Misjonarka

Misjonarka

Autorzy: Maria Nurowska

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 312

Cena książki papierowej: 36.00 zł

cena od: 23.04 zł

Historia dwóch kobiet, które przeżyły jedno, wspólne życie, wcale tego nie pragnąc, a nawet o tym nie wiedząc.

Sylwester 2000 roku, na ulicach Monachium wiwatujący tłum, Eliza wraca myślami do czasu, gdy była młodą kobietą. Na Pomorzu pozostawiła wszystko co było jej drogie, dom, groby najbliższych i ukochanego mężczyznę.

Misjonarka Marianna, umiera w Afryce zarażona AIDS. Wzywa Elizę do siebie, aby mogły rozliczyć się ze swoim życiem i odkryć  rodzinną tajemnicę, która rozdzieliła je na wiele lat.

Przed laty książka ukazała się pod tytułem „Niemiecki taniec”.

Maria Nurowska jest jedną z najwybitniejszych i najpopularniejszych polskich pisarek. Wydała ponad trzydzieści książek, m.in. „Hiszpańskie oczy”, „Listy miłości”, „Miłośnicę”, fabularyzowaną biografię Krystyny Skarbek, opowieść o Ryszardzie Kuklińskim – „Mój przyjaciel zdrajca”, „Księżyc nad Zakopanem”, a w ostatnich latach „Drzwi do piekła”, „Dom na krawędzi”, „Wariatkę z Komańczy” i „Bohaterowie są zmęczeni”. Jej książki zostały wydane w 23 krajach; w Niemczech, we Francji i w Chinach były bestsellerami.

jest jedną z najwybitniejszych i najpopularniejszych polskich pisarek. Wydała ponad trzydzieści książek, m.in. Hiszpańskie oczy, Listy miłości, Miłośnicę, fabularyzowaną biografię Krystyny Skarbek, opowieść o Ryszardzie Kuklińskim – Mój przyjaciel zdrajca, Księżyc nad Zakopanem,a w ostatnich latach Drzwi do piekła, Dom na krawędzi, Wariatkę z Komańczy, Bohaterowie są zmęczeni i Dziesięć godzin. Jej książki zostały wydane w 23 krajach, w Niemczech, we Francji i w Chinach były bestsellerami.

Copyright © Maria Nurowska, 2000, 2017

Projekt okładki

Julia Lew

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Korekta

Marianna Chałupczak

ISBN 978-83-8123-555-6

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Jackowi

*

Zamek w Krokowej na Pomorzu… a właściwie ruiny tego zamku, otoczone kilkusetletnimi platanami, na wiele lat zawładnęły moją wyobraźnią. W przeszłości, spędzając w tych okolicach wakacje z moją córką, odwiedzałam te ruiny. Córka była wtedy mała, teraz jest już dorosła. Nie ma też ruin zamku, został odbudowany i wiele stracił ze swojej tajemniczości. Choć schody skrzypią tak samo, nie stąpają już po nich duchy. Mimo to postanowiłam wprowadzić na nie moje bohaterki. Dlaczego zdecydowałam się napisać książkę o dwóch starych Niemkach, które nie mogą pogodzić się z własną przeszłością? Nie ma innego wyjścia: zbyt wiele materiału literackiego zgromadziłam przez te wszystkie lata, zbyt wiele pojawiło się we mnie pytań, na które nie umiałam znaleźć odpowiedzi, abym mogła się teraz wycofać. Pomysł powieści przyszedł mi do głowy ponad dwadzieścia lat temu, kiedy nieznajoma kobieta z pociągu opowiedziała mi swoją historię. Tuż po wojnie jako młoda dziewczyna została w jednym z pomorskich miasteczek postawiona pod pręgierzem – dlatego że była Niemką. Naga, z zawieszoną na szyi tabliczką z napisem „Heil Hitler”, przez trzy dni stała na rynku, przykuta łańcuchem do studzienki. Jej prześladowcami byli Polacy, niedawno jeszcze sami prześladowani – za to tylko, że byli Polakami. Zapamiętałam twarz mojej rozmówczyni, opowiadającej mi o zdarzeniu, które odcisnęło piętno na całym jej późniejszym życiu. Musiały minąć lata, aby ta twarz stała się twarzą jednej z moich bohaterek.

Maria Nurowska

**

Konieczność wyboru… zawsze się staje przed koniecznością jakiegoś wyboru, myślała, idąc aleją parkową. Był ciepły wrześniowy dzień, więc przedłużyła sobie spacer i teraz bolały ją nogi. Powinna była to przewidzieć, ale tak lubiła Englischen Garten, szczególnie jesienią. Liczyła zresztą na to, że odpocznie w chińskim pawilonie, wypije herbatę i dopiero potem ruszy w drogę powrotną do pensjonatu. Pensjonat! Nazwijmy rzecz po imieniu: dom starców, na który się zdecydowała po długich wahaniach. Mogłaby niczego nie zmieniać, pozostać w swoim mieszkaniu i zatrudnić służącą, ale mieszkanie znajdowało się na trzecim piętrze, a ona nie znosiła windy. Kiedy była młodsza, wchodziła po schodach, z czasem stawało się to coraz bardziej uciążliwe. Więc stanęła przed wyborem: zmienić lokum albo sposób życia. Bo przenosiny do pensjonatu oznaczały zmianę, nie tylko przyzwyczajeń, ale myślenia o sobie. Stawała się oto pensjonariuszką domu opieki, kobietą bez rodziny, którą miano się zajmować za pieniądze. Gdyby jej powiedziano w młodości, że taka będzie jej starość, nie uwierzyłaby. Wtedy wydawało się, że życie upłynie jej w miejscu, w którym przyszła na świat, pośród znajomych twarzy. W pobliżu grobów rodzinnych. Miała też prawo myśleć o obecności wnuków, była przecież kiedyś matką…

Pawilon okazał się zamknięty i chcąc nie chcąc, zawróciła.

Poszukując dla siebie miejsca, brała pod uwagę położenie takiego domu, a także to, ile trzeba będzie tam płacić. Miała pewne oszczędności, ale musiała gospodarować nimi bardzo ostrożnie. Ceny w pensjonatach, które odwiedzała, były wygórowane, a zależało jej na pozostaniu w Monachium. Lubiła to miasto, spędziła tu bowiem większość swojego życia. Jest takie powiedzenie, że nie przesadza się starych drzew. A co z młodymi? Czy nie jest to jeszcze bardziej niebezpieczne? Czy takie wyrwanie z korzeniami ze znajomej gleby nie może skończyć się katastrofą? Była tego dobrym przykładem…

Z ulgą rozpoznała znajomą fasadę domu opieki; był to stary, trzypiętrowy budynek porośnięty dzikim winem, które teraz nabierało koloru purpury. Przytrzymując się balustrady, weszła po schodkach i od razu skierowała się do swojego apartamentu, na parterze. Mijając dyżurkę, pozdrowiła znajomą recepcjonistkę. Eliza lubiła jej twarz, kiedy dziewczyna się uśmiechała, robiły jej się w policzkach urocze dołki.

– Frau Eliza! – zawołała, a gdy Eliza przystanęła, wręczyła jej list.

– List do mnie? – spytała ze zdumieniem.

– I to z daleka – odpowiedziała dziewczyna – aż z Afryki!

Koperta oklejona egzotycznymi znaczkami zaadresowana była na jej nazwisko, więc nie należało myśleć o pomyłce. Ale kto mógł do niej pisać z Afryki? Na odwrocie nie było nadawcy. Rozerwała kopertę.

Droga moja, Elizo – czytała – zapewne zdziwi Cię ten list po latach milczenia. Minęło pół wieku od czasu, kiedy widziałyśmy się po raz ostatni. Stałaś przede mną, Elizo, wyprostowana, nie zaszczyciwszy mnie nawet jednym spojrzeniem. A ja czekałam. Czekałam na Twoje pytanie. Nie zadałaś go jednak. Nie zezwalała Ci na to Twoja duma. Ani na chwilę nie byłaś w stanie zapomnieć, kim jesteś. Najpierw byłaś Elizą baronówną Falkenberg, wdową po Ulrichu von Saarow, dopiero potem kobietą… Być może jako kobieta zrozumiałabyś mnie albo chociaż starała się zrozumieć. Przez pół wieku hodowałaś swoją nienawiść do mnie, karmiłaś się nią, to ona trzymała Cię przy życiu. Czułam to niemal każdego dnia, udało Ci się nawet przerzucić tę krwawą nić na drugi kontynent… Dlaczego wtedy, po moim powrocie z Pomorza, swoim milczeniem ułatwiłaś mi podjęcie tamtej decyzji? Piekło wyrzutów sumienia jest piekłem najgorszym, nie mógł tego umniejszyć fakt, iż włożyłam habit zakonny. Przywdziałam go jako dojrzała osoba, unikam tu słowa kobieta, bo chyba tak naprawdę nie byłam nią nigdy. Ty byłaś kwintesencją kobiecości, próbowałam Cię naśladować, lecz tak nieudolnie… że przestałam. Mogłam przeżyć tylko coś, czego Ty nie zaznałaś. Z dala od Ciebie. To główny powód, dla którego opuściłam Niemcy na zawsze… Latami powtarzałam sobie, że to Ty jesteś bardziej winna, to Ty skazałaś nas obie na mękę milczenia; milczenia, które zatruwa duszę, jest jak powolna śmierć. Ona nadchodzi naprawdę, Elizo. Moje dni są policzone, zmogły mnie wiek i choroba. Mam głęboką nadzieję, że nie odmówisz mojej prośbie i przybędziesz do łoża umierającej. Twoja obecność tutaj jest konieczna dla spokoju mojej i Twojej duszy.

matka Elżbieta

Ja jeszcze nie umieram, więc się tak o moją duszę nie troszcz, pomyślała z nutą mściwej satysfakcji. Jak ona to sobie wyobraża, że opuści swoje schronienie i uda się w nieznane? Nie ruszała się stąd, odkąd skończyła siedemdziesiątkę, czyli od z górą pięciu lat, i miałaby to zmienić tylko dlatego, że Marianna von Saarow nagle zapragnęła się z nią zobaczyć? Żeby to jeszcze była podróż do cywilizowanego miejsca. Ale ona ją wzywa do buszu. Wiadomo, misjonarki żyją w spartańskich warunkach, na co w żadnym wypadku nie ma ochoty. Od lat na śniadanie podają jej kawę ze śmietanką i maślane bułeczki i nie ma zamiaru z tego rezygnować. Włożyła habit zakonny! Coś takiego… nigdy by się po szwagierce tego nie spodziewała… Wszystko jedno, czegokolwiek ta matka Elżbieta od niej chce, niech sobie nie myśli, że uda jej się zburzyć tak ciężko wywalczony spokój. Nie uda się to nikomu. Postanowiła nie oglądać się wstecz. Postanowiła tak tamtego dnia, kiedy szwagierka wróciła z Polski.

Polska… tak dawno nie przywoływała w myślach tej nazwy. Budziła w niej uczucia nie takie, jakich tamta by mogła się po niej spodziewać… To były uczucia dobre, wiążące się z młodością. Oto ma osiemnaście lat, jest wczesny ranek, budzi się w swoim pokoju. Biała toaletka z lustrem, obok niej fotel obity materiałem w wytłaczane róże, ten materiał był koloru kości słoniowej, tak jak tapety na ścianach i ciężkie okienne story. Wystarczyło je odsunąć, aby całe wnętrze wypełniło się światłem. Okna jej pokoju wychodziły na wschód, za nimi rozciągał się widok na park z barokowym pawilonem stylizowanym na grotę, lubiła się tam bawić jako dziec­ko, często chowała się przed Madame, która uczyła francuskiego w taki nudny, monotonny sposób. A do­okoła tyle było ciekawych rzeczy. Coś się działo w kuźni, w stajniach, w spichlerzach, prawdziwe życie toczyło się w pałacowych oficynach, skąd dochodził gwar rozmów, ludzki śmiech… Pewnie tam wiatr hula, pomyślała z nagłą przykrością, bo przecież pałac został spalony zaraz po wejściu Rosjan w początkach czterdziestego piątego roku. I z tego, co wie, nie odbudowano go, jak zamku w Saarow. Polacy przechrzcili to na Zarowo. Ich prawo, prawo zwycięzców. Nie pojechała tam, kiedy już było można. Ani do Falkenbergu, gdzie pozostały ruiny jej rodowej siedziby. Marianna też nie pojechała. Mimo że tylko one dwie pozostały przy życiu z całej rodziny. Eliza postarała się zresztą, aby hrabiów von Saarow rozmnożyć, z konieczności. Każdy z sześciu adoptowanych synów wypłaca jej miesięcznie 800 marek. Czysta transakcja, oni otrzymali tytuł dla siebie i swoich potomków, a ona fundusze na opłacenie pensjonatu. Zastrzegła sobie tylko, aby żaden z nowych członków rodziny jej nie odwiedzał, nie życzyła sobie bliższych kontaktów, a wszelkie wynikłe z tego pokrewieństwa sprawy miały być załatwiane drogą listowną.

W pensjonacie miała do dyspozycji dwa pokoje, pokój sypialny i pokój dzienny, tudzież przestronną werandę, z której można było zejść wprost do parku. Na miejscu był lekarz. Na wypadek gdyby odczuwała potrzebę zwierzeń, także psycholog. Nie korzystała nigdy z jego pomocy, zatrudniała natomiast sekretarza, najczęściej jakiego studenta. Lubiła towarzystwo ludzi młodszych od siebie i zdecydowanie wolała mężczyzn. Z biegiem lat zresztą rola sekretarza się zmieniała, dawniej wybierała się z nim do teatru, do kina, do cukierni, czasami na wieczorek taneczny w jakiejś restauracji, ale raczej nie tańczyła, siedząc przy stoliku patrzyła na innych. Nawet kiedy mogła jeszcze uchodzić za atrakcyjną kobietę, zachowywała dystans wobec swojego towarzysza, jego rola była ściśle określona. Gdy przestała opuszczać pensjonat, wymagała, aby wyszukiwał jej ciekawe lektury wśród światowych nowości, czytała po angielsku i po francusku. Zawsze szła do łóżka z książką, ale od paru lat oczy ją już zawodziły, zarządziła więc, aby sekretarz przyjął rolę lektora i nagrywał dla niej wybraną prozę na taśmę magnetofonową, nie lubiła poezji. Spotykała się z nim rano, zaraz po śniadaniu. Przyjmowała młodego człowieka w saloniku, gdzie streszczał jej artykuły z porannej prasy, a gdy jakiś problem ją zainteresował, prosiła o więcej szczegółów. Ostatnio była to wyborcza porażka kanclerza Kohla. Osobiście uważała, że jest ona przejściowa i że Niemcy jeszcze za nim zatęsknią. I jak życie pokazało, nie myliła się. Socjalizm w jakiejkolwiek formie nie może się sprawdzić, bo nie uwzględnia indywidualności człowieka – powtarzała.

Wydawało się, że jej życie dobiegnie końca bez większych niespodzianek. Aż tu nagle ten głos z przeszłości. Coś z tym trzeba było zrobić. Nie mogła udawać, że list z Afryki do niej nie dotarł. Minęło już kilka dni, odkąd go jej doręczono.

Ujęła słuchawkę i wykręciła numer Vaclava Pavelki, którego zatrudniała dopiero od kilku miesięcy. Był Czechem, ale miał matkę Niemkę. Kończył właśnie prawo na uniwersytecie monachijskim, a przedtem mieszkał w Trewirze. Jego rodzice rozstali się, kiedy był dziec­kiem, i matka wyjechała z Pragi w rodzinne strony, zabierając go ze sobą. Ojciec, znany czeski opozycjonista, chociaż wszystko przemawiało za wspólnym wyjazdem, postanowił zostać w kraju. Vaclav opowiadał jej o rozczarowaniu ojca do reform w Czechach, o jego rezygnacji z wysokiego stanowiska. Nowa rzeczywistość okazała się o wiele bardziej skomplikowana niż dawny czarno-biały świat. Od nowa nawiązali kontakt, gdy Vaclav zaczął studia.

Podobał jej się ten nowy sekretarz, miał w sobie jakiś wdzięk, tę słowiańską miękkość, która zawsze ją pociągała. Być może z tego powodu przed laty, gdy tylko przejęła rządy na zamku w Saarow, zaczęła kompletować polski personel, stopniowo zwolniła niemal wszystkich Niemców, co teść miał jej bardzo za złe. Teść… osobny rozdział w jej życiu. Stary hrabia zmarł dawno temu, teraz nie oceniała go już tak negatywnie jak kiedyś. W końcu Otton graf von Saarow niezamierzenie dla samego siebie stał się męczennikiem. Zakończenie jego żywota z pewnością nadawało się do utrwalenia w legendzie. Nie chciał opuścić majątku, kiedy zbliżali się Rosjanie, postanowił wyjść naprzeciw swojemu losowi i przyjąć z pokorą to, co mu przeznaczył. Opowiadano jej, że czekał na zwycięzców w zam­ku. Podobno zdziwił się, że nie zastrzelili go od razu, ale skoro tak, pełnił honory domu, oprowadzając ich po pokojach. Wieczorem przybysze urządzili pijatykę, jedynym trunkiem, którego nie zabrakło, był samogon z zamkowej gorzelni. Zaprosili hrabiego do stołu ustawionego w holu na wprost schodów. Usiadł skromnie z boku, z przepraszającym uśmiechem. Jego czas się skończył wraz z nadejściem nowych władców. To już nie był jego świat. Świat Hitlera też nim nie był, ale ciągle miał jeszcze zamek, teraz aby zachować życie, musiałby go opuścić chyłkiem i uciekać. Nie pozwoliła mu na to duma. Goście całkiem o nim zapomnieli, rozpanoszyli się tu na dobre, aż wzrok któregoś z nich spoczął na zgarbionej sylwetce.

– Nu, graf – wykrzyknął Rosjanin, wznosząc kielich nad głową – nic nie pijesz, nic nie jesz, to może wejdziesz tam do środka. – Wskazał na wystawioną w holu czterechsetletnią augsburską zbroję. Hełm zakończony był pióropuszem, łuska napierśnika cyzelowana złotem połyskiwała matowo w świetle kandelabrów. Zbroja wewnątrz była pusta, pijani sołdaci kazali więc hrabiemu w nią wejść i pełnić honorową wartę. Początkowo z otwartą przyłbicą, bo chcieli widzieć jego twarz. Potem któryś z biesiadników z trzaskiem ją zamknął. Co jakiś czas wlewali do środka trochę samogonu, aby starszemu panu nie zaschło w gardle. W końcu przestało ich to bawić. Kiedy posnęli, leżąc, gdzie popadnie, na krzesłach, stołach, pod ścianami, lokaj odkrył w żelaznej pułapce zesztywniałe zwłoki. Tej nocy podobny los spotkał jedyną siostrę grafa, która, jak i on, odmówiła ucieczki. Z innych co prawda powodów. Była od hrabiego znacznie starsza i uważała, że nogi daleko już jej nie poniosą, lepiej więc ginąć u siebie. W pałacyku myśliwskim, w którym się schroniła, Rosjanie pojawili się mniej więcej w tym samym czasie co na zamku Saarow. Kiedy byli już dobrze podpici, kazali zawołać „tę swołocz germańską, staruchę grafinię”. Rozkazali jej wyjść przed fronton pałacyku i stanąć na środku gazonu, po czym zaczęli się zabawiać, puszczając serie z pepeszy wprost pod jej stopy. Staruszka przestępowała z nogi na nogę, co z daleka wyglądało, jakby podskakiwała. Budziło to ogólną wesołość. W końcu zabłąkana kula trafiła ją w szyję. Z przebitej arterii trysnęła krew. Sołdaci nie pozwolili nikomu podejść do kobiety, więc szybko wykrwawiła się na śmierć. Ukochana siostrzyczka Ottona von Saarow tak właśnie dokończyła żywota… Eliza jej nie lubiła, bo zawsze stawała po stronie brata, a nawet buntowała go przeciwko synowej zaprowadzającej nowe porządki na zamku. A przecież Emma von Saarow, matka Ulricha, jej męża, przekazała jej swoją władzę. Emma od lat nie mieszkała z rodziną, przebywała w ich domu w Zoppot. Urodziła Ottonowi czworo dzieci. Tylko to ją z mężem łączyło. Była osobą subtelną, uzdolnioną muzycznie i wykształconą i raziło ją zarówno prostactwo męża, jak i dwóch starszych synów, którzy wrodzili się w ojca. Dopiero najmłodszy Wolfgang zaskarbił sobie jej uczucia, odziedziczył też talent muzyczny. Emma pragnęła, aby kształcił się w tym kierunku, ale natrafiła na zdecydowany opór męża i Wolfi zaczął studiować prawo w Heidelbergu. Z Heidelbergu przyjechał na ślub Elizy z Ulrichem.

Wtedy Eliza zobaczyła go po raz pierwszy, w dniu ślubnej uroczystości, wczesnym rankiem. Wybiegła właśnie z drzwi w bocznym skrzydle, w którym przygotowano pokoje dla młodej pary – do dnia ślubu ze zrozumiałych względów tylko ona tam przebywała – więc wybiegła stamtąd jak zwykle niczym burza i niemal się z nim zderzyła. Zatrzymała się gwałtownie, a niestarannie upięte włosy rozsypały jej się na ramiona i plecy. Miała, jak to się mówiło, duże włosy, gdyby ich nie przycinała, wkrótce mogłaby się nimi okrywać niczym płaszczem. Nie była z tego powodu zbytnio zadowolona, te ciężkie sploty jej zawadzały, ale w tamtych czasach w jej stronach noszenie krótkiej fryzury uważano za niestosowne. To było dobre dla szansonistek, ale nie dla spadkobierczyni fortuny Falkenbergów i przyszłej pani na zamku Saarow. Ich spotkanie na schodach… oczy Wolfiego… Nikt nigdy tak na nią nie patrzył, Wolfi miał głębokie, ciepłe spojrzenie, takie słowiańskie… Czy już wtedy go pokochała? Od pierwszej chwili na całe życie, bardzo niedługie jego życie i bardzo długie jej…

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Spis treści

*

**

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Misjonarka Dziesięć godzin Nie strzelać do organisty Listy Miłości Anders Bohaterowie są zmęczeni 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej