Złoty dom Goldenów

Złoty dom Goldenów

Autorzy: Salman Rushdie

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Kryminał / sensacja Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 432

Cena książki papierowej: 49.90 zł

cena od: 27.93 zł

riumfalny powrót Rushdiego do powieści realistycznej!

"Złoty dom Goldenów" rozpoczyna się w dniu inauguracji prezydentury Baracka Obamy – w Nowym Jorku osiedla się tajemniczy cudzoziemiec, miliarder Neron Golden. Razem z osobliwym imieniem, nieokreślonym akcentem i aurą niebezpieczeństwa przywozi ze sobą trzech dorosłych synów, ale ani jednej żony lub kochanki. Przewodnikiem po imperium Goldenów, powoli wikłającym się w sieć rodzinnych intryg, sekretów i zbrodni, jest młody filmowiec, ich sąsiad, któremu zbliżenie do ekscentrycznej rodziny pozwala stać się mężczyzną. Tymczasem kampanię prezydencką rozpoczyna pewien bezwzględnie ambitny, narcystyczny arogant z makijażem i farbowanymi włosami, postać jakby wyjęta z komiksu.

"Złoty dom Goldenów" to współczesna amerykańska epopeja rozgrywająca się na tle niedawnych i aktualnych wydarzeń i niezrównana powieść o tożsamości, prawdzie, trwodze i kłamstwach w nowym świecie prawd alternatywnych.

Dla Alby i Francesca Clemente,

których przyjaźni i gościnności

zawdzięczam poznanie Ogrodów

Daj mi miedziaka, to opowiem ci złotą historię, a nawet więcej.

zawołanie ulicznego gawędziarza w starożytnym Rzymie zacytowane przez Pliniusza Młodszego

W gruncie rzeczy żyjemy w epoce tragicznej, nie zamierzamy jednak z tego powodu tragizować. Nastąpił kataklizm, otaczają nas ruiny, zaczynamy budować nowe małe siedliska, rozbudzać w sobie nowe małe nadzieje. Zadanie nie należy do najłatwiejszych: ku przyszłości nie wiedzie prosta droga, ale omijamy przeszkody lub się przez nie przedzieramy. Musimy żyć dalej bez względu na to, ile razy niebo wali nam się na głowę.

D.H. Lawrence, Kochanek lady Chatterley

La vie a beaucoup plus d’imagination que nous.

François Truffaut

1

W dniu inauguracji nowego prezydenta, gdy się martwiliśmy, że ktoś go może zamordować, idącego za rękę ze swoją nadzwyczajną żoną wśród rozentuzjazmowanych tłumów, gdy tylu z nas stało na krawędzi finansowej ruiny po pęknięciu bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości i gdy Izis kojarzyła się jedynie z egipską boginią matką, do Nowego Jorku z trzema synami półsierotami przybył niekoronowany siedemdziesięciokilkuletni władca z odległego kraju, by zamieszkać w pałacu swego wygnania, zachowując się, jak gdyby wszystko było w porządku z tym krajem, z tym światem oraz z jego własną przeszłością. Zaczął sprawować rządy nad okolicą niczym łaskawy cesarz, chociaż pomimo uroczego uśmiechu i biegłości w grze na skrzypcach Guadagniniego z tysiąc siedemset czterdziestego piątego bił od niego ciężki, tani zapach, charakterystyczna woń prymitywnego, apodyktycznego niebezpieczeństwa, woń, która ostrzegała: uważaj na tego gościa, bo w każdej chwili może zażądać twojej egzekucji, jeśli na przykład nie spodoba mu się twoja koszula albo jeśli zechce się przespać z twoją żoną. Następnych osiem lat, dwie kadencje czterdziestego czwartego prezydenta, to także czas coraz bardziej nieobliczalnego i niepokojącego panowania nad nami mężczyzny, który nazywał siebie Neronem Goldenem, a który tak naprawdę nie był żadnym władcą i którego koniec uwieńczył wielki – i apokaliptyczny, mówiąc w przenośni – ogień.

Ów starszy mężczyzna był niski, można nawet rzec przysadzisty, i zaczesywał włosy, mimo zaawansowanego wieku wciąż przeważająco ciemne, do tyłu, by uwydatnić ich linię nad czołem w kształcie litery „V”. Oczy miał czarne, o przeszywającym spojrzeniu, tym jednak, co przykuwało uwagę w pierwszej kolejności – często podwijał rękawy koszuli, żeby wszyscy na pewno zauważyli – były jego przedramiona, grube i silne jak u zapaśnika, z dużymi, niebezpiecznymi dłońmi, których palce zdobiły masywne złote pierścienie wysadzane szmaragdami. Niewielu słyszało, żeby kiedykolwiek podnosił głos, nie mieliśmy jednak wątpliwości, że czai się w nim wielka wokalna moc, której lepiej nie uwalniać. Ubierał się w rzeczy drogie, ale było w nim coś krzykliwego, zwierzęcego, co przywodziło na myśl baśniową Bestię skrępowaną w ludzkich fatałaszkach. My wszyscy, którzy byliśmy jego sąsiadami, baliśmy się go bardziej niż tylko trochę, pomimo jego teatralnych, nieporadnych prób zachowywania się w sposób towarzyski i życzliwy – wymachiwał do nas laską jak oszalały i nalegał, żebyśmy wpadali do niego na koktajle o niedogodnych porach. Gdy stał lub chodził, pochylał się do przodu, lekko zgięty w pasie, ale nie przesadnie, jak gdyby wiecznie się zmagając z silnym wiatrem, który czuł tylko on. Był to człowiek potężny; nie, więcej – człowiek głęboko zakochany w idei swojej potęgi. Laska pełniła raczej funkcję dekoracyjną i ekspresywną niż praktyczną. Gdy przechadzał się po Ogrodach, usiłował sprawiać wrażenie, że stara się z nami zaprzyjaźnić. Często wyciągał rękę, żeby poklepać po głowie psa lub zmierzwić włosy dziecku. Jednak dzieci i psy cofały się przed jego dotykiem. Czasem, gdy go obserwowałem, przypominał mi monstrum doktora Frankensteina, owo symulakrum istoty ludzkiej, które nijak nie potrafiło wyrazić prawdziwego człowieczeństwa. Cerę miał smagłą, a uśmiech lśnił złotymi plombami. Zachowywał się hałaśliwie i nie do końca kulturalnie, był jednak bajecznie bogaty, a więc, rzecz jasna, został przez nas zaakceptowany, lecz w naszej nowojorskiej społeczności artystów, muzyków i pisarzy, ogólnie rzecz biorąc, nikt za nim nie przepadał.

Powinniśmy się byli domyślić, że człowiek, który przybrał imię ostatniego rzymskiego cesarza z dynastii julijsko-klaudyjskiej, a następnie zainstalował się w swoim domus aurea, publicznie przyznaje się do obłędu, niegodziwości, megalomanii i nadchodzącej zguby, co więcej, śmieje się temu wszystkiemu w twarz; że taki człowiek rzuca rękawicę przeznaczeniu i pstryka palcami pod zbliżającym się nosem Kostuchy, wykrzykując: „Tak! Porównujcie mnie sobie do woli z tym potworem, który kazał oblewać chrześcijan smołą i podpalać ich żywcem, by rozświetlali w nocy jego ogrody! Który grał na lirze, gdy palił się Rzym (nie na skrzypcach, bo wtedy ich jeszcze nie było)! Tak: nadaję sobie imię Nerona, z domu Cezara, ostatniego z tej krwawej linii, i myślcie sobie, co chcecie. Mnie się to imię po prostu podoba”. Dyndał nam przed nosami swoją bezecnością, upajał się nią, rzucał nam ją w twarz, pełen pogardy dla naszej zdolności pojmowania, przekonany, że jest w stanie z łatwością rozprawić się z każdym, kto przeciw niemu wystąpi.

Przybył do miasta jak jeden z owych zdetronizowanych europejskich monarchów stojących na czele obalonych dynastii, którzy wciąż dodawali do imion pompatyczne honorowe tytuły „król Grecji”, „król Jugosławii”, „król Włoch” i którzy traktowali ów cierpki przedrostek „eks”, jak gdyby ten nie istniał. Jego sposób bycia zdawał się mówić, nie jestem jakimś tam ekskrólem; majestat przejawiał się u niego we wszystkim, w koszulach o sztywnych kołnierzach, w spinkach do mankietów, w szytych na miarę angielskich butach, w szybkości, z jaką podchodził do drzwi, wiedząc, że ktoś je przed nim otworzy; także w podejrzliwej naturze, przez którą codziennie konferował z każdym synem oddzielnie, by ich wypytać, co mówią o nim pozostali bracia; w limuzynach, w upodobaniu do hazardu, w pingpongowym serwie nie do odebrania, w słabości do prostytutek, whiskey i faszerowanych jajek oraz często powtarzanego powiedzenia – ulubionego dictum władców absolutnych od Cezara po Hajle Sellasjego – że jedyną cnotą, o którą warto dbać, jest lojalność. Często zmieniał telefony komórkowe, prawie nikomu nie podawał numeru i nie odbierał, gdy telefon dzwonił. Zabraniał wstępu do swojego domu dziennikarzom i fotografom, lecz często gościło u niego dwóch mężczyzn z kręgu kumpli od pokera, siwowłosych lubieżników widywanych zazwyczaj w jasnobrązowych skórzanych kurtkach i fularach w kolorowe paski, których powszechnie podejrzewano o zamordowanie bogatych żon, chociaż w jednym przypadku nie postawiono żadnych zarzutów, a w drugim zarzuty się nie utrzymały.

W kwestii własnej nieobecnej żony milczał. W jego domu ozdobionym licznymi fotografiami, o ścianach i gzymsach kominków zamieszkanych przez gwiazdy rocka, laureatów Nagrody Nobla i arystokratów, nie było ani jednego wizerunku pani Golden czy jak tam owa kobieta się nazywała. Najwyraźniej doszło do jakiejś kompromitacji, a my, przyznaję ze wstydem, plotkowaliśmy i snuliśmy spekulacje, wyobrażając sobie skalę i zuchwalstwo jej niewierności, przedstawialiśmy ją sobie jako wysoko urodzoną nimfomankę o życiu erotycznym bogatszym niż u gwiazd filmowych, przy czym o jej przygodach słyszeli wszyscy oprócz męża, którego oczy, zaślepione miłością, cały czas wpatrywały się w nią z uwielbieniem, wierzył bowiem, że jest kochaną i wierną żoną z jego marzeń, aż do owego strasznego dnia, gdy przyjaciele powiedzieli mu prawdę, przyszli do niego całą grupą, a on jak się nie wścieknie! jak nie zacznie im wymyślać!, wyzywać od łgarzy i zdrajców, i musiało go przytrzymać siedmiu mężczyzn, żeby nie zrobił krzywdy tym, którzy zmusili go do spojrzenia prawdzie w oczy, aż w końcu to uczynił, pogodził się z rzeczywistością, wygnał żonę ze swojego życia i zabronił jej widywania się z synami. „Zła kobieta”, przekazywaliśmy sobie, uważając się za światowców, i wersja ta nas satysfakcjonowała, nie drążyliśmy jej, będąc, prawdę powiedziawszy, bardziej zaabsorbowani swoimi sprawami, problemami N.J. Goldena zainteresowani tylko do pewnego stopnia. Odwróciliśmy się i zajęliśmy własnym życiem.

Jak bardzo się myliliśmy.

2

Czym jest dobre życie? Co jest jego przeciwieństwem? Na te pytania dwie różne osoby nie podadzą takiej samej odpowiedzi. W tych naszych tchórzliwych czasach odrzucamy wielkość rzeczy uniwersalnych, manifestujemy natomiast i gloryfikujemy nasze małe lokalne fanatyzmy, w związku z czym nie możemy osiągnąć porozumienia w zbyt wielu sprawach. W tych naszych zdegenerowanych czasach ludzie oddani jedynie próżności i osobistemu zyskowi – puste, napuszone indywidua, które nie cofną się przed niczym, o ile służy to ich małostkowym celom – będą się mienić wielkimi przywódcami i łaskawcami, którzy działają na rzecz powszechnego dobra, i nazywać swoich przeciwników kłamcami, idiotami, sztywniakami, kanaliami i, odwracając kota ogonem, ludźmi nieuczciwymi i skorumpowanymi. Jesteśmy tak bardzo podzieleni, tak wrodzy wobec siebie, tak zaślepieni moralizatorstwem i pogardą, tak zatraceni w cynizmie, że nazywamy naszą przemądrzałość idealizmem, jesteśmy tak rozczarowani rządzącymi, tak chętni do szydzenia z instytucji naszego państwa, że już samo słowo „dobroć” zostało pozbawione znaczenia i być może należy je na jakiś czas odstawić, podobnie jak wszystkie inne zatrute wyrazy, na przykład „duchowość”, na przykład „ostateczne rozwiązanie” oraz (przynajmniej w odniesieniu do drapaczy chmur i frytek[1]) „wolność”.

Lecz owego mroźnego dnia w styczniu dwa tysiące dziewiątego, gdy enigmatyczny siedemdziesięciokilkulatek, którego poznaliśmy jako Nerona Juliusza Goldena, zajechał limuzyną Daimler do Greenwich Village z trzema potomkami płci męskiej, bez śladu żony, miał on przynajmniej wyrobione zdanie na temat tego, jak cenić uczciwość i jak odróżniać działania słuszne od nagannych.

– W moim amerykańskim domu – oznajmił w limuzynie słuchającym go uważnie synom, gdy jechali z lotniska do swej nowej rezydencji – moralność będzie podlegała parytetowi złota.

Nie wyjaśnił, co dokładnie ma na myśli: czy to, że moralność jest szalenie cenna, czy że bogactwo określa moralność, czy raczej to, że on, ze swoim nowym złotym nazwiskiem, będzie osobiście arbitrem tego, co dobre, a co złe, młodsi Juliusze (wszyscy trzej woleli tę nazwę cesarskiego rodu od „Goldenów”: skromnością raczej nie grzeszyli!) z wieloletniego synowskiego przyzwyczajenia nie prosili zaś o wyjaśnienia. Najmłodszy z całej trójki, flegmatyczny dwudziestodwulatek z włosami opadającymi pięknymi falami na ramiona i twarzą gniewnego anioła, zadał wszak jedno pytanie:

– Co mamy mówić – zwrócił się do ojca – gdy będą pytać, skąd jesteśmy?

Oblicze starca przybrało szkarłatny odcień wzburzenia.

– Już wam odpowiadałem na to pytanie – zawołał. – Mówcie, że mamy gdzieś te ich przesłuchania. Mówcie, że jesteśmy wężami, które zrzuciły skórę. Mówcie, że właśnie się przeprowadziliśmy z Carnegie Hill. Mówcie, że się urodziliśmy wczoraj. Mówcie, że zostaliśmy wyczarowani albo że przylecieliśmy z okolic alfa Centauri na pokładzie statku kosmicznego ukrytego w ogonie komety. Powiedzcie, że jesteśmy znikąd, skądkolwiek lub skądś, że jesteśmy postaciami fikcyjnymi, jesteśmy oszustami, wymysłami, istotami zmiennokształtnymi, inaczej mówiąc: Amerykanami. Nie podawajcie im nazwy miejsca, które opuściliśmy. Nigdy jej nie wymieniajcie. Ani ulicy, ani miasta, ani kraju. Nie chcę już słyszeć tych słów.

Wyłonili się z samochodu w starym sercu Greenwich Village, na Macdougal Street nieco na południe od Bleecker Street, niedaleko włoskiej kawiarni z dawnych czasów, która chyba cudem wciąż jakoś przędła, i nie zwracając uwagi na klaksony aut z tyłu i wyciągnięte błagalnie ręce co najmniej jednego brudnego żebraka, zostawili limuzynę z pracującym silnikiem na środku ulicy, sami zaś bez pośpiechu wyładowywali z niej bagaże – nawet starzec się uparł, że będzie dźwigać swoją walizkę – i przenieśli je do okazałego secesyjnego budynku po wschodniej stronie ulicy, dawnej rezydencji Murrayów, od tej pory nazywanej domem Goldenów. (Jedynie najstarszy syn, ten, który nie lubił przebywać na zewnątrz, nosił bardzo ciemne okulary i miał zatrwożony wyraz twarzy, sprawiał wrażenie, że się dokądś spieszy). Zajechali więc pod dom tak, jak zamierzali w nim mieszkać – nieskrępowanie, z pogardliwą obojętnością wobec sprzeciwów innych.

Rezydencja Murrayów, najbardziej imponująca budowla w Ogrodach, stała w zasadzie niezamieszkana przez wiele lat, nie licząc administratorki, wyjątkowo opryskliwej pięćdziesięciokilkuletniej Amerykanki włoskiego pochodzenia, i mieszkającej z nią równie nieprzyjemnej, choć dużo młodszej asystentki i kochanki. Często snuliśmy domysły na temat tożsamości właściciela domu, ale groźne strażniczki domostwa nie zamierzały zaspokoić naszej ciekawości. Były to jednak lata, kiedy wielu arcybogatych obywateli świata kupowało nieruchomości po to tylko, żeby je mieć, i pozostawiało puste rezydencje rozsiane po całym globie jak wyrzucone buty, przypuszczaliśmy więc, że chodzi zapewne o jakiegoś rosyjskiego oligarchę albo szejka naftowego, i ze wzruszeniem ramion przywykliśmy traktować ten niezamieszkany dom tak, jakby go tam nie było. Z budynkiem tym związana była jeszcze jedna osoba, niejaki Gonzalo, Latynos i złota rączka o złotym sercu, zatrudniony przez dwie smoczyce-strażniczki do prac konserwacyjnych, i niekiedy, gdy miał trochę wolnego czasu, zapraszaliśmy go do swoich domów, żeby usuwał usterki elektryczne i hydrauliczne lub pomagał odśnieżać dachy i schody w czasie zimy. Wykonywał te usługi z uśmiechem w zamian za drobne sumki wsuwane mu dyskretnie w dłoń.

Macdougal–Sullivan Gardens Historic District – by podać pełną i nazbyt rozwlekłą nazwę naszej dzielnicy, w skrócie Gardens, Ogrody – była zaczarowaną, wolną od strachu przestrzenią, w której mieszkaliśmy i wychowywaliśmy nasze dzieci, miejscem szczęśliwego odpoczynku od rozczarowanego, przesyconego strachem świata poza jej granicami, i nie wstydziliśmy się, jak bardzo kochamy to miejsce. Budynki pierwotnie wzniesione na Macdougal i Sullivan Street w latach czterdziestych dziewiętnastego wieku w stylu klasycystycznym przebudowano w latach dwudziestych minionego stulecia na styl kolonialny pod okiem architektów, których zatrudnił niejaki William Sloane Coffin, przedsiębiorca trudniący się handlem meblami i dywanami, i w tym właśnie okresie działki na tyłach domów połączono, by stworzyć wspólny ogród graniczący od północy z Bleecker Street, od południa z Houston Street i zarezerwowany wyłącznie dla mieszkańców wychodzących nań domów. Rezydencja Murrayów była kuriozum, budynkiem pod wieloma względami zbyt okazałym jak na tę dzielnicę, wytwornym pałacykiem pierwotnie wzniesionym dla prominentnego bankiera Franklina Murraya i jego żony Harriet Lanier Murray w latach 1901–1903 przez firmę architektoniczną Hoppin & Koen, która, żeby zrobić miejsce pod nową budowę, zburzyła dwie nieruchomości wzniesione w tysiąc osiemset czterdziestym czwartym przez kupca Nicholasa Lowa. Rezydencja miała być wyszukana i modna, zaprojektowana w duchu francuskiego renesansu, w stylu, w którym Hoppin i Koen mieli spore doświadczenie uzyskane najpierw w École des Beaux-Arts, a potem w czasie pracy dla firmy McKim, Mead & White. Jak dowiedzieliśmy się później, Golden kupił tę posesję na początku lat osiemdziesiątych. Od dawna szeptano w Ogrodach, że właściciel wpada do domu może na dwa dni w roku, ale nikt z nas nigdy go nie widział, chociaż czasem w nocy rozświetlonych było więcej okien niż zwykle i – ale to bardzo rzadko – za roletami rysował się cień, miejscowe dzieciaki uznały więc, że w pałacyku straszy, i trzymały się od niego z daleka.

Szerokie frontowe drzwi tego właśnie domu stały otworem owego styczniowego dnia, gdy limuzyna Daimlera wypluła Goldenów, ojca i synów. Na progu stał komitet powitalny, dwie smoczyce, które przygotowały wszystko na przyjazd pana. Neron i jego synowie weszli do środka i zastali tam świat kłamstw mający od tej pory być ich mieszkaniem: nie lśniącą od nowości, ultranowoczesną rezydencję dla zamożnej cudzoziemskiej familii, która stopniowo przejmuje ją w posiadanie, w miarę jak rozwija się jej nowe życie, pogłębiają związki z miastem, mnożą doświadczenia – nie! – raczej miejsce, w którym od co najmniej dwudziestu lat Czas stał w miejscu, spoglądając obojętnie na porysowane biedermeiery, powoli blaknące dywany i lampy z płynnym woskiem kupione na fali mody na lata sześćdziesiąte, i z łagodnym rozbawieniem prześlizgiwał się wzrokiem po namalowanych przez same „dobre nazwiska” portretach młodszego Nerona Goldena z nowojorskimi ikonami: René Ricardem, Williamem Burroughsem, Debbie Harry, a także z tuzami finansjery i członkami starych elitarnych rodów o uświęconych tradycją nazwiskach, takich jak Luce, Beekman i Auchincloss. Przed kupnem tego domu Neron był właścicielem przestronnego, wysokiego apartamentu na rogu Broadway i Great Jones Street, prawie trzysta metrów kwadratowych, i w zamierzchłej młodości dopuszczano go na obrzeża Fabryki, gdzie przesiadywał niezauważany i wdzięczny w kręgu młodych krezusów, takich jak Si Newhouse i Carlo De Benedetti, ale to było dawno temu. W domu znajdowały się teraz pamiątki z tamtych czasów, a także z późniejszych wizyt w latach osiemdziesiątych. Większość mebli przechowywano w magazynie i zmaterializowanie się tych przedmiotów z dawniejszego życia przywodziło na myśl ekshumację, sugerowało ciągłość, której pozbawione były historie mieszkańców. Tak więc dom ten zawsze wydawał nam się piękną podróbką. Przekazywaliśmy sobie po cichu słowa Prima Leviego: „Przewaga nierzeczywistości nad rzeczywistością to oczywisty skutek wygnania, wykorzenienia”[2].

W tym domu nie było niczego, co by wskazywało na pochodzenie domowników, i wszyscy czterej uparcie odmawiali rozmów o przeszłości. Różne rzeczy z czasem wychodzą na jaw, to nieuniknione, toteż w końcu poznaliśmy ich historię, wcześniej jednak tworzyliśmy własne hipotezy na temat ich skrywanych biografii i ich wymysły oplataliśmy własnymi. Chociaż każdy z nich miał dość jasną karnację, od mlecznobladej cery najmłodszego syna do smagłości Nerona, dla wszystkich było jasne, że nie są „biali” w konwencjonalnym znaczeniu tego słowa. Ich angielszczyzna była nienaganna, z brytyjskim akcentem, niemal na pewno więc mogli się poszczycić wykształceniem z Oksfordu lub Cambridge, i początkowo większość z nas błędnie zakładała, że wielokulturowa Anglia jest tym krajem, a Londyn tym wielorasowym miastem, których nazw nie wolno wymówić. Gdybaliśmy, że byli Libańczykami, Ormianami lub londyńczykami z Azji Południowej, może nawet pochodzili z basenu Morza Śródziemnego, co by tłumaczyło te rzymskie fantazje. Jakaż straszna krzywda ich tam spotkała, jakich musieli doznać zniewag, żeby teraz z taką skrupulatnością odcinać się od swych korzeni? No cóż, większość z nas uważała, że to ich prywatna sprawa, i byliśmy skłonni nie poruszać tematu do czasu, aż przestało to być możliwe. I gdy nadszedł ów dzień, zrozumieliśmy, że cały czas zadawaliśmy sobie niewłaściwe pytania.

To, że ta szarada z przybranymi imionami w ogóle się udała, w dodatku przez całe dwie kadencje prezydenckie, że ci wymyśleni Amerykanie zamieszkujący swój pałac iluzji zostali przez nas, nowych sąsiadów i znajomych, tak skwapliwie przyjęci, mówi wiele o samej Ameryce, a jeszcze więcej o sile woli, z jaką Goldenowie przybrali swe kameleonowe tożsamości, stając się – w oczach nas wszystkich – tym, kim twierdzili, że są. Z perspektywy czasu może nas tylko zdumiewać skala ich planu, liczba szczegółów, którymi trzeba się było zająć, paszporty, dowody tożsamości, prawa jazdy, numery ubezpieczenia społecznego, ubezpieczenie zdrowotne, falsyfikaty, umowy, łapówki, zwyczajna trudność tego wszystkiego oraz furia i może strach, które napędzały cały ten niesamowity, misterny, obłąkańczy plan. Jak się dowiedzieliśmy później, senior rodu przygotowywał tę metamorfozę jakieś piętnaście lat, zanim przystąpił do wcielenia jej w życie. Gdybyśmy o tym wiedzieli, zrozumielibyśmy, że ukrywa się przed nami coś potężnego. Ale nie wiedzieliśmy. Byli po prostu samozwańczym królem i jego soi-disant książętami mieszkającymi w pobliskim klejnocie architektury.

Prawdą jest, że nie wydawali nam się aż tak dziwni. W Ameryce ludzie nosili przeróżne nazwiska – w książkach telefonicznych, w czasach, kiedy istniały, królował nazewniczy egzotyzm. Huckleberry! Dimmesdale! Ichabod! Ahab! Fenimore! Portnoy! Drudge! Nie wspominając ani słowem o dziesiątkach, setkach, tysiącach Goldów, Goldwaterów, Goldsteinów, Finegoldów, Goldberrych. Amerykanie zresztą niezmiennie decydowali o tym, jak chcą być nazywani i kim chcą być, porzucali więc rodowe Gatz, by zamienić się w Gatsbych z szafami pełnymi koszul i gonić za mrzonkami o imieniu Daisy, a może po prostu Ameryka. Samuel Goldfish (jeszcze jeden „złoty” chłopak) zamienił się w Samuela Goldwyna, Aertzoonowie w Vanderbiltów, Clemens w Twaina. I wielu z nas, imigrantów – ewentualnie byli nimi nasi rodzice bądź dziadkowie – postanowiło zostawić za sobą przeszłość, tak jak to teraz robili Goldenowie; zachęcaliśmy dzieci, żeby mówiły po angielsku, nie używały języka ze starego kraju: żeby mówiły, ubierały się, zachowywały jak Amerykanie, żeby nimi były. Stare rzeczy chowało się po piwnicach, wyrzucało lub gubiło. A w naszych filmach i komiksach – w komiksach, jakimi stały się nasze filmy – czyż nie opiewamy na co dzień, czyż nie czcimy idei „skrywanej tożsamości”? Clark Kent, Bruce Wayne, Diana Prince, Bruce Banner, Raven Darkhölme, jakże was kochamy. Skrywana tożsamość mogła być kiedyś francuskim wymysłem – złodziej Fantomas, a także le fantôme de l’Opéra – ale zdążyła się mocno zakorzenić w kulturze amerykańskiej. Jeśli nasi nowi przyjaciele chcieli być cezarami, nie mieliśmy nic przeciwko. Mieli wspaniałe gusta, nosili wyborne stroje, posługiwali się znakomitą angielszczyzną i nie byli bardziej ekscentryczni niż, dajmy na to, Bob Dylan lub jakikolwiek inny dawny mieszkaniec naszej dzielnicy. Zatem Goldenów zaakceptowano, ponieważ byli akceptowalni. Byli teraz Amerykanami.

W końcu jednak tajemnice zaczęły wychodzić na jaw. Oto powody upadku rodziny: kłótnia między rodzeństwem, niespodziewana przemiana, pojawienie się w życiu Nerona pięknej i zdeterminowanej młodej kobiety, morderstwo. (Więcej niż jedno). Oraz: w dalekim kraju bez nazwy nareszcie kawał porządnej roboty wywiadowczej.

[1] Nawiązanie do Freedom Tower, czyli Wieży Wolności, jak początkowo nazywano 1 World Trade Center powstały w miejscu zniszczonych 11 września 2001 roku biurowców World Trade Center, oraz do freedom fries, jak (bez powodzenia) próbowano w Stanach Zjednoczonych przemianować frytki (ang. French fries) w odwecie za francuski sprzeciw wobec wojny w Iraku w 2003 roku (wszystkie przypisy tłumacza).

[2] Fragment Rozejmu Prima Leviego w przekładzie Krzysztofa Żaboklickiego.

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Dostępne w wersji pełnej

19

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

21

Dostępne w wersji pełnej

22

Dostępne w wersji pełnej

23

Dostępne w wersji pełnej

24

Dostępne w wersji pełnej

25

Dostępne w wersji pełnej

26

Dostępne w wersji pełnej

27

Dostępne w wersji pełnej

28

Dostępne w wersji pełnej

29

Dostępne w wersji pełnej

30

Dostępne w wersji pełnej

31

Dostępne w wersji pełnej

32

Dostępne w wersji pełnej

33

Dostępne w wersji pełnej

34

Dostępne w wersji pełnej

35

Dostępne w wersji pełnej

36

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału: The Golden House

Copyright © 2017, Salman Rushdie

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2017

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Katarzyna Raźniewska

Konsultacja indologiczna: dr Monika Browarczyk

Projekt i opracowanie graficzne okładki oraz ilustracja na okładce: Michał Pawłowski / www.kreskaikropka.pl

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Złoty dom Goldenów, wyd. I, Poznań 2017)

ISBN 978-83-8062-877-9

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Złoty dom Goldenów Czarodziejka z Florencji Śalimar klaun Dwa lata, osiem miesięcy i dwadzieścia osiem nocy - PRZEDSPRZEDAŻ Furia Ostatnie westchnienie Maura 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer Zombie Syreny