Kalijuga

Kalijuga

Autorzy: Dalrymple William

Wydawnictwo: Noir sur Blanc

Kategorie: Podróżnicze

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 23.00 zł

William Dalrymple, autor niemal magicznego opisu Indii zawartego w „Mieście dżinów”, powraca na subkontynent w serii znakomitych esejów.

Na kartach książki znajdziemy 15-letnie partyzantki i królowe-wdowy, huczne zabawy na ulicach Bombaju i krwawe rodowe waśnie w prowincjonalnych wioskach, grupę wegetariańskich terrorystów planujących zniszczenie pierwszego w Indiach baru KFC, pałac w którym wciąż jeszcze kieliszek porto i cygara rozwozi wśród gości miniaturowy pociąg parowy wykonany w całości ze srebra...

Dalrymple spotyka na swojej drodze takie postaci jak Imran Khan i Benazir Bhutto, jest świadkiem makabrycznego składania ofiar wiecznie spragnionej krwi bogini Parashakti - Tej Która Zasiada na Tronie z Pięciu Trupów - i dokonywanych na pustkowiach Biharu kastowych czystek, ucztuje z narkotykowym baronem z północnego Pakistanu, odkrywa takie osobliwości jak małpi terroryści z Jaipuru i kaplica, w której Krishna miał co noc kochać się ze swymi 16 108 żonami i 64 732 kochankami.

Krytyka pisząc o „wieku Kali” zgodnie docenia ostrość spojrzenia i subtelność analiz Dalrymple.

WILLIAM DALRYMPLE

KALIJUGA

Wiek waśni i sporów

Przełożyła

Berenika Janczarska

NOIR SUR BLANC

Spis treści

Karta redakcyjna

Przedmowa autora

1. PÓŁNOC

Kalijuga

W księstwie Awadhu

Miasto Wdów

Radźmata – wojownicza królowa Gwalijaru

Na wschód od Eton

2. W RADŻASTANIE

Smutna historia Bahveri Devi

Wojny kastowe

Sati Mata

3. NOWE INDIE

Portrety z Bombaju

Palce lizać – fuj... Bangalur i pogromcy fast foodów

4. POŁUDNIE

Na dworze Rybiookiej Bogini

Pod Ćar Minar

Paraśakti

5. NA OCEANIE INDYJSKIM

Z wizytą u donny Georginy

Na Tygrysim Szlaku

Grób czarownika

6. PAKISTAN

Imran Khan: na tablicy zero

Pogranicze

Krew na torach

Benazir Bhutto: angielskie czytadła w Karaczi

Słowniczek

Inne książki Williama Dalrymple

Tytuł oryginału: THE AGE OF KALI. INDIAN TRAVELS AND ENCOUNTERS

Opracowanie redakcyjne: IRMA IWASZKO

Korekta: AGATA NOCUŃ, JAN JAROSZUK

Projekt okładki: WITOLD SIEMASZKIEWICZ

Ilustracja na okładce: © NurPhoto via Getty Images

Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

Copyright © 1998 by William Dalrymple

Mapy i ilustracje w tekście © Olivia Fraser

For the Polish edition

Copyright © 2017, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-65613-61-5

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl

księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Na dworze Rybiookiej Bogini

MADURAJ, 1998 ROK

Kto w rozmigotany poranek jeszcze przed wschodem słońca spojrzy z góry na Maduraj, miasto świątyń, zobaczy niespotykany widok.

Miasto leży na szerokiej równinie, gładkiej i zielonej jak pole ryżowe w czasie żniw. Wznoszą się na niej cztery ludzką ręką wyciosane góry zwieńczone pofałdowaniem mniejszych kondygnacji. To gopury (gopura) – monumentalne bramy wielkiej madurajskiej świątyni Minakszi, Rybiookiej Bogini, miasta w mieście, jednego z najświętszych miejsc w Indiach.

Gopury górują nad miastem tak jak katedry dominowały w panoramie średniowiecznej Europy. Mają postać wielkich zwężających się uskokowo piramid, których piętra roją się od jaskrawokolorowych rzeźb bóstw, demonów, bohaterów eposów i jakszów i kończą mniej więcej w trzech czwartych wysokości wachlarzem kobrzych łbów zwieńczonym kwiatonem w formie demona. Zdumiewająca złożoność i bogactwo zdobień rzucają się w oczy już z daleka, nim jeszcze wzrok zdoła rozróżnić konkretne kształty.

Dla Tamilów tutejszy krajobraz jest święty, a pochodzenie każdego jego elementu szczegółowo opisują madurajskie mity. Skała była niegdyś wściekłym słoniem, którego Śiwa zamienił w kamień za to, że chciał stratować miejscowych braminów; rzeka Wajhaj powstała z rozkazu boga Sundareśwary, męża Minakszi, by nasycić pragnienie jednego z gości na ich weselu, karła obżartucha, któremu po zjedzeniu stu pięćdziesięciu kilogramów ryżu okropnie zachciało się pić.

Pośrodku równiny stoi świątynia, miejsce najświętsze ze wszystkich. Jest ona bowiem – i zaświadczy o tym każdy bramin – tirthą (sanskr. tirtha – bród), łącznikiem między sacrum i profanum. Przekraczając próg świątyni, bogobojni pielgrzymi wchodzą w strefę graniczną między dwoma różnymi stanami świadomości, gdzie to, co duchowe, może się uobecnić i stać namacalne; świątynia to brama. przez którą przechodzi się ze świata ludzi do świata bogów tak łatwo, jak przeprawiamy się przez leniwy strumyk w środku pory suchej.

Choć słońce jeszcze nie wstało, z punktu obserwacyjnego na skraju miasta dostrzegłem wokół świątyni początki gorączkowej świątecznej krzątaniny. Gopury oświetlone były punktowo, a z ulic w stronę świętego centrum sunęły płomienie i światełka niczym chmara ciem lecąca do lampy w letnią noc.

Tłum gęstniał, w miarę jak zagłębiałem się w labirynt ulic; grupki kobiet z kwiatami we włosach śpieszyły w kierunku świątyni, niosąc w rękach ofiary – mleko i olej kokosowy, dzbany z ghi i torby pełne prasad. Na ulicy zaparkowało kilka autobusów, z których wylewali się falami łysi pielgrzymi ubrani w żółte lungi – wyznawcy boga Wenkateśwary, którzy ogolili sobie głowy i złożyli włosy w ofierze w wielkiej świątyni w Tirupati – wsysani przez strumień rowerów i riksz. Rozstawiono już kilka straganów z girlandami nagietków, szklanymi bransoletkami, drewnem sandałowym i kadzidełkami, przy których przystawali pielgrzymi, targując się ze sprzedawcami o amulety i przedmioty ofiarne, a po chwili z powrotem wtapiali się w tłum.

Gdy dotarłem do świątyni, słońce stało już na niebie, a dziedziniec tętnił życiem. Pod wieżami gopur ustawiały się rzędy żebraków z wyciągniętymi dłońmi, a na wolnych połaciach ziemi pielgrzymi kładli się plackiem, zwróceni twarzą do bramy. Niektórzy rozpalali na kamiennych płytach przy wejściu małe kamforowe ogniska i zaczynali odprawiać pudźę, nie zwracając uwagi na przetaczający się tłum żebrzących ascetów i bywalców religijnych festiwali, którzy prawie rozdeptywali im ołtarzyki. Ze środka dobiegał łoskot bębnów i miękki łopot skrzydeł wystraszonych gołębi.

Przeszedłem przez Bramę Ośmiu Bogiń i znalazłem się w długim ocienionym arkadami korytarzu. W środku panował mrok. Po obu stronach ciągnął się las rzeźbionych filarów, które okazały się piersiastymi kariatydami w postaci jaksziń, kurtyzan, bogiń i tancerek. Cała architektura głęboko i świadomie przesiąknięta była pierwiastkiem kobiecym – zmierzając długim, prostym, przypominającym łono korytarzem do wewnętrznego sanktuarium rezydującej tu bogini, z każdym krokiem pogrążało się w coraz głębszych ciemnościach.

Ta wszechobecna kobiecość ma swoje uzasadnienie. Madurajska świątynia jest jedną z nielicznych w Indiach poświęconych bóstwom obu płci, w której najpierw oddaje się hołd bogini, a dopiero potem bogom. Dla większości pielgrzymów jest to przybytek Minakszi, a jej małżonek, bóg Sundareśwara, „Piękny Pan”, to tylko bóstwo poboczne, czczone wyłącznie w towarzystwie żony, choć zasadniczo rzecz biorąc, jest formą najpotężniejszego z bogów, samego Śiwy. To ze względu na Minakszi, a nie jej drugą połówkę, sanktuarium zasłynęło w całych Indiach. Bogini ma reputację wyjątkowo szczodrej – obsypuje swoich wyznawców błogosławieństwami, a zwłaszcza potomstwem. Podobno kto pomodli się przed ołtarzem Minakszi – czy też Amman, matki, jak nazywają ją pielgrzymi – a potem zawiąże sznureczek na banianie rosnącym na dziedzińcu, po dziewięciu miesiącach doczeka się przychówku.

Ostentacyjna płodność przebija ze wszystkich świątynnych zdobień. Z gzymsów i kwiatonów wytryskuje mrowie głów, demony, półbogowie i bóstewka wyzierają zza rogów i gnieżdżą się pod sufitami, wielka woluta jest panteonem hinduskich bóstw, odtworzonym z jeszcze większym zapałem na ścianach gopur. Jakby płodność Minakszi była tak wielka, że każdy centymetr kamiennej elewacji w sposób organiczny pączkuje w nadprzyrodzone formy niczym nagie pustynne pędy bożodajni obsypujące się kwiatami po deszczu.

Nagle, zupełnie niespodziewanie, z bocznej nawy do środkowej wjechał drewniany świątynny rath. Pchała go chmara półnagich bóstw, a oświetlały płonące żółte pochodnie nasączone olejem kamforowym, które niosła procesja kapłanów. W jedwabnym „tabernakulum” na górze rydwanu stała złota figura samej bogini, ustrojona girlandami i odziana w złocistą szatę – w blasku pochodni połyskiwał klejnot kolczyka tkwiącego w jej nosie. Za rathem sunął drugi świątynny pojazd, wiozący wizerunki Minakszi i Sundareśwary oraz ich syna, sześciogłowego boga wojny Murugana. Dwóch kapłanów wprowadziło parę krów rasy brahma, obwieszonych draperiami i bębenkami i namaszczonych kropkami z szafranu i kurkumy.

Przy akompaniamencie gongów i dzwoneczków korowód ustawiał się wzdłuż głównej osi, a do procesji dołączył słoń w czapraku i trzeci rath z wielkim złotym koniem. Z innej części świątyni wyłonił się zespół muzyków uderzających w czynele i bębny i dmących w rząd piszczałek nagaśwary – gigantycznego tamilskiego oboju, którego zgrzytliwe, chropawe dźwięki napełniły przestrzeń jazgotem przypominającym pawi wrzask. Potem ucichły i cała procesja powoli wypłynęła na rampy przed świątynią, a stamtąd na ulice, gdzie przywitały ją wiwaty oczekujących pielgrzymów.

– Dokąd idą? – spytałem ciemnoskórego Keralczyka w zielonym lungi, który akurat przechodził obok.

– Do basenu – odparł. – Raz do roku funduje się bogom przejażdżkę łodzią po świętych wodach. – Po chwili dodał: – Żeby to zobaczyć, co roku razem z przyjaciółmi przychodzimy tu piechotą z naszej wsi w Kerali.

– Pewnie nogi was bolą – powiedziałem. – To szmat drogi.

– Cieszymy się, że możemy tu pielgrzymować. Bogini daje nam siłę. Czasami udaje nam się pokonać całą trasę w niecałe dziewięć dni.

– Kto zobaczy święto Teppam, może liczyć na obfitość bożych darów – dodał znajomy mężczyzny, szczupły Keralczyk. – Co roku odczuwamy dobrodziejstwa.

– I dlatego właśnie ci wszyscy ludzie tu przychodzą?

– Oczywiście – odrzekł pierwszy z pielgrzymów. – Ta świątynia to jedno z najświętszych miejsc w Indiach, a mamy teraz jeden z najbardziej pomyślnych dni. Gdy w taki dzień jak dziś poprosi się o coś boginię, nie odmówi.

– Będzie pan ją prosił o coś konkretnego?

– Wszyscy pragną dzieci – powiedział pierwszy mężczyzna. – I to o nie zwracamy się do Minakszi. Bogini ma wielką siłę i moc.

– Nie ma pan dzieci? – spytałem.

– Mam trzech synów, ale chciałbym mieć sześciu.

– A pana żona ilu by chciała?

– Tylko trzech. Dlatego została w Kerali.

– Minakszi dba o swoich wyznawców – zapewnił mnie jego towarzysz. – Jest dla nas jak matka. Daje nam siłę i moc. Usuwa wszelkie przeszkody. Ujrzeć ją, dostąpić darśanu, to wystarczy.

Zostawiwszy świątynię w tyle, szliśmy teraz przez środek Maduraju. Słońce już wstało, a sklepikarze otwierali swoje stragany: „Veg & Tiffin”; Kamizelki i Bielizna Męska „Anand”, Parasole Bell Brand; Artykuły Metalowe u Raj Lucky’ego. W miarę jak ulice zapełniały się przechodniami, procesja zwalniała. Na przedzie maszerowało czterech tęgich policjantów, leniwie wymachujących swoimi lathi na rowerzystów próbujących jechać pod prąd. Świątynne rydwany zatrzymywały się mniej więcej co sto metrów, by kapłani mogli przyjąć dary od wiernych stojących po obu stronach drogi, namaścić im głowy wibhuti i kumkumem (czerwonym proszkiem symbolizującym seksualność bogini) i zapalić lampki na tacach z ofiarami. Tych, którzy dawali pieniądze, błogosławił dodatkowo świątynny słoń, który najpierw brał trąbą banknoty, przekazywał je mahautowi, a potem przykładał koniuszek trąby do głowy darczyńcy.

W niektórych miejscach na trasie procesji wzniesiono małe prowizoryczne ołtarzyki – często ledwie stoliki na kozłach, zastawione lampkami i ukwieconymi wizerunkami bogów, bogiń i świętych mężów. Łatwo je było pomylić z przydrożnymi budkami partii politycznych agitujących przed zbliżającymi się wyborami, ponieważ jedne i drugie uginały się pod wyglądającymi niemal identycznie podobiznami bohaterów, liderów politycznych i bogów. W Indiach rozdział religii od polityki często się zaciera i wobec tego, że gwiazdy filmowe grają bogów, jednocześnie uczestnicząc w życiu politycznym (jest tak zwłaszcza na Południu), ikonografia dryfuje między świątynią, srebrnym ekranem i wiecem wyborczym. Poza tym wielu mieszkańców Maduraju wierzy, że w dawnych czasach Minakszi i Sundareśwara rządzili ich miastem jako król i królowa, więc są w tej samej mierze politykami, co istotami boskimi. Procesja przystawała więc przy obu rodzajach stolików, braminom i kandydatom w wyborach zarzucano na szyje girlandy, a nad rathem rozbijano kokosy.

Dochodziła dziesiąta, gdy pochód dotarł do świętego basenu na skraju miasta, otwartego akwenu ze świątynią na wyspie. Tutaj złote figurki bóstw ustawiono na tratwach używanych do pływania po jeziorze.

– Teraz bogini się kąpie – wyjaśnił jeden ze starszych braminów, gdy patrzyłem, jak tratwa wypływa na wodę. – Powinniśmy dać jej chwilę prywatności. Niech pan wróci o dziesiątej wieczorem, by zobaczyć kulminacyjny moment uroczystości.

– Taki mamy zwyczaj – dodał jego syn, również będący kapłanem w tutejszej świątyni, przystojny chłopak, nagi od pasa w górę, jeśli pominąć przewieszony przez ramię święty sznur. – To bardzo stara ceremonia – podjął. – Odprawiamy ją od ponad dwóch tysięcy lat. Jestem sześćdziesiątym trzecim pokoleniem kapłanów świątynnych. Kult bogini przekazywano nam od najdawniejszych czasów. Obchodzimy to święto tak samo jak dawniej. Nic się nie zmieniło. Ani jeden szczegół.

Bramin powiedział prawdę. Świątynia w Maduraju jest współczesna tym ze starożytnej Grecji czy Egiptu, jednak podczas gdy bogowie z Teb i Partenonu pomarli i odeszli w niepamięć, bóstwa hinduistycznych Indii są dziś bardziej żywe, a ich świątynie odwiedzane tłumniej niż kiedykolwiek dotąd.

Cywilizacja indyjska jest jedyną wielką kulturą, która przetrwała w nienaruszonej formie od czasów starożytnych – w świątyniach takich jak madurajska nadal można uczestniczyć w uroczystościach i praktykach rytualnych opisywanych przez greckich podróżników odwiedzających Indie na długo przed powstaniem Rzymu. Dopiero gdy uchwyci się niewiarygodną archaiczność hinduizmu, zrozumie się, jakim cudem jest jego ciągłość.

Maduraj to jedno z najstarszych świętych miast Indii, Benares Południa. Był ważnym ośrodkiem na długo przed tym, jak w IV w. p.n.e. na Zachodzie odnotowano jego istnienie. Od najwcześniejszych dni stanowił ważny przystanek na Szlaku Korzennym, łączącym uprawy pieprzu w Indiach z uginającymi się od dóbr stołami basenu Morza Śródziemnego. Legendarne bogactwa Maduraju opisywał Megastenes, grecki ambasador, który przybył do Indii w 302 r. p.n.e., wspomina o nim także Periplus Maris Erythraei, najwcześniejszy dokument opisujący Szlak Korzenny, datowany na I w. n.e., autorstwa anonimowego Greka z Aleksandrii.

W Periplus... odmalowano wspaniały obraz dworskiego życia tamtych czasów, wspomniano, że okolice Maduraju importowały śródziemnomorski cień do powiek, perfumy i srebra, doskonałe włoskie wino oraz piękne i utalentowane muzycznie niewolnice, które brano sobie tutaj za konkubiny. W zamian miasto eksportowało jedwab, kość słoniową, perły i przede wszystkim pieprz. O Maduraju wspominają zarówno Strabon, jak i Ptolemeusz – pierwszy narzeka na drenaż cesarskiego skarbca ze srebra spowodowany handlem z Indiami. Obraz ten potwierdza niedawne odkrycie rzymskich monet w nadmorskiej rzymskiej faktorii nieopodal Pondicherry, gdzie rozładowywano statki. W złotym okresie handlu, za rządów Nerona, w Rzymie przyjęto nawet emisariusza z Maduraju; jest też wzmianka o świątyni Augustusa wzniesionej na indyjskim wybrzeżu, najprawdopodobniej dla rzymskich kupców osiadłych w Karnatace. Nawet angielskie słowa pepper i ginger są zapożyczeniami z tamilskiego – od pippali i singabera – i weszły do angielszczyzny w średniowieczu przez greckie Bizancjum.

Kosmopolityczne koneksje Maduraju potwierdzają również tamilskie źródła, według których królowie z dynastii Pandjów zatrudniali jawanów (Greków i Rzymian) – obok pułku tamilskich amazonek – w charakterze gwardii przybocznej. Wiemy to, bo wokół świątyni w Maduraju wyrosła bogata tamilska tradycja literacka sangam [tamil. caṅkam – zgromadzenie, akademia literatury, przyp. tłum.], której kolebką była mityczna madurajska akademia poetów.

Utwory sangam, które przetrwały do naszych czasów, niezwykle obrazowe i bardzo przystępne, odmalowują heroiczne społeczeństwo, które nie byłoby obce Homerowi, Wergiliuszowi ani autorowi Beowulfa: świat rydwanów i wojowników, w którym odmowa jednego króla, by oddać rękę córki drugiemu, staje się zarzewiem wojny i w którym żołnierze, a nawet ich matki, cieszą się na perspektywę poniesienia śmierci w walce, taki bowiem koniec gwarantował bohaterowi nirwanę.

Tancerki i kurtyzany jako uwodzicielki to kolejny temat podejmowany przez poetów. Śilappadikaram, jeden z najsłynniejszych utworów literatury sangam, opowiada o tragedii księcia Kowalana, który zakochuje się w słynnej kurtyzanie Madhawi z Puhar, przez co zaniedbuje żonę i traci cały majątek. W końcu, oskarżony o kradzież, zostaje ścięty na ulicy Maduraju, a jego wierna żona mści się, zsyłając na miasto pożogę.

Najpiękniejszy z poematów, jakie zrodziła epoka sangam, to Girlanda Maduraju, pean na cześć świąt odbywających się w mieście, ułożony najprawdopodobniej w II w. n.e. Jedna z jego części niemal dokładnie odmalowuje scenę, którą tysiąc siedemset lat później miałem okazję zobaczyć na własne oczy:

„[Maduraj] iskrzy się mrowiem flag powiewających nad domami i sklepikami z jadłem i napitkiem; ulicami płyną szerokie rzeki ludzi wszystkich kolorów skóry, sprzedających i kupujących na bazarach albo śpiewających do tonów wygrywanych przez wędrownych muzyków [...]. [Wokół świątyni] w oparach ghi i kadzideł [stoją stragany] oferujące łakocie, girlandy kwiatów, wonne mączki i pan [...], [podczas gdy obok tłoczą się] mężczyźni nanizujący bransoletki z muszelek, kowale, sprzedawcy tkanin, krawcy szyjący ubrania, rzemieślnicy wytwarzający przedmioty z miedzi, sprzedawcy kwiatów i drewna sandałowego, malarze i tkacze”. Zarówno miasto, jak i świątynia w swej obecnej postaci zachowały strukturę opisaną w Girlandzie..., z ulicami układającymi się w koncentryczne koła wokół świątyni. Choć budynki zostały wielokrotnie spalone i odbudowane i w większej części wzniesiono je po XVII wieku, plan centrum powstałego przed I w. n.e. nadal dość wiernie reprezentuje klasyczny indyjski wzór mandali, geometrycznego diagramu zorientowanego na cztery strony świata i symbolizującego idealny kosmos.

Najbardziej chyba zdumiewającym przykładem ciągłości Maduraju jest to, jak bardzo żywy w świadomości mieszkańców jest poemat z epoki sangam Święte gry Śiwy, opowiadający o mitycznym ślubie Sundareśwary i Minakszi – przytaczane w nim mity zna każdy sklepikarz i rikszarz. Ponadto wydarzenia opisane w Świętych grach... pozostają fundamentem kalendarza, według którego żyje miasto, determinują zarówno cykl świąt religijnych, jak i szczegółowy przebieg codziennych rytuałów w kompleksie świątynnym.

Minakszi, tak wtedy, jak i teraz, jest czczona w mieście jako bogini płodności, a w centrum kultu znajduje się jej związek z Sundareśwarą. Co noc figury Minakszi i Sundareśwary kładzie się na spoczynek w komnacie sypialnej w świątyni. Przed opuszczeniem przybytku kapłani wyjmują jeszcze z nosa Minakszi kolczyk, żeby nie skaleczył jej małżonka, gdy ten połączy się z nią w akcie seksualnym, zapewniającym trwanie i odnawianie się świata.

Igraszki miłosne między dwoma bóstwami są tak rozkoszne i zniewalające, że Sundareśwara jest jedyną formą Śiwy, w której ten lubieżny bóg dochowuje swej partnerce wierności. Raz do roku bogowi przynosi się figurę ślicznej tamilskiej bogini Ćellattamman, „aby zregenerował swoje moce”, ale bóg jej odmawia i odtrącona Ćellattamman wraca do swojej świątyni tak rozwścieczona, że aż trzeba ofiary z bawołu, by ją uspokoić. Święto Teppam, w którym brałem udział, także jest związane z nieodpartą seksualnością bogini Minakszi. Dla wiernych bowiem przejażdżka pary bóstw po jeziorze jest elementem uwodzenia, które osiąga swój cel później tej samej nocy.

Wszystko to oczywiście sprawia, że święto Teppam wydaje się najodpowiedniejszą porą do zawarcia małżeństwa. Przechadzając się w jego wigilię po terenie świątyni, znalazłem się w długim rzędzie konkurujących ze sobą grupek weselników – wieś za wsią ustawiała się w kolejce, by połączyć ślubem swoją młodzież. Podekscytowane rodziny czekały w głównej nawie prowadzącej do ołtarza Minakszi. Po odprawionych rytuałach ślubnych wracały do południowej części krużganków otaczających świątynny basen, żeby się odprężyć i zdjąć co bardziej niewygodne elementy weselnych strojów.

Gdy na to wszystko patrzyłem, do krużganków weszła ładna, nie więcej niż siedemnastoletnia Tamilka w otoczeniu dziesięciu koleżanek. Obstąpiły ją dookoła i zasłoniły kotarą z rozwiniętego sari, żeby mogła się przebrać z ciężkiej jedwabnej sukni ślubnej w bawełnianą, mniej uroczystą.

Zjawili się też inni goście niosący stos prezentów, a po jednej stronie, trochę z boku, stał pan młody. Wyglądał na jeszcze młodszego od swojej żony i kompletnie zdezorientowanego. Gdy kilkoro starszych wieśniaków pobłogosławiło młodych, dotykając ich stóp, dziewczęta zabrały gdzieś pannę młodą. Zaintrygowany poszedłem za nimi, utrzymując dyskretny dystans, ciekaw, dokąd ją prowadzą.

Powiodły ją przez świątynny labirynt naw i alejek i w końcu zatrzymały się przed rzeźbionym filarem. Pokłoniły się przed rzeźbą, a potem namaściły ją jakimś proszkiem z naczynka, które niosła jedna z przyjaciółek panny młodej. Byłem ciekaw, do jakiego boga czy też bogini się zwracały, więc podszedłem, gdy się oddaliły. Wizerunek nie przedstawiał jednak bóstwa, ale jedną z jaksziń, boginek związanych z kultem płodności – nagą, z ciężkimi piersiami, w zaawansowanej ciąży. Cała połyskiwała od oleju, bo wierni modlący się o dziecko tudzież o łatwy poród smarowali ją ghi, a piersi i pępek miała zażółcone od kumkumu i cynobru.

Obok wśród kariatyd na każdym z dziesięciu tysięcy filarów świątyni znalazłem wiele innych symboli płodności. Na jednej widniała na przykład tamilska wieśniaczka z koszykiem z włókna kokosowego i niemowlęciem przy piersi. Spoglądała przez ramię na drugie dziecko niesione na plecach, a obok niej szło trzecie, mały chłopczyk jedzący jabłko. Kobieta trzymała dłoń na jego głowie. Od tego obrazu biło uniwersalne człowieczeństwo – choć rzeźba powstała mniej więcej sto lat przed początkiem indyjskiego renesansu, ten sam widok można zobaczyć dzisiaj na każdym bazarze w Tamilnadzie.

– Wystarczy wejść do świątyni Minakszi, by zaskarbić sobie błogosławieństwa – powiedział K.R. Bhaskar, wysoki, ubrany w dhoti pielgrzym, który podszedł do mnie, gdy snułem się między filarami. – Mojej rodzinie Minakszi Amman bardzo błogosławi, od kiedy zaczęliśmy się tu modlić, urodziła nam się dwójka dzieci.

– I wieśniacy w to wierzą? Że wystarczy tu przyjść i dzieci cudownie pojawią się na świecie?

– Nie tylko wieśniacy – odparł pan Bhaskar. – Wykształceni ludzie też. Ja na przykład jestem konsultantem finansowym w Bangalurze. Skończyłem biochemię na uniwersytecie w Mysore. I wierzę w Minakszi. Całym sercem. Wiem, że istnieje. Widziałem ją na własne oczy, we mgle, w cieniu. Przychodzi do mnie w snach, w mojej podświadomości. To, co tu się dzieje, jest w stu procentach prawdą.

– I naprawdę uważa pan, że bogowie wyglądają tak, jak przedstawia się ich w świątyniach? Z trzema twarzami, sześcioma rękami i tak dalej?

– Nie, nie – tłumaczył pan Bhaskar cierpliwie. – To tylko symbole. Nie wszyscy wyznawcy są na tym samym poziomie rozwoju duchowego. Są tacy, którzy dostrzegą Boga w płomieniu podczas medytacji, ale większość potrzebuje czegoś bardzo konkretnego, czegoś, na czym będą mogli skupić swoje uczucia religijne. Wizerunki są tylko przejawem różnych nastrojów bogów, tylko odbiciem. Ścieżkami do Nieskończonego, a nie celem samym w sobie.

– Czy wielu wykształconych ludzi myśli podobnie jak pan? – spytałem.

– Wielu – odrzekł pan Bhaskar. – Może i przez jakiś czas było tak, że wykształceni nie zaglądali do świątyń, uważając to za zacofanie, ale dziś wracają, i to coraz liczniej. Widzi pan, to nie są jakieś zabobony. To nasza kultura. Mamy ją we krwi, płynie w naszych żyłach. To nie tyle religia, ile sposób życia. Ludzie go nie porzucą tylko dlatego, że pokończą szkoły. Hinduizm nigdy nie umrze. Już teraz ożywa w Indiach.

– Jak pan myśli, dlaczego tak się dzieje? – spytałem.

– Człowieka, który przychodzi do świątyni, ogarnia spokój ducha – wyjaśnił pan Bhaskar. – Czuje działanie duchowych mocy Boga. W Bangalurze jest wielu ludzi, którzy zrobili duże pieniądze, ale przekonali się, że to nie wystarczy do szczęścia. Tylko wiara w Boga – dodał – daje absolutne ukojenie.

Wieczorem o dziesiątej znowu ruszyłem zakurzonymi, rojnymi od pielgrzymów ulicami Maduraju, a potem, pośród trąbienia klaksonów i skrzypienia riksz, labiryntem alejek prowadzących do świętego akwenu.

Od czasu porannej procesji wszystko się tu zmieniło. Dzwony świątyni przeszywały gorący gruby koc ciemności, rozświetlany tu i ówdzie nagimi żarówkami straganów z herbatą i rozmigotanymi płomykami kamforowych lampek. Po jednej stronie basenu gromadził się tłum – wszyscy wystrojeni w jeszcze sztywne nowe lungi i najlepsze jedwabne sari. Niektórzy siedzieli na balustradzie, przegryzając cieciorkę z papierowych rożków i smażony dal, a lodziarze, sprzedawcy balonów, orzeszków i słodyczy oferowali obok swoje artykuły. Tu i ówdzie w morzu snujących się pielgrzymów i mieszkańców miasta stały furmanki z rodzinami, które zjechały na uroczystość – krzepcy chłopi z wąsami, żony i dziatwa. Z wysokości ciekawie patrzyli ponad głowami zebranych w kierunku rozświetlonej iglicy świątynki na wyspie, która wiernie odbijała się w nieruchomej wodzie basenu.

– Przyjeżdżamy tu na wszystkie święta – powiedział Pandyan, rolnik siedzący na przedzie jednego z wyjątkowo obładowanych wozów, z przynajmniej piętnastką kobiet i dzieci. – Mieszkamy zaledwie dwadzieścia kilometrów stąd, więc jak dobrze pójdzie, będziemy w domu przed świtem.

– Mamy we wsi małą świątynię ku czci Minakszi – odezwała się Kasi Ama, żona Pandyana. – Ale wolimy przywozić ofiary tutaj.

– Gdy w dzień święta – podjął Pandyan – z czystym sercem się ją o coś prosi, Amman niczego nie odmawia.

Było już sporo po jedenastej, uroczystości powinny trwać od godziny, ale bramini nadal czekali, aż astrologowie wyznaczą właściwą porę, kiedy Minakszi i Sundareśwara powinni rozpocząć przejażdżkę po jeziorze. Nagle przez tłum przeszedł szmer wyczekiwania. Z małej świątynki Marjamman przy brzegu wyszli bramini – ich naoliwione ciała połyskiwały w świetle migoczących kamforowych pochodni. Tłum się rozstąpił. Powoli zbliżali się do ghatów prowadzących na skraj basenu, gdzie czekała tratwa. Rano sprawiała wrażenie raczej prowizorycznej konstrukcji z drewna i niestarannie pomalowanego papier mâché, teraz jednak, oświetlona lampami, w migotliwej ciemności przemieniła się w wielką złotą świątynię unoszącą się na czarnych wodach basenu. Pośrodku, w jedwabnej palki, spoczywały przybrane girlandami złote figurki Minakszi i Sundareśwary.

W takt bicia bębnów ze świątyni wyszło czterdziestu czy pięćdziesięciu potężnie zbudowanych wieśniaków i ustawiło się wzdłuż balustrady przy basenie.

– To mieszkańcy Antonedi – oznajmił Mohan Pundit, kapłan, którego poznałem wcześniej tego ranka. Pomógł mi wyminąć kordon policyjny i dojść do miejsca na skraju ghatów, skąd teraz obserwowałem uroczystość. – Od czasów naszego króla Tirumali, który władał czterysta lat temu, mają zaszczytne prawo ciągnąć liny.

Na sygnał głównego celebransa mężczyźni chwycili przywiązany do tratwy gruby sznur długości kilkudziesięciu metrów i wśród fanfar świątynnej orkiestry – zawodzenia nagaśwary i stukotu bębenków – zarzucili go sobie na ramiona i pociągnęli.

Tratwa zaczęła powoli sunąć po powierzchni wody, a tuż za nią ruszyła flotylla rozchybotanych przeciążonych łódek z braminami. Tratwa powoli okrążała basen, na którego brzegi wyległ podekscytowany tłum, skandujący, klaszczący w dłonie i śpiewający bhadźany.

Trwało to godzinę. Dzieci siedzące na ramionach ojców chichotały, jadły lody i prosiły rodziców o dokładkę cieciorki albo mleczne ladu od mithai-wallów [sprzedawców słodyczy, przyp. tłum.]. Muzycy grali, wierni klaskali. Tak, pomyślałem nie po raz pierwszy tego dnia, wyglądały zapewne obchody wielkich świąt w średniowieczu.

W końcu nastał moment, by przygotować boginię do ostatniego rozdziału w scenariuszu – uwodzenia małżonka. Tratwę dociągnięto do ghatów, a kapłani wzięli na ramiona lektykę z rzeźbami i wynieśli na brzeg. Gdy uginając się pod ciężarem, doczłapali na górę schodów, rozległy się ostatnie wiwaty.

– Nigdy nie widziałem, by ludzie tak się cieszyli – zwróciłem się do Mohana Pundita.

– Przychodzi tu wielu – odparł. – Na jeden dzień udaje im się zapomnieć, że są głodni i biedni. Bogini odwraca ich uwagę od samych siebie. Dlatego kochają Amman i są szczęśliwi.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

Nakładem wydawnictwa Noir sur Blanc ukazały się następujące książki Williama Dalrymple’a:

POWRÓT KRÓLA

2014

MIASTO DŻINÓW

2016

ZE ŚWIĘTEJ GÓRY

2017

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kalijuga Ze Świętej Góry Miasto dżinów. Rok w Delhi Powrót króla. Bitwa o Afganistan 1839-42 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wspinaczka