Grace i Grace

Grace i Grace

Autorzy: Margaret Atwood

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Psychologia Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 21.40 zł

Rok 1843 – Grace Marks zostaje skazana za współudział w brutalnym morderstwie swojego pracodawcy i jego gospodyni. Odsiadując wyrok dożywocia, twierdzi, iż całkowicie utraciła pamięć. Niektórzy uważają, że Grace jest niewinna angażują do pomocy dobrze się zapowiadającego specjalistę od chorób umysłowych. Mężczyzna wysłuchuje historii Grace, zbliżając ją coraz bardziej do dnia, którego ona nie pamięta. Jakie wspomnienia uda mu się odblokować? Czy Grace naprawdę zabiła?

Margaret Atwood stworzyła – na podstawie prawdziwej historii jednej z najbardziej zagadkowych i najsłynniejszych kobiet XIX wieku – niezwykle urzekającą, wstrząsającą i niepokojącą opowieść o seksualności, okrucieństwie i tajemnicy.

Na podstawie powieści powstał znakomity miniserial CBC i Netflix, w Polsce do obejrzenia na Netflix.

Genialna proza Atwood przenika do głębi. Tak intymna, jakby była napisana na własnej skórze.
Hilary Mantel, „Literary Review”

Wybitna pisarka naszych czasów.
„Sunday Times”

Margaret Atwood to światowej sławy kanadyjska powieściopisarka, poetka, krytyczka literacka, feministka i aktywistka polityczna, wymieniana wśród najpoważniejszych kandydatów do literackiej Nagrody Nobla.

Jej książki ukazały się w ponad trzydziestu językach. Do jej dorobku literackiego należą między innymi "Opowieść podręcznej", na kanwie której nakręcono film i serial pod tym samym tytułem, "Ślepy zabójca", powieść nagrodzona Booker Prize, i "Oryks i Derkacz", nominowana do Booker Prize i Orange Prize w dziedzinie literatury.

Tytuł oryginału

ALIAS GRACE

Copyright © 1996 by O.W. Toad, Ltd.

Opracowanie graficzne okładki

Ewa Wójcik

Zdjęcie na okładce

© Sabrina Lantos – courtesy of Halfire Entertainment

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Korekta

Jolanta Tyczyńska

Anna Godlewska

ISBN 978-83-8123-560-0

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Graeme i Jess

Cokolwiek się zdarzyło przez te lata,

Bóg wie, że mówię prawdę, twierdząc, że kłamiesz.

William Morris

Obrona Ginewry

Ja nie mam żadnego Trybunału.

Emily Dickinson

Listy

Nie mogę wam powiedzieć, czym jest światło, ale mogę powiedzieć, czym nie jest… Co jest motywem światła? Czym jest światło?

Eugene Marais

Dusza termita

I

Wyszczerbione ostrze

Kiedy odwiedziłam więzienie okręgowe, przebywało tam tylko czterdzieści kobiet. To bez wątpienia świadczy o lepszej kondycji moralnej płci słabej. Głównym celem mojej wizyty na ich oddziale było spotkanie ze znaną morderczynią, Grace Marks, o której wiele się dowiedziałam – nie tylko z gazet, ale również od dżentelmena, który bronił jej na rozprawie i którego zgrabna mowa uchroniła ją przed szafotem, gdzie jej nieszczęsny wspólnik zakończył swą grzeszną karierę.

Susanna Moodie

Life in the Clearings, 1853

Chodź, zobacz

prawdziwe kwiaty

tego cierpiącego świata.

Basho

1

Ze żwiru wyrastają peonie. Wydostają się spomiędzy rzadkich szarych kamyków, ich pąki badają powietrze niczym oczy ślimaka, potem puchną i się otwierają; ogromne ciemnoczerwone kwiaty są lśniące i połyskliwe jak satyna. Następnie wybuchają i opadają na ziemię.

Tuż przed rozwinięciem przypominają peonie w ogródku pana Kinneara, owego pierwszego dnia, tylko że tamte były białe. Nancy je ścinała. Miała na sobie jasną sukienkę w pączki róż, ze spódnicą z potrójną falbaną, i słomkowy kapelusz, skrywający twarz. Niosła płaski kosz, do którego wkładała kwiaty. Zginała się w biodrach niczym dama i schylała z wyprostowanym stanem. Kiedy nas usłyszała i się odwróciła, przyłożyła dłoń do gardła, jakby się zlękła.

Idziemy cicho parami, z głowami wciśniętymi w ramiona, ze spuszczonymi oczami, przez plac zamknięty wysokimi kamiennymi murami. Ręce trzymam splecione przed sobą, skóra na nich jest spękana, a kostki czerwone. Odkąd pamiętam, zawsze takie były. Niebiesko-białe noski moich butów wyglądają spod rąbka sukienki i znowu się chowają, chrzęszczą na ścieżce. Te buty są wygodniejsze niż wszystkie, jakie do tej pory miałam.

Jest rok 1851. Niedługo kończę dwadzieścia cztery lata. Siedzę tu zamknięta od szesnastego roku życia. Jestem wzorową więźniarką, nie sprawiam żadnych kłopotów. Tak mówi żona komendanta, podsłuchałam ją. Jestem dobra w podsłuchiwaniu. Jeżeli będę grzeczna i spokojna, może w końcu mnie wypuszczą, ale niełatwo być grzeczną i spokojną: zupełnie jakby się wisiało nad krawędzią mostu już po wypadnięciu. Nie poruszasz się, tylko wisisz w powietrzu, a jednak odbiera ci to wszystkie siły.

Kącikiem oka obserwuję peonie. Wiem, że nie powinno ich tu być. Jest kwiecień, a one nie kwitną w kwietniu. Teraz przybyły jeszcze trzy, wyrosły tuż przede mną, wprost na ścieżce. Ukradkiem wyciągam rękę i dotykam jednej. Jest sucha i uświadamiam sobie, że jest zrobiona z materiału.

Nagle widzę przed sobą klęczącą Nancy. Włosy ma rozsypane, a krew zalewa jej oczy. Biała bawełniana chusteczka w niebieskie kwiatki, jaskry, którą zawiązała na szyi, jest moja. Nancy podnosi głowę, wyciąga do mnie ręce w błagalnym geście. W uszach ma maleńkie złote kolczyki, których jej kiedyś zazdrościłam. Może je sobie zatrzymać, bo tym razem wszystko będzie inaczej, tym razem pobiegnę jej na pomoc, podniosę ją i otrę krew własną sukienką, zrobię bandaż z kawałka halki i nie wydarzy się nic złego. Po południu pan Kinnear wróci do domu, wjedzie na podjazd, McDermott zajmie się koniem, pan Kinnear pójdzie do salonu, ja zaparzę kawę, Nancy zaniesie mu ją na tacy, on powie: „Jaka dobra kawa”, a w nocy w sadzie pokażą się świetliki i przy świetle lamp rozbrzmiewać będzie muzyka. Jamie Walsh. Chłopiec z fujarką.

Jestem tuż koło Nancy, blisko miejsca, gdzie klęczy. Nie przyśpieszam jednak kroku, nie biegnę, dalej idę razem z innymi i wtedy Nancy się uśmiecha, ale tylko samymi ustami, oczy ma wciąż zalane krwią i zakryte włosami, i nagle rozmywa się w kolorowe plamy, staje się połacią materiału w czerwone pąki, rozpostartego na kamieniach.

Zakrywam dłońmi oczy, bo nagle robi się ciemno i pojawia się mężczyzna ze świecą blokujący dostęp do schodów, które prowadzą do góry, a mnie otaczają ściany piwnicy i wiem, że nigdy się stąd nie wydostanę.

Oto co powiedziałam doktorowi Jordanowi, kiedy doszliśmy do tej części historii.

II

Wyboista droga

We wtorek, dziesięć minut po dwunastej, w nowym więzieniu w tym mieście na Jamesie McDermotcie, zabójcy pana Kinneara, został wykonany surowy wyrok. Zgromadził się ogromny tłum mężczyzn, kobiet i dzieci, niespokojnie oczekujący na ostatnią walkę tej grzesznej istoty. Nie sposób się domyślić, jakie uczucia powodują kobietami, które przez błoto i deszcz, z bliska i daleka, ściągnęły tu, by stać się świadkami tego straszliwego widowiska. Ośmielamy się stwierdzić, że nie były one zbyt delikatne ani wyrafinowane. Okrutny zbrodniarz w tej przerażającej chwili wykazał się podobnym chłodem i brakiem strachu, jakie cechowały jego zachowanie od momentu aresztowania.

TORONTO MIRROR

23 listopada 1843

Przewinienie

Kara

Śmiech lub rozmowy

6 uderzeń batem dziewięciorzemiennym

Rozmowy w umywalni

6 uderzeń batem rzemiennym

Grożenie śmiercią innemu więźniowi

24 uderzenia batem dziewięciorzemiennym

Rozmowy z opiekunami na tematy niezwiązane z ich pracą

6 uderzeń batem dziewięciorzemiennym

Narzekanie na jedzenie, kiedy strażnicy każą siadać

6 uderzeń batem rzemiennym; chleb i woda

Rozglądanie się i brak uwagi przy śniadaniu

chleb i woda

Porzucenie pracy i udanie się w miejsce ustronne, gdzie przebywa inny więzień

36 godzin w ciemnej celi; chleb i woda

KSIĘGA KAR

Więzienie okręgowe w Kingston, 1843

Grace Marks alias Mary Whitney James McDermott

Tak wyglądali w sądzie. Oskarżeni o zabójstwo pana Thomasa Kinneara i Nancy Montgomery. Trial of James McDermott and Grace Marks... for the murder of Thomas Kinnear... Toronto, 1834 (Courtesy, Metropolitan Toronto Reference Library).

2

ZBRODNIA DOKONANA NA THOMASIE KINNEARZE, ESQ. I JEGO GOSPODYNI NANCY MONTGOMERY W RICHMOND HILL I PROCES GRACE MARKS I JAMESA MCDERMOTTA ORAZ POWIESZENIE JAMESA MCDERMOTTA W NOWYM WIĘZIENIU W TORONTO, 21 LISTOPADA 1843 ROKU.

Panna służąca Grace Marks

Szesnaście wiosen skończyła,

McDermott zaś stajennym był

U imćpana Kinneara.

Pan Thomas Kinnear, dżentelmen,

Wygodne życie wiódł,

I gospodynię, Nancy Montgomery,

Ukochał, istny cud.

O droga Nancy, nie rozpaczaj,

Do Toronto jechać czas,

Pieniędzy przywiozę ci wnet

Z torontońskich banków kas.

Z Nancy żadna wielka dama,

I żadna z niej królowa,

Lecz w jedwabie stroi się,

Jak każe miejska moda.

Z Nancy żadna wielka dama,

A wciąż pomiata mną,

Przez dzień cały mnie pogania,

Aż mnie zapędzi w grób.

Grace dobrego kochała Kinneara,

McDermott ukochał swą Grace,

I powiadam, to właśnie miłość

Przyniosła nieszczęścia te.

O Grace, bądź ukochaną mą,

Och nie, to nie może być,

Wpierw żeby dowieść miłość swą,

Zabijesz Nancy Montgomery.

Więc siekierą ostrą trach

Pięknej Nancy rozbił głowę,

Zawlókł do piwnicy drzwi

I zrzucił w dół po schodach.

O, daruj mi życie, McDermott,

O, błagam, daruj mi,

O, daruj mi życie, Grace Marks,

A dam ci suknie trzy.

Nie proszę dla siebie, nie dla dzieciątka,

Które w sobie wciąż noszę,

Dla mego lubego chcę dożyć dnia,

O to was tylko proszę.

McDermott za włosy chwycił ją,

A Grace chwyciła za głowę,

I straszni ci zbrodzieńcy dwaj

Zadusili na śmierć niebogę.

Cóż ja zrobiłem, jestem zgubiony,

I o swe życie drżę,

By się ocalić, pana Kinneara

Skazać musimy na śmierć.

Och nie, och nie, ja błagam cię,

Ocal go, daruj mu życie!

On musi umrzeć, przyrzekłaś mi,

Że będziesz moją o świcie.

Pan Kinnear do domu wrócił

I koło kuchennych drzwi

McDermott wystrzelił w serce mu

I pławił się w jego krwi.

Przyszedł wędrowny kramarczyk,

Czy kupisz ode mnie coś?

Idź precz, panie kramarzu,

Ja sukni mam już dość.

A potem nadszedł rzeźnik,

Co tydzień przynosił coś,

Idź precz, panie rzeźniku,

My mięsa mamy dość!

Kinnearowi zgrabili srebra,

I złota moc zabrali,

Ukradli konia, powóz też

I do Toronto odjechali.

Więc w samym środku nocy

Do Toronto umykają,

I przez Jezioro do Ameryki Stanów

Od kary słusznej czmychają.

McDermotta ujęła za rękę,

Tak śmiało, jak zdołała,

I jako Mary Whitney

W gospodzie Lewiston się zatrzymała.

Trupy znaleźli w piwnicy,

Nancy twarz czarną miała,

Kinnear na plecach skonał,

A ona pod balią leżała.

Szeryf Kingsmill, ścigając ich,

Wskoczył u brzegu na prom,

Którym czym prędzej popłynął

Przez Jezioro do Lewiston.

Nawet sześciu godzin nie spali,

Nie utuliły ich jeszcze sny,

Kiedy przyjechał, odnalazł ich,

Zastukał do gospody drzwi.

Kto tam? – pyta piękna Grace,

Po co pan puka do drzwi?

Zabiliście pana Thomasa

I Nancy Montgomery.

Grace Marks stanęła przed sądem,

Wszystkiego się wyparła.

Nie widziała, jak pan upadał,

Nie wie, jak Nancy umarła.

Zmusił mnie, bym mu pomogła,

I ostrzegł, że gdybym „nie” rzekła,

Weźmie jedną ze swoich strzelb

I wyśle mnie prosto do P…ła.

McDermott stanął przed sądem,

Nie zrobiłem tego sam,

To urok nadobnej Grace Marks

Do zbrodni przywiódł mnie bram.

Młody Jamie Walsh przed sądem

Całą prawdę przysiągł rzec,

Grace ma na sobie suknię Nancy

I Nancy czepeczek też!

McDermott dostał stryczek,

Na szubienicy zawisł wysokiej,

A Grace do więzienia wtrącili,

Gdzie wciąż to płacze i szlocha.

McDermott wisiał godziny dwie

Aż wreszcie trupa zdjęli,

Na uniwersytet zawieźli go

I tam na kawałki pocięli.

Na grobie Nancy wyrosła róża,

A nad Kinnearem winne pędy

Wysoko się wzbiły i splotły,

I tak kochanków złączyły więzy.

A nieszczęsną Grace Marks,

Za grzechy i zbrodnię tą

Na resztę życia wtrącili ją

Do celi więziennej w Kingston.

Lecz jeśli skruchę poczuje,

Za grzechy żałować zacznie,

To kiedy umrze, powstanie znów,

Przy tronie Odkupiciela spocznie.

Przy tronie Odkupiciela spocznie,

Zmyty będzie z niej grzech,

Jej dłonie z krwi się obmyją

I będzie czysta jak śnieg.

Czysta będzie jak śnieg,

W niebiańskim znajdzie się gaju,

W Domu Pańskim zamieszka,

Odpocznie wreszcie w Raju1.

1 przeł. Krzysztof Zabłocki.

III

Gra w cztery kąty

To kobieta średniego wzrostu, o lekkiej, wdzięcznej sylwetce. Na jej twarzy maluje się melancholia, której widok jest przejmująco bolesny. Ma jasną cerę, która – zanim odbarwił ją beznadziejny smutek – musiała być świetlista. Jej oczy są jaskrawoniebieskie, a twarz byłaby nawet przystojna, gdyby nie podłużny, wygięty do góry podbródek, nadający jej – jak to zwykle bywa u ludzi dotkniętych tym defektem – wyraz przebiegłości i okrucieństwa.

Grace Marks spogląda z ukosa, ukradkiem. Nigdy nie patrzy nikomu prosto w oczy, a gdy już obrzuci kogoś niechętnym spojrzeniem, potem nieodmiennie wbija wzrok w ziemię. Raczej nie sprawia wrażenia osoby tak niskiego stanu…

Susanna Moodie

Life in the Clearings, 1853

Pojmana uniosła twarz; tak błoga była, tak łagodna,

Jak z marmuru rzeźba święta, jak dziecina piersi głodna.

Tak czuła była i słodka, tak jasna i świetlista,

Od śladu bólu wolna, od cienia żalu czysta!

Pojmana dłoń uniosła, przywarła ją do skroni:

„Cierpię – rzekła – bom raniona od waszej broni.

Lecz na nic zdadzą się rygle i żelazne sztaby,

Choćby w stali wykute, uwolnię się od nich niebawem”.

Emily Brontë

Uwięziona, 1845

3

1859

Siedzę na fioletowej aksamitnej sofie w salonie komendanta, w salonie żony komendanta. Zawsze był salonem żony komendanta, chociaż nie zawsze była to ta sama żona, gdyż zmieniają się one razem z polityką. Ręce, jak nakazuje zwyczaj, złożyłam na podołku, ale nie mam rękawiczek. Rękawiczki, jakie chciałabym nosić, powinny być gładkie, białe i idealnie dopasowane.

Często bywam w tym salonie, zbieram naczynia po herbacie, odkurzam stoliki, podłużne lustro w ramie rzeźbionej w winogrona i liście, fortepian i wysoki zegar z Europy z pomarańczowo-niebieskim słońcem i srebrnym księżycem, które w zależności od pory dnia i tygodnia w miesiącu chowają się lub pokazują. Ze wszystkich mebli w salonie najbardziej podoba mi się ten zegar, chociaż mierzy czas, a tego mam zbyt wiele przed sobą.

Jednak nigdy przedtem nie siedziałam na tej sofie, jest przeznaczona dla gości. Pani Aldermanowa Parkinson kiedyś powiedziała, że dama nie powinna siadać na krześle, które przed chwilą zwolnił dżentelmen, ale nie wyjaśniła dlaczego. Mary Whitney powiedziała mi później: „Dlatego, ty głupia gąsko, że krzesło jest jeszcze ciepłe od jego tyłka”, co zabrzmiało bardzo ordynarnie. Nie mogę więc powstrzymać się od myślenia o damskich tyłkach, które do tej pory siedziały na tej właśnie sofie, a wszystkie takie delikatne i białe niczym galaretowate jajka na miękko.

Panie są w popołudniowych sukniach, z rzędami guzików z przodu i sztywnymi krynolinami na drucianych obręczach pod spodem. Ciekawe, że w ogóle mogą w tym siadać i że kiedy chodzą, pod falującymi spódnicami oprócz halek i pończoch nic nie dotyka ich nóg. Wyglądają jak łabędzie, sunąc tak na niewidzialnych nogach, albo jak meduzy, które unosiły się na wodzie w skalistej przystani koło naszego domu, kiedy byłam mała, jeszcze zanim udałam się w tę długą, smutną podróż przez ocean. Meduzy były w kształcie dzwonków i falowały wdzięcznie i pięknie pod wodą, lecz kiedy fale wyrzuciły je na brzeg i kiedy wyschły na słońcu, nic z nich nie zostawało. I takie właśnie są te damy: zrobione głównie z wody.

Nie było krynolin na obręczach, kiedy mnie tu przywieziono po raz pierwszy. Robiono je z końskiego włosia, jako że drucianych jeszcze nikt nie wymyślił. Oglądam je wiszące w szafach, kiedy przychodzę sprzątnąć brudną wodę po toalecie. Przypominają klatki dla ptaków, ale co jest w nich uwięzione? Nogi, nogi dam, nogi tak zamknięte, by nie mogły się wydostać i ocierać o spodnie dżentelmenów. Żona komendanta nigdy nie wymawia słowa „nogi”, chociaż użyły go gazety, pisząc o Nancy, której martwe nogi wystawały spod balii.

Przychodzą nie tylko meduzowate damy. We wtorki mamy Kwestię Kobiet i emancypację oraz reformatorów obu płci, a we czwartki – kółko spirytystyczne, którego członkowie przychodzą na herbatkę i żeby porozmawiać ze zmarłymi, co jest wielką pociechą dla żony komendanta, ponieważ umarło jej dziecko. Siedzą, popijając z cienkich filiżanek, a żona komendanta dzwoni maleńkim dzwoneczkiem z porcelany. Nie podoba jej się to, że jest panią komendantową, wolałaby, żeby jej mąż był komendantem czegoś innego niż więzienie. Komendant miał wystarczająco dużo przyjaciół, by zostać komendantem, ale nie przydali mu się już do niczego innego.

No więc pani komendantowa tkwi tu, musi jak najlepiej wykorzystać swą pozycję społeczną i osiągnąć jak najwięcej, a ja – choć przedmiot lęku, jak pająk, ale również obiekt dobroczynności – jestem jednym z jej osiągnięć. Wchodzę do pokoju, dygam i zaczynam się krzątać z zaciśniętymi ustami i schyloną głową, zbieram filiżanki albo je ustawiam – to zależy – a damy ukradkiem przyglądają mi się spod swych kapeluszy.

Chciały mnie zobaczyć, bo jestem uznaną morderczynią. To znaczy tak o mnie napisano. Kiedy przeczytałam to pierwszy raz, byłam zdziwiona, bo przecież mówi się „uznany śpiewak” i „uznana poetka”, „uznane medium” i „uznana aktorka”, ale jakie uznanie można mieć dla morderstwa? Tak czy inaczej, „morderczyni” to mocne słowo. Ma też swój zapach – piżmowy i ciężki, jak zwiędłe kwiaty w wazonie. Niekiedy w nocy szepczę je: „morderczyni”, „morderczyni”. Szeleści jak spódnica z tafty na podłodze.

Słowo „morderca” jest po prostu brutalne. Brzmi jak uderzenie młotka albo kawałka metalu. Już wolę być morderczynią niż mordercą, skoro tylko taki mam wybór.

Czasami, kiedy odkurzam lustro z winogronami, patrzę na swoje odbicie, chociaż wiem, że to próżność. W popołudniowym świetle salonu moja skóra jest blada jak wyblakły siniak, a zęby mają zielonkawy odcień. Myślę o wszystkich tych rzeczach, które o mnie napisano – że jestem nieludzkim potworem w skórze kobiety, że jestem niewinną ofiarą łajdaka, który pozbawił mnie własnej woli i groził mi śmiercią, że byłam zbyt nieświadoma, żeby wiedzieć, jak mam postąpić, i że powieszenie mnie byłoby przestępstwem popełnionym w majestacie prawa, że lubię zwierzęta, że jestem bardzo przystojna i mam świetlistą cerę, że mam niebieskie oczy, że mam zielone oczy, że mam kasztanowate, a także brązowe włosy, że jestem wysoka, ale również średniego wzrostu, że jestem dobrze i porządnie ubrana, że obrabowałam w tym celu zamordowaną kobietę, że sprawnie wykonuję swoją pracę, że mam kapryśne i kłótliwe usposobienie, że raczej sprawiam wrażenie osoby wyższego stanu, że jestem dobrą dziewczyną o ustępliwej naturze i że nie można mi nic zarzucić, że jestem podstępna i kłamliwa, że mam nie po kolei w głowie i że jestem niewiele mądrzejsza od idioty. Ciekawe, jak można mówić o mnie tyle różnych rzeczy?

To mój własny obrońca, pan Kenneth MacKenzie, Esq., powiedział im, że brakuje mi piątej klepki. Byłam na niego o to zła, ale wyjaśnił, że to moja ostatnia szansa i że nie powinnam wyglądać na zbyt inteligentną. Powiedział, że zrobi, co w jego mocy, bo w końcu byłam wtedy jeszcze dzieckiem. Okazał się miłym dżentelmenem i chociaż nie rozumiałam ani słowa z tego, co mówił, to na pewno jego mowa obrończa była wyśmienita. Gazety pisały, że heroicznie odpierał wszelkie przytłaczające zarzuty. Nie wiem jednak, dlaczego nazywa się to „mowa obrończa”, skoro wcale nie usiłował mnie bronić, tylko starał się pokazać, że wszyscy świadkowie byli niemoralni, złośliwi albo się mylili.

Ciekawe, czy w ogóle uwierzył choć w jedno moje słowo.

Kiedy wychodzę z salonu, panie zaglądają do albumu żony komendanta. „Och, wyobrażam sobie, aż mi się robi słabo” – mówią. „Pozwalasz tej kobiecie chodzić po swoim domu? Musisz mieć nerwy ze stali, ja bym tego nie wytrzymała”. „Och, w naszej sytuacji trzeba się przyzwyczajać do takich rzeczy, wiesz, właściwie to sami jesteśmy więźniami, no i trzeba mieć litość dla tych biednych, ciemnych istot, a poza tym ona się uczyła na służącą, to świetna krawcowa, całkiem zręczna i zwinna, jest doskonałą pomocą, zwłaszcza przy sukniach dziewcząt, ma oko do ozdabiania i w szczęśliwszych okolicznościach może zostałaby pomocnicą modystki.

Oczywiście może tu przebywać w ciągu dnia, ale wolałabym jej nie zatrzymywać na noc. Cały czas pamiętam o tym, że była w domu dla obłąkanych w Toronto, siedem czy osiem lat temu, i chociaż wygląda na to, że już całkiem doszła do siebie, to przecież nigdy nie wiadomo, czy jej znowu coś nie napadnie – czasami mówi do siebie i śpiewa głośno w bardzo dziwaczny sposób. Nie można ryzykować. Wieczorem strażnicy odprowadzają ją i zamykają w celi, inaczej nie zmrużyłabym oka”. „Och, niczego ci nie zarzucam. Są przecież granice chrześcijańskiego miłosierdzia. Lampart nie zmieni swoich cętek i nikt nie może powiedzieć, że nie spełniłaś swojego obowiązku i nie okazałaś serca”.

Żona komendanta trzyma swój album na okrągłym stoliku przykrytym jedwabnym szalem, na którym są splecione gałęzie podobne do winorośli, kwiaty, czerwone owoce i niebieskie ptaki – jedno wielkie drzewo – i jeżeli patrzy się na nie wystarczająco długo, winorośl zaczyna falować, jakby w podmuchach wiatru. Ten szal przysłała jej z Indii najstarsza córka, która jest żoną misjonarza, co jest dla mnie nie do pomyślenia. Na pewno umarłabym młodo: jeśli nie w zamieszkach, takich jak te w Cawnpore, gdzie dopuszczono się straszliwych czynów na osobach szanowanych dam, i całe szczęście, że je wszystkie potem zabito i położono kres ich cierpieniom, bo wstyd byłby niewyobrażalny, to na malarię, od której zupełnie się żółknie i kona w potwornych mękach. W każdym razie, zanim bym się obejrzała, już bym leżała pogrzebana pod jakąś palmą, w obcym kraju. Widziałam takie zdjęcia w książce ze wschodnimi sztychami, którą żona komendanta wyjmuje, kiedy ma ochotę uronić parę łez.

Na tym samym okrągłym stoliku leży sterta magazynów „Godey’s Ladies’ Book” z fasonami prosto ze Stanów, a także albumy Keepsake należące do dwóch młodszych córek. Panienka Lydia twierdzi, że jestem postacią romantyczną, ale w końcu obie córki są jeszcze tak młode, że nie wiedzą, co mówią. Czasami próbują mnie wybadać i drażnią się ze mną: „Grace, dlaczego ty się nigdy nie uśmiechasz i nie śmiejesz?”, a ja na to: „Chyba zapomniałam, jak się to robi, twarz już mi się nie chce układać w ten sposób”. Gdybym się raz roześmiała, pewnie już bym nie mogła przestać, poza tym to by zniszczyło ich romantyczne wyobrażenie o mnie. Romantyczni ludzie nie powinni się śmiać, wiem to ze zdjęć.

Córki wklejają rozmaite rzeczy do swoich albumów: kawałeczki materiału z sukni, strzępki wstążek, zdjęcia wycięte z magazynów – ruiny starożytnego Rzymu, malownicze klasztory we francuskich Alpach, stary most Londyński, wodospad Niagara latem i zimą, który bardzo chciałabym zobaczyć, bo podobno robi ogromne wrażenie, oraz zdjęcia Lady Takiej-to-a-takiej i Lorda Owakiego z Anglii. A ich przyjaciółki wpisują im się swym czarującym charakterem pisma: Najdroższej Lydii od przyjaciółki na wieki, Clary Richards; Najdroższej Marianne na pamiątkę naszego cudownego pikniku nad Jeziorem Błękitnym w Ontario. I wiersze:

Jak dzikie wino, co krzepki dąb

Oplata w swoich zwojach,

Tak ja najszczerzej przyrzekam Ci,

Na zawsze będę Twoja.

– Oddana ci Laura.

Albo:

Choć odejdę w ciemną dal,

Nie trap się, kochana.

Więź, co łączy dusze dwie,

Nie może być zerwana.

– Twoja Lucy.

Ta młoda dama niedługo potem utonęła w Jeziorze, kiedy jej statek poszedł na dno podczas sztormu, i nie znaleziono po niej nic oprócz pudełka z inicjałami zrobionymi ze srebrnych gwoździków. Było zamknięte, więc chociaż przemokło, nic z niego nie wypadło i panienka Lydia dostała szarfę na pamiątkę.

Kiedy umrę, kiedy zginę,

Kiedy już nie będzie mnie,

Wtedy karty te rozwiniesz

I przypomnisz sobie mnie.

Ten wiersz jest podpisany: Zawsze będę duchem z Tobą, Twoja kochająca „Nancy”, Hannah Edmonds, i muszę przyznać, że kiedy go zobaczyłam po raz pierwszy, aż mnie ciarki przeszły, chociaż oczywiście chodziło o inną Nancy. Gdy ją znaleźli, całą twarz miała czarną i pewnie musiała strasznie cuchnąć. Wtedy było gorąco, lipiec, ale i tak zgniła zdumiewająco szybko. W pamiętniku przetrwałaby dłużej, tam jest zwykle dość chłodno. Cieszę się, że mnie tam nie było, bo na pewno okropnie bym się zdenerwowała.

Nie mam pojęcia, dlaczego wszystkim tak bardzo zależy, żeby o nich pamiętano. Co im z tego przyjdzie? Są rzeczy, o których wszyscy powinni zapomnieć i nigdy więcej o nich nie wspominać.

Album żony komendanta jest zupełnie inny. Oczywiście to dorosła kobieta, a nie dziewczynka, więc chociaż i ona bardzo lubi wspominać, najchętniej wspomina co innego niż pikniki. Żadnych tam „najdroższa”, „kochana” i „piękna”, żadnych „Twoja na wieki”, nic z tych rzeczy. Żona komendanta w swoim pamiętniku trzyma wycinki o słynnych przestępcach – tych, których powieszono albo osadzono tutaj, w więzieniu, bo to właśnie jest więzienie albo zakład poprawczy, i trzeba się w nim poprawić, i lepiej zrobisz, mówiąc, że tak się stało, bez względu na to, czy rzeczywiście wymagasz poprawy.

Żona komendanta wycina z gazet te historie i wkleja je do albumu, a nawet wysyła listy z prośbą o stare gazety opisujące zbrodnie, które zostały popełnione, zanim została żoną komendanta. To jej kolekcja. Pani komendantowa jest damą, a one wszystkie teraz coś kolekcjonują, więc i ona musi. Woli to od rozsadzania paproci czy suszenia kwiatków, a już na pewno lubi przerażać swoje znajome.

Przeczytałam więc, co napisali o mnie. Sama mi pokazała ten album, pewnie chciała się przekonać, co zrobię, ale ja się nauczyłam w każdej sytuacji zachowywać kamienną twarz. Wybałuszyłam oczy jak sowa porażona światłem latarni i powiedziałam, że gorzko żałuję i że teraz jestem inną osobą i czy życzy sobie, żebym już pozbierała filiżanki. Od tamtej pory wiele razy, ilekroć tylko zostawałam sama w salonie, zaglądałam do albumu.

W ogromnej części to same kłamstwa. W gazecie napisali, że jestem analfabetką, a przecież już wtedy umiałam trochę czytać. Matka wcześnie zaczęła mnie uczyć, zanim za bardzo się tym zmęczyła. Resztkami nici wyszywałam litery: A jak azalia, B jak byk. Niekiedy też u pani Aldermanowej przy cerowaniu czytała ze mną Mary Whitney. Od tamtej pory zrobiłam duże postępy, bo w więzieniu celowo nas uczą. Chcą, żebyśmy potrafiły czytać Biblię i traktaty, gdyż religia i porządne lanie to jedyne lekarstwo na zepsuty charakter, a o nasze nieśmiertelne dusze trzeba dbać. Niesamowite, ile zbrodni jest w Biblii. Żona komendanta powinna wyciąć je wszystkie i wkleić do swojego albumu.

Ale powiedzieli też trochę prawdy. Napisali, że mam dobry charakter – i to się zgadza, bo nikt jeszcze mnie nie wykorzystał, chociaż wielu próbowało. A jednak nazwali Jamesa McDermotta moim kochankiem. Dokładnie tak napisali w gazecie. Uważam, że to niesmaczne, wypisywać takie rzeczy.

To właśnie interesuje ich najbardziej – te sprawy między panami i paniami. Nic ich nie obchodzi, czy kogoś zabiłam, mogłabym poderżnąć z dziesięć gardeł – to podziwiają tylko u żołnierzy, a jeśli chodzi o mnie, nawet by im powieka nie drgnęła. Nie, ich interesuje to, czy rzeczywiście miałam kochanka, a nawet sami nie wiedzą, jaką odpowiedź by woleli.

Teraz nie zaglądam do albumu, bo w każdej chwili mogą wejść. Siadam, składając na podołku swe szorstkie dłonie, spuszczam oczy i wbijam wzrok w kwiaty na tureckim dywanie. A może tylko to miały być kwiaty. Mają pąki w kształcie karo na kartach, takich jak te, które pan Kinnear wczoraj wieczorem, po wyjściu gości, rozkładał na stole. Twarde i kanciaste. Ale czerwone, głęboko, soczyście czerwone. Czerwone języki wystające z ust uduszonych ludzi.

Dzisiaj żona komendanta spodziewa się nie pań, lecz lekarza. On pisze książkę. Żona komendanta lubi ludzi, którzy piszą książki, książki postępowe. To oznacza, że jest liberalnie myślącą osobą o postępowych poglądach: nauka tak idzie do przodu, a te nowoczesne wynalazki i Pałac Kryształowy, i cała światowa wiedza, kto wie, do czego dojdziemy za sto lat.

Pojawienie się lekarza zawsze źle wróży. Nawet jeżeli sami nie zabijają, to ich przybycie zawsze oznacza rychłą śmierć, przez co przypominają kruki i wrony. Ale żona komendanta obiecała mi, że ten lekarz mnie nie skrzywdzi. Chce tylko zmierzyć mi głowę. Mierzy głowy wszystkich przestępców w więzieniu, żeby zobaczyć, czy na podstawie wypukłości na ich czaszkach da się stwierdzić, jacy to przestępcy: kieszonkowcy, oszuści, malwersanci, krwiożerczy szaleńcy czy mordercy – nie dodała: „Jak ty, Grace”. Potem można by zamykać tych ludzi, zanim zdążą popełnić jakieś przestępstwo. Pomyśleć tylko, jak to by ulepszyło świat.

Po powieszeniu Jamesa McDermotta zrobiono gipsowy odlew jego głowy. To też wyczytałam w albumie. Pewnie do tego właśnie był im potrzebny – żeby ulepszyć świat.

A jego ciało poddano sekcji. Kiedy to przeczytałam, nie wiedziałam, co znaczy „sekcja”, ale wkrótce odkryłam. Zrobili ją lekarze. Pocięli go na kawałki jak świnię, którą trzeba nasolić. Dla nich równie dobrze mógłby być kawałkiem boczku. Pamiętam jego oddychające ciało i bijące serce i kiedy pomyślę, jak kroi je nóż, nie mogę tego znieść.

Ciekawe, co zrobili z jego koszulą. Czy to była jedna z tych czterech, które mu sprzedał domokrążca Jeremiasz? Powinien był ich kupić trzy albo pięć, bo nieparzyste liczby zawsze przynoszą szczęście. Jeremiasz zawsze mi życzył szczęścia, ale Jamesowi nigdy.

Nie widziałam egzekucji. Powiesili go przed więzieniem w Toronto. „Powinnaś tam być, Grace – mówią dozorcy – miałabyś niezłą nauczkę”. Wiele razy to sobie wyobrażałam. Biedny James stoi ze związanymi rękoma i obnażoną szyją, a kat zakłada mu kaptur na szyję, jakby James był kociakiem, którego trzeba utopić. Przynajmniej miał przy sobie księdza, nie był taki samotny. „Gdyby nie Grace Marks – powiedział – nigdy by się to nie stało”.

Padał deszcz i wielki tłum stał w błocie, niektórzy przyjechali z bardzo daleka. Gdyby mój wyrok śmierci nie został w ostatniej chwili zmieniony, z taką samą łapczywą radością przyszliby pod moją szubienicę. Było tam wiele kobiet i dam. Wszyscy chcieli popatrzeć, wszyscy chcieli wchłaniać zapach śmierci niczym woń wykwintnych perfum, a kiedy o tym czytałam, pomyślałam sobie: „Jeżeli to ma być dla mnie nauczka, to czego mam się tu nauczyć?”.

Słyszę już ich kroki, więc wstaję szybko i wygładzam fartuszek. Słyszę jakiś obcy męski głos: „To niezwykle uprzejmie z pani strony”, a żona komendanta odpowiada: „Tak się cieszę, że mogę pomóc”, a on powtarza: „Niezwykle uprzejmie”.

Potem wchodzi. Ma wielkie brzuszysko, czarny płaszcz, ciasną kamizelkę, srebrne guziki, starannie zawiązany szeroki krawat. Nie podnoszę wzroku nad jego brodę.

– To nie potrwa długo, proszę pani – mówi – ale byłbym niezmiernie wdzięczny, gdyby została pani w pokoju. Trzeba nie tylko być cnotliwym, ale również zachowywać pozory cnoty.

Śmieje się, jakby opowiedział dowcip, a ja słyszę, że się mnie boi. Kobieta taka jak ja zawsze stanowi pokusę, zwłaszcza na osobności; cokolwiek bym potem o tym powiedziała i tak nikt by mi nie uwierzył.

I wtedy widzę, jak jego ręka, przypominająca rękawiczkę wypchaną surowym mięsem, nurkuje w otwarte usta skórzanej torby. Wynurza się z niej z czymś lśniącym i w tym momencie przypomina mi się, że już ją kiedyś widziałam. Podnoszę głowę i spoglądam mu prosto w oczy, i wtedy serce mi się ściska boleśnie, i zaczynam krzyczeć.

Bo to ten sam lekarz, dokładnie ten sam, ten sam lekarz w czarnym płaszczu, z torbą pełną lśniących noży.

4

Chluśnięto mi w twarz szklanką zimnej wody, ale ja wrzeszczałam dalej, chociaż lekarz już sobie poszedł. Przytrzymywały mnie więc dwie pomoce kuchenne i chłopak ogrodnika, który usiadł mi na nogach. Żona komendanta posłała po nadzorczynię z więzienia, która przybyła z dwoma strażnikami. Wymierzyła mi siarczysty policzek, co natychmiast zamknęło mi usta. W każdym razie nie był to ten sam lekarz, tylko wyglądał tak jak on. Był tak samo lodowaty i chciwy i pełen nienawiści.

– Z histeryczkami można tylko w ten sposób, proszę pani – powiedziała nadzorczyni. – Jesteśmy dobrze obeznane z takimi atakami, a ta więźniarka jest na nie szczególnie podatna. Nigdy jednak jej nie pobłażaliśmy, ciężko nad nią pracowaliśmy i już nam się zdawało, że dała z tym spokój. To pewnie nawrót jej starej choroby, bo pomimo tego, co mówią o niej w Toronto, siedem lat temu była bardzo agresywną wariatką i ma pani szczęście, że nie miała teraz pod ręką nożyczek czy innych ostrych narzędzi.

Potem strażnicy niemalże zawlekli mnie do głównego budynku więzienia i zamknęli w celi, dopóki – jak powiedzieli – nie dojdę do siebie, chociaż powtarzałam, że już mi lepiej, teraz, kiedy nie ma w pobliżu tego lekarza z nożami. Powiedziałam, że boję się lekarzy, i to wszystko, że tak jak inni boją się węży, tak ja się boję, że mogliby mnie rozkroić, ale oni na to:

– Dosyć tych sztuczek, Grace, po prostu chciałaś zwrócić na siebie uwagę. On wcale nie chciał cię rozkroić, w ogóle nie miał ze sobą noży, tylko cyrkiel, żeby zmierzyć ci głowę. Okropnie przestraszyłaś żonę komendanta, ale dobrze jej tak, za bardzo cię psuła, zrobiła z ciebie swojego pieska pokojowego, czyż nie tak, i nasze towarzystwo już ci nie odpowiada. Tym gorzej dla ciebie, będziesz musiała je znosić, bo teraz przez jakiś czas inaczej będziemy cię traktować. Dopóki się nie postanowi, co z tobą zrobić.

W tej celi jest tylko jedno małe, zakratowane od wewnątrz okienko wysoko na ścianie i wypchany słomą siennik. Na blaszanym talerzu leży skórka od chleba, na podłodze stoi kamienny garnek z wodą, a w kącie – drewniany kubeł służący za nocnik. W takiej samej celi zamknięto mnie, zanim zostałam wysłana do domu dla obłąkanych. Mówiłam im, że nie jestem szalona, że to nie ja, ale oni nie chcieli mnie słuchać.

Zresztą i tak nie rozpoznaliby wariata, nawet gdyby go zobaczyli, bo spora część kobiet w domu dla obłąkanych była nie bardziej szalona niż królowa Anglii. Wiele z nich zachowywało się normalnie po trzeźwemu, a ich szaleństwo wyłaziło z butelki, o czym sama dobrze wiem. Jedna znalazła się tam dlatego, że chciała uciec od męża, który bił ją na kwaśne jabłko. To on był wariatem, a jednak nikt go nie zamknął. Inna twierdziła, że traci zmysły jesienią, bo nie ma wtedy gdzie mieszkać, a w domu dla obłąkanych jest ciepło, i gdyby nie udawała wariatki, zamarzłaby na śmierć. Wiosną nagle odzyskiwała rozum, bo na dworze robiło się ładnie, więc mogła znowu zacząć się włóczyć po lasach i łowić ryby, a jako półkrwi Indianka była w tym dobra. Sama bym tak chciała, gdybym wiedziała, jak to się robi, i gdybym nie bała się niedźwiedzi.

Niektóre jednak nie udawały. Jednej biednej Irlandce wymarła cała rodzina. Połowa umarła podczas wielkiej klęski głodu, a drugą połowę wytrzebiła cholera, która wybuchła na statku. Ta Irlandka chodziła potem, wołając ich. Cieszę się, że wyjechałam z Irlandii jeszcze przed tym głodem, bo cierpienia, o jakich mi opowiadała, musiały być straszliwe. Wszędzie leżały ciała, których nie miał kto pogrzebać. Inna kobieta zabiła własne dziecko, które potem wszędzie za nią chodziło, czepiając się jej spódnicy. Niekiedy brała je na ręce i całowała, a kiedy indziej wrzeszczała na nie i tłukła je pięściami. Jej się bałam.

Jeszcze inna była bardzo religijna. Ciągle się modliła i śpiewała, a kiedy się dowiedziała, co o mnie mówiono, zaczęła mnie prześladować. „Na kolana! – krzyczała. – Nie zabijaj! Ale Bóg jest łaskawy dla grzeszników. Żałuj za grzechy, żałuj, póki jeszcze czas, bo inaczej czeka cię potępienie”. Mówiła zupełnie jak ksiądz w kościele, a raz nawet próbowała mnie ochrzcić zupą, cienką zupą z kapustą. Wylała mi na głowę całą łyżkę. Kiedy się poskarżyłam przełożonej, ta zacisnęła usta, spojrzała na mnie lodowato i powiedziała:

– No cóż, Grace, może powinnaś jej posłuchać, nigdy nie słyszałam, żebyś szczerze żałowała swego postępku, chociaż potrzebuje tego twoje zatwardziałe serce.

Wtedy nagle strasznie się zdenerwowałam i krzyknęłam:

– Ja niczego nie zrobiłam! Niczego nie zrobiłam! To ona, to jej wina!

– O kim ty mówisz, Grace? – spytała. – Uspokój się albo czeka cię zimna kąpiel i kaftan bezpieczeństwa. – Po czym rzuciła spojrzenie innej opiekunce: – A nie mówiłam? Wściekła jak osa.

Wszystkie opiekunki w domu dla obłąkanych były grube i silne, miały potężne ręce, podbródki, które im spływały wprost na szyję, i sztywne białe kołnierze, a ich włosy były zwinięte w węzeł niczym wyblakły zwój sznura. Potrzeba siły, żeby być opiekunką w tym domu, na wypadek gdyby któraś z wariatek skoczyła ci na plecy i zaczęła wyrywać włosy. Niekiedy nas prowokowały, zwłaszcza przed wizytacją. Chciały wizytatorom pokazać, jakie jesteśmy niebezpieczne, a także, jak świetnie dają sobie z nami radę. Dzięki temu robiły wrażenie bardziej przydatnych i zdolnych.

Więc przestałam im cokolwiek mówić. Zwłaszcza doktorowi Bannerlingowi, który przychodził do mojego pokoju, kiedy leżałam w ciemnościach ze związanymi rękami: „Leż spokojnie, chcę cię zbadać, nie ma sensu kłamać”. Także innym lekarzom, którzy mnie tam odwiedzali. „Och, doprawdy, co za fantastyczny przypadek” – zupełnie jakbym była cielęciem o dwóch głowach. W końcu w ogóle przestałam mówić, poza: „Tak, psze pani”, „Nie, psze pani”, „Tak, psze pana”, „Nie, psze pana”. I wtedy mnie odesłano do więzienia. Przedtem wszyscy spotkali się, ubrani w czarne marynarki. „Hm, aha, ehe, moim zdaniem, mój szanowny kolega wybaczy, ale śmiem się nie zgadzać”. Oczywiście wcale się nie przyznali na przykład do tego, że popełnili błąd, wsadzając mnie najpierw do domu dla obłąkanych.

Ludzie ubrani w pewien szczególny sposób nigdy się nie mylą. A także nigdy nie puszczają bąka. Jak mawiała Mary Whitney:

– Jeżeli w pokoju, w którym się znajdują, ktoś puścił bąka, możesz być pewna, że zrobiłaś to ty. A nawet jeżeli tego nie zrobiłaś, lepiej tego nie mów, bo usłyszysz: „Co za tupet!”, dostaniesz kopa w tyłek i wylecisz na ulicę.

Często mówiła takim prostym językiem. Mówiła „proszę panią” zamiast „proszę pani”. Nikt jej nigdy nie poprawiał. Ja sama kiedyś tak mówiłam, ale w więzieniu nauczyłam się lepszych manier.

Siadam na słomianym sienniku. Wydaje z siebie taki odgłos, jakby mnie uciszał. Jak woda na brzegu. Przesuwam się z jednej strony na drugą, wsłuchując się weń. Mogłabym zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że jestem nad morzem w suchy, bezwietrzny dzień. W oddali, za oknem, ktoś rąbie drewno. Siekiera opada na dół, pojawia się niewidoczny błysk, a potem rozlega tępy dźwięk, ale skąd mam wiedzieć, czy to w ogóle jest drewno?

W celi jest chłodno. Nie mam szala, więc przytulam się sama do siebie, bo kto ma to zrobić? Kiedy byłam młodsza, wierzyłam, że jeżeli obejmę się ramionami wystarczająco mocno, zmniejszę się, bo dla mnie nigdy nie wystarczało miejsca – w domu czy gdziekolwiek indziej. Gdybym była mniejsza, tobym się zmieściła.

Włosy wymykają mi się spod czepka. Rude włosy wilkołaka. Dzikiej bestii, jak pisały gazety. Potwora. Kiedy przyjdą z kolacją, włożę sobie na głowę wiadro na odchody, schowam się za drzwiami i ich przestraszę. Skoro tak bardzo chcą potwora, to go będą mieli.

Nigdy jednak nie robię takich rzeczy. Tylko je sobie wyobrażam. Gdybym tak zrobiła, nabraliby pewności, że znowu zwariowałam. Mówią: „zwariowała”, a czasami: „odchodzi od zmysłów”, jakby zmysły były jakimś kierunkiem, domem, z którego można wyjść, albo obcym krajem, do którego się wyjeżdża. Ale kiedy się wariuje, wcale nie zmienia się miejsca, zostaje się tu, gdzie się jest. A wchodzi ktoś inny.

Nie chcę siedzieć sama w tej celi. Ściany są zbyt puste, nie ma na nich ani obrazów, ani zasłon na małych, wysoko umieszczonych oknach, nie ma na co patrzeć, więc patrzę na ścianę, a po jakimś czasie pojawiają się na niej obrazy i wyrastają czerwone kwiaty.

Chyba zasnęłam.

Jest rano, ale którego dnia? Drugiego albo trzeciego. Za oknem jest jasno i to mnie obudziło. Z wysiłkiem się podnoszę, szczypię się w policzki i mrugam oczami i wreszcie cała zesztywniała wstaję z szeleszczącego siennika. Potem śpiewam piosenkę, tylko po to, żeby usłyszeć własny głos i dotrzymać sobie towarzystwa:

Święty, święty, święty, wszechmogący Pan,

Każdy w rannej pieśni sławić Ciebie chce.

Święty, święty, święty, ofiarowan nam,

Trójca przenajświętsza, Bóg w osobach trzech.

Nie mogą powiedzieć, że to nie hymn. Hymn na cześć poranka. Zawsze lubiłam wschód słońca.

Potem wypijam resztkę wody. Potem chodzę po pokoju, potem podnoszę halki i sikam do kubła. Jeszcze parę godzin i zacznie przeciekać jak szambo.

Spanie w ubraniu jest męczące. Gniecie się ubranie, a także ciało pod nim. Mam wrażenie, jakbym była zwinięta w tobołek i rzucona na podłogę.

Szkoda, że nie mam czystego fartuszka.

Nikt nie przychodzi. Pozostawiono mnie samej sobie, żebym porozmyślała o swoich grzechach i złym sprawowaniu, a to najlepiej wychodzi w samotności, w każdym razie „taka jest nasza fachowa – i to dobrze przemyślana – opinia, Grace, a my mamy duże doświadczenie w tych sprawach”. W odosobnieniu, a niekiedy i w ciemnościach. Są więzienia, w których całymi latami trzymają człowieka w takich pomieszczeniach, gdzie nie widzi się ani kawałka drzewa, konia czy ludzkiej twarzy. Niektórzy twierdzą, że to poprawia charakter.

Już wcześniej mnie tak zamykano. „Niepoprawna – uznał doktor Bannerling – przebiegła kłamczucha. Cicho bądź. Chcę zbadać budowę twojego mózgu, a najpierw zmierzę ci puls i ciśnienie”. Ja jednak wiedziałam, do czego on zmierza. „Zabieraj rękę z mojego cycka, ty wszawy draniu” – powiedziałaby Mary Whitney, ale ja zdołałam wydusić z siebie tylko: „Och, nie, nie”. Tak mnie skrępowali, że nie mogłam się ruszyć. Przytroczyli mnie do krzesła, z rękawami skrzyżowanymi na przodzie i związanymi z tyłu. Mogłam więc tylko zatopić zęby w jego palcach, a wtedy przewróciliśmy się na podłogę, skowycząc jak dwa kocięta w koszyku. Lekarz miał smak surowej kiełbasy i wilgotnej wełnianej bielizny. Powinien ją najpierw porządnie wyparzyć, a potem wybielić na słońcu.

Zeszłego wieczora i jeszcze poprzedniego nie dostałam kolacji, nic oprócz tego chleba ani odrobiny kapusty. No, należało się tego spodziewać. Głód wpływa uspokajająco na nerwy. Dzisiaj przyniosą mi jeszcze chleba i wody, gdyż mięso zbytnio podnieca przestępców i szaleńców. Wdychają jego zapach zupełnie jak wilki i wtedy należy winić już tylko samego siebie. Wczorajszej wody już nie ma i bardzo chce mi się pić, umieram z pragnienia, moje usta są wyschnięte, język spuchł. Tak się dzieje z rozbitkami, czytałam o tym. Piją nawzajem swoją krew. Ciągną słomki, kto będzie pierwszy. Historie o kanibalach wklejone do albumu. Jestem pewna, że nigdy bym nie zrobiła czegoś takiego, choćbym była nie wiem jak głodna.

Czy oni zapomnieli, że ja tu jestem? Będą musieli mi przynieść trochę jedzenia albo przynajmniej wody, bo inaczej umrę z głodu, skurczę się, skóra mi wyschnie i cała zżółknę jak stara cytryna. Zostanie ze mnie sam szkielet, znajdą mnie po miesiącach, latach czy stuleciach i powiedzą: „Kto to jest? Chyba o niej zapomnieliśmy. No dobra, zmiećcie te kości i śmieci do kąta, ale zostawcie guziki, szkoda, żeby się zmarnowały, jej i tak się już nie pomoże”.

Im tylko o to chodzi, żebyś zaczął się nad sobą użalać. Wtedy posyłają po kapelana.

Och, pójdź w me ramiona, biedna, zbłąkana duszyczko. Radujemy się w niebie, witając jedną zagubioną owieczkę. Ukój swoją skołataną głowę. Klęknij u mych stóp. Załam swe udręczone ręce. Opowiedz, jak sumienie torturuje cię dzień i noc, jak oczy twej ofiary śledzą cię, płonąc jak rozpalony do czerwoności węgiel. Uroń łzy żalu. Wyspowiadaj się, wyspowiadaj. Ja ci wybaczę i dam rozgrzeszenie. Pozwól mi się za tobą wstawić. Powiedz mi wszystko.

A co zrobił potem? Och, to straszne. A co potem?

Lewą ręką czy prawą?

Jak wysoko?

Pokaż mi, gdzie.

Chyba słyszę czyjś szept. A teraz pojawia się oko, które mi się przygląda przez szparę wyciętą w drzwiach. Nie widzę go, ale wiem, że tam jest. Potem rozlega się pukanie.

Kto to może być? – zastanawiam się. Nadzorczyni? Strażnik, który przyszedł mnie skarcić? Nie może to być żadne z nich, bo nikt tutaj nie zadaje sobie trudu, żeby zapukać, patrzą na ciebie przez małe wycięcie w drzwiach i po prostu wchodzą. „Najpierw zawsze zapukaj – mawiała Mary Whitney. – Potem poczekaj, aż pozwolą ci wejść. Nigdy nie wiadomo, co tam wyprawiają, a przeważnie są to rzeczy, których nie powinnaś widzieć: może akurat dłubią palcem w nosie? Nawet dżentelmen musi czasami podrapać się, gdzie go swędzi, a jeżeli zauważysz buty wystające spod łóżka, najlepiej udawaj, że ich nie widziałaś. W dzień są niewinni jak baranki, ale w nocy to istne wilki”.

Mary miała demokratyczne poglądy.

Znowu pukanie. Jakbym miała jakiś wybór.

Wtykam włosy pod czepek, podnoszę się ze słomianego siennika, wygładzam sukienkę i fartuszek, a potem mówię stanowczym głosem, bo zawsze warto zachować godność, jeżeli to w ogóle możliwe:

– Proszę wejść.

5

Drzwi się otwierają i wchodzi jakiś mężczyzna. Jest młody, w moim wieku, albo trochę starszy, czyli młody jak na mężczyznę, ale nie jak na kobietę, bo kobieta w moim wieku jest starą panną, a mężczyzna staje się starym kawalerem, dopiero jak ma pięćdziesiąt lat, a i wtedy jeszcze jest coś wart, jak mawiała Mary Whitney. Jest wysoki, ma długie nogi i ręce, ale córki komendanta nie nazwałyby go przystojnym. One wolą te romantyczne typy z magazynów, elegancików, którym nawet masło nie topi się w ustach, z wąskimi stopami w butach o ostrych noskach. Mężczyzna ten ma w sobie pewną dziarskość, która nie jest w modzie, a także dość duże stopy – chociaż jest dżentelmenem albo niewiele mu do tego brakuje.

Ma brązowe i naturalnie kręcone włosy – niesforne, można by powiedzieć, jakby nie mógł ich ujarzmić szczotką. Jego płaszcz jest elegancki, dobrze skrojony, ale niezbyt nowy, nieco wyświecony na łokciach. Ma na sobie kamizelkę w szkocką kratę. Szkocka krata jest popularna, odkąd królowa zajęła Szkocję i wybudowała tam zamek, podobno pełen jelenich głów. Widać jednak, że to nie jest oryginalna szkocka krata, tylko zwykła kratka. Żółto-brązowa. Ma też zegarek ze złotą dewizką, więc mimo że rozczochrany i zaniedbany, nie jest ubogi.

Nie ma bokobrodów, chociaż wszyscy zaczęli je teraz zapuszczać. Zresztą nie bardzo mi się podobają, niech będą wąsy albo broda, albo w ogóle nic. James McDermott i pan Kinnear byli gładko ogoleni i Jamie Walsh także, chociaż akurat on niewiele miał do golenia. Pan Kinnear miał tylko wąsy. Kiedy rano myłam jego miednicę, nabierałam w dłonie nieco mokrego mydła – używał dobrego mydła, z Londynu – wcierałam je sobie w skórę na przegubach rąk i potem jego zapach chodził za mną przez cały dzień, a przynajmniej dopóki nie trzeba było się wziąć do szorowania podłóg.

Młody mężczyzna zamyka za sobą drzwi. Nie zamyka ich na klucz, ale robi to ktoś z zewnątrz. Oboje jesteśmy zamknięci w tym pokoju.

– Dzień dobry, Grace – mówi. – Wiem, że boisz się lekarzy. Muszę cię uprzedzić, że ja też nim jestem. Nazywam się Jordan, doktor Simon Jordan.

Szybko spoglądam na niego, po czym spuszczam wzrok.

– Czy ten drugi lekarz też przyjdzie? – pytam.

– Ten, który cię tak przestraszył? Nie, nie przyjdzie.

– W takim razie przyszedł pan, żeby mi zmierzyć głowę – mówię.

– Nawet o tym nie pomyślałem – zaprzecza, uśmiechając się, ale i tak obrzuca moją głowę uważnym spojrzeniem. Ja jednak mam czepek, więc nic nie zobaczy. Teraz, kiedy się odezwał, domyślam się, że jest Amerykaninem. Ma białe zęby i żadnego mu nie brakuje – przynajmniej na przodzie – a jego twarz jest dość podłużna i koścista. Podoba mi się jego uśmiech, chociaż z jednej strony kącik ust podnosi mu się wyżej niż z drugiej, dzięki czemu wygląda, jakby żartował.

Spoglądam na jego ręce. Są puste. Nic w nich nie ma. Na palcach nie nosi żadnych pierścionków.

– Ma pan torbę z nożami? – pytam. – Skórzaną teczkę?

– Nie – mówi. – Nie jestem zwyczajnym lekarzem. Nie kroję ludzi. Boisz się mnie, Grace?

Jeszcze nie wiem, czy się go boję. Jeszcze na to za wcześnie, za wcześnie, żeby się zorientować, czego on chce. Ludzie przychodzą do mnie tylko wtedy, kiedy czegoś chcą.

Chciałabym, żeby wyjaśnił, jakim jest lekarzem, skoro nie zwyczajnym, ale zamiast tego mówi:

– Jestem z Massachusetts. A raczej tam się urodziłem. Od tamtej pory sporo podróżowałem. Przemierzałem ziemię i wędrowałem po niej2. – I patrzy na mnie, żeby zobaczyć, czy rozumiem.

Wiem, że to z Księgi Hioba, zanim Hiob pokrył się wrzodami i ropiejącymi ranami, i przed trąbą powietrzną. Tak Szatan powiedział Bogu. Ten lekarz pewnie chce mi zasugerować, że przyszedł poddać mnie próbie, ale na to już za późno, bo Bóg poddał mnie już wielu ciężkim próbom i chyba powinien być tym zmęczony.

Ale nie mówię tego. Patrzę na niego z głupią miną. Wyćwiczyłam ją sobie.

– Był pan we Francji? – pytam. – To stolica mody.

Widzę, że go rozczarowałam.

– Tak – mówi. – I w Anglii, a także we Włoszech, w Niemczech i Szwajcarii.

To dziwne uczucie tak stać w zamkniętej celi w więzieniu i rozmawiać z nieznajomym o Francji, Włoszech i Niemczech. Z podróżnikiem. Pewnie jest wędrowcem, jak domokrążca Jeremiasz. Ale Jeremiasz wędrował, żeby zarobić na chleb, a ludzie tacy jak ten lekarz są już wystarczająco bogaci. Udają się w podróże, bo są ciekawi świata. Włóczą się po świecie i oglądają różne rzeczy, żeglują po oceanach, jakby nie mieli nic lepszego do roboty, a jeżeli znudzi im się w jednym miejscu, po prostu się pakują i przenoszą gdzie indziej.

Ale teraz moja kolej, żeby coś powiedzieć.

– Nie mam pojęcia, jak pan sobie radzi wśród wszystkich tych obcokrajowców – mówię. – Nigdy nie wiadomo, co mówią. Kiedy te biedaczyska tu przyjeżdżają, gęgają jak gęsi, chociaż ich dzieci całkiem szybko uczą się mówić po naszemu.

– To prawda, dzieci uczą się bardzo szybko.

Uśmiecha się, po czym robi coś dziwnego. Wkłada lewą rękę do kieszeni i wyjmuje jabłko. Powoli podchodzi do mnie, trzymając przed sobą jabłko, jak ktoś, kto chce dać kość złemu psu, żeby zdobyć jego sympatię.

– To dla ciebie – mówi.

Tak mi się chce pić, że jabłko wygląda jak wielka, okrągła kropla wody, chłodna i czerwona. Mogłabym je wypić jednym haustem. Waham się, ale w końcu myślę sobie: „Nie ma w tym nic złego”, i je biorę. Już od dawna nie jadłam jabłek. To musi być z zeszłej jesieni, pewnie je trzymano w beczce w piwnicy, ale i tak wygląda bardzo świeżo.

– Nie jestem psem – mówię.

Większość ludzi spytałaby, co przez to rozumiem, ale on się śmieje. Wydaje przy tym tylko jeden dźwięk: „Ha”, jakby znalazł zgubę.

– Nie, Grace – mówi. – Widzę, że nie jesteś psem.

Co on sobie myśli? Stoję, trzymając oburącz jabłko. Wydaje mi się niezwykle cenne, jak jakiś skarb. Podnoszę je i wącham. Tak pachnie powietrzem, że aż chce mi się płakać.

– Nie zjesz go? – pyta.

– Nie, jeszcze nie.

– Dlaczego?

– Bo wtedy już by go nie było.

A prawda jest taka, że nie chcę, żeby patrzył, jak jem. Nie chcę, żeby zobaczył mój głód. Jeżeli czegoś potrzebujesz, a oni to odkryją, wykorzystają to przeciwko tobie. Najlepiej przestać chcieć czegokolwiek.

Znowu wydaje z siebie to pojedyncze „Ha”.

– Czy możesz mi powiedzieć, co to jest? – pyta.

Spoglądam na niego, po czym odwracam wzrok.

– Jabłko – mówię. Pewnie myśli, że jestem głupia, a może to jakaś sztuczka, albo to on jest szalony i dlatego zamknęli drzwi na klucz – zamknęli mnie w tym pokoju z szaleńcem. Ale ludzie, którzy się tak ubierają, nie mogą być szaleni, zwłaszcza jeżeli mają zegarek ze złotą dewizką – krewni albo strażnicy natychmiast by mu go odebrali.

Uśmiecha się tym swoim krzywym uśmieszkiem.

– Z czym ci się kojarzy jabłko? – pyta.

– Słucham, proszę pana? – mówię. – Nie rozumiem.

To pewnie jakaś zagadka. Przypomina mi się Mary Whitney i skórki od jabłka, które tamtej nocy rzucałyśmy za siebie, żeby zobaczyć, za kogo wyjdziemy za mąż. Ale tego mu nie powiem.

– Myślę, że doskonale mnie rozumiesz – mówi.

– Z moim elementarzem.

Teraz z kolei on nie rozumie.

– Z czym?

– Z elementarzem, który sobie robiłam w dzieciństwie – mówię. – „J” jak jabłko.

– Ach, tak. Ale z czym jeszcze?

Robię głupią minę.

– Z szarlotką.

– Aha. Z czymś do jedzenia.

– No chyba, proszę pana. Do tego jest szarlotka.

– A czy jest takie jabłko, którego nie wolno zjeść?

– Pewnie zgniłe – mówię.

Bawi się ze mną w kotka i myszkę, jak doktor Bannerling w domu dla obłąkanych. Zawsze jest jakaś prawidłowa odpowiedź, która jest prawidłowa dlatego, że oni jej oczekują, i po ich twarzach można zgadnąć, czy się dobrze odpowiedziało, chociaż dla doktora Bannerlinga wszystkie odpowiedzi były nieprawidłowe. A może to doktor teologii, oni mają skłonność do zadawania takich pytań. Dostatecznie długo już ich słuchałam, wystarczy mi na jakiś czas.

On ma na myśli jabłko z drzewa poznania dobra i zła. Dziecko by odgadło. Ale ja nie zamierzam mu sprawić przyjemności.

Znowu robię swoją głupią minę.

– Czy pan jest kaznodzieją? – pytam.

– Nie – mówi. – Nie jestem kaznodzieją. Jestem lekarzem, który zajmuje się nie ciałem, lecz umysłem. Chorobami umysłu, mózgu i nerwów.

Chowam jabłko za plecami. Wcale mu nie wierzę.

– Nie – mówię. – Nie wrócę tam. Do domu dla obłąkanych. Moje ciało i krew tego nie zniosą.

– Nie bój się. Nie jesteś obłąkana, prawda, Grace?

– Nie, proszę pana, nie jestem.

– W takim razie nie ma potrzeby, żebyś tam wracała, prawda?

– Oni tam nie słuchają głosu rozsądku, proszę pana.

– Jestem tu właśnie po to – mówi. – Przyszedłem, żeby wysłuchać głosu rozsądku. Ale jeżeli mam cię wysłuchać, musisz ze mną rozmawiać.

Wiem, o co mu chodzi. To kolekcjoner. Wydaje mu się, że wystarczy dać mi jabłko, a wtedy będzie mógł mnie włączyć do swojej kolekcji. Może jest z gazety. Albo to podróżnik będący w drodze. Przyjeżdżają i się gapią, a kiedy patrzą na ciebie, czujesz się mały jak mrówka. Wtedy biorą cię w dwa palce i obracają na wszystkie strony. Wreszcie odkładają cię i wyjeżdżają.

– Nie uwierzy mi pan – mówię. – W każdym razie wszystko już zostało postanowione, od procesu minęło dużo czasu i to, co powiem, niczego nie zmieni. Powinien pan spytać prawników, sędziów i reporterów; wygląda na to, że znają moją historię lepiej ode mnie. Zresztą nic nie pamiętam. Pamiętam wszystko inne, ale tę część pamięci utraciłam całkowicie. Na pewno uprzedzili pana o tym.

– Chciałbym ci pomóc, Grace.

To jest metoda wkładania stopy między drzwi. Oferują ci pomoc, ale żądają w zamian wdzięczności, a potem tarzają się w niej niczym kociak w koszyku. On chciałby wrócić do domu i powiedzieć sobie: „Dałem dziesiątkę, a dostałem dolara. Dobry ze mnie chłopak”. Ale ja nie będę niczyim dolarem. Nic nie powiem.

– Jeżeli spróbujesz ze mną porozmawiać – ciągnie – ja postaram się cię wysłuchać. Interesuję się tobą w sensie czysto naukowym. Powinno nas obchodzić nie tylko samo morderstwo – mówi miłym głosem: miłym na powierzchni, pod którą jednak kryją się inne pragnienia.

– Mogę pana okłamać – mówię.

On nie mówi: „Grace, co za brzydkie myśli, masz chorą wyobraźnię”. Mówi natomiast:

– Może i tak. Może okłamiesz mnie niechcący, a może rozmyślnie. Może jesteś oszustką.

Spoglądam na niego.

– Niektórzy tak twierdzą – mówię.

– Musimy skorzystać z szansy.

Spuszczam wzrok na podłogę.

– Zabiorą mnie z powrotem do domu dla obłąkanych? – pytam. – A może wsadzą do izolatki, gdzie dają do jedzenia sam chleb?

– Daję ci słowo, że dopóki będziesz ze mną rozmawiać, nie stracisz panowania nad sobą i nie zaczniesz być agresywna, pozostaniesz tu, gdzie jesteś. Obiecał mi to komendant.

Znowu spoglądam na niego. Potem odwracam wzrok. I znowu na niego patrzę. Oburącz trzymam jabłko. On czeka.

Wreszcie podnoszę jabłko i przyciskam je do czoła.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

I. Wyszczerbione ostrze

II. Wyboista droga

III. Gra w cztery kąty

IV. Kaprys młodego mężczyzny

V. Rozbite naczynia

VI. Tajemna szuflada

VII. Wężowy płot

VIII. Lis i gęś

IX. Serca i żołądki

X. Pani Jeziora

XI. Spadające belki

XII. Świątynia Salomona

XIII. Puszka Pandory

XIV. Litera X

XV. Rajska jabłoń

Posłowie

Podziękowania

2 Księga Hioba, 2, 1. Ten i inne cytaty według: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Wydawnictwo Pallotinum, Poznań – Warszawa 1990 (przyp. tłum.).

Table of Contents

I. Wyszczerbione ostrze 1

II. Wyboista droga 2

III. Gra w cztery kąty 3

4

5

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Grace i Grace MaddAddam Opowieść podręcznej Rok Potopu Oryks i Derkacz Burza. Czarci pomiot 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Góra Tajget Wybieraj wystarczająco dobrze Seks się liczy. Od seksu do nadświadomości To tylko dzieci