Justyna. Kwartet aleksandryjski

Justyna. Kwartet aleksandryjski

Autorzy: Lawrence Durrell

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 304

cena od: 14.90 zł

Niecodzienne namiętności i sensacyjne wydarzenia na tle międzynarodowej intrygi politycznej

Kwartet aleksandryjski  to legendarne już dzieło Lawrence'a Durrella, na które składają się cztery kolejne powieści : Justyna, Balthazar, Mountolive i Clea. Wszystkie uzupełniają się wzajemnie, ale każda z osobna stanowi odrębną, samoistną całość.

O randze artystycznej tetralogii Durrella przesądza nie tylko nowatorski zabieg formalny, polegający na przedstawieniu w kolejnych częściach Kwartetu tych samych wydarzeń i uwikłanych w nie ludzi z różnych punktów widzenia, ale także barwna fabuła, wyrazistość postaci, wzbogacane z tomu na tom wątki - od miłosnych po polityczne - oraz fascynująca wizja Aleksandrii, z całym jej bliskowschodnim czarem i aurą tajemniczości.

Lawrence Durrell

Justyna. Kwartet aleksandryjski

Tytuł oryginału

The Alexandria Quartet. Justine

ISBN

Copyright © 1962 by Lawrence Durrell

Justine first published in 1957 © Lawrence Durrell, 1957

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Rafał Skibiński, 2017

Copyright © for the Polish edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2017

Projekt graficzny okładki

Grzegorz Kalisiak

Wydanie I w tej edycji

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Część pierwsza

Część druga

Część trzecia

Część czwarta

Uzupełnienie

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Wszystkie postacie występujące w tej powieści — która jest pierwszą częścią cyklu — są fikcyjne, tak samo jak osoba narratora, i nie mają pierwowzorów wśród żyjących ludzi.

Tylko miasto jest prawdziwe.

Te wspomnienia o Jej rodzinnym mieście poświęcam Eve

Oswajam się z myślą, że każdy akt seksualny można uważać za proces, w którym zaangażowane są cztery osoby. Będziemy musieli to przedyskutować.

Z. Freud, „Korespondencja”

Mamy do wyboru dwie postawy: albo zbrodnię, która nas uszczęśliwia, albo pętlę, która chroni nas od nieszczęśliwego życia. Pytam, czy można się wahać, śliczna Tereso, i gdzie znajdziesz w swojej główce argument, który mógłby zbić moje rozumowanie?

D.A.F. de Sade, „Justine”

Część pierwsza

Morze jest dzisiaj znowu wzburzone i wiatr dmucha niepokojąco. W pełni zimy wyczuwa się kaprysy wiosny. Niebo do południa jak gorąca, naga perła, świerszcze w bezpiecznych kryjówkach, a teraz wiatr odsłania wielkie płaszczyzny, plądruje po wielkich płaszczyznach.

Uciekłem na tę wyspę, biorąc z sobą kilka książek i dziecko Melissy. Nie wiem, dlaczego użyłem słowa „ucieczka”. Mieszkańcy wioski żartują, że tylko chory człowiek mógł wybrać do odbudowy dom w tak zapadłym kącie. A więc przybyłem tutaj, żeby się wyleczyć, jeżeli wolicie tak to określić...

Nocą, gdy wiatr huczy, a dziecko śpi spokojnie w drewnianym łóżeczku przy kominku, po którym obija się echo, zapalam lampę, kusztykam po pokoju i myślę o moich przyjaciołach — o Justynie, o Nessimie, o Melissie i Balthazarze. Po żelaznym łańcuchu pamięci, ogniwo po ogniwie, wracam do miasta, gdzie tak krótko mieszkaliśmy razem; to miasto posługiwało się nami jak swoją florą i przyśpieszało w nas wybuch konfliktów, które były jego konfliktami, chociaż my braliśmy je błędnie za własne; wracam do ukochanej Aleksandrii.

Musiałem odejść od niej tak daleko, żeby ją w pełni zrozumieć. Tutaj, na tym nagim przylądku, który Arktur co noc wyrywa z ciemności, z dala od nasyconego wapnem pyłu tych letnich popołudni, nareszcie widzę, że nikt z nas nie powinien być sądzony za to, co się stało w przeszłości. To miasto trzeba postawić przed sądem, chociaż cenę musimy zapłacić my, jego dzieci.

Przede wszystkim, czym jest to nasze miasto? Co streszcza się w nazwie Aleksandria? Przed oczyma mojej duszy przemyka wizja tysiąca ulic, owianych kłębami kurzu. Dziś władają nimi muchy i żebracy, i ci, którzy lubią egzystencję pośrednią między muchą a żebrakiem.

Pięć ras, pięć języków, kilkanaście wyznań, pięć flot, poruszających się wśród własnych odbić w tłustej wodzie za redą. Ale płci jest więcej niż pięć i myślę, że tylko rodowity Grek potrafi je odróżnić. Strawa seksualna, którą tu każdy ma pod ręką, oszałamia różnorodnością i obfitością. Nikogo nie oszukają pozory szczęśliwego miasta. Symbolicznych kochanków wolnego helleńskiego świata zastąpiło tu coś innego, istoty subtelnie obojniacze, z natury swojej zboczone. Orient nie może radować się słodką anarchią ciała, bo prześcignął ciało. Pamiętam, jak Nessim kiedyś powiedział — cytując kogoś, jak mi się zdaje — że Aleksandria jest dla miłości tym, czym tłocznia dla wina; kto z niej się wydostanie, jest chory, jak pustelnicy i prorocy, to znaczy ci wszyscy, którzy są głęboko w swoim życiu seksualnym okaleczeni.

Notatki do palety krajobrazu... Długie sekwencje tempery. Światło przesączone przez cytrynową esencję. Powietrze pełne ceglanego pyłu, pachnącego słodko ceglanego pyłu i woni rozprażonych bruków gaszonych wodą. Jasne, wilgotne chmury ciążą ku ziemi, ale rzadko przynoszą deszcz. Wszystko to zbryzgane zakurzoną czerwienią, zakurzoną zielenią, liliową bielą wapienną i rozcieńczonym szkarłatem laki. Latem opary morza powlekają atmosferę delikatnym pokostem. Wszystko jest trochę lepkie.

Ale jesienią powietrze jest suche, rozedrgane, ostre od statycznej elektryczności, rozpłomienia ciało pod lekką odzieżą. Krew upomina się o swoje prawa, jak więzień szarpiący kraty celi. Pijana prostytutka błądzi ciemnymi ulicami, rozsypując strzępy piosenki jak płatki kwiatu. Czy to w tej pieśni Antoniusz usłyszał obezwładniającą serce melodię, która skłoniła go do skapitulowania raz na zawsze przed ukochanym miastem?

Niezaspokojone młodzieńcze ciała szukały przyjaznej nagości i w małych kawiarenkach, gdzie Balthazar często bywał w towarzystwie starego poety tego miasta, chłopcy kręcili się niespokojnie, grając pod lampą naftową w trik-traka: wytrącał ich z równowagi suchy pustynny wiatr — tak nieromantyczny, tak nieufny — więc kręcili się i odwracali głowy, śledząc każdego cudzoziemca. Walczą o oddech i w każdym pocałunku lata wykrywają smak niegaszonego wapna...

Musiałem przyjechać tutaj, żeby odbudować całkowicie w swojej wyobraźni to miasto, melancholijne prowincje, które stary człowiek1 widział wypełnione „czarnymi ruinami” swojego życia. Szczęk tramwajów, które wzdrygają się, dzwoniąc metalowymi żyłami, gdy przejeżdżają przez midan Mazerita, brunatny jak jodyna. Złoto, fosfor, papier magnezjowy. Często spotykaliśmy się tutaj. Był tam latem mały kolorowy kiosk, gdzie sprzedawano plastry arbuzów i jej ulubione sorbety. Przychodziła oczywiście z kilkuminutowym spóźnieniem — może prosto z jakiejś schadzki w mrocznym pokoju, o czym wolałem nie myśleć — ale tak świeża, tak młoda, z rozchylonymi płatkami ust, spadającymi na moje wargi jak rosa na skwar lata. Mężczyzna, z którym rozstała się dopiero co, może jeszcze przeżywał wciąż na nowo jej wspomnienie, może była jeszcze oproszona pyłkiem jego pocałunków. Nie miało to wielkiego znaczenia, kiedy czułem giętki ciężar żywej istoty opartej o moje ramię, gdy uśmiechaliśmy się do siebie z niesamolubną szczerością dwojga ludzi, którzy wyrzekli się sekretów. Było nam dobrze, gdy staliśmy tak niezręcznie, trochę nieśmiało oddychając w przyspieszonym rytmie, bo wiedzieliśmy, czego nawzajem od siebie chcemy. Porozumienie nawiązywało się poza świadomością, bezpośrednio, cieleśnie: przez wargi, oczy, sorbety i kolorowy kiosk. Staliśmy, lekko sczepieni z sobą małymi palcami, chłonęliśmy aż do dna to popołudnie pachnące kamforą. Byliśmy cząstką miasta...

Dziś wieczorem przeglądałem papiery. Trochę ich poszło na kuchenny użytek, trochę zniszczyło dziecko. Podoba mi się taka forma cenzury, bo jest w niej obojętność świata przyrody wobec konstrukcji artystycznych, obojętność, którą sam zaczynam podzielać. Na cóż się w końcu przyda piękna metafora poświęcona Melissie, gdy ona leży pogrzebana jak mumia w płytkim ciepłym piachu czarnej delty?

Ale wśród tych papierów przechowuję starannie trzy zeszyty dzienników Justyny i foliał, zawierający historię obłędu Nessima. Dał mi je wszystkie Nessim, gdy się rozstawaliśmy, i powiedział:

— Weź to i przeczytaj. Dowiesz się wielu rzeczy o nas wszystkich. Może dzięki temu będziesz mógł znieść wspomnienie o Justynie i nie załamiesz się, tak jak ja.

Było to w Letnim Pałacu po śmierci Melissy, kiedy Nessim jeszcze wierzył, że Justyna do niego wróci. Często myślę, i zawsze z pewnym lękiem, o jego miłości do Justyny. Czy może istnieć uczucie bardziej pełne, mocniej w sobie ugruntowane? Ta miłość zabarwiała jego nieszczęście jakąś ekstazą, nosił stygmaty z radością, której można by się spodziewać raczej u świętych niż u kochanków. Ale odrobina zmysłu humoru ocaliłaby go od tak okropnych, wszystko ogarniających cierpień. Łatwo krytykować, wiem, wiem...

W wielkiej ciszy zimowych wieczorów jest tylko jeden zegar: morze. Jego stłumiony miarowy szum jest w moim umyśle fugą, i w nią wplatam swoje zapiski. Puste kadencje morskich fal, które liżą własne rany. Kapryszą w ujściach delty, kipią na tych bezludnych plażach — pustych, wiecznie pustych pod skrzydłami mew: białe zygzaki na szarości powygryzanej przez obłoki. Jeśli zjawiają się czasem żagle, nikną, zanim padnie na nie cień lądu. Wraki znoszone na przyczółki wyspy, ostatnie skorupy przeżarte erozją, wchłonięte w niebieską paszczę wody... stracone!

Co dzień rano stara pomarszczona chłopka przyjeżdża z wioski na mule, żeby posprzątać w domu, ale poza tym jesteśmy tutaj zupełnie sami — ja i dziecko. Dziecko jest wesołe i stale czymś zajęte w nieznajomym otoczeniu. Jeszcze nie nadałem mu imienia. Oczywiście będzie nazywało się Justyna, jakżeby inaczej?

Co do mnie, nie czuję się ani szczęśliwy, ani nieszczęśliwy; jestem zawieszony jak włos, czy też jak piórko w mglistej plątaninie wspomnień. Mówiłem o bezużyteczności sztuki, ale nie powiedziałem prawdy o pociechach, którymi ona darzy. Praca taka, jaką teraz wykonuję mózgiem i sercem, przynosi pociechę, bo tylko w ciszy pracowni malarza lub pisarza można uporządkować, odtworzyć i ukazać rzeczywistość od jej sensownej strony. Nasze zwykłe uczynki w rzeczywistym świecie to jakby zgrzebny worek, ukrywający złotą tkaninę — jej znaczący coś deseń. Nam, artystom, sztuka umożliwia radosny kompromis z tym wszystkim, co w powszednim życiu zadaje nam rany i porażki; w ten sposób nie uciekamy od przeznaczenia, jak starają się robić zwykli ludzie, ale odsuwamy się, żeby mogło urzeczywistnić istotne swoje możliwości — w naszej wyobraźni. Gdyby nie to, po cóż ranilibyśmy się nawzajem? Nie, pocieszenia, którego szukam i które może będzie mi dane, nie znalazłbym nigdy w jasnych, przyjaznych oczach Melissy ani w chmurnym ciemnym spojrzeniu Justyny. Dziś każde z nas odeszło własną drogą, ale po tej pierwszej wielkiej katastrofie mojego wieku dojrzałego czuję, jak dzięki wspomnieniom o nich pogłębiają się niezmiernie granice mojej sztuki i mojego życia. W myślach na nowo dosięgam utraconych przyjaciół, jak gdybym jedynie tutaj — przy drewnianym stole, nad morzem, pod oliwnym drzewem — mógł ich oceniać tak, jak na to zasługują. Tak więc te moje zapiski powinny by mieć w swoim smaku coś z żywych osób, o których mówią, ich oddech, karnację, głosy, wplecione w elastyczną tkankę ludzkiej pamięci. Chcę, aby moi przyjaciele ożyli znów i osiągnęli moment, w którym ból staje się sztuką... Może podejmuję próbę daremną, nie wiem. Muszę jednak spróbować.

Dzisiaj we dwoje ukończyliśmy podmurowywanie kuchennego paleniska, rozmawiając przy pracy spokojnie. Mówię do małej dziewczynki tak, jakbym był sam, a ona odpowiada w heroicznym języku własnego pomysłu. W ziemi pod kamieniami paleniska zagrzebaliśmy obrączki, które Cohen kupił dla Melissy; taki jest zwyczaj na wyspie. Ma to zapewnić pomyślność mieszkańcom domu.

Kiedy poznałem Justynę, byłem prawie szczęśliwy. Nagle otwarły się przede mną jakieś drzwi, dzięki serdecznemu zbliżeniu z Melissą — które było tym bardziej cudowne, że nieoczekiwane i całkowicie niezasłużone. Jak wszyscy egoiści nie znoszę życia samotnego; ostatni rok kawalerstwa dał mi się mocno we znaki, a brak umiejętności gospodarskich, bezradność w sprawach ubrania, kuchni i pieniędzy doprowadziły mnie niemal do rozpaczy. Obrzydły mi także pokoje pełne karaluchów, gdzie mieszkałem obsługiwany przez Hamida, jednookiego berberyjskiego służącego.

Melissa zdobyła tę moją obdrapaną fortecę nie dzięki zaletom, które można by wyliczać, mówiąc o kochance, jak wdzięk, wyjątkowa uroda, inteligencja; nie, stało się to dzięki sile, którą mogę nazwać tylko jej miłosierdziem, tym, co Grecy rozumieli pod słowem „charitas”. Pamiętam, że widywałem ją w zimie na ulicy, bladą, dość szczupłą, w marnym fokowym futrze, z małym pieskiem na smyczy. Porysowane niebieskimi żyłami ręce gruźliczki itd. Brwi sztucznie podniesione ku górze podkreślały piękność nieustraszonych, szczerych oczu. Spotykałem ją codziennie przez kilka miesięcy z rzędu, lecz jej chmurna anilinowa uroda nie budziła we mnie oddźwięku. Dzień po dniu mijałem ją w drodze do Café Al Aktar, gdzie czekał Balthazar w czarnym kapeluszu, żeby udzielić mi swoich nauk. Nie śniło mi się nawet, że będę kiedykolwiek jej kochankiem.

Wiedziałem, że była przez jakiś czas modelką w Studio — zajęcie nie do pozazdroszczenia — a teraz jest tancerką; wiedziałem poza tym, że była na utrzymaniu u pewnego niemłodego już kuśnierza, grubego, ordynarnego kupca ze śródmieścia. Notuję tę garstkę faktów, po prostu żeby upamiętnić kawał mojego życia, który zapadł się w morze. Melissa! Melissa!

Wracam myślą do okresu, gdy dla nas czworga zewnętrzny świat prawie nie istniał. Dni stały się tylko pauzami między jednym a drugim snem, przerwą między przesuwającymi się płaszczyznami czasu, wypełnionego działaniem, prawdziwym życiem... Fala nic nieznaczących spraw, snująca się po martwej powierzchni rzeczy, nie przenikała do atmosfery, nie prowadziła do żadnego celu, nie żądała od nas niczego prócz niemożliwości; abyśmy byli obecni. Justyna powiedziałaby, że zostaliśmy schwytani w potrzask zastawiony z woli zbyt potężnej i zbyt celowej, aby mogła być wolą ludzką — wciągnięci na pole magnetyczne, jakie Aleksandria roztacza wokół tych, których wybrała na swoje typowe okazy.

Szósta godzina... Człapanie biało ubranych postaci w okolicy dworca. Przy rue des Soeurs sklepy to wypełniają się, to opróżniają, jak płuca. Blade wydłużające się wiązki popołudniowego słońca padają na długie łuki Esplanady, a olśnione gołębie niby rozsypane strzępki papieru wzlatują nad minarety, żeby złowić skrzydłami ostatnie promienie gasnącego światła. Srebro dzwoni na ladach w kantorach wymiany pieniędzy. Żelazne kraty przed bankiem są jeszcze tak gorące, że nie sposób ich dotknąć. Stukają kopyta koni ciągnących pojazdy, w których urzędnicy, każdy z głową nakrytą czerwonym fezem jak odwróconą doniczką, spieszą do nadmorskich kawiarni. O tej porze, najtrudniejszej do zniesienia, zobaczyłem z mojego balkonu niespodziewanie jej sylwetkę; bez pośpiechu, na pół jeszcze senna, w białych sandałkach szła ulicą. Miasto rozprostowuje zmarszczki jak stary żółw i rozgląda się dokoła. Na chwilę odwraca się od poszarpanych ochłapów mięsa, gdy z ukrytego zaułka obok rzeźni, górując nad rykiem i skargami bydła, dolatują nosowe dźwięki damasceńskiej piosenki miłosnej, przenikliwe, zgrzytliwe ćwierćtony.

Zmęczeni mężczyźni otwierają okiennice balkonów i mrużąc oczy, wychodzą na blade, gorące światło — anemiczne kwiaty popołudni spędzonych w udręce, na szamotaniu się w odrażającej pościeli, w bandażach snów. Stałem się jednym z tych biednych sumiennych urzędników, obywatelem Aleksandrii. Ona przechodzi pod moim oknem z uśmiechem jakiegoś intymnego zadowolenia i lekko chłodzi policzki małym czerwonym wachlarzem. Nigdy więcej nie zobaczę chyba tego uśmiechu, bo na zebraniach towarzyskich Justyna tylko śmieje się, ukazując wspaniałe białe zęby. Ale ten smutny i zarazem żywy uśmiech zdradzał coś, czego nie podejrzewałbym w niej, gdybym nie widział wtedy wyrazu jej twarzy: zdolność do żartów. A przecież zdawała się raczej postacią tragiczną i pozbawioną zwykłego zmysłu humoru. Tylko uporczywe wspomnienie tego uśmiechu kazało mi żywić pewne wątpliwości w dniach, które później nastąpiły.

Wiele razy migała mi tak przed oczyma w różnych okolicznościach i znałem ją, naturalnie, z widzenia dużo wcześniej, nim spotkaliśmy się oficjalnie. Nasze miasto nie pozwala na anonimowość osobom, których dochód przekracza dwieście funtów rocznie. Pamiętam ją siedzącą samotnie nad morzem, czytającą gazetę i jedzącą jabłko; widzę ją tak, jak ją kiedyś zobaczyłem w holu hotelu Cecil, między zakurzonymi palmami, ubraną w obcisłą suknię ze srebrnych łusek, w niedbale zarzuconym na ramię luksusowym futrze, które przytrzymywała, wsunąwszy smukły palec za tasiemkę wieszaka takim gestem, jakim chłopak wiejski zwykle trzyma kurtkę. Nessim stoi w drzwiach sali balowej, tonącej w blasku i muzyce. Nie wie, gdzie znikła Justyna. Pod palmami, w głębokiej niszy dwóch starszych panów siedzi nad szachownicą. Justyna zatrzymała się, żeby na nich popatrzeć. Nie ma pojęcia o szachach, ale fascynuje ją aura ciszy i skupienia, wypełniająca niszę po brzegi. Stoi między głuchymi graczami a strefą muzyki przez długą chwilę, jakby niezdecydowana, w który świat się zanurzyć. Wreszcie Nessim podchodzi bezszelestnie i ujmuje ją pod rękę; stoją teraz czas jakiś razem, ona patrzy na szachistów, on na nią. W końcu Justyna odwraca się cicho i niechętnie, ostrożnie, z lekkim westchnieniem wchodzi w krąg świateł.

Pamiętam ją także w innych okolicznościach, bez wątpienia mniej chlubnych dla niej i dla nas wszystkich, ale jakże wtedy była wzruszająca, jak miękko kobieca ta najbardziej męska i zaradna z kobiet. Nieodparcie przypominała mi rasę straszliwych władczyń, które zostawiły w tym mieście po sobie amoniakalną woń swoich kazirodczych miłości, unoszącą się niby chmura nad podświadomością Aleksandrii. Prawdziwymi jej siostrami były te olbrzymie ludożercze kocice, takie jak Arsinoe2. Lecz u podłoża uczynków Justyny kryło się też coś innego, wypływającego z późniejszej tragicznej filozofii, wedle której, ważąc moralność, trzeba na drugiej szali kłaść wyjątkową osobowość. Była ofiarą prawdziwie heroicznych wątpliwości. Mimo wszystko po dziś dzień dostrzegam bezpośredni związek między obrazem Justyny, pochylonej nad brudnym zlewem, w którym leży płód ludzki, a biedną Sofią Walentyna, umarłą z winy miłości jednocześnie doskonałej i źle skierowanej3.

Georges Pombal, skromny urzędnik konsulatu, dzieli ze mną mieszkanko przy ulicy Nebi Daniel. Rzadka to postać wśród dyplomatów, bo Pombal, jak się zdaje,

ma kręgosłup. Dla niego nużący kierat protokołu i przyjęć — tak podobny do surrealistycznego koszmaru — pełen jest egzotycznego uroku. Widzi dyplomację oczyma Celnika Rousseau. Pozwala sobie bawić się nią, ale nie pozwala nigdy, by ona wchłonęła pozostałą część jego intelektu. Sądzę, że sekret jego powodzenia tkwi w bezgranicznym lenistwie, zbliżającym się prawie do wymiarów nadprzyrodzonych.

Siedzi w Konsulacie Generalnym przy swoim biurku, na które sypie się nieustannie confetti biletów wizytowych z nazwiskami jego kolegów. Jest dermatoidową figurą lenia, ogromnym, powolnym człowiekiem, przedłużającym chętnie popołudniowe sjesty i czytującym Crébillona-syna. Jego chustki do nosa pachną prześlicznie wonią Eau de Portugal. Ulubionym tematem rozmów Pombala są kobiety, a nie brak mu w tej materii doświadczenia, bo przez nasze mieszkanko przepływa niekończący się strumień gości płci pięknej i rzadko wśród nich widzi się dwa razy tę samą twarz.

— Dla Francuza miłość tutaj jest interesująca. Ludzie tutejsi najpierw działają, a dopiero potem się zastanawiają. Gdy nadchodzi czas wątpliwości i wyrzutów sumienia, nikt nie ma już na nie energii, obezwładniony upałem. Tej miłości brak finezji, uduchowienia, ale mnie to odpowiada. Strawiłem w miłości serce i rozum, chcę, żeby mnie zostawiono w spokoju; nade wszystko, mon cher, mam dość tej judajsko-koptyjskiej manii rozdzielania włosa, analizowania wszystkiego. Chcę do rodzinnego wiejskiego domu w Normandii wrócić ze zdrowym sercem.

W zimie Pombal wyjeżdża na długie urlopy i wtedy mam całe nasze wilgotne mieszkanko wyłącznie dla siebie; do późna w nocy poprawiam zeszyty, a towarzystwa dotrzymuje mi tylko chrapanie Hamida. Ostatnio zaszedłem sam w sobie w ślepy zaułek. Brakuje mi siły woli, żeby zrobić coś z własnego życia, usilną pracą poprawić swoją sytuację, pisać; nawet na miłość przeszła mi ochota. Nie wiem, co się ze mną stało. Po raz pierwszy załamała się we mnie wola pozostawienia po sobie jakiegoś śladu na świecie. Czasem przeglądałem plik maszynopisów albo korekty powieści, czy też tomiki wierszy z niesmakiem i roztargnieniem, z takim smutkiem, z jakim ludzie niekiedy oglądają stary paszport.

Od czasu do czasu jedna z licznych dziewczyn Pombala, odwiedzając pod jego nieobecność nasze mieszkanie, wpada w moje sieci, i ten epizod zaostrza we mnie jeszcze bardziej uczucie czczości życia. Georges Pombal jest w tych sprawach przewidujący i wspaniałomyślny, toteż przed wyjazdem — wiedząc, jak jestem biedny — opłaca z góry którąś Syryjkę z tawerny Golfa i poleca jej spędzać czasem noc w naszym mieszkaniu en disponibilité — jak to określa. Dziewczyna ma obowiązek rozweselić mnie, ale nie jest to łatwe zadanie, zwłaszcza że pozornie nie zdradzam niczym złego humoru. Zdawkowa rozmowa stała się użyteczną formą automatyzmu, który działa przez długi jeszcze czas po zaniku potrzeby dzielenia się myślami z ludźmi. Jeśli okoliczności tego wymagają, mogę nawet spełniać gesty miłości z uczuciem pewnej ulgi, bo tutaj nie sypia się dobrze, ale robię to bez zapału i z roztargnieniem.

Spotkania z tymi biednymi, zmęczonymi istotami, doprowadzonymi przez nędzę do ostateczności, bywają interesujące, nawet czasem wzruszające; ale przestało mnie interesować analizowanie własnych emocji, więc te dziewczyny są dla mnie jak gdyby jednowymiarowymi postaciami ukazującymi się na ekranie.

— Z kobietą można zrobić tylko trzy rzeczy — powiedziała kiedyś Clea. — Możesz ją kochać, cierpieć przez nią albo też wykorzystać ją jako motyw literacki.

Odniosłem porażkę we wszystkich tych trzech dziedzinach.

Wspominam o tym jedynie dlatego, że chcę pokazać, jak nieobiecujący był materiał ludzki, który wybrała Melissa, aby go kształtować, próbując tchnąć życie w moje nozdrza. Z pewnością niełatwo jej przychodziło dźwigać podwójny ciężar, bo przecież sama była chora i w biedzie. Przyjęcie mojego brzemienia na dokładkę do własnego wymagało prawdziwej odwagi. Może czerpała ją z rozpaczy, bo Melissa podobnie jak ja osiągnęła dno. Oboje byliśmy bankrutami.

Przez kilka tygodni stary kuśnierz tropił mnie na ulicach z rewolwerem wypychającym kieszeń jego palta. Pocieszyła nas informacja, udzielona przez jednego z dawnych przyjaciół Melissy, że rewolwer jest nie nabity, ale mimo wszystko niepokoił mnie ten stary człowiek snujący się trop w trop za mną. W wyobraźni zabijaliśmy się nawzajem na każdym rogu ulicy. Co do mnie, nie mogłem ścierpieć widoku jego ciężkiej, ospowatej twarzy, rozmazanych, zwierzęcych, ponurych rysów; nie mogłem ścierpieć myśli o ordynarnych poufałościach, na jakie zapewne pozwalał sobie z Melissą, on, z tymi małymi spoconymi rękami, porośniętymi gęsto jak jeżozwierz czarnymi włosami. Trwało to dość długo, a potem, po kilku miesiącach, wylęgło się, między nami uczucie jakiejś dziwnej zażyłości. Spotykając się, kiwaliśmy z uśmiechem głowami. Pewnego razu natknąłem się na niego w barze, stałem tuż przy nim przez pół godziny; mało brakowało, abyśmy nawiązali rozmowę, ale żaden z nas nie miał odwagi zacząć. Nie było innego wspólnego tematu prócz Melissy. Wychodząc, zobaczyłem go w jednym z dużych luster, jak ze spuszczoną głową patrzył w głąb kieliszka wina. Coś w jego pozie — niezdarność tresowanej foki borykającej się z ludzkimi uczuciami — wstrząsnęło mną i po raz pierwszy zrozumiałem, że on zapewne kochał Melissę równie mocno jak ja. Litowałem się nad jego brzydotą, nad tępym, bolesnym niezrozumieniem, z jakim stawiał czoło uczuciom tak bardzo dla niego nowym, zazdrości, tęsknocie do ukochanej kobiety.

Później, gdy wytrząśnięto zawartość jego kieszeni, zobaczyłem między mnóstwem drobiazgów i śmieci mały, pusty flakonik po tanich perfumach, których używała Melissa. Wziąłem ten flakonik, przyniosłem go do domu i stał na parapecie kominka przez parę miesięcy, aż wreszcie wyrzucił go Hamid, robiąc wiosenne porządki. Nigdy o tym nie powiedziałem Melissie, ale często, gdy byłem w nocy sam, bo ona tańczyła lub może nie mogła uniknąć pójścia do łóżka z którymś wielbicielem, oglądałem ten flakonik, ze smutkiem i przejęciem rozmyślając o straszliwej miłości starego człowieka, i porównywałem ją ze swoją miłością; wczuwając się w jego sytuację, poznawałem smak rozpaczy, która każe człowiekowi czepiać się jakiegoś małego, bezwartościowego przedmiotu, nasyconego wciąż jeszcze żywym wspomnieniem o niewiernej.

Znalazłem Melissę jak wyrzuconego na posępne wybrzeże Aleksandrii półżywego, okaleczonego ptaka...

Ulice prowadzące z doków do miasta, między obdrapanymi domami, które chuchają sobie z ust do ust oddechem i chylą się ku ziemi. Spuszczone żaluzje, balkony rojące się od szczurów, stare kobiety z kleszczami w głowie, z włosami posklejanymi zeschłą krwią. Łuszczące się ściany pijacko rozchwiane, odchylone na zachód albo na wschód od prawidłowego środka ciężkości. Czarne wstążki much uczepione warg i oczu dzieci — wszędzie wilgotne paciorki letnich much; pod ciężarem ich ciał obrywają się stare lepy wiszące w fioletowych drzwiach kramów i kawiarń. Zmydlone potem koniki cuchną jak butwiejący na schodach chodnik. I zgiełk uliczny. Krzyk i szczęk, gdy roznosiciel wody uderza jednym metalowym kubkiem o drugi, reklamując swój towar; niezwracające niczyjej uwagi wrzaski, które wzbijają się od czasu do czasu ponad gwar, jak gdyby wypruwano trzewia jakiemuś małemu, delikatnemu stworzeniu. Rany jak sadzawki — wylęgarnia nędzy człowieczej tak ogromna, że musi przerazić i zatopić wszystkie ludzkie uczucia we wstręcie i zgrozie.

Żałuję, że nie umiem naśladować pewnej siebie bezpośredniości, z jaką Justyna toruje sobie drogę tymi ulicami do kawiarni El Bab, gdzie na nią czekam. Wchodziło się tuż obok niszy pod spękanymi arkadami, gdzie siadywaliśmy i rozmawiali niewinnie; ale już rozmowa nasza nasycona była porozumieniem, które braliśmy po prostu za szczęśliwy omen przyjaźni. Mając pod stopami podłogę ubitą z brunatnej gliny, czuliśmy, jak szybko stygnie walec ziemi, zanurzając się w ciemności, i ogarniała nas jedynie chęć dzielenia się refleksjami i wrażeniami, które wykraczały poza krąg myśli wymienianych w zwykłych rozmowach zwykłych ludzi. Justyna mówiła jak mężczyzna i ja do niej mówiłem jak do mężczyzny. Pamiętam tylko nastrój i wagę tych rozmów, a nie ich treść. Z roztargnieniem, wsparty na łokciu, popijając arak i uśmiechając się do niej, wdychałem ciepły letni zapach jej sukni i jej skóry, zapach perfum, które, nie wiadomo dlaczego, nazywały się Jamais de la vie.

Wspomnienia niektórych chwil prześladują natrętnie nie kochanka, lecz pisarza, i pozostają wiecznie żywe. Można wracać do nich pamięcią wciąż na nowo, można ich użyć jako fundamentu, by zbudować tę część własnego życia, którą stanowi pisanie. Można je zniekształcać słowami, ale nie sposób ich zniszczyć. W ten sposób właśnie pamiętam pewną chwilę, gdy leżałem przy śpiącej kobiecie w ubogim pokoju w bliskim sąsiedztwie meczetu. Było to wczesną wiosną o świcie, gdy rzęsista rosa spada na ciszę, w której pogrążone jest całe miasto, dopóki nie zbudzą go ptaki; usłyszałem łagodny głos ślepego muezina, recytującego modlitwę w meczecie Ebed, głos zawieszony jak nić w górnych warstwach aleksandryjskiej atmosfery chłodnej od palm. „Chwalę doskonałość Boga istniejącego wiecznie. — Słowa te powtarzały się trzykrotnie, coraz to wolniej, w wysokim, słodkim rejestrze. — Doskonałość Boga, Upragnionego, Istniejącego, Jedynego, Najwyższego; doskonałość Boga, Jedynego, Samotnego, który nie bierze sobie towarzysza ani towarzyszki, nie ma podobnego sobie, nie ma nikogo, kto by mu nie podlegał, nie ma zastępcy, równego sobie, ani potomstwa. Niech będzie uwielbiona Jego doskonałość!”.

Wzniosła modlitwa wślizgiwała się do mojej sennej świadomości jak wąż, lśniącymi zwojami słów — głos muezina spadał z jednego rejestru powagi w następny — aż cały poranek zdawał się gęsty od cudownej uzdrawiającej mocy, od fal łaski nieoczekiwanej i niezasłużonej, wypełniającej nędzny pokój, gdzie Melissa oddychała lekko jak ptak kołysana falowaniem cudownej mowy, której nigdy nie miała poznać.

Któż mógłby twierdzić, że w Justynie nie było też trochę głupoty? Kult rozrywek, drobne próżności, zabiegi o dobrą opinię u osób mniej wartych od niej, arogancja. Umiała czasem zamęczać swoimi wymaganiami. Tak. Tak. Ale to są wszystko chwasty wyhodowane na glebie pieniędzy. Powiedziałbym, że o wielu sprawach myślała jak mężczyzna, a w postępowaniu kierowała się swobodną, zawrotną niezależnością w męskim stylu. Nasza przyjaźń miała dziwny intelektualny charakter. Dość wcześnie odkryłem, że Justyna umie bezbłędnie czytać w moich myślach. Pewne idee zjawiały się w naszych dwóch głowach jednocześnie. Pamiętam chwilę, gdy nagle uświadomiłem sobie, że Justyna podziela myśl, która właśnie nasunęła mi się, ale której nie wypowiedziałem, a mianowicie; „Stosunki łączące nas nie powinny ani trochę więcej pogłębić się, bo wyczerpaliśmy już oboje wszystkie możliwości naszych wyobraźni; teraz moglibyśmy za ciemną zasłoną zmysłów znaleźć już tylko przyjaźń tak głęboką, że stalibyśmy się na zawsze jej niewolnikami”. Można by nazwać to flirtem intelektów przedwcześnie zmęczonych doświadczeniem, flirtem zapewne bardziej niebezpiecznym niż miłość oparta na pociągu zmysłowym. Widząc, jak bardzo Justyna kocha Nessima, i kochając go także, nie mogłem nad tą myślą zatrzymywać się bez zgrozy. Justyna leżała obok mnie, oddychała lekko, ogromne jej oczy wpatrywały się w sufit, na którym namalowane były amorki. Powiedziałem:

— Nic dobrego nie może wyniknąć z romansu biednego belfra i damy z aleksandryjskiego towarzystwa. Gorzki byłby koniec, gdyby doszło do konwencjonalnego skandalu, który by nas zostawił sam na sam ze sobą, a ciebie zmusił do decyzji, jak się mnie pozbyć.

Justyna nie cierpiała słuchać prawdy wypowiedzianej na głos. Oparta na łokciu, przez długą chwilę patrzała swymi przepięknymi, zatroskanymi teraz oczyma w moje oczy.

— W tych sprawach nie ma wyboru — powiedziała ochrypłym głosem, który tak bardzo kochałem. — Mówisz, jak gdyby istniał wybór. Nie jesteśmy dostatecznie mocni i źli, żeby dokonywać wyboru. Wszystko to należy do eksperymentu zorganizowanego przez jakąś inną siłę, może przez ducha miasta albo przez inną cząstkę naszych jaźni. Skądże mogę to wiedzieć?

Pamiętam ją stojącą przed zwielokrotniającymi obraz lustrami u krawcowej, gdy mierzyła kostium z grubego jedwabiu. Powiedziała wtedy:

— Spójrz! Pięć różnych obrazów jednego przedmiotu. Gdybym pisała, spróbowałabym osiągnąć wielowymiarowy efekt w przedstawianiu bohaterów, coś w rodzaju spojrzenia przez pryzmat. Dlaczegóż by ludzie nie mieli pokazywać kilku profilów jednocześnie?

Wtedy ziewnęła, zapaliła papierosa, usiadła w łóżku, objęła dłońmi smukłe kostki nóg i zaczęła z wolna, przekornie recytować cudowne wiersze starego greckiego poety o dawno minionym romansie — ale w przekładzie tracą one wszelki urok. Słuchając, jak wymawia z czułością każdą sylabę mądrego ironicznego Greka, odczułem znowu tę dziwną, dwuznaczną władzę miasta — płaskiego aluwialnego krajobrazu i dusznej atmosfery — i rozpoznałem w Justynie nieodrodną córkę Aleksandrii, która nie jest miastem greckim ani syryjskim, ani egipskim, lecz hybrydą; miejscem styku.

Z jakim przejęciem recytowała ustęp, gdy stary człowiek odrzuca dawny list miłosny, który wzruszył go bardzo, i woła: „Wychodzę smutny na balkon; wszystko jedno, jakim sposobem, muszę zmienić bieg moich myśli, choćby tylko przyglądając się zwykłemu życiu w mieście, które kocham, ruchowi na jego ulicach i w sklepach”. I sama pchnęła okiennice, żeby stanąć na ciemnym balkonie ponad miastem błyszczącym kolorowymi światłami, poczuć tchnienie wieczornego wiatru, dolatującego od granic Azji, zapomnieć na chwilę o własnym ciele.

„Księciem” nazywano Nessima oczywiście dla żartu; w każdym razie był to żart w ustach sklepikarzy i commerçants w czarnych żakietach, którzy go widywali sunącego bezszelestnie przez Canopic Road srebrzystym Rolls Royceem z żółtymi jak żonkile kołpakami na piastach kół. Przede wszystkim Nessim był koptem, a nie muzułmaninem. Przezwisko jednak pasowało do niego, bo książęca wydawała się jego wzgarda dla chciwości, która stanowi najgłębszy instynkt Aleksandryjczyków, nawet bardzo bogatych. Ale ludziom, którzy żyją poza Lewantem, żadna z cech składających się na jego reputację dziwaka nie wydałaby się niezwykła. Po pierwsze nie troszczył się o pieniądze, wydawał je tylko, a po drugie nie miał w mieście garsoniery i wszelkie pozory przemawiały za tym, że dochowywał wierności Justynie — rzecz w tym środowisku niesłychana. Co do pieniędzy, to jako człowiek nadzwyczaj bogaty, wręcz brzydził się nimi i nigdy nie nosił ich przy sobie. Wydawał na modłę arabską, płacił w sklepach odręcznymi kwitami; kluby nocne i restauracje przyjmowały czeki z jego podpisem. Ale regulował długi niezwłocznie: co dzień rano jego sekretarz Selim objeżdżał samochodem trasę, przebytą poprzedniego dnia przez Nessima, i płacił wszystkie należności nagromadzone po drodze. Mieszkańcom miasta ta postawa wydawała się ekscentryczna i pyszałkowata, ponieważ ani ich prymitywne i nieautentyczne osobowości, ani przyziemne zainteresowania, ani wadliwe wykształcenie nie dostarczało klucza, by mogli zrozumieć, czym jest dobry ton w europejskim sensie. Ale dla Nessima ten sposób bycia był naturalny, nie tylko wpojony przez wychowanie; w światku drapieżnych groszorobów nie znajdował właściwego pola działania dla swojego ducha, z przyrodzenia łagodnego i kontemplacyjnego. Nie sposób mniej niż on narzucać się ludzkiej uwadze, a przecież każdy jego postępek wywoływał komentarze, bo nosił znamię jego osobowości. Opinia często przypisywała jego maniery zagranicznemu wychowaniu, lecz w rzeczywistości pobyt w Niemczech i w Anglii jedynie zamącił mu trochę w głowie, tak że nie mógł potem przystosować się do życia w tym mieście. Jego umysłowi, z natury śródziemnomorskiemu, Niemcy zaszczepiły upodobanie do metafizycznych rozważań; Oksford próbował w nim wyrobić akademickie nastawienie, lecz zdołał tylko rozwinąć jego filozoficzne skłonności do takiego stopnia, że Nessim stał się niezdolny do uprawiania sztuki, którą nade wszystko kochał: malarstwa. Wiele myślał i cierpiał, ale brakowało mu stanowczej woli, żeby się odważyć na czyn, a to jest niezbędny wstępny warunek praktyki artystycznej.

Nessim był więc w niezgodzie z miastem, jednakże olbrzymi majątek zmuszał go do codziennych kontaktów z miejscowymi businessmenami, którzy, by wybrnąć z krępującej sytuacji, odnosili się do niego z jowialną pobłażliwością, nieco z góry, jak traktuje się kogoś trochę upośledzonego na umyśle. Może nie należy się temu dziwić, bo nieraz wchodząc do jego biurowego gabinetu — do tego sarkofagu ze stalowych rur i świecącego szkła — zastawało się Nessima siedzącego jak sierota za ogromnym biurkiem, pełnym dzwonków, bloków, lamp, jedzącego kawałek ciemnego chleba z masłem i zaczytanego w pismach Vasariego, a jednocześnie z roztargnieniem podpisującego listy lub dowody kasowe. Podnosił na gościa wzrok z wyrazem niemal błagalnym na bladej, zamkniętej, obojętnej twarzy, wykrojonej na kształt migdała. A jednak gdzieś w tej jego łagodności musiała być ukryta stalowa struna, bo personel biura z niezmiennym zdumieniem stwierdzał, że mimo pozorów roztargnienia Nessim nigdy nie przeoczył najdrobniejszego szczegółu w interesach, a prawie wszystkie przez niego dokonywane transakcje, jak się w rezultacie okazywało, były oparte na nieomylnym rozeznaniu. Podwładni widzieli w nim wyrocznię, a mimo to — mówili z westchnieniem i wzruszając ramionami — można by myśleć, że wcale go interesy nie obchodzą! Brak chęci zysku w Aleksandrii uważa się za obłęd.

Na wiele miesięcy przed zetknięciem się z nimi osobiście, znałem ich z widzenia — jak wszystkich w tym mieście. Z widzenia, a także z reputacji, bo swoim stylem życia, wyrazistym, samowolnym, wcale nie konwencjonalnym pozyskali pewien rozgłos wśród naszych prowincjonalnych mieszczan. O niej mówiono, że ma wielu kochanków, o nim, że jest to un mari complaisant. Nieraz obserwowałem ich, gdy tańczyli z sobą, Nessima smukłego, z talią wciętą, niemal kobiecą, z pięknie sklepionymi dłońmi, i śliczną głowę Justyny, głębokie siodełko arabskiego nosa, przezroczyste oczy, ze źrenicami może rozszerzonymi belladonną. Rozglądała się wokół jak na pół oswojona pantera.

A potem dałem się kiedyś namówić na wygłoszenie prelekcji o rdzennym poecie tego miasta, w Atelier des Beaux-Arts: był to niejako klub, gdzie spotykali się utalentowani miłośnicy sztuki, gdzie mogli wynajmować pracownie i tak dalej. Zgodziłem się wystąpić tam, ponieważ mogłem w ten sposób zarobić na nowe palto dla Melissy, a właśnie nadchodziła jesień. Było to jednak dla mnie przykre, bo czułem, że tak powiem, obecność starego poety wokół siebie, przesycającą mroczne ulice w sąsiedztwie sali odczytowej aromatem wierszy wydestylowanych z nędznych, lecz cennych przygód miłosnych, jakich tu zaznał, z miłości może kupionych za pieniądze i przelotnych, które jednak po dziś dzień żyły w jego poezji, tak świadomie i czule umiał podchwycić przemijającą chwilę i utrwalić wszystkie jej barwy. Cóż za zuchwalstwo mówić z katedry o ironiście, który tak naturalnie, z tak wielką subtelnością instynktu czerpał tworzywo z ulic i burdeli Aleksandrii! A w dodatku mówiłem nie do publiczności złożonej z małych subiektów i kancelistów — unieśmiertelnionych przez niego — lecz do siedzących w półkole dystyngowanych pań z towarzystwa, dla których reprezentowana przez niego kultura stanowiła niejako bank krwi: przyszły tu poddać się transfuzji. Niejedna musiała w tym celu wyrzec się partii bridża, chociaż wiedziała, że zamiast pokrzepienia znajdzie tu tylko odurzenie.

Z całej prelekcji pamiętam tylko wyznanie, że prześladuje mnie natrętnie jego twarz, straszliwie smutna, łagodna twarz z ostatniej fotografii; a gdy małżonki solidnych obywateli miasta rozproszyły się, schodząc po kamiennych schodach na wilgotne ulice, gdzie czekały na nie oświetlone limuzyny, i w ponurej sali snuło się tylko wspomnienie perfum, spostrzegłem, że pozostawiły jedną samotną badaczkę namiętności i sztuk pięknych. Siedziała zamyślona w głębi sali, po męsku założywszy nogę na nogę, i ćmiła papierosa. Nie patrzała na mnie, lecz bezceremonialnie na podłogę u swoich stóp. Pochlebiała mi myśl, że może ta jedna osoba doceniła moje trudności. Zgarnąłem wilgotną teczkę i stary płaszcz nieprzemakalny i skierowałem się ku wyjściu na ulice, które mokły w drobnym, przenikliwym deszczu ciągnącym od morza. Spieszyłem do mieszkania, gdzie Melissa już pewno się obudziła i przygotowywała kolację na stole, nakrytym gazetą; przedtem już posłała Hamida do piekarni po naszą pieczeń — bo nie mieliśmy nawet własnego pieca.

Było zimno, przeszedłem na drugą stronę rue Fuad oświetloną blaskiem bijącym ze sklepów. Na wystawie w sklepie spożywczym zobaczyłem małą puszkę oliwek z napisem „Orvieto” i nagle zatęskniłem do tamtego, milszego brzegu Morza Śródziemnego; wszedłem, kupiłem oliwki, otworzyłem puszkę od razu, usiadłem przy marmurowym stole, i w tym ponurym świetle zacząłem jeść włoską ziemię, jej ciemne, spieczone ciało, wymodelowaną w ręku wiosenną glebę, poświęcane winnice. Wiedziałem, że Melissa tego nie zrozumiałaby nigdy; muszę skłamać, że zgubiłem pieniądze.

W pierwszej chwili nie zauważyłem wielkiego samochodu, który zostawiła na ulicy, nie wyłączając silnika. Weszła do sklepu niespodziewanie, szybkim, zdecydowanym krokiem, z pewnością siebie, jaką mają lesbijki, a także kobiety bogate, gdy zwracają się do ludzi niewątpliwie ubogich.

— Co pan miał na myśli, mówiąc o antynomicznym charakterze ironii? — spytała, czy może powiedziała coś innego w tym rodzaju, nie pamiętam dokładnie. Niezdolny oderwać się od Italii, spojrzałem na nią gburowato i zobaczyłem ją w lustrach schyloną nade mną ze wszystkich trzech stron, smagłą, fascynującą twarz patrzącą z wyrazem nieufnej, aroganckiej rezerwy. Oczywiście nie pamiętałem, co mówiłem o ironii, w ogóle niczego nie pamiętałem, i powiedziałem jej to z obojętnością, której nie potrzebowałem udawać. Westchnęła króciutko, jakby w naturalnym odruchu ulgi, usiadła naprzeciw mnie, zapaliła francuskiego caporala i zaciągając się krótkimi wdechami, wypuszczała cienkie smużki dymu, niebieskawego w tym ostrym świetle. Wydała mi się trochę niezrównoważona, gdy obserwowała mnie z otwartością dość dla mnie żenującą, jak gdyby nie mogła się zdecydować, jaki zrobić ze mnie użytek.

— Podobał mi się — rzekła wreszcie — sposób, w jaki pan cytował jego wiersze o naszym mieście. Pan dobrze mówi po grecku. Jest pan niewątpliwie pisarzem?

Odpowiedziałem: — Niewątpliwie.

Być nieznanym, to zawsze boli. Wydawało się, że nie ma sensu przedłużać tej sytuacji. Nigdy nie mogłem ścierpieć literackich rozmów. Poczęstowałem ją oliwką, zjadła ją skwapliwie, wypluła pestkę jak kot do obciągniętej rękawiczką dłoni i trzymając ją tam z roztargnieniem, powiedziała:

— Chciałabym zawieźć pana do Nessima, do mojego męża. Czy zechce pan ze mną pojechać?

W tej chwili w drzwiach ukazał się policjant, oczywiście zaniepokojony widokiem opuszczonego samochodu.

Tak się stało, że po raz pierwszy zobaczyłem wielki dom Nessima, z posągami, loggiami pełnymi palm, płótnami Courbeta i Bonnarda itd. Był piękny i szkaradny zarazem. Justyna wbiegła po szerokich schodach, zatrzymując się jedynie w przelocie, żeby wyjąć z kieszeni palta pestkę oliwki i wrzucić ją do chińskiego wazonu, przez cały czas wołając Nessima. Przechodziliśmy z pokoju do pokoju, w każdym z nich rozbijając ciszę. W końcu Nessim odpowiedział z dużego studia na dachu i Justyna, zziajana jak pies myśliwski, złożyła mnie, wyrażając się przenośnie, u jego stóp, a potem odsunęła się nieco i merdała ogonem. Upolowała mnie.

Nessim siedział na szczycie drabiny i czytał; zszedł ku nam powoli, spoglądając to na Justynę, to na mnie. Jego nieśmiałość nie mogła wyciągnąć żadnych wniosków z mojego nędznego palta, wilgotnych włosów i puszki oliwek, a ja ze swej strony nie mogłem udzielić mu wyjaśnień, bo sam nie wiedziałem, w jakim celu mnie tam przywieziono.

Zrobiło mi się go żal, więc zaofiarowałem mu oliwkę; usiedliśmy i we dwóch zjedliśmy resztę oliwek z puszki, podczas gdy Justyna szukała alkoholu i szklanek, mówiąc, o ile mnie pamięć nie myli, o Orvieto, gdzie żadne z nas nigdy nie było. Wspomnienie tego pierwszego spotkania jest dla mnie wielką pociechą. Nigdy nie czułem się bliższy im obojgu, to znaczy ich małżeństwu; wydawali mi się wspaniałym dwugłowym zwierzęciem, tym, czym powinno być małżeństwo. Śledząc łagodny, ciepły blask oczu Nessima i przypominając sobie wszystkie skandaliczne plotki krążące o Justynie, zrozumiałem, że cokolwiek robiła, w pewnym sensie robiła to dla niego, nawet jeśli w oczach świata jej uczynki były złe i szkodliwe. Jej miłość była jak gdyby skórą, w której Nessim spoczywał zaszyty niby Herkules w dzieciństwie; wszystkie jej wysiłki, by osiągnąć pełnię swoich możliwości, prowadziły ją ku niemu, a nie oddalały od niego. Światu nie jest potrzebny paradoks tego rodzaju, wiem, ale wówczas wydało mi się, że Nessim zna i akceptuje Justynę w sposób niedający się wytłumaczyć komuś, dla kogo miłość wiąże się nieodłącznie z chęcią posiadania. Kiedyś, znacznie później, Nessim powiedział mi:

— Cóż mogłem zrobić? Justyna była dla mnie za mocna pod wielu względami. Mogłem jedynie prześcigać ją w miłości — jak gdybym przez te wszystkie lata wciąż o nią się starał. Zawsze ją wyprzedzałem, przewidywałem każde potknięcie; zastawała mnie wszędzie oczekującego, żeby podać jej rękę, podnieść znów na nogi, udowodnić, że nie stało się nic ważnego; ostatecznie zraniła tylko najmniej cenną cząstkę mojej osoby — moją reputację.

To było znacznie później; dopóki katastrofalny splot zdarzeń nie pogrążył nas w nieszczęściu, nie znaliśmy się dość dobrze, aby rozmawiać tak swobodnie. Pamiętam też, jak gdzie indziej — w letniej willi pod Burg El Arab — powiedział:

— Zdziwisz się, słysząc to, ale wiedz, że Justyna była dla mnie w pewnym sensie wielka. Widzisz, są takie formy wielkości, które zastosowane nie do sztuki czy religii, lecz do codziennego życia, powodują spustoszenie. Talenty Justyny zostały niewłaściwie użyte, gdy poświęciła je miłości. Na pewno była czasem zła, ale tylko w drobiazgach. I nie można powiedzieć, że nikomu nie wyrządziła krzywdy. Ale tych, których skrzywdziła najbardziej, zapłodniła, i krzywda wydała owoce. Wypędziła ludzi z ich starych jaźni. To musiało boleć i wielu z nich źle zrozumiało istotę bólu, który im zadała. Ale nie ja. — I uśmiechając się tym znajomym uśmiechem, w którym słodycz mieszała się z niewysłowioną goryczą, powtórzył ledwie dosłyszalnym szeptem: — Ale nie ja.

Capodistria... Jaką on grał rolę w tej historii? Można by powiedzieć, że jest raczej wilkołakiem niż człowiekiem. Ma płaską trójkątną głowę węża z ogromnymi płatami czołowymi; włosy pośrodku czoła opuszczają się nisko, tworząc klin podobny do wdowiego czepka. Białawy ruchliwy język ustawicznie zwilża wąskie wargi. Capodistria jest bajecznie bogaty i sam nie potrzebuje się niczym trudzić, nie kiwnie nawet palcem. Całymi dniami przesiaduje na tarasie Klubu Maklerów, obserwując przechodzące kobiety rozbieganymi oczyma człowieka, który bez końca tasuje starą, zatłuszczoną talię kart. Od czasu do czasu drobnym gestem — niby kameleon szybkim klaśnięciem języka — daje sygnał prawie niedostrzegalny dla postronnych świadków. Jakaś postać wymyka się z tarasu, by iść trop w trop za wskazaną w ten sposób kobietą. Niekiedy jego agenci zupełnie otwarcie zaczepiają z jego polecenia kobiety na ulicy i proponują określoną sumę. W naszym mieście za propozycje pieniężne nikt się nie obraża. Niektóre dziewczyny po prostu się śmieją. Niektóre zgadzają się natychmiast. Nigdy nie widzi się na ich twarzach gniewu. Nikt spośród nas nie udaje cnoty. Ani występku. I cnota, i występek są tutaj czymś naturalnym.

Capodistria siedzi odgrodzony od tego wszystkiego w swojej nieskazitelnej marynarce z jedwabiu i z kolorową jedwabną chustą, której końce luźno opadają mu na pierś. Jego wąskie trzewiki błyszczą. Przyjaciele nazywają go Da Capo z powodu jego rzekomo niezwykłej męskiej siły, równie wielkiej jak jego majątek i — jak jego brzydota. Jest w jakiś sposób spokrewniony z Justyną, która o nim mówi: — Żal mi go. Serce w nim uwiędło, zostało mu tylko pięć zmysłów jak okruchy stłuczonego kieliszka. — Ale życie, tak wyjątkowo monotonne, nie działa na niego, jak się zdaje, przygnębiająco.

Jego rodzina znana jest z licznych samobójstw i obciążona zaburzeniami psychicznymi i chorobami umysłowymi. Nie przejmuje się tym jednak wcale i mówi, stukając długim wskazującym palcem w swoją skroń:

— Wszyscy moi przodkowie mieli w końcu coś tu nie w porządku. Mój ojciec także. Był wielkim kobieciarzem. Kiedy się już mocno zestarzał, kazał sobie zrobić gumową lalkę, model idealnej kobiety, naturalnej wielkości. Zimą można ją było wypełniać gorącą wodą. Była zachwycająco piękna. Nazwał ją Sabiną na pamiątkę własnej matki i woził wszędzie z sobą. Namiętnie lubił podróżować statkami transoceanicznymi, ostatnie dwa lata życia spędził, dosłownie kursując tam i z powrotem między naszym miastem a Nowym Jorkiem. Sabina miała wspaniałą garderobę. Warto było ich widzieć, gdy wchodzili do jadalni na kolację w wieczorowych strojach. W podróżach towarzyszył ojcu zawsze pielęgniarz — służący, nazwiskiem Kelly. Podtrzymywana przez nich obu z dwóch stron, niby piękna pijana kobieta, szła Sabina w cudownej balowej toalecie. W noc swojej śmierci ojciec powiedział Kellyemu: „Zatelegrafujesz do Demetriusa, że Sabina umarła dzisiaj w moich ramionach bezboleśnie”. Pochowano ją razem z nim pod Neapolem.

Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś śmiał się bardziej naturalnie i szczerze niż Capodistria.

Później, gdy byłem na pół obłąkany ze zgryzoty i ciężko zadłużony u Capodistrii, odkryłem w nim mniej dobrotliwego kompana; pewnego wieczora zastałem Melissę siedzącą na niskim stołeczku przy kominku, trochę pijaną, trzymającą w smukłych zamyślonych palcach weksel, który mu wystawiłem i na którym teraz on zielonym atramentem wpisał krótko: „Uregulowane”. Takie wspomnienia ranią. Melissa powiedziała:

— Justyna zapłaciłaby ten twój dług ze swojego wielkiego majątku. Nie chciałam, żeby w ten sposób zobowiązała cię jeszcze mocniej. A poza tym, chociaż przestałeś mnie kochać, chciałam coś jeszcze dla ciebie zrobić — a to przecież było bardzo niewielkie poświęcenie. Nie myślałam, że sprawię ci wielką przykrość tym, że się z nim prześpię. Czyż nie zrobiłeś tego samego dla mnie... mówię o tym, że pożyczyłeś pieniądze od Justyny, żeby mnie posłać na prześwietlenie rentgenem. Wprawdzie wtedy skłamałeś, ale wiedziałam, jak było naprawdę. Ja nie będę kłamała. Nigdy nie kłamię. Masz, zniszcz ten weksel, ale już nigdy więcej nie daj się wciągnąć do gry z nim, to nie jest partner dla ciebie.

I odwróciwszy się, udała, że spluwa wedle arabskiego obyczaju.

O zewnętrznym życiu Nessima — o tłumnych, nudnych przyjęciach, które początkowo urządzane były dla kolegów ze świata interesów, a później stały się środkiem do tajemnych celów politycznych — nie chcę pisać. Przemykając się chyłkiem przez wielki hol i po schodach na górę do pracowni, przystawałem przed dużą skórzaną tarczą na kominku, gdzie mogłem obejrzeć plan stołu i dowiedzieć się, kto ma zasiadać po lewej i prawej ręce Justyny. Przez pewien czas Nessim i Justyna próbowali uprzejmie włączyć mnie w to życie towarzyskie, ale szybko mnie znużyło i wymawiałem się złym stanem zdrowia, chociaż korzystałem chętnie ze swobodnego dostępu do pracowni i bogatej biblioteki. Potem spotykaliśmy się we troje niby spiskowcy, a Justyna wyzbywała się wesołych, znudzonych czy opryskliwych póz, które przybierała wobec innych ludzi. Oboje zrzucali obuwie i grali przy świecach w pikietę. Schodząc później do sypialni, Justyna na podeście pierwszego piętra dostrzegała w lustrze swoje odbicie i mówiła do niego:

— Ależ z ciebie irytująca, pretensjonalna, histeryczna Żydówka!

Razura Mnemdżiana Babilończyka znajdowała się u zbiegu ulic Fuada I i Nebi Daniel; tu co dzień rano oglądałem w lustrach Pombala leżącego obok mnie. Jednocześnie podnoszono nas i jednocześnie opuszczano łagodnie w dół, spowitych w biel niby mumie faraonów, i w tym samym momencie ukazywaliśmy się w lustrze na suficie, rozpostarci jak okazy w witrynie kolekcjonera. Mały czarny chłopiec okrywał nas białymi płachtami, podczas gdy golibroda w dużej wiktoriańskiej miseczce ubijał gęstą, słodko pachnącą pianę mydlaną, przed rozsmarowaniem jej na naszych policzkach śmiałymi, uważnymi pociągnięciami pędzla. Nałożywszy pierwszą warstwę, mistrz powierzał ukończenie tej pracy pomocnikowi, a sam podchodził do długiego paska wiszącego wśród lepów na muchy przy ścianie w głębi razury i ostrzył angielską brzytwę.

Mały Mnemdżian jest karłem z fiołkowymi oczyma, które nie zmieniły się od dzieciństwa. Jest Pamięcią Miasta, zastępuje jego archiwa. Jeżeli chcecie dowiedzieć się czegoś o przodkach albo dochodach jakiegokolwiek zauważonego przypadkowo na ulicy człowieka, wystarczy zapytać Mnemdżiana; jeżeli na razie czegoś nie wie, potrafi w ciągu kilku minut zdobyć każdą informację. Co więcej, równie dobrze jak sprawy żywych zna sprawy umarłych; mówię to w sensie dosłownym, bo szpital grecki zatrudnia go przy goleniu i oporządzaniu swoich ofiar przed oddaniem ich w ręce przedsiębiorcy pogrzebowego; Mnemdżian spełnia te funkcje z lubością, zabarwioną namaszczeniem, charakterystycznym dla jego rasy. Jego starożytny zawód obejmuje oba światy i niejedno najcelniejsze spostrzeżenie zaczyna od słów: — Ten-a-ten powiedział mi, zanim wydał ostatnie tchnienie... — Mnemdżian, wedle krążących pogłosek, cieszy się fantastycznym powodzeniem u kobiet i podobno uciułał sobie kapitalik z pieniędzy zarobionych dla niego przez wielbicielki. Ale do swoich klientek zalicza też kilka starszych egipskich dam, żon lub wdów po paszach, które regularnie co pewien czas czesze w ich domach. Mówi o nich figlarnie, że „one już są ponad tymi rzeczami” — i sięgając ręką na plecy, dotyka brzydkiego garbu, który się na nich piętrzy, by dodać z dumą: — To na kobiety działa podniecająco. — Między innymi darami od wielbicielek ma złotą papierośnicę i nosi w niej bibułki do skręcania papierosów. Po grecku mówi z błędami, ale śmiało i barwnie, i Pombal nie pozwala mu używać w rozmowie z nami francuskiego, którym włada znacznie lepiej.

Wobec mojego przyjaciela Mnemdżian pełni na małą skalę funkcje rajfura i zawsze zdumiewają mnie nieoczekiwane poetyckie wzloty, do jakich jest zdolny, opisując swoje protegowane. Schylony nad księżycową twarzą Pombala mówi, na przykład, dyskretnie przyciszonym głosem przy akompaniamencie szeptu brzytwy:

— Mam coś dla pana... coś ekstra!

Pombal spotyka w lustrze mój wzrok i szybko odwraca spojrzenie, w obawie, że moglibyśmy nawzajem zarazić się uśmiechem. Wydaje ostrożny pomruk. Mnemdżian lekko wspina się na palce, oczy jego troszeczkę zezują. Przypochlebny głosik owija łupiną dwuznaczności każde zdanie, a przemowy jego robią tym większe wrażenie, że przerywa je cichymi westchnieniami, jak człowiek znużony tym światem. Przez długą chwilę nie dodaje nic do tej zapowiedzi. Widzę w lustrze wierzchołek jego głowy — bezwstydnie odkryte czarne włosy, które zmusza do układania się w pukle na obu skroniach, zapewne w nadziei, że odwrócą one uwagę od garbatych, jakby z papiermâché koślawo ukształtowanych pleców. Gdy manewruje brzytwą, oczy ma przymglone, a twarz całkowicie pozbawioną wyrazu. Palce jego przesuwają się po naszych żywych twarzach z takim samym spokojem jak po twarzach klientów najbardziej wybrednych i (o tak, szczęśliwych) umarłych.

— Tym razem — mówi Mnemdżian — będzie pan pod każdym względem zadowolony. Jest młoda, tania i czysta. Jak pan ją zobaczy, powie pan sobie: oto przepióreczka, oto plaster miodu, w którym nektar jest zapieczętowany, oto gołębica. Chwilowo ma kłopoty pieniężne. Dopiero co wyszła z domu wariatów w Heluanie, gdzie mąż chciał ją trzymać zamkniętą jako obłąkaną. Umówiłem się z nią, że będzie u Rose Marie siedziała przy ostatnim stoliku na tarasie. Niech pan tam zajdzie o pierwszej i obejrzy ją; jeżeli zechce pan, żeby poszła z panem, da jej pan bilecik, który napiszę. Ale proszę pamiętać, że zapłaci pan wyłącznie mnie. To jest umowa między gentlemenami i mój jedyny warunek.

Mnemdżian na jakiś czas milknie. Pombal nadal przypatruje się sobie w lustrze, wrodzona ciekawość walczy w nim z beznadziejną apatią letniej atmosfery. Później z pewnością wtargnie do mieszkania w towarzystwie jakiejś zmęczonej, zdezorientowanej istoty, której wymuszony uśmiech nie może w nim wzbudzić żadnych uczuć prócz litości. Nie mogę pomawiać mojego przyjaciela o brak serca, bo zawsze stara się znaleźć dla tych dziewczyn jakieś posady; wiele konsulatów liczy wśród swojego personelu byłe protegowane Mnemdżiana, które rozpaczliwie usiłują wyglądać przyzwoicie; zawdzięczają tę karierę Pombalowi i jego natrętnym zabiegom w kręgu kolegów zawodowych. Każdą jednak kobietę — choćby najbardziej poniżoną, sponiewieraną, starą — Pornbal obdarza drobnymi dowodami galanterii, improwizowanymi dowcipami, tym wszystkim, co przywykłem kojarzyć z galijskim temperamentem; to jest ten zuchwały, krzykliwy francuski wdzięk, który tak łatwo ulatnia się stłumiony przez dumę i lenistwo intelektualne, podobnie jak francuska myśl wsiąkająca tak szybko w piasek formy, że pierwotny ésprit natychmiast kamienieje w tępych ogólnikach. Ale wszystkie te igraszki płci przyczajone w jego myślach i uczynkach zdają się zupełnie bezinteresowne i przez to w istocie swojej bardzo różne od myśli i uczynków takiego na przykład Capodistrii, który często przyłącza się do nas podczas rannej wizyty u golibrody. Capodistria ma całkowicie mimowolny dar przeobrażenia wszystkiego w kobietę; krzesło, gdy on na nie patrzy, zaczyna sobie z przykrością uświadamiać nagość swoich nóg. Capodistria zapładnia każdą rzecz. Kiedyś siedząc z nim przy stole, widziałem, jak pod spojrzeniem Capodistrii arbuz ocknął się i pestki w miąższu owocu drgnęły życiem. Kobiety czują się jak ptaki obezwładnione wzrokiem żmii, gdy patrzą w wąską twarz Capodistrii i na cienkie wargi nieustannie zwilżane koniuszkiem ruchliwego języka. I znów myślę o Melissie: hortus conclusus, soror mea sponsor...

— Regard dérisoire — mówi Justyna. — Jak to się dzieje, że tak bardzo jesteś jednym z nas... i jednocześnie nie jesteś? — Czesze przed lustrem ciemne włosy, ze spuszczonymi oczyma i ustami ściągniętymi, skupionymi na papierosie. — Oczywiście, jako Irlandczyk jesteś intelektualnym uchodźcą, ale brakuje ci naszej angoisse. — Właściwie szuka po omacku określenia dla wyróżniającej nas cechy, która nie z nas emanuje, lecz z krajobrazu — dla metalicznego posmaku krańcowego znużenia przesycającego powietrze nad Mariut.

Słuchając jej, myślę o założycielach miasta, o żołnierzu-bogu w szklanej trumnie, o młodzieńczym ciele spowitym w srebro, płynącym z nurtem rzeki ku swojemu grobowcowi4. Albo o wielkiej, kanciastej murzyńskiej głowie, w której zrodziła się szaleńcza koncepcja Boga, poczęta w duchu czysto intelektualnej gry — o Plotynie. Tak jak gdyby wszelkie sprawy krajobrazu były skupione gdzieś, poza zasięgiem przeciętnego mieszkańca — w strefie, gdzie ciało, przez nadmiar pobłażliwości uwolnione od ostatnich oporów, musi poddać się władzy sił, ogarniających nieskończenie szerszy zakres spraw, albo też zginie wskutek tego szczególnego znużenia, które ukazują nam dzieła zebrane w Muzejonie, niewinne zabawy hermafrodytów w zielonych ogrodach sztuki i nauki. Poezja jako niezdarna próba sztucznego zapłodnienia muz; jaskrawo niedorzeczna metafora warkocza Bereniki5 świecącego pośród nocnego nieba nad twarzą uśpionej Melissy.

— O! — powiedziała kiedyś Justyna — powinna być jakaś wolność, coś polinezyjskiego w swobodzie naszego życia.

Powinna by może nawet powiedzieć: coś śródziemnomorskiego, bo innego znaczenia nabrałby każdy pocałunek we Włoszech albo w Hiszpanii; tutaj ostre suche wiatry znad pustyń Afryki rozjątrzały nasze ciała i musieliśmy zastępować miłość mądrzejszą, lecz bardziej okrutną intelektualną tkliwością, która potęgowała w nas jeszcze uczucie samotności zamiast je koić.

Dziś nawet miasto ma dwa środki ciężkości — dwa bieguny, prawdziwy i magnetyczny — a pomiędzy nimi temperament mieszkańców iskrzy ostro jak wyładowania elektryczne. Duchowym ośrodkiem miasta jest zapomniane miejsce dawnej Somy, gdzie niegdyś złożono martwe ciało młodego żołnierza w majestacie zapożyczonego bóstwa; doczesnym ośrodkiem jest Klub Maklerów, gdzie handlarze bawełną siedzący niby caballi6 popijają kawę, palą cuchnące krótkie cygara i patrzą na Capodistrię tak, jak gdyby z brzegu rzeki śledzili rybaka lub artystę. Pierwsze z tych miejsc symbolizowało w moich oczach podboje człowieka w dziedzinach materii, przestrzeni i czasu — które musiały nieuchronnie udzielić swojej cierpkiej wiedzy o klęsce zwycięzcy spoczywającemu w trumnie; drugie nie było symbolem, lecz otchłanią wolnej woli żyjących, gdzie ukochana moja Justyna błąkała się, szukając ze straszliwym, obsesyjnym uporem integrującej iskry, która mogłaby ją wznieść tak, aby ujrzała samą siebie w innej perspektywie. W Justynie, jako Aleksandryjce, rozwiązłość w jakiś dziwny sposób była formą samozaparcia, maską wolności; widząc w niej przedstawicielkę miasta, nie myślałem o Aleksandrii ani o Plotynie, lecz o smutnym trzydziestym pokoleniu z nauki Walentyna, o Sofii, która upadła „nie jak Lucyfer buntując się przeciw Bogu, lecz zbyt gorąco pragnąc połączenia się z nim”. Wszystko, posunięte zbyt daleko, staje się grzechem.

Zakłóciwszy boską harmonię własnej jaźni, upadła — jak mówi tragiczny filozof — i stała się zjawiskiem materialnym; a wszystko w jej mieście, we wszechświecie, utworzyło się z jej męki i wyrzutów sumienia. Tragiczne ziarno, z którego wyrosły jej myśli i uczynki, było nasieniem pesymistycznego gnostycyzmu.

Wiem, że tak ją identyfikując, nie pomyliłem się, bo kiedyś, o wiele później, gdy pomimo mnóstwa zastrzeżeń pozwoliła mi przyłączyć się do małego grona zbierającego się co miesiąc u Balthazara, zauważyłem, że najbardziej interesowało ją zawsze to, co Balthazar miał do powiedzenia o gnostycyzmie. Pamiętam, jak pewnego dnia z wielkim przejęciem, błagalnie zapytała go, czy dobrze zrozumiała jego myśl.

— To znaczy, że Bóg ani nas nie stworzył, ani też nie chciał, abyśmy zostali stworzeni; jesteśmy dziełem niższego bóstwa, Demiurga, który błędnie sam siebie miał za boga? Ależ to wydaje się nadzwyczaj prawdopodobne! I tę arogancką zarozumiałość przekazujemy w dziedzictwie naszym dzieciom!

Gdy wyszliśmy stamtąd, zastąpiła mi drogę, chwyciła za klapy marynarki i patrząc mi bardzo serio w oczy, spytała:

— Co myślisz o tym? Nigdy nic nie mówisz. Co najwyżej śmiejesz się czasem.

Nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć, bo mnie wszystkie idee wydają się równie dobre; już sam fakt ich istnienia dowodzi, że ktoś pracuje twórczo. Nieważne chyba, czy są obiektywnie słuszne, czy niesłuszne. Tak czy owak nie mogą przecież długo przetrwać.

— Ależ to ważne! — krzyknęła ze wzruszającą emfazą. — To ma głębokie znaczenie, mój drogi, bardzo głębokie!

Jesteśmy dziećmi krajobrazu, w którym żyjemy; to on dyktuje nam sposób bycia, a nawet myśli — o tyle, o ile na jego bodźce reagujemy. Nie przychodzi mi na myśl trafniejsza identyfikacja.

— Na przykład twoje zwątpienie, zawierające ten wielki niepokój i tyle głodu absolutnej prawdy, bardzo się różni od sceptycyzmu Greków, od intelektualnej zabawy, charakterystycznej dla umysłowości śródziemnomorskiej, która świadomie ucieka się do sofistyki, bo to należy do gry; ale dla ciebie myśl jest orężem, teologią.

— Ale czy można inaczej osądzać uczynki?

— Nie można ich w pełni oceniać, dopóki nie możemy osądzać myśli, bo nasze myśli same w sobie też są czynami. Właśnie próby wydawania cząstkowych sądów czy to o uczynkach, czy o myślach prowadzą do nieporozumień.

Niezmiernie lubiłem ten jej sposób bycia, gdy nagle przysiadała na jakimś murku albo zwalonej kolumnie, pośród ruin za Kolumną Pompejusza i zatapiała się w nieukojonym smutku z powodu jakiejś idei, która właśnie w całej swojej doniosłości objawiła się jej umysłowi.

— Naprawdę tak myślisz? — pytała, tak zmartwiona, że wzruszała mnie i rozśmieszała jednocześnie. — Dlaczego się uśmiechasz? Zawsze uśmiechasz się z rzeczy najpoważniejszych. Ach, powinieneś chyba tym się smucić?

Jeżeli kiedykolwiek poznała mnie naprawdę, musiała z czasem odkryć, że ci z nas, którzy czują głęboko i w ogóle uświadamiają sobie niemożliwy do rozsupłania węzeł myśli ludzkiej, nie mogą dać innej odpowiedzi prócz ironicznej tkliwości i milczenia.

W noc tak roziskrzoną od gwiazd, kiedy świetliki w szorstkiej, suchej trawie zwracają niebu swój widmowy różowawy blask, nie mogłem zrobić nic lepszego niż siedzieć tak obok niej, głaskać piękne ciemne włosy i milczeć. Pod powierzchnią milczenia jak czarna rzeka przepływały słowa wzniosłego cytatu, który Balthazar wybrał za temat swoich dzisiejszych rozważań i który odczytał głosem drżącym, trochę z przejęcia, a trochę ze zmęczenia myślą tak bardzo abstrakcyjną:

— To, co corpora mają za dzień, spiritus ma za noc. Kiedy ustają trudy ciała, duchy zaczynają pracować w człowieku. Stan jawy dla ciała jest snem ducha, a kiedy duch śpi, ciało czuwa. — A potem niby grom: — Zło jest to dobro wypaczone7.

Długo nie wierzyłem, że Nessim śledzi ją przez swoich agentów; wydawało się przecież, że Justyna swobodnie jak nietoperz błąka się nocami po mieście, i nigdy nie słyszałem, żeby od niej żądano zdawania sprawy z tego, gdzie była i co robiła. Niełatwe musiało być szpiegowanie istoty przedzierzgającej się w tyle różnych postaci i mającej z życiem miasta tak wiele różnych punktów styczności. Ale możliwe, że śledzono ją, aby uchronić od niebezpieczeństw. Dzięki przypadkowi zrozumiałem to pewnego wieczora, kiedy byłem zaproszony na obiad do ich starego domu. Jeśli nie mieli więcej gości, jadaliśmy w małym pawilonie w głębi ogrodu, gdzie świeżość lata łączyła się ze szmerem wody, spływającej z pysków czterech lwów, które otaczały fontannę. Tego wieczora Justyna spóźniała się, zastałem Nessima samego; zasłony od strony zachodniej były rozsunięte, Nessim w zamyśleniu polerował długimi delikatnymi palcami figurkę z żółtego nefrytu, jeden z okazów swojej kolekcji.

Od wyznaczonej godziny upłynęło już czterdzieści minut i Nessim wreszcie zarządził, by podano obiad, gdy nagle mały czarny telefon wewnętrzny zabrzęczał cicho, głosem cienkim jak igła. Nessim podszedł do niego, podniósł z westchnieniem słuchawkę i usłyszałem jego niecierpliwe: „tak?”; potem przez jakiś czas mówił, zniżając głos i przechodząc niespodziewanie na język arabski; narzuciło mi się intuicyjne wrażenie, że po drugiej stronie przewodu mówi Mnemdżian. Nie wiem, dlaczego taka myśl przyszła mi do głowy. Nessim pospiesznie zanotował coś na jakiejś kopercie i odłożywszy słuchawkę, przez chwilę stał, jakby ucząc się na pamięć tego, co zapisał. Potem odwrócił się ku mnie i zobaczyłem innego niż zwykle Nessima, gdy powiedział:

— Justyna może nas potrzebować. Czy pojedziesz ze mną?

Nie czekając na odpowiedź, zbiegł ze schodków, i mijając basen z liliami wodnymi skierował się do garażu. Spieszyłem za nim, jak mogłem, i w parę minut później wyjechaliśmy małym sportowym wozem przez ciężką bramę na rue Fuad, a stamtąd dalej w kierunku morza, skręcając w coraz to inną z ulic, których sieć prowadzi w dół do Ras El Tin. Godzina nie była jeszcze późna, lecz ruch uliczny bardzo już się przerzedził i mogliśmy pędzić z dużą szybkością poboczami krętej Esplanady w stronę Yacht Clubu, zawzięcie prześcigając konne dorożki („karoce miłości”), które leniwie snuły się tam i z powrotem nad brzegiem morza.

Przy forcie zakręciliśmy, wjeżdżając pomiędzy slumsy stłoczone na tyłach ulicy Tatwig; reflektory naszego samochodu ukazywały w niezwykłym jasnożółtym blasku kawiarnie podobne do mrowisk i rojące się od ludzi place. Skądsiś, spoza najbliższego rzędu walących się, ogołoconych z zieleni domów, dochodziły rozdzierające wrzaski i zawodzenia; to ciągnął orszak pogrzebowy i głosy zawodowych płaczek zohydzały noc lamentami nad zmarłym. Wysiedliśmy z samochodu w wąskiej uliczce przy meczecie i Nessim wszedł w mroczną bramę dużego domu czynszowego, w połowie zajętego przez lokale biurowe, teraz ukryte za spuszczonymi żaluzjami i zamkniętymi na sztaby drzwiami, na których widniały tabliczki i na pół zatarte nazwiska. Samotny boab, dozorca, siedział na swoim stołku okutany w szmaty tak, że można by go wziąć za martwy przedmiot — na przykład za starą porzuconą oponę samochodową — i ćmił nargile na krótkim cybuchu. Nessim przemówił do niego ostro i zanim boab zdążył odpowiedzieć, przez drzwi w głębi wybiegł na ciemne podwórko, wokół którego stało kilka ruder, wzniesionych z cegły i pochlapanych łuszczącym się tynkiem. Zatrzymał się tylko na krótką chwilę, żeby zaświecić zapalniczkę; przy jej nikłym płomyku badaliśmy kolejno różne wejścia. Przy czwartym Nessim zgasił zapalniczkę i zabębnił pięścią w drzwi. Nikt się nie odezwał, więc pchnął je i otworzył sam.

Ciemny korytarz prowadził do małego pokoju, którego mroki ledwie rozjaśniał nikły blask latarni. To był właśnie, jak się przekonałem, cel naszej wyprawy.

Ukazała nam się scena okropna i osobliwa już choćby dlatego, że światło, bijąc ku górze znad glinianego klepiska podłogi, wydobywało z ciemności jedynie brwi, wargi i kości policzkowe jej uczestników, pozostawiając wielkie plamy cieni na ich twarzach — można by myśleć, że nadżarły je szczury, których chrobot dochodził spomiędzy belek tej nędznej nory. To był burdel małoletnich prostytutek; w mętnym świetle zobaczyliśmy kilkanaście dziewczynek, z których żadna nie mogła z pewnością mieć więcej niż dziesięć lat i które stały tam, groteskowo ustrojone w biblijne nocne koszule, w zalotne frędzle koralików, w jarmarczne pierścionki, z nastroszonymi kędzierzawymi włosami i uszminkowanymi ustami; szczególna dziecięca niewinność, której nie mogło zaćmić fantastyczne przebranie, stanowiła zaskakujący kontrast z barbarzyńską postacią dorosłego mężczyzny, francuskiego marynarza, który jak gdyby w półprzysiadzie czaił się pośrodku izby i wysuwał zniszczoną, wzburzoną twarz w stronę Justyny, odwróconej tak, że widzieliśmy ją z profilu. Słowa, które jej cisnął właśnie w twarz, przebrzmiały już i zapadły w ciszę, ale gwałtowna siła, z jaką je z siebie wyrzucił, była jeszcze wciąż widoczna w napięciu twardej szczęki i ciemnych sznurów mięśni, wiążących jego głowę z ramionami. Twarz Justyny była oświetlona z jakąś bolesną klasyczną precyzją. We wzniesionej ręce Justyna trzymała butelkę, ale sposób, w jaki ją trzymała, świadczył niezbicie, że nigdy w życiu nie używała jeszcze tej broni.

Na zbutwiałej kanapie w rogu pokoju, wspaniale oświetlonym przez ciepłe refleksy światła odbitego od ścian, leżała jedna z dziewczynek; była dziwnie skurczona w fałdach swej koszuli i od razu nasuwało się podejrzenie, że to dziecko jest martwe. Ścianę nad kanapą pokrywały niebieskie odciski drobnych dłoni, talizmany chroniące w tym kraju dom od uroków złego spojrzenia. Była to jedyna dekoracja tego wnętrza, najbardziej zresztą rozpowszechniona ozdoba wszystkich domów w arabskiej dzielnicy miasta.

Obaj z Nessimem osłupieliśmy może na ułamek sekundy, zafascynowani tą sceną, bo było w niej jakieś dziwne przerażające piękno — jak gdybyśmy patrzyli na ohydną kolorową rycinę z wiktoriańskiej taniej Biblii, której treść zniekształcono i która znalazła się na niewłaściwym miejscu. Justyna oddychała głośno i chrapliwie, zdawało się, że lada chwila wybuchnie płaczem.

Zapewne skoczyliśmy ku niej i wywlekli ją stamtąd na ulicę, nie pamiętam, wiem tylko, że wszyscy troje dobiegliśmy na wybrzeże i potem jechaliśmy długą serpentyną w czystym miedzianym blasku księżyca. Widziałem odbitą w lusterku smutną i milczącą twarz Nessima; obok niego Justyna siedziała cichutko i patrząc przez okno na rozbijające się o brzeg srebrne fale, paliła papierosa, którego wyciągnęła z kieszeni mężowskiej kurtki. Później, w garażu, zanim opuściliśmy samochód, ucałowała czule oczy Nessima.

Z perspektywy czasu wszystko to uznałem niejako za uwerturę do pierwszego prawdziwego spotkania, twarzą w twarz, kiedy to porozumienie, które poprzednio tak nas cieszyło — radość i przyjaźń, oparta na upodobaniach wspólnych nam trojgu — rozbiło się i przeobraziło w coś innego, co nie było miłością — jakże mogłoby nią być? — lecz jak gdyby intelektualnym opętaniem, w którym więź zachłannego seksualnego pożądania grała najmniej ważną rolę. Jak mogliśmy dopuścić do tego, oboje mając za sobą tyle doświadczeń, oboje przepaleni i zahartowani przez zawody doznane w innych miłościach?

Pod koniec lata zatoki fosforyzują niepokojąco i po długich, skwarnych, nasyconych kurzem dniach wyczuwa się pierwsze zapowiedzi jesieni, jak drganie motylich skrzydeł, które za chwilę mają się rozpostrzeć. Jezioro Mariut nabiera cytrynowo-liliowych odcieni, na jego błotnistych brzegach zjawiają się jasne plamy anemonów, które przebijają się przez spulchniony gips i glinę. Pewnego dnia, gdy oboje wyjechali do Kairu, wszedłem do ich domu po jakieś książki i ku swojemu zdumieniu zastałem w pracowni Justynę samą, cerującą stary sweter. Wróciła nocnym pociągiem do Aleksandrii, zostawiając Nessima w Kairze, gdzie miał jakąś konferencję związaną z jego interesami. Wypiliśmy razem herbatę, a później, pod wpływem nagłego impulsu, wzięliśmy kostiumy kąpielowe i pojechaliśmy wśród rdzawych usypisk żużlu na przedmieściu Meks, ku piaszczystym plażom pod Burg El Arab, połyskującym w cytrynowo-liliowym świetle gasnącego szybko popołudnia. Tutaj pełne morze biło o dywan czystego piasku falami o barwie tlenku rtęci; ich głęboki melodyjny szum był akompaniamentem dla naszej rozmowy, o ile w ogóle rozmawialiśmy. Brodziliśmy po kostki w pianie pokrywającej płytkie wyboiste kałuże, gdzieniegdzie wypełnione gąbkami, wyrwanymi z korzeniem i wyrzuconymi na brzeg. Pamiętam, że po drodze nie spotkaliśmy nikogo prócz chudego młodego Beduina, który niósł na głowie drucianą klatkę z mnóstwem złapanych na lepik dzikich ptaków. Paniczny trzepot.

Długo leżeliśmy obok siebie w wilgotnych kostiumach kąpielowych, wystawiając skórę na ostatnie blade promienie słońca w rozkosznym wieczornym chłodzie.

Leżałem z na pół przymkniętymi oczyma, a Justyna (jakże wyraźnie ją widzę!), podparta na łokciu, osłaniała dłonią oczy i wpatrywała się w moją twarz. Zawsze gdy mówiłem, miała zwyczaj śledzić moje wargi z dziwną, trochę drwiącą, prawie impertynencką uwagą, jakby spodziewała się, że lada chwila przekręcę jakieś słowo. Może rzeczywiście wtedy to wszystko się zaczęło, zapomniałem reszty rozmowy, pamiętam tylko jej ochrypły, niepewny głos zadający mi pytanie mniej więcej tej treści:

— A gdyby nam to się zdarzyło, co byś powiedział?

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, schyliła się i pocałowała mnie — jak gdyby drwiąco, wojowniczo — w usta. Wydało mi się to tak do niej niepodobne, że już miałem na końcu języka jakiś niejasno sformułowany wyrzut, ale w tym momencie pocałunki jej stały się jak gdyby oszałamiającym miękkim gradem ciosów, które zadawała mi bez tchu, wśród żywiołowego śmiechu wzbierającego w jej piersi, rwącego się, kpiącego śmiechu. Nagle olśniła mnie myśl, że Justyna czegoś się bardzo przelękła.

Powiedziałem:

— Nie powinno się to nam zdarzyć.

I chyba na to odparła:

— Ale przypuśćmy, że się zdarzy. Co wtedy?

Potem, to już pamiętam jasno, ogarnęła ją mania usprawiedliwiania się przed samą sobą (mówiliśmy po francusku, język kształtuje charakter narodowy) i w tych zdyszanych ułamkach sekund, czując jej mocne wargi na swoich i jej smagłe, wytworne ramiona oplatające mnie, słyszałem jej słowa:

— Nie należy tego brać za łakomstwo lub pobłażanie sobie. Na to jesteśmy oboje zbyt cywilizowani, po prostu możemy się od siebie nawzajem czegoś nauczyć. Czego?

Czego? I czy to był sposób właściwy? Pamiętam, że zadałem te pytania, widząc na tle wieczornego nieba pochylającą się wysmukłą sylwetkę Nessima.

— Nie wiem — odpowiedziała z dzikim, upartym, rozpaczliwym wyrazem pokory w oczach. — Nie wiem! — I przytuliła się do mnie tak, jak człowiek ranny przyciska rękę do obolałego miejsca. Jak gdyby chciała wymazać nawet myśl o mnie i mimo to w każdym kruchym, drżącym pocałunku znajdowała jakąś dziwną, bolesną ulgę, jaką daje na przykład strumień zimnej wody puszczony na zwichniętą kostkę. Jakże wyraźnie w tej chwili rozpoznałem w niej dziecko tego miasta, które żąda, aby kobiety syciły zmysły nie rozkoszą, lecz cierpieniem, i szukały tego, czego nie mają odwagi znaleźć!

Podniosła się i odeszła długą, wygiętą linią wybrzeża, brnąc przez rozlewiska lawy powoli ze spuszczoną głową, a ja myślałem o pięknej twarzy Nessima uśmiechającej się do niej we wszystkich lustrach pokoju. Cała scena, która dopiero co rozegrała się między nami, nabrała w moim umyśle nieprawdopodobieństwa sennych marzeń. Zapalając papierosa, spostrzegłem, z jakimś obiektywnym zainteresowaniem, że ręce mi się trzęsą, a potem wstałem, żeby pójść za nią.

Ale gdy dogoniłem ją i zatrzymałem, zwróciła do mnie twarz rozjątrzonego demona. Była straszliwie zagniewana.

— Myślisz, że ja po prostu zapragnęłam miłosnej przygody? O Boże, czyż nie mieliśmy ich już dość w życiu? Jak to możliwe, żebyś nie zrozumiał od razu, co ja czuję? Jak to możliwe?

Tupnęła o mokry piach. Nie chodziło o to tylko, że geologiczny uskok otworzył się nagle w gruncie, po którym stąpaliśmy z wielką pewnością siebie. To było tak, jakby w mojej naturze jakiś dawno nie ruszany głęboki szyb nagle się zawalił. Zrozumiałem, że jałowa wymiana myśli i uczuć wyżłobiła w nas ścieżkę prowadzącą do bardziej mrocznych dżungli serca; że oto staliśmy się w ciele naszym jeńcami, posiadaczami tajemniczej wiedzy, którą można jedynie przekazać — otrzymać, rozszyfrować, pojąć — dzięki tym rzadkim na świecie istotom uzupełniającym nas samych. (Jakże są nieliczne, jak trudno którąś z nich spotkać!)

Pamiętam, że powiedziała: — To nie ma nic wspólnego z seksem — i że musiałem wtedy stłumić pokusę śmiechu, chociaż wyczułem w tym jej powiedzeniu rozpaczliwą próbę oddzielenia ciała od treści tej prawdy, którą ono w sobie nosi. Myślę, że coś podobnego zawsze zdarza się bankrutom, kiedy są zakochani. Zrozumiałem wtedy coś, co powinien bym sobie uświadomić dużo wcześniej: nasza przyjaźń dojrzała do takiego punktu, że każde z nas stało się w pewnym sensie współwłaścicielem drugiego.

Sądzę, że ta myśl przejęła nas oboje zgrozą; byliśmy bardzo zmęczeni i musieliśmy zadrżeć przed możliwością takiego między nami związku. Nic więcej już nie mówiliśmy, w milczeniu, trzymając się za ręce, wróciliśmy plażą na miejsce, gdzie zostały nasze ubrania. Justyna zdawała się doszczętnie wyczerpana. Oboje pragnęliśmy rozpaczliwie uciec od siebie, aby zastanowić się nad własnymi uczuciami. Nie odzywaliśmy się już wcale. Pojechaliśmy do miasta i Justyna, jak zwykle, zostawiła mnie na rogu ulicy w pobliżu mojego mieszkania. Zatrzasnąłem drzwiczki samochodu, a Justyna ruszyła dalej bez słowa, bez spojrzenia w moją stronę.

Otwierając drzwi mojego pokoju, miałem jeszcze wciąż przed oczyma ślad jej stopy na mokrym piasku. Melissa czytała i podniósłszy wzrok znad książki, powiedziała ze znamienną dla niej spokojną intuicją: — Coś się stało. Co? — Nie mogłem jej tego wyjaśnić, bo sam nie wiedziałem. Ująłem w dłonie jej twarz i wpatrywałem się w nią, milcząc, pilnie i uważnie, ze smutkiem i upragnieniem, jakiego chyba nigdy jeszcze w życiu nie doznałem. Melissa powiedziała:

— Ty nie mnie widzisz, ale kogoś innego.

Naprawdę jednak widziałem po raz pierwszy właśnie Melissę. W paradoksalny sposób Justyna umożliwiła mi zobaczenie teraz Melissy takiej, jaką była istotnie, i zrozumienie, jak ją kocham. Melissa z uśmiechem sięgnęła po papierosa, mówiąc: — Zakochałeś się w Justynie — a ja zaprzeczyłem, jak umiałem najuczciwiej i z bólem: — Nie, Melisso, to coś o wiele gorszego — chociaż nawet za cenę życia nie potrafiłbym wytłumaczyć, co to jest i dlaczego tak się stało.

Myśląc o Justynie, miałem przed oczyma wyobraźni jakąś wielką zaimprowizowaną kompozycję, rysunek przedstawiający kobietę, która uosabiała męską niezależność od wszystkich więzi. „Gdzie jest ścierwo, tam się gromadzą orły” — zacytowała kiedyś z dumą zdanie znane z Boehmego, stosując je do swego rodzinnego miasta. Naprawdę wyglądała w tej chwili jak orzeł i zdawała się orłem. Ale Melissa była smutnym zimowym pejzażem pod ciemnym niebem; skrzynką z kilku kwiatami pelargonii, zapomnianą na parapecie w oknie cementowni.

W jednym z dzienników Justyny znalazłem fragment, który w tym miejscu narzuca się mojej pamięci. Zacytuję go tutaj w przekładzie, bo chociaż niewątpliwie odnosi się do zdarzeń wcześniejszych niż te, o których właśnie opowiadam, wyraża niemal idealnie osobliwe, przyrodzone cechy tej miłości, którą po długich rozmyślaniach uznałem za charakterystyczną dla naszego miasta raczej niż dla naszych indywidualności. „Byłoby pomyłką — pisała — wyobrażać sobie, że zakochanie to pokrewieństwo intelektów, myśli; to jest jednoczesne rozpłomienienie dwóch duchów, z których każdy podlega autonomicznemu procesowi dorastania. Człowiek ma wówczas uczucie, że coś w jego wnętrzu eksplodowało bezgłośnie. Zakochany, olśniony i przejęty, krąży wokół tego wydarzenia i bada treść własnego przeżycia; jego wdzięczność rozszerza się i obejmuje rzekomego dawcę tych doznań, i to już wystarcza, żeby stworzyć złudzenie jedności z drugą istotą ludzką, ale jest to tylko złudzenie. Ukochany jest tylko kimś, kto dzielił to samo przeżycie, w tym samym momencie, lecz jak narcyz wpatrzony w siebie. Chęć jak największego zbliżenia się do ukochanej istoty nie wypływa przede wszystkim z myśli o wzięciu jej w posiadanie; po prostu chodzi o to, by stało się możliwe porównywanie z sobą dwóch przeżyć, doświadczanych przez dwie różne osoby, niby odbić tej samej rzeczy w różnych lustrach. Wszystko to może być wcześniejsze niż pierwsze spojrzenie, pocałunek czy dotknięcie; wcześniejsze niż uczucia ambicji, dumy, zazdrości; wcześniejsze niż pierwsze wyznanie, które stanowi punkt zwrotny; stąd już zaczyna się degeneracja miłości przeradzającej się w przyzwyczajenie, posiadanie, a wreszcie z powrotem w samotność”. Jakże charakterystyczna i jak niewesoła definicja czarodziejskiego daru i jakże prawdziwa — w odniesieniu do Justyny!

„Każdy mężczyzna..”. — napisała na innym miejscu, a ja czytając te słowa, słyszę ochrypły, zasmucony jej głos szepczący je w miarę notowania: — Każdy mężczyzna składa się z gliny i dajmona i nie ma kobiety, która by mogła w nim nasycić obie te połowy.

Tego popołudnia wróciwszy do domu, zastała tam Nessima, który niespodziewanie wrócił samolotem z Kairu. Skarżąc się, że ma dreszcze, położyła się wcześnie do łóżka. Kiedy Nessim przyszedł, żeby jej dotrzymać towarzystwa i zmierzyć gorączkę, powiedziała mu coś, co widać wydało mu się szczególnie interesujące, bo zapamiętał jej słowa i powtórzył mi je po długim czasie: — To nie jest sprawa dla lekarzy. Po prostu mały dreszczyk. Choroby nie czepiają się ludzi, którzy pragną umrzeć. — A później w charakterystyczny sposób zmieniając nagle kierunek skojarzeń, jak jaskółka skręcająca w locie, dodała: — Och, Nessimie, byłam zawsze bardzo silna. Czy to przeszkodziło mi być naprawdę kochaną?

To dzięki Nessimowi zacząłem poruszać się dość swobodnie w wielkiej pajęczej sieci aleksandryjskiego świata towarzyskiego; moje własne skąpe zarobki nie pozwalały mi nawet bywać w nocnym klubie, gdzie tańczyła Melissa. Początkowo krępowało mnie to, że korzystam, nie rewanżując się, z gościnności Nessima, ale wkrótce przyjaźń nasza tak się zacieśniła, że zabierali mnie wszędzie z sobą, a ja bez skrupułów uważałem to za rzecz zupełnie naturalną. Melissa odgrzebała z dna jakiegoś kufra mój stary smoking i odświeżyła go. W ich towarzystwie po raz pierwszy poszedłem do klubu, w którym występowała. Dziwnych doznawałem wrażeń, siedząc pomiędzy Justyną a Nessimem i patrząc, jak w nagłym rozbłysku białego światła ukazuje się Melissa zupełnie inna od tej, którą znałem, odmieniona przez warstwę szminek, nadającą jej miłej twarzy wyraz pospolitego, przedwczesnego otępienia. Przeraziła mnie też banalność jej tańca, poniżej wszelkiej miary nieudolnego; lecz gdy śledziłem łagodne i nieefektowne ruchy jej smukłych rąk i stóp (wyglądała jak gazela wprzężona w kierat), wezbrała w moim sercu czułość dla jej przeciętności i wzruszył mnie ukłon, jaki złożyła, oszołomiona i niepewna siebie, dziękując za słabe oklaski. Potem musiała obejść salę z tacką, zbierając datki na orkiestrę i wywiązywała się z tego obowiązku tak rozpaczliwie onieśmielona, że gdy podeszła do naszego stolika ze spuszczonymi oczyma, ukrytymi pod szkaradnymi sztucznymi rzęsami, zauważyłem, jak ręce jej drżą. Moi przyjaciele nie wiedzieli jeszcze wówczas, co nas łączy, spostrzegłem jednak, że Justyna przyglądała mi się z zaciekawieniem i drwiną, gdy przetrząsałem kieszenie, by wygarnąć z nich kilka banknotów i rzucić je na tacę ręką drżącą równie silnie jak ręce Melissy, tak żywo odczułem jej zakłopotanie.

Później, gdy wróciłem do domu lekko zawiany i uszczęśliwiony tańcem z Justyną, zastałem Melissę jeszcze krzątającą się przy elektrycznej maszynce, na której gotowała wodę.

— Ach, po cóż rzuciłeś na tacę tyle pieniędzy? Cała tygodniowa pensja! Czyś ty oszalał? Co będziemy jutro jedli?

Oboje byliśmy beznadziejnie niezaradni w sprawach pieniężnych, mimo to radziliśmy sobie lepiej razem niż każde z osobna. Wracając późną nocą z klubu, Melissa zatrzymywała się w uliczce przed domem i jeżeli w moim pokoju świeciła się jeszcze lampa, wzywała mnie cichym gwizdnięciem; na ten sygnał odkładałem książkę, którą właśnie czytałem, i po cichu zbiegałem schodami na dół, widząc już oczyma wyobraźni jej wargi, stulone wokół wilgotnego dźwięku, jakby gotowe przyjąć miękkie muśnięcie moich ust. W okresie, o którym mówię, stary kuśnierz lub jego wysłannicy jeszcze ją tropili i nagabywali. Bez słowa braliśmy się za ręce i biegliśmy labiryntem uliczek obok konsulatu polskiego, przystając od czasu do czasu w jakiejś ciemnej bramie, żeby się upewnić, czy nikt nie idzie w ślad za nami. Wreszcie, gdy byliśmy już tak daleko, że sklepy zniknęły nam z oczu, uchodziliśmy w lśniącą morzem, mlecznobiałą aleksandryjską noc; wszystkie nasze troski rozpływały się w ciepłym, łagodnym powietrzu i wędrowaliśmy ku gwieździe porannej migocącej nad ciemną aksamitną piersią Montazy, muskaną przez wiatr i fale.

W tamtym okresie skupiona i wyzywająca łagodność Melissy miała wszelkie znamiona odzyskanej młodości. Nieraz, kiedy Melissa myślała, że śpię, czułem jej długie niepewne palce błądzące po mojej twarzy, jakby chciały utrwalić wspomnienia szczęścia, które przeżyliśmy razem. Była w niej jakaś uległość, zdolność do naginania się — orientalna pasja służenia. Dbała o moje liche ubrania i nawet gdy brała do ręki moją brudną koszulę, zdawało się, że ją także ogarnia przepełniającą serce troskliwością; rano zastawałem maszynkę do golenia doskonale oczyszczoną, nawet pastę wyciśniętą już na szczotkę do zębów. Ta jej opieka była bodźcem, wzywającym, żebym własnemu życiu też nadał jakiś kształt i styl dopasowany do jej prostoty. O swoim doświadczeniu erotycznym nigdy nie mówiła, odtrącając je ze znużeniem i niesmakiem, co nasuwało mi wniosek, że musiało być dla niej raczej wynikiem konieczności niż pożądania. Zaszczyciła mnie kiedyś takim komplementem:

— Po raz pierwszy mogę bez strachu pozwolić sobie z mężczyzną na lekkomyślność i głupstwa.

Bieda także stanowiła między nami głęboką więź. Nasze wycieczki należały przeważnie do kategorii skromnych rozrywek dostępnych dla mieszkańców nadmorskiego miasta. Mały blaszany tramwaj ze szczękiem kół zawoził nas na piaszczystą plażę Sidi Bishr, albo też spędzaliśmy Szem El Nessim w ogrodach Nuzha, obozując na trawie pod oleandrami wśród kilkunastu niezamożnych egipskich rodzin. Tłum, zamiast przeszkadzać, bawił nas i sprzyjał poczuciu bliskości między nami. Nad cuchnącym kanałem patrząc, jak dzieci nurkują po monety w zamulonej wodzie, albo też jedząc kawałki arbuza kupione na straganie, czuliśmy się wśród innych miejskich gapiów anonimowo szczęśliwi. Już w samych nazwach przystanków tramwajowych brzmi echo poezji tych naszych wypraw: Chatby, Camp de Cesar, Laurens, Glymenopoulus, Sidi Bishr...

Ale medal miał też drugą stronę: czasem wracając późną nocą, zastawałem ją śpiącą, czerwone pantofelki porzucone na podłodze, małą fajkę do haszyszu obok niej na poduszce... Wtedy wiedziałem, że ogarnęła ją znowu depresja. W takich okresach była blada, smutna, mizerna, niezdolna przez kilka dni z rzędu wyrwać się z letargu. Mówiła do siebie, godzinami słuchała radia, ziewała, z roztargnieniem przeglądała stos starych tygodników filmowych. W takie dni, kiedy przytłaczała ją apatia tego miasta, na próżno wysilałem całą swoją pomysłowość, żeby ją obudzić do życia. Leżała ze wzrokiem utkwionym w jakiś odległy punkt niby Sybilla, głaskała moją twarz, powtarzając w kółko:

— Gdybyś wiedział, jakie było moje życie, porzuciłbyś mnie. Taka kobieta jak ja nie może być towarzyszką dla ciebie, dla żadnego mężczyzny. Jestem na dnie. Cała twoja dobroć idzie na marne.

Kiedy protestowałem, że to nie dobroć, lecz miłość, odpowiadała z gorzkim skrzywieniem ust:

— Gdyby to była miłość, otrułbyś mnie, zamiast pozwalać, żebym się tak męczyła.

Potem zanosiła się kaszlem z głębi nieleczonych płuc, a ja, nie mogąc tego słuchać, wychodziłem włóczyć się po ciemnych brudnych arabskich ulicach, albo też szedłem do biblioteki British Council szperać po encyklopediach; w tym miejscu, tchnącym brytyjską kulturą, skąpstwem, ubóstwem, intelektualnym zawieszeniem u cudzej klamki, spędzałem wieczór samotnie, z satysfakcją słuchając pilnego szeleszczenia kartkami i otaczających mnie szeptów.

Ale zdarzały się inne okresy, wyprażone w słońcu popołudnia — „pocące się miodem”, jak mawiał Pombal — gdy leżeliśmy obok siebie oczarowani ciszą, patrząc, jak żółte zasłony czule wzdychają w blasku, poruszane spokojnym tchnieniem wiatru znad Mariut, zgodnym z rytmem naszych oddechów. Potem Melissa wstawała, spoglądała na zegar, potrącała go i wsłuchiwała się uważnie w jego tykanie; naga siadała przed lustrem toaletki i zapalała papierosa; wyglądała młodo i ślicznie z podniesionym ramieniem, ozdobionym tanią bransoletką, którą dostała ode mnie. (— Tak, przyglądam się sobie, ale to mi pomaga myśleć o tobie). Przerywając ten krótki akt adoracji przed lustrem, przebiegała pokój, by skryć się w obskurnej komórce, przeznaczonej na zmywalnię naczyń, a zastępującej mi łazienkę, i tam nad brudnym żelaznym zlewem myła się zręcznymi, szybkimi ruchami, wzdrygając się pod zimną wodą; ja tymczasem leżałem, wdychając ciepło i zapach poduszki, na której przed chwilą spoczywała jej ciemna głowa, i patrzałem na grecką podłużną, smutną twarz, na umiarkowany wąski nos i szczere oczy, na atłasową skórę, która jest przywilejem jedynie istot z funkcjonującą jeszcze grasicą, na ciemne znamię u nasady wysmukłej szyi. Nie sposób obliczyć wartości takich chwil, ani też wyrazić jej w słowach; trwają one przechowane w roztworze pamięci jak cudowne istoty, jedyne w swoim rodzaju, wydobyte z głębin jakiegoś niezbadanego oceanu.

Tamtego lata Pombal zdecydował się odnająć swoje mieszkanie Pursewardenowi, ku memu wielkiemu niezadowoleniu. Nie lubiłem tej literackiej znakomitości za kontrast między osobą i twórczością — bo pisał wiersze i prozę niewątpliwie natchnione. Nie znałem go bliżej, ale powodzenie materialne, które zdobył jako powieściopisarz, budziło we mnie zazdrość; nabył też z czasem, dzięki wprawie w życiu towarzyskim, tę szczególną zręczność, której nie miałem nadziei nigdy włączyć do własnego arsenału. Był to mały, grubawy blondyn i robił wrażenie młodego człowieka, bezpiecznego w macierzystym porcie. Nie mogę odmówić mu uprzejmości, a nawet dobroci, owszem, miał obie te zalety, ale przykrość współżycia w jednym mieszkaniu z kimś, kogo się nie lubi, może wzburzyć żółć w człowieku. Jednakże przeprowadzka byłaby jeszcze bardziej kłopotliwa, więc zgodziłem się w zamian za zniżkę czynszu poprzestać na małej klitce w końcu korytrza i na obskurnej ciasnej komórce zamiast łazienki.

Pursewardena stać było na urządzanie przyjęć, toteż mniej więcej dwa razy na tydzień pijackie hałasy i śmiechy, dochodzące z jego pokoi, przeszkadzały mi zasnąć do rana. Pewnej nocy, o dość późnej już godzinie, ktoś zapukał do moich drzwi. W korytarzu stał Pursewarden, blady i trochę podniecony, jak gdyby przed chwilą piorun strzelił tuż koło niego. U jego boku krzepki palacz okrętowy, odpychająco szpetny; jak wszyscy palacze okrętowi, wyglądał tak, jakby go w wieku dziecinnym zaprzedano w niewolę.

— Proszę pana — rzekł Pursewarden przenikliwym głosem — słyszałem od Pombala, że pan jest doktorem. Czy nie zechciałby pan przyjść do mnie i zająć się osobą, która zasłabła?

Wspomniałem kiedyś Pombalowi, że przez jeden rok studiowałem medycynę, i odtąd stałem się w jego oczach lekarzem w pełni wykwalifikowanym. Nie tylko powierzał mojej opiece wszystkie swoje dolegliwości — polegające często na zarażeniu się pasożytami — ale pewnego razu posunął się aż do propozycji, żebym na stole jadalnym zoperował jedną z jego przyjaciółek, uwalniając ją od niepożądanej ciąży. Co prędzej wyjaśniłem Pursewardenowi, że nie jestem doktorem, i poradziłem mu zatelefonować do jakiegoś autentycznego lekarza; telefon był jednak zepsuty, a boaba nie dało się ocucić ze snu, w końcu więc, raczej z bezinteresownej ciekawości niż z innych pobudek, narzuciłem płaszcz na piżamę i poszedłem korytarzem do mieszkania Pursewardena.

Gdy otworzyłem drzwi, od razu oślepił mnie blask i dym. Zabawa, jak się zdaje, nie odbiegała od zwykłego programu, bo towarzystwo składało się z kilku niewydarzonych kadetów marynarki i z prostytutki, sprowadzonej z tawerny Golfa, cuchnącej taphią8 i potem nasyconych morską solą łap, które ją obmacywały. Co dziwniejsze, dziewczyna ta pochylała się nad kimś siedzącym w kącie kanapy. W tym kimś rozpoznaję dzisiaj Melissę, ale wówczas wydała mi się tragiczną i komiczną maską grecką. Melissa bredziła w malignie, ale niedosłyszalnie, bo straciła głos, toteż wyglądała jak bohaterka filmu, w którym zapomniano włączyć dźwięk. Twarz miała zapadniętą. Starsza kobieta zdawała się przerażona i w panice biła ją po uszach, ciągnęła za włosy, podczas gdy jeden z kadetów marynarki bryzgał na nią dość niezdarnie wodą z bogato zdobionego nocnika, który należał do najcenniejszych okazów Pombalowej kolekcji i miał na dnie wymalowany herb królów Francji. Zza kulis dochodziły odgłosy świadczące, że ktoś tam rzyga bez pośpiechu i obficie. Pursewarden stał obok mnie i patrząc na tę scenę, zdawał się zawstydzony.

Melissa pociła się kropliście, włosy miała przylepione do skroni; kiedy przedarliśmy się przez krąg jej dręczycieli, zapadła z powrotem w rozdygotane, tępe milczenie, ale przeraźliwy krzyk wyryty był trwale na jej twarzy. Rozsądek nakazywał zebrać informacje, gdzie przedtem była, co jadła, co piła i tak dalej, lecz jeden rzut oka na otaczające mnie rozkrzyczane i zamroczone grono wystarczył, abym się upewnił, że z tych osób nie wycisnę żadnej sensownej wiadomości. Mimo to chwyciłem stojącego najbliżej chłopaka i zacząłem go wypytywać, gdy nagle dziwka od Golfa, też rozhisteryzowana do nieprzytomności i powstrzymywana przez palacza okrętowego (który stojąc za nią, odciągał ją w tył), wrzasnęła ochrypłym, zdławionym głosem:

— Kantarydy! On ją nakarmił kantarydami!

Wywinęła się niby piskorz z objęć swojego pogromcy i z rozmachem rąbnęła jednego z marynarzy torebką po głowie. Torebka musiała być chyba wypchana gwoźdźmi, bo chłopak osunął się na podłogę, a gdy potem wstał, miał we włosach skorupy potłuczonej porcelany.

Uderzyła w płacz i głosem, w którym brzmiała pogróżka, zaczęła wzywać policję. Trzej marynarze otoczyli ją i rozcapierzając tępe paluchy, perswadowali, doradzali, błagali, żeby się uspokoiła. Nikt nie miał ochoty spotykać się z żandarmerią morską. Ale nikt też nie miał ochoty nadstawiać łba pod tę prometejską torebkę damską naładowaną prezerwatywami i flakonikami z belladonną. Dziwka wycofywała się ostrożnie krok za krokiem. (Tymczasem zbadałem tętno Melissy i zdarłem z niej bluzkę, żeby wysłuchać serca. Zląkłem się o nią, a prawdę mówiąc także o Pursewardena, który zajął strategiczną pozycję za fotelem i stamtąd apelował wymownymi gestami do każdego z obecnych po kolei). Teraz zabawa rozpętała się już na całego, bo marynarze przyparli dziwkę do muru, pech jednak zdarzył, że znalazła się koło pięknej serwantki mieszczącej ukochaną Pombalową kolekcję szkieł i porcelany. Szukając za plecami jakiegoś oparcia, dziwka trafiła ręką na niewyczerpane prawie zapasy amunicji, i wypuszczając z dłoni torebkę z okrzykiem tryumfu zaczęła miotać porcelanowymi przedmiotami z bezprzykładnym uporem i wyjątkowo celnie. W powietrzu zakotłowało się od egipskich i greckich łzawnic, uszepti9 i sewrskich cacek. Teraz można było lada chwila spodziewać się dobrze znanego i bardzo niepożądanego łomotu podkutych butów o drzwi wejściowe, bo wszędzie w koło w oknach sąsiednich domów zapalały się światła. Pursewarden nie darmo był przerażony. Jako stały mieszkaniec, i w dodatku znany literat, nie mógłby bez wielkiego uszczerbku dopuścić do skandalu, który egipska prasa rozdmuchałaby na pewno, gdyby ta awantura wyszła na jaw. Toteż odetchnął z ulgą, kiedy skinąłem na niego, żeby pomógł mi owinąć nieprzytomną już zupełnie Melissę w miękki bucharski dywan; we dwóch przenieśliśmy ją korytarzem do mojego pokoju, w błogosławionym zaciszu tej klitki odwinęliśmy ją, niby Kleopatrę, i złożyli na łóżku.

Przypomniałem sobie o istnieniu starego lekarza, Greka, mieszkającego przy tej samej ulicy. Wkróce też udało mi się go sprowadzić: przyczłapał po ciemnych schodach, potykając się, klnąc w językach obu wybrzeży, gubiąc po drodze co chwila to kateter, to stetoskop. Orzekł, że Melissa jest rzeczywiście bardzo chora, lecz diagnozę postawił szeroką i nieścisłą — w stylu naszego miasta.

— Wszystko razem — powiedział. — Niedożywienie, histeria, alkohol, haszysz, gruźlica, kantarydy... co kto chce!

Odegrał całą scenkę mimiczną, wsuwając rękę do kieszeni i niby wyciągając z niej całą garść chorób, by ofiarować je nam do wyboru. Umiał jednak być też doradcą praktycznym, zaproponował, że przygotuje dla Melissy miejsce w greckim szpitalu od następnego dnia. Na razie nie wolno jej było nigdzie przenosić.

Spędziłem tę noc i następną skulony w nogach łóżka. W dzień, gdy szedłem do pracy, zostawiałem chorą pod opieką jednookiego Haralda, najłagodniejszego z Berberów. Przez pierwszych dwanaście godzin stan jej był naprawdę bardzo ciężki, chwilami majaczyła, cierpiała straszliwie podczas krótkotrwałych ataków ślepoty — straszliwie, ponieważ ją przerażały. Ale stosując łagodną stanowczość, zdołaliśmy we dwóch z Hamidem dodać jej na tyle otuchy, że przetrwała najgorsze, a nazajutrz po południu czuła się już troszkę lepiej i mogła porozumiewać się z nami szeptem. Grecki lekarz był z tej poprawy zadowolony. Spytał Melissę, skąd pochodzi, a wtedy na twarzy jej pojawił się wyraz lęku i odpowiedziała: — Ze Smyrny — ale nie chciała wyjawić nazwiska ani adresu rodziców; gdy nalegał, odwróciła się do ściany i łzy bezsilności z wolna wypełniły jej oczy. Doktor ujął jej rękę i przyjrzał się czwartemu palcowi.

— Widzi pan — rzekł do mnie z kliniczną obojętnością, wskazując brak obrączki. — To jest wyjaśnienie. Rodzice wyrzekli się jej i wyrzucili ją z domu. Takie historie zdarzają się bardzo często w naszych czasach...

I kiwał kudłatą współczującą głową nad Melissą. Ona milczała, ale gdy przyjechała sanitarka i miano ją zabrać na noszach, podziękowała mi gorąco za ratunek, przycisnęła rękę Hamida do swego policzka, a mnie zaskoczyła kurtuazją, do jakiej nie byłem przyzwyczajony w swoim życiu, bo powiedziała:

— Jeśli nie będzie pan miał innej dziewczyny, jak wyjdę ze szpitala, proszę o mnie pomyśleć. Przyjdę na każde wezwanie.

Nie da się szczerej wspaniałomyślności tego greckiego zdania przełożyć wiernie na żaden inny język.

Straciłem ją w ten sposób z oczu na miesiąc czy może dłużej, nawet nie myślałem o niej, zajęty podówczas mnóstwem innych spraw. Aż pewnego upalnego, pustego popołudnia, siedząc w oknie i obserwując, jak miasto otrząsa się ze snu, zobaczyłem inną zupełnie Melissę, która szła ulicą i skręciła w bramę naszego domu. Zapukała do moich drzwi i wkroczyła z naręczem kwiatów, a ja poczułem się nagle oddalony o kilka wieków od tamtej zapomnianej nocy. Melissa miała wtedy w sobie tę samą pokorną nieśmiałość, którą w niej spostrzegłem, gdy w nocnym lokalu zbierała na tacę datki dla orkiestry. Wyglądała jak posąg dumy, który zwiesił głowę.

Zacząłem się miotać w gorączkowych gestach uprzejmości. Podałem jej krzesło, Melissa usiadła na jego brzeżku. Kwiaty były oczywiście przeznaczone dla mnie, ale nie miała odwagi wcisnąć mi bukietu w rękę i widziałem, że rozgląda się w zakłopotaniu, szukając jakiegoś wazonu, do którego mogłaby je włożyć. Ale miałem tylko emaliowaną miednicę, pełną w danym momencie na pół obranych ziemniaków. Zaczynałem już irytować się, że w ogóle przyszła. Chętnie poczęstowałbym ją herbatą, ale kuchenka elektryczna zepsuła się, a na zaproszenie do cukierni nie miałem pieniędzy, w tym okresie grzęzłem coraz głębiej w długach. W dodatku wysłałem Hamida po odprasowane jedyne moje letnie ubranie i miałem na sobie zniszczony szlafrok. Natomiast Melissa wyglądała ślicznie, onieśmielała mnie elegancją, w nowej letniej sukni z deseniem kruchych liści wina i w słomkowym kapeluszu, który przypominał wielki złoty dzwon. Modliłem się w duchu, żeby Hamid wrócił, bo to by jakoś rozładowało atmosferę. Chciałem jej ofiarować papierosa, ale właśnie zapas mi się wyczerpał i musiałem przyjąć papierosa od niej, z małej filigranowej papierośnicy, którą stale nosiła w torebce. Paliłem, siląc się na dobrą minę, i powiedziałem Melissie, że wziąłem dodatkową posadę przy ulicy Sidi Gabr, więc będę zarabiał trochę więcej. Ona powiedziała mi nawzajem, że wraca do dawnej pracy, odnowiono z nią kontrakt, ale będą jej płacili mniej niż poprzednio. Po chwili takiej rozmowy Melissa oświadczyła, że musi już iść, bo umówiła się z kimś na herbatę. Odprowadziłem ją aż na klatkę schodową i prosiłem, żeby mnie odwiedziła znów, kiedykolwiek będzie miała ochotę. Podziękowała i z wolna zeszła po schodach, wciąż trzymając w objęciach kwiaty, których nie śmiała mi wręczyć. Gdy odeszła, usiadłem na łóżku i wyplułem z siebie wszystkie przekleństwa, jakie znałem w czterech językach, nie wiedziałem jednak, do kogo je adresuję. Kiedy jednooki Hamid przywlókł się do domu, ja kipiałem jeszcze ze złości i zwróciłem przeciw nieborakowi całą swoją furię. Był tym mocno zaskoczony, bo od dawna nie zdarzyło się, żebym podniósł na niego głos, toteż wycofał się do komórki, mrucząc pod nosem, potrząsając głową i wzywając duchy opiekuńcze na pomoc.

Ubrałem się, pożyczyłem trochę pieniędzy od Pursewardena, natknąwszy się na niego po drodze do skrzynki pocztowej, i ujrzałem znów Melissę w kącie kawiarni samą, z brodą podpartą na dłoni. Kapelusz i torebka leżały obok niej, wzrok miała utkwiony w filiżankę, a na twarzy kapryśny wyraz zadumy i rozbawienia.Bez namysłu wszedłem do kawiarni i usiadłem przy niej. Powiedziałem, że przychodzę, aby ją przeprosić za tak niegościnne przyjęcie, ale... Tu zacząłem opisywać wszystkie okoliczności, które złożyły się na moje zakłopotanie, niczego nie pomijając: zepsuta kuchenka elektryczna, nieobecność Hamida, brak ubrania... W miarę jak wyliczałem plagi, które na mnie spadły, wydawały mi się one coraz bardziej śmieszne, więc zmieniając punkt widzenia, zacząłem o nich opowiadać tonem tragicznego patosu, co zmusiło Melissę do wybuchnięcia w końcu śmiechem, najmilszym śmiechem, jaki w życiu słyszałem. Wspominając o swoich długach, grubo przesadziłem, chociaż rzeczywiście od tamtej nocnej awantury Pursewarden zawsze bez wahania gotów był pożyczać mi drobne sumy. Żeby wszystko to godnie ukoronować, powiedziałem, że zjawiła się w momencie, gdy właśnie wykurowałem się z pewnej błahej, lecz dokuczliwej choroby wenerycznej — a zawdzięczam ją nadmiernej troskliwości Pombala, bo zaraziła mnie z pewnością jedna z Syryjek, przekazanych mi w spadku przez niego. Było to kłamstwo, ale nie mogłem oprzeć się pokusie ubarwienia w ten sposób mojej opowieści. Powiedziałem, że myśl o pójściu do łóżka z kobietą przed całkowitym wyzdrowieniem budzi we mnie panikę. Melissa położyła dłoń na mojej ręce i zanosiła się śmiechem, marszcząc nos, a śmiała się tak szczerze, tak lekko, tak swobodnie, że w tej chwili i na tym miejscu postanowiłem sobie pokochać ją.

Trzymając się pod rękę, spacerowaliśmy całe popołudnie nad morzem, wplatając do rozmowy strzępki naszych życiorysów, historii prawdziwych, ale nieskładnych i nieprzewidzianych. Nie mieliśmy wspólnych upodobań. Różniliśmy się zasadniczo charakterami i skłonnościami, mimo to wyczuwaliśmy jakąś obietnicę w czarodziejskiej swobodzie tej przyjaźni. Lubię też wspominać pierwszy nasz pocałunek nad morzem, kosmyki włosów, które wiatr zdmuchiwał z jej białych skroni, pocałunek przerwany nowym wybuchem śmiechu, gdy Melissa przypomniała sobie nagle historię prześladujących mnie nieszczęść. W tym był symbol łączącej nas namiętności, zabarwionej humorem i pozbawionej napięcia; namiętności miłosiernej.

O dwie rzeczy daremnie byłoby wypytywać Justynę: o jej wiek i pochodzenie. Nikt, chyba nawet Nessim także, nie wiedział o niej wszystkiego na pewno. W tym jednym przypadku zawodziła nawet wyrocznia naszego miasta, Mnemdżian, chociaż ten miał informacje o jej miłosnych przygodach z lat ostatnich. Mrużył fiołkowe oczy, mówiąc o niej, i z wahaniem udzielał wiadomości, że Justyna pochodzi z gęsto zaludnionej dzielnicy Attarine, jest córką ubogiej żydowskiej rodziny, która wyemigrowała potem do Salonik. Niewiele więcej można było się dowiedzieć z jej dzienników, ponieważ brak w nich dowodów rzeczowych — nazwisk, dat, nazw geograficznych; są to przeważnie chaotycznie notowane ulotne myśli, kapryśnie przeplatane cierpkimi anegdotkami i ostro kreślonymi sylwetkami ludzi, których tożsamość maskują inicjały. Justyna pisała po francusku niezupełnie poprawnie, lecz z werwą i pikanterią; w stylu dzienników odnalazłem niedoścignione zalety jej żywego, trochę ochrypłego głosu. Na przykład: „Clea opowiada o swoim dzieciństwie; myślę o moim, myślę namiętnie. Dzieciństwo mojej rasy, moich czasów... Pierwsze ciosy, rudera za Stadionem; warsztat zegarmistrza. Widzę siebie podpatrującą z namiętną uwagą twarz uśpionego kochanka; tak samo stary zegarmistrz schylał się w skupieniu nad zepsutym zegarkiem w jaskrawym świetle spływającym na niego bezszelestnie z góry. Ciosy i przekleństwa, i wszędzie na ścianach z czerwonej gliny (jakby ślady ciosów zadawanych przez sumienie) niebieskie odciski dłoni z wyprostowanymi palcami, znaki broniące nas od złego spojrzenia. Wśród ciosów wyrastałyśmy, z obolałymi głowami, z oczyma uciekającymi przed spotkaniem ze wzrokiem innych ludzi. W domu podłoga z ubitej gliny, szczury, mrok i lampki z knotem pływającym na oliwie. Chrapanie starego pijanego lichwiarza, który z każdym oddechem wciąga smród kompostu, ziemi, ekskrementów, łajna nietoperzy; rynsztoki zatkane liśćmi i okruchami chleba rozmiękczonymi uryną; gęsty, natrętny zapach żółtych wieńców jaśminu. Do tego jeszcze krzyk wśród nocy zza okiennic innego domu w tej krętej ulicy: to bej tłucze żony, dlatego że sam jest impotentem. Stara znachorka sprzedaje się co noc na gołej ziemi między zburzonymi domami. Późną nocą — ponury tajemniczy skowyt; miękki odgłos bosych czarnych stóp w ulicy ze spalonej gliny. W naszym pokoju kłębią się ciemności i zaduch, a my, Europejczycy, rażąco odbijamy od straszliwego zwierzęcego zdrowia czarnych, którzy nas otaczają. Kopulujący boab wstrząsa domem niby palmą. Czarne tygrysy ze lśniącymi zębami. Wszędzie zasłony, krzyki, wariacki chichot pod drzewem pieprzowym, obłęd i trędowaci. Gdy dzieci oglądają takie rzeczy, gromadzą je w pamięci, żeby wyprostować własne życie lub też pchnąć je na manowce. Wielbłąd upadł z wyczerpania na ulicy przed domem. Jest za ciężki, żeby można było go przenieść do rzeźni, więc zjawia się dwóch mężczyzn z siekierami i ćwiartują go żywcem tam, na ulicy, wśród ludzi. Rozrąbują białe mięso — nieszczęsne zwierzę wydaje się bardziej jeszcze arystokratyczne, smutne i zdziwione, gdy odrąbano mu cztery nogi. Wreszcie zostaje już tylko głowa żywa, otwarte oczy rozglądające się wokół. Bez krzyku, bez protestu, bez oporu. Zwierzę poddaje się jak palma drwalowi. Ale przez wiele dni potem glina ulicy jest nasiąknięta krwią i nasze bose stopy zostawiają ślad na wilgotnej powierzchni.

Pieniądze wpadające do blaszanych miseczek żebraków. Strzępy wszystkich języków — armeńskiego, greckiego, amharskiego, marokańskiej arabszczyzny; — Żydzi z Azji Mniejszej, z Pontu, z Gruzji; matki urodzone w greckich osadach nad Morzem Czarnym; gminy odcięte jak gałęzie od drzewa, pozbawione macierzystego pnia, marzące o straconym raju. To są biedne dzielnice białego miasta; niepodobne wcale do pięknych ulic, zbudowanych i przyozdobionych przez cudzoziemców, gdzie siedzą giełdziarze, pochłaniając ranne gazety. Nawet port nie istnieje dla nas, ludzi z tej dzielnicy. Zimą czasami, choć bardzo rzadko, słychać ryk syreny, ale dochodzi on z innego kraju. Och, nędza portów i nazw, które one wyczarowują, gdy nie czeka cię żadna podróż. To jest jak śmierć, własna śmierć przywoływana za każdym powtórzeniem słowa Aleksandria, Aleksandria...”.

Ulice Bab El Mandeb, Abu El Dardar, Minet El Bassal, śliskie od puchu nawianego z targu bawełny — Nuzha, ogród różany, wspomnienie pocałunków — przystanki autobusowe o nazwach magicznych, jak Saba Pasza, Mazlum, Zizinia Bakos, Schutz, Gianaclis. Miasto, gdy kochasz w nim choćby jedną istotę, staje się światem.

Moja zażyłość z wielkim domem miała między innymi ten skutek, że ludzie, którzy widzieli w Nessimie osobistość wpływową, zaczęli mnie dostrzegać i poświęcać mi uwagę, sądząc, że skoro on traci dla mnie tyle cennego czasu, ja także muszę być w jakiś nieodgadniony sposób człowiekiem albo majętnym, albo wybitnym. Pewnego popołudnia, gdy drzemałem, przyszedł Pombal i usiadł koło mnie na łóżku.

— Słuchaj — powiedział — ludzie zaczynają na ciebie zwracać uwagę. Co prawda cicisbeo jest w Aleksandrii figurą dość pospolitą, ale narazisz się na rozmaite towarzyskie kłopoty, jeżeli będziesz pokazywał się tak często razem z tą parą. Zobacz to! — I wręczył mi duży ozdobny karton z zaproszeniem do konsulatu francuskiego na cocktail. Przeczytałem, nie rozumiejąc, o co chodzi, więc Pombal wyjaśnił:

— Głupia historia. Mój szef, konsul generalny, pali się do Justyny. Wszelkie próby zawarcia osobistej znajomości zawiodły. Jego szpiedzy donoszą mu, że ty masz dostęp do ścisłego kręgu rodzinnego, a nawet że jesteś... Wiem, wiem. Konsul jednak ufa, że zdoła z jej serca wyprzeć ciebie i zająć twoje miejsce. — Zaśmiał się rubasznie.

Mnie w tamtym okresie wydawało się to śmieszne i niedorzeczne.

— Powiedz panu konsulowi... — odparłem, wyliczając parę dobitnych argumentów, na co Pombal z niesmakiem cyknął językiem o zęby i potrząsnął głową.

— Chętnie bym mu to powtórzył — rzekł — ale, mon cher, między dyplomatami obowiązuje specjalny regulamin dziobania, tak samo jak w kurniku. Od niego przecież zależy, czy dostanę krzyż, czy nie.

Podnosząc nieco swój ciężki kadłub, wyciągnął z kieszeni małą, zniszczoną książeczkę w żółtej okładce i położył mi ją na kolanach.

— To powinno by cię zainteresować. Justyna w bardzo młodym wieku wyszła za pewnego francuskiego obywatela, z pochodzenia Albańczyka, literata. Ta książka to jej analiza, niejako wynik sekcji. Wcale niezła robota.

Obracałem broszurę w rękach. Tytuł brzmiał Moeurs, nazwisko autora — Jakub Arnauti. Kolofon świadczył, że powieść była w początkach lat trzydziestych kilkakrotnie wznawiana.

— Skąd dowiedziałeś się tego wszystkiego? — spytałem, a Georges przymrużył duże, osłonięte grubą powieką żabie oko, wyjaśniając:

— Przeprowadziliśmy mały wywiad. Konsul nabił sobie głowę Justyną i zatrudnił zbieraniem informacji o niej cały personel na dobrych parę tygodni. Vive la France!

Po jego odejściu zacząłem wertować książeczkę, na pół tylko wytrzeźwiony ze snu. Rzecz była naprawdę bardzo dobrze napisana w pierwszej osobie liczby pojedynczej, stanowiła rodzaj dziennika z życia w Aleksandrii, oglądanego oczyma cudzoziemca w połowie lat trzydziestych. Autor tych zapisków zbiera materiał do zamierzonej powieści i dzień po dniu notuje swoje przeżycia w Aleksandrii dokładnie i wnikliwie; ale uwagę moją przykuł dopiero portret młodej żydowskiej dziewczyny, którą tu poznał, zaślubił i wywiózł do Europy i z którą w końcu się rozwiódł. Stopniowy rozkład tego małżeństwa po powrocie do Egiptu zanalizowany jest z okrutną intuicją, która wyraziście ukazuje charakter Klaudii — żony pisarza. Ze zdumieniem i zaciekawieniem rozpoznałem w tym szkicu Justynę, jakiej nie mogłem znać. Justynę oczywiście młodszą i bardziej zdezorientowaną. Ale ponad wszelką wątpliwość tę samą Justynę. Toteż czytając tę książkę, a wracałem do niej wiele razy, zawsze w myśli zastępowałem jej imieniem imię bohaterki. Pasowało do tekstu doskonale i nadawało mu przerażające prawdopodobieństwo.

Spotkali się na tym miejscu, gdzie ja po raz pierwszy ją zobaczyłem, w ponurym holu hotelu Cecil. Zobaczył ją w jednym ze zdobiących go luster. ,,W westybulu tego grobowego hotelu palmy rozszczepiają i odbijają nieruchome liście w złoconych lustrach. Tylko bogacze mogą sobie pozwolić na mieszkanie tu przez czas dłuższy, ludzie żyjący w pozłacanym bezpieczeństwie, pewni wysokich rent na starość. Co do mnie, szukam tańszej kwatery. Dzisiaj w holu siedzi uroczyście grupka Syryjczyków, ciężkie postacie w czarnych ubraniach, żółte twarze pod czerwonymi tarbuszami. Ich kobiety, przypominające hipopotamy, z lekka wąsate, odeszły już, dzwoniąc biżuterią, do pokoi sypialnych. Panowie schylają dziwnie miękkie owale twarzy nad szkatułkami klejnotów i szepczą o nich zniewieściałymi głosami, bo każdy z tych kupców ma zawsze ze sobą szkatułkę z najcenniejszymi swoimi skarbami, a po obiedzie rozmowa skupia się na biżuterii przeznaczonej dla mężczyzn. Tylko ten temat rozmów pozostał śródziemnomorskiemu światu; zainteresowanie zogniskowane na własnej osobie, narcyzm, zrodzony z przesytu seksualnego i wyrażający się w symbolu posiadania; toteż przy pierwszym zetknięciu się z mężem dowiadujesz się, ile wynosi jego majątek, a gdy przedstawiają cię jego żonie, szepczą ci w podnieceniu na ucho, ile wniosła posagu. Pieją jak eunuchy nad biżuterią, obracając klejnoty to w tę, to w inną stronę, do światła, by lepiej oszacować ich wartość. Błyskają ładnymi białymi zębami w kobiecych uśmieszkach. Wzdychają. Biało ubrany kelner z gładką hebanową twarzą podaje im kawę. Na srebrnych zawiasach rozchylają się papierośnice, odsłaniając żółtawą biel (jak uda egipskich kobiet) papierosów, z których każdy zawiera kilka okruchów haszyszu. Parę upajających ziarnek przed pójściem do łóżka. Myślałem o spotkanej wczoraj wieczorem dziewczynie z lustra: cień na bieli marmuru i kości słoniowej, lśniące czarne włosy, głębokie, pełne westchnień oczy, w których spojrzenie zatapia się, bo są nerwowe, ciekawe, błyszczące seksualnym zainteresowaniem. Podaje się za Greczynkę, ale z pewnością jest Żydówką. Żyd wyczuwa drugiego Żyda, ale żadne z nas nie odważyło się przyznać do prawdziwej swojej krwi. Przedstawiłem jej się jako Francuz. Prędzej czy później odkryjemy wzajemnie prawdę o sobie.

Kobiety z cudzoziemskich kolonii są tutaj piękniejsze niż gdzie indziej. Strach, niepewność władają nimi. Mają złudzenie, że brodzą w czarnym oceanie, otaczającym je ze wszystkich stron. To miasto zostało zbudowane jak grobla powstrzymująca napór fal afrykańskich ciemności, ale czarni na swoich miękkich stopach już przeciekają do europejskich dzielnic; odbywa się niejako proces rasowej osmozy. Żeby czuć tutaj pełnię szczęścia, trzeba by być muzułmanką, Egipcjanką — zachłanną, miękką, leniwą, obrzmiałą, rozmiłowaną w błyskotkach; ich woskowa skóra nabiera cytrynowo-żółtych albo zielonkawych barw w świetle naftowego płomienia. Istoty twarde jak z drewna. Piersi jędrne jak zielone jabłka, ciało o powierzchni zimnej jak płazy, z kościstymi wyrostkami palców u nóg i u rąk. Ich uczuciowość pogrzebana jest w podświadomości. Kochankowi nie dają nic z siebie, bo nie mają własnej jaźni do ofiarowania, oplatają się tylko wokół niego dręczącym odzwierciedleniem — męką niewyrażonych tęsknot, która jest przeciwnym biegunem czułości — rozkoszą. Od wieków żyją zamknięte wśród wołów, zamaskowane, obrzezane. Karmione w ciemności konfiturami i perfumowanym tłuszczem zamieniły się w beczki rozkoszy, toczące się na nogach białych jak papier i porysowanych niebieskimi żyłami.

W dzielnicy egipskiej ciała pachną inaczej — amoniakiem, drzewem sandałowym, siarką, korzeniami i rybą. Nie pozwalała, żebym ją odprowadzał do domu — na pewno wstydziła się, że mieszka wśród tych ruder. Ale umiała cudownie opowiadać o swoim dzieciństwie. Zanotowałem niektóre fragmenty: jej powrót do domu, gdzie ojciec małym młotkiem łupał na stole orzechy przy świetle lampki olejnej. Widzę go. Nie jest to Grek, lecz Żyd z Odessy, w czapce futrzanej, z tłustymi kędziorami. Albo pocałunek Berbera, jego olbrzymi sztywny członek niby obsydian z ery lodowcowej; nachylił się i ujął jej dolną wargę delikatnie pomiędzy swoje piękne, niespiłowane zęby. Europa została daleko poza nami, zmierzamy ku nowym duchowym szerokościom geograficznym. Oddała mi się z taką wzgardą, że po raz pierwszy w życiu byłem zaskoczony naturą jej niepokoju; jak gdyby była w rozpaczy, brzemienna nieszczęściem. A jednak te kobiety należące do zaginionych społeczeństw wyróżniają się desperacką odwagą, zupełnie inną od naszej. Poznały sprawy ciała tak, że są dla nas naprawdę cudzoziemkami. Jak mam o tym wszystkim pisać? Czy Klaudia przyjdzie, czy też zniknęła na zawsze? Syryjki, kładąc się do łóżka, wydają lekkie okrzyki jak wędrowne ptaki”.

Ona przychodzi. Rozmawiają. („Pod pozorami prowincjonalnej sofistyki i psychicznej odporności wykryłem, jak mi się zdawało, brak doświadczenia, nieznajomość nie świata, oczywiście, ale zwyczajów towarzyskich. Zrozumiałem, że interesuje się mną jako cudzoziemcem z dobrymi manierami — w tej chwili zwróciła na mnie nieśmiało mądre sowie spojrzenie ogromnych brązowych oczu, których niebieskawe białka i długie rzęsy podkreślają wspaniałość źrenic, błyszczących i czystych”).

Można sobie wyobrazić, z jak niecierpliwym, bolesnym lękiem czytałem pierwszy raz tę kronikę romansu z Justyną, i nawet po wielokrotnej lekturze książki, którą dziś umiem prawie na pamięć, pozostała ona dla mnie zawsze zdumiewającym dokumentem mojego osobistego cierpienia. ,,Nasza miłość — napisał autor na innym miejscu, znacznie później — była jak sylogizm, któremu brak prawdziwych przesłanek: to znaczy szacunku. Było to jakby intelektualne opętanie, które nas oboje trzymało w sidłach tak, że dawaliśmy się nieść płytkim, ciepłym wodom Mariut niby żaby w porze tarła, zdani na łup instynktu, na którego dnie było znużenie i upał... Nie, to by należało inaczej określić. Ten obraz nie jest bardzo trafny. Spróbuję raz jeszcze od początku naszkicować portret Klaudii moim niezdarnym i niepewnym piórem. Od czego zaczniemy?

A więc talent do panowania nad każdą sytuacją służył jej dobrze przez dwadzieścia lat kapryśnego i nieregularnego życia. O jej pochodzeniu niewiele mogłem się dowiedzieć, tyle tylko, że była bardzo biedna. Robiła na mnie wrażenie osoby, która stara się ustawicznie sama siebie okrutnie karykaturować — ale to robi większość samotnych, ludzi czując, że prawdziwa ich osobowość nie znajdzie w innych oddźwięku. W zawrotnym tempie przenosiła się z jednego środowiska w inne, zmieniała mężczyzn, miejsca w przestrzeni i w czasie. Ale jej nieśmiałość miała w sobie jakiś olśniewający rozmach. Im lepiej ją znałem, tym trudniej było mi przewidzieć, co zrobi czy powie; niezmienny zostawał jedynie jej gorączkowy wysiłek, by przełamać zaporę własnego autyzmu. A każdy postępek kończył się omyłką, winą, skruchą. Jakże często mówiła:

— Kochanie, tym razem będzie inaczej, przyrzekam ci.

Później, kiedy byliśmy za granicą, w hotelu Adlon, gdzie reflektory prószyły światłem na hiszpańskie tancerki, wśród oparów dymu z tysiąca papierosów; w Budzie nad ciemną rzeką, gdzie jej gorące łzy spadały pomiędzy unoszące się spokojnie na wodzie liście; podczas konnych wędrówek po jałowych równinach Hiszpanii, w ciszy punktowanej tętentem kopyt; nad Morzem Śródziemnym, gdzie leżeliśmy na jakiejś odludnej skalistej wysepce — nie jej zdrady budziły mój gniew, bo kiedy chodziło o Justynę, sprawa samczej dumy posiadacza stawała się mniej ważna; fascynowało mnie złudzenie, że będę mógł poznać ją naprawdę, ale dzisiaj wiem, że właściwie nie była kobietą, lecz wcieleniem kobiecości, która odrzuca wszelkie więzy uznawane w otaczającym nas społeczeństwie. — Wszędzie ścigam życie, które warto by przeżywać. Może gdybym umarła albo oszalała, odkryłabym wtedy prawdziwy sens wszystkich uczuć, które we mnie są, lecz nie znajdują stosownego ujścia. Lekarz, którego kochałam, powiedział mi, że jestem nimfomanką, ale przecież, Jakubie, szukając rozkoszy, nie robię tego z łakomstwa, ani też nie pobłażam sobie. Z tego punktu widzenia wszystko to idzie po prostu na marne. Na marne, mój drogi, na marne. Mówisz, że przyjmuję rozkosz ze smutkiem, jak purytanie. Ale i ty sądzisz mnie niesprawiedliwie. Ja ją przeżywam tragicznie i gdyby moi przyjaciele medycy chcieli znaleźć jakąś skomplikowaną nazwę dla istoty pozbawionej serca, jaką ja im się wydaję, musieliby przyznać, że braki serca wynagradzam nadmiarem duszy. Na tym polega cała trudność! — Każdy spostrzeże, że na ogół kobiety nie są zdolne do subtelnych rozróżnień tego rodzaju. Można by powiedzieć, że jej zabrakło jednego wymiaru i miłość skierowała się ku wnętrzu, przemieniona w szczególne bałwochwalstwo. Początkowo myliłem się i brałem to za niszczycielski, samobójczy egotyzm, bo zdawało się, że ona nic nie wie o obowiązujących drobnych aktach lojalności, które stanowią podstawę uczuciowego związku między kobietą a mężczyzną. Brzmi to pompatycznie, ale mniejsza z tym. Teraz jednak, wspominając lęki i uniesienia, które ją nawiedzały, zaczynam wątpić, czy miałem słuszność. Myślę o tych męczących dramatach, o tych scenach rozgrywających się w wynajętych pokojach umeblowanych, gdy Justyna odkręcała kran umywalni, żeby pluskiem Wody zagłuszyć własny płacz. Biegała tam i z powrotem ze skrzyżowanymi ramionami, z dłońmi wetkniętymi pod pachy, mruczała sama do siebie i miałem wrażenie, że się cała tli jak smolna żagiew i że lada chwila nastąpi wybuch. W takich momentach zdawało się, że drażni ją nie do zniesienia moje wątłe zdrowie, słabe nerwy, a nade wszystko moje europejskie poczucie humoru. Jeśli na przykład cierpiała z powodu jakiejś urojonej impertynencji, którą jej wyrządzono na proszonym obiedzie, krążyła po dywaniku przed łóżkiem jak pantera. Zdarzało się, że zasypiałem, a wtedy wpadała we wściekłość i trzęsła mną, chwyciwszy za ramiona, krzycząc:

— Wstawaj, Jakubie, czy nie widzisz, że ja cierpię?

Gdy odmawiałem uczestnictwa w tej pantomimie, potrafiła umyślnie stłuc jakiś flakon, rzucając nim o toaletkę, żeby mieć pretekst do zadzwonienia na służbę. Ileż to razy oglądałem wystraszone twarze nocnych pokojówek, gdy zjawiały się na wezwanie tej dziwacznej damy w srebrnej lub złotej wieczorowej sukni i słyszały z jej ust słowa, wypowiadane tonem niebezpiecznie uprzejmym:

— Proszę zrobić porządek na toaletce. Byłam tak niezgrabna, że znów coś stłukłam.

Potem Justyna siadała i paliła jednego papierosa po drugim.

— Doskonale wiem, co to wszystko znaczy — powiedziałem jej kiedyś. — Ilekroć jesteś wobec mnie niewierna i gryzą cię wyrzuty sumienia, mogę oczekiwać, że zrobisz taką awanturę, próbując sprowokować mnie, żebym cię zbił i w ten sposób niejako oczyścił cię z grzechu. Ale ja, moja droga, nigdy nie zgodzę się na taką rolę wspólnika dla zadośćuczynienia twoim chęciom. Musisz swoje brzemię dźwigać sama. Robisz, co możesz, żeby mnie skłonić do użycia przeciw tobie bata. Ale wzbudzasz we mnie tylko litość. — Trzeba przyznać, że to jej dało do myślenia i przez chwilę w zadumie gładziła bezwiednym ruchem łydki, które tak starannie tego popołudnia depilowała.

Później, kiedy zaczynałem już być nią znużony, nadużywanie silnych wzruszeń wydawało mi się tak nieznośne, że obrzucałem ją obelgami i drwiłem z niej. Pewnego wieczora nazwałem ją nieznośną, histeryczną Żydówką. Wybuchając tym swoim straszliwym ochrypłym łkaniem, które słyszałem tak często, że dziś jeszcze cierpię na samą myśl o nim (o jego bogatym brzmieniu, o intensywności jego melodii), padała na łóżko i leżała, miękka, bezwolna, wstrząsana histerycznymi drgawkami jak wąż do polewania ogrodu siłą tryskającej wody.

Czy te sceny rzeczywiście powtarzały się bardzo często, czy też moja pamięć tak je rozmnożyła? Może stało się to raz tylko i zwodzi mnie zwielokrotnione echo? Mam wrażenie, że wiele razy słyszałem szczęk otwieranego flakonu ze środkiem nasennym i cichy stuk tabletek wpadających do szklanki. Nawet jeżeli już drzemałem, liczyłem te odgłosy, żeby upewnić się, że nie zażyje za dużej dawki. Ale to wszystko działo się oczywiście znacznie później; w pierwszym okresie prosiłem ją, żeby przyszła do mojego łóżka, a ona kładła się posłusznie obok mnie, skrępowana, ponura i zimna. W swojej głupocie łudziłem się, że zdołam stopić ten lód i obdarzę ją fizycznym uspokojeniem, od którego, jak myślałem, zależy spokój umysłu. Myliłem się grubo. Tkwił w niej jakiś wewnętrzny supeł, niemożliwy do rozluźnienia, który pragnęła rozplatać, a którego ja, ani jako kochanek, ani jako przyjaciel, nie byłem zdolny dosięgnąć. Oczywiście. Wiedziałem wówczas wszystko, co można wiedzieć o psychopatologii histerii. Ale za tym kryło się coś w istocie swojej zupełnie innego i myślałem, że potrafię to wykryć. W pewnym sensie ona ścigała nie życie, lecz jakieś integrujące objawienie, które by życiu wyznaczyło cel.

Opisałem już nasze pierwsze spotkanie — w długim lustrze hotelu Cecil, przed otwartymi drzwiami sali balowej, w wieczór karnawałowy. Wydaje się trochę symbolicznie, że pierwsze słowa wymieniliśmy w lustrze. Przyszła tam w towarzystwie mężczyzny podobnego do mątwy, który czekał, podczas gdy ona tak uważnie wpatrywała się w swoją smagłą twarz. Przystanąłem obok, żeby poprawić krawat, związany w motylka, w którym czułem się nieswojo. Twarz jej miała wyraz głodnej, naturalnej szczerości, broniącej ją od podejrzenia o zuchwalstwo, gdy z uśmiechem powiedziała: — Nigdy nie ma dość światła. — Na co bez namysłu odparłem: — Może dla kobiet. Bo my, mężczyźni, mamy mniejsze wymagania. — Oboje uśmiechnęliśmy się i minąłem ją, wchodząc na salę balową, gotów zniknąć z jej lustrzanego życia na zawsze i bez wspomnień. Potem w jednym z tych okropnych angielskich tańców, nazywanym, zdaje się, Paul Jones, przypadek zetknął mnie z nią twarzą w twarz i zatańczyliśmy razem walca. Wymieniliśmy parę zdawkowych słów — tańczę bardzo słabo; muszę wyznać, że wtedy piękność jej nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Stało się to dopiero później, gdy rozpoczęła swoją grę, formułując naprędce jakieś niejasne hipotezy co do mojego charakteru i gdy celnymi, przenikliwymi spostrzeżeniami zmąciła mój zmysł krytyczny, przypisując mi cechy doraźnie zaimprowizowane, próbując bez skrupułów przykuć tym sposobem moją uwagę. Kobiety lubią atakować pisarzy, toteż z chwilą gdy dowiedziała się, że jestem pisarzem, postanowiła mnie sobą zainteresować przeprowadzając analizę mojego charakteru. Wszystko to byłoby bardzo pochlebne dla mojej miłości własnej, gdyby niektóre jej uwagi nie trafiały tak doskonale w sedno. Ale była niezwykle bystra, a ja w mej słabości nie mogłem oprzeć się grze tego rodzaju, musiałem wpaść w intelektualną zasadzkę, która często bywa gambitem otwierającym flirt.

Dalszego ciągu nie pamiętam aż do tej nocy — cudownej nocy letniej na zalanym księżycową poświatą balkonie nad morzem — gdy Justyna kładąc gorącą dłoń na moich ustach i nie pozwalając mi mówić, powiedziała coś w tym rodzaju:

— Prędko. Engorge-moi. Od pożądania do wstrętu, trzeba to już mieć za sobą.

Jak się zdaje, wyczerpała mnie już do dna we własnej wyobraźni. Ale wymówiła te słowa z takim znużeniem, z taką pokorą, że któżby mógł jej odmówić miłości?

Daremnie próbowałbym odtworzyć to wszystko tak niepewnym narzędziem, jak słowa. Pamiętam każde z tych spotkań tak wyraźnie i widzę je pod tylu różnymi kątami, że pozostał mi bardzo złożony obraz Justyny, ukrywającej żarłoczny głód świadomości, panowania opartego na samowiedzy, za parawanem tkliwych uczuć. Ze smutkiem zadaję sobie pytanie, czy kiedykolwiek naprawdę obudziłem w niej wzruszenie, czy też istniałem tylko jako laboratorium, służące jej do eksperymentów. Dużo się ode mnie nauczyła: czytać i zastanawiać się. Przedtem nie umiała tego. I może to, co brałem za miłość, było wdzięcznością. Wśród tysiąca rozproszonych ludzi, wrażeń, studiowanych przedmiotów widzę gdzieś siebie płynącego bez celu, unoszonego prądem i wyciągającego ramiona. Rzecz dziwna, ale jeśli czasem spotykałem się z nią naprawdę, to nie w miłości, lecz w strefie mojej literackiej pracy. Tu podawaliśmy sobie ręce, w tym amoralnym świecie zawieszonych wyroków, gdzie ciekawość i podziw znaczą więcej niż porządek, logiczny porządek narzucony przez umysł. W tym świecie czeka się w milczeniu, wstrzymując oddech, aby szyba nie przesłoniła się mgłą. W ten sposób ją śledziłem. Byłem nią opętany.

Oczywiście, jako nieodrodne dziecko Muzejonu, miała mnóstwo sekretów, musiałem rozpaczliwie bronić się od zazdrości i od pokusy wtargnięcia w ukrytą dziedzinę jej życia. Zdołałem się prawie doskonale ustrzec przed tym i jeżeli ją szpiegowałem, to naprawdę jedynie z ciekawości, żeby dowiedzieć się, co robi i o czym myśli, gdy nie jest ze mną. Na przykład odwiedzała często w mieście pewną kobietę, która miała na nią wpływ tak głęboki, że mogłem podejrzewać je o jakieś niedozwolone związki; pisywała też do pewnego mężczyzny długie listy, chociaż mieszkał, o ile było mi wiadomo, stale w naszym mieście. Może choroba przykuła go do łóżka? Starałem się wyjaśnić te sprawy, lecz moi szpiedzy znosili mi same mało interesujące informacje. Kobieta była niemłodą już wdową, zajmowała się wróżbiarstwem. Mężczyzna, do którego Justyna pisywała — słyszałem skrzypienie jej pióra na tanim papierze listowym — okazał się lekarzem, pracującym też przez parę godzin tygodniowo w miejscowym konsulacie. Nie chorował obłożnie, był homoseksualistą i zajmował się filozofią hermetyczną, tak bardzo obecnie modną. Kiedyś pisząc przy moim biurku, zostawiła niezwykle wyraźny odcisk na bibule, tak że mogłem w lustrze (znowu lustro!) odczytać kilka zdań: «...moje życie jest jak gdyby niezagojoną raną, by użyć Twojego określenia, i staram się je wypełnić ludźmi, wypadkami, chorobami, wszystkim, co nawinie się pod rękę. Masz słuszność, mówiąc, że to jest namiastka lepszego życia, mądrzejszego. Ale chociaż szanuję twoją dyscyplinę i wiedzę, czuję, że jeśli mam kiedykolwiek dojść do zgody sama ze sobą, muszę przebrnąć najpierw przez cały śmietnik własnego charakteru i spalić wszystkie brudy. Ktoś inny mógłby mój problem rozwiązać sztucznie, powierzając go w ręce kapłana. My, Aleksandryjczycy, jesteśmy na to zbyt dumni — i za wiele mamy szacunku dla religii. To by nie było lojalnie w stosunku do Boga, a chociaż wielu innym sprawiam zawody (widzę, jak się uśmiechasz!), stanowczo nie chcę zawieść Jego — kimkolwiek jest».

Pomyślałem, że jeśli to jest fragment miłosnego listu, to listy miłosne tego rodzaju można pisać jedynie do świętego; znowu, pomimo niezręczności i błędów jej stylu, uderzyła mnie biegłość, z jaką umiała rozróżniać pojęcia należące do różnych kategorii. Zaczęła mi się ukazywać w innym świetle, jako istota zdolna zniszczyć samą siebie w nadmiarze źle skierowanej odwagi i wyrzec się szczęścia, którego tak samo jak każdy człowiek pragnie, do którego w całym swoim życiu dąży. Pod wpływem tych myśli miłość moja zmieniła charakter i czułem niekiedy odrazę do Justyny. Ale przeraziłem się dopiero wówczas, gdy ze zgrozą odkryłem, że nie mogę żyć bez niej. Próbowałem. Zostawiałem ją i wyjeżdżałem w krótkie podróże. Cóż z tego, skoro bez niej życie ziało straszliwą nudą, której nie sposób ścierpieć. A więc byłem zakochany. Sama ta myśl napełniła mnie rozpaczą i niesmakiem. Jak gdybym podświadomie zrozumiał, że w niej spotkałem swojego złego geniusza. Przybyć do Aleksandrii z nienaruszonym sercem i tutaj odkryć amor fati, to złośliwość losu, której ani moje fizyczne siły, ani nerwy nie były zdolne znieść. Patrząc w lustro, stwierdziłem, że w czterdziestym roku życia mam już na skroniach parę siwych włosów. Pomyślałem, że trzeba zrobić wysiłek, by zerwać ten związek, ale wystarczał jeden uśmiech, jeden pocałunek Justyny, aby zachwiać tym moim postanowieniem. W jej towarzystwie czułem się jednak osaczony przez całą gromadę cieni, które wtargnęły w moje życie i wypełniały je nowymi głosami. Uczucia, że wzbogaciłem się tysiącem zagadek, nie sposób było unicestwić nagłym aktem woli. Czasami miałem wrażenie, że każdy jej pocałunek jest ciosem zbliżającym mnie do śmierci. Na przykład kiedy odkryłem (chociaż już przedtem to chyba wiedziałem), że zdradza mnie ustawicznie, i to wówczas, gdy ja czuję się najbardziej jej bliski, nie doznałem ostrego i wyraźnego bólu, ogarnęło mnie raczej bezsilne otępienie, jak to bywa, gdy wychodzimy ze szpitala, zostawiając tam kogoś drogiego, albo też w windzie, która opada cicho sześć pięter w dół i słyszymy tylko oddech stojącego obok nas robota w liberii. Cisza mojego pokoju ogłuszała mnie. I rozmyślając o Justynie, skupiając cały umysł na odkrytych faktach, zrozumiałem, że wszystko, co robiła, nie było wymierzone przeciw mnie; Justyna próbowała się wyzwolić dla mnie, żeby oddać mi to, co z prawa, jak wiedziała, do mnie należy. Przyznaję, że takie rozumowanie, to tylko sofistyka. W każdym razie moje serce, jak myślę, znało prawdę i nakazywało mi taktownie milczeć, ona zaś na to milczenie odpowiedziała nową czułością, nowym żarem, dodając do miłości wdzięczność. I to znów budziło we mnie jakiś niesmak.

Ach, kto by ją zobaczył wtedy, tak, jak ja widziałem ją w chwilach, gdy zdawała się bardzo pokorna i łagodna — pamiętając przy tym, że była wówczas prawie dzieckiem — ten nie mógł wyrzucać mi tchórzostwa.

Wczesnym rankiem śpiąca w moich objęciach, z pasmem rozwianych włosów opadających na uśmiechnięte usta, nie była podobna do żadnej z kobiet, które w życiu spotkałem, wydawała się nie kobietą, lecz jakąś cudowną istotą zatrzymaną w swojej ewolucji na etapie plejstocenu. Później, przez kilka ostatnich lat, zastanawiając się, myśląc o niej wiele, ze zdumieniem stwierdziłem, że chociaż kochałem ją tak bardzo, chociaż wiem, że nigdy nikogo innego nie będę tak kochał, wzdrygam się na myśl, że mogłaby do mnie wrócić. Dwie myśli istnieją w moim mózgu obok siebie i żadna z nich nie wypiera drugiej. Mówię sobie z ulgą: Tak, nareszcie kochałem prawdziwie. To jest osiągnięcie. A moje drugie «ja» dodaje: Oszczędź mi cierpień wzajemnej miłości Justyny. To zagadkowe rozdwojenie uczuć było dla mnie czymś całkowicie nieoczekiwanym. Jeżeli to jest miłość, to w dziwnej odmianie, jakiej przedtem nigdy nie widziałem. (— Do licha z tym słowem — powiedziała kiedyś Justyna. — Miałabym ochotę wymawiać je odwrotnie, jak podobno ludzie epoki Elżbietańskiej odwracali imię Boga. Zamiast «love» niechby się mówiło «evol», brzmiałoby to jak część ewolucji albo rewolty. Nigdy nie chcę tego słowa słyszeć z twoich ust).”

Ostatnie fragmenty zaczerpnąłem z części dziennika zatytułowanej „Życie pośmiertne”. Autor próbuje tu podsumować i oszacować poprzednio opisane epizody. Pombal uważa, że jest to dość banalne, a nawet nudne; ale któż, znając Justynę, oparłby się wzruszeniu? Trzeba też przyznać, że zamiar autora jest bardzo interesujący. Twierdzi na przykład, że prawdziwi ludzie mogą istnieć jedynie w wyobraźni artysty, dostatecznie potężnej, aby ich objąć i nadać im kształt. „Życie, surowy materiał życia, istnieje tylko potencjalnie, dopóki artysta nie użyje go do stworzenia swojego dzieła. Obym umiał oddać tę miłosną usługę biednej Justynie”. (Oczywiście napisał: Klaudii). „Marzy mi się książka tak wielka, by pomieściła elementy jej istoty, ale byłaby to książka inna niż te, do których dziś jesteśmy przyzwyczajeni. Na przykład na pierwszej stronie czytalibyście streszczoną w kilku Wierszach całą fabułę. Dzięki temu można by się obyć bez rozwijania narracji. Resztę wypełniałby dramat uwolniony od ciężaru formy. Chciałbym tej mojej własnej książce dać swobodę marzenia”.

Ale oczywiście nie można tak łatwo uniknąć formy, która jemu wydaje się narzucona, lecz w rzeczywistości zrasta się organicznie z dziełem i przywłaszcza je sobie. Książka ma jedną wielką wadę — wspólną zresztą wszystkim dziełom, które nie dosięgają najwyższej miary: nie robi wrażenia, że autor igra swoim materiałem. Opiera się na nim z takim naciskiem, że niezrównoważone okrucieństwo samej Klaudii kazi jego styl. A ponadto wszystko, z czymkolwiek kojarzy silne wzruszenia, jest dla niego jednakowo ważne: znak dany mu przez Klaudię wśród oleandrów Nuzhy, kominek, w którym spaliła rękopis jego książki o niej („Przez wiele dni spoglądała na mnie tak, jakby usiłowała we mnie odczytać tę książkę”.), pokoik przy rue Lepsius i skrzypiący trzcinowy fotel... O swoich bohaterach mówi: „Wszyscy są przez czas związani w wymiarze, który nie jest rzeczywistością taką, jaką chcielibyśmy mieć, lecz stworzoną przez wymacania dzieła. Bo każdy dramat nakłada przymus i aktor o tyle tylko coś znaczy, o ile jest nim związany”.

Ale jeśli zapomnimy o tych zastrzeżeniach, jakże uroczy i wierny obraz Aleksandrii udało mu się wyczarować! Aleksandrii i jej kobiet. Naszkicował sylwetki Leonie, Gaby i Foski10 — jedną bladoróżową, drugą złotą, trzecią ciemną jak smoła. Niektóre łatwo zidentyfikować z jego opisu. Cleę, która dotychczas mieszka w swojej podniebnej pracowni, jaskółczym gnieździe ulepionym z pajęczyn i starych szmat, rozpoznaje się nieomylnie. Większość jednak aleksandryjskich dziewcząt różni się od kobiet z innych miast jedynie straszliwą uczciwością i tym, że są znużone światłem. Arnauti jest dość wytrawnym pisarzem, żeby wyodrębnić te istotne cechy miasta Somy. Nie można żądać więcej od utalentowanego przybysza, który niemal przez pomyłkę zdołał przebić twardą skorupę Aleksandrii i odkrył sam siebie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

1 Stary poeta i stary człowiek — Konstandinos Kawafis, grecki poeta zmarły w roku 1933.

2 Arsinoe — siostra i jednocześnie żona faraona Ptolemeusza II, dumna i despotyczna; zaślubiając o 7 lat młodszego brata wypędziła swoimi intrygami z Aleksandrii jego pierwszą żonę (przyp. tłum. wg E. M. Forstera „Alexandria”).

3 Sofia Walentyna... — Gnostyk Walentyn, Egipcjanin, wykształcony w Aleksandrii, działał głównie w Rzymie w latach 135-165. Jak inni gnostycy głosił, że stworzenie świata było pomyłką, i starał się wyjaśnić, jak do niej doszło. Pierwotny Bóg, ośrodek boskiej harmonii, zsyłał na świat swoje emanacje parami, przy czym każda para była mniej doskonała od poprzedniej, a Sofia — „Mądrość” — żeńska połowa trzydziestej pary, ze wszystkich najmniej doskonała. Przejawiło się to nie jak u Lucyfera buntem przeciw Bogu, lecz zbyt gorącą tęsknotą do zjednoczenia się z nim. Zgrzeszyła nadmiarem miłości. Wypadła ze strefy boskiej harmonii w materię, a z jej cierpień i wyrzutów sumienia powstał świat. Pierwszy z Chrystusów zbawił ją, lecz przedtem urodziła syna, Demiurga, który rządzi naszym padołem smutku i zamętu. Istnieją trzy rodzaje ludzi — choć nie różnią się zewnętrznie: ludzie ciała, ludzie ducha i ludzie duszy. Dwa pierwsze należą do Demiurga, ale trzeci rodzaj, ukochany przez Sofię, nie chce go słuchać. Dla tego trzeciego rodzaju ludzkiego przyszedł Chrystus i przekazał dwunastu uczniom tajemnicę Gnozy (przyp. tłum. wg E. M. Forstera „Alexandria” ).

4 O żołnierzu-bogu... — Aleksander Wielki Macedoński, z którego rozkazu powstało to miasto, wrócił tu w osiem lat potem w trumnie. Miał być pochowany w świątyni w Memfis, ale Wielki Kapłan nie przyjął zwłok, przepowiadając, że miejsce, gdzie zostaną pogrzebane, stanie się ośrodkiem wojen i niepokoju. Ciało, spowite w złote tkaniny i złożone w szklanej trumnie, zabrano na statek, by Nilem popłynęło do Aleksandrii. Grób Aleksandra, „Soma”, był miejscem czczonym i sławnym. Tu także chowano pierwszych Ptolemeuszów. Obecnie na miejscu Somy stoi meczet Proroka Daniela, ale wedle krążącej legendy, w niezbadanych jego podziemiach po dziś dzień spoczywa w szklanej trumnie Aleksander Wielki (przyp. tłum. wg E.M. Forstera).

5 Berenika — żona Ptolemeusza ofiarowała swoje włosy świątyni, a kiedy stamtąd zginęły, Callimachus, nadworny poeta, poświęcił im poemat, nadworny astronom zaś odnalazł „warkocz Bereniki” w postaci konstelacji na niebie (przyp. tłum. wg E.M. Forstera).

6 Caballi — astralne ciała ludzi przedwcześnie zmarłych. „Wydaje im się, że wykonują fizyczne czynności, ale naprawdę nie posiadając materialnego ciała działają tylko we własnych myślach” — Paracelsus (przypis autora).

7 Cytat z Paracelsusa (przypis autora).

8 Taphia, czyli egipska „Red Biddy” (przyp. autora).

9 Uszepti — figurki niewolników, grzebane razem z mumią, aby jej usługiwały (przyp. aut.).

10 Fosca umarła w połogu. Prochy jej rozrzucono na pustyni (przyp. aut.).

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Justyna. Kwartet aleksandryjski Prowansja 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter