Na krańce świata

Na krańce świata

Autorzy: Norman Davies

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 896

Cena książki papierowej: 79.90 zł

cena od: 46.10 zł

Azerbejdżan, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuala Lumpur, Singapur, Mauritius, Tasmania, Nowa Zelandia, Teksas, Nowy Jork, Madera i Frankfurt. Co łączy te wszystkie miejsca?

Oczywiście podróż. I to nie byle jaka, ale dookoła świata. Nie byle jaki jest też podróżnik – wybitny historyk i pisarz Norman Davies.

Na globie oglądanym przez Normana Daviesa znajdują się kontynenty fascynujących historii. Na kartach książki poznajemy urzędniczkę paszportową z Azerbejdżanu i teksańskich ranczerów; dzieje pirackiego wybrzeża, dziś jednego z najbogatszych krajów świata, i losy hinduskich maharadżów; popłyniemy w rejs na Tasmanię i przejedziemy się rikszą ulicami Dehli.

Efekt zapiera dech w piersiach. To nowy sposób opowiadania globalnej historii i spojrzenia na Europę, której duchy i demony odnajdujemy na krańcach świata. Norman Davies przypomina nam starą prawdę, że „podróże kształcą”. Trzeba tylko podnieść wzrok ponad hotelowy basen czy bar i rozejrzeć się dookoła.

Na krańce świata jest najbardziej podróżniczą spośród książek historycznych i najbardziej historyczną spośród książek podróżniczych.

JOHNOWI MARTINOWI i IANOWI LINDSEYOWI,

którzy wspólnie postanowili uratować autora

i dzięki temu uratowali tę książkę

Wstęp

Szlak złoty

Najulubieńszą lekturą mojej mamy była Wędrówka pielgrzyma[1]. Książka przez całe lata leżała na stoliku obok jej łóżka, niby wyraz milczącej dezaprobaty dla beztroski Hrabiego Monte Christo, ulubionej lektury ojca, leżącej z drugiej strony łóżka obok jego poduszki[2]. Ci dwaj bohaterowie uosabiali krańcowo odmienne sposoby myślenia moich rodziców. Mam wszelkie powody, aby podejrzewać, że „Pielgrzym” i „Hrabia” dyskretnie czuwali nad wydarzeniem, które dało początek mojej własnej karierze.

Mimo odbycia obowiązkowej pielgrzymki do miejsca narodzin Bunyana w miejscowości Elstow w Bedfordshire właściwie nigdy nie nabrałem do niego przekonania. Jako kaznodzieja był gorliwy wprost do bólu. Ale to właśnie od niego nauczyłem się cudownej alegorii, która przedstawia życie jako podróż, opisuje jej etapy jako „Bagno Rozterki” i „Góry Błogości”, a u kresu przyrzeka „Niebiański Gród”. Na szkolnych apelach wszyscy z zapałem śpiewaliśmy hymn pielgrzyma:

Chcesz prawdziwe męstwo widzieć?

Zechciej, bracie, przybyć tu,

Co to znaczy, będziesz wiedzieć,

Wytrwać lub dać odpór złu!

Nic już nie odstraszy ciebie

Od szukania celu w Niebie –

I pielgrzymem staniesz się![3].

Rytmiczna melodia Ralpha Vaughana Williamsa bardzo potęguje efekt.

Umiejętność śpiewania hymnów była częścią mojego wychowania. Jeszcze dziś potrafię usiąść do pianina i z pamięci odegrać ich dziesiątki, jeśli nie setki. Żaden nie może się równać z Cwm Rhondda; śpiewany w dźwięcznej tonacji As-dur, hymn ten jest najwspanialszym wezwaniem do czynu:

Prowadź mnie, Odkupicielu,

Pielgrzyma od zguby broń!

Jam jest słaby, Tyś potężny,

Podaj mi Twą silną dłoń.

O Wielki Zbawco! O Wielki Zbawco!

Podaj mi Twą silną dłoń.

Gdy minę brzegi Jordanu,

Ugaś duszy mojej lęk.

Umrze śmierć i Piekło zginie,

Prowadź do Kanaanu wrót.

Chlebie z Nieba! Chlebie z Nieba!

Pozwól zaspokoić głód[4].

Gdy się przed człowiekiem otwiera „Bagno Rozterki”, wystarczy kilka szybkich taktów Cwm Rhondda, aby je odpędzić.

Raz czy dwa razy do roku mój syn Christian (którego imię wzięło się po części od imienia bohatera Bunyana) zabiera mnie na Stadion Tysiąclecia w Cardiff, gdzie oglądamy mecz rugby i słuchamy śpiewu na trybunach. Przy tej okazji można się przekonać, że słowa hymnu unoszą się jeszcze wyżej, kiedy się je śpiewa po walijsku:

Arglwydd, arwain trwy’r anialwych

Fi bererin gwael ei wedd (...)

Hollaluog! Hollaluog!

Ydyw’r Un a’m cwyd I lan![5].

Zarówno moja matka, jak i mój ojciec stracili starszych braci na wielkiej wojnie. Większość popularnych pieśni z ich repertuaru pochodziła właśnie z tego okresu; ponownie wypłynęły na powierzchnię – na mój użytek – w latach sześćdziesiątych XX wieku, w fantastycznym musicalu Joan Littlewood Rozkoszna wojna. Przeważały w nich ton tęsknoty i poczucie straty:

Długi, długi prowadzi szlak

Do krainy moich snów,

Tam nocą cudnie śpiewa ptak

I srebrny lśni nów.

Noc będzie długa, długa tak,

Nim ziszczą się moje sny

I nim na długi, długi szlak

Ruszymy ja i ty[6].

Niewiele współczesnych piosenek pop ma taką melodię, taki nastrój czy taką treść.

W trzeciej lub czwartej klasie czytaliśmy On Going a Journey („O wybieraniu się w podróż”, 1822) Williama Hazlitta jako klasyczny przykład angielskiej eseistyki. Było dla mnie objawieniem, że ktoś tak skrupulatnie i z taką precyzją może sobie spokojnie przeprowadzać wiwisekcję na własnych myślach i uczuciach. Hazlitt (1778–1830), który nie miał szczęśliwego życia osobistego, wychwalał rozkosze samotności i terapeutyczne dobrodziejstwa podróżowania. Esej jest najbardziej znany dzięki jednemu zdaniu: „Lepiej jest podróżować, niż docierać do celu”. Ale są w nim także inne perełki: „Nigdy nie jestem mniej sam niż wtedy, gdy jestem sam”, i jeszcze: „Dajcie mi czyste błękitne niebo w górze i zieloną murawę pod stopami, krętą drogę przede mną i trzygodzinny marsz przed kolacją – a wtedy, dalejże rozmyślać!”.

Z nieustającą korzyścią dla mnie kilku nauczycieli wyznawało filozofię Hazlitta i zabierało nas na liczne wycieczki. Jeszcze jako nastolatek schodziłem wzgórza Lake District, wyruszając z wierzchołka Hellvellyn, spenetrowałem wyżynę Peak District, zaczynając od Mam Tor, wędrowałem wzdłuż dolin odwiecznego New Forest z naszego obozu w Queen’s Bower, przemierzałem pustkowia Dartmoor i rozbijałem namiot obok przypór jednego ze szkockich zamków przy akompaniamencie serenad, które grał na dudach jego właściciel.

Nauczycielem, który w niedługim czasie wywarł na mnie głęboki wpływ, był David Curnow, w późniejszych latach profesor literatury angielskiej na amerykańskim Uniwersytecie w Bejrucie. Pan Curnow, niedawny absolwent Cambridge, miał przed sobą niemal niewykonalne zadanie wszczepienia literackiej wrażliwości w tępe głowy grupy uczniów szóstej klasy, którzy już wcześniej zrezygnowali z wyboru języka angielskiego jako jednego z głównych przedmiotów. Wysoki i elegancki, grał swoją rolę, prezentując czub w stylu Trumpa, fircykowaty krawat i idealnie wyprasowane spodnie z diagonalu. Jego metoda polegała na tym, że wkradał się cichcem do klasy z rękami w kieszeniach, nie zwracał uwagi na wrzawę, brał do ręki kawałek kredy i pisał na tablicy parę linijek jakiegoś wiersza. Potem szybko się odwracał twarzą do klasy i nic nie mówiąc, czekał na reakcję:

Słoneczniku, czekaniem znużony,

Krok po kroku śledzący bieg Słońca,

Zapatrzony w złociste regiony,

Gdzie wyprawa dobiegłaby końca;

Gdzie Dziewica w całunie ze śniegu

I Młodzieniec, co usechł z pragnienia,

Wstawszy z mogił, szukają noclegu,

Gdzie i ty chcesz dla siebie schronienia[7].

Skutek był piorunujący. Wrzawa milkła. Na klasę pełną nastoletnich chłopaków spadała cisza; „spaleni pożądaniem” uświadamiali sobie, że William Blake mówi bezpośrednio do nich – o życiu, śmierci, seksualności i duchowej wędrówce.

Mniej więcej w tym czasie, niemal przypadkowo, odkryłem świat turystycznych przewodników. Kręcąc się wśród półek w naszej lokalnej bibliotece miejskiej, natknąłem się na niezwykle obszerny dział literatury podróżniczej, pochodzącej głównie z epoki wiktoriańskiej. Wśród tytułów, które zapamiętałem, były Podróże po Francji Arthura Younga (1792), Dzika Walia George’a Borrowa (1862), która obudziła we mnie zainteresowanie rodzinnymi korzeniami, Eothen, ślady podróży na Wschód Aleksandra Kinglake’a (1844), Podróże z osłem w Cévennes Roberta Louisa Stevensona (1879), Płynąc samotnie dookoła świata Joshuy Slocombe’a (1900). Moim niewątpliwym faworytem były jednak Przejażdżki po okolicach wiejskich Williama Cobbetta (1830), gdzie szczegółowe opisy konnych spacerów po przedindustrialnej Anglii przeplatały się z ciętymi komentarzami na temat sytuacji politycznej i społecznej. Na długo zanim znalazłem się w Oksfordzie, Cobbett powiedział mi, czego się powinienem spodziewać:

Obserwując mnogość budynków w Oksfordzie poświęconych temu, co oni nazywają nauką, nie mogłem się nie zamyślić nad owymi trutniami, którzy się w nich gnieżdżą, i nad osami, jakie stamtąd wypuszczają. Jakkolwiek niektórzy z nich bywają złośliwi, potężną i przeważającą cechą jest głupota: pustka w głowie, niedostatki talentu, połowa zaś naukowców, którzy mają to, co się tu nazywa wykształceniem, nie nadawałoby się na subiektów w składzie towarów czy w sklepie bławatnym (...) I nie mogłem się powstrzymać, żeby nie zawołać do siebie: „Wystąpcie wy, w wielkich perukach, wy, świetnie się pożywiający Doktorzy! Wystąpcie wy, bogacze Kościoła, w którym biedacy dają wam sto tysięcy funtów na rok. Wystąpcie i stańcie twarzą w twarz ze mną, który piórem użytym w czas wolny posłałem waszej trzódce (...) [więcej,] aniżeli wy wszyscy dokonaliście przez ostatnie pół wieku![8].

Dziś uderza mnie fakt, iż rzekomi specjaliści, którzy układają listy swoich dziesięciu czy dwudziestu „najlepszych przewodników turystycznych wszech czasów”, niemal zawsze ignorują to, co moim zdaniem jest dla tego gatunku najważniejsze[9].

Większość współczesnych komentatorów pozostaje chyba w błogiej nieświadomości, że istnieje coś takiego jak Podróż włoska Goethego (1816–1817) – jeden z filarów kanonu. Goethe podróżował po Włoszech przez dwa lata w okresie bezpośrednio poprzedzającym rewolucję francuską, ale swoje dzienniki z tej podróży opublikował dopiero ponad trzydzieści lat później, dodając obszerne przemyślenia i komentarze. Na pierwszy rzut oka przypominają one niezliczone opisy Wielkiej Podróży, jakie przez całe stulecia tworzyli nadziani Europejczycy. Ale w gruncie rzeczy było to dzieło bardzo nowatorskie. Goethe przekonał się, że najważniejszym celem podróżowania jest odkrywanie samego siebie; podróż była dla niego eine Schule des Sehens, „szkołą widzenia”; chciał, jak mówił, „odkrywać siebie w przedmiotach, które widział”. W obliczu nowych krajobrazów, dzieł sztuki i ludzi oceniał własne reakcje, poznając jednocześnie swoje upodobania, preferencje i opinie – w znacznej mierze za sprawą tego, co nazwano jego „odkrywaniem antyku”, czyli uświadomienia sobie, że świat Greków i Rzymian pozostawił żywą tradycję, a nie jedynie zwały ruin. W gruncie rzeczy dokonywał eksperymentu zarazem psychologicznego i kulturowego, a swoje dzieło rozpoczął zdaniem: „Et in Arcadia ego”.

Dziś jestem przekonany, że śp. Margaret Higginson, dyrektorka szkoły w Bolton, która podczas ferii wielkanocnych 1956 roku odważyła się zabrać grupę dorastających dziewcząt i chłopców do Wenecji, Florencji i Werony, kierowała się takimi samymi motywami. Jako lekturę na czas długiej podróży pociągiem zaleciła nam niewielką książeczkę o literaturze klasycznej zatytułowaną Poets in a Landscape („Poeci w krajobrazie”)[10]. Złapałem bakcyla na resztę życia. Wtedy nie wiedziałem, natomiast wiem dzisiaj, że autor tej książki, Szkot Gilbert Highet, znany profesor literatury klasycznej, który zdobył sławę w USA, wcześniej napisał biblię w tym zakresie: wydaną w 1949 roku książkę The Classical Tradition. „Świat jest dziś całkiem niewielki – pisał – ale historia jest rozległa i głęboka. Czasem można dotrzeć znacznie dalej, siedząc we własnym domu i czytając książkę historyczną, niż wchodząc na pokład statku czy samolotu i przemierzając tysiące kilometrów”[11].

Dzienniki Goethego nie są bynajmniej zwyczajną kroniką. Zostały wprawdzie oparte na zapiskach z lat 1786–1788, ale jak już zostało powiedziane, są uzupełnione opracowaniami z późniejszego okresu, co nadaje całości dziwnie niejednoznaczną wymowę. Jak poeta pisał w liście do przyjaciela, powstało dzieło „na wskroś prawdziwe, a jednocześnie będące pełną wdzięku bajką”. Miłość Goethego do ziem leżących po drugiej stronie Alp była głęboka i trwała:

Kennst du das Land, wo die Zitronen blühn,

Im dunklen Laub die Goldorangen glühn,

Ein sanfter Wind vom blauen Himmel weht,

Die Myrte still und hoch der Lorbeer steht? [12]

(Znasz-li ten kraj,

gdzie cytryna dojrzewa,

Pomarańcz blask

majowe złoci drzewa?

Gdzie wieńcem bluszcz

ruiny dawne stroi,

Gdzie buja laur

i cyprys cicho stoi?)[13].

Mając zaledwie osiemnaście lat, pierwszy raz wyjechałem sam za granicę. Wcześniej zdałem egzaminy potrzebne do zdobycia stypendium w Oksfordzie i wyruszyłem do Delfinatu – do Grenoble – żeby się nauczyć francuskiego i poddać próbie swoje umiejętności w zakresie sztuki przetrwania. Był to od początku do końca mój własny pomysł. Cel wybrałem wyłącznie ze względu na sąsiedztwo Alp. Chodziłem na zajęcia na uniwersytet i mieszkałem na stancji u rodziny De La Marche, przy passage du Lycée 5 (domu dawno już nie ma). Wiele zawdzięczam życzliwości mojej owdowiałej gospodyni, „Madame la Baronne”; zaprzyjaźniłem się z jej synami Christianem i Bernardem i chociaż nie dysponowałem funduszem narciarskim, kiedy tylko mogłem, wyruszałem w góry. Jednym z najlepszych sposobów nauki francuskiego była, jak odkryłem, pomoc w odrabianiu lekcji i przerabianiu ćwiczeń, jakiej udzielałem siostrze chłopców, Marie-Louise. Marie-Louise, wówczas dwunasto- czy trzynastoletnia, była w rodzinie znana jako Choupette. Pewnego dnia kazano jej się nauczyć na pamięć renesansowego sonetu:

Heureux qui, comme Ulysse, a fait un beau voyage,

Ou comme cestuy-là qui conquit la toison,

Et puis est retourné, plein d’usage et raison,

Vivre entre ses parents le reste de son âge!

Quand reverrai-je, hélas, de mon petit village

Fumer la cheminée, et en quelle saison

Reverrai-je le clos de ma pauvre maison,

Qui m’est une province, et beaucoup davantage?

Plus me plaît le séjour qu’ont bâti mes aïeux,

Que des palais Romains le front audacieux,

Plus que le marbre dur me plaît l’ardoise fine:

Plus mon Loire gaulois, que le Tibre latin,

Plus mon petit Liré, que le mont Palatin,

Et plus que l’air marin la doulceur angevine [14].

(Szczęśliw, kto jak Ulisses zwiedził piękne kraje

Lub jak ten, co za złotem runem zganiał wody,

Aby potem, doświadczeń pełen i pogody,

Wrócić w dom ojców, dawne znowu czcząc zwyczaje.

Niestety, kiedyż ujrzę, jak w mej wiosce wstaje

Dym z kominów, i jakież dotkną mnie zawody,

Zanim obaczę strzechę swej biednej zagrody,

Która mi się cenniejsza od królestwa zdaje?

Wolę przez przodków moich budowane sioło

Niźli pałaców rzymskich niebotyczne czoło,

Od twardego marmuru bardziej cegłę cenię;

Bardziej Loarę gallską niż Tyber łaciński,

Bardziej ojczyste wzgórza niż gród Palatyński

I niźli oddech morza ziemi mojej tchnienie)[15].

Autor, Joachim du Bellay, odbył długą podróż z rodzinnego Liré w Anjou do Rzymu i przeżywał atak tęsknoty za domem, zupełnie jak ja w Grenoble. Ach, gdzie jest dziś Choupette?

Ulisses był oczywiście rzymską wersją greckiego Odyseusza, archetypu europejskiego podróżnika; Homer uczynił go bohaterem drugiego co do znaczenia fundamentalnego klasycznego dzieła europejskiej literatury. Odyseusz, którego imię oznacza „wywołujący gniew”, był weteranem wojny trojańskiej porwanym przez drapieżną nimfę; powrócił do rodzinnej Itaki dopiero po dziesięciu latach pełnych przygód podróży. Epicki opis tej historii w dziele Homera liczy 12 110 wersów heroicznego heksametru. Mój własny egzemplarz, w angielskim tłumaczeniu prozą[16], jak sądziłem – ogromnie przyziemny, został kupiony w czasie, gdy nalegano na mnie, żebym złożył w szkole podanie o elitarne wydanie greckie. Możliwe, że byłbym nastawiony bardziej entuzjastycznie, gdyby mi ktoś powiedział, że istnieje o wiele wcześniejszy przekład pióra George’a Chapmana (1559–1634), autora współczesnego Szekspirowi, który się urodził zaledwie rok przed śmiercią du Bellaya. Chapman przełożył Odyseję genialnymi rymowanymi dwuwierszami, złożonymi z dziesięciosylabowych wersów:

The Man (O Muse) informe, that many a way

Wounde with his wisdom to his wished stay;

That wandered wondrous farre, when he the Towne

Of sacred Troy had sakt, and shiverd downe.

The cities of a world of nations,

With all their manners, minds and fashions

He saw and knew. At sea felt many woes

Much care sustain’d, to save from overthrows

Himselfe, and friends, in their retreat from home.

Tak się składa, że moje klasyczne wykształcenie ogranicza się do łaciny, i nauczyłem się doceniać jej pełne dostojeństwa kadencje oraz wspaniałą maszynerię gramatyki. Zrobiłem wystarczające postępy, aby się zapoznać z Wergiliuszem i jego Eneidą, którą nauczyłem się czytać z czcią bardziej niż z niewymuszonym mistrzostwem. Często też uciekałem się do ściągi:

Arma virumque cano, Troiae qui primus ab oris

Italiam fato profugus Laviniaque venit

Litora, multum ille et terris iactatus et alto

vi superum saevae memorem Iunonis ob iram,

multa quoque et bello passus, dum conderet urbem

inferretque deos Latio, genus unde Latinum

Albanique patres atque altae moenia Romae...

(Broń i męża opiewam, co z Troi wybrzeża

Do Italii, gnan losem, pierwszy na brzeg zmierza

Lawiński, po mórz głębi i lądach pędzony

Mocą niebian, pamiętny gniew znosząc Junony;

Wiele też w boju cierpiał, nim dźwignął mur miasta

I bogi wniósł do Lacjum, skąd plemię urasta

Latynów, ojce Alby i wielkiej gród Romy)[17].

Wpływy takiego pisarstwa okazały się trwałe. Najwybitniejszym spośród wielu spadkobierców Homera i Wergiliusza był Dante Alighieri (1265–1321), a jego Boska komedia miała jeszcze wstrząsnąć mną do głębi. Podróż duchowa Dantego przez życie pozagrobowe opierała się na chrześcijańskiej wizji, której nie uznawaliby tacy poganie, jak Homer czy Wergiliusz. Florentczyk należy do wielkiego triumwiratu duchowych podróżników. Arystotelesa nazwał il maestro di color che sanno – „mistrzem tych, którzy wiedzą”, a Wergiliusza wybrał na swojego pierwszego przewodnika w wędrówce do raju.

W wyniku tych doświadczeń zacząłem sobie coraz bardziej zdawać sprawę, że podróżowanie może być czymś więcej niż tylko przemieszczaniem się z jednego miejsca na drugie. Wykształcenie jest wprawdzie po części nauczaniem prowadzonym w klasie i uczeniem się z książek, ale równie istotną rolę odgrywają kształcące efekty pobytu ucznia w nowym i stymulującym otoczeniu. Od początku chętnie podpisywałem się pod aksjomatem, który głosi, że podróże rozszerzają horyzonty. Zgadzałem się z Markiem Twainem – który sam będąc podróżnikiem, pisał: „Podróże zadają śmiertelny cios uprzedzeniom, fanatyzmowi i parafiańszczyźnie, a tym samym bardzo są potrzebne większości mych rodaków. Ludzi i rzeczy nie obejmiesz w całej ich odmienności, wegetując przez całe życie w jednym ziemskim zakątku”[18].

Dziś nie jestem już jednak tego taki pewien. W świecie, w którym podróżowanie utraciło wiele z wysiłku fizycznego, jakiego dawniej wymagało, spotyka się ludzi przemierzających w powietrzu tysiące kilometrów, żeby zrobić zakupy w Dubaju, poleżeć na plaży na Bali czy obejrzeć mecz krykieta w Melbourne. „Byłam trzy razy na wyspach Galapagos – oświadczyła mi podczas niedawnego lotu pewna bogata Amerykanka – i nie mam pojęcia, gdzie jeszcze mogłabym pojechać”. Czego tacy ludzie się uczą, poza świadomością różnic temperatur i sposobami postępowania na lotniskach? Niektórzy podróżnicy pokonują ogromne dystanse i mimo to zachowują wszystkie swoje przekonania w nienaruszonym kształcie. Poszerzanie horyzontów niestety nie odbywa się automatycznie, co trafnie podsumowuje przysłowie: „Podróż czyni mądrego lepszym, a głupiego gorszym”.

Całkiem niedawno wyczytałem, że jeden z pionierów literatury podróżniczej, włoski poeta Petrarka, doszedł do takiego samego wniosku siedemset lat temu. W 1336 roku wspiął się on w towarzystwie swojego brata na Mont Ventoux w Prowansji, co było w tych czasach wyczynem jedynym w swoim rodzaju, a następnie zanotował swoje wrażenia. Zabrał ze sobą egzemplarz Wyznań świętego Augustyna i na szczycie przeczytał stosowne ustępy. „Oto ludzie wędrują, aby podziwiać szczyty gór – pisał święty Augustyn – spiętrzone fale morza, szeroko rozlane rzeki, Ocean otaczający ziemię, obroty gwiazd. A siebie samych omijają, siebie nie podziwiają”[19]. Ów moment na wierzchołku Mont Ventoux opisano jako „dzień narodzin Renesansu”. Co więcej, Petrarkę mocno zdegustowała grupa kolegów, którzy odmówili mu swojego towarzystwa w wędrówce na szczyt. Cytując słowa poety, wykazali frigida incuriositas – „oziębły brak ciekawości”[20].

Urodziłem się i wychowałem w Bolton w hrabstwie Lancashire, w dawnym mieście wydzielonym, którego aneksja przez Greater Manchester nie była bardziej uzasadniona niż aneksja Krymu przez Putina. Pełna nazwa miasta brzmi Bolton-le-Moors i pochodzi od nazwy założonej tam średniowiecznej parafii św. Piotra. Jako chłopak spędziłem wiele radosnych godzin, wędrując przez tamtejsze wrzosowiska, czując siłę własnych nóg, ucząc się odnajdywać kierunek w deszczu i mgle oraz zastanawiając się nad drogami życia.

W pogodny letni wieczór można było stanąć na skraju wrzosowiska w Rivington Pike i obserwować słońce zachodzące daleko nad Morzem Irlandzkim. Zazwyczaj dało się dostrzec iglicę na szczycie Blackpool Tow­er, na krańcach sześćdziesięciokilometrowej płaskiej równiny, a przy odpowiednim kącie i właściwej wilgotności powietrza na horyzoncie majaczył okryty cieniem kontur wyspy Man. Dla mnie to był Zachód. Za linią horyzontu leżała Irlandia, za Irlandią Atlantyk, a za Atlantykiem – Ameryka. Ale przez wiele lat ani razu nie odczuwałem pokusy, żeby przepłynąć morze na zachodzie. Po siedmiu dziesiątkach lat podróżowania wciąż jeszcze mam przed sobą podróż na wyspę Man.

O wiele częściej ciągnęło mnie w przeciwną stronę i zagłębiałem się w dzikie, tajemnicze wrzosowiska sięgające w głąb lądu. Stojąc na wschodnim zboczu Winter Hill, można było bez trudu wypatrzyć Peel Tower na wzgórzu Holcombe nad Ramsbottom, a dalej – ciemny grzbiet Blackstone Edge na granicy Yorkshire. W czasach, w których nie było jeszcze autostrad, Yorkshire, „ziemia ludzi z Yorku”, pozostawała obca i niedostępna – kraj ludzi o cmentarnym poczuciu humoru, którzy zawsze poruszali się samym środkiem drogi. To był dla mnie egzotyczny Wschód. Za Yorkshire rozciągało się Morze Północne, a za Morzem Północnym – kontynentalna Europa. I tak jak „the Pike” był świątynią zachodu słońca, stok Winter Hill był pałacem wschodu. Można było usiąść pośród wrzosów i kęp trawy, słuchać skowronków i kulików i przyglądać się, jak potężniejące światło słońca oświetla granie i doliny kręgosłupa Anglii.

Taki to był cudowny kraj mojej młodości. Nie istniało lepsze miejsce do zdobywania orientacji w czasie i przestrzeni i miejsce to znajdowało się na wyciągnięcie ręki. Wsiadałem do autobusu numer 19 lub 20 – do Doffcocker albo dalej, do Montserrat – i wędrowałem Chorley Old Road, przytrzymując się płotów i patrząc w dół na farmy hodowców owiec. Pozostawiałem z tyłu siedem milionów dusz, stłoczonych w potężnej przemysłowej konurbacji. Przede mną wzywały otwarte niebo, wiatr wiejący od wzgórz i błogosławiona pustka. Przeszedłszy około półtora kilometra, przecinałem drogę do kamieniołomu, naprzeciw zajazdu Jolly Crofter w Top O’th Moor, wciskałem się między kamienne murki i sapiąc z niecierpliwości, wydostawałem się na wyżynne smagane wiatrem wrzosowisko, gdzie byłem panem wszystkiego, co obejmowałem wzrokiem.

Od wczesnej młodości zdawałem sobie sprawę, że swoboda w wędrówkach po wrzosowisku jest przywilejem, który nie istniał w czasach młodości mojego ojca, i że w gruncie rzeczy moje własne wędrówki też są w sensie formalnym nielegalne. Do początków XX wieku dobrzy ludzie z Bolton musieli siedzieć w domu i dusić się własnym dymem z pieców węglowych, ponieważ właściciele wrzosowisk, ród Bridgemanów hrabiów Bedford, zakazywali im wstępu na tereny zarezerwowane dla kuropatw i przepiórek. Był to temat bliski sercu Williama Cobbetta. Za jego czasów można było zesłać człowieka do Ziemi van Diemena za kradzież ptaka łownego i skazać go na śmierć za stawianie oporu gajowemu, więc Cobbett wrzał słusznym oburzeniem:

Mawiają, jak sądzę prawdziwie, że więcej ludzi przebywa w więzieniach z powodu wykroczeń przeciwko prawu łowieckiemu w Anglii, aniżeli jest osób uwięzionych we Francji (przy dwukrotnie wyższej liczbie ludności) za wszystkie przestępstwa razem wzięte. Gdy podniósł się wielki krzyk z powodu okrucieństw, jakich się dopuszczano wobec księży i seigneurs (...) Francji, Arthur Young wzywał ich, aby wspomnieli na okrucieństwa, jakich się dopuszczano wobec ludzi [z Anglii] w imię prawa łowieckiego, a też pamiętali, z jak wielu zrobiono galerników za zabicie, lub próbę zabicia, przepiórek, bażantów czy zajęcy[21].

Po wydaniu w 1831 roku ustawy, która wprowadzała obowiązek rejestracji gajowych oraz wyznaczała czas trwania sezonu łowieckiego, zaczęto zgłaszać protesty dotyczące ograniczania prawa dostępu do ziemi i wkraczania na tereny prywatne.

Jestem dumny z tego, że mój wuj Don – Donnie Davies – który zginął w katastrofie lotniczej w Monachium w 1958 roku, odegrał istotną rolę w masowych protestach, które ostatecznie zakończyły się otwarciem naszej części wrzosowisk w Górach Pennińskich dla ogółu ludności. W 1910 roku on i jego koledzy uknuli chytry spisek: wymyślili pretekst – pomysł polegał na tym, żeby na pradawnym szlaku wiodącym przez Winter Hill wznieść historyczny pomnik. Wygrzebali w starych rejestrach zapisy dotyczące pewnego szkockiego kotlarza nazwiskiem George Henderson, który w listopadzie 1838 roku został „ohydnie zamordowany” na wrzosowisku w Rivington, po czym zdobyli zezwolenie na wzniesienie pomnika ku jego „wiecznej pamięci”. Grupie inicjatorów akcji, którzy mozolnie wspinali się stromą ścieżką z Belmont za zaprzężonym w osła wozem z ciężkim żelaznym ładunkiem, towarzyszyli policjanci i gajowi. Ale kiedy „pniak Szkota” umieszczono na postumencie i zaczęła się uroczystość odsłonięcia pomnika, zza grzbietu wrzosowiska wypadły setki zdeterminowanych „żałobników”, potężną falą zatapiając siły porządkowe. Garstkę uczestników protestu skazano na kary grzywny za wtargnięcie na teren prywatny. Jednak od tego czasu zarzucono wszelkie próby zakazywania wstępu na wrzosowiska pokojowo nastawionym spacerowiczom.

W innych częściach Anglii kampania trwała o wiele dłużej. Największe z masowych wtargnięć na tereny prywatne zorganizowano w 1932 roku na równinie Kinder Scout w hrabstwie Derbyshire. Prawo do „legalnej wędrówki” ostatecznie przyjęto jednak dopiero na mocy wydanej w 2002 roku ustawy o przechodzeniu przez tereny wiejskie.

Wędrując po wrzosowiskach, nabrałem też entuzjazmu do własnych odkryć historycznych dotyczących regionu. Sądzę, że to zajęcie rozbudziło drzemiący we mnie instynkt detektywa.

Rzymska Brytania, wywołująca w Anglikach poczucie imperialnego pokrewieństwa, ma licznych miłośników, ale w Lancashire jest niewiele miejsc, które by się z nią wiązały. Początki Manchesteru sięgają rzymskiego fortu Mancunium, od którego promieniście rozchodziły się na północ bite drogi. Kiedyś ojciec pojechał z nami do Affetside, żeby obejrzeć mizerne szczątki jednej z tych dróg, znanej miejscowej ludności pod nazwą Watling Street. Trzydzieści dwa kilometry dalej na północ, na brzegu rzeki Ribble, znajdowała się ważna osada wojskowa Bremetennacum Veteranorum (obecnie Ribchester). Wykonany z brązu hełm żołnierza jazdy, który tam znaleziono, można dziś oglądać w miejscowym Muzeum Brytyjskim[22].

Legiony rzymskie opuściły Brytanię w 410 roku, ale późniejsza fala „anglosaskich” najeźdźców dotarła do naszego zachodniego wybrzeża dopiero w następnym stuleciu. Niesłusznie potraktowałem maleńką, otoczoną zbiornikami na wodę miejscowość o nazwie Anglezarke w pobliżu Bolton jako dowód pojawienia się Anglów. Natomiast słusznie wierzyłem, że się istotnie pojawili.

Ponieważ zarówno Rzymianie, jak i Anglowie byli migrantami, długo pozostawała dla mnie zagadką tożsamość autochtonicznych mieszkańców Lancashire. Skoro nie mówili ani po łacinie, ani po staroangielsku, to kim właściwie byli? Nosząc walijskie nazwisko Davies, powinienem był się domyślić. Rozwiązanie przyniosły nazwy dwóch wzgórz: pierwsze nazywa się Pendle, a drugie, tuż za granicą Yorkshire – Pen-y-Ghent. Pen to po walijsku „szczyt” albo „wierzchołek”, a obie nazwy wskazują, że „aborygeni” z Lancashire byli celtyckimi „Brytyjczykami”. Mieszkańcy dzisiejszego Lancashire należeli do Walii, zanim zaczęli należeć do Anglii czy do Lancashire.

Straszliwi wikingowie zawsze budzili zainteresowanie – moje imię, Norman, oznacza „człowieka północy”. Długie łodzie wikingów ze smokami na dziobach pojawiły się w IX wieku; osiedli w Irlandii, w północnej Szkocji (którą nazwali Suðroenland – swoją „ziemią na południu”; dzisiaj hrabstwo Sutherland), w Yorku i w Kumbrii. W którymś momencie dowiedziałem się, że nazwa Anglezarke pochodzi od staronordyckiego Anlafserg – „pastwisko Anlafa na wzgórzu”. (Był kiedyś król wikingów, który się nazywał Anlaf Guthfrithson i który panował w Yorku).

Normanowie, którzy podbili Anglię w 1066 roku, także byli z pochodzenia „ludźmi północy”; na okres kilku pokoleń osiedli na terenie Francji. Ich francuskojęzyczni rycerze dokonali rozbioru angielskiej ziemi, a jeden z nich, towarzysz Wilhelma Zdobywcy Harverus de Walter, zbudował zamek na szczycie wysokiego wzgórza niedaleko Bolton. On sam i jego potomkowie nosili odtąd rodowe nazwisko de Hoghton. Raz zaciągnąłem matkę na wieżę Hoghton. Była to wyprawa, która wymagała jazdy autobusem z kilkoma przesiadkami. Zamek okazał się współczesną rekonstrukcją, nie było tam nic, co mogłoby uzasadniać plotkę, że przy jakiejś okazji schronił się w jego dawnych murach Szekspir, a głównym wydarzeniem, które się z zamkiem wiązało, była wizyta króla Jakuba I w 1617 roku.

Mieszkańcy średniowiecznej Anglii nie byli zatem aż tak angielscy, jak nam kazano wierzyć. Istnienie miasta Bolton odnotowano po raz pierwszy w 1185 roku – pod nazwą „Boelton” – ale nigdy nie udało mi się dowiedzieć, jakim językiem mogli mówić jego pierwsi mieszkańcy. Najstarszy budynek w mieście, gospoda z muru pruskiego nosząca nazwę Ye Olde Man and Scythe, pochodzi z 1251 roku. Ale jest mało prawdopodobne, żeby się tak nazywała w dniu, w którym podano tam pierwszego drinka.

Reformacja jest wydarzeniem pierwszej wagi w historii Anglii. Byłem bardzo poruszony pełnym melancholii widokiem zrujnowanych klasztorów – siedzib zakonów rozwiązanych przez Henryka VIII. Swego czasu zbierałem broszury wydawane przez Ministerstwo Robót Publicznych, odpowiedzialne za opiekę nad tymi zabytkami, i pisałem do ministerstwa w Londynie z prośbą o ich przysyłanie. Wspaniałe ruiny opactwa Bolton, któreśmy zwiedzali, leżą w Yorkshire. Natomiast opactwo Furness było nasze. Dowiedziałem się, że Lancashire było jednym z ośrodków Pielgrzymki Łaski w 1536 roku i ruchu katolickich rekuzantów. Silne wrażenie zrobiła na mnie biografia męczennika, świętego Edmunda Campiona[23].

Epoka elżbietańska – ostatnia przed nastaniem brytyjskości – cieszy się wielką miłością Anglików. W Bolton pozostało z niej niewiele, jeśli nie liczyć części zabudowań dworskich Smithills Hall. W 1588 roku na wieży Rivington zapalono ogień sygnalizujący zbliżanie się hiszpańskiej Armady.

W chwili wybuchu wojny domowej miasto Bolton było już silnie podporządkowane władzy purytańskich parlamentarzystów Cromwella. W maju 1644 roku stało się sceną straszliwej masakry, podczas której rojalistyczni żołnierze księcia Ruperta dokonali rzezi dwóch tysięcy mieszkańców. Po zwycięstwie Cromwella czołowy miejscowy rojalista hrabia Derby James Stanley zapłacił za tę masakrę życiem. Zanim go ścięto, wypił ostatniego drinka w zajeździe Ye Olde Man and Scythe. Kiedy byłem w szkole podstawowej, nasza klasa słuchała tej opowieści, stojąc obok krzyża na dawnym placu targowym Churchgate.

Rewolucja przemysłowa zrobiła z Wielkiej Brytanii światową potęgę, a mieszkańcy Bolton byli przekonani, że to oni ją rozpoczęli. Samuel Crompton (1753–1827), wynalazca przędzarki wózkowej, zatrudniony jako tkacz w Hall i’ th’ Wood, starym czarno-białym dworze z muru pruskiego, był miejscowym bohaterem. Kiedy jako dzieci zwiedzaliśmy Hall i’ th’ Wood ze szkołą, dowiedzieliśmy się, że chociaż miasto wzbogaciło się na wynalazku Cromptona, on sam umarł w nędzy.

Rodzina mojej matki, nosząca nazwisko Bolton, najwyraźniej miała starsze związki z miastem niż rodzina ojca. Mój dziadek ze strony matki, Edwin Bolton, był budowniczym; zbankrutował podczas wielkiego kryzysu z lat trzydziestych zeszłego stulecia. Jego żona, Elizabeth Sherwood, pochodziła z rodziny, o której przeszłości mówiło się tylko szeptem. Jako rodzinny historyk ostatecznie odkryłem prawdę, wertując dane spisu ludności z 1861 roku, kiedy to we dworze Slaterów w Turton mieszkał major James Slater i gdzie także przebywała służąca Betty Isherwood. Ich syn, James Slater Isherwood, odebrał dobre wykształcenie, został prawnikiem, ale zmarł przedwcześnie, zapiwszy się na śmierć. Stąd trwające przez całe życie przywiązanie mojej matki do ruchu antyalkoholowego, modelu pobożnego życia oraz do Johna Bunyana.

Początki rodziny Daviesów, rodu mojego ojca, są jeszcze mniej jasne. Mój drugi dziadek, Richard Samson Davies, był podobno mówiącym po walijsku sierotą; w wieku 16 lat przybył do Manchesteru z półpensówką w kieszeni i z głową pełną mitów. Spotkał i poślubił Ellen Ashton, nieślubne dziecko córki górnika z Pendleton; żyli z sobą szczęśliwie i mieli dziewięcioro potomstwa. Wiosną 1901 roku małżonkowie przebyli pieszo 16 kilometrów z Pendleton do Bolton razem z piątką najstarszych dzieci, pchając wózek z całym swoim dobytkiem. Szóste dziecko, Richard, czyli mój ojciec, przyszedł na świat wkrótce potem, w małym szeregowym domku przy Ash Street (którego już nie ma).

Mimo tych niewyraźnych początków Daviesom wiodło się bardzo dobrze. Dziadek awansował na wysokie stanowisko dyrektora przędzalni Globe Hosiery Works Hodgkinsona i Gillibranda, której budynki znajdowały się przy ulicy Lower Bridgeman. Kupił wolno stojący dom o nazwie Wigmore, znacznie okazalszy niż cokolwiek, na co byłoby stać mnie. Jego najstarsza córka, Lydia – moja ciocia Sis – studiowała w Cambridge, a najstarszy syn, Don, chodził do szacownej starej szkoły podstawowej w Bolton (założonej w 1514 roku).

Poza wspaniałym ratuszem z 1873 roku głównym powodem do dumy mieszkańców miasta był klub piłki nożnej Bolton Wanderers. Podobnie jak nasi sąsiedzi, drużyna Blackburn Rovers, klub został w latach osiemdziesiątych XIX wieku członkiem założycielem angielskiej Ligi Piłki Nożnej. W czasach sprzed nadejścia telewizji jego stadion w Burnden Park był mekką miłośników futbolu – wyłącznie mężczyzn. Mój wujek Don, piłkarz amator na skalę międzynarodową, grał tam, zanim się przeniósł do klubu Stoke City. Dziadek Richard Samson utrzymywał, że w 1923 roku przelazł przez mur biegnący wokół stadionu w Wembley, żeby zobaczyć, jak Wanderers zdobywają puchar w meczu finałowym. Ja zjawiłem się na trybunach po 1945 roku i oglądałem wszystkich wielkich tamtej epoki – Stanleya Matthewsa, Toma Finneya i Wilfa Manniona. Nieustraszony środkowy napastnik Bolton Nat Lofthouse, który przed wstąpieniem do klubu pracował w kopalni węgla, był w tamtych czasach moim bohaterem. Nadszedł jednak dzień, kiedy musiałem wybierać między oglądaniem meczów w sobotę a grą w piłkę nożną, i wybrałem to drugie.

Zastanawiałem się nad kulturowym kontekstem takich nazw, jak „Wanderers” (Wędrowcy) czy „Rovers” (Włóczędzy). Jedna z drużyn, w których grał wujek Don, nazywała się The Northern Nomads (Nomadzi z Północy). Z wszelką pewnością upajałem się tradycją wędrówki i włóczęgi.

Daviesowie i Boltonowie, podobnie jak większość brytyjskich rodzin, ponieśli bolesne straty podczas pierwszej wojny światowej. Jeden z braci mojego ojca, dziewiętnastoletni pilot Norman Davies, zginął we wrześniu 1918 roku. Najstarszy brat matki, James Bolton, żołnierz regimentu piechoty z Lancashire, zmarł na froncie zachodnim rankiem 11 listopada 1918 roku.

Wiele aspektów życia miasta Bolton w XX wieku musi zejść na dalszy plan, jeśli je porównać z dokonaniami jego najsławniejszego syna, magnata przemysłowego Williama Levera (1851–1925), późniejszego lorda Leverhulme, założyciela międzynarodowej korporacji Unilever. Szlachetny lord ufundował przy ulicy św. Jerzego kościół kongregacji, do której należeli moi rodzice, oraz ponownie ustanowił szkołę w Bolton, w której pobierałem nauki. Urodził się w domku przy Bridge Street, bardzo podobnym do miejsca narodzin mojego ojca; położył podwaliny przyszłej fortuny, produkując i sprzedając mydło marki Sunlight. Jako dzieci szkolne byliśmy zabierani do modelowej wsi Port Sunlight pod Liverpoolem, gdzie znajdowała się główna fabryka Levera i gdzie przybijały floty zbiornikowców wiozących olej kokosowy z jego plantacji w Afryce. Mniej znana jest ekstrawagancka, otoczona japońskim ogrodem wiejska posiadłość, „bungalow” z oknami wychodzącymi na rezerwuar w Anglezarke. W 1913 roku dom podpaliły wojownicze sufrażystki. Czterdzieści lat później, w czasach moich wędrówek po okolicy, można się było przedrzeć przez rozrośnięte krzaki dawnego ogrodu i zebrać naręcza orientalnych kwiatów. Sic transit gloria mundi.

W miarę jak przechodziliśmy z klasy do klasy, zakres naszych wycieczek stawał się coraz bardziej ambitny. Doroczne obozy 19. Drużyny Skautów z Bolton odbywały się wprawdzie na terenie Wielkiej Brytanii, ale starszych skautów na ogół wysyłano za granicę. Naszych podróży nie da się porównać z wycieczkami szkolnymi z epoki odrzutowców, które przewożą chłopców i dziewczęta do Nepalu, Namibii czy Patagonii. Nie były jednak ani mniej ekscytujące, ani mniej ambitne. W niedługim czasie wyjechałem na obóz do Luksemburga, gdzie wykopywaliśmy z ziemi rdzewiejące hełmy żołnierzy walczących w bitwie o Ardeny; płynąłem kajakiem Loarą, przyglądając się z wody zamkom, przemierzałem Alpy Karynckie na granicy z Jugosławią i chodziłem po górach w Tyrolu – przewodnik górski, który o czwartej nad ranem poprowadził nas przez lodowiec Dachstein, został na krótko przed naszym przyjazdem zwolniony z sowieckiego więzienia. Był wcielony do Wehrmachtu, wzięto go do niewoli pod Stalingradem i udało mu się przeżyć dzięki silnemu organizmowi i obeznaniu z trudnymi warunkami. Otworzyły mi się oczy na inne, nie znane dotąd oblicze drugiej wojny światowej w Europie.

W tym samym okresie założyłem notatnik, w którym zapisywałem sobie ulubione cytaty zbierane z pozaszkolnych lektur. Są tam wszyscy, którzy wywarli na mnie istotny wpływ – Szekspir, Hobbes, Michelet, Macaulay, Milton, Bacon, Platon, Arystoteles, Gibbon, święty Augustyn, Blake, Byron, Shelley, Keats, Lamartine, Donne, Gray, Carlyle, Mill, Hazlitt i wielu innych. Pierwszy wpis jest opatrzony datą „sierpień 1955”. Pod numerem 352 jest cytat z Cobbetta:

Bóg dał nam najlepszy kraj na świecie; naszych mężnych, mądrych i cnotliwych przodków (...) najlepszy na świecie rząd, a my, ich tchórzliwi, głupi i rozpustni synowie, stworzyliśmy ten niegdyś-raj, ten, który dziś mamy przed oczyma[24].

Jako ostatni wpis figuruje cytat z ojca Trevora Huddlestona, prześladowanego protestanckiego duchownego, którego refleksje na temat Południowej Afryki poruszyły mnie do żywego.

Biała Południowa Afryka – pisał Huddleston – będzie mogła mówić o szczęściu, jeśli za pięćdziesiąt lat będzie jeszcze istnieć jako tolerowana mniejszość[25].

Pięćdziesiąt lat później odwiedziliśmy z żoną RPA i byliśmy pełni podziwu dla przenikliwości Huddlestona.

Mój eklektyczny wybór poezji zawierał oczywiście wiele cytatów dotyczących podróżowania i życiowych podróży. Jeśli o to idzie, to, jak w wypadku większości tematów, niedoścignione okazują się obserwacje Szekspira:

Strudzony drogą, wierzę, że odnowię

Siły, gdyż łoże do spoczynku wzywa;

Lecz rozpoczyna się podróż w mej głowie,

Pracuje umysł, gdy ciało spoczywa.

Myśl w okolice uchodzi dalekie

Pragnąc do ciebie w pielgrzymkę wyruszyć;

Opadającą unosi powiekę

I patrzę w ciemność ślepą[26].

Tu właśnie – trzysta lat przed Rainerem Marią Rilkem, pojawia się ta sama co u niego myśl, że „jedyną podróżą jest podróż w głąb samego siebie”.

Rilke pisał bardzo wymownie o skutkach, jakie podróż przynosi podróżującemu:

Już jest mój wzrok na wzgórzu, nad którym słońce stoi,

na drodze, którą ledwie tu zacząłem, i mnie wyprzedza.

Tak nas ogarnia to, czegośmy objąć nie mogli,

niby zjawisko, z daleka –

i nas przeobraża, nawet gdy tego już nie osiągniemy,

w to, czym sami jesteśmy, ledwie tego świadomi (...)[27].

Robert Louis Stevenson, którego Wyspa skarbów i Porwany za młodu stanowiły część literackiego kanonu mojej młodości, był podróżnikiem i zawędrował tak daleko, że już nigdy nie zdołał wrócić do domu. Jest pochowany na jednej z wysp archipelagu Samoa. Dalekie lądy napełniały go dziecięcą radością:

Ach, jak chciałbym jechać wiosną

Tam, gdzie złote jabłka rosną,

Gdzie na wyspach jak dzień długi

Przekrzykują się papugi.

Gdzie Robinson do obiadu

Sprasza kozy i kakadu,

Gdzie w bogatych miastach Wschodu

Błyszczą w słońcu wśród ogrodów

Kopuły złotych meczetów

I wieżyczki minaretów,

I gdzie wszystko, o czym marzę,

Można kupić na bazarze.

(...)

Jechać tam, gdzie twarze czarne

Połyskują w dżungli parnej,

Pełnej palm, małp i kokosów,

Chat murzyńskich, bębnów, głosów.

Leżą tam nad żółtym Nilem

Łuskoskóre krokodyle

Śledząc, czy się flamingowi

Uda w locie rybę złowić.

(...)

Można też w pustynnych piaskach

Spotkać opuszczone miasta,

Skąd odeszły wszystkie dzieci,

Już dorosłe od stuleci.

Ludzkich kroków tu nie słyszysz,

Nie ma kota ani myszy,

A gdy noc się w oczy wciśnie,

Żadne światło nie rozbłyśnie.

Tam pojadę na wielbłądzie,

Co w pustyni nie zabłądzi[28].

Charles Baudelaire (1821–1867) – który podobnie jak Stevenson przez całe życie chorował – był, przy wszystkich swoich wadach, czarodziejskim snycerzem słów. Zbiór jego poezji Kwiaty zła (1857) zaprowadził go przed oblicze sądu za „obrazę moralności publicznej”; trzeba było długiego czasu, żeby uznano jego geniusz. Jako młody chłopak został wysłany przez ojczyma w długą podróż do Indii, co miało go wyleczyć z rzekomej gnuśności. Doświadczenie to nie zmieniło jego chimerycznych obyczajów, ale wspominał je z wielką przyjemnością i uwiecznił w swoich późniejszych wierszach:

Pour l’enfant amoureux de cartes et d’estampes

L’univers est égal a son vaste appétit.

Ah! Que le monde est grand a la clarté des lampes!

Aux yeux du souvenir que le monde est petit!

(Dziecku, rozkochanemu w mapach i obrazkach –

Wszechświat – jego wielkiemu równy jest pragnieniu.

Jak olbrzymią jest ziemia w lamp wieczornych blaskach,

Jakże drobną jest ziemia w przeszłości wspomnieniu!)[29].

Tak, byłem jednym z tych chłopców „rozkochanych w mapach i obrazkach”. Tak, jest wielu pustogłowych podróżników, którzy podróżują tylko po to, żeby podróżować. A jednak przez wiersz Baudelaire’a przewija się uwodzicielski wątek wieloznaczności. Podróż duchowa polega na tym, że nie da się dotrzeć do celu.

Co rzekłszy, można wrócić do Boskiej komedii, aby z niejakim zdziwieniem odkryć, że Dante bardzo zdecydowanie umieszcza Ulissesa, tego arcywędrowca, w ósmym kręgu piekieł, gdzie przez całą nieskończoność ogarnia go piekielny ogień. Sposób myślenia Dantego wykluczał, by poganin mógł zaznać oczyszczającego dobrodziejstwa czyśćca, a tym bardziej dostać się do raju. Wydaje się natomiast, że jako znana postać starożytności mógł zostać potraktowany z większym szacunkiem. Surowy osąd Dantego sprowokował zatem długie uczone debaty. Okazuje się, że nieszczęsny Ulisses został skazany nie za swoje wędrówki, ale raczej za rolę, jaką odegrał wcześniej w przygotowywaniu fortelu z koniem trojańskim; za to skazano go na towarzystwo „szalbierczych doradców” i przywiązano pośród płomieni do wspólnika w spisku, Diomedesa. Dante opierał się wyłącznie na źródłach łacińskich, które tradycyjnie były protrojańskie i antygreckie. (Rzymianie uważali się za potomków Trojan). W ich przekonaniu – i w przekonaniu Dantego – konia trojańskiego należało uważać za przykład taktyki niehonorowej i godnej pogardy.

Mimo to, skoro już zostały wyjaśnione powody nieszczęść Ulissesa, Dante zezwolił mu na długą, elokwentną przemowę, w której wspomina on swoje podróże oraz motywy, jakie go skłoniły do rozwinięcia żagli. Powodowała nim nade wszystko gorliwa chęć zostania znawcą tego świata, a także ludzkich przywar i cnót:

né dolcezza di figlio, né la pieta

del vecchio padre, né ’l debito amore

lo qual dovea Penelopè far lieta,

vincer potero dentro a me l’ardore

ch’i’ ebbi a divenir del mondo esperto

e de li vizi umani e del valore;

ma misi me per l’alto mare aperto

sol con un legno e con quella compagna

picciola da la qual non fui diserto.

(Ani pieszczoty synowskiej słodycze,

Ni przywiązanie do starego ojca,

Ani powinna dla małżonki miłość,

Co Penelopę uszczęśliwić miała,

Nie mogły we mnie przezwyciężyć żądzy,

Którą pałałem, chcąc poznać świat cały,

I śmiertelników przywary i cnoty.

Pchnęła mnie ona na morza przestwory

Na jednej nawie i z tym pocztem małym,

Który mnie dotąd nie opuszczał nigdy).

„Zajrzenie w świata roboty misterne” to całkiem ambitny zamiar.

Dalej, dotarłszy do Słupów Herkulesa, Ulisses opowiada o dopingującej przemowie, jaką skierował do swoich towarzyszy w trakcie ich zmagań, aby ich podtrzymać na duchu:

„O frati”, dissi, „che per cento milia

perigli siete giunti a l’occidente,

(...)

Considerate la vostra semenza:

fatti non foste a viver come bruti,

ma per seguir virtute e conoscenza”.

Naonczas rzekłem: O wy bracia moi,

Którzy przez setne niebezpieczeństw krocie

Aż ku Zachodu zdążyliście kresom,

(...)

Rozważcie bytu waszego nasiona:

Nie na to przecie jesteście stworzeni,

Byście pędzili żywot jak bydlęta,

Lecz dążyć macie do wiedzy i cnoty![30].

Nie da się powiedzieć tego jaśniej: podróżujemy, aby szukać cnoty i wiedzy i aby się stać bardziej ludzcy.

Po wycieczkach na tereny romańskojęzyczne, gdzie mówi się językami, których uczyłem się w szkole, stopniowo zacząłem się zwracać ku Wschodowi. Często się zastanawiałem, czy było to działanie instynktowne, czy świadomy wybór. Zaczęło się, kiedy miałem osiemnaście lat, gdy jeszcze służba wojskowa była obowiązkowa dla wszystkich młodych Brytyjczyków. Posłusznie poszedłem do ratusza w Bolton, żeby się „zaciągnąć do wojska”, i w rubryce „osobiste preferencje” wpisałem Royal Navy, ponieważ słyszałem, że marynarka organizuje intensywne kursy języka rosyjskiego jako sensowną alternatywę dla zajęć z musztry, nocnych wart i choroby morskiej. W efekcie kupiłem sobie samouczek języka rosyjskiego i rozpocząłem długą – i wciąż trwającą – podróż po słowiańszczyźnie.

Później, podczas pierwszych długich wakacji w Oksfordzie, dołączyłem do trzech kolegów z mojej dawnej szkoły w Bolton, którzy kupili używanego amerykańskiego wojskowego jeepa i mieli zamiar odbyć nim wyprawę do Turcji. Akurat wtedy czytałem Gibbona i bardzo chciałem zobaczyć na własne oczy Mur Teodozjusza. Europa została właśnie przecięta żelazną kurtyną, a droga do Stambułu wiodła przez cały blok wschodni. Jazda z Wiednia na wschód pustymi drogami była przeżyciem niezapomnianym (oraz ryzykownym), podobnie jak oglądanie skasowanych drogowskazów na Budapeszt, mijanie potrójnej linii rowów przeciwczołgowych, widok wież obserwacyjnych i zapór z drutu kolczastego oraz huk zatrzaskujących się za nami potężnych metalowych bram. Łatwo mogliśmy zaginąć bez śladu. Ale po „hazardów tyla” jakimś cudem zakończyliśmy tę podróż bez szwanku i wróciliśmy do domu ze świadomością, że wschodnia część naszego kontynentu jest pełna fascynujących zakazanych owoców.

Wiosną 1962 roku, zgłosiwszy swoje uczestnictwo w studenckiej wycieczce do Moskwy (którą władze sowieckie odwołały w trybie nagłym i bez podania powodów), siłą rzeczy znalazłem się w Polsce – kraju, o którym wcześniej po prostu nic nie wiedziałem. Znakomity Wydział Historii Współczesnej na uniwersytecie w Oksfordzie nie nauczył nas absolutnie niczego o tysiącletniej przeszłości Polski i z czystego wstydu zacząłem wkuwać podstawowe informacje. Ten niefortunny start doprowadził mnie ostatecznie do doktoratu na Uniwersytecie Jagiellońskim, do bliskich kontaktów osobistych z Polską przez resztę życia oraz do kariery pisarskiej, która się rozpoczęła od polskiej tematyki.

Ostatecznie dotarłem do Moskwy z rocznym opóźnieniem. Nasza grupa znalazła się tam dzień po usunięciu zwłok Stalina z mauzoleum na placu Czerwonym. Zmumifikowany trup Lenina, z zielonkawą skórą i pomarańczową brodą, pozostał in situ, niczym ciało jakiegoś włoskiego świętego. Jednak każdy, kto wchodził, mógł bez trudu zauważyć, że umieszczoną nad wejściem tablicę z piaskowca z wyrytymi nazwiskami nieżyjących przywódców poddano prymitywnej obróbce. Dotarliśmy do światowej stolicy historycznych sztuczek hokus-pokus. Podczas mojej ostatniej wizyty, na początku 2015 roku, Muzeum Kremlowskie reklamowało wystawę zatytułowaną Mapa Rosji. Najważniejszym eksponatem była wspaniale haftowana mapa imperium po roku 1872 pokazująca – nie pozostawiając co do tego najmniejszych wątpliwości – że Krym był, jest i będzie nierozdzielną częścią odwiecznej Rosji.

Rosjanie są oczywiście posiadaczami zarówno największego kraju na świecie, jak i przebogatego języka, którym ten kraj można opisać. Ich tradycje muzyczne i literackie są równie wspaniałe, jak opłakane są ich tradycje polityczne. Ich narodowy twórca Aleksander Puszkin (1799–1837) był namiętnym, płomiennym poetą i dysydentem politycznym. „Nie moją rzeczą królów bawić”, pisał. Stoczył ni mniej, ni więcej, tylko dwadzieścia dziewięć pojedynków i umarł w wyniku rany odniesionej w ostatnim z nich. Jego wpływ na współczesny język rosyjski jest porównywalny z wpływem Szekspira na angielszczyznę czy z wpływem Goethego na język niemiecki. Utworem, który się pojawia w niemal każdej antologii, jest Droga zimowa, wiersz mówiący o nastroju znużenia, jakie towarzyszy długiej nocnej podróży saniami:

Сквозь волнистые туманы

Пробирается луна,

На печальные поляны

Льет печально свет она.

По дороге зимней, скучной

Тройка борзая бежит,

Колокольчик однозвучный

Утомительно гремит.

Что-то слышится родное

В долгих песнях ямщика:

То разгулье удалое,

То сердечная тоска...

Ни огня, ни черной хаты...

Глушь и снег... Навстречу мне

Только версты полосаты

Попадаются одне.

Скучно, грустно... Завтра, Нина,

Завтра, к милой возвратясь,

Я забудусь у камина,

Загляжусь не наглядясь.

Звучно стрелка часовая

Мерный круг свой совершит,

И, докучных удаляя,

Полночь нас не разлучит.

Грустно, Нина: путь мой скучен,

Дремля смолкнул мой ямщик,

Колокольчик однозвучен,

Отуманен лунный лик[31].

(Skroś kłębiące się tumany

Niestrudzony księżyc brodzi,

Smutne światło na polany

I na smutny śnieg rozwodzi.

Mroźnym traktem, nudną sanną

Pędzi trójka rączych koni;

Dzwonek nutą nieustanną

Aż do udręczenia dzwoni.

Zawodzący głos jamszczyka

Jakąś bliską dźwięczy piosnką,

To hulanka gra w niej dzika,

To się serce żali troską.

Ani ognia, ani chaty...

Śnieg i głusza... Na spotkanie

Raz na wiorstę słup pasiaty

W księżycowym świetle stanie.

Nudno, smutno... Jutro, Ninko,

Gdy na dłużej się rozgoszczę,

Zapatrzony przy kominku

Nie napatrzę się najdroższej.

Kiedy strzałka na zegarze

Dźwięczny obieg swój zakończy

I natrętom drzwi pokaże,

Nas już północ nie rozłączy.

Smutno, Ninko, na tej sannie:

Umilkł drzemiąc mój woźnica,

Dzwonek brzęczy nieustannie,

Tuman kryje twarz księżyca)[32].

Mogłoby się wydawać, że wyrafinowanie proste kadencje tego wiersza są łatwe do przetłumaczenia. Ale już nawet najkrótsza wizyta w internetowej wyszukiwarce przynosi komiczne efekty: mnożą się dziwaczne słownictwo i pokrętne struktury gramatyczne, źle brzmi fałszywy rytm:

Through the cool and wavy hazes

Cuts the moon her slow way;

On the glades of sadness, endless

Her distressing light she sprays.

Albo tak:

Breaking through the waving fogs

Forth the moon is coming,

And on the gloomy acres

She gloomy light is shedding.

A może tak:

Through the rolling, wavy fog

The moon is making its way

Sadly shining its light,

Shining onto the sad glade.

Albo wreszcie tak:

Through the murk the moon is veering,

Ghost-accompanist of night,

On the melancholy clearings

Pouring melancholy light.

Dopiero piąta próba przynosi anglojęzyczną wersję względnie niezłej jakości:

Slow the moon embraced by shadow

Climbs the hilly clouds of night,

And upon the cheerless meadow

Sadly pours its pallid light.

Oto najsilniejszy argument za tym, że warto się uczyć rosyjskiego.

Narodowy poeta Polaków Adam Mickiewicz (1798–1855) był niemal rówieśnikiem Puszkina, a w okresie zsyłki Mickiewicza do Rosji połączyła ich przyjaźń. Podobnie jak Puszkin, pisał wiersze przepełnione w tej samej mierze romantycznym sentymentem, co klasyczną powściągliwością, przyprawiając w ten sposób o ból głowy miłośników literackich klasyfikacji. Zawsze będzie się kojarzył z pierwszymi linijkami poematu epickiego Pan Tadeusz: „Litwo, ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie. / Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, / kto cię stracił”. Ale pisał teksty należące do wszystkich gatunków – od epiki do sonetów, od dramatów do akademickich wykładów. Ja szczególnie lubię Stepy akermańskie – sonet napisany podczas podróży poety przez bezkresne połacie południowej Ukrainy:

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,

Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi

Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,

Omijam koralowe ostrowy burzanu.

Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu;

Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi;

Tam z dala błyszczy obłok? tam jutrzenka wschodzi?

To błyszczy Dniestr, to weszła lampa Akermanu.

Stójmy! – jak cicho! – słyszę ciągnące żurawie,

Których by nie dościgły źrenice sokoła;

Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie,

Kędy wąż śliską piersią dotyka się zioła.

W takiej ciszy! – tak ucho natężam ciekawie,

Że słyszałbym głos z Litwy. – Jedźmy, nikt nie woła.

Europa Wschodnia jest bogatym terenem łowieckim dla autorów literatury podróżniczej, zachęcając do takiego samego „orientalizmu”, jaki często decydował o postawie pisarzy wobec Bliskiego Wschodu. Jan Potocki (1761–1815) był wielkim pionierem; ponieważ pisał po francusku, znany był jako Jean Potocki. Etnograf i filolog, a także zamożny arystokrata, podróżował od Mongolii po Maroko, zaglądając też do wielu miejsc leżących po drodze. Najlepiej znany jest jako autor zmyślonych opowieści zatytułowanych Rękopis znaleziony w Saragossie.

Juliusz Słowacki (1809–1849), który konkuruje z Mickiewiczem o narodowe laury poetyckie, był kolejnym wybitnym bardem-podróżnikiem; podobnie jak Mickiewicz musiał emigrować z kraju. Poemat dygresyjny Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu napisał w latach 1836–1839 w czasie wyprawy, której trasa prowadziła przez Grecję, Egipt, Syrię i Ziemię Świętą[33]. Pieśń I zawiera słynny obraz „Europy”, poprzedzający opis wyjazdu poety z Włoch:

Jeśli Europa jest nimfą, Neapol

Jest nimfy okiem błękitnym; Warszawa –

Sercem; cierniami w nodze Sewastopol,

Azof, Odessa, Petersburg, Mittawa;

Paryż – jej głową, a Londyn kołnierzem

Nakrochmalonym, a zaś Rzym – szkaplerzem.

(...)

(...) ruszyć w podróż, bo się pieśń przewlecze

Niejedną jeszcze przerwaną ideą.

Jutro kurierem wyjeżdżam do Lecce,

Jutro więc zacznę śpiewać Odysseą,

Albo wyprawę o Jazona runach –

Na nowej lutni i na złotych strunach.

Nie jest bez znaczenia, że poeta romantyczny pochodzący ze wschodnich krańców Europy przywołuje dokładnie te same precedensy, co Joachim du Bellay.

Moje własne wyprawy na tereny literatury podróżniczej nie doprowadziły mnie aż tak daleko jak Słowackiego. Biblioteka w Bolton była natomiast dobrze wyposażona w teksty związane z Azją Środkową i z „wielką grą” – A Ride to Khiva („Podróż do Chiwy”, 1876) Freda Burnaby’ego, The Heart of a Continent („Serce kontynentu”, 1896) Francisa Younghusbanda, Russia in Central Asia („Rosja w Azji Środkowej”, 1889) lorda Curzona. Pochłaniałem też książki podróżujących orientalistów-ilustratorów – Edwarda Leara i Davida Robertsa. Od nich przeszedłem do pozycji bardziej współczesnych – Travels in Tartary („Podróże po Tartarii”, 1941) Petera Fleminga i Siedem lat w Tybecie (1950) Heinricha Harrera. Na swojej drodze nie spotkałem jeszcze wtedy Patricka Lee Fermora. Jednak Black Lamb and Grey Falcon („Czarny baranek i szary sokół”, 1942) Rebbeki West i Eastern Approaches („Podejścia od Wschodu”, 1949) Fitzroya MacLeana z nawiązką zaspokajały apetyt na przygody. Wschód zapadł we mnie głęboko, jeszcze zanim tam pojechałem.

W tym samym czasie ja również zacząłem sobie uświadamiać gwałtowne przyspieszenie podróżowania. Kiedyś zupełnie przypadkowo natknąłem się na pierwszego kosmonautę na świecie – uśmiechniętego Jurija Gagarina, który przyszedł obejrzeć jakieś widowisko w Earls Court Exhibition Centre i który, ku mojemu zdziwieniu, uścisnął mi rękę. Kiedy indziej mój francuski przyjaciel Henri zabrał mnie na lotnisko Le Bourget, żeby mi pokazać pierwszy na świecie samolot, który potrafił przelecieć nad Atlantykiem – Boeing 707 linii Pan American.

Natomiast drugi z kolei starszy brat mojego ojca nie doczekał ani odrzutowców, ani rakiet kosmicznych. Wujek Norman, po którym miałem odziedziczyć imię, opuścił szkołę w dzień Nowego Roku 1918, aby się zaciągnąć do formacji, która niebawem przekształciła się w RAF. Po kilkutygodniowym treningu dostał oficerskie naszywki i – jeszcze jako nastolatek – poleciał ze swoją eskadrą do Francji, na front zachodni. Miał to być jego pierwszy i jedyny międzynarodowy lot. Ale jak się dowiedziałem w odpowiednim czasie, wujek był prawdziwym globtroterem – z gatunku tych, który przemierzają glob tylko w wyobraźni: zbierał znaczki pocztowe.

Rodzinny album ze znaczkami rozpoczął karierę pod okiem wujka Normana w 1912 roku, kiedy miał on trzynaście lat. Jest to fantastyczna skarbnica – nie tylko znaczków pocztowych, ale także wiadomości z geografii politycznej. Nosi tytuł Album znaczków pocztowych świata, wydanie przejrzane i rozszerzone. Zbiór jest dziełem T.H. Hintona, który był członkiem Międzynarodowej Federacji Filatelistyki oraz Société Française de Timbrologie. Na początku panowania Edwarda VII został opublikowany przez wydawnictwo Ernest Nister, E.P. Dutton & Co, z siedzibą w Londynie, przy ulicy St Bride 24. Każdemu państwu świata poświęcono jedną stronę lub więcej, a na każdej stronicy jako ilustrację umieszczono rządek znaczków. Brak dat, ale najpóźniej wydany spośród znaczków reprodukowanych w albumie wszedł w obieg w Republice Południowoafrykańskiej (Transwalu) w 1902 roku.

Album dzieli się na sześć części: I – Imperium brytyjskie, II – Europa i kolonie państw europejskich, III – Azja, IV – Afryka, V – Ameryka i VI – Oceania. Pod ilustracjami na każdej stronie znajdowały się miejsca na 30 znaczków, precyzyjnie oznakowane liniami przerywanymi. Tak więc na 224 stronicach albumu można było zmieścić 6720 znaczków. Na wewnętrznej stronie okładki widnieje adnotacja „3/0”, co oznacza, że cena albumu wynosiła 3 szylingi.

Po dokonaniu zakupu wuj Norman dodatkowo ozdobił wewnętrzną stronę okładki dużymi literami tworzącymi jego monogram: „ND”, pięknie wyrysowany płynną linią, niebieskim atramentem. Jakiś czas później przyłączył się do wuja – dobrowolnie lub może wbrew swojej woli – jego młodszy brat Richard (czyli mój ojciec), nazywany w rodzinie „naszym Dickiem”. Prawdopodobnie po to, żeby zapobiec wpychaniu się do tej spółki kolejnych potomków Daviesów, obok monogramu Normana mały Richard wypisał wymowną deklarację: „Ta książka jest wyłączną własnością N. i D. Daviesów”, oraz dodał adres rodziny: „Wigmore, The Haulgh, Bolton, Lancashire”.

W stosownym czasie pojawiły się następne wpisy. Znalazł się wśród nich podpis najstarszego brata – „Donny Davies, międzynarodowy prawoskrzydłowy”, „Lancashire XI, Old Trafford” i „stypendysta rządu Jej Królewskiej Mości, Cambridge”, odbitka miedziorytu z wyrazem Philately, tajemniczy wpis ołówkiem Toshi Jednooki oraz fragment czyjegoś zadania z francuskiego: Comment vous-portez vous? Je vais très bien! Czy „Toshi” było przezwiskiem wujka Normana? I czy on sam miał kiedykolwiek okazję ćwiczyć swój francuski we Francji? Bardzo wątpię. Tak czy inaczej, wujek Don nigdy nie był w Cambridge. Wkrótce po uzyskaniu stypendium został powołany do służby w Royal Flying Corps, rozbił swój samolot poza linią frontu i resztę pierwszej wojny światowej spędził w niemieckim obozie dla jeńców wojennych.

Wewnętrzną stronę tylnej okładki albumu wykorzystano do zapisywania bieżącej statystyki dotyczącej całego zbioru, z podziałem na „Europę”, „Australazję”, „Amerykę”, „Afrykę”, „Azję” oraz „Inne”. Najwcześniejsze wpisy z tej serii podają: „Ponad 500, 2 listopada 1914” i „1980, 5 maja 1915”. Dalsze obliczenia trudno zrozumieć. Są pisane ołówkiem, dużo zupełnie się zatarło i jak podejrzewam, sporo jest dziełem twórczej wyobraźni. Jeśli się je spróbuje pododawać, wynik szybko przekracza liczbę 8 tysięcy – a to jest niemożliwe.

Ponieważ ojciec chłopców był dyrektorem przędzalni, można przypuszczać, że handel bawełną oznaczał stały napływ do Lancashire korespondencji handlowej, a wraz z nią – dostawy zagranicznych znaczków. Ale handel bawełną nie wyjaśnia, skąd wzięła się całkiem spora liczba znaczków pochodzących z krajów leżących poza szlakami handlowymi – z Persji, Urugwaju, Haiti, Mozambiku czy Imperium Osmańskiego. Jakim sposobem dwóch chłopców w wieku szkolnym zdołało się dorwać do tak wielu egzotycznych zdobyczy? Norman i Dick chodzili do miejskiej szkoły podstawowej w Bolton – Municipal Grammar School, znanej jako The Muni, gdzie z pewnością wymieniali się znaczkami z kolegami i gdzie Norman ostatecznie został reprezentantem szkoły. Natomiast w 1915 roku Dick wypadł z rodzicielskich łask; ojciec kazał mu odejść ze szkoły i rozpocząć pracę w przędzalni. Trudno uwierzyć, żeby kieszonkowe Normana i zarobki Dicka pozwoliły chłopcom na jakieś większe ekstrawagancje. Istnieją jednak pewne wskazówki świadczące o zawodowych filatelistycznych kontaktach. Jedna z pożółkłych paczuszek, nigdy nie otwarta, zawierała pięć fantastycznych znaczków z Nowej Zelandii, przedstawiających popiersie młodej królowej Wiktorii i pochodzących z pierwszej wydanej tam serii z roku 1852. Skąd się tam wzięły?

Przez trzydzieści lat po śmierci wujka Normana ojciec nie dodał do zbioru ani jednego znaczka. Pewnie nie otwierał albumu, bo byłoby to dla niego zbyt bolesne. Od czasu do czasu wyciągał go z szuflady, pokazywał matce, powtarzając jej, że jest to ich „polisa na czarną godzinę”. Przełamał tę niechęć dopiero wtedy, kiedy poczucie ojcowskiego obowiązku kazało mu podjąć próbę nauczenia mnie podstaw filatelistyki. Na dziewiąte urodziny podarowano mi egzemplarz Uproszczonego katalogu znaczków pocztowych Stanleya Gibbonsa (czternaste wydanie, z 1948 roku) oraz wręczono otoczony czcią album wujka Normana, ze słowami „To jest coś, co twój wujek naprawdę kochał”.

Moim najżywszym wspomnieniem jest jednak uczucie pomieszania. Przerzucając 224 stronice, nie umiałem odnaleźć krajów pochodzenia niektórych znaczków, które sam zebrałem. Lokator mojej ciotki Ivy, znany mi jako „wujek Joseph”, dał mi kilka niezwykłych znaczków ze swojego ojczystego kraju, który się nazywał Czechosłowacja. (Był uchodźcą wojennym z Pragi). Natomiast moja ciotka Doris miała tajemnicze powiązania z pewnym misjonarzem, który do niej pisywał z Południowej Rodezji. Ale co się stało z Południową Rodezją? Była w katalogu, nie było jej jednak w albumie.

Poszedłem do ojca i dowiedziałem się, że wiele państw zostało utworzonych niedawno, w ciągu dziesięcioleci, jakie minęły od wydania albumu, podczas gdy inne przestały istnieć. Na przykład Czechosłowacja powstała w październiku 1918 roku, zaledwie miesiąc po ostatnim locie wujka Normana. Natomiast Południowa Rodezja została utworzona w roku 1924, po rozpadzie bytu politycznego, który na stronie 24 albumu występował jako Brytyjska Afryka Południowa (Rodezja). Było ich jeszcze bardzo wiele – Aden (gdzie służył w RAF-ie mój kuzyn Peter), Algieria, Irlandia (skąd pochodziła narzeczona kuzyna Petera, Vera), Finlandia (gdzie moja siostra miała korespondencyjną przyjaciółkę), Jugosławia, Liban, Litwa, Łotwa, Polska, Syria, Watykan i jeszcze kilka innych.

I właśnie wtedy mój ojciec podjął ważką decyzję: album wujka Normana, który przestał się już nadawać dla filatelisty, trzeba zastąpić innym. Kupił nowy, dający się powiększać przez dodawanie luźnych kartek, oraz dużą paczkę dodatkowych kartek. Następnie zabraliśmy się do wypełniania żmudnego zadania polegającego na wpisywaniu u góry każdej stronicy nowego albumu nazwy każdego kraju z katalogu i nazwy jego stolicy. Cała operacja zajęła długie tygodnie, a może nawet miesiące. Potem wzięliśmy się do jeszcze bardziej pracochłonnego zajęcia – przenoszenia znaczków ze starego albumu do nowego. To był ciężar, pod którym załamał się mój kręgosłup kolekcjonera znaczków pocztowych. Minął rok, potem dwa, potem trzy lata i w którymś momencie – w 1950 czy 1951 roku – dałem za wygraną. Wpakowałem stary album – jeszcze do połowy pełny – do pudła i przycisnąłem go nowym albumem – jeszcze do połowy pustym. Po czym zająłem się kopaniem piłki.

Kiedy wróciłem do tej nie dokończonej pracy po blisko sześćdziesięciu latach, szykowałem się już do pisania książki pod tytułem Zaginione królestwa. Pomysł oparłem na prostym spostrzeżeniu: wszystkie państwa jako byty polityczne – bez względu na to, czy są to królestwa, cesarstwa, czy republiki – trwają przez ograniczony czas; podobnie jak ludzie rodzą się, żyją krócej lub dłużej, a potem umierają. Zdaję sobie sprawę, że moja wczesna przygoda z „filatelią” odegrała istotną rolę, zaszczepiając we mnie tę ideę.

A skoro już sobie przypomniałem o albumie wuja Normana, to wyciągnąłem go z pudła i zacząłem przeglądać zawartość. Najwięcej miejsca, strony 6–88, było poświęcone imperium brytyjskiemu – państwu, które całkowicie zniknęło. Część druga – „Europa”, strony 69–162 – zawierała stosunkowo dużo bytów politycznych, które przetrwały: od Belgii i Bułgarii po Hiszpanię, Szwecję i Szwajcarię. Ale Cesarstwo Austrii, Cesarstwo Niemieckie, Imperium Rosyjskie i Imperium Osmańskie uleciały z wiatrem; przestało istnieć mnóstwo kolonii mocarstw europejskich i aż siedemnaście państw niemieckich – od Baden, Bawarii po Prusy, Saksonię, Thurn und Taxis (północne i południowe) i Wirtembergię – zniknęło bez śladu. Należące do Danii Indie Zachodnie zostały w 1917 roku, kiedy bracia Daviesowie byli jeszcze w szkole, sprzedane Stanom Zjednoczonym i odtąd znano je pod nazwą Wysp Dziewiczych Stanów Zjednoczonych. W Azji większość dawnych niepodległych państw – takich jak Chiny czy Japonia – przetrwała, chociaż w wielu nastąpiła zmiana ustroju; kilka innych zmieniło nazwę. Persja została Iranem, Syjam – Tajlandią. Korea, którą w albumie niejednoznacznie zaklasyfikowano jako „kraj pod administracją Japonii”, rozpadła się na dwie części. W Afryce Liberia i Maroko istnieją jeszcze w nienaruszonym stanie, a na mapie obu Ameryk – Północnej i Południowej – nie zaszły w ogóle żadne zmiany. W części poświęconej Oceanii Terytorium Hawajów przedstawiono jako Protektorat Stanów Zjednoczonych, chociaż w rzeczywistości Stany dokonały jego aneksji. Włączenie do USA Terytorium jako pięćdziesiątego stanu nastąpiło w 1959 roku.

Zbiór esejów, które się złożyły na książkę Zaginione królestwa, obejmował wyłącznie Europę. Jednak teraz, przestudiowawszy na nowo album wujka Normana, uprzytomniłem sobie, że znikające królestwa można znaleźć we wszystkich zakątkach Ziemi.

Zaginione królestwa kosztowały mnie pięć lat życia. Kiedy skończyłem je pisać, poczułem się zagubiony. Przekroczyłem próg – „miarą naszego życia jest lat siedemdziesiąt”. Dzięki mistrzowi chirurgii ortopedycznej z Birmingham Derekowi McMinnowi odzyskałem jednak mobilność, a gdy zdobyłem nagrodę literacką, obiecałem sobie przeznaczyć ją na dalekie podróże. Moi wydawcy nie mogli się zdecydować, co powinienem teraz pisać, wobec tego wziąłem sprawy we własne ręce i zorganizowałem sobie tournée dookoła świata z wykładami.

Zaczęło się od zaproszenia na wykład plenarny podczas obchodów rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja w Melbourne. Byliśmy z żoną bardzo zadowoleni z perspektywy tego wyjazdu, natomiast zupełnie nam się nie podobał pomysł dwudziestoczterogodzinnej podróży samolotem. Oczywistym rozwiązaniem było podzielić ją na łatwe etapy – z przystankami we Frankfurcie, Dubaju, Delhi i Singapurze. Najdłuższy postój miał się odbyć w Australii, gdzie czekali nasi przyjaciele, aby nas ugościć na Tasmanii, skąd moja żona miała wrócić do domu. Potem przyszła świadomość, że drogę powrotną można odbyć, przy niewielkim wysiłku, jadąc w dalszym ciągu na wschód – przez Nową Zelandię, Tahiti, Kalifornię, Teksas i Nowy Jork. Ale nie było pośpiechu i nie było sensu jechać w odległe miejsca tylko po to, żeby ruszać dalej po szybkim posiłku i paru godzinach snu w jakimś anonimowym hotelu na lotnisku. Po namyśle do listy zostały dodane Baku, Kuala Lumpur, Mauritius i Madera. Wszystko to były miejsca, których jeszcze nie widzieliśmy i których prawdopodobnie już nigdy byśmy nie zobaczyli.

Od samego początku nie wątpiłem, że produktem końcowym będzie jakaś książka, lecz poza ogólnym zamiarem napisania zbioru esejów nie bardzo wiedziałem, co miałaby zawierać. Robiłem notatki i szkice podczas podróży, ale nigdy nie wiedziałem dokładnie, co przyniesie następny etap. Tytuł – w odróżnieniu od podtytułu – wciąż mi przysparzał kłopotu. Na Podróż historyka przez historię zdecydowałem się bez trudu. Jednak chwytliwy, sugestywny, przykuwający wzrok tytuł ciągle mi się wymykał. Zacząłem, roboczo, od „Europa w oddali”, co zmieniło się na „W pogoni za wschodem słońca” (tytuł, który wciąż całkiem mi się podoba), a wreszcie skończyłem poszukiwania w tonie biblijnym – tytułem Na krańce świata.

Nie potrafię powiedzieć, jakimi właściwie motywami się kierowałem, podejmując wędrówkę dookoła świata. O ile Zaginione królestwa były historyczną akcją ratunkową, o tyle to miało być historycznym poszukiwaniem. Może, jak starzejący się Ulisses lorda Tennysona, byłem po prostu jeszcze jednym „duchem siwym”, tęskniącym za ostatnią przygodą:

Nie jest za późno, moi przyjaciele,

By świata jeszcze innego poszukać.

(...)

Bo jest mą wolą aż za skraj Zachodu,

Aż tam, gdzie gwiazdy się kąpią, żeglować,

Póki nie umrę. Może nas pochłoną

Wiry głębokie, a może dotkniemy

Błogosławionych Wysp, gdzie dotąd żyje

wielki Achilles, któregośmy znali[34].

Z pewnością nie przygotowywałem się do tej podróży, studiując dzieła prezentujące różne teorie podróżowania, choć nie sądzę, żebym należał do tej grupy podróżników, którzy – cytując Baudelaire’a – „płyną, aby płynąć”. Nie wyruszałem też na wzniosłą pielgrzymkę, jak Chrześcijanin Bunyana. Mój cel był zapewne bliższy „podróży w mej głowie” Szekspira, przede wszystkim zaś „szkole widzenia” Goethego. Pewne tematy miały powracać – pierwszym był kolonializm, drugim – język, trzecim – losy autochtonicznej ludności, i jeszcze jednym – religia. Mam nadzieję, że znalazła się też szczypta zgryźliwego humoru Cobbetta i odrobina „pełnej wdzięku bajki”. Z pewnością zaś był dreszczyk podniecenia:

Nie tylko dla zysku w podróży jesteśmy;

Gorętszy znacznie wiatr czyni ducha hardym:

Dla żądzy wiedzy, o czym się wiedzieć nie powinno,

Na szlak złoty weszliśmy aż do Samarkandy[35].

[1] J. Bunyan, Wędrówka pielgrzyma, tłum. J. Prower, Warszawa 1961.

[2] A. Dumas, Le Comte de Monte-Cristo (Hrabia Monte Christo, 1844).

[3] J. Bunyan, Wędrówka pielgrzyma, op. cit., s. 424–425.

[4] W. Williams Pantycelyn, Cwm Rhondda, tłum. E. Tabakowska.

[5] Arglwydd. Oryginalna wersja hymnu powstała w języku angielskim.

[6] Tłum. E. Tabakowska.

[7] W. Blake, Słonecznik (z Pieśni doświadczenia), cyt. za: Od Chaucera do Larkina. 400 nieśmiertelnych wierszy 125 poetów anglojęzycznych z 8 stuleci, tłum. S. Barańczak, Kraków 1993, s. 263.

[8] W. Cobbett, Rural Rides, London 1912, t. 1, s. 34–35. Wpis z 18 listopada 1821.

[9] http://www.telegraph.co.uk/travel/artsandculture/travelbooks/4932008/The-20-best-travel-books-of-all-time.html, dostęp 16 lutego 2015.

[10] G. Highet, Poets in a Landscape, New York 1957.

[11] Tenże, The Classical Tradition: Greek and Roman Influences on Western Literature, Oxford 1949.

[12] J.W. von Goethe, Wilhelm Meisters Lehrjahre 1795–1796, t. 3, Berlin 1795.

[13] A. Mickiewicz, Do H*** Wezwanie z Neapolu (Naśladowanie z Goethego).

[14] J. du Bellay, Les Regrets, Sonet XXXI (1558).

[15] Tenże, Sonet XXXI z cyklu Żale, tłum. W. Kościelski, w: J. Lisowski: Antologia poezji francuskiej, Warszawa 2001, t. 1, s. 397.

[16] Homer, The Odyssey, tłum. E.V. Rieu, Harmondsworth 1954.

[17] Publius Vergilius Maro, Eneida, tłum. T. Karyłowski, Księga I, wersy 1–7.

[18] M. Twain, Prostaczkowie za granicą, tłum. A. Keyha, Toruń 1992, s. 325.

[19] Św. Augustyn, Wyznania, tłum. Z. Kubiak, Kraków 1994, Księga 10, s. 219.

[20] F. Petrarka, Pisma podróżnicze, tłum. W. Olszaniec, Warszawa 2009.

[21] W. Cobbett, Rural Rides, op. cit., t. 2, s. 156.

[22] Katalog muzeum w Ribchester.

[23] Św. Edmund Campion (1540–1581), jezuita, skazany za zdradę stanu na szafot, otwarcie wnętrzności i poćwiartowanie. Kanonizowany w 1970 roku.

[24] W. Cobbett, Rural Rides, London 1853, s. 576.

[25] T. Huddleston, Naught for Your Comfort, New York 1956, s. 246.

[26] W. Shakespeare, Sonet nr 27, w: tenże, Sonety (wybór), tłum. M. Słomczyński, Kraków 1992.

[27] R.M. Rilke, Spacer, w: tenże, Wiersze rozproszone i pośmiertne z lat 1906–1926, tłum. B. Antochewicz, Wrocław 1991.

[28] R.L. Stevenson, Czarodziejski ogród wierszy, tłum. L. Marjańska, Warszawa 1992.

[29] C. Baudelaire, Le voyage, http://fleursdumal.org/poem/231, dostęp 16 lutego 2015; tłum. A. Lange.

[30] Dante Alighieri, Piekło, Pieśń XXVI, w: tenże, Boska komedia, tłum. A.R. Stanisławski.

[31] A. Puszkin, Зимняя дорога, http://pushkin.niv.ru/pushkin/stihi/stih-500.htm, dostęp 21 września 2017.

[32] A. Puszkin, Droga zimowa, tłum. A. Ważyk.

[33] R. Przybylski, Podróż Juliusza Słowackiego na Wschód, Kraków 1982.

[34] A. Lord Tennyson, Ulisses, w: tenże, Poezje wybrane, tłum. Z. Kubiak, Warszawa 1970.

[35] J.E. Flecker, Złota podróż do Samarkandy, tłum. J. Daruk.

Imperium

Europejska historia na eksport[1]

Zahartowani w bojach historycy zawsze wyruszają w długie tournée z plikiem notatek do wykładów w tylnej kieszeni – na wszelki wypadek. Ponieważ miałem odwiedzić cały łańcuch krajów, które odsłużyły swój czas w imperium brytyjskim, i ponieważ wiedziałem, że czeka mnie kilka wystąpień, zdecydowałem się zabrać ze sobą konspekt wykładu na ogólny temat „Imperia”. Zakładałem, że od wędrownego brytyjskiego wykładowcy będzie się oczekiwać czegoś na temat interakcji między byłymi imperialistami i byłymi ofiarami imperializmu.

Równocześnie jednak, ponieważ byłem świadomy emocji narosłych wokół tego tematu, szukałem jakiejś nie znanej dotąd argumentacji, żeby zapewnić sobie zainteresowanie mojej publiczności oraz uniknąć możliwego wzburzenia. Hinduska pisarka Arundhati Roy, z którą przypadkiem łączy mnie osoba wspólnego agenta literackiego, uczciwie mnie uprzedziła o wysokiej temperaturze uczuć. „Nasza strategia powinna polegać nie tylko na konfrontacji z imperium – pisała – ale także na tym, żeby zacząć jego oblężenie, żeby je pozbawić dopływu tlenu, zawstydzić i przedstawić nasze własne narracje”[2].

Wobec tego postanowiłem po zrelacjonowaniu niektórych moich ostatnich spotkań z tematyką imperium sięgnąć do swoich doświadczeń jako historyka Europy i zdekonstruować stereotyp Europejczyków widzianych wyłącznie jako imperialistów. Miałem nadzieję, że dla niektórych ludzi będzie czymś nowym informacja, iż część Europejczyków często bywała ofiarami imperializmu, a nie tylko po prostu jego propagatorami. Nie byłoby to niczym nowym dla Polaków. Ale publiczność, jakiej się spodziewałem, była bardzo daleko od Polski.

* * *

Zanim William Golding, którego setną rocznicę urodzin obchodzono w 2011 roku, został powieściopisarzem, był kierownikiem szkoły i nauczycielem historii, podobnie jak ja. Czystym zbiegiem okoliczności obaj uczyliśmy w tej samej szkole w Maidstone, choć nie w tym samym czasie. Jako chłopak zacząłem kiedyś czytać jego słynną powieść Władca much, ale byłem zbyt przerażony, żeby ją skończyć. Wobec tego przed wyjazdem w moją podróż dookoła świata ponownie zabrałem się do lektury. Książka towarzyszyła mi podczas pierwszych etapów wyprawy.

Zgodnie z obietnicą na skrzydełku Władca much „przeraża” i „budzi grozę”; opowiada o grupie angielskich uczniów, którzy zostają zdani na łaskę losu na bezludnej wyspie i walcząc o przetrwanie, stopniowo gubią maskę cywilizacji i staczają się, popadając w godny prymitywnego plemienia stan wrogości, strachu i gwałtu, aby wreszcie stać się mordercami. Golding pokazuje, w jaki sposób tropikalny rajski ogród zmienia się w strefę wojenną za sprawą przybycia tam tych małych Europejczyków i jak oni sami zmieniają się z niewinnych młodzieńców w potwory. „Kto my jesteśmy?” – pyta jedna z postaci. – „Ludzie? Czy zwierzęta? A może dzikusy?” I później, kiedy chłopcy uwierzyli, że na wyspie naprawdę grasuje groźny zwierz: „może to tylko my sami”.

Część krytyków uznała tę niepokojącą powieść za alegorię drugiej wojny światowej; Golding pełnił wówczas służbę oficera Royal Navy – podobno obserwował zatonięcie Bismarcka. Inni uważają książkę za lekko tylko zamaskowany obraz Brytyjczyków w okresie największego rozkwitu imperium – ludzi wyrwanych z rodzimego środowiska, których ciemna strona ich natury skazuje na mentalność dzikusów. Liczne omówienia powieści zawierają fragmenty traktujące o „Wielkiej Brytanii i imperializmie” lub o „kolonialnej przeszłości Wielkiej Brytanii”. Kluczem do zrozumienia wymyślonych przez Goldinga nastolatków jest fakt, że na swojej tropikalnej wyspie zachowują się tak, jak nigdy nie mogliby się zachowywać w domu; gdy się uwalniają od ograniczeń, jakie narzuca rodzina i znajome otoczenie, do głosu dochodzą najbardziej prymitywne aspekty ludzkiej natury – chęć dominowania, okrutna żądza władzy, instynktowne pragnienie, aby budzić strach. „Musimy ustanowić prawa i szanować je” – mówi z rozpaczą jeden z chłopców. – „Ostatecznie nie jesteśmy przecież dzikusami. Jesteśmy Anglikami, a Anglicy we wszystkim są najlepsi”[3]. Czytelnik wyczuwa, że mówiącemu chłopcu grunt usuwa się spod nóg, zanim jeszcze wypowiedział te słowa. I rzeczywiście, wszystko się psuje; chłopcy zaczynają się staczać drogą prowadzącą do konfliktu i morderstwa.

Pod koniec powieści Golding unika wszystkiego, co mogłoby wyglądać na happy end. Główny bohater, Ralf, który zdołał uciec z podpalonej przez wrogów kryjówki, leży na piasku kompletnie wyczerpany, oczekując, że lada moment banda dopadnie go i rozerwie na strzępy:

Nagle podnosi wzrok i widzi stojącego nad nim oficera marynarki, który mówi mu, że jego okręt przybił do brzegu wyspy, zaniepokojony widokiem szalejącego w dżungli pożaru. Kiedy przybysz się o wszystkim dowiaduje, jest pełen oburzenia: jak ta grupka chłopców – i to chłopców angielskich – mogła w tak krótkim czasie utracić wszelkie poszanowanie dla reguł cywilizacji? Ralf natomiast, do głębi poruszony świadomością, że został uratowany i że uda mu się uciec z wyspy, gdzie o mały włos nie spotkała go nagła śmierć, płakał nad kresem niewinności, ciemnotą ludzkich serc i upadkiem w przepaść szczerego, mądrego przyjaciela, zwanego Prosiaczkiem[4].

Nieco później czytałem inną książkę, podróżniczą opowieść Iqbala Ahmeda zatytułowaną Imperium umysłu. Podróż po Wielkiej Brytanii (2007). Jej scenariusz jest odwrotnością scenariusza powieści Goldinga; napisał ją podróżnik przybywający z subkontynentu indyjskiego i rzucony przez los na inną bezludną wyspę – Wielką Brytanię; przybysz odkrywa, że kraj różni się fundamentalnie od krainy z jego wyobraźni. Autor, pochodzący z miasta Srinagar w Kaszmirze, wykształcony bibliofil i zapalony rowerzysta, przez całe życie wiele słyszał na temat owego serca imperium brytyjskiego; podczas wizji lokalnej niemal wszystkie informacje okazały się nieprawdziwe. Książka zaczyna się na przykład od opisu wizyt w Oksfordzie i Cambridge, dwóch uniwersytetach, z którymi ja sam jestem obecnie najsilniej związany:

Pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy [w Oksfordzie], był Jesus College. Weszliśmy za przewodnikiem na czworokątny dziedziniec z trawą tak aksamitną, jak na boisku do gry w kule. Poprowadził nas w kąt dziedzińca (...), żeby wygłosić wstępne przemówienie na temat wybitnych byłych uczniów college’u. Jako pierwszego wymienił Richarda Burtona – nie aktora, lecz odkrywcę z XIX wieku. [Jak się okazało,] Burton został relegowany [czyli usunięty] po zaledwie krótkim tam pobycie; miał poczucie, że w Oksfordzie „dostał się między sklepikarzy”. Wstąpił do Kompanii Wschodnioindyjskiej w randze porucznika, przetłumaczył na angielski Kamasutrę oraz Księgę tysiąca i jednej nocy i podobno nauczył się mówić po arabsku jak rodowity Arab.

Przyjeżdżając do Londynu po wyjeździe z Oksfordu, Ahmed pisał: „Poczułem głęboką ulgę”[5].

Dalsze niespodzianki czekały go w Cambridge, między innymi w czcigodnych salach Trinity College:

Biblioteka [Christophera Wrena] mieściła się po wschodniej stronie dziedzińca. Aby do niej wejść, wspiąłem się po schodach (...) Marmurowe popiersia słynnych pisarzy stały w dwóch rzędach po obu stronach korytarza i górowała nad nimi naturalnych rozmiarów figura Lorda Byrona. [Ale] gdy w latach dwudziestych XX wieku studentem Trinity był Władimir Nabokov, nigdy nawet się nie zbliżał do tej biblioteki i jego nazwiska nie ma na liście notabli uczelni (...) Zapytałem jakąś starszą bibliotekarkę, z jakiego powodu go pominięto. Odpowiedziała, że wśród absolwentów Trinity są Milton, Tennyson i Newton [sugerując, że więcej nie potrzeba]; robiła wrażenie, że nie zna żadnych nazwisk z XX wieku. [Pandit] Nehru, pierwszy premier niezależnych Indii, był studentem Trinity. (...) Jeśli wierzyć jego memuarom, spędzał czas, jeżdżąc konno, [grając] w tenisa i oddając się hazardowi...[6].

I tak dalej, i tak dalej. Iqbal Ahmed odnotowuje spory rozdźwięk między swoją rozległą wiedzą o Wielkiej Brytanii i znajomością samych Brytyjczyków.

A jeśli o to idzie, przychodzi mi na myśl pewne zastanawiające zdanie z Władcy much. Otóż przedstawiając narastające konflikty między chłopcami na wyspie, Golding pisze, że „szli obok siebie – dwa niezależne kontynenty doświadczeń i uczuć – niezdolni się porozumieć”. „Kontynent doświadczeń i uczuć” – cudowna fraza; szczególnie istotna w kontekście moich zamierzeń. Ten sam rodzaj intelektualnego rozłamu można, jak sądzę, dostrzec nie tylko między historią europejską, tak jak ją rozumieją Europejczycy i nie-Europejczycy, ale także między sposobami jej rozumienia przez różnych Europejczyków i różnych nie-Europejczyków.

Trzecią książką, która mi się przypomniała, były Ghosts of Empire („Duchy imperium”)[7] pochodzącego z Ghany brytyjskiego pisarza Kwasi Kwartenga, starego etończyka i członka brytyjskiego parlamentu. (Entuzjastycznie mi ją polecał nasz sąsiad lord Ian Blair). Książka składa się z sześciu odrębnych esejów, z których każdy opowiada o innym kraju, i dowodzi tezy, że imperium brytyjskie było jedyne w swoim rodzaju ze względu na swą heterogeniczność.

Szczególnie zainteresowało mnie studium Kwartenga na temat Iraku, po części dlatego, że nieustająca tragedia tego kraju przez ostatnie dziesięć lat nie schodzi z nagłówków gazet, a po części dlatego, że w lutym 2003 roku, jedyny raz w życiu, moja żona i ja postanowiliśmy wziąć w Londynie udział w masowej demonstracji przeciwko planowanej wojnie w Iraku. Czytając Kwartenga, szybko nabrałem przekonania, że postępowanie rządu brytyjskiego w latach 1918–1922, kiedy tworzono Irak, nie było ani trochę mniej pozbawione skrupułów niż w latach 2002–2003, kiedy to ślepo popierając błędną politykę USA, rząd wykorzystał fałszywe raporty wywiadu dla usprawiedliwienia inwazji i zniszczenia republiki Saddama Husajna.

Jak się okazuje, Irak od początku był sztucznym tworem. Sklejono go z trzech kontrastujących ze sobą prowincji Imperium Osmańskiego – Mosulu, Bagdadu i Basry – i Wielka Brytania przyznała sobie do niego prawo. Nabytek zalegalizowano za sprawą postdatowanego mandatu Ligi Narodów, a ustrój polityczny zorganizowano według zasad kontrolowanej przez Brytyjczyków monarchii satelickiej. Samo jego istnienie określał, jak to ujął Kwarteng, „zapach ropy naftowej”.

Opis rozpoczyna się od sceny w londyńskim Lancaster House 21 listopada 1918 roku, zaledwie dziesięć dni po zawarciu rozejmu. Lord Curzon, minister spraw zagranicznych, były wicekról Indii i „arcyimperialista”, oświadczył gościom zgromadzonym na uroczystej kolacji dla delegatów na Inner-Allied Petroleum Conference, że „sprawa aliantów popłynęła ku zwycięstwu na fali ropy naftowej”. Inspiracją do tego dumnego oświadczenia były napędzane ropą okręty brytyjskiej Royal Navy, dieslowskie silniki wojskowych ciężarówek zapewniających transport Armii Brytyjskiej oraz używające ropy jako paliwa samoloty RAF-u. Jego słowa nawiązywały też do wcześniejszego raportu wysokiego urzędnika państwowego sir Edmunda Slade’a, zatytułowanego „O sytuacji dotyczącej ropy naftowej w imperium brytyjskim”, gdzie autor podkreślał niekorzystną zależność Wielkiej Brytanii od ropy naftowej ze Stanów Zjednoczonych oraz – w interesie budowania samowystarczalności – pilną potrzebę eksploracji, szczególnie w Mezopotamii. Sekretarz gabinetu rządu, sir Maurice Hankey, stwierdził, że „utrzymanie roponośnych terenów w Mezopotamii i Persji jest pierwszoplanowym celem wojennym Wielkiej Brytanii”[8].

Wkrótce potem, 1 grudnia 1918 roku, premier David Lloyd George spotkał się z premierem Francji Georges’em Clemenceau. Ropa naftowa z Mezopotamii była jednym z poruszanych tematów. Według zawartej w 1916 roku tajnej umowy Sykes-Picot między Wielką Brytanią i Francją, która przygotowała grunt pod rozbiory terytoriów osmańskich, Brytyjczycy niechcący zostawili prowincję Mosul po francuskiej stronie granicy. To przeoczenie zostało teraz skorygowane. Francuzi zrzekli się roszczeń do Mosulu pod warunkiem otrzymania jednej czwartej części przyszłych dochodów z eksploatacji złóż.

Urzędnicy imperium brytyjskiego mogli zacząć działać. Nadzór nad regionem sprawował sir Percy Cox, zwany „Coccus”, mający ogromne doświadczenie wysoki komisarz obszarów nad Zatoką Perską; podobno „zachował milczenie w kilkunastu językach”. Jego zastępca do spraw ludności cywilnej, podpułkownik Arnold Wilson, dawny oficer armii indyjskiej, znany jako „despota Mezo-pota”, nadzorował pierwsze odwierty w rejonie Zatoki w 1908 roku; on też był odpowiedzialny za zastąpienie podczas konferencji pokojowej w Paryżu dawnej greckiej nazwy „Mezopotamia” arabską nazwą „Iraq”. Jego „orientalną sekretarką” była budząca powszechny respekt Gertrude Bell (1868–1927), wówczas pięćdziesięcioletnia, w młodości pierwsza kobieta, która uzyskała dyplom pierwszego stopnia w Oksfordzie. Sportsmenka, poliglotka, podróżniczka, archeolożka i zdeklarowana stara panna, została przez biografów nazwana „Córką Pustyni” i „Królową Pustyni”. Płynnie mówiła po arabsku i w farsi, dwadzieścia lat życia spędziła, eksplorując i badając kraje Bliskiego Wschodu, cieszyła się poparciem brytyjskich tajnych służb i autorytetem wykraczającym daleko poza ramy jej oficjalnej pozycji. Przypisuje się jej słowa, które przywołują na myśl problemy, jakie miały się wyłonić sto lat później: „nie możemy pozostawić tego kraju w stanie chaosu, jaki stworzyliśmy”[9].

Lord Curzon nigdy nie powiedziałby publicznie czegoś podobnego. „Brytyjczycy zrobili dla Iraku więcej w ciągu dwóch lat – oświadczył wyniośle – niż Turcy przez dwieście”[10].

Przed nowymi władcami Iraku stanęły dwa wyzwania: wymyślić skuteczną formę rządu i utrzymać kontrolę nad przemysłem naftowym. Jeśli idzie o zarządzanie, trzeba było podjąć trzy kroki. Po pierwsze, należało umocnić pozycję Wielkiej Brytanii w Iraku przez mandat typu A nadany przez Ligę Narodów – uzyskano to podczas konferencji Inter-Allied Petroleum w kwietniu 1920 roku w San Remo. Po drugie, trzeba było ustanowić w Iraku monarchię według zwykłej imperialnej zasady pośredniej kontroli. To osiągnięto, awansując księcia Fajsala, syna haszemickiego szarifa Mekki, brata mającego wkrótce objąć tron emira Transjordanii i niedoszłego króla Syrii. Zadaniem trzecim było nadanie na użytek publiczny wszystkim umowom fasady pobożnych deklaracji o przyszłej niepodległości Iraku. Jeśli sobie przypomnieć prywatną terminologię lorda Curzona, który mówił o „imperialnej kurateli”, „wiecznej dzierżawie” i „dymnej zasłonie konstytucyjnej fikcji”, staje się jasne, że Brytyjczycy nie zamierzali w krótkim czasie zrezygnować ze sprawowania kontroli. Słowa najbliższe prawdy padły w rozmowie Gertrude Bell z pewnym ważnym urzędnikiem irackim. „Celem Wielkiej Brytanii jest danie Irakowi pełnej niepodległości” – powiedziała Gertrude. „Szanowna Pani – odparł Dżafar al-Askari – pełnej niepodległości nigdy się nie daje, ją się zawsze odbiera”[11].

Jeśli idzie o ropę naftową, główna operacja polegała na zdobyciu pełnej kontroli nad istniejącą wcześniej Turecką Kompanią Naftową (Turkish Petroleum Company – TPC), do której należały wszystkie istotne prawa produkcji i eksploracji. Sprawą zajął się wybitny ormiański finansista Calouste Gulbenkian (1869–1955), „pan Pięć Procent”, który zapewnił sobie w ten sposób wielomilionową fortunę. Akcje osmańskie i niemieckie zarekwirowano. Największy holding przypadł spółce Anglo-Persian Oil Company (potem Anglo-Iranian, obecnie BP), a mniejsze – koncernowi Royal Dutch Shell, Francuzom, królowi Fajsalowi oraz – naturalnie – Gulbenkianowi. Po odkryciu złóż ropy w 1927 roku nazwę spółki zmieniono na Iraq Petroleum Company (IPC).

Taki układ dotyczący eksploatacji złóż wzbudził gniew Lawrence’a z Arabii, który w lipcu 1920 roku napisał do redakcji „Timesa” list pełen oburzenia. „Arabowie nie buntowali się przeciwko Turkom – pisał – jedynie po to, aby znaleźć sobie nowych panów”. Ale dokładnie to się stało, a pośrednie rządy imperialne w Iraku przeżyły wszystkich swoich architektów. Przetrwały dwie rewolty, deklarację niepodległości z 1932 roku, przedwczesną śmierć Fajsala i jego syna oraz drugą wojnę światową.

Ostateczna rozgrywka nastąpiła dopiero 14 lipca 1958 roku, kiedy przejęto władzę w wyniku wojskowego zamachu stanu, który oznaczał kres dawniejszego porządku. Młody król Fajsal II został zamordowany, a jego ciało zmasakrowano. Zarąbano na śmierć brytyjskiego konsula i proklamowano republikę. Jednakże w latach sześćdziesiątych XX wieku, kiedy Związek Sowiecki próbował zdobyć hegemonię nad światem arabskim, armia iracka zwróciła się ku polityce partii BAAS, popierając jej antyzachodni zwrot, i wprowadzono państwo jednopartyjne w sowieckim stylu. Generał Saddam Husajn pojawił się w roli nowego, bezkompromisowego przywódcy. W roku 1972 przemysł naftowy znacjonalizowano, a pokaźne dochody z niego zasiliły fundusze przeznaczone na opiekę społeczną. Łatwo więc zrozumieć, dlaczego we wczesnym okresie swoich rządów – przed wojskowym awanturnictwem – Husajn cieszył się popularnością.

W ciągu czterdziestu lat dominacji brytyjskiej nie tylko zwykłym ludziom, ale także Amerykanom odmawiano ich kawałka tortu. W okresie po roku 1918 Waszyngton potępiał politykę brytyjską i francuską, natomiast w kwestii ropy domagał się linii, którą nazywał „otwartymi drzwiami”. Rząd amerykański chciał jednocześnie luksusu antyimperialistycznej retoryki i – jako zwycięskie mocarstwo sprzymierzone – udziału w łupach. Amerykanie mogli być imperialistami, ale nie był to imperializm w dawnym stylu. Może się wydać dziwne, że człowiekiem, który im najbardziej pomógł, był „zasymilowany” typowy członek brytyjskiego establishmentu.

Mimo że mniej sławny od swojego zbłąkanego syna, Harry St. John Philby (1885–1960) prowadził jeszcze bardziej niezwykłe życie. Na pierwszy rzut oka był arcytypowym członkiem angielskiej śmietanki towarzyskiej swoich czasów – chodził do szkoły publicznej, studiował w Oksfordzie i wstąpił do wojska (przyszły marszałek Bernard Montgomery był drużbą na jego ślubie). Ale pod tą konwencjonalną maską krył się buntownik i człowiek nieszablonowy: wcześnie został socjalistą, był miłośnikiem takich egzotycznych języków, jak pendżabi czy baluczi, nieustraszonym eksploratorem, cwaniakiem, amatorem zainteresowanym ekstremalnymi poglądami politycznymi. W latach 1915–1925 w sztuce wywiadu szkolili go Percy Cox i Gertrude Bell; przebywał w Iraku i działał w brytyjskich tajnych służbach. W latach 1918–1920 był pierwszym ministrem spraw wewnętrznych w królestwie Iraku. Mimo to, podobnie jak Lawrence z Arabii, nabrał przekonania, że Arabów potraktowano niesprawiedliwie, jednocześnie jednak zachował głęboką niechęć do Haszemitów. W efekcie coraz mocniej angażował się w sprawę szejka Ibn Sauda, głównego rywala Haszemitów w walce o kontrolę nad Półwyspem Arabskim.

W roku 1925 – kiedy Ibn Saud przejął kontrolę nad Mekką – Harry Philby przeniósł się na stałe do Rijadu, gdzie szybko przeszedł na islam, poślubił kupioną na rynku niewolnicę i – jako szejk Abdullah – zainstalował się w najściślejszych kręgach doradców saudyjskich władców. Jednocześnie przez cały czas utrzymywał przyjacielskie stosunki z amerykańskimi przedstawicielami przemysłu naftowego, namawiając ich do inwestowania w eksplorację i tworzenia konkurencji w stosunku do IPC. W roku 1932 zorganizował ceremonię koronacji Ibn Sauda, co dało początek królestwu Arabii Saudyjskiej, a w roku 1933 był już mocno zaangażowany w rozmowy o umowie koncesyjnej z USA, z której w odpowiednim czasie miało powstać Aramco – saudyjska kompania naftowa Arabian Oil. Jakby tego było mało, w roku 1939 wrócił do Wielkiej Brytanii i kandydował w wyborach uzupełniających w Hythe z ramienia faszystowskiej Brytyjskiej Partii Ludowej. Wyraziwszy sprzeciw wobec wojny z hitlerowskimi Niemcami, został szybko internowany. Do czasu jego powrotu do Arabii – w roku 1943 lub 1944 – Aramco zdążyło przyćmić IPC, a Amerykanie zdobyli stały przyczółek, co miało im umożliwić uzyskanie przewagi nad wpływami brytyjskimi na Bliskim Wschodzie. Dziś Arabia Saudyjska jest największym producentem ropy naftowej na świecie, a władza Stanów Zjednoczonych wprawdzie słabnie, ale nadal utrzymuje swoją przewagę[12].

Tak przedstawiał się obraz budowniczych imperium, którzy sto lat temu odcisnęli piętno własnych priorytetów na układzie stosunków międzynarodowych. W roku 1878, w następstwie kongresu w Berlinie, premier królowej Wiktorii Benjamin Disraeli oświadczył: „Nasze imperium to imperium wolności, prawdy i sprawiedliwości”. Jak zauważa Kwasi Kwarteng, ta krótka lista cnót imperialnych pozostawiała sporo do życzenia. Imperium przyniosło wolność nielicznym, a zniewolenie – wielu; mówiło prawdę tylko wtedy, kiedy to było dla niego korzystne, i – mimo że instytucje prawne często wprowadzały porządek w miejsce chaosu – sprawiedliwości społecznej i równości ludzi nie było na porządku dziennym. Demokracja, która dotarła do „Macierzystego Kraju” na początku XX wieku, nie odnalazła drogi do większości kolonii. Hierarchia, przywileje klasowe i snobizm bezustannie się rozwijały. Kwarteng utrzymuje jednak, że imperium brytyjskie nie było ani całkiem dobre, ani całkiem złe, i że trzeba je rozumieć w jego własnym kontekście. „Pod względem skali i etosu [było] czymś zupełnie odmiennym od wszystkich systemów rządzenia znanych gdziekolwiek na świecie”[13].

Ludziom żyjącym na innych kontynentach należy wybaczyć sposób myślenia, który każe im wierzyć, że imperia i imperializm stanowią główną – jeśli nie jedyną – cechę historii europejskiej, jaką w ogóle warto się zajmować – ale przecież jest jeszcze wiele innych rzeczy. Wymienianie w tym miejscu wszystkich rozlicznych obiegowych sposobów postrzegania europejskiej historii wymagałoby jednak zbyt wiele czasu. W tym celu należałoby przeczytać długi wstęp do mojej historii Europy[14]. Tu natomiast wystarczy powiedzieć, że na liście znalazłaby się zarówno sponsorowana przez Amerykanów i straszliwie samochwalcza koncepcja zachodniej cywilizacji, jak i bardzo powszechny pogląd, że historia europejska nie jest niczym więcej, jak tylko przypadkowym zbiorem opowieści narodowych – brytyjskiej, francuskiej, niemieckiej, polskiej i tak dalej – które składają się na jedną całość. W tym miejscu chciałbym zwrócić uwagę czytelników jedynie na kilka sposobów podejścia do tematu, które wywarły na ludzi największy wpływ. Pierwsze z nich, stworzone przez Samuela Huntingtona, ostatnio rozpropagował i rozwinął mój kolega Niall Ferguson, który przed wyjazdem do Ameryki w poszukiwaniu szczęścia studiował – podobnie jak ja – w Magdalen College w Oksfordzie, a potem uczył historii w Jesus College, dokąd trafił Iqbal Ahmed. (Jeśli dobrze liczę, Ferguson najprawdopodobniej bywał tam właśnie wtedy, kiedy przybysz z Kaszmiru przechadzał się po dziedzińcu). Ferguson propagował ideę wielkiej dywergencji – długiego okresu od końca XV do połowy XX wieku, kiedy Europa prześcignęła inne kontynenty i zaczęła nad nimi dominować. Moim zdaniem idea ta jest, w ogólnych zarysach, niepodważalna, choć nie brak rozważań dotyczących powodów, dla których zaistniała, czasu, w którym się zrodziła, i przyczyn, dla których przeminęła. Ferguson odrzuca dawne pomysły na temat przewagi geograficznej i charakteru narodowego. I z naciskiem podkreśla: „Nie można po prostu obwiniać imperializmu”. W zamian podaje listę głównych przyczyn, które określa modnym słowem „aplikacje”. Są wśród nich: potęga morska i handel międzykontynentalny, nauka i medycyna, prawo własności, konsumpcjonizm, etyka pracy oraz – co szczególnie istotne – zażarta rywalizacja mocarstw europejskich. Współzawodnictwo w dziedzinie gospodarczej, politycznej i militarnej między Hiszpanami, Portugalczykami, Francuzami, Brytyjczykami i Holendrami miało, jego zdaniem, zasadnicze znaczenie. „Upadek Zachodu nie jest nieunikniony – konkluduje – ale dywergencja już się skończyła, moi państwo”[15].

Odmienne podejście do tego tematu proponuje Jared Diamond (ur. 1937), profesor geografii i fizjologii z Kalifornii, osoba o niezwyk­le szerokich horyzontach, którą określa się mianem międzydyscyplinarnego człowieka renesansu. Do historii doszedł drogą studiów nad ewolucją człowieka i ludami autochtonicznymi, zwłaszcza Nowej Gwinei. Jego książki wręcz roją się od niezwykłych teorii, poczynając od Trzeciego szympansa (wyd. pol. 1992), książki mówiącej o „ludzkim zwierzęciu”, aż po najnowszą, The World Until Yesterday (2012), poświęconą mądrości tradycyjnych społeczności[16]. Diamond jest przekonany, że źródeł wczesnego rozwoju Europy należy szukać w ekologii. „Dzieje ludów toczyły się niejednakowo z powodu różnic środowisk, w których te ludy żyły, a nie ze względu na biologiczne zróżnicowanie samych ludzi” – pisał w swojej bestselerowej książce Guns, Germs and Steel (1997)[17]. Szczególny sprzeciw budzi w nim przeświadczenie, że Europejczyków czy kulturę europejską cechuje jakaś przyrodzona wyższość.

Podsumowując, europejska kolonizacja Afryki nie miała nic wspólnego z odmiennością Europejczyków i Afrykanów, choć uważają tak biali rasiści. Była raczej rezultatem zbiegu geograficznych i biogeograficznych przypadków – zwłaszcza zaś różnic wielkości kontynentów i ułożenia ich oraz składu zestawów dzikich roślin i zwierząt. Odmienność historii Afryki i Europy powstała na skutek istnienia różnic między tymi kontynentami[18].

Jak wszyscy wiemy, wielka dywergencja skończyła się razem z dawniejszą dominacją Europy nad światem. Ale rozmaite sposoby postrzegania tego ważnego okresu historii przez różnych ludzi nadal wywierają na nas wpływ i nadają koloryt naszemu życiu. Nic więc dziwnego, że opierając swoją wiedzę na własnym doświadczeniu, nie-Europejczycy oceniają europejską historię według skutków, jakie przyniosła im samym. Wobec tego ci spośród nich, którzy nie mają europejskich korzeni, często nie dostrzegają niczego poza długą listą skutków negatywnych (widnieją na niej choroby, misjonarze, wyzysk gospodarczy i rządy imperialne). A co więcej, każda nieeuropejska społeczność na ogół zna tylko jednego europejskiego partnera lub ciemięzcę. W wielu miejscach świata najsilniejsze były niegdyś wpływy Brytyjczyków; w Indochinach czy w Afryce Północnej palmę pierwszeństwa dzierżyli Francuzi, w Indonezji – Holendrzy, w Ameryce Łacińskiej – Hiszpanie i Portugalczycy. Taki ograniczony kontakt nieuchronnie kształtuje ograniczony sposób widzenia, który wymaga korekty.

Zarówno interpretacja Fergusona, jak i to, co twierdzi Diamond, stanowi jedną z cech wspólnych dla wielu odmiennych skądinąd punktów widzenia: mówię o przyjmowaniu binarnego lub – jak powiedzieliby marksiści – dialektycznego obrazu świata. Z jednej strony przedstawia nam się obraz Europejczyków z ich typowym europejskim systemem wartości i regułami postępowania. Z drugiej strony pokazuje się nam nie-Europejczyków oraz ich własny zbiór postaw i reakcji. Ten scenariusz przypomina mi coś w rodzaju światowego meczu piłki nożnej, w którym świetnie wyszkolona drużyna zawodowych graczy, ubranych w nieskazitelnie białe klubowe koszulki, mierzy się z amatorską drużyną złożoną z przypadkowo zebranych zawodników, przystrojonych w pstrokaciznę czerwonych, brązowych, żółtych i czarnych bluz. Innymi słowy, rozgrywkę dwóch nierównych drużyn – jednej wyposażonej w „pięć zabójczych aplikacji” i „strzelby, zarazki i maszyny” oraz drugiej, z o wiele gorszym sprzętem i wyszkoleniem; wynik meczu pomiędzy nimi jest łatwy do przewidzenia.

To właśnie jest scenariusz, który chciałbym zakwestionować. Nie wydaje mi się, żeby można było podzielić świat na dwie wyraźnie oddzielone od siebie drużyny ani też żeby samych Europejczyków dało się sobie sensownie wyobrażać jako ludzi mających jednolite cele i jednakowe tradycje. Jestem nie tylko Brytyjczykiem, ale też miałem sporo do czynienia z Europą Wschodnią, co niewątpliwie wpływa na moją perspektywę. Swoje uwagi podaję w formie dziesięciu punktów.

1. Imperialne mocarstwa. Bez względu na to, jak dalece chciałoby się utożsamiać Europę z imperializmem, trzeba przyznać na samym początku, że większość krajów europejskich nigdy nie uczestniczyła w wielkich transkontynentalnych, imperialistycznych przedsięwzięciach. Spośród 47 krajów należących dziś do Rady Europy tylko tuzin, a więc mniej więcej jedna czwarta, kiedykolwiek posiadało zamorskie posiadłości. Portugalia, Hiszpania, Francja, Wielka Brytania i Rosja były imperialistami par excellence. Belgia, Niderlandy, Włochy, Niemcy, Szwecja i Dania miały w imperializmie swój udział, ale na mniejszą skalę. Austria – mimo rozległych posiadłości w Europie – zdobyła tylko jeden zamorski obszar: Nikobary, i to tylko na pięć lat, w okresie od 1778 do 1783 roku. Poza tym reszta Europy nigdy nie doświadczyła imperializmu – chyba że padała jego ofiarą. Typowego kraju europejskiego nie można porównywać do Wielkiej Brytanii, Francji czy Rosji. Będzie to raczej kraj niewielki lub średniej wielkości, który albo nie brał udziału w imperialistycznej grze, albo odegrał w niej tylko niewielką rolę.

Przedstawię tu przykład Polski, kraju, który dobrze znam i który nie zajmuje wybitnego miejsca w podręcznikach historii Europy. A przecież Polska może się pochwalić ponadtysiącletnią historią. Przechodziła krańcowo różne koleje losu; przez krótki okres w XVI wieku władała największym terytorium w Europie, a pod koniec wieku XVIII została unicestwiona, aby na początku wieku XX powrócić do istnienia. U szczytu potęgi zdominowała i skolonizowała rozległe obszary, które dziś są Litwą, Białorusią i Ukrainą. Nigdy jednak nie zajmowała się żadnymi obszarami leżącymi poza Europą[19].

Historycy nie powinni przynajmniej używać przysłówka „nigdy”. W pewnym momencie, po 1637 roku, Jakub Kettler (1610–1682), bogaty książę Kurlandii, który był lennikiem polskiego króla, na krótki czas założył kolonię Nowa Kurlandia na wyspie Tobago w Indiach Zachodnich, a w roku 1651 zbudował faktorię handlową u ujścia rzeki Gambii w Afryce Zachodniej. Zanim przekazał swoje zamorskie posiadłości Holandii i Anglii, mógł się przez krótki czas uważać za kolonialnego władcę. W późniejszych czasach, gdy Polacy nie mogli konkurować ze swoimi niemieckimi i rosyjskimi sąsiadami, mogli przynajmniej wskazywać na ową wspaniałą przeszłość, kiedy to panowali – chociaż pośrednio – nad niewielkim kawałkiem Afryki.

Innym interesującym przypadkiem są Niemcy. U szczytu rozwoju „wieku imperialnego” bez wątpienia stały na czele ligi najbogatszych i najpotężniejszych narodów Europy. Natomiast ich udział w imperialnych przedsięwzięciach kolonizacyjnych był skromny, jeśli nie wręcz minimalny, i nie pozostawał w żadnej proporcji do potęgi i bogactwa na kontynencie europejskim. Zjednoczone Cesarstwo Niemieckie zostało utworzone dopiero w 1871 roku, a wszystkie sześć głównych kolonii stanowiły terytoria odległe, stosunkowo niewielkie i podbite bardzo późno: Niemiecka Afryka Zachodnia (Togoland i Kamerun Niemiecki) w roku 1884, Niemiecka Afryka Południowo-Zachodnia (Namibia) i Niemiecka Nowa Gwinea także w roku 1884, Niemiecka Afryka Wschodnia (Tanganika, Burundi i Rwanda) w roku 1885, terytorium koncesyjne Kiauczou w Chinach w roku 1898 oraz Samoa w roku 1899. W efekcie w kręgach politycznych w Niemczech narastało niezadowolenie; panowało poczucie, że Niemcom podstępem odebrano ich „miejsce pod słońcem”. To silne przekonanie o pozbawieniu Niemiec czegoś, co się im należało, bez wątpienia znacznie się przyczyniło do wybuchu wzbierającej burzy, która doprowadziła do kataklizmu pierwszej wojny światowej[20].

2. Europa jako ofiara imperializmu. Wiele regionów i krajów Europy było słabych i biednych, często zdominowanych i wykorzystywanych przez sąsiadów w sposób bardzo podobny do wyzysku uprawianego w zamorskich koloniach. Klasycznym przykładem jest pod tym względem Irlandia. Została podbita w XII wieku przez króla Anglii; Londyn rządził nią przez blisko sześćset lat i doświadczyła wszelkich form niepowodzeń politycznych, kulturalnych i gospodarczych. Była terenem wielu „plantacji” zakładanych przez obcych osadników – szczególnie w Ulsterze i w strefie osadnictwa wokół Dublina; niszczyły ją ustawy o ziemi faworyzujące angielskich właścicieli ziemskich i ustawy prawa karnego dyskryminujące katolicką większość; stawała się sceną ciągłych wojen, powstań i ekspedycji karnych. Po roku 1801 stanowiła integralną część Zjednoczonego Królestwa i była sercem największego imperium na świecie. Ale przez cały imperialny XIX wiek wciąż zadawano jej ciosy i rany. Utraciła samorządność, jaką cieszyła się w poprzednim okresie, walczyła o przestrzeganie choćby minimum tolerancji religijnej, którą gwarantował akt zjednoczenia; w latach 1845–1849 zdewastowała ją klęska równie okrutna jak te, które nawiedzały zamorskie kolonie Wielkiej Brytanii. Tak, długotrwała klęska głodu w środku najbogatszego państwa na świecie. Jedyną katastrofą, która ją przewyższyła, był wielki głód w Indiach w latach 1876–1878. Ponad milion Irlandczyków umarło z głodu, dalsze miliony musiały wyemigrować do Wielkiej Brytanii lub USA; liczba mieszkańców Irlandii zmalała do połowy i nigdy już nie osiągnęła dawnego poziomu[21].

Warto też poświęcić chwilę uwagi monarchii austro-węgierskiej – jednemu z największych imperiów nowożytnej Europy. Mimo że wiele części składowych dominium Habsburgów przyłączono w wyniku układów dynastycznych, niektóre zostały zdobyte bardziej drapieżnymi sposobami. Na przykład przyłączenie Galicji pod koniec XVIII wieku, epizod z okresu rozbiorów Polski, zorganizowano przy udziale Prus i Rosji jako akt międzynarodowego bandytyzmu. Podobnie roszczenia Wiednia do Bośni i Hercegowiny, wysunięte na kongresie w Berlinie w 1878 roku, nie miały żadnego umocowania w prawie międzynarodowym[22].

3. Prawdę mówiąc, imperializm europejski był wymierzony przeciwko innym Europejczykom równie często jak przeciwko mieszkańcom Afryki i Azji oraz przeciwko autochtonicznej ludności Ameryki. Imperializm brytyjski nabrał tempa jako ekspansja Anglii skierowana przeciwko nieangielskim narodom zamieszkującym Wyspy – Irlandczykom, Walijczykom, Kornwalijczykom i Szkotom. Plantację Ulsteru założono w 1606 roku – rok przed powstaniem w Wirginii pierwszej kolonii angielskiej w Ameryce[23]. W ten sam sposób rozpoczął się imperializm francuski: na miejscu, w czasie gdy tereny należące do Korony ogromnie rozszerzono w stosunku do ich początkowej bazy wokół Paryża na Île-de-France[24].

Podobnie działo się w Europie Wschodniej: imperializm rosyjski, czyli moskiewski, rozpoczął się od wchłonięcia ziem i ludów sąsiednich krajów – Republiki Nowogrodzkiej i ziem ruskich podbitych wcześniej przez Wielkie Księstwo Litewskie, a następnie zaczął dokonywać kolejnych, coraz dalszych podbojów. Pod koniec XVI wieku moskiewscy awanturnicy przekroczyli Ural, wkroczyli na Syberię i zajęli Astrachań u ujścia Wołgi. W 1639 roku rosyjscy Kozacy pognali na wybrzeże Pacyfiku, na odległość 6 tysięcy kilometrów od Moskwy; w roku 1667 odebrali Polsce Kijów. W XVIII wieku Rosjanie otworzyli swoje „okno na Zachód” nad Bałtykiem, ruszyli Morzem Kaspijskim ku krańcom Persji i przekroczyli Cieśninę Beringa, kierując się na Alaskę. W XIX wieku popłynęli z Alaski do Kalifornii, połknęli kadłubowe polskie Królestwo Kongresowe i Finlandię na zachodzie, strawili wybrzeże Morza Czarnego na południu, przekształcając Ukrainę w tak zwaną Nową Rosję, i rozprzestrzenili się od Kaukazu i Syberii do Azji Środkowej. Decydujące momenty nadeszły w roku 1801, gdy na brzegu Morza Czarnego założono już Odessę i zakończono podbój Gruzji; w roku 1842, kiedy z niewiadomych powodów opuszczono Fort Ross w Kalifornii, i w roku 1873, kiedy chanat Chiwy został rosyjskim protektoratem. Podczas tego długiego procesu o niespotykanych dotąd rozmiarach podbito dziesiątki ludów i terytoriów, tak że na początku XX wieku Lenin mógł obwołać Imperium Rosyjskie „więzieniem narodów”. Poza sprzedażą Alaski Ameryce w 1867 roku nie było większych komplikacji, aż do lat 1905–1906, kiedy Japończycy położyli kres ekspansji Rosjan na Dalekim Wschodzie[25].

Na Bałkanach muzułmańscy Osmanowie przez całe stulecia sprawowali rządy ze swojej stolicy w Konstantynopolu. Ich imperium rozciągało się od doliny Dunaju w Europie Środkowej po Tygrys i Eufrat, a panowali nad Słowianami, Turkami, Arabami, Ormianami, Gruzinami i Kurdami. Na zachodzie graniczyło ze Świętym Cesarstwem Rzymskim, Polską i Rosją, a na wschodzie z Persją. Jednakże w XIX wieku, jako „chory człowiek Europy”, imperium zaczęło się szybko chylić ku upadkowi. Jego prowincje rozpadały się w gruzy pod naporem buntów narodowościowych i wrogich ataków. Rosja wspierała ruchy wyzwoleńcze wśród swoich pobratymców, prawosławnych chrześcijan, którzy osiągnęli swój cel najpierw w Grecji (1828), a potem w Czarnogórze (1862), Rumunii (1877) i Bułgarii (1878). Francja i Wielka Brytania zaatakowały Rosję podczas wojny krymskiej z lat 1853–1856, ograniczając jej ambicje, ale podczas pierwszej wojny światowej ostatecznie wykroiły sobie potężne porcje rządzonego przez Osmanów Bliskiego Wschodu[26].

Autochtoni należą, jak wiadomo, do głównych ofiar imperialistycznej ekspansji. Nieszczęsne losy rodzimych mieszkańców Ameryki czy australijskich aborygenów uznaje się dziś powszechnie za skazę na obrazie wartości cywilizacji. Dno osiągnięto być może w rządzonej przez Brytyjczyków Ziemi van Diemena (Tasmanii), gdzie, jak niegdyś uważano, nie przeżył ani jeden rodzimy mieszkaniec. Podobne okropieństwa odnotowano podczas ludobójstwa na plemionach Herero i Namaqua w Afryce Południowo-Zachodniej, gdzie w 1905 roku niemieckie wojska stłumiły powstanie narodowe.

Znikanie autochtonicznych ludów rzadko jednak można przypisać wyłącznie świadomym masowym mordom; bywa ono zazwyczaj wynikiem połączenia przemocy i importowanych chorób z tak zwanym ludobójstwem kulturowym, czyli przymusowym włączeniem danej społeczności do obszaru kultury i języka jej ciemięzcy. Pod tym względem historia europejska dostarcza licznych precedensów w stosunku do tego, co miało się zdarzać poza jej granicami. Jako wczesny przykład mogą posłużyć Etruskowie, którzy zostali podbici przez Rzymian i wchłonięci przez kulturę łacińską[27]. Przykład z epoki średniowiecza znaleźć można w dawnych Prusach, gdzie Krzyżacy siłą zgermanizowali miejscowych Bałtów, oferując im śmierć lub przejście na katolicyzm, a ich ojczyznę przekształcili w bastion Germanentum[28]. Na Wyspach wszystkie plemiona celtyckie przez stulecia próbowały się obronić przed naporem Anglików. W Korn­walii ta walka wydawała się przegrana, kiedy w 1799 roku umarł ostatni rodzimy użytkownik języka kornwalijskiego. Walijczykom bardziej się udało, natomiast mówiącym po gaelicku mieszkańcom Irlandii i Szkocji grozi całkowite wyginięcie.

Nie oznacza to, że Celtów należy uważać za autochtonów. Grupa ludów mówiących spokrewnionymi ze sobą językami celtyckimi dotarła do Europy Środkowej pod koniec epoki brązu, wypędzając lub wchłaniając poprzedników, znanych wyłącznie z badań kultur archeologicznych. Centrum ich ojczyzny na początku pierwszego tysiąclecia p.n.e. stanowiły tereny rozciągające się od austriackich Alp po Jurę, a znaczącymi ośrodkami były takie miejsca jak Hallstatt w pobliżu Salzburga czy La Tène nad jeziorem Neuchâtel. Stamtąd ruszyła ekspansja na zachód, do Galii, Iberii i na Wyspy Brytyjskie, a także na południe – do Italii. Najwcześniejsze celtyckie pochówki z rydwanami odnalezione na terenie Wielkiej Brytanii pochodzą z około 500 roku p.n.e. Podboju Rzymu dokonało w 390 roku p.n.e. celtyckie plemię Senonów. Istniało jednak wielu wcześniejszych Europejczyków. Na przykład budowniczowie Stonehenge wyraźnie pochodzili z czasów przedceltyckich. Ostatnią pozostałością ludności, która zamieszkiwała Iberię przed przybyciem Celtów, są Baskowie.

4. Chronologia ma znaczenie, ponieważ ekspansja kolonialna wywarła wpływ na różne części Europy, na długo zanim skierowała się ku odległym kontynentom. Na przykład miasta starożytnej Grecji dały początek setkom „miast-córek” położonych wokół Morza Śródziemnego i Morza Czarnego[29]. Cesarstwo rzymskie, największe w Europie, zbudowano, systematycznie rozszerzając obszar kolonii rolniczych. Już samo słowo „kolonia” jest potomkiem w prostej linii łacińskiego colonia – oraz jego rdzenia w czasowniku colere – „uprawiać rolę”. Rzymianie najpierw skolonizowali Italię, a następnie poszli dalej, zajmując Galię, Iberię, Afrykę Północną, Brytanię i większą część Europy na południe od Dunaju. Każda kolonia miała połączenie z ufortyfikowanymi miastami wspaniałą siecią bitych dróg – arterii służących integracji militarnej, politycznej i gospodarczej[30].

Za przykładem Rzymian poszli w średniowieczu liczni europejscy władcy, którzy walczyli o zwiększenie swojej potęgi i bogactwa. W Hiszpanii, poczynając od IX wieku, chrześcijańscy królowie Kastylii, Portugalii i Aragonii cierpliwie prowadzili długą rekonkwistę, aż do czasu kiedy – po upływie pół tysiąca lat – odzyskali cały Półwysep Iberyjski, wyzwolony spod dominacji Maurów[31]. W tej samej epoce na przeciwnym krańcu Europy zaczynała się inna podobna kampania: Drang nach Osten, marsz kolumn niemieckich osadników kierujących się ku Wschodniej i Środkowej Europie. Ich celem były tereny ciągnące się od krajów bałtyckich na północy przez Śląsk i Słowację w centrum po Transylwanię na południowym wschodzie[32].

Potem przyszła kolej na Polaków. Polskie wojska już od dawna dowodziły swojej bojowej sprawności i hartu ducha w rozlicznych wojnach, a w połowie XVI wieku, kiedy do Królestwa Polskiego zostały przyłączone południowe kresy Wielkiego Księstwa Litewskiego, rozległe tereny Ukrainy stanęły przed kolonizatorami otworem (słowo „Ukraina” to „u kraja”, niosące ze sobą konotacje podobne do konotacji wiązanych dawniej z północnoamerykańskim Pograniczem). Za pozwoleniem króla wielu polskich panów wędrowało na otwarte stepy, prowadząc ze sobą swoje wojska i chłopskich osadników. Sprowadzali też Żydów – do zajmowania się handlem i administracją – ponieważ Polska była w tym czasie jedynym krajem, gdzie świetnie się wiodło bardzo dużej grupie ludności żydowskiej. Ich losy zostały opisane i upiększone w znanej powieści Henryka Sienkiewicza Ogniem i mieczem (1896)[33]. To znaczy znanej w Polsce. I o ile kolonizację Ukrainy zaczęli Polacy, o tyle jej zakończenie było dziełem Rosjan. W ciągu kilkudziesięciu lat po odebraniu Krymu Wysokiej Porcie w 1783 roku Katarzyna Wielka utworzyła nową prowincję, nazwaną „Nową Rosją”, i zasiedliła ją imigrantami z całego imperium[34]. Te właśnie ziemie otwierają listę Putina jako czekające na ponowną aneksję.

5. Przemoc jest zdaniem wielu nieodłącznym elementem opowieści o imperializmie i kolonializmie. Działa cyklicznie. Reżimy imperialne stosują przemoc, aby podbijać, a następnie kontrolować podbite plemiona. Podbici buntują się i walczą, stosując wobec swoich ciemięzców przypadkowe lub terrorystyczne akty przemocy. Wtedy reżimy rozpoczynają kolejną falę przemocy jako karne działanie mające na celu przywołanie buntowników do porządku.

Pozostaje jednak faktem, że zdecydowanie największe i najstraszliwsze kampanie przemocy Europejczycy prowadzili nie poza swoimi granicami, lecz u siebie. W Anglii były wojny róż i w XVII wieku straszliwa wojna domowa. Potem, w wieku XVIII, Szkocja dwukrotnie zbuntowała się przeciwko wprowadzonej w 1707 roku unii, a powstania jakobitów sprowokowały frontalny atak na język, kulturę i styl życia górskich terenów Szkocji. Straszliwe czystki, które nastąpiły później, były obelgą dla człowieczeństwa i nie jest sprawą przypadku, że z ich powodu dziś więcej osób mówiących po gaelicku można spotkać w Kanadzie niż w ich szkockiej ojczyźnie[35]. Na kontynencie wojny religijne we Francji, wojna trzydziestoletnia z lat 1618–1648 w Niemczech czy wojny ze Szwedami, Rosjanami i Kozakami w Polsce (1648–1667) niosły ze sobą straszliwe okrucieństwo i spowodowały katastrofalny spadek liczby ludności. Wojny rewolucyjnej Francji i Napoleona z lat 1793–1815, które objęły terytorium od Portugalii na zachodzie po Rosję na wschodzie, niosły ze sobą nieporównywalne z niczym regularne rzezie. W XX wieku Europa straciła supremację nad światem w wyniku zaangażowania w wyniszczający konflikt, co pokazały kolejne dwie wojny światowe. W Ewangelii według świętego Mateusza Jezus Chrystus mówi, że kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie – jest to jedna z tych licznych zasad, które teoretycznie chrześcijańska Europa często postanawiała ignorować.

Nie jest zatem niczym dziwnym, że istnieje związek między europejską przemocą w koloniach i europejską przemocą domową. Można by sądzić, że niektórzy Europejczycy wykorzystywali swoje zamorskie posiadłości jako laboratoria do prowadzenia doświadczeń z przemocą. Na przykład za pierwsze ludobójstwo XX wieku uważa się na ogół rzeź, jakiej w latach 1904–1907 dokonali niemieccy kolonizatorzy w Afryce Południowo-Zachodniej: ludy Herero i Namaqua niemal zniknęły z powierzchni ziemi. A potem można się było dowiedzieć, że wśród hitlerowskich przywódców byli ludzie – na przykład Hermann Göring – których rodziny mieszkały w Afryce Południowo-Zachodniej i których poziom wrażliwości wobec okrucieństwa na masową skalę okazał się bardzo niski[36].

Jako kolejny przykład mogą posłużyć tak zwane bombardowania dywanowe, których podczas drugiej wojny światowej dokonywały brytyjskie i amerykańskie siły powietrzne nad terytorium Niemiec i które oznaczały straszliwe, celowe i przerażające straty w ludziach. Główny propagator tej strategii, marszałek RAF-u sir Arthur Harris (1892–1984), w latach 1941–1942 zwyciężył w sporze ze swoimi przeciwnikami, gdy wcześniejsza polityka precyzyjnego bombardowania wyłącznie celów wojskowych i przemysłowych okazała się nieskuteczna. Z historycznego punktu widzenia interesujące jest jednak pytanie, skąd się wziął pomysł „strategicznych” lub „dywanowych” bombardowań. Odpowiedź brzmi: „z rządzonych przez Brytyjczyków Palestyny i Iraku”, gdzie w latach trzydziestych XX wieku RAF odpowiadał za bezpieczeństwo wewnętrzne i gdzie regularnie bombardowano z powietrza zbuntowane wsie. Harris, który w czasie pierwszej wojny światowej był w Afryce Południowo-Zachodniej, a w latach 1936–1939 działał w dowództwie RAF-u na Bliskim Wschodzie, powiedział podobno, że problem załatwi „jedna pięćsetfuntowa bomba zrzucona na każdą wieś, która się odważy wychylić”[37].

6. Imperializm ma zawsze istotny aspekt kulturowy i narzucanie norm kulturowych przez mocarstwa imperialne daje początek niektórym z jego najtrwalszych konsekwencji. Pełna lista tego rodzaju norm musiałaby zawierać elementy artystyczne, etyczne, instytucjonalne, behawioralne i językowe. W przypadku Brytyjczyków wprowadzenie języka angielskiego w wielu krajach Azji i Afryki miało skutki o wiele trwalsze niż wszystko inne, co zostało tym krajom narzucone. Nie należy jednak sądzić, że narzucanie siłą językowej uniformizacji jest czymś szczególnym dla zamorskiej czy kolonialnej administracji. Przeciwnie, niemal wszystkie nowożytne rządy starały się promować jakiś jeden język państwowy, w odróżnieniu od wszystkich innych języków lokalnych, którymi mówiła ludność na danym obszarze; właśnie w tym celu wprowadzano i finansowano wspierany przez państwo system oświaty. We Francji frankofońska edukacja była podstawowym narzędziem przekształcania „wieśniaków we Francuzów”. W Prusach rząd w Berlinie musiał wziąć na swoje barki ciężar przerabiania duńskich czy polskich poddanych króla na lojalnych Niemców. Pod koniec XIX wieku celom tym służył pobór do wojska; po ukończeniu służby rekrutów zwalniano dopiero wtedy, gdy już zdobyli podstawową znajomość niemieckiego. We włościach cara, gdzie ludność mówiła setką języków, oficjalną aprobatą cieszył się język rosyjski i tylko rosyjski.

Na Wyspach Brytyjskich proces narzucania ludności języka angielskiego towarzyszył rządom sprawowanym z Londynu od epoki Tudorów – podobnie jak potem w zamorskich częściach imperium brytyjskiego. Nie licząc wielu regionalnych dialektów, standardowa angielszczyzna miała czterech celtyckich rywali: języki kornwalijski, walijski, irlandzki gaelicki i szkocki gaelicki. Kornwalijski został wyeliminowany w czasie reformacji w efekcie polityki zmierzającej do wykluczenia go z kościołów i w ogóle z praktyk religijnych. W Walii natomiast Biblię i oficjalny modlitewnik anglikański przetłumaczono na walijski, kościoły i kaplice stały się bastionami dla nieangielskich wspólnot i język walijski przetrwał. W Irlandii, gdzie większość mieszkańców należała do Kościoła rzymskokatolickiego, językiem Kościoła była łacina i wobec tego praktyki religijne siłą rzeczy stanowiły wsparcie dla polityki państwa. Język gaelicki został niemal całkowicie wyparty, zanim Irlandia wywalczyła niepodległość, i jako symboliczny gest oporu został uznany za język oficjalny w Wolnym Państwie Irlandzkim (a później w Republice). W Szkocji odmiana gaelickiego, używana w rejonie gór i na wyspach, przez niemal dwa stulecia była zakazana i doczekała obecnej epoki tolerancji w bardzo słabej kondycji; zapewne nie uda jej się podnieść. Jeśli w dawnym imperium brytyjskim są ludzie, którzy sprzeciwiają się imperialnemu atakowi na ich kulturę i tożsamość, to powinni wiedzieć, że wielu ludzi na Wyspach Brytyjskich żywi dokładnie takie same uczucia.

7. Ucisk społeczny często towarzyszył imperialistycznym rządom. Nie trzeba nikomu przypominać, że zdobywszy kontrolę nad danym terytorium, przybywający z Europy kolonizatorzy z reguły wprowadzali różne eksploatacyjne systemy społeczno-ekonomiczne – od oficjalnego niewolnictwa po taki czy inny rodzaj apartheidu. Bez względu na to, jakie były lokalne układy, Europejczycy oczekiwali uprzywilejowanej pozycji dla siebie w połączeniu z taką czy inną formą poddaństwa dla nie-Europejczyków.

Błędem byłoby zakładać, że takie opresyjne systemy stanowiły swoistą wyłączną domenę zamorskich imperiów. W gruncie rzeczy bowiem istniały rozległe rejony Europy, gdzie rodzima ludność była zdominowana i wyzyskiwana w podobny sposób jak ludność Azji czy Afryki i gdzie ten wyzysk nie trwał ani odrobinę krócej. Żywym tego przykładem jest pańszczyzna. Teoretycznie różniła się od niewolnictwa; dopuszczała kupowanie i sprzedawanie ludzi, ale wyłącznie w połączeniu z handlem ziemią, do której ludzie byli przywiązani; chłopi byli zobowiązani do bezpłatnej pracy na rzecz swojego pana, ale tylko w określonym wymiarze czasu. Na przykład w Rosji niewolnictwo zniesiono w 1723 roku, utrzymując jednocześnie instytucję pańszczyzny na wsiach do roku 1861. Praktycznie rzecz biorąc, życie chłopów pańszczyźnianych wyglądało dokładnie tak samo, jak życie niewolników. Bez wyraźnego pozwolenia pana nie wolno im się było przenosić z miejsca na miejsce; nie mogli podejmować żadnych prac poza jego majątkami; nie wolno było im zdobywać wykształcenia ani też kształcić swoich dzieci. W efekcie aż do drugiej połowy XIX wieku pozostawali statyczną, całkowicie zależną i niewykształconą siłą roboczą. Pańszczyzna wciąż jeszcze kwitła w Prusach, Austrii i Rosji, kiedy parlament brytyjski uchwalał zakaz handlu niewolnikami (1807) i posiadania niewolników (1833). W Prusach zniesiono pańszczyznę w kilku etapach po roku 1811, w Austrii – w roku 1848, a w Imperium Rosyjskim w latach 1861–1866. Stany Zjednoczone zniosły niewolnictwo w 1863 roku[38].

Nie należy jednak zbyt pospiesznie gratulować światu szybkiego końca tego rozdziału historii. Wielu analityków byłoby dziś skłonnych przyjąć tezę, że wprowadzenie przez Stalina po 1929 roku przymusowej kolektywizacji w ZSRS oznaczało w istocie powrót do pańszczyzny. Przez następne 40 czy 50 lat miliony skolektywizowanych radzieckich chłopów żyło przywiązanych do należącej do państwa ziemi; nie wolno im było bez pozwolenia nawet pójść na miejscowy targ. Poddawano ich brutalnej dyscyplinie, egzekwowanej przez komunistycznych zarządców; dokładnie tak samo jak dawniej chłopom pańszczyźnianym nie wolno im było posiadać niczego poza maleńkim skrawkiem ziemi. Do czasu gdy w 1991 roku komunistyczny reżim upadł, znaczna część reszty świata była już od ponad stu lat wolna od takich krańcowych form wyzysku[39].

8. Kapitalizm. Nie ulega wątpliwości, że wielkie zamorskie imperia zachodniej Europy rozwinęły się i utrzymywały dzięki handlowi i że ten handel z kolei zależał od mechanizmów finansowych kapitalizmu. W efekcie przymiotniki „kapitalistyczny” i „imperialistyczny” stały się dwoma uzupełniającymi się nawzajem i nakładającymi się na siebie epitetami. Nie mam tu zamiaru podejmować próby definiowania kapitalizmu ani obrony jego rejestrów. Muszę jednak zwrócić uwagę, że początków kapitalizmu należy szukać nie w pozaeuropejskich przedsięwzięciach, lecz w lokalnych działaniach gospodarczych[40]. Pierwsze banki, założone we Florencji i Genui na początku XIV wieku, rozwinęły się w celu obsługi włoskiego handlu wełną, i to rosnący potencjał Anglii w dziedzinie eksportu wełny ściągnął „Lombardów” do Londynu. Kupcy-bankierzy, którzy nieco później zyskali sobie pozycję w Niderlandach, szczególnie w Brugii, Antwerpii i Amsterdamie, działali na lokalnych rynkach kontynentalnej Europy na długo przed tym, nim zaczęli obejmować wzrokiem szerszy horyzont. W XVI wieku, kiedy się zaczynała Wielka Dywergencja, handel zbożem na Bałtyku czy handel w basenie Morza Śródziemnego były z punktu widzenia interesów handlowych dokładnie tak samo istotne, jak coraz liczniejsze kontakty z Nowym Światem, Afryką i Dalekim Wschodem. A nawet bardziej. Kastylijczycy i Portugalczycy nie zdołaliby wysłać swoich żeglarzy i kolonistów przez Atlantyk, gdyby nie nauczyli się lekcji, jaką były dla nich wcześniejsze wyprawy do Afryki Zachodniej i na wyspy przy afrykańskim wybrzeżu. Kolumb rozpoczął karierę jako handlarz cukrem na Maderze. Holendrzy także mogli finansować i organizować swoje niesłychane wyprawy na Wyspy Korzenne (w dzisiejszej Indonezji), ponieważ mieli długie doświadczenie i wiedzę zdobytą o wiele bliżej domu. Anglicy nie mogliby myśleć o kolonizowaniu Nowej Anglii, gdyby nie mieli wcześniejszych, średniowiecznych powiązań z Akwitanią i Irlandią. Tradycyjny podział na historię europejską i pozaeuropejską zaczyna robić wrażenie zdecydowanie sztucznego, jeśli się na niego spojrzy z takiej perspektywy.

9. Rasa. Często się podkreśla, że Europejczycy, którzy wyruszali na podbój na początku ery nowożytnej, nie wiedzieli, że są Europejczykami; uważali się przede wszystkim za chrześcijan, a oprócz tego za poddanych swoich monarchów. Gdyby wiedzieli o wydarzeniach poprzedzających ich własne działania, identyfikowaliby się przede wszystkim ze średniowiecznymi krzyżowcami z Outremer, którzy pod sztandarami Chrystusa wypływali na morza, aby zdobywać ziemie i ludy. Ale kiedy tylko lądowali na innych kontynentach, szybko zauważali, że należą do tego szczególnego odłamu ludzkości, którego cechy rasowe są inne niż cechy ludów spoza Europy. Rosła więc pokusa, aby pogańskich tubylców uważać za podludzi – również dlatego, że przyjętą praktyką było wpędzanie niechrześcijan w niewolnictwo. Z pewnym opóźnieniem Watykan podjął w tej sprawie zdecydowane działanie: w bulli Sublimis Deus z 1537 roku papież Paweł III stwierdził jednoznacznie, że „Indianie z Południa i Zachodu” są istotami ludzkimi, ostro sprzeciwiając się „ostatnio nabytej wiedzy”, według której mieli oni być „głuchymi i niemymi zwierzętami, stworzonymi, aby nam służyć”. W dalszym ciągu bulla stwierdzała:

uważamy jednak, że Indianie są prawdziwymi ludźmi, nie tylko zdolnymi rozumieć katolicką wiarę, lecz zgodnie z tym, co wiemy, pragnącymi gorąco ją przyjąć. Na mocy tego oto zapisu określamy i oświadczamy, że rzeczeni Indianie nie mogą być w żadnym wypadku pozbawiani swojej wolności ani posiadania swojej własności, ani też w żaden sposób nie mogą być wtrącani w niewolę[41].

Niektórzy historycy postanowili uznać encyklikę Sublimis Deus za kamień milowy w historii praw człowieka, inni widzą w niej dowód postawy katolików, pełnej współczucia w porównaniu z szorstkimi predestynacyjnymi skłonnościami protestanckich imperialistów. Jest oczywiście prawdą, że niektórzy Europejczycy, zwłaszcza Portugalczycy, byli bardziej elastyczni w kwestiach rasy niż inni. Trzeba jednak także przyjąć do wiadomości, że świetnej retoryki papieża Pawła III na ogół nie brano pod uwagę: zdobywszy władzę nad podbitymi ludami, konkwistadorzy rzadko wykazywali się powściągliwością. W Ameryce Północnej wiele przepisów, które zabraniają mieszania się ras, pochodzi z epoki kolonialnej.

Należy jednak zachować jak największą ostrożność. Dzieje krzyżówek rasowych i narosłych wokół nich praw nie są proste. Najbardziej skrajny przypadek systematycznej dyskryminacji rasowej pochodzi nie z zamorskich imperiów i nie z obszarów południowoafrykańskiego apartheidu, lecz z samego serca Europy – z hitlerowskich Niemiec[42].

10. Historiografia. Wiele nieporozumień i zamieszania wokół powyższych kwestii płynie z faktu, że standardowe narracje na temat „zamorskiej Europy” są w znacznej mierze pisane w oderwaniu od narracji mówiących o wewnętrznych sprawach Europy[43]. W szczególności historycy rzadko dostrzegają powiązania między postępowaniem imperialistów europejskich (głównie z Europy Zachodniej) za granicą a postępowaniem imperialistów europejskich (głównie z Europy Środkowej i Wschodniej) w domu. Nie jest przyjęte, żeby uczeni szukający korzeni imperializmu wychylali się poza granice swojego ulubionego okresu i zgłębiali mentalność oraz obyczaje wcześniejszych epok. Wypada tylko dodać „niestety”. Można się spodziewać, że ciągłość jest zjawiskiem o wiele częstszym, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

A wobec tego?

Po pierwsze, długa lista przykładów braku człowieczeństwa we wzajemnych stosunkach Europejczyków odbiera im wszelkie prawo do roszczenia sobie pretensji do własnej wyższości wobec ludzi z innych kontynentów. Wielu z nich niewątpliwie nosiło w sercach chrześcijańskie ideały, natomiast ich czyny były aż nazbyt często uderzająco niechrześcijańskie. Nie wolno zatem ignorować bezlitosnej prawdy, że najczarniejsze stronice europejskiej historii – wojny religijne, Holokaust, masowe zbrodnie Stalina – zapisano w Europie.

Po drugie, europejski imperializm i kolonializm można rozumieć jedynie jako systemy stworzone w Europie, a potem wyeksportowane.

Po trzecie, tradycyjny podział na wewnętrzną historię Europy i historię interakcji między Europejczykami i nie-Europejczykami przy bliższym oglądzie ulega zatarciu. Istnieje tylko, być może, historia globalna albo historia ludzkości.

Oczywiście należy brać pod uwagę, że kontekst szybko się zmienia. Tylko za mojego życia wyszliśmy z epoki, w której znaczna część mieszkańców Europy uczestniczyła w imperialnych i kolonialnych przedsięwzięciach, i wkroczyliśmy w nową erę, w której te działania już się skończyły. W efekcie Europejczycy często patrzą na swoją przeszłość z uczuciem, które jest połączeniem zdziwienia, niepokoju, nostalgii i wyrzutów sumienia. Dawne imperialne przekonania o danej od Boga wyższości utraciły wiarygodność. Najlepszy scenariusz na przyszłość Europy, jaki można sobie wyobrazić, przewiduje, że stary kontynent będzie się mocno trzymał swojego obecnego statusu równego pośród równych. Scenariusz najgorszy, z europejskiej perspektywy, przewiduje początek nowej Wielkiej Dywergencji, w której Europa stopniowo zostaje coraz dalej w tyle, a inni stale wysuwają się coraz bardziej do przodu.

* * *

Oto myśli, które przedstawiałem przy kolejnych okazjach różnym grupom słuchaczy, podróżując dookoła świata z wykładami. Jako historyk Europy pojawiający się w różnych nieeuropejskich krajach wcześniej mi nie znanych myślałem, że moja publiczność będzie chciała posłuchać jakichś ogólnych refleksji na temat europejskiej historii. Nie umiałem jednak przewidzieć, jak zareaguje. Prawdę mówiąc, sądzę, że byli z lekka zdziwieni. Słuchali mnie grzecznie i zawsze zadawali pytania dotyczące różnych wydarzeń. Nie sądzę jednak, żeby mi się udało o czymkolwiek ich w pełni przekonać. Raz czy dwa publiczność dała wyraz swojemu niezadowoleniu. W Kuala Lumpur jakaś młoda dama w chuście na głowie powiedziała, że są „wściekli” na zachowanie Europejczyków, dając do zrozumienia, że mój wykład jest swego rodzaju apologią czegoś, co jest nie do obrony. Natomiast jakiś młody człowiek w Auckland oświadczył wszem i wobec, że moje stanowisko podkopuje fundamenty zachodniej cywilizacji i wobec tego jest wymierzone przeciwko interesom większości w takich krajach jak Nowa Zelandia.

Wszystko to razem wprawiło mnie w rozterkę. Cały mój intelektualny bagaż jest bagażem europejskim i przekraczając kolejne południki, coraz bardziej zdawałem sobie sprawę z braków własnej wiedzy. Na długo przed końcem podróży uprzytomniłem sobie, że najbardziej istotne w niej było nie to, aby przekazywać informacje, ale żeby się uczyć i odkrywać.

W pewnym momencie uprzytomniłem sobie, że ja, Europejczyk, interesując się dziejami i kulturami nieeuropejskich ludów i odważając się o nich pisać, ryzykuję, że ludzie będą wobec mnie podejrzliwi. Oskarżeń o „kulturalne zawłaszczenie” jest dziś całe mnóstwo wśród młodszego pokolenia akademików. Panuje chyba przeświadczenie, że kulturę, wytwory ludzkich rąk oraz obraz społeczności wystawianych na krytykę należy chronić przed wycieczkami osób z zewnątrz, bez względu na to, jak szlachetne mogłyby być ich intencje, oraz że tylko „insiderzy” mają prawo decydować o sposobach, w jakie będzie się używać ich prywatnej własności intelektualnej. Bez względu na to, czy będą to obwarowane rozmaitymi fortyfikacjami nacje, feministki, homoseksualiści, wspólnoty etniczne czy społeczności autochtonów, wszyscy oni w coraz większym stopniu roszczą sobie prawo do statusu „właścicieli” tego, co uważają za swoją prywatną „własność intelektualną”.

Zdążyłem już zapomnieć. Z bardzo podobnymi postawami spotkałem się czterdzieści czy pięćdziesiąt lat temu po opublikowaniu książki o historii Polski. Już pierwsza recenzja, jaką dostałem, zaczynała się od nieocenionego stwierdzenia: „Jak na pracę nie-Polaka książka nie jest taka zła, jak można by się było spodziewać”. Recenzent był patriarchą polskiego obozu nacjonalistycznego i kierował się dwiema zasadami: po pierwsze, że polską historię mogą poprawnie zrozumieć wyłącznie Polacy, i po drugie, że polscy naukowcy są jedynymi uprawnionymi arbitrami decydującymi o tym, jak historię narodu polskiego należy interpretować. Według poglądu nacjonalistycznego naród jest zbiorowym właścicielem swojej przeszłości. Ze smutkiem trzeba stwierdzić, że ostatni polski rząd, wybrany w 2015 roku, kieruje się podobnymi ideami i uprawia gatunek „polityki historycznej”, która stawia sobie za cel obalenie wszelkich przeciwnych poglądów.

Jeśli się zastanowić, z takim własnościowym podejściem do historii spotkałem się o wiele wcześniej. Jedna z nielicznych lekcji historii, którą wyraźnie zapamiętałem z lat szkolnych, odbyła się w dniu, w którym komplet studiujących historię uczniów z szóstej klasy został wezwany do gabinetu dyrektora, żeby wysłuchać specjalnej przemowy motywacyjnej. Dyrektor F.R. Poskitt, sam historyk z dyplomem z Cambridge, był człowiekiem imponującej postury, wyposażonym w bujną śnieżnobiałą czuprynę i tubalny głos. Miał pytać każdego z nas o jego prywatne zainteresowanie historią, ale zamiast tego, według swojego zwyczaju, zaczął wygłaszać skierowany w stronę sufitu donośny monolog. Wybrał temat, który brzmiał: „Dlaczego historię Anglii powinni pisać tylko historycy angielscy?”. W ciągu pół godziny przebiegł przez wszystkie wątki – od obiektywizmu i źródeł przez historiografię po historyków jako autorytety intelektualne i historię jako narzędzie patriotycznego wykształcenia. ­Pointa brzmiała: „Najlepszą historię Anglii XX wieku napisał Elie Halévy, który był Francuzem”[44]. Było to tak szokujące, że utkwiło mi w pamięci na sześćdziesiąt lat.

Nie żeby wąsko rozumiany nacjonalizm czy nacjonalistyczny pogląd na historię ograniczały się do jednego czy dwóch krajów; wywodzą się one ze sposobu myślenia, który znajduje sobie zwolenników we wszystkich narodach. Dziś mocno się go kultywuje w Putinowskiej Rosji, a także stanowi jeden z najważniejszych aspektów rebelianckich ruchów, które rzucają wyzwanie politycznym establishmentom na całym świecie. Z pewnością jest też obecny w Wielkiej Brytanii, gdzie hasło „Wielka Brytania jest najważniejsza” zatriumfowało pośród wrzawy, jaka się podniosła wokół referendum z czerwca 2016 roku.

Na froncie akademickim jedno z moich spóźnionych odkryć dotyczy faktu, że wiele spośród nowomodnych pojęć w rodzaju „zawłaszczenia kulturowego” czy podobnych do niego koncepcji „imperializmu kulturowego”, „rządności” lub „polityki tożsamości” nie jest nawet w połowie tak innowacyjne, jak to sugerują ich współcześni propagatorzy. Na przykład „imperializm kulturowy”, który zajmuje poczesne miejsce w aktualnym słowniku żargonu nauk społecznych, narodził się podobno w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku z myśli Michela Foucaulta, Edwarda Saida czy George’a Lipsitza. To może, ale nie musi być prawda w sensie dosłownym. Mimo to idee i praktyka, jakie się kryją pod tą frazeologią, są stare jak świat; stanowią produkt uboczny każdego imperium, jakie istniało. Polityka narzucania prawa rzymskiego i łaciny oraz tłumienie wielu lokalnych obyczajów i religii w starożytnym Rzymie to klasyczny przypadek „rządności” pozbawionej paskudnej nazwy. Imperium francuskie z ery napoleońskiej, mimo że nie cieszyło się długim życiem, było kolejnym wielkim normalizatorem. Wprowadzając kodeks napoleoński (1804) w licznych okupowanych przez Francję krajach, położyło podwaliny pod nowożytne ustroje prawne nie tylko w wielu częściach Europy, od Hiszpanii po Polskę, ale także, na zasadzie naśladownictwa, w miejscach tak odległych jak Egipt czy Chile. Co więcej, już dzięki samej wadze narzucanych ciężarów zachęcało do działania ruchy oporu – jak ruch carbonari w Italii – które stawały się zwiastunami wzrostu świadomości narodowej i w ostatecznym rozrachunku wyzwolenia narodowego.

A jeśli o to idzie, definicję wyrazu impérialisme w moim starym francuskim Dictionnaire encyclopédique można tylko określić przymiotnikiem piquante:

Impérialisme, n.m. (de impérial). Doctrine de l’Angleterre au XIXe siècle tendant à grouper fortement ces colonies autour de le metropole, et donner à la puissance britannique la plus grande expansion possible [45].

(Imperializm. Rzeczownik rodzaju męskiego, od impérial. Doktryna w dziewiętnastowiecznej Anglii zmierzająca do ścisłego grupowania jej kolonii wokół metropolii i maksymalnej ekspansji potęgi Wielkiej Brytanii).

Sacrebleu! Francuzi, twórcy trzeciego co do wielkości nowożytnego imperium na świecie, którego tendencje centralistyczne ustępują tylko analogicznym tendencjom Rosjan, nie uważali się za imperialistów. Jako ilustrację użycia w zwrotach tego wyrazu na „i”, Dictionnaire proponuje zwrot „L’impérialisme des Etats-Unis”.

Wydana w tej samej epoce imperializmu XI edycja Encyclopaedia Britannica nie zawiera hasła „imperializm”, ma natomiast wiele do powiedzenia na temat „imperium”:

IMPERIUM, termin używany obecnie jako określenie państwa o dużych rozmiarach oraz (z reguły) złożonym charakterze; często, choć nie zawsze, rządzonego przez cesarza – państwa, które może być federacją – jak Cesarstwo Niemieckie; pojedynczym państwem – jak Imperium Rosyjskie, lub nawet – jak imperium brytyjskie – luźną wspólnotą wolnych państw, zjednoczonych z pewną liczbą podległych terytoriów zależnych. Przez wiele wieków autorzy Kościoła (...) wyobrażali sobie cykl czterech imperiów: asyryjskiego, perskiego, macedońskiego i rzymskiego. W rzeczywistości jednak pojęcie „imperium”, podobnie jak sama nazwa (od łacińskiego imperium), jest pochodzenia rzymskiego[46].

Po czym następuje 15 tysięcy słów mówiących o ewolucji Cesarstwa Rzymskiego, Świętego Cesarstwa Rzymskiego i Cesarstwa Bizantyjskiego. Kiedy wreszcie dochodzi się do czasów nowożytnych, rozważania przenoszą się na płaszczyznę porównań między głównymi panującymi imperiami dnia dzisiejszego. Na przykład cesarz rosyjski, czyli car, „był w teorii i w znacznej mierze również w praktyce następcą dawnego cesarza Wschodniego Cesarstwa Rzymskiego, a także głową Kościoła prawosławnego, głoszącego misję zemsty na islamie za upadek Konstantynopola”. „Imperium Austrii” potraktowane jest dość lekceważąco, jako „wygodne określenie sumy terytoriów rządzonych przez jednego władcę noszącego różne tytuły”. Jego habsburscy cesarze, „mimo że byli w pierwszej linii potomkami dawnych cesarzy Świętego Cesarstwa Rzymskiego”, zostali usunięci na bok z chwilą powstania „nowożytnego Cesarstwa Niemieckiego” i zastąpieni przez pruskich Hohenzollernów, jako prawdziwi następcy dawnego Kaiserzeit. Chylące się ku upadkowi Cesarstwo Osmańskie nie zasłużyło sobie nawet na wzmiankę. W wiktoriańskim sposobie myślenia francuskie pojęcie imperium tworzyło zasadniczy kontrast:

We Francji [wyraz „imperium”] był przywilejem Bonapartów i oznaczał scentralizowany system zarządzania przez skutecznego w działaniach cesarza, polegającego bezpośrednio na ludziach i eliminującego władzę ich przedstawicieli. Za rządów Napoleona I ta koncepcja miała zabarwienie karolińskie; za Napoleona III była w niej (...) większa domieszka cezaryzmu, więcej dyktatury opartej na popularności rządzącego. Natomiast we współczesnej Francji oznaczała autokrację (...), a w Niemczech – większą jedność narodową i rząd federalny[47].

Encyclopaedia Britannica hojnie dorzuca dalsze 16 tysięcy słów, które poświęca wyjaśnieniu hasła „Imperium brytyjskie”, starannie przy tym unikając krzywdzących porównań:

IMPERIUM BRYTYJSKIE, nazwa nadawana dziś uznaniowo całemu skupisku terytoriów, których mieszkańcy – podporządkowani rozmaitym formom rządów – w ostatecznym rozrachunku odwołują się do korony brytyjskiej jako do swojego najwyższego zwierzchnictwa. Termin „imperium” jest w związku z tym stosowany raczej dla wygody niż jako w dowolny sposób pojmowany odpowiednik dawniejszych lub despotycznych imperiów znanych z historii[48].

Oczywiście. Brytyjski imperializm nie miał absolutnie nic wspólnego z despotyzmem. W sposób zadziwiający miał natomiast w oczach swoich zwolenników bardzo wiele wspólnego z wolnością, federalizmem i samorządnością:

Ten imperializm, który jest federalizmem zmierzającym do ustanowienia jednej całości, jest bardzo odmienny od imperializmu bonapartystów, który oznacza autokrację, jego istotą jest bowiem swobodna koordynacja oraz samorządność każdej ze skoordynowanych części.

A dalej, bardziej uczciwie:

Imperium brytyjskie jest, w pewnym sensie, raczej aspiracją niż rzeczywistością, myślą raczej niż faktem; ale – właśnie z tej przyczyny – jest podobne do dawnego imperium, o którym mówiliśmy; i chociaż nie jest ani Rzymskie, ani Święte, to jednak ma, jak swój prototyp, jedno prawo – nawet jeśli nie jest to prawo rzymskie – i jedną wiarę – jeśli nie w aspekcie religijnym, to w każdym razie w dziedzinie politycznych i społecznych ideałów[49].

Polska także jest krajem, w którym rygorystycznej rewizji oceny przeszłości nie podjęto w takim zakresie, jaki mógłby się okazać niezbędny. Większość dzisiejszych Polaków jest uwarunkowana statusem swego narodu jako ofiary w czasach nowożytnych i trudno im przyjąć jakiś inny sposób myślenia. Są tak zaabsorbowani dziedzictwem rozbiorów, dwóch wojen światowych, okupacji niemieckiej i sowieckiej oraz dziesięcioleci narzuconego im komunizmu, że nie udaje im się dostrzec możliwości, iż – podobnie jak Brytyjczycy – mogli w pewnym okresie być ciemiężącymi innych imperialistami. Na przykład łatwo czują się obrażeni już samą ideą „imperium polskiego”.

A przecież to pojęcie nie jest całkowicie bezpodstawne, zwłaszcza w odniesieniu do wczesnego okresu nowożytnego. Wystarczy spojrzeć na mapę historyczną. Niemcy rozpoczęli długotrwały proces Drang nach Osten, ale także, na różne sposoby, robili to Polacy (a nawet jeszcze bardziej Rosjanie). Polonizację szlachty Wielkiego Księstwa Litewskiego można przecież w sposób uprawniony porównać do germanizacji ważnych części Europy Wschodniej czy anglicyzacji elit Szkocji i Walii. Kolonizacja wielkich połaci Ukrainy w wiekach XVI i XVII, jakiej dokonywała polska szlachta, przypomina do pewnego stopnia politykę ekspansji uprawianą przez państwo pruskie lub też współczesne angielskie osadnictwo w Irlandii. Nawet w XX wieku prowadzone przez państwo polskie kampanie osadnictwa, w wyniku których wielkie obszary Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej dostawały się w ręce osadników, „weteranów wojskowych”, niepolscy mieszkańcy Kresów uważali za nieuprawnione akty grabienia ich ziemi. Nie pozostawały one bez związku z tragicznymi wydarzeniami, które zniweczyły stosunki polsko-ukraińskie na Wołyniu i w Galicji podczas drugiej wojny światowej. Historyk musi przede wszystkim badać postawy społeczne. Dlaczego powieści Henryka Sienkiewicza, napisane w szczytowym okresie ery europejskiego imperializmu, w którym Polska nie miała swojego udziału, mimo to dostarczały całym pokoleniom Polaków najbardziej ulubionej lektury?

Ojej! To robi się interesujące. Gdybym tylko mówił mniej o panoramie imperializmu, a więcej o języku, zarówno starym, jak i nowym, w którym prowadzi się rozważania na jego temat, lektura mogłaby się okazać odrobinę bardziej frapująca.

* * *

Niestety byłem już z powrotem w domu, kiedy dotarła do mnie wiadomość o pewnym zdarzeniu, które z pewnością dostarczyłoby świetnego materiału do dyskusji podczas moich wykładów. Było to przemówienie pewnego hinduskiego polityka w siedzibie towarzystwa Oxford Union; mówca domagał się przyjęcia wniosku, że „WIELKA BRYTANIA JEST WINNA ODSZKODOWANIA SWOIM BYŁYM KOLONIOM”. Wystąpienie doktora Shashi Tharoora okazało się absolutnie doskonałe. Nie był to po prostu bezstronny osąd, lecz kontrolowana tyrada, zwięzła polemika, naładowana istotnymi faktami i cytatami oraz zabawnymi żartami. „Łup – oświadczył doktor Tharoor – jest słowem należącym do języka hindi”. „Płaciliśmy za swój własny ucisk”. „Indie były dojną krową”. „Dług moralny istnieje”, a „odszkodowania są narzędziem pokuty”. A potem zmiażdżył swoich przeciwników. Mój przyjaciel profesor Roger Louis, Teksańczyk i czołowy historyk imperium brytyjskiego w Oksfordzie, dostał fangę w nos. Jest on, zdaniem doktora Tharoora, który użył w tym miejscu teksaskiego (a także polskiego) przysłowia, „krową, która dużo ryczy, a mało mleka daje”. Mówicie, ciągnął doktor Tharoor, że Brytyjczycy dali swoim koloniom demokrację. „To lekka przesada uciskać, niewolić, torturować i zabijać ludzi przez dwieście lat, a na koniec uroczyście witać demokrację”. Mówicie, że Brytyjczycy dali nam kolej – „hinduskie koleje zbudowano w interesie Brytyjczyków”. Mówicie wreszcie, że Wielka Brytania zbudowała naszą gospodarkę – „udział Indii w gospodarce światowej wynosił w 1750 roku 23 procent, a w roku 1947 – 4 procent”. I tak dalej, i tak dalej. Doktor Tharoor mówił o klęsce głodu, o poległych na wojnie i o słynnym pytaniu Churchilla: „Dlaczego Gandhi jeszcze nie umarł?”. Ale najgłośniejszy wybuch śmiechu wywołała pointa: „Nic dziwnego, że nad imperium nigdy nie zachodziło słońce; nawet Pan Bóg nie zaufałby Anglikom po ciemku”[50].

W odróżnieniu od Hindusów Polacy nie cieszą się jeszcze takim luksusem, jakim jest dobrotliwe naśmiewanie się z byłych imperialistycznych władców. A dopiero kiedy imperializm stanie się celem prześmiewców, można będzie bezpiecznie powiedzieć, że epoka imperializmu dobiegła końca.

[1] Wcześniejsza wersja tego tekstu została wygłoszona na Uniwersytecie Emiratów Arabskich w Al Ain, 11 kwietnia 2012 roku.

[2] A. Roy, w: War Talk (2003).

[3] W. Golding, Władca much, tłum. W. Niepokólczycki, Kraków 2012, s. 72.

[4] Ibidem, s. 167.

[5] I. Ahmed, Empire of the Mind: A Journey Through Great Britain, London 2007, s. 20–21.

[6] Ibidem.

[7] K. Kwarteng, Ghosts of Empire: Britain’s Legacies in the Modern World, London 2011.

[8] Ibidem, s. 11 n.

[9] Ibidem, s. 19. Zob. J. Kamm, Daughter of the Desert: The Story of Gertrude Bell, London 1956; G. Howell, Queen of the Desert: The Extraordinary Life of Gertrude Bell, London 2015; G. Bell, A Woman in Arabia: The Writings of the Queen of the Desert, New York 2015.

[10] Cyt. za: K. Kwarteng, Ghosts of Empire..., op. cit.

[11] Cyt. za: ibidem, s. 21.

[12] H.St.J.B. Philby, Arabian Days: An Autobiography, London 1948; tenże, Arabia of the ­Wahhabis, London 1977; tenże, Arabian Oil Ventures, Washington 1964; A.C. Brown, Treason in the Blood, London 1995; E. Monroe, Philby of Arabia, Reading 1998.

[13] K. Kwarteng, Ghosts of Empire..., op. cit., s. 397.

[14] N. Davies, Europa. Rozprawa historyka z historią, tłum. E. Tabakowska, Kraków 1998.

[15] N. Ferguson, Empire: How Britain Made the Modern World, London 2003; tenże, The 6 Killer Apps of Prosperity, TED Conference, 20 lipca 2011, www.ted.com/niall_ferguson_the_6_killer_apps_of _prosperity, dostęp 2016.

[16] J. Diamond, The Third Chimpanzee: The Evolution and Future of the Human Animal, New York 1993; tenże, Why Sex is Fun? The Evolution of Human Sexuality, London 1997; tenże, Guns, Germs, and Steel: The Fates of Human Societies, New York 1997; tenże, Collapse: How Societies Choose to Fail or Succeed, New York 2005; tenże, The World Until Yesterday: What Can We Learn from Traditional Societies?, New York 2012.

[17] J. Diamond, Strzelby, zarazki, maszyny. Losy ludzkich społeczeństw, tłum. M. Konarzewski, Warszawa 2000, s. 28.

[18] Ibidem, Epilog, s. 492.

[19] N. Davies, Boże igrzysko. Historia Polski, tłum. E. Tabakowska, Kraków 1999.

[20] S. Conrad, German Colonialism: A Short History, Cambridge 2012.

[21] R. Foster, The Oxford History of Ireland, Oxford 1992; J. Kelly, The Graves Are Walking: The Great Famine and the Saga of the Irish People, London 2012.

[22] A.J.P. Taylor, The Habsburg Monarchy, 1809–1918, Harmondsworth 1990; N. Davies, Galicja. Królestwo nagich i głodujących, w: tenże, Zaginione królestwa, tłum. B. Pietrzyk, J. Rumińska-Pietrzyk, E. Tabakowska, Kraków 2010, s. 407–463; L. Wolff, The Idea of Galicia: History and Fantasy in Habsburg Political Culture, Stanford 2010; N. Malcolm, Bosnia: A Short History, London 2002.

[23] N. Davies, Wyspy. Historia, tłum. E. Tabakowska, Kraków 2003.

[24] P. Goubert, The Course of French History, London 1991; en.wikipedia.org/wiki/Territorial_evolution_of_France, z mapami, dostęp 2016.

[25] M. Rywkin, Russian Colonial Expansion to 1918, London 1988; G.A. Lensen, Russia’s Eastward Expansion, Englewood Cliffs 1964; M. Sicker, The Strategy of Russian Imperialism, New York 1988.

[26] S. Faroqhi, The Ottoman Empire and the World Around It, London 2004; E. Rogan, The Fall of the Ottomans: The Great War in the Middle East, London 2015.

[27] M. Pallottino, The Etruscans, London 1975; M. Grant, The Etruscans, London 1980; G. Barker, T. Rasmussen, The Etruscans, Oxford 1998.

[28] E. Christiansen, The Northern Crusades, London 1988.

[29] G.R. Tsetskhladze, Greek Colonisation: An Account of Greek Colonies and Other Settlements Overseas, Leiden 2006–2008, t. 1–2; D.V. Grammenos, E.K. Petropoulos, Ancient Greek Colonies in the Black Sea, Thessaloniki 2003.

[30] D.J. Mattingly, Imperialism, Power and Identity, Experiencing the Roman Empire, Princeton 2011.

[31] J.F. O’Callaghan, Reconquest and Crusade in Mediaeval Spain, Philadelphia 2015.

[32] H. Schreiber, Teuton and Slav: The Struggle for Central Europe, London 1965; F. Dvornik, The First Wave of the Drang nach Osten, London 1945.

[33] O. Subtelny, Ukraine: A History, Toronto 1996; A. Reid, Borderland: A Journey Through the History of Ukraine, London 2013.

[34] N. Polonska-Vasylenko, The Settlement of Southern Ukraine, 1750–1775, New York 1955; W. Sunderland, Taming the Wild Field: Colonization and Empire on the Russian Steppe, London 2006.

[35] J. Prebble, The Highland Clearances, London 1963.

[36] R.A. Voeltz, German Colonialism and the South-West African Company, 1884–1914, Ohio 1988; J. Silvester, J.-B. Gewald, Words Cannot Be Found: German Colonial Rule in Namibia, Leiden 2003.

[37] Cyt. w: I. Gilmour, Terrorism, „London Review of Books”, t. 8, nr 8, 23 października 1986.

[38] P. Kolchin, Unfree Labor: American Slavery and Russian Serfdom, Cambridge 1987; M.L. Bush, Serfdom and Slavery: Studies in Legal Bondage, London 1996.

[39] M. Lewin, Russian Peasants and Soviet Power: A Study in Collectivisation, London 1968; R. Conquest, The Harvest of Sorrow: Soviet Collectivization and the Terror-famine, New York 1986.

[40] L. Neal, J.G. Williamson, The Cambridge History of Capitalism, Cambridge 2014.

[41] Sublimis Deus, http://pl.soc.religia.narkive.com/RdQLw8Yv/pawe-iii-encyklika-sublimusdei-1537-o-indianach.

[42] M. Burleigh, The Racial State: Germany, 1933–1945, Cambridge 1991.

[43] R. Betts, Europe Overseas: Phases of Imperialism, New York 1968.

[44] É. Halévy, Histoire du peuple anglais au XIXème siècle, Paris 1913–1946, t. 1–6; wyd. ang.: A History of the English People, London 1949–1952.

[45] Dictionnaire encyclopédique Quillet, red. R. Mortier, Paris 1926, t. 4, s. 2334.

[46] Encyclopaedia Britannica, wyd. 11, t. 9, s. 355 (artykuł napisał E. Barker).

[47] Ibidem, s. 355–356.

[48] Ibidem, t. 4, s. 606.

[49] Ibidem, t. 9, s. 356.

[50] S. Tharoor, przemówienie w Oxford Union, 28 maja 2015, youtube.com/watch?v=VcWc7WqcS5M, dostęp 2015.

Rozdział pierwszy

BAKI-BAKU

Płonące Wieże w krainie ognia

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Tytuł oryginału

Beneath Another Sky. A Global Journey Into History

Copyright © by Norman Davies

Polskie wydanie jest samoistnym dziełem i mogą wystąpić w nim istotne różnice względem oryginału.

Projekt okładki i opracowanie graficzne

Witold Siemaszkiewicz

Ilustracja na okładce

Caspar David Friedrich, Etapy życia, Museum der Bildenden Künste, Lipsk

Fot. © VCG Wilson / Corbis via Getty Images

Fotografia autora na skrzydełku

Daniel Malak

Opracowanie map

Jeff Edwards

Tłumaczenie map

Rafał Szmytka

Opieka redakcyjna

Maciej Gablankowski

Rafał Szmytka

Anna Szulczyńska

Konsultacja merytoryczna

Maciej Gablankowski

Rafał Szmytka

Adiustacja

Jadwiga Gell

Beata Trebel-Bednarz

Korekta

Jadwiga Grell

Katarzyna Mach

Katarzyna Onderka

Indeks

Artur Czesak

Copyright © for the translation by Elżbieta Tabakowska

Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2017

ISBN 978-83-240-4170-1

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Na krańce świata Serce Europy Europa walczy Europa. Między Wschodem a Zachodem Powstanie 44 Boże igrzysko. Historia Polski 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie