Wybranki fortuny

Wybranki fortuny

Autorzy: Andrzej Fedorowicz Irena Fedorowicz

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Cena książki papierowej: 38.00 zł

cena od: 24.24 zł

Inspirujące kobiety – artystki, skandalistki, uczone, ludzie biznesu, kochanki i władczynie – żyjące na przestrzeni ostatnich 200 lat Polki, których imiona nie schodziły z ust współczesnych. Co je łączy? Wszystkie przebiły się do światowych elit. Wszystkie pozostawiły trwały ślad na epokach, w których żyły. I wszystkie miały „pod górkę”. Życie żadnej nie było usłane różami, nawet kiedy były wielbione i podziwiane. Każda skrywała jakąś tajemnicę, ból, czasem rozpacz, ale to właśnie te niewypowiedziane, głęboko tłumione uczucia pchały je do przodu i kazały wspinać się na kolejne szczyty.

W niektóre z tych biografii wręcz trudno uwierzyć, przekraczają bowiem wyobraźnię najśmielszego scenarzysty. Mistrzynie autokreacji, stworzyły same siebie, stając się żywą do dziś legendą. Zdecydowanie nie były to „celebrytki”, jakich pełno w epoce Internetu i bulwarowej prasy, znane wyłącznie z tego, że są znane. One naprawdę kochały to, co robiły. I były w tym najlepsze.

Andrzej Fedorowicz - dziennikarz-freelancer. Publikował w "Super Expressie", "Fakcie", "Gazecie Wyborczej", "Polityce", "Newsweeku Historia", "Focusie", "Uważam Rze Historia" i w "wSieci Historii". Pasjonat historii, techniki, wyjątkowych biografii i podróży. Historyczne dziennikarstwo śledcze to jego ulubione zajęcie. Autor (wspólnie z żoną Ireną) przewodnika po Wyspach Kanaryjskich oraz książki o 25 polskich wynalazkach i odkryciach, które zmieniły świat.

Irena Fedorowicz - dziennikarz i redaktor z wykształcenia i zawodu. Pracy w wolnej prasie uczyła się w pierwszej ekipie „Super Expressu”. Była jedynym w historii cywilnym redaktorem naczelnym miesięcznika Komendanta Głównego Policji „Policja 997”. Współpracowała z portalem Webnalist. Obecnie redaguje miesięcznik „Ludzie i wiara” w wydawnictwie Bauer Media.

Copyright © Andrzej i Irena Fedorowicz, 2017

Projekt okładki

Zbigniew Larwa

Zdjęcie na okładce

© East News

Redaktor prowadzący

Adrian Markowski

Redakcja

Joanna Zioło

Korekta

Katarzyna Kusojć

Zofia Firek

ISBN 978-83-8123-554-9

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Wstęp

Dziesięć inspirujących kobiet. Artystek, skandalistek, naukowców, bizneswoman, kochanek, władczyń. Żyjących na przestrzeni dwustu lat Polek, których imiona nie schodziły z ust współczesnych im ludzi. Co je łączy? Wszystkie przebiły się do światowych elit. Wszystkie pozostawiły trwały ślad w epokach, w których żyły. I wszystkie zmagały się z przeciwnościami losu. Życie żadnej z nich nie było usłane różami, nawet gdy były wielbione i podziwiane. Każda skrywała tajemnicę, ból, czasem rozpacz, ale właśnie te niewypowiedziane, głęboko tłumione uczucia pchały je do przodu i kazały im wspinać się na kolejne szczyty.

W niektóre z biografii aż trudno uwierzyć. Życie opisanych tu dziesięciu Polek przekracza granice wyobraźni najśmielszego scenarzysty. I dziwne, że nieliczne doczekały się poświęconych sobie filmów. Ale może wcale nie powinno to dziwić? Nie każda aktorka byłaby w stanie zmierzyć się z postacią Heleny Modrzejewskiej, Hanki Ordonówny czy Tamary Łempickiej. Te artystki były mistrzyniami autokreacji i tak doskonale stworzyły same siebie, że do dziś są żywą legendą. Zdecydowanie nie przypominały współczesnych celebrytek lansujących się w internecie i bulwarowej prasie, znanych wyłącznie z tego, że są znane. One naprawdę kochały to, co robiły. I były najlepsze.

Nie mniejszą determinację przejawiały Maria Leszczyńska, Maria Skłodowska-Curie, Helena Rubinstein czy Ida Haendel. Przekonane, że ich życie ma cel, potrafiły podporządkować jego realizacji wszystkie swoje pragnienia, marzenia i oczekiwania. Jedna została królową, druga – pierwszą i jedyną w historii kobietą, która zdobyła dwie Nagrody Nobla, trzecia – założycielką wielkiej firmy, a czwarta – światowej klasy skrzypaczką.

Są w tym gronie także Zofia Potocka, Maria Walewska, Misia Sert – lwice salonowe i muzy najpotężniejszych ludzi swoich czasów. Kobiety, które dzięki swojej urodzie i charyzmie zbudowały mocną pozycję towarzyską. Przypisywano im czasem wręcz magiczną moc sterowania mężczyznami – oraz kobietami – i wykorzystywania ich do realizacji swoich celów. Ale prawda była bardziej złożona. Te silne osobowości bywały bowiem oparciem dla innych wielkich ludzi. Maria Walewska, kochanka Napoleona, odwiedziła go na zesłaniu na Elbie, podczas gdy jego żona nie pojawiła się tam ani razu…

W życiu bohaterek tej książki ważne role odegrali ich ojcowie, mężowie, kochankowie… Często nadawali pierwszy szlif tym wspaniałym kobietom diamentom. Nie mniej ważne były ich siostry, bracia, przyjaciele… Gdy nasze bohaterki znalazły się na życiowych zakrętach, potrzebowały dobrych rad. I potrafiły z nich doskonale korzystać. Wiedziały, komu warto zaufać, a komu nie. Niewątpliwie ich mocną stroną była kobieca intuicja. Umiały odciąć się od ludzi, którzy pozbawiali je wiary w siebie. I dać z siebie wszystko tym, którzy byli dla nich inspiracją i spokojną przystanią w pełnym burz i dramatycznych zwrotów życiu.

Były Polkami, chociaż w żyłach wielu z nich płynęła też obca, czasem egzotyczna krew. Ale za swoją ojczyznę uważały Polskę, nawet wtedy, gdy nie było jej na mapie. Gorącymi patriotkami były Helena Modrzejewska, Maria Skłodowska-Curie i Hanka Ordonówna. Za Polkę uważa się Ida Haendel, mimo że całe nastoletnie i dorosłe życie mistrzyni skrzypiec spędziła poza krajem. Helena Modrzejewska uczyła Amerykanów polskich zwyczajów świątecznych, a Tamara Łempicka podbijała salony Hollywood… bigosem.

Pisząc o tylu wyjątkowych kobietach, nie sposób nie zadać sobie pytania, czy odcisnęły one trwały ślad w charakterze współczesnych kobiet i jak wpłynęły na obraz Polek w świecie. Faktycznie miały silny wpływ, który po lekturze tej książki stanie się jeszcze bardziej widoczny. Determinacja, poświęcenie, wiara w realizację wyznaczonego sobie celu to cechy, które dziś, w dwudziestym pierwszym wieku, pielęgnuje wiele kobiet. Nasze bohaterki inspirowały pokolenia Polek. I chociaż nigdy dotąd nie przedstawiono ich razem, obok siebie, w jednej książce, cały czas wpływają na nasze życie. Nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy.

ROZDZIAŁ 1

Maria Leszczyńska

Kopciuszek z Polski

Imigrantka, singielka i córeczka tatusia zostaje królową Francji

Maria Leszczyńska, królowa Francji, Charles-André van Loo.

Muszelki. Jedyna pamiątka z dzieciństwa. Zbierane nad Zalewem Wiślanym, nad Bałtykiem, na brzegach szwedzkich jezior. Miała ich dziesiątki, ale większość zapodziała się podczas ciągłych ucieczek i przeprowadzek. Zostało tylko kilka i to one właśnie, ukryte w szkatułce, schowanej w prywatnych komnatach królowej w Wersalu, przypominały Marii lata wygnania i poniewierki. Gdyby tę historię znał zmarły zaledwie miesiąc przed jej narodzinami Charles Perrault, zapewne na nowo napisałby baśń o Kopciuszku.

Urodziła się 23 czerwca 1703 roku, ale gdzie – tego nikt dokładnie nie zanotował. Może była to Polska Wieś koło Trzebnicy? Może sama Trzebnica? A może Poznań czy Wrocław? Czasy były burzliwe i kronikarzy zajmowały zupełnie inne sprawy niż narodziny drugiej córki dwudziestosześcioletniego wojewody poznańskiego Stanisława Leszczyńskiego. Trwała wojna ze Szwedami i Rosjanami o Inflanty, które wybrany na króla Polski August II z dynastii saskiej chciał uczynić swoim prywatnym księstwem. Jednakże klęski zadane jego wojskom przez szwedzką armię, dowodzoną przez niespełna dwudziestoletniego króla Karola XII, uświadomiły Polakom, że koronowany sześć lat wcześniej saski władca prowadzi Rzeczpospolitą ku katastrofie. Wśród wielkopolskiej szlachty zaczęła dojrzewać myśl o spisku, którego celem byłoby zerwanie dotychczasowych sojuszy i detronizacja Augusta. Kluczową rolę miał w nim odegrać, niedługo po narodzinach Marii, jej ojciec.

Pierwsze miesiące życia dziewczynka spędza w pałacu w Rydzynie, rodowej siedzibie Leszczyńskich. To wspaniała rezydencja, wzniesiona ćwierć wieku wcześniej przez dziadka Rafała. Wpływowy polityk i niekwestionowany szlachecki przywódca, ojciec Stanisława, zmarł niedługo przed przyjściem Marii na świat. Rodzina miała od z górą dwustu lat ugruntowaną pozycję w Wielkopolsce i całym kraju, a nawet Europie. Ojciec Marii, młody wojewoda, i matka, Katarzyna z domu Opalińska, należeli do szlacheckiej elity, która z trudem akceptowała porządki zaprowadzane w kraju przez saskiego króla, chociaż wcześniej go popierała. Ale teraz August kazał wyrzucić z sejmowej izby poznańskich i kujawskich posłów! To niebywały skandal. Maria ma zaledwie dwa tygodnie, gdy jej ojciec jedzie do Środy na generalny sejmik wielkopolski.

Szlachta jest rozjuszona, chce się pozbyć króla. Sejmik przekształca się w konfederację, a ta przenosi się do Warszawy. Tam prymas Radziejowski ogłasza detronizację Augusta. Ale kto będzie następcą? Szlachta chciałaby widzieć na tronie potomków Jana Sobieskiego, jest jednak problem. Jego najmłodszy syn Aleksander odmawia przyjęcia korony, tłumacząc, że bardziej należy się ona jego braciom, Jakubowi lub Konstantemu. Ci jednak zostali porwani i uwięzieni w Saksonii z polecenia Augusta, który doskonale rozumiał, co się święci. Innych kandydatów brak, nikt nie chce się pakować w polityczną awanturę i odgrywać roli antykróla. Zwłaszcza że poparcie dla Sasa jest w wielu rejonach kraju wciąż silne. Tymczasem szwedzka armia przy okazji walk z wojskami Augusta łupi i pustoszy nasze ziemie. Polska potrzebuje choćby chwili spokoju. Do negocjacji z przebywającym w Lidzbarku Warmińskim Karolem XII szlachta wysyła wykształconego, zdolnego dyplomatę, wojewodę Leszczyńskiego.

Kwiecień 1704 roku nieodwołanie zaważył na późniejszych losach Marii i jej rodziny. Spotkanie ojca ze szwedzkim władcą nie przebiegło według zaplanowanego scenariusza. Karol XII natychmiast dostrzegł w starszym o pięć lat Leszczyńskim idealnego kandydata na polskiego antykróla. Ośmielony serią zwycięstw nad Sasami, chciał ostatecznie pozbawić Augusta władzy, a monarchą Rzeczypospolitej uczynić człowieka, który tylko jemu zawdzięczałby pozycję. Uparty młody wódz i polityk-intelektualista zawarli przymierze, łącząc na długo swoje losy.

Maria miała więc zaledwie rok, gdy w jej życie z impetem wdarła się wielka polityka. Latem 1704 roku orszak wojewodowej Katarzyny wyruszył z Rydzyny do Warszawy, chroniony przez szwedzką asystę. Starsza o cztery lata siostra Anna, ulubienica matki, podróżuje razem z nią. Znajdującą się w osobnym wozie Marią opiekuje się niania, dogląda jej ochmistrzyni Mokrzycka. Jadą, by zobaczyć wybór Stanisława Leszczyńskiego na króla Polski.

Elekcja, która odbyła się na polach Woli 12 lipca 1704 roku, przyciągnęła jednak niewielką liczbę szlachty. Większość doskonale rozumiała, że pod nadzorem szwedzkich bagnetów dokonuje się zamach na niepopularnego, niemniej legalnie koronowanego władcę. Nie było nawet prymasa Radziejowskiego, którego, jak głosiła plotka, do rezygnacji z udziału w elekcji namówiła kochanka, Konstancja Towiańska. Znały się z Katarzyną Opalińską od lat, lecz teraz dawna przyjaciółka miała zostać królową Polski. Kobieca zawiść ma swoje metody…

Stanisław Leszczyński został wybrany na władcę Polski, ale o koronacji na razie mowy być nie mogło. W kraju trwał korowód królów na czele wielotysięcznych armii, depczących sobie po piętach. Gdy Stanisław i Karol XII przebywali w Małopolsce, August II niespodziewanie zebrał siły i ruszył na Warszawę. Życie Katarzyny i jej córek po raz pierwszy zawisło na włosku…

We wrześniu 1704 roku rozpoczyna się pierwsza ucieczka Marii. Karoce wiozące żonę króla elekta, jej córki, dwór i bagaże w pośpiechu opuszczają zagrożone przez Sasów miasto. Kierują się na Poznań, jednak już dwie mile za stolicą z powodu zapadającego zmroku trzeba zrobić pierwszy postój w przypadkowej gospodzie. Niespełna czternastomiesięczna Maria została ułożona do snu w kołysce pod ścianą szopy. Następnego dnia miała ją zabrać niania lub ochmistrzyni Mokrzycka. Spanikowane kobiety zapomniały jednak o dziecku. Brak Marii zauważyły dopiero na pierwszym postoju.

Zawróceni jeźdźcy z eskorty wpadli kilka godzin później do gospody, przekonani, że jej właściciele porwali dziecko. Znaleźli Marię spokojnie śpiącą w kołysce. Dalszą drogę dziewczynka pokonała już na końskim grzbiecie. Pierwszym miejscem schronienia królewskiej rodziny stał się Elbląg, na opanowanej przez Szwedów Warmii. Stanisław dołączy do niej dopiero na święta Bożego Narodzenia.

Rok po ucieczce Leszczyńscy znów są w stolicy i 4 września 1705 roku Stanisław i Katarzyna zostają koronowani na króla i królową Polski. Dwuletnia Maria i jej sześcioletnia siostra niewiele rozumieją z uroczystości, która odbywa się w warszawskiej katedrze, ale czują, że to ważny moment. Teraz również one stały się ważne. Są polskimi królewnami, córkami koronowanego władcy Rzeczypospolitej! I mogą w końcu zamieszkać na warszawskim zamku.

Królewskie życie trwało tylko trzy miesiące. Na początku 1706 roku Karol XII i król Stanisław ruszyli przeciwko carowi Piotrowi Wielkiemu, sojusznikowi zdetronizowanego Augusta. Co prawda Leszczyński przekonywał szwedzkiego wodza, by najpierw zaatakować Saksonię i zmusić Sasa do abdykacji i uznania go za prawowitego następcę, ale Karol marzył o spotkaniu z rosyjskim carem na polu bitwy. Przeczuwając zagrożenie ze strony Augusta, Stanisław wysłał rodzinę najpierw do Torunia, a stamtąd do Fromborka. Stary, zaniedbany biskupi zamek w cuchnącym rybami miasteczku stał się kolejnym schronieniem polskiej królowej i jej córek, już drugi raz zmuszonej do ucieczki i ukrywania się. Nie bez powodu, bo niedługo po ich wyjeździe August II znów najechał i zdobył Warszawę.

Trzecie urodziny Maria spędziła bez ojca. Wciąż była za mała, by cokolwiek zrozumieć z rozgrywających się wokół niej zdarzeń. Czuła jednak, że coraz większa złość i smutek ogarnia jej matkę, babcię Annę i starszą siostrę. Wszystkie wspominały wspaniałości rodowego pałacu w Rydzynie, raju utraconego z powodu międzynarodowej awantury, w jaką wdał się Stanisław. Ale ona? Nie znała innego życia jak ciągłe wyjazdy, przeprowadzki i ucieczki. Jej losy od samego początku związane były z polityczną karierą ojca. Wilgotny, zimny zamek w pochmurnym i wietrznym Fromborku nie robił na niej aż tak złego wrażenia jak na reszcie rodziny. Ot, kolejne nieznane, dziwne miejsce, tym razem nad wielką wodą, gdzie na brzegu zalewu, a nawet na ulicach można było znaleźć fascynujące muszelki…

Brakowało jedynie ojca. Ale jego nie mogła szybko zobaczyć. Stanisław Leszczyński realizował bowiem plan, który tego dwudziestodziewięciolatka miał wynieść na szczyt życiowej kariery. Latem 1706 roku przekonał szwedzkiego monarchę do ataku na Saksonię, matecznik Augusta II przebywającego teraz w Warszawie. Uderzenie przyniosło piorunujący efekt. Na wieść o zajęciu przez Szwedów jego rodzinnego kraju August zrzekł się polskiej korony i za prawowitego władcę uznał Stanisława Leszczyńskiego. Ten, przebywając jeszcze w obozie wojskowym niedaleko saskiej wioski Lessing, przeżywał chwile triumfu, przyjmując oficjalne poselstwa saskie, pruskie, austriackie, tureckie, angielskie... Polska i Litwa miały już tylko jednego króla.

Królowa i jej córki wciąż jednak ukrywały się na Warmii. Wojna nie była skończona. Aby zapewnić sobie długie i szczęśliwe panowanie, Stanisław i Karol musieli pokonać wciąż groźnego cara Piotra. Dopiero we wrześniu 1707 roku, po ponad półtorarocznym wygnaniu, po długich naleganiach, królewska rodzina wyjechała do wytęsknionego pałacu w Rydzynie. Maria mogła go wreszcie podziwiać swoimi oczami pięciolatki. Ale znów – niedługo.

Ojca wciąż nie ma, szykuje się do wyprawy z Karolem na Rosję. Wojska ruszają z początkiem nowego roku. A królowa i królewny znów potrzebują bezpiecznego schronienia. Saski władca został na jakiś czas obezwładniony, ale czy nie będzie próbował pomścić doznanej zniewagi? Spora część polskiej szlachty wciąż sprzyja Augustowi i chce jego powrotu, nie wszystkim można ufać. Królowa Katarzyna znów pakuje bagaże i zabawki córek. Tym razem bezpieczną przystanią ma być zamek w Szczecinie, stolicy szwedzkiego Pomorza. To nie powinien być długi wyjazd. Królewska rodzina nie wie jeszcze, że opuszcza Polskę na zawsze.

***

Marynka. Tak, odkąd pamięta, mówił do niej ojciec. Jeśli starsza Anna bardziej była podobna do matki, to Maria bardzo szybko zaczęła przypominać jego. Nie tylko wyglądem, również usposobieniem. Nieco zamknięta w sobie, milcząca perfekcjonistka, niezbyt ładna, ale zgrabna i silna, miała dar znoszenia przeciwności ze zdumiewającym spokojem. Przystosowywała się do każdych warunków, wszędzie potrafiła znaleźć zajęcie, które sprawiało jej radość. Ten odziedziczony po ojcu rys charakteru w połączeniu z surową religijnością matki i jej teściowej, babki Anny, pozwalały przyszłej królowej przetrwać bez szwanku kolejną, trzecią już ucieczkę rodziny. Znosiła ją o wiele lepiej niż dziewięcioletnia siostra.

Do spotkania z ojcem doszło jesienią 1708 roku w Stargardzie, gdzie przyjechał zaledwie na kilka dni. Wypowiedziane przez niego swoje imię Marynka usłyszy dopiero za rok.

Wojna Karola XII z Rosją trwała sześć lat. Polska wciąż była politycznie podzielona. Wielkopolska, Prusy i Mazowsze wspierały Stanisława Leszczyńskiego i Szwedów. Małopolska i ziemie ukraińskie sprzyjały zdetronizowanemu Augustowi. Na ziemiach popierających króla Stanisława stacjonowały garnizony i oddziały szwedzkie, na pozostałych – rosyjskie. Rok 1709 miał przynieść ostateczne rozstrzygnięcie tego sporu. Dla Stanisława Leszczyńskiego oznaczałoby to możliwość utrwalenia władzy w całym kraju. Wszystko zależało od wyniku szwedzko-rosyjskich walk na Ukrainie. Niestety…

Latem 1709 roku do zamku w Szczecinie dociera informacja o straszliwej klęsce, jaką szwedzka armia poniosła w bitwie pod Poł­tawą. Karol XII, wcześniej ranny podczas oblężenia miasta, musiał uciekać do Turcji. To już koniec! Car Piotr triumfuje, na wieść o jego zwycięstwie siły zbiera zdetronizowany August. Z Drezna rusza do Polski i nie ma nikogo, kto mógłby go powstrzymać. Stanisław Leszczyński jeszcze próbuje bronić swojej władzy, idzie pod Częstochowę ze szwedzkim korpusem generała Krassaua i oddziałem pułkownika Adama Śmigielskiego, ale nie ma już złudzeń. Ta partia politycznych szachów została przegrana. Stanisław wydaje manifest, w którym deklaruje gotowość złożenia korony pod warunkiem przeprowadzenia kolejnej elekcji. Nikt go jednak nie słucha. W październiku August II i Piotr Wielki ogłaszają restaurację saskiej dynastii w Polsce. Rzeczpospolita znów ma dwóch królów, z tym że za głowę wyjętego spod prawa Stanisława wyznaczona zostaje nagroda.

Marynka zobaczyła ojca w listopadzie, gdy z niedobitkami szwedzkiego korpusu i trzystu wiernymi Polakami dobił okrętem do Szczecina. Klęska była całkowita, o powrocie do kraju nie było już mowy. August II konfiskował dobra Leszczyńskich i Opalińskich, sprzedawał je lub darował oddanym mu ludziom. Przybywający razem ze Stanisławem emigranci polityczni też stracili majątki. Matka i babka rozpaczają, ich smutek udziela się starszej siostrze. A Marynka? Jest zachwycona! W końcu ma ojca i wszystko wskazuje na to, że tym razem na długo.

W szczecińskim zamku zaroiło się od wujków. Takich jak Michał Tarło, dawny wojewoda lubelski, teraz kurier Leszczyńskiego do zadań specjalnych. Dzielny partyzant pułkownik Śmigielski. Szef emigracyjnego „rządu” Józef Karp. I wielu, wielu innych gotowych opowiadać niesamowite historie. Maria coraz lepiej poznaje ludzi, którzy pozostali wierni ojcu. Wielu z nich na długo zwiąże swoje życie z sześcioletnią obecnie królewną. Marii najbardziej imponuje ojciec, który, niezrażony klęską, wciąż zachowuje się jak król, przyjmuje zdarzenia z pogodną rezygnacją i spokojem filozofa. „Nie udało się, ale los może się zawsze odmienić. Nie wolno się poddawać. Trzeba próbować” – te słowa zapadną dziewczynce w pamięć.

Mimo pozbawienia Stanisława polskiego tronu i internowania Karola XII przez Turków w mołdawskich Benderach półtora roku w Szczecinie minęło spokojnie. Jednakże czarne chmury powoli, acz nieuchronnie zbierały się nad Pomorzem. W lipcu 1711 roku gruchnęła wieść o wkroczeniu wojsk Danii, chętnej do przejęcia słabo bronionych szwedzkich włości nad Bałtykiem. A ponieważ mieli na nie ochotę także Sasi i wspierający ich Rosjanie, rozpoczęła się wojna, w trakcie której trzy walczące strony wyrywały sobie kolejne miasta i tereny. Jesienią w rękach Szwedów pozostawały już tylko Szczecin i Stralsund. We wrześniu, nieszczęśliwym dla Leszczyńskich miesiącu, znów trzeba było w pośpiechu uciekać. Najpierw twierdza w Stralsundzie, a stamtąd aż na drugą stronę morza… I tak oto ośmioletnia Maria znalazła się w szwedzkiej Karlskronie razem z rodziną, dworem i najwierniejszymi towarzyszami – bez dachu nad głową, pieniędzy i widoków na przyszłość. Schronieniem stał się Svaneholm: według jednych przekazów stary opuszczony zamek na południu Szwecji, według innych – zapadła wioska. Tak czy inaczej, warunki życia królewskiej rodziny zrobiły się tragiczne.

Stanisław Leszczyński, urodzony dyplomata, postanowił działać. Pojechał do Sztokholmu. Przerażeni wojną regenci, sprawujący władzę pod nieobecność internowanego w Turcji Karola, nie byli zdolni do podjęcia jakichkolwiek decyzji. Polski władca bez ziemi, działając jako pełnomocnik szwedzkiego króla, obudził w nich wojowniczego ducha i skłonił do przeznaczenia większych funduszy na armię. Przy okazji zadbał o lepsze zakwaterowanie dla rodziny i emigracyjnego dworu.

Kolejnym domem Marynki stała się skromna rezydencja w Kristianstad, malowniczym miasteczku, znanym jako „Wodne Królestwo” z powodu otaczających je jezior, rzek i kanałów. Zbudowane sto lat wcześniej wały obronne okazały się doskonałym miejscem na pierwsze wspólne spacery ekskróla i jego młodszej córki. Były też wspaniałą scenerią do opowiadanych przez ojca historii o rzymskich i greckich wodzach, władcach i bóstwach. Jednakże codzienne życie nie było bajką. Ciężar utrzymania polskiego dworu szwedzki rząd przerzucił na miasto. Rajcy Kristianstad wystawiali rachunki za zakwaterowanie, wyżywienie i inne wydatki, ale nie było ich z czego płacić. Królewska rodzina ratowała finanse, sprzedając kosztowności, które udało się zabrać z Polski, ale była to kropla w morzu potrzeb. Sam Stanisław Leszczyński w celu ratowania reputacji podarował cenny zdobiony półmisek autorstwa mistrza Drentwetta miejscowemu kościołowi Świętej Trójcy. Nie mogło to jednak zatrzeć wrażenia nędzy, w jakiej znalazł się koronowany władca Rzeczypospolitej i jego bliscy.

Marynka dorastała więc wśród nieopłaconej służby, pogrążających się w depresji matki i babki, w cieniu chorowitej, ale wciąż faworyzowanej siostry. Na dobrą edukację młodszej królewskiej córki rodziców nie było stać – jej nauczycielem od wszystkiego był jezuita ksiądz Labiszewski, wpajający dziewczynce surowe obyczajowe zasady. Niemniej rok spędzony w Kristianstad Maria będzie wspominać jako jeden z najszczęśliwszych w życiu. Nareszcie miała u swego boku kogoś, kto poświęcał jej uwagę, okazywał uczucia, bawił ją i uczył. Świętem stały się wyjazdy z ojcem nad morze do Karlskrony, wakacje w Vadstenie nad wielkim jeziorem Wetter czy w niedalekim Medevi, słynnym uzdrowisku ze źródłami leczniczych wód. Tacie królowi pieniędzy mogło brakować, ale nie na takie wyjazdy. W Vadstenie zwiedzali wielki zamek, a w nim zobaczyli groby dwóch królowych Szwecji.

Sielanka trwała jednak krótko. Latem 1712 roku do Kristianstad zaczęły docierać listy od wciąż przetrzymywanego w Turcji Karola. Wojowniczy władca wzywał Leszczyńskiego, by poprowadził w jego imieniu zbrojną wyprawę na zajęte przez wrogów Pomorze. Stanisław znów zaczyna jeździć do Sztokholmu, by omówić z regentami możliwość przeprowadzenia tej akcji. Jest gotów spełnić wolę swojego dobrodzieja, ale zdania są podzielone. Przeciwny zbrojnej interwencji jest spotkany w stolicy Szwecji Benjamin Arnold, były burmistrz Leszna, rodowej posiadłości Leszczyńskich, ocalonej co prawda przed konfiskatą, ale zastawionej dla pokrycia wydatków u żydowskich bankierów w Lipsku. Ekskról nie wie jeszcze, że jest on tajnym agentem pruskiego rządu, zainteresowanego zawarciem pokoju i zakończeniem trwającej od ponad dekady wojny z Augustem II oraz wspólną, niemiecko-szwedzką operacją przeciw Rosji. Planowana akcja nie sprzyja tym planom. Stanisław, mimo że zabiera Arnolda do Kristianstad, nie zamierza korzystać z jego rad. Znowu nastaje wrzesień – dla rodziny Leszczyńskich tradycyjnie miesiąc rozstań. Polski król wsiada na statek w Karlskronie, by poprowadzić szwedzką wyprawę na Pomorze.

Przez kolejne dwa lata wieści o ojcu docierały do Marynki bardzo rzadko. Nikt dokładnie nie wiedział, co z nim się dzieje. Przed świętami Bożego Narodzenia było jednak wiadomo, że wyprawa na Pomorze zakończyła się klęską. Przeważające siły saskie zmusiły Leszczyńskiego do pójścia na ugodę z Augustem. Stanisław obiecał mu co prawda, że zrzeknie się korony, ale pod warunkiem zatwierdzenia tej decyzji przez Karola XII. A ten wciąż przebywał pod turecką „opieką”. W lutym 1713 roku Leszczyński razem z Michałem Tarłą i pułkownikiem Śmigielskim decydują się na śmiały i niebezpieczny krok. Mimo ostrej zimy i otaczających ich zewsząd wrogów postanawiają odnaleźć szwedzkiego króla w odległej Mołdawii. Podróż trwa wiele miesięcy. Ze względów bezpieczeństwa nie piszą żadnych listów.

W Benderach są wiosną, ale Karola tam nie ma – Turcy przenieś­li go do Dimetoki nad Bosforem, by mieć oko na nieobliczalnego władcę. Co robić? Stanisław Leszczyński pisze z Mołdawii listy – zarówno do szwedzkiego króla, jak i do rodziny. Prosi Karola o zgodę na abdykację i zwolnienie go z sojuszniczych zobowiązań. Trzydziestosześcioletni polski król bez ziemi widzi, że sytuacja stała się dla niego beznadziejna, i zaczyna myśleć o… emeryturze. A także o zapewnieniu przyzwoitego bytu rodzinie, od dziewięciu lat miotanej z miejsca na miejsce z powodu politycznej awantury, w którą się wpakował.

Listy jednak nie dochodzą. W Kristianstad Marynka, przyzwyczajona od dziecka do długich nieobecności ojca, zaczyna powoli rozumieć powagę sytuacji. Leszczyński jest zaniepokojony brakiem jakichkolwiek odpowiedzi. Na początku 1714 roku wyjeżdża z Mołdawii do Siedmiogrodu. Co zamierzał tam robić, nie wiadomo. Jednak to właśnie na węgierskiej ziemi doszła do niego w końcu spóźniona wiadomość od Karola XII. Szwed nie zgadzał się na abdykację, ale przychylał się do prośby o emeryturę. Aby zapewnić mu byt, był gotów przekazać Leszczyńskiemu odziedziczone po swoim ojcu Księstwo Dwóch Mostów, nadać mu tytuł księcia oraz zapewnić sto tysięcy talarów dożywotniej rocznej pensji. Chciał, by polski król, chociaż chwilowo bezpiecznie schowany, pozostał jego pionkiem na europejskiej szachownicy…

Dwa Mosty – Zweibrücken. Wykrojone niegdyś z nadreńskiego palatynatu księstwo, rodowa posiadłość dynastii Wittelsbachów, osiem kilometrów od Saarbrücken, niedaleko francuskiej granicy. Jego stolicą było liczące w czasach Stanisława zaledwie cztery tysiące mieszkańców miasteczko o tej samej nazwie, położone malowniczo nad brzegami rzeki Blies i otoczone polami róż – specjalnością miejscowych hodowców. W Zweibrücken, zarządzanym w imieniu szwedzkiego władcy przez gubernatora, hrabiego Stralenheima, był niewielki zamek, jednakże Leszczyński postanowił obniżyć koszty utrzymania i zadowolił się leżącą na terenie rezydencji mniejszą siedzibą. Była to sensowna decyzja, gdyż – jak donosiły docierające w końcu z Kristianstad listy – z powodu ciągłego braku pieniędzy emigracyjny dwór mocno się skurczył. Pozostało jedynie dwadzieścioro Polaków i Polek wiernych królowej Katarzynie i tylko czterech oficerów. Nie potrzebowali dużo miejsca.

***

Marynka ma jedenaście lat, gdy z rodziną i dworem opuszcza Kristianstad. Wchodzi w wiek dojrzewania, a jej siostra, piętnastoletnia Anna, to już prawdziwa piękność. Matce, która ostatnie dwa lata w Szwecji zniosła wyjątkowo ciężko, tytuł księżnej Zweibrücken dawał nie tylko nadzieję na bardziej dostatnie życie, ale też na wydanie za mąż dorastającej córki. Kto bowiem raz został koronowany na króla, zawsze już nim będzie, choćby stracił tron. Ale kto zechce bezdomną królewnę? Księstwo Dwóch Mostów jest co prawda dużo mniejsze niż dawne posiadłości Leszczyńskich i Opalińskich w Wielkopolsce i przynależy do jej męża tylko dożywotnio, niemniej zawsze to coś. A Maria? Cóż, nie jest tak ładna jak siostra, ale może i jej trafi się jakiś kawaler…

Pierwszym przystankiem na drodze do Zweibrücken jest niezdobyty szwedzki Stralsund. Stamtąd Leszczyńscy jadą do Wiednia i dalej, przez Lotaryngię, do Księstwa Dwóch Mostów. Po dwóch latach rozłąki, po długiej, męczącej, liczącej półtora tysiąca kilometrów podróży Marynka spotyka się w końcu z ojcem. Otoczone różami miasto sprzyja spacerom i rozmowom. W polityce na szczęście niewiele się dzieje. Stanisław, jak zwykle pozytywnie nastawiony do życia, stał się teraz bardziej religijny. Mniej już opowiada o starożytnych wodzach i bohaterach, a więcej o świętych, dając ich jako przykład cierpliwego znoszenia zadawanych przez los ciosów. Czy przeczuwał, że jeszcze kolejne spadną na jego rodzinę?

Pierwsze lata w Zweibrücken mijają spokojnie. Marynka ma wreszcie nauczycieli. Poznaje literaturę, uczy się geografii i historii, szlifuje języki: niemiecki, łacinę, francuski, włoski. I szwedzki, który zdążyła poznać podczas trzyletniego wygnania w Kristianstad, a który w Księstwie Dwóch Mostów jest również w użyciu. Ojciec, wychowanek jezuickiego kolegium w Lesznie, dopilnował oczywiście edukacji religijnej, ale nie zaniedbał lekcji dobrych manier i tańca dla córek, zatrudniając do tego Francuza Faviera. Sytuacja materialna Leszczyńskich jest wreszcie stabilna. Wypłacana z polecenia Karola XII renta i dochody z podatków wystarczają na życie może nie tak dobre jak kiedyś w Wielkopolsce, ale o niebo lepsze niż ostatnimi laty. Dla Marynki Zweibrücken to pierwszy prawdziwy dom po latach tułaczki. Innego nie zna.

W nowym miejscu Maria zaczyna folgować swojemu apetytowi. Tę skłonność odziedziczyła po znanym z łakomstwa ojcu. Leszczyński jako książę Dwóch Mostów zaczął się coraz szybciej zaokrąglać, a Marynka być może rekompensowała sobie lata szwedzkiego niedostatku. Niepokój budziło jednak zdrowie Anny, która mimo dobrego klimatu wciąż cierpiała na jakieś dolegliwości. Nic jednak nie zapowiadało tragedii, chociaż przepowiednia spotkanej na drodze Cyganki wzbudziła pewien niepokój: „Widzę dwie korony i trumnę”. Urodzony optymista Leszczyński wziął ją za dobrą wróżbę. „Korona będzie dla mnie i Katarzyny” – tłumaczył, pewny, że któregoś dnia wróci na polski tron. – „A trumna dla mojego wroga, Augusta”1. Stało się inaczej.

Na początku 1717 roku Anna zaczęła poważnie chorować. Kaszel, gorączka, ciągłe osłabienie… Lekarze, jak to w tamtych czasach, zalecali upuszczanie krwi, aby zrównoważyć zbyt pobudzony stan organizmu. Nic jednak nie pomagało. W marcu osiemnastoletnia zaledwie, piękna Anna umarła. Dla rodziny był to straszliwy cios. Nie ostatni.

Już od kilku miesięcy do Zweibrücken docierały informacje o planach dokonania zamachu na Stanisława Leszczyńskiego. Odkąd dwa lata wcześniej Karol XII wydostał się z Turcji i wrócił do Szwecji, polski ekskról znów zaczął być politycznym problemem. August II obawiał się jego powrotu – „uzurpator”, który nigdy nie zrzekł się tronu, mógł znów przy szwedzkim wsparciu zakwestionować władzę Sasa. W gabinetach Drezna i Warszawy zaczęła dojrzewać myśl o zorganizowaniu zamachu na życie księcia Zweibrücken. W samym mieście szanse na to były niewielkie, gdyż bezpieczeństwa Leszczyńskich strzegł dobrze zorganizowany szwedzki garnizon. Możliwości należało szukać poza nim, gdy Stanisław opuści bezpieczne gniazdo. Taką okazją mógł być wyjazd do klasztoru w Gräfenthal. Królewska rodzina odwiedzała go regularnie, przy okazji rodzinnych uroczystości. Wypadki potoczyły się tak, że naocznym świadkiem próby zamachu na ojca stała się jego czternastoletnia wówczas córka.

Pięć miesięcy po śmierci Anny, w sierpniu 1718 roku, rodzice postanowili pojechać z Marią do Gräfenthal na nabożeństwo z okazji jej imienin. Ojciec miał podróżować karetą poprzedzającą powóz wiozący Katarzynę z córką. W rzeczywistości zamiast niego jechał przebrany i ucharakteryzowany dworzanin Talębski. O planach zamachu dowiedziano się bowiem wcześniej, a bawiący przejazdem w Zweibrücken Stanisław Poniatowski, ojciec przyszłego króla, zaplanował mistyfikację. Z niewielkim oddziałem, w którym był też sam Leszczyński, zaczaił się na zamachowców i czekał, aż uderzą na zmierzający do klasztoru orszak. Napastnicy zostali schwytani, postawieni przed sądem i… ułaskawieni. Ekskról kazał tylko opublikować ich niepochlebne dla Augusta II zeznania.

Chociaż Stanisławowi nic nie groziło, próba zamachu i śmierć Anny zmieniły uczucia Leszczyńskich wobec księstwa. To nie był prawdziwy dom, w którym mogli czuć się bezpiecznie, otoczeni przez swoich. Było niemal pewne, że wśród dworzan ukrywa się co najmniej jeden zdrajca szpiegujący dla Augusta. Marząc o powrocie do Polski, Stanisław i Katarzyna desperacko uczepili się rzuconej przez Poniatowskiego myśli. Jego zdaniem przyjaźń Piotra Wielkiego i Augusta II skończyła się. Jeśli tylko Karol XII zdecyduje się na sojusz z Moskwą, król Stanisław będzie mógł powrócić na polski tron! Podnieceni taką perspektywą, nie czekając na rozwój wydarzeń, Leszczyńscy postanowili porzucić Księstwo Dwóch Mostów i wracać do kraju. Byli pewni, że los się odwrócił. Była to jednak najgorsza z możliwych decyzji. A może najlepsza?

Ledwo orszak króla wygnańca zdążył przekroczyć granicę Zwei­brücken, gdy dotarła wiadomość, że szwedzki król ani myśli układać się z Rosjanami. Marzenia okazały się ułudą. Powrotu do księstwa nie było – nie pozwalały na to królewski honor i ambicja. Maria i jej rodzice utknęli w wiosce Bergzabern, tym razem – wydawało się – na dobre. Co dalej? Wróciły wspomnienia szwedzkiego wygnania, rozpacz babki i matki była tym większa, że nie było już przy nich ukochanej Anny. Które to było dla Marynki miejsce tułaczki, nie liczyła. Ale wierzyła, że los, jak zwykle, w końcu się odmieni. Również dzięki ojcu.

Jednak jedyne, czego mógł dokonać polski ekskról, to załatwienie lepszej kwatery dla rodziny i dworu. Znalazła się w pobliskim miasteczku Landau. Tam jednak, pod koniec grudnia, spadł na nich kolejny niespodziewany cios. Niestrudzony wojownik Karol XII zginął od przypadkowej kuli podczas oblężenia duńskiego Fredrikshald. To był koniec. Stanisław stracił nie tylko człowieka, z którym związał swoją przyszłość, ale też sponsora finansującego jego rodzinę i dwór. Nie było żadnej pewności, że następczyni szwedzkiego tronu, Ulryka Eleonora, będzie chciała dotrzymywać postanowień brata.

Leszczyńscy zastawiają resztki swojego majątku, biżuterię i srebra u żydowskich bankierów we Frankfurcie. Ojciec staje na głowie, by zdobyć pieniądze i wsparcie, pisze mnóstwo listów. Najważniejsze adresuje do Ulryki, księcia Leopolda Lotaryńskiego i Filipa Orleańskiego. Ci dwaj oferowali mu pomoc, gdy był jeszcze królem Polski. Ale teraz Stanisław i jego rodzina są uchodźcami bez przyszłości. Ulryka odpisuje, że dotrzyma finansowych zobowiązań, ale dachu nad głową nie może zapewnić. Leopold wręcza wysłannikowi Stanisława, hrabiemu Mniszkowi, trzydzieści tysięcy talarów, sugerując, by mu już więcej głowy nie zawracać. Ostatnią deską ratunku staje się Filip Orleański.

To nie byle kto, bo regent Francji. Od bez mała trzech lat sprawuje rządy w imieniu małoletniego króla Ludwika XV. Filip oferuje nie tylko pensję – pięćdziesiąt tysięcy talarów rocznie, ale też lokum – zamek w Wissembourgu. To niewielkie alzackie miasto na północ od Strasburga, łup wojenny należący do Francji zaledwie od kilkunastu lat. Jest w nim stara komandoria Zakonu Maltańskiego, ale urządzona całkiem przyzwoicie przez kupca Webera, który – w zamian za tytuł hrabiowski – zgadza się udostępnić ją Leszczyńskim. Na uwagi ambasadora Augusta II, protestującego przeciw przyjęciu we Francji króla uchodźcy, Filip odpowiada grzecznie, lecz stanowczo: „Francja zawsze była domem dla monarchów, którzy znaleźli się w kłopotach. I zamierza pozostać wierna tej tradycji”2. Wysłannikowi Sasa pozostaje tylko pokłonić się i odejść.

Po kilku miesiącach tułaczki Marynka znów miała dach nad głową. Czy na długo? – tego nikt nie wiedział. Gdzie będzie jej następny dom? Szesnastolatka nie marzyła nawet o tym, że kolejnym i ostatnim już przystankiem na jej drodze będzie wspaniała rezydencja królów Francji – Wersal.

***

Les Mendiants – królowie żebracy. Tak mówili o nich Francuzi. Oczywiście nie wprost. W samym Wissembourgu Leszczyńscy cieszyli się sympatią i szacunkiem. Niemniej pozycja tej królewskiej rodziny na wygnaniu była dwuznaczna. Z jednej strony znaleźli wreszcie przyjazne miejsce, opiekę i finansowe wsparcie. Z drugiej – coraz większym problemem stawała się Marynka. Dziewczyna wkraczała w wiek, w którym tradycyjnie szukało się męża dla panny. Królewski status Marii nie budził wątpliwości. Tylko kto zechce pojąć za żonę królewnę bez posagu? Tym bardziej że również jej posag polityczny wydawał się nad wyraz wątpliwy.

Marynka zdawała sobie sprawę z dylematów rodziców. Zwłaszcza że ojciec zaczął palić jak smok. Podczas jednego spotkania w towarzystwie potrafił wyćmić trzydzieści fajek jedna za drugą! Na szczęście Leszczyński łatwo nawiązywał znajomości i zyskiwał wpływowych przyjaciół. Wśród najznamienitszych szybko znaleźli się biskup Strasburga kardynał Rohan, dowodzący wojskami w Alzacji Léonor-Marie du Maine – hrabia du Bourg czy hrabina d’Andlau, której syn służył w pułku Royal-Roussillon Cavalerie, przydzielonym Leszczyńskim do ochrony i parady. Pułkiem dowodził hrabia de Vauchoux, były towarzysz broni Stanisława jeszcze z polskiej armii. Szybko stali się oni oddanymi rzecznikami interesów rodziny królewskiej na wygnaniu, a jednym z ich najważniejszych zadań było znalezienie odpowiedniej partii dla Marii.

Osiemnastoletnia Marynka była dobrze wykształconą i doskonale wychowaną panną. Złudzeń jednak nie miała. Nie była piękna. Wzrost miała raczej średni, figurę zgrabną, lecz z tendencjami do tycia. Twarz z piwnymi oczami, dużymi ustami i białymi, zdrowymi zębami można by uznać nawet za ładną, gdyby nie szpecił jej nieco za duży, odziedziczony po ojcu nos. Mogła się podobać, o czym świadczyły spojrzenia kawalerzystów z Royal-Roussillon. Ona również coraz chętniej zwracała na nich uwagę. Jednym z oficerów był rotmistrz de Courtanvoux, markiz i wnuk ministra wojny poprzedniego króla Francji Ludwika XIV. I to właśnie on okazał się pierwszym w życiu Marynki mężczyzną, w którym się zakochała. Nie ośmieliła się jednak wspomnieć o tym rodzicom; jej powierniczką stała się towarzysząca jej od narodzin stara opiekunka Mokrzycka.

Ale rodzice widzieli, co się dzieje, jakim uczuciem ich córka darzy przystojnego kawalerzystę. Tyle że rotmistrz de Courtanvoux to była inna liga. Mimo kłopotów finansowych Leszczyńscy nadal cenili pozycję, którą obdarzył ich los. Droga powrotu Stanisława na polski tron nie była zamknięta. Po śmierci Karola XII Szwecja przestała być europejskim mocarstwem i dawni sojusznicy, Rosja i Sasowie, zaczęli pałać do siebie coraz większą niechęcią. Gdyby August II umarł, a między krajami wybuchła wojna, car Piotr z pewnością sprzeciwiłby się saskiej sukcesji w Polsce. A wtedy… Takimi nadziejami karmili się w Wissembourgu Stanisław Leszczyński i jego żona. Tymczasem ich córka szukała zapomnienia w lekturach, muzyce i działalności dobroczynnej.

Pobyt w Alzacji królewskich wygnańców z Polski obrósł już w tym czasie wieloma legendami. Jedna z nich mówiła, że mieszkają w zrujnowanym zamku, a córka ceruje im ubrania i pończochy. Że jedyną jej rozrywką są wycieczki do wsi, w których odwiedza chorych i uczy dzieci pacierza, a jej sługa targuje się zawzięcie z rolnikami, by jak najtaniej kupić żywność dla królewskiej rodziny i dworu. W każdej legendzie jest ziarno prawdy i rzeczywiście Maria Leszczyńska była znana w okolicy z działalności dobroczynnej, pomocy biednym, chorym i cierpiącym. Jednakże sprawy nie wyglądały aż tak źle. Maria dużo się modliła, ale też dużo czytała – Corneille, Racine, Molier czy La Fontaine to byli jej ulubieni autorzy. Książki pozwalały szlifować francuski, a biegłość z posługiwaniu się tym językiem przez Marię i rozumienie jego niuansów zadziwiały nawet wykształconych arystokratów. Lubiła też muzykę i regularnie grywała na klawesynie, gitarze i lirze korbowej.

Tymczasem nad finansami Leszczyńskich i małej polskiej społeczności w Wissembourgu znów zbierały się czarne chmury. Spekulacje akcjami Compagnie d’Occident, rozpoczęte przez równie genialnego, co bezwzględnego szkockiego finansistę Johna Lawa, doprowadziły jesienią 1720 roku do upadku Banku Królewskiego. Przez kolejne lata Europa pogrążała się w finansowym chaosie, którego skutki musiały dotknąć także Leszczyńskich. Zmniejszyły się kwoty płynące ze Szwecji od królowej Ulryki, a szans na ich uzupełnienie przez francuski rząd nie było. Polskiemu królowi zajrzało w oczy bankructwo. Ostatnią szansą uratowania się przed nim było wydanie Marii za mąż za któregoś z niemieckich książąt.

I taka szansa, dzięki pomocy przyjaciół, się pojawiła. Ojciec oznajmił Marynce, że poślubi ona najstarszego syna księżnej Badenii. Ta sąsiadująca z Alzacją kraina miała około trzech i pół tysiąca kilometrów kwadratowych powierzchni, do tego, w wyniku dynastycznych podziałów, składała się z kilku części. Najważniejsze było jednak to, że jej władcom przysługiwał dziedziczny, sięgający średniowiecza tytuł książąt. Po wielu miesiącach korespondencyjnych negocjacji Stanisław Leszczyński ustalił warunki małżeńskiej umowy. Pogodzona ze swoim losem Marynka zgodziła się na zaaranżowane przez ojca zaręczyny. Wszystko było już przygotowane do wyjazdu i ślubu. I wtedy nastąpiła katastrofa…

Niespodziewana śmierć księcia Schwarzenberga spowodowała niespotykaną od lat sytuację. Jedyną dziedziczką tytułu i spadkobierczynią wielkich dóbr została jego siostra. Gdy wiadomość o doskonałej partii dotarła do Badenii, księżna błyskawicznie podjęła decyzję. Zaręczyny jej syna z Marią zostały zerwane, ślub odwołany. Leszczyńscy, przywykli już do złej passy, to niepowodzenie odczuli szczególnie boleśnie, bo było ogromnym publicznym upokorzeniem. Jedynym wiernym absztyfikantem Marii pozostawał przystojny rotmistrz de Courtanvoux.

Stanisław Leszczyński przychyla się w końcu jego prośbie o rękę córki. Ale poprzeczki obniżać nie zamierza. Mówi, że markiz będzie mógł poślubić Marię, jeśli uzyska tytuł para Francji. To nadawane od trzynastego wieku honorowe wyróżnienie, przyznawane kiedyś jedynie najważniejszym feudałom. Tytuł para oznaczał bowiem, że obdarzeni nim ludzie byli równi rangą książętom krwi. Leszczyński doskonale wiedział, jak trudne zadanie stawia przed zakochanym kawalerzystą. Starania o godność para mogły bowiem trwać latami, bez żadnej gwarancji powodzenia. Tytułu odmówiono kiedyś Janowi Sobieskiemu. Zdeterminowany de Courtanvoux pojechał jednak do Wersalu prosić o łaskę dostąpienia tego zaszczytu.

Maria znów została sama. Miała dwadzieścia lat, a jak na owe czasy sytuacja robiła się poważna. Jej matka w tym wieku była od dwóch lat żoną Stanisława, miała dziecko… Jeśli szybko nie znajdzie męża, ratować będzie mógł ją tylko poważny posag. Tymczasem o żadnym posagu mowy być nie mogło, zwłaszcza że na początku grudnia 1723 roku na wylew krwi do mózgu zmarł dobroczyńca Leszczyńskich, regent Filip Orleański. Ta fatalna dla króla Stanisława i jego rodziny wiadomość miała jednak nieoczekiwanie pozytywne konsekwencje. Kolejnym regentem został bowiem książę Louis-Henri de Bourbon-Condé. Wysoki i masywny mężczyzna, pozbawiony oka przez rykoszetującą kulę, która na polowaniu odbiła się od zamarzniętej tafli jeziora, miał dopiero trzydzieści jeden lat, ale był wdowcem. Jego towarzyszką życia była dwudziestopięcioletnia kochanka Agnès de Prie, córka zaopatrzeniowca francuskiej armii i wyjątkowo bystra osóbka. W jej głowie pojawił się pewien plan…

Agnès doskonale wiedziała, że ze względu na poślednie pochodzenie nigdy nie zostanie żoną księcia. Rozumiała też, że ktoś taki jak Bourbon-Condé, jedna z najlepszych partii we Francji, nie pozostanie długo wdowcem. Jeśli znajdzie żonę wśród francuskiej arystokracji, to z pewnością zrobi ona wiele, by pozbyć się kochanki. De Prie pogodziła się z faktem, że będzie mogła być tylko numerem dwa. Ale chciała zachować przynajmniej to. Na żonę Burbona postanowiła więc znaleźć kobietę na tyle niewinną i prostolinijną, by nie stała się dla niej zagrożeniem. Omawiając te rozterki z przyjaciółką, panią de Texier, usłyszała historię o mieszkającej w Wissembourgu polskiej królewnie. Skromna, religijna, prostoduszna dziewczyna wydała się jej idealną kandydatką. Skąd de Texier wiedziała o Marii? To proste – jej kochankiem był hrabia Vauchoux, ten sam, który przez kilka lat pełnił funkcję dowódcy oddelegowanego do Wissembourga regimentu Royal-Roussillon. Świat francuskiej arystokracji początku osiemnastego wieku był jednak mały.

Powoli, ale regularnie sprytna Agnès zaczyna sączyć kochankowi do ucha informacje o córce wygnanego króla. Burbon zaczyna się interesować Marią, zadaje pytania o urodę, charakter i wykształcenie dziewczyny. De Prie rozpoczyna regularną korespondencję z Leszczyńskim, by dowiedzieć się więcej. Król Stanisław nie posiada się z radości. Jego Marynka może zostać żoną samego regenta, księcia de Bourbon-Condé, wnuka najsłynniejszego w historii francuskiego wodza Ludwika Burbona, zwanego Kondeuszem Wielkim! Jednakże przez prawie dwa lata negocjacje utrzymywane są w tajemnicy. Aby oszczędzić córce kolejnego zawodu, Stanisław Leszczyński nie informuje Marii, kto ma być jej przyszłym mężem. Jak zwykle pogrążona w lekturach i pracy dobroczynnej, ma jeszcze tylko nadzieję, że może kawaler de Courtanvoux zdobędzie tytuł para – przepustkę do małżeństwa.

Nadchodzi rok 1725, w którym Marynka skończy dwadzieścia dwa lata. W ostatnich dniach lutego w Wissembourgu pojawia się Pierre Gobert, popularny wówczas wśród francuskiej arystokracji portrecista. Chce namalować Marię. Dziewczyna nie wie, że portret zamówiła Agnès de Prie, by ostatecznie rozwiać wątpliwości kochanka co do urody kandydatki na żonę. Gobert poprawi to i owo u królewskiej córki, przedstawi ją w swoim stylu jako alegorię greckiej bogini. Zanim jednak wróci z portretem do Wersalu, na arenę znów wkroczy wielka polityka, która – jak wiele razy wcześniej – całkowicie zmieni bieg życia Marii.

Drugiego kwietnia 1725 roku Stanisław Leszczyński wybrał się na samotną przejażdżkę powozem w okolicach Wissembourga. Nagle zobaczył galopującego w jego stronę jeźdźca. Był to francuski oficer, posłaniec z Wersalu. Ekskról spodziewał się listu od księcia de Bourbon-Condé, potwierdzającego ostatecznie zamiar zawarcia małżeństwa z jego córką. Był szczęśliwy. Jednak już po kilku zdaniach listu Leszczyński poczuł, jak krew napływa mu do głowy. Stracił przytomność. Gdy ją odzyskał, ocucony przez stangreta i oficera, natychmiast kazał wieźć się z powrotem do zamku. Tam niemal biegiem wpadł do komnaty, w której Marynka z matką szyły ubrania dla ubogich poddanych.

„Dziękujmy wszyscy Bogu!” – zawołał Stanisław. – „Córko, będziesz królową Francji!”3.

***

Czy Maria wiedziała, jaką sieć intryg rozsnuto wokół niej i jak potężne siły zaangażowały się w sprawę jej małżeństwa? Z pewnością nie, bo niewiele na ten temat wiedział nawet jej ojciec. Leszczyński miał nadzieję najwyżej na to, że jego córka zostanie żoną księcia de Bourbon-Condé. Jak więc się stało, że jej mężem został sam Ludwik XV?

Gdy jeszcze Pierre Gobert malował pierwszy portret Marii w Wissembourgu, w Wersalu miało miejsce wydarzenie, które bardzo zaniepokoiło regenta. Ludwik XV poważnie zachorował i stracił przytomność, a nie był to pierwszy taki przypadek. Gdyby dziedzic francuskiego tronu zmarł, korona – zgodnie z prawem dziedziczenia – przeszłaby na syna Filipa Orleańskiego, diuka de Chartres. A do tego ambitny wnuk Kondeusza Wielkiego nie zamierzał dopuścić. Aby zachować ciągłość rodu, Ludwik powinien mieć jak najszybciej męskiego potomka. I tu był właśnie problem. Król Francji miał bowiem zaledwie piętnaście lat. Co więcej, był zaręczony z córką króla Hiszpanii Filipa V, Marianną Ludwiką Wiktorią Burbon, która miała lat… siedem. Dzieci z tego małżeństwa mogły pojawić się dopiero za dekadę. Tymczasem zdrowie Ludwika szwankowało i szybko trzeba było coś zrobić, by ratować wpływy, a Francji dać następcę tronu. I wtedy w głowie księcia de Condé zaświtała myśl o Marii…

Regent, dzięki swojej kochance, wiedział już dużo zarówno o polskiej królewnie, jak i jej ojcu wygnańcu. Maria wydała mu się idealną kandydatką na żonę Ludwika. Arystokratka, ale bez żadnego zaplecza politycznego we Francji. Skromna, pobożna, prostolinijna, ale dobrze wykształcona. I zdrowa – w końcu na niej spoczywać miał obowiązek przedłużenia królewskiej dynastii Burbonów. Można było przystępować do ogłoszenia konkursu na żonę Ludwika XV, który wygrać musiała Polka.

Jeśli można powiedzieć, że jakiś konkurs był od początku ustawiony, to ten z pewnością. Książę de Condé szybko pozyskał do planu ożenienia króla Radę Gabinetową, nie zdradzając jednak nazwiska swojej faworytki. Piątego kwietnia, trzy dni po liście, który zwalił z nóg króla Stanisława, hiszpańska infantka Marianna, z wielką lalką na pocieszenie, zostaje odesłana do rodziców, a zaręczyny zerwane. Skandal dyplomatyczny jest wielki i grozi nawet wojna, ale nic już nie może zmienić biegu wydarzeń.

Na polecenie księcia de Condé minister spraw zagranicznych Francji Fleuriau de Morville przygotowuje listę księżniczek z całej Europy, które mogłyby być dobrą partią dla Ludwika XV. Spis liczy dziewięćdziesiąt dziewięć nazwisk, otwierają je księżniczka angielska, pruska, lotaryńska… Ale do listy książę de Condé i jego kochanka dopisują setne nazwisko – Marii Leszczyńskiej. I… wykreślają osiemdziesiąt innych. Ta krótka lista zaczyna krążyć po Wersalu, budząc niemałą sensację. Kim jest „Madame Liczinska?”. O właściwą odpowiedź zadbali już książę de Condé i Agnès de Prie, rozpowszechniając pochlebne opinie o Polce i namalowaną przez Goberta podobiznę. Zanim Ludwik XV wybierze żonę, postarają się, by zwrócił szczególną uwagę właśnie na Marię.

W niedzielę 27 maja 1725 roku, tuż po obiedzie, młody król podejmuje dokładnie taką decyzję, jakiej od niego oczekiwano. Dworzanie są zdumieni, wręcz zszokowani. Chcący storpedować wybór Orleanowie zaczynają rozpowszechniać plotki o epilepsji Marii. Aby uciszyć przeciwników, książę de Condé prosi Leszczyńskiego, żeby jego córkę zbadał przysłany ze Strasburga lekarz. Doskonała opinia ostatecznie rozwiewa wątpliwości. Rozpoczynają się zaplanowane na wielką skalę przygotowania do ślubu. Kopciuszek z Polski stanie przed ołtarzem z najpotężniejszym monarchą Europy.

Przez niemal dwa miesiące Maria i jej ojciec, znając od początku wynik „konkursu”, zachowali kamienne milczenie. Im bliżej było jednak rozstrzygnięcia, tym większa panika ogarniała spokojną dotąd rezydencję w Wissembourgu. Po ogłoszeniu nazwiska wybranki króla można się przecież było spodziewać prawdziwego najazdu gości! Tymczasem rodowe srebra i biżuteria Leszczyńskich wciąż były zastawione u bankierów we Frankfurcie… Z pomocą przychodzi sprytna, niezawodna pani de Prie. Wykupuje kosztowności i przywozi Marii kilka pięknych sukien, obawiając się, że córka króla uchodźcy nie będzie miała co na siebie włożyć. Nie jest aż tak źle, lecz Maria z wdzięcznością przyjmuje podarunki od kobiety, która zmieniła jej życie w tak radykalny sposób.

Wkrótce Marynka dostaje pierwszy list od przyszłego męża. Ludwikowi podyktował go wychowawca, kardynał Fleury, wpływowa postać na wersalskim dworze.

„Wiadomość o moim ślubie, Pani, była najmilszą, jaką otrzymałem od początku mego panowania” – pisał Ludwik. – „Niecierpliwość, z jaką czekam, aby powitać Waszą Wysokość, dowodzi, jak wiele obiecuję sobie po moim z Panią związku. Wierz mi, Pani, że szczęścia będę szukać zawsze tylko w przyjemności uczynienia Pani szczęśliwą. Liczę chwile, które dzielą nas od Twego przyjazdu, i oczekuję Waszej Wysokości, by wspólnie uradować mój lud, który dokonany przeze mnie wybór upewni, że pragnę jego dobra”4.

List jest krótki, ale miły i pełen szacunku. Po raz pierwszy Marynka czuje, że ktoś zwraca się do niej jak do królowej. Z listu wynika też, że historia o „polskim Kopciuszku” jest szeroko komentowana we Francji, król o tym wie i wcale go to nie martwi. O ile bowiem decyzja Ludwika zaszokowała wiele arystokratycznych rodów, o tyle wśród prostego ludu wybór znanej z pobożności, skromności i dobroczynności Polki odbierany był z prawdziwą euforią. Jak historia z bajki, która może spełnić się w prawdziwym życiu.

Maria, chcąc odwdzięczyć się za list, własnoręcznie spisuje na pergaminie Godzinki i wysyła do najlepszego introligatora w Metzu, by oprawił ten osobisty prezent dla króla najpiękniej, jak potrafi.

Wissembourg stał się nagle ruchliwym miejscem. Alzaccy arystokraci, niemieccy książęta, nawet ci, którzy do niedawna ignorowali Leszczyńskich, zaczynają tłumnie pielgrzymować do przyszłej królowej Francji i jej ojca. Marynka przyjmuje wszystkich grzecznie, ale zdaje sobie sprawę, że po wyjeździe do męża czeka ją zupełnie nowe życie. Ludwik już kompletuje dla niej dwór – dwanaście specjalnie wyselekcjonowanych dam, które będą jej towarzyszyły w Wersalu przez cały czas. Jak sobie z nimi radzić? Jak nie dać się wciągnąć w intrygi sprytnych arystokratek? Maria nigdy nie poznała prawdziwie królewskiego życia. Dwór, jaki zna, to zaledwie kilkanaście wiernych Leszczyńskim osób, które towarzyszą im od ponad dwudziestu lat. Ojciec, jak zwykle z filozoficznym spokojem, tłumaczy zawiłości polityki, daje rady. Znów chodzą na długie spacery, jak kiedyś w Kristianstad czy Zweibrücken. Ale nie są to już rozmowy na różne tematy. Teraz dotyczą kwestii przetrwania Marii w znanym z intryg i spisków Wersalu.

Tymczasem „Mały Pałac” Webera, od siedmiu lat siedziba Leszczyńskich w Wissembourgu, zrobił się zdecydowanie za ciasny na coraz liczniejsze przyjęcia. Pomocą służy hrabina d’Andlau, ulubiona „ciocia” Marii i najlepsza przyjaciółka jej matki. Rodzina przenosi się do pięknej rezydencji w dużym parku, zaraz za murami Strasburga. Stamtąd w przeddzień ślubu Maria przeniesie się do pałacu gubernatora miasta. Tymczasem w Wersalu trwają przygotowania do skomplikowanej ceremonii.

Ślub monarchy nie jest uroczystością jak inne. Zwykłym śmiertelnikom trudno pojąć wszystkie subtelności i niuanse takiego wydarzenia. Dość powiedzieć, że ceremonie zaślubin miały być dwie. Jedna w Strasburgu, gdzie w imieniu Ludwika XV miał poprowadzić Marię do ołtarza wyznaczony przez niego pełnomocnik. Druga, właściwa, miała się odbyć w Fontainebleau, letniej rezydencji królów Francji. Dopiero tam Maria miała zobaczyć po raz pierwszy swojego męża. A całość poprzedzało jeszcze podpisanie kontraktu ślubnego i ceremonia zaręczyn.

W czerwcu rozpoczyna się w Strasburgu niesłychany rozgardiasz. Miasto przygotowuje się na wydarzenie, jakiego jeszcze nie widziało. Wiadomo, że pełnomocnikiem króla będzie jego imiennik, Ludwik Orleański, syn zmarłego regenta Filipa. To on poślubi Marię per procura w strasburskiej katedrze, gdzie zawarcie małżeństwa ogłosi kardynał Rohan, dobry przyjaciel rodziny Leszczyńskich. Wir wydarzeń porywa Marynkę. Dziewczyna wie, że spełnia się największe marzenie jej ojca – będzie królową! Lata wyrzeczeń, biedy i poniewierki nie poszły na marne. Ojciec został królem Polski z woli bożej, lecz zły los i wrogowie pozbawili go tronu. Ale nie korony. Tej nigdy się nie zrzekł i w świetle praw boskich nadal pozostaje królem. Marynka zrobi wszystko, by jej nikt nie pozbawił korony.

Dziewiętnastego lipca zostaje podpisany w Strasburgu układ ślubny. Trzy tygodnie później przyjeżdża pełnomocnik króla, Ludwik Orleański. Do miasta ciągną orszaki arystokratów, z Wersalu, niemieckich księstw… Na 14 sierpnia wyznaczono uroczystość zaręczyn, a już następnego dnia ma się odbyć ślub. Datę Maria wyznaczyła sama. To jej imieniny, a jednocześnie obchody Wniebowzięcia Najświętszej Panienki, którą darzy wielką czcią.

W końcu nastaje dzień, o którym rodzina Leszczyńskich mogła dotąd jedynie marzyć. Od rana biją dzwony w kościołach. W katedrze w Strasburgu mistrz ceremonii, markiz de Dreux, stworzył prawdziwe cudo. Przed głównym ołtarzem stanęły dwa osobne podesty przykryte baldachimami i udekorowane najpiękniejszymi kobiercami kwiatów. Ten po lewej był przeznaczony dla króla Stanisława, jego żony i córki. Po prawej – dla księcia Orleanu. W ich pobliżu ustawiono honorowe miejsca dla najważniejszych urzędników dworskich i oficerów. Pod chórem rozciągały się wielostopniowe amfiteatry dla przybyłej z całego kraju i sąsiednich księstw arystokracji.

Maria z ojcem i matką czekała w pałacu gubernatora, ubrana w srebrną suknię z długim trenem. Zaszczytu niesienia go dostąpiła hrabina de Linanges, długoletnia przyjaciółka rodziny. Tuż przed godziną jedenastą pojawił się książę Orleanu w towarzystwie świadków – księcia d’Antin i markiza de Beauveau. Razem zeszli do czekających na placu karet. W asyście sześciuset Szwajcarów z gwardii królewskiej orszak ruszył przez udekorowane kwiatami i transparentami miasto. Przez całą drogę do katedry wzdłuż ulicy stoi szpaler ludzi wznoszących okrzyki na cześć przyszłej królowej. Żołnierze oddają honory przy dźwiękach bębnów i trąb. W katedrze Stanisław Leszczyński prowadzi córkę do ołtarza, przy którym stoi już Ludwik Orleański.

Ceremonia jest długa, kardynał Rohan potrzebuje czasu, by wymienić wszystkie zalety Marii i jej rodziców. Na zakończenie mszy proboszcz przykatedralnej kaplicy kładzie przed panną młodą księgę ślubów. Maria podpisuje się, po raz pierwszy dodając przy swoim imieniu słowo „królowa”. To najwspanialsza chwila w życiu ojca wygnańca.

Czy dla jego córki także? Na razie nie ma ona ani chwili, by o tym pomyśleć. Wkroczyła w inny świat, świat nowych ludzi, ceremonii i obowiązków, które trudno ogarnąć. Po zaślubinach wraca do pałacu gubernatora, gdzie czekała nadintendentka jej dworu, panna de Clermont. Następuje prezentacja pierwszej damy honorowej i dwunastu dwórek, honorowych kawalerów, koniuszych, oficerów… Dopiero późnym popołudniem Maria może zasiąść do stołu. To pierwszy ceremonialny obiad, en grand couvert, razem z całą świtą, ojcem i matką. Po nim, przy wciąż grzmiących działach strasburskiej cytadeli, Maria ze swoim orszakiem, w eskorcie królewskiej gwardii, znów idzie na nabożeństwo do kościoła, a potem na procesję. Spać położy się dopiero późno w nocy.

Kolejny dzień wypełniają delegacje władz miasta, cechów, pastora i rabina. Wszyscy przynoszą podarunki. Korowód ludzi ciągnie się do popołudnia, a następnego dnia wyjazd do męża! Siedemnastego sierpnia rano Stanisław Leszczyński wręcza córce długi list pełen rad dotyczących jasnych i ciemnych stron królewskiego życia. Chociaż sam był władcą krótko, burzliwe panowanie dało mu wiele tematów do przemyśleń. Czy wierzył w to, że kiedykolwiek będzie miał okazję podzielić się nimi z córką? Maria ciężko przeżywa rozstanie z ojcem, człowiekiem, którego kiedyś bardzo jej brakowało, ale który przez ostatnie jedenaście najważniejszych lat cały czas był u jej boku. Tęsknić będzie też za matką i babcią Anną, która pozostała w Wissembourgu. Ściskając w ręku list, w ciągnącym się na ponad kilometr sznurze karet i wozów, rusza ku przeznaczeniu.

***

Czemu Charles Perrault nie dokończył bajki o Kopciuszku? Cóż, miał powody. Królewskie życie nie jest bowiem bajką. Wyruszając na spotkanie z królem, Maria doskonale wiedziała, jaki jest cel jej małżeństwa. Została poślubiona, by dać Francji następcę tronu. I musiała się z tego wywiązać.

Ze Strasburga do Fontainebleau jest ponad pół tysiąca kilometrów. Tymczasem pogoda zaczyna się gwałtownie psuć. Na pierwszy postój, w Saverne, dojeżdża konno Stanisław Leszczyński. Nie zważając na błoto, ojciec i córka idą na spacer, na górę za miasteczkiem. Widok królowej budzi entuzjazm napotkanych ludzi. Potem ślubna karawana jedzie do Metzu. Tam również następuje piękne powitanie, a Maria dostaje tradycyjny prezent z tych stron – dzbanki konfitur morelowych. Ale nastaje prawdziwy kataklizm pogodowy. Karety grzęzną w błocie i do ich wyciągania trzeba zaprzęgać dodatkowe konie. Ubłoceni, przemoknięci dworzanie nie przypominają już w niczym strojnej świty ze strasburskich ceremonii. Susząc w pośpiechu ubrania, wywołują nawet pożar w jednej z kwater.

Przesądni ludzie są przekonani, że podróż to zły znak dla przyszłej królowej. Czy rzeczywiście czeka ją aż tak ciężkie życie?

Na spotkanie orszaku śpieszą wysłani przez Ludwika XV kurierzy. Król niecierpliwi się, chciałby poznać swoją żonę jak najszybciej. Jednakże Maria przybywa do Fontainebleau dopiero po osiemnastu dniach. Jest blada i zmęczona, jej kareta kilkukrotnie omal nie utonęła w błocie. Ludwik całuje ją na powitanie w oba policzki. Prezentacje, krótki odpoczynek, a już następnego dnia o dziesiątej rano zaczynają się przygotowania Marii do ślubu, który ma się odbyć tuż po południu w królewskiej kaplicy. Szaty królowej są wspaniałe: suknia z fioletowego aksamitu usiana szczerozłotymi liliami, z rękawami i dekoltem ozdobionym diamentowymi klamrami, podbity gronostajami płaszcz. Ale są też niebywale ciężkie – jedenastometrowy tren muszą nieść aż trzy księżniczki druhny. Przemęczona Maria niemal mdleje po włożeniu ślubnych szat, lecz szybko dochodzi do siebie.

Według opisu pozostawionego przez Woltera ceremonia była wspaniała. Po niej i po weselnej uczcie przyszedł czas na najważniejszą część – noc poślubną. Maria była dziewicą, a piętnastoletni Ludwik nie miał doświadczeń z kobietami. Widzieli się pierwszy raz. Mimo to była między nimi jakaś chemia. Następnego dnia król z dumą oznajmił, że od jedenastej wieczorem do dziesiątej rano kochał się ze swoją żoną siedmiokrotnie. To dobrze wróżyło małżeństwu, a przede wszystkim rachubom na szybkie pojawienie się następcy tronu.

Minął jednak ponad rok – wypełniony wersalskimi intrygami, w które zamieszana była też Maria, a które ostatecznie doprowadziły do wygnania z dworu jej największego poplecznika, księcia de Condé – a dziecka wciąż nie było. Dworzanie zaczynali plotkować. Niesłusznie. Organizm Marii musiał przystosować się do nowych warunków. Wielki, przypominający labirynt pałac. Każda czynność będąca małą ceremonią. Pobudka o ósmej i wizyta lekarza. Modlitwa w kaplicy, a po niej filiżanka kawy lub czekolady – pierwsze śniadanie. Potem petit lever – małe wstawanie w towarzystwie damy honorowej, uwieńczone kąpielą grand lever – dużym wstawaniem w towarzystwie wszystkich obecnych tego dnia dam. Protokół obowiązuje: po kąpieli koszulę może podać królowej tylko najwyższa pozycją księżniczka krwi. Jeśli więc nie ma jej w pokoju kąpielowym, zziębnięta, naga Maria musi cierpliwie czekać. Także obiad nie jest zwykłą czynnością. Podawanych królowej napojów musi najpierw spróbować sługa, aby więc ugasić pragnienie, królowa musi czekać długie minuty. No i te potrawy… Maria ma świetny apetyt, ale w Wersalu mu zbyt pofolgowała. W sierpniu 1726 roku rozchorowała się tak bardzo, że wielokrotnie puszczano jej krew i udzielono ostatniego namaszczenia. A była to po prostu ciężka niestrawność.

Powoli jednak stres spowodowany całkowitą zmianą stylu życia mijał. Organizm Marii przyzwyczajał się do nowych warunków. W styczniu 1727 roku lekarz oznajmił z dumą Ludwikowi, że królowa jest w ciąży. Władca osobiście asystował przy porodzie, który odbył się 14 sierpnia. Ówczesne gazety odnotowały nawet, że trzymał żonę za rękę i czule ją gładził. Tuż po godzinie jedenastej na świat przyszła pierwsza dziewczynka, a zaraz po niej – druga. Maria była trochę zawiedzona, że nie urodziła syna, ale Ludwik XV zachwycał się pierworodnymi bliźniaczkami. Wersal uczcił to wydarzenie sztucznymi ogniami. Zgodnie z królewską tradycją dziewczynki miały dostać imiona na swoje dziesiąte urodziny. Do tej pory miały być znane jako Madame Première i Madame Seconde.

Był to jednak początek długiej serii. Dwa i pół miesiąca po porodzie Maria znów była w ciąży. W lipcu 1728 roku urodziła kolejną córkę. Tym razem konsternacja i rozczarowanie były wyraźne. Król ponownie pocieszał zasmuconą żonę, ale zabawy w mieście przygotowane na narodziny królewskiego syna odwołano. Kilka miesięcy później Maria osobiście udała się do katedry Notre Dame, w której zarządzono czterdziestogodzinne modły o narodziny delfina Francji. Od 1349 roku był to tytuł następców tronu francuskiego, który przysługiwał najstarszemu synowi. Nazwa pochodziła od herbu, w którym znajdował się delfin.

Modły zostały wysłuchane – we wrześniu 1729 roku królowa urodziła zdrowego chłopca. Radość Ludwika XV nie miała granic. Wersal uczcił wydarzenie trzydniową fetą, w czasie której rozdawano mieszkańcom darmowe piwo, mięso i chleb. Sam Ludwik podarował Marii w prezencie piękny neseser z przyborami toaletowymi. Przyjął też w pałacu Trianon jej rodziców z ceremoniałem należnym koronowanym głowom. Dla Stanisława Leszczyńskiego był to żywy dowód na to, jak bardzo urosła pozycja jego córki na wersalskim dworze po narodzinach jego wnuka.

Dziewięć tygodni po przyjściu na świat delfina, który otrzyma imiona Ludwik Ferdynand, Maria znów jest w ciąży. W sierpniu 1730 roku rodzi kolejnego chłopca, który otrzymuje tytuł księcia Andegawenii. Ludwik XV pęka z dumy – ma zaledwie dwadzieścia lat, a jest już ojcem piątki dzieci! Maria również się cieszy. Narodziny dwóch synów zapewniły jej mocną pozycję na dworze. Polka zaczyna stawiać do pionu zbyt pewne siebie dotąd arystokratki. Do legendy przechodzi historia, jak jedna z dam, nie zważając na protokół, podczas wizyty w komnacie królowej położyła na krześle swoją kosztowną pelisę. Sługa wyniósł ją do antyszambru, gdzie… nasikał na nią ulubiony kot Marii. Wściekła madame wróciła do królowej z pretensją, że jej ludzie pozwolili na coś takiego. „Zechciej zapamiętać, droga pani” – odpowiedziała spokojnie Maria – „że ludzi to ma pani, a nie ja. Ja mam oficerów komnaty, którzy zasłużyli na zaszczyt służenia mi, a to pani powinnaś przybyć w towarzystwie przynajmniej lokaja, który wziąłby od pani pelisę”5.

Doskonały francuski królowej, pełen złośliwych czasem subtelności, budził podziw w Wersalu. Po urodzeniu piątki dzieci w ciągu pięciu lat małżeństwa pozycja Marii na dworze umocniła się. Ale właśnie wtedy coś zaczęło się psuć między nią a Ludwikiem.

Rodzicielskie obowiązki najwyraźniej nudziły młodego króla. Zaczynał się wymykać do znajomych arystokratów, by wesoło spędzać czas. Towarzystwo pobożnej żony, zmęczonej kolejnymi ciążami i porodami, coraz bardziej go męczyło. Nie znaczy to, że ją zaniedbywał. W marcu 1732 roku Maria urodziła szóste dziecko – córkę Marię Adelajdę. Tym razem nie świętowano. Pięć miesięcy później znów była w ciąży, ale wiedziała już, że król ją zdradza. Cios był tym silniejszy, że jego metresą została Louise de Mailly, jedna z ulubionych dam Marii. Mogłoby się wydawać, że takie sytuacje na królewskim dworze to norma. Jednakże dotąd Ludwik był wierny żonie, a ona – wychowanka jezuity – nie była w stanie czegoś takiego zaakceptować.

Nadchodzi rok 1733, w którym radość miesza się ze smutkiem. Maria ma trzydzieści lat. W lutym ją i jej ojca elektryzuje wiadomość o śmierci Augusta II. Czy to znaczy, że droga na polski tron jest otwarta? Maria zaczyna zabiegać o polityczne wsparcie Francji dla ojca, ale wszechwładny kardynał Fleury jest niechętny mieszaniu się w sprawy dalekiego kraju. Sugeruje, że chociaż Stanisław nigdy nie zrzekł się tronu, od jego elekcji minęło tyle czasu, że powinien stanąć do niej po raz kolejny. Między Wersalem a Wissembourgiem zaczyna się ożywiona wymiana listów przewożonych przez zaufanego sługę Leszczyńskich, Włodka. Tymczasem dochodzi do tragedii.

W lutym na źle leczony bronchit umiera trzecia córka, pięcioletnia Maria Ludwika. W kwietniu gaśnie niespełna trzyletni syn. Ludwik XV jest przerażony, myśli, że to kara za jego zdrady. Nie porzuca jednak pani de Mailly. W maju Maria rodzi siódme dziecko, Wiktorię Ludwikę. Dwór jest rozczarowany – śmierć męskiego potomka mogły wynagrodzić królowi tylko narodziny kolejnego syna.

Trwa tajna wyprawa ojca Marii do Polski. Pięćdziesięciosześcioletni Stanisław Leszczyński, w przebraniu kupca i z fałszywym paszportem, przedziera się przez kilka krajów, by 12 września znów stanąć do elekcji w Warszawie. Zostaje wybrany, ale niespełna trzy tygodnie później zwolennicy Sasów, pod osłoną rosyjskiego korpusu, wybierają na króla trzydziestosiedmioletniego syna Augusta II. Polska znów ma dwóch władców i znów zaczyna się wojna o tron. Stanisław Leszczyński musi schronić się w Gdańsku, na który maszerują saskie i rosyjskie wojska. Wie, że jego siły są za małe i bez wsparcia Francji nie będzie w stanie utrzymać władzy. Maria robi, co może, by zorganizować ekspedycję na pomoc ojcu. Jej rzeczniczką staje się księżna de Luynes, jedna z dam dworu, z którą Marię połączy przyjaźń.

Jednakże wysłane z Brestu na okrętach wojska liczą tylko trzy tysiące ludzi. Francja musi pokazać poparcie dla króla Stanisława, lecz wcale nie zamierza angażować się w wojnę w dalekim kraju. Po drugiej, nieudanej próbie desantu na Pomorzu dowodzący korpusem hrabia La Motte nakazuje zawrócenie okrętów. Nie pozwala na to ambasador Francji w Polsce, hrabia de Plélo. Obejmuje dowództwo i ginie w walce. Gdańsk pada. Maria zaopiekuje się osieroconymi dziećmi hrabiego, ale przez wiele miesięcy nie będzie miała żadnych wieści o ukochanym ojcu. Ten, jak trzydzieści lat wcześniej, znów musi się ukrywać i przedzierać w przebraniu przez wrogie tereny. Dopiero latem 1734 roku do Francji dotrze informacja, że Leszczyński żyje i jest bezpieczny. W międzyczasie Maria zdąży urodzić ósme dziecko – córkę Zofię.

***

Wyprawa Leszczyńskiego do Polski, chociaż politycznie nieudana, nie była całkowitą klęską. Podczas wojny o polską sukcesję rozgorzał na nowo konflikt Burbonów z Habsburgami o posiadłości we Włoszech. Familijny pakt francusko-hiszpański z 1733 roku przewidywał wyparcie Habsburgów z Italii. W wyniku dwuletniej wojny cesarz Austrii Karol VI Habsburg zrzekł się na rzecz Hiszpanii Neapolu i Sycylii, a na swoim przyszłym zięciu, księciu Franciszku, wymógł rezygnację z księstw Lotaryngii i Baru na rzecz Stanisława Leszczyńskiego. Ten na mocy traktatu zachował tytuł polskiego króla, ale zrzekł się praw do tronu. W zamian został władcą całkiem rozległych księstw na północno-wschodnim pograniczu Francji, ze stolicą w Nancy. Po jego śmierci przejść miały one pod koronę Burbonów.

Polski król był zadowolony z takiego rozwoju wydarzeń i szybko przystąpił do budowy wspaniałego barokowego pałacu w Lunéville, który miał się stać reprezentacyjną rezydencją. A jego córka? Cóż, znów była w ciąży. Ludwik XV, mimo ochłodzenia relacji z żoną, nie zrezygnował z męskiego potomka. „Wciąż w łożu, wciąż brzemienna, wciąż w połogu”6 – notowała z goryczą Maria. Jednakże królowi nie dane było cieszyć się kolejnym synem. Po poronieniu Maria znów zaszła w ciążę i w maju 1736 roku urodziła dziewiąte dziecko – Teresę Felicję. Rok później na świat przyszła jeszcze jedna córka – Ludwika Maria. Po niej Maria jeszcze raz spodziewała się dziecka, ale poroniła. Lekarz powiedział jej, że kolejnej ciąży nie donosi. Maria miała trzydzieści pięć lat i więcej dzieci mieć już nie mogła.

Ósemka dzieci i tak była w Wersalu problemem. Cztery córki kardynał Fleury postanowił wysłać na wychowanie do zakonnic z Fontevraud. Z Marią miały zostać tylko dwie najstarsze, sześcioletnia Maria Adelajda, żywe srebro, która uprosiła ojca, by pozostawił ją przy matce, i syn – delfin Francji. Tego jednak hołdujący coraz bardziej swobodnym obyczajom Ludwik XV też postanowił odizolować od Marii, bojąc się, że pod wpływem królowej bigotki następca tronu zacznie się zwracać przeciwko niemu. Nic to jednak nie dało. Chociaż Maria miała niewielki wpływ na wychowanie Ludwika Ferdynanda, ten pod względem przywiązania do religii i twardych zasad moralnych przypominał ją najbardziej ze wszystkich dzieci. „O syna nie boję się wcale”7 – pisała z dumą do ojca.

Tymczasem Ludwik XV coraz bardziej pogrążał się w rozpuście. Po pani de Mailly przyszedł czas na Pauline de Vintimille, z którą miał dziecko, ale która zmarła przy porodzie. Maria, cierpiąc w samotności, udawała, że nie dostrzega zdrad męża. W końcu w pałacu zagościła metresa, której nie dało się ignorować. Była to Jeanne Antoinette Poisson, po mężu Le Normant d’Étiolles. Bardziej znana jako Madame de Pompadour. Dała o sobie znać w 1745 roku, kiedy jako przebojowa dwudziestoczterolatka wdarła się na bal maskowy w Wersalu. Pozostała w nim na dziewiętnaście lat.

Współcześni królowej Marii kronikarze ze zgrozą wspominali, jak wraz z pochodzącą z gminu metresą do królewskiego pałacu wdarł się wulgarny język, pospolite obyczaje i libertyński światopogląd. Dla religijnej królowej było to równie nieznośne jak fakt, że inna kobieta na stałe zagościła w sercu jej męża. Jednakże stosunek Madame de Pompadour do Marii był dość niezwykły. Kochanka króla darzyła królową wielkim szacunkiem, broniła ją przed intrygami i zarzutami dworzan, że nastawia dzieci przeciw Ludwikowi XV. W rzeczywistości Maria nie musiała tego robić. Jej syn, a szczególnie żywiołowa piąta córka, gdy tylko podrośli, natychmiast zaczęli krytykować panujące w Wersalu obyczaje. Zwłaszcza prowodyrka Maria Adelajda miała za złe matce zbyt miękki stosunek do Ma­dame de Pompadour, dla której wymyśliła przezwisko Maman Catin – „Mamuśka Kurwa”. Co szybko podchwyciła reszta rodzeństwa.

Maria coraz częściej szukała zapomnienia w muzyce, lekturach i działalności dobroczynnej. W tajemnicy przed dworem organizowała akcje dobroczynne, wspomagała szkoły, klasztory i schroniska dla bezdomnych, spłacała długi ludzi, którzy trafili za nie do więzienia. Finansowała też pensje dla córek wydziedziczonej szlachty, by mogły zdobyć uczciwy zawód. Po Francji coraz szerzej roznosiła się wieść o Notre Bonne Reine – Naszej Dobrej Królowej, pobożnej, skromnej, chcącej ulżyć poddanym w ich ciężkim życiu. Gdy Wersal pogrążał się w coraz bardziej libertyńskich obyczajach, na francuskiej prowincji dzięki Marii dokonywał się zupełnie inny moralny przewrót.

Ale królowej nie dane było zaznać spokoju. Po śmierci pierwszej dwójki dzieci odeszły kolejne. W wieku ośmiu lat zmarła Teresa Felicja, osiem lat później dwudziestopięcioletnia Anna Henrietta, druga z bliźniaczek. Jej siostra Maria Ludwika Elżbieta siedem lat później, już jako księżna Parmy, żona hiszpańskiego księcia Filipa Burbona. Maria przeżyła także matkę i najstarszego wnuka. Największe tragedie miały jednak dopiero nadejść.

W grudniu 1765 roku na ciężkie zapalenie płuc zmarł Ludwik Ferdynand, delfin Francji. Ukochany syn Marii, z którym – poza ojcem – rozumiała się najlepiej, miał trzydzieści lat. Pozostawił piątkę dzieci (trójka z nich stanie się w przyszłości królami) i zrozpaczoną żonę, która po śmierci męża zaczęła gasnąć w oczach. Maria Józefa była córką… Augusta II i wnuczką Augusta III, dwóch rywali Leszczyńskiego do polskiego tronu. Królowa Francji była początkowo niechętna temu małżeństwu, ale szybko okazało się, że wnuczka największego wroga jej ojca i wnuk Stanisława stworzyli wyjątkowo szczęśliwą parę. Maria Józefa stała się ukochaną synową Marii, która z niepokojem patrzyła na jej stale pogarszające się zdrowie. Tymczasem z Lunéville nadeszła zła wiadomość. Stary, osiemdziesięciodziewięcioletni książę Leszczyński uległ ciężkiemu poparzeniu, gdy od ognia w kominku zajęły się jego szaty. Po osiemnastu dniach straszliwych cierpień, które znosił jak zwykle ze stoickim spokojem, zmarł 23 lutego 1766 roku.

Królowa Maria odeszła 24 czerwca 1768 roku o godzinie dwudziestej drugiej piętnaście. Miała sześćdziesiąt pięć lat. Przez sześć miesięcy choroby czuwały przy niej cztery córki i mąż. Ludwik XV wiedział, że traci żonę, która dała mu dziesięcioro dzieci i najlepiej, jak potrafiła, wypełniała obowiązki królowej. Monarcha też się zmienił – nie był już młodym, skłonnym do miłostek człowiekiem. Madame de Pompadour, która zmarła na gruźlicę cztery lata przed Marią, była historią. Król naprawdę cierpiał. Cierpieli też mieszkańcy Francji, którzy po wystawieniu na osiem dni na widok publiczny ciała Naszej Dobrej Królowej pielgrzymowali do niej tysiącami. Widząc te tłumy, wzruszony król Ludwik XV powiedział tylko do kardynała Richelieu: „Patrz, jak oni ją kochali”8.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Wstęp

ROZDZIAŁ 1. Maria Leszczyńska

ROZDZIAŁ 2. Zofia Potocka

ROZDZIAŁ 3. Maria Walewska

ROZDZIAŁ 4. Helena Modrzejewska

ROZDZIAŁ 5. Maria Skłodowska-Curie

ROZDZIAŁ 6. Misia Sert

ROZDZIAŁ 7. Helena Rubinstein

ROZDZIAŁ 8. Tamara Łempicka

ROZDZIAŁ 9. Hanka Ordonówna

ROZDZIAŁ 10. Ida Haendel

Wybrana bibliografia

1 J. Levron, Maria Leszczyńska, tłum. K. Szerzyńska-Maćkowiak, Świat Książki – Bertelsmann Media, Warszawa 2007, s. 16–17 (wszystkie przypisy pochodzą od autorów).

2 Tamże, s. 18–19.

3 Tamże, s. 32–33.

4 Tamże, s. 47.

5 Tamże, s. 85–86.

6 W. Quomodo, Dobra królowa Maria Leszczyńska, vol. 1, Fundacja im. Króla Stanisława Leszczyńskiego „Quomodo”, Poznań 2009, s. CXIX.

7 Tamże, s. CXCVIII.

8 Tamże, s. CCLXIX.

Table of Contents

Wstęp

ROZDZIAŁ 1. Maria Leszczyńska

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wybranki fortuny 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI