby takiego doradcę za szaleńca. Podobnie jak we wszystkich innych krajach Europy nawet najsłynniejszy prorok w imigracyjnej kwestii w rzeczywistości nie docenił powagi sytuacji.

Prawdziwość tezy, że wystąpienie Powella uniemożliwiło dyskusję o imigracji na okres jednego pokolenia, wynika z faktu, iż politycy zyskali pretekst, aby nie musieć się tłumaczyć z konsekwencji swojej polityki. Wielu z nich najwyraźniej doszło do wniosku, że z drogi, na którą wkroczył kraj, nie można już zejść. W latach sześćdziesiątych wciąż toczyła się w parlamencie debata o odsyłaniu imigrantów do ich kraju pochodzenia, jeśli na przykład popełnili w Wielkiej Brytanii przestępstwo10. Później wprowadzono przepisy utrudniające „małżeństwa z rozsądku”, których jedynym celem było uzyskanie obywatelstwa brytyjskiego11. Jednak w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych społeczność imigrancka osiągnęła takie rozmiary, że żadna polityka zmierzająca do ich ograniczenia nie odniosłaby już skutku, nawet gdyby uznano ją za pożądaną. Podobnie jak inne kraje Europy Wielka Brytania znalazła się w sytuacji, w której nie zamierzała się znaleźć i musiała improwizować w reakcji na wszelkie wyzwania i korzyści związane z nową rzeczywistością. Jednak o wyzwaniach rzadko rozmawiano, ponieważ nawet przedstawianie faktów uchodziło za nieprawomyślne.

W styczniu 1984 roku dyrektor szkoły w Bradford, Ray Honeyford, opublikował artykuł w niskonakładowym czasopiśmie „Salisbury Review”, dzieląc się swoimi refleksjami na temat pewnych aspektów kierowania szkołą w rejonie w dziewięćdziesięciu procentach zamieszkanym przez dzieci imigranckich rodziców. Wspomniał, że niektórzy muzułmańscy ojcowie nie pozwalają swoim córkom uczestniczyć w zajęciach tanecznych, teatralnych czy sportowych, a władze oświatowe milczą w kwestii tej i innych praktyk kulturowych, na przykład zabierania dzieci do Pakistanu w trakcie roku szkolnego. Przekonywał również, że uczniów należy zachęcać do mówienia językiem ich kraju zamieszkania i do poznawania jego kultury, a nie do prowadzenia równoległego życia. Honeyford uważał bowiem, że specjaliści od stosunków rasowych popychają imigrantów właśnie w tę stronę.

Środowisko zajmujące się stosunkami rasowymi, skrytykowane przez Honeyforda w jego artykule, błyskawicznie zorganizowało kampanię przeciwko niemu. Muzułmański burmistrz Bradford zażądał dymisji Honeyforda, a wiele lat później oskarżył go między innymi o „szowinizm kulturowy”12. W atmosferze protestów i rozlegających się w całym kraju okrzyków „rasista” Honeyford został wyrzucony z pracy i już nigdy nie pracował w szkolnictwie. W inkryminowanym artykule stwierdził, że życie polityczne, a nawet język debaty tak się zdegenerowały, że o takich sprawach trudno pisać uczciwie — sposób, w jaki go później potraktowano, dobitnie zilustrował tę tezę. Dlaczego lubiany dyrektor, na którego nie było innych skarg, został zmuszony do odejścia z zawodu za przedstawienie tego rodzaju argumentów? Jedyne wyjaśnienie brzmi, że w tamtym czasie nawet najzwyklejsza prawda o migracji nie była jeszcze możliwa do przyjęcia. Od jakiegoś czasu funkcjonował paradygmat polityczno-społeczny niezbyt zgrabnie nazywany „multikulturalizmem” i w 1984 roku nie dało się jeszcze podważyć fundamentów tego modelu. Chociaż dla Raya Honeyforda nie byłoby to zbytnim pocieszeniem, po paru dekadach od ukazania się jego artykułu znacznie więcej ludzi mówiło, że w jego tekście chyba było coś na rzeczy, a zanim zmarł w 2012 roku, zasadnicze zręby jego tezy zyskały powszechną akceptację.

W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych pod nowym sztandarem „multikulturalizmu” utrzymywał się nieprzerwany strumień imigracji z Półwyspu Indyjskiego i innych obszarów. Istniał jednak niewypowiedziany konsensus, w ramach którego po cichu ograniczano imigrację (mimo to rosnącą). Po miażdżącym zwycięstwie wyborczym Partii Pracy w 1997 roku konsensus ten się rozpadł. Chociaż w manifeście wyborczym ani w wypowiedziach polityków Partii Pracy nie pojawił się taki postulat, rząd Tony’ego Blaira otworzył granice na skalę niespotykaną nawet w okresie powojennym. Zlikwidowano „przepis o podstawowym celu”, który miał za zadanie uniemożliwiać zawieranie fikcyjnych małżeństw. Otworzono granice dla każdej osoby uznanej za niezbędną dla gospodarki brytyjskiej, przy czym definicja była tak szeroka, że kelnerów sklasyfikowano jako „pracowników wykwalifikowanych”. Kilka lat później otworzono również granice dla obywateli nowych państw członkowskich UE z Europy Wschodniej. Skutki tych wszystkich działań, a także wielu innych złożyły się na obraz kraju ujawniony przez spis powszechny w 2011 roku.

Istnieją oczywiście rozmaite interpretacje wzrostu imigracji po 1997 roku. Autorem najbardziej znanej z nich był Andrew Neather piszący przemówienia dla polityków Partii Pracy, który w 2009 roku stwierdził, że rząd Tony’ego Blaira celowo złagodził przepisy imigracyjne, aby „utrzeć prawicy nosa różnorodnością” i zbudować elektorat, który — jak naiwnie wierzono — okaże się lojalny wobec laburzystów13. Wypowiedź ta wywołała skandal i Neather później ją stonował. Politycy laburzystowscy z tamtych czasów przekonywali, że nie mają pojęcia, kto to jest Neather. Jednak nietrudno dostrzec, że każdy polityk, niekoniecznie blisko związany z władzami partyjnymi, mógł odnieść wrażenie, iż rząd Blaira kieruje się właśnie takimi pobudkami.

Na przykład odkąd Barbara Roche została mianowana ministrem ds. azylowych i imigracyjnych za pierwszej kadencji Blaira, widać było, że dąży do całkowitej przebudowy brytyjskiej polityki imigracyjnej i azylowej. Podczas gdy premier skupiał się na innych sprawach, Roche zmieniała każdy aspekt polityki rządu brytyjskiego w tym obszarze. Od tej pory każda osoba ubiegająca się o azyl, nawet bezpodstawnie, mogła pozostać w Wielkiej Brytanii, bo jak Roche poinformowała pewnego urzędnika, „wydalenie zajmuje zbyt dużo czasu i budzi zbyt duże emocje”. Poza tym Roche uważała tymczasowe ograniczenia imigracji za „rasistowskie”, a całą „atmosferę” wokół imigracji za „toksyczną”. Pełniąc urząd ministra, wielokrotnie wyrażała ambicję przeobrażenia Wielkiej Brytanii. Jak powiedział jeden z jej kolegów, „Roche nie uważała, że jej zadaniem jest kontrolowanie napływu ludzi do Wielkiej Brytanii, lecz »holistyczne« spojrzenie na szerszy obraz, rzekomo pokazujący, że społeczeństwo wielokulturowe jest korzystne”.

Ani premier, ani minister spraw wewnętrznych, Jack Straw, nie byli zainteresowani kwestionowaniem nowej polityki azylowej, czy też faktu, że za czasów Roche każda osoba wjeżdżająca do Wielkiej Brytanii automatycznie zamieniała się w „migranta ekonomicznego”, nawet jeżeli przed przyjazdem nie znalazła sobie pracy.

Kiedy pojawiała się krytyka polityki Roche, wewnątrzpartyjna bądź zewnętrzna, pani minister odrzucała ją jako rasistowską. Barbara Roche — która krytykowała swoich kolegów, że są za bardzo biali — przekonywała, że samo wspominanie o imigracji jest rasistowskie14. Wraz ze swoim najbliższym otoczeniem dążyła do gruntownej transformacji społeczeństwa brytyjskiego. Roche, potomkini Żydów z londyńskiego East Endu, uważała, że imigracja w każdych okolicznościach jest dobra. Dziesięć lat po wprowadzonych przez siebie zmianach powiedziała do dziennikarza, któremu udzielała wywiadu: „Kocham różnorodność Londynu. Po prostu czuję się z nią dobrze”15.

Działania Roche i kilku innych przedstawicieli rządu Partii Pracy w 1997 roku wskazują na celową politykę przemian społecznych: wojnę kulturową przeciwko społeczeństwu brytyjskiemu z wykorzystaniem imigrantów jako swoistego tarana. Inna teoria, niekoniecznie sprzeczna z powyższym poglądem, brzmi, że wszystko to było wynikiem biurokratycznej nieudolności, z której kolejne rządy nie umiały się wyplątać, a pod rządami „nowej” Partii Pracy sytuacja już całkowicie wymknęła się spod kontroli. Może o tym świadczyć rozbieżność między liczbą nowych przybyszów oczekiwaną przez rząd laburzystowski a rzeczywistymi danymi. Na przykład w 2004 roku po przyznaniu obywatelom nowych państw członkowskich UE prawa wjazdu do Zjednoczonego Królestwa rząd brytyjski ogłosił prognozę, że z możliwości tej skorzysta około 13 tysięcy osób rocznie. Autorzy zleconego przez rząd raportu utrzymywali, że po zniesieniu ograniczeń władze będą w stanie „całkowicie kontrolować” napływ imigrantów. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Przepisy dotyczące pozwoleń na pracę tak zmieniono, że wykwalifikowani i niewykwalifikowani imigranci mogli wjechać do Wielkiej Brytanii i pozostać tam jako „zagraniczni pracownicy”. Większość z nich wybrała stały pobyt. Jak można było przewidzieć, rzeczywiste liczby znacznie przekroczyły szacunki nawet największych zwolenników masowej migracji. Prognozowano, że liczba imigrantów spoza Unii Europejskiej wzrośnie ze 100 tysięcy w 1997 roku do 170 tysięcy w 2004 roku. Jak się okazało, rządowe przewidywania zostały przekroczone o prawie milion osób16. Rządowi eksperci nie przewidzieli między innymi, że Wielka Brytania może być szczególnie atrakcyjnym miejscem dla ludzi z krajów ze znacznie niższymi przeciętnymi dochodami albo bez płacy minimalnej. W każdym razie przyjęte rozwiązania poskutkowały tym, że liczba wschodnich Europejczyków mieszkających w Wielkiej Brytanii wzrosła ze 170 tysięcy w 2004 roku do 1,24 miliona w 2013 roku17.

To, że rządowe prognozy okażą się drastycznie niedoszacowane, potrafiłaby oczywiście przewidzieć każda osoba mająca choć trochę wiedzy na temat historii powojennej imigracji — historii cechującej się tym, że liczba przybyszów zawsze była nieporównanie wyższa od oczekiwanej. Doszedł do tego jednak dodatkowy czynnik, mianowicie w pierwszych latach rządów nowej Partii Pracy kontrola imigracji po prostu nie należała do priorytetów władzy. Stworzono również klimat, w którym jakiekolwiek restrykcje imigracyjne uchodziły za „rasistowskie” (nawet jeżeli dotyczyły mieszkańców Europy Wschodniej), co tłumiło wszelkie wewnątrzpartyjne i opozycyjne głosy sprzeciwu. Niezależnie od tego, czy polityka wzrostu liczby imigrantów była niezauważana czy oficjalnie akceptowana, nie ulega wątpliwości, że w rządzie brytyjskim nikt jej nie krytykował.

Zostawiając na boku kwestię, jakie były pobudki rządu, warto zwrócić uwagę na rzadko dostrzegany fakt, że reakcje społeczeństwa na szybki wzrost imigracji i gwałtowne przemiany w wielu regionach Wielkiej Brytanii były wyjątkowo tolerancyjne. W ciągu kolejnych dekad nie dochodziło do poważniejszych czy długotrwałych wybuchów rasistowskich nastrojów, czy przemocy, a jedyna rasistowska partia polityczna w kraju — Brytyjska Partia Narodowa — ponosiła wyborcze klęski. Sondaże opinii i obserwacje życia społecznego wskazywały, że większość ludzi nadal nie czuje osobistej wrogości do imigrantów i osób o innym pochodzeniu etnicznym. Z kolejnych sondaży wynikało jednak, że większość Brytyjczyków jest głęboko zaniepokojona całym zjawiskiem i martwi się w tym kontekście o przyszłość. Mimo to wszelkie próby podniesienia tej kwestii przez polityków (na przykład plakat wyborczy Partii Konserwatywnej z 2005 roku sugerujący „ograniczenia” imigracji) były potępiane przez resztę klasy politycznej, skutkiem czego nie toczyła się poważna debata publiczna dotycząca imigracji.

Być może kolejne rządy zarówno konserwatywne, jak i laburzystowskie przez kilkadziesiąt lat odkładały jakąkolwiek dyskusję na ten temat nie tylko dlatego, że społeczeństwo miało w tej sprawie inne zdanie, ale być może podejrzewały również, że straciły kontrolę nad tym aspektem rzeczywistości. W 2010 roku Partia Konserwatywna obiecała zmniejszyć imigrację z setek tysięcy do dziesiątek tysięcy rocznie i powtórzyła tę obietnicę już po dojściu do władzy i zawiązaniu koalicji z Liberalnymi Demokratami. Nawet nie zbliżyła się jednak do wyznaczonego celu, podobnie jak następna konserwatywna ekipa, która rządziła już samodzielnie i podtrzymała wcześniejszą obietnicę. Po pięciu latach rządów koalicyjnych i po pierwszym okresie kadencji rządu konserwatywnego, także głoszącego hasło zmniejszenia imigracji, napływ przybyszów z zagranicy nie tylko się nie obniżył, ale wzrósł do rekordowego poziomu 330 tysięcy osób rocznie18.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Przedziwna śmierć Europy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002