Zanim wybuchnie świat

Zanim wybuchnie świat

Autorzy: Brad Thor

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Cena książki papierowej: 38.00 zł

cena od: 23.12 zł

Tuż po tym, jak w tajemniczy sposób ginie agent CIA, ujawnia się jego główna informatorka z budzącym osłupienie i grozę wyznaniem. Jest tylko jeden problem – nikt nie wie, czy można jej zaufać.
Ale kiedy rusza śmiercionośna lawina – sześciu studentów z zagranicy przepada bez śladu, dwóch pasażerów linii lotniczych zamienia się miejscami, a uchodźca ubiegający się o azyl polityczny zostaje aresztowany – trzeba zacząć działać.
Ponieważ Stany Zjednoczone stają w obliczu nieuchronnego ataku o druzgocącej sile, nowy prezydent musi się zwrócić do Scota Harvatha, tajnego agenta sekcji antyterrorystycznej, o pomoc w przeprowadzeniu dwóch najniebezpieczniejszych operacji w historii Ameryki.
Opatrzone kryptonimami „Złoty pył” i „Kos” są utrzymane w najgłębszej tajemnicy, a ujawnienie którejkolwiek z nich jest równoznaczne z wybuchem wojny.
„Ci, którzy zatęsknili za wyczynami Jacka Bauera z serialu 24 godziny, znajdą jego książkowe wcielenie w postaci Harvatha”. USA Today
„Przypomina najlepsze z przygód Jamesa Bonda”. Providence Journal

Tytuł oryginału:

ACT OF WAR

Copyright © 2014 by Brad Thor

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Łukasz Błaszczyk

Korekta: Iwona Wyrwisz, Aneta Iwan, Marta Chmarzyńska

ISBN: 978-83-8110-331-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Motto

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Emily Bestler,

najwspanialszej redaktorce i wydawczyni na świecie.

Dziękuję Ci za wszystko.

„Pozwólcie mu spać, bo kiedy smok się zbudzi,

wstrząśnie światem”.

NAPOLEON BONAPARTE

Prolog

HONGKONG

TYDZIEŃ TEMU

Powietrze było gęste od wilgoci. Przytłaczające. Typowe dla tej pory roku. Nastał czas monsunów, na zewnątrz było jak w łaźni parowej. Po przejściu połowy dystansu, jaki dzielił go od przecznicy, mężczyzna zaczął się pocić, a gdy dotarł do skrzyżowania, ubranie oblepiło mu ciało. Glock wetknięty za pas stał się śliski od potu.

Broń, pieniądze i masa gadżetów najnowszej generacji, zupełnie jak na filmie. Ale to wszystko działo się naprawdę.

Skręcił w prawo, w kierunku dużego targowiska. Wyglądało tak, jakby zdetonowano na nim samochód pułapkę wypełniony puszkami z jaskrawą farbą. Wszystko wokół biło po oczach, nawet barwne ptaki uwięzione w niewyobrażalnie małych klatkach. W powietrzu unosiły się tysiące zapachów, od imbiru i czosnku po cuchnący olej rynsztokowy, który wielu ulicznych kucharzy pozyskiwało z restauracyjnych kanałów ściekowych i separatorów tłuszczu.

Wszędzie piętrzyły się rdzawe stosy żywych krabów, wiadra z węgorzami i płytkie misy z wodą pełne ryb. Kobiety i mężczyźni targowali się nad pomarańczami i papryką, surową wieprzowiną i kurczakami.

Ken Harmon lawirował między stoiskami niczym strużka wody z topniejącego wiosną śniegu przez skaliste koryto wyschłej rzeki. Nie był skupiony na niczym konkretnym, ale widział wszystko – każdego zapalonego papierosa, każdą uniesioną gazetę, każdy telefon, na który dzwoniono. Odgłosy targowiska, których kakofonia wdzierała się do jego uszu, były identyfikowane, analizowane, klasyfikowane i zapamiętywane.

Był oszczędny w ruchach, reagował z zawodowym spokojem. Centralna Agencja Wywiadowcza nie przysłała go do Hongkongu, żeby panikował. Wręcz przeciwnie, trafił tu właśnie dlatego, że nie ulegał panice. Wystarczyło, że ulegli jej w Waszyngtonie, dokąd sprowadzono zwłoki Davida Cahilla.

Cahill był nieoficjalnym pracownikiem Agencji w Szanghaju, typem błękitnokrwistego absolwenta uczelni Ligi Bluszczowej, który znał wszystkich ważnych ludzi i chadzał na wszystkie ważne przyjęcia. Widział świat w czerni i bieli. Szarości były według niego domeną zawodowych kłamców, jak choćby dyplomatów, i osobników, którym brakowało jaj, żeby nazwać zło po imieniu. Cahill uważał, że na świecie jest dużo zła, szczególnie w Chinach. Dlatego nauczył się miejscowego języka i poprosił, by go tam oddelegowano.

Jako nieoficjalny pracownik Agencji nie posiadał immunitetu dyplomatycznego, który przysługiwał innym agentom CIA, ulokowanym w ambasadzie lub konsulacie. Cahill był szpiegiem, prawdziwie tajnym agentem, i bardzo dobrze wykonywał swoją pracę. Stworzył w Chinach sprawnie działającą siatkę, do której należeli członkowie Komunistycznej Partii Chin, Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, a nawet pracownicy chińskiego wywiadu.

Za pośrednictwem swoich źródeł Cahill dotarł do informacji o szczególnym znaczeniu dla bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych. Jednak pewnej nocy, po spotkaniu z jedną ze swoich głównych informatorek, zmarł na zawał. Na jej oczach.

Wspomnianą informatorką była didżejka z Szanghaju imieniem Mingxia. Imprezy, które organizowała, należały do najlepszych w Chinach. Celebryci, narkotyki, piękne kobiety – było na nich dosłownie wszystko. To właśnie dzięki imprezom znalazła się w kręgu chińskich możnych i bogatych.

Miała jednak swoje problemy i to właśnie one sprawiły, że dała się zwerbować Cahillowi. Po jego śmierci Mingxia rozpłynęła się w powietrzu. CIA potrzebowała odpowiedzi, szukała więc Mingxii wszędzie, poruszyła niebo i ziemię, ale bez skutku. W końcu dwa tygodnie później Mingxia się odnalazła.

Nawiązała kontakt za pośrednictwem awaryjnego kanału komunikacji, stworzonego przez Cahilla – tablicy ogłoszeń na mało znanym forum monitorowanym przez ludzi w Langley. Od czasu jej zniknięcia w siedzibie CIA kipiało od domysłów. Czy wpadła w ręce Chińczyków? Czy Cahill był spalony? Czy kobieta przyczyniła się do jego śmierci? Czy to pułapka?

Mingxia była rzekomo w posiadaniu informacji na temat planu zmasowanego ataku na Stany Zjednoczone, ale nikt nie wiedział, czy można jej zaufać. Agencja rozpaczliwie potrzebowała odpowiedzi. Właśnie dlatego wezwała Kena Harmona.

Harmon nie miał nic z ogłady i pozycji społecznej Cahilla. Był wysoki, przypakowany i nie chadzał na eleganckie przyjęcia. Zwykle pił samotnie przy obskurnych kontuarach najgorszych spelun tego świata. Był szorstki w obejściu – z nikim się nie wiązał i miał tylko jeden cel. Zjawić się, kiedy ktoś wciśnie guzik alarmowy.

Postanowił, że spotka się z informatorką w Hongkongu. Hongkong wydawał się bardziej sensowny niż Szanghaj i znacznie bezpieczniejszy niż Pekin, szczególnie dla białego faceta.

Na miejsce spotkania wybrał kawiarnię, imitację Starbucksa. W lokalu panował duży ruch, a klientelę stanowili Chińczycy i anglojęzyczni biali, przemieszani w odpowiedniej proporcji. Rozmawiali przez komórki i stukali w klawiatury. Mieli słuchawki w uszach i słuchali muzyki lub oglądali filmy. A co z czytaniem gazety przy kawie? – pomyślał. Co z gazetami?

Lokal miał drzwi od frontu i od tyłu, co oznaczało dwie drogi wyjścia, trzy – jeśliby uwzględnić wariant z wybiciem okna w damskiej toalecie, wychodzącego na wąski szyb wentylacyjny. Męska ubikacja stanowiła pułapkę, więc Harmon nie planował się w niej znaleźć.

Okolica znajdowała się pod obserwacją ludzi Agencji. Kilku z nich chciał wykluczyć – tych, którzy byli zbyt muskularni i przez to zbyt widoczni. Stanowili o sile uderzeniowej Agencji, w przeszłości uczestniczyli w operacjach specjalnych. Świetnie obchodzili się z bronią, więc dobrze było mieć ich w zespole, szczególnie gdy sytuacja wymknęła się spod kontroli, ale zbytnio rzucali się w oczy, a Harmon nie potrzebował niańki. Jednak przełożeni zignorowali jego prośby.

Poprosił ich również, by kupili kobiecie bilet lotniczy, co pozwoliłoby mu zorganizować spotkanie w przyjemnym, pozbawionym cech szczególnych holu lotniska w Hongkongu. W kontrolowanym środowisku. Na teren lotniska znacznie trudniej było wnieść broń. Łatwiej było również wypatrzyć kłopoty, zanim się pojawią. Elementarne zasady jego fachu. Jednak zignorowali i tę prośbę.

W Langley uznano, że sytuację na lotnisku da się kontrolować zbyt łatwo, co Chińczycy mogli bez trudu wykorzystać. CIA wolała miejsce publiczne z wieloma drogami ewakuacji. Mieli samochody, kryjówki, ubranie na zmianę. Mieli sprzęt medyczny, podrobione paszporty, ba, nawet motorówkę. Przeanalizowali każdą ewentualność i opracowali alternatywne plany działania. Tak byli zaniepokojeni.

Harmon wszedł do środka i rozejrzał się po kawiarni. Dzięki klimatyzacji poczuł się, jakby podłączono go do butli z tlenem. Sięgnął po papierową serwetkę i otarł pot, zaczynając od czubka ogolonej głowy, a kończąc na grubym karku. Zamówił colę w puszce, bez lodu. Nauczony bolesnym doświadczeniem, unikał lodu w obcych krajach.

Zapłacił gotówką i ruszył z puszką do regału z gazetami. Wybrał kilka czasopism, a później znalazł stolik. Miejsce znajdowało się z dala od okna, ale nie na tyle, by nie mógł obserwować drzwi i tego, co się dzieje na ulicy.

Nie miał żadnego sprzętu elektronicznego – laptopa, komórki ani krótkofalówki. Ani żadnych dokumentów. Oprócz glocka dużego kalibru, kilku zapasowych magazynków i noża nie zabrał ze sobą niczego, co mogłoby świadczyć o jego powiązaniach z kimkolwiek lub czymkolwiek. W taki sposób działali zawodowcy.

Wyjął z kieszeni mały paragon i złożył go w kształt, którego Mingxia miała wypatrywać. Serce. Potrafił złożyć łabędzia, ale łabędzie składali wszyscy. Tego uczyli na początku. Kiedy spotykał się z informatorkami, zwykle składał serce. Zawsze to coś innego. Niektóre z nich to lubiły. Inne nie. Harmon miał to gdzieś. Serce to serce.

Kiedy było gotowe, postawił je na białej serwetce. Serce było oryginalne, a jednocześnie dyskretne, bo nie można go było wypatrzyć z ulicy. Właściwie można było je dostrzec, tylko jeśli przechodziło się obok stołu w drodze do damskiej toalety, i to jedynie wówczas, gdy się go wypatrywało.

Zjawiła się po godzinie, zwalniając, gdy mijała jego stolik. Nieznacznie, ale wystarczająco, by dać do zrozumienia, że je zauważyła.

Kiedy Mingxia bawiła w toalecie, Harmon rozejrzał się po sali i wyjrzał na ulicę. Sączył drugą colę i przeglądał jedno z tych darmowych czasopism turystycznych, które walały się po wszystkich kawiarniach i barach szybkiej obsługi w Hongkongu.

Kiedy Mingxia wyszła z ubikacji i ponownie przeszła obok jego stolika, na blacie znajdowało się jedynie serce. Serwetka zniknęła. Wszystko w porządku. Nikt jej nie śledził, nie wszedł za nią do środka. Mogła bezpiecznie usiąść. Zamówiła herbatę przy barze i zajęła miejsce przy sąsiednim stoliku.

Była atrakcyjna. Ładniejsza od kobiety ze zdjęcia, które Cahill dołączył do akt. Harmon potrafił zrozumieć, dlaczego facet ją zwerbował. Z dossier wynikało, że ma rodzinę, która potrzebuje pieniędzy. Zawsze tak było. Harmon nie chciał znać szczegółów. Nie umówił się z nią na randkę, miał jedynie odebrać sprawozdanie i, jeśli zajdzie potrzeba, pomóc w przerzuceniu jej za granicę. Był rad, że mówiła po angielsku.

Sięgając do torebki, Mingxia zdjęła okulary, które dostała od Cahilla, i położyła je na krześle między nimi.

Pokazali mu, jak ich używać, zanim opuścił Stany. Nie należał do ich wielbicieli, choć były lepsze od poprzednich modeli, które firma Google skonstruowała dla Agencji. Projektor wielkości klocka Lego zastąpiono urządzeniem o rozmiarach zszywki. Tak czy inaczej, na jego gust okulary były zbyt bajeranckie.

Z drugiej strony ta metoda dzielenia się informacjami była lepsza od zamiany teczek pod stołem lub przekazywania kopert z raportami i zdjęciami wywiadowczymi. Oprócz tego okulary wyposażono w przycisk kasujący, który pozwalał usunąć wszystkie dane, gdyby pojawiło się niebezpieczeństwo, że wpadną w niepowołane ręce.

Harmon wsunął okulary na nos i na powrót utkwił wzrok w czasopiśmie, udając, że czyta.

W miarę jak przewijał wyświetlone po wewnętrznej stronie szkieł informacje, jego umysł zaczął łączyć kropki.

– Jesteś pewna tego wszystkiego? – spytał.

– Tak – odpowiedziała Mingxia.

Oczywiście potrzebowali czegoś więcej niż jej zapewnienia. Jednak jeśli to, co ujrzał, było prawdą, Stany Zjednoczone znalazły się w kłopotach. Dużych kłopotach.

– Co to za tekst po chińsku, który co chwilę się powtarza? – zapytał. – Xuĕ Lóng?

– To kryptonim operacji.

– Co oznacza?

– Xuĕ Lóng to mityczny chiński potwór zwiastujący ciemność, chłód i śmierć.

– Jak to przetłumaczyć?

– Po angielsku to śnieżny smok.

Rozdział 1

WASZYNGTON, DYSTRYKT KOLUMBII

CENTRUM OPERACYJNE W BIAŁYM DOMU

Sekretarz obrony odchrząknął.

– Za pozwoleniem, panie prezydencie, chciałbym zasugerować dołączenie części okrętów Piątej Floty z Morza Śródziemnego do Siódmej Floty na Pacyfiku.

– Powinniśmy także rozważyć rozlokowanie dodatkowych bombowców w regionie – dodał przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów.

Prezydent przyjrzał się zdjęciom wyświetlonym na monitorach. Spodziewał się, że za swojej prezydentury zostanie poddany próbie, ale nie sądził, iż zdarzy się to tak szybko i że będzie ona tak poważna.

Paul Porter dwukrotnie pełnił urząd gubernatora, zanim zwyciężył w wyborach prezydenckich po kampanii, w której odwoływał się do najlepszych cech Amerykanów. Był uprzejmym facetem po sześćdziesiątce. Wysoki i szczupły, o ogorzałej twarzy człowieka lubiącego spędzać czas na świeżym powietrzu – po jego wyglądzie można by sądzić, że zamiast piastować najważniejsze stanowisko na świecie, oprowadza wycieczki wędkarskie w rodzinnej Montanie.

Porter był znany z tego, że mówi prawdę, szczególnie gdy była trudna do przełknięcia. Nigdy nie ograniczał się do tej części, którą ludzie pragnęli usłyszeć, choć byłoby to politycznie korzystne. Uważał, że Ameryka nie może sobie pozwolić na półprawdy.

Prowadził kampanię prezydencką pod hasłem pomyślnej przyszłości narodu. Obiecał Ameryce spokój wewnętrzny i pokojowe stosunki ze światem. To jednak – jak wszystko, do czego warto dążyć – wymagało pracy. Slogan „O bezpieczne jutro musimy zadbać już dzisiaj” stał się znakiem rozpoznawczym jego przemówień. Lubił parafrazować słowa jednego z ojców założycieli USA, doktora Josepha Warrena, i przypominać Amerykanom, że wolność przyszłych pokoleń zależy od tego, czego dokonają dzisiaj. W świetle ostatnich wydarzeń wezwanie do działania nabrało jeszcze większego znaczenia.

– Po kolei – zarządził prezydent, zatrzymując się na odpowiedniej stronie raportu. – Kto jest naszym ekspertem od Chin?

Oczy wszystkich zebranych skierowały się na Stephanie Esposito, starszą analityczkę CIA zajmującą się Krajem Środka.

– Ja, panie prezydencie – odpowiedziała, podnosząc rękę. Była wyraźnie zdenerwowana. Jeszcze nigdy nie składała raportu przed samym prezydentem.

– Agentka Esposito, tak?

– Tak, panie prezydencie.

– Jak rozumiem, jest pani przekonana, że ten raport zawiera informacje na temat chińskich planów wojny nieograniczonej.

– Tak, panie prezydencie.

– Dlaczego?

– Uważam, że to najważniejsza współczesna doktryna, którą stworzyli. Tłumaczy wszystkie działania Chińczyków, szczególnie operację Śnieżny Smok.

Prezydent skinął głową.

– Czy mogłaby pani wyjaśnić pojęcie wojny nieograniczonej tym z obecnych, którzy się z nim nie zetknęli?

– Tak, panie prezydencie – odparła Esposito. – Chiny uważają Stany Zjednoczone za swojego głównego wroga. Ich minister obrony, generał Chi Quam-you, oświadczył, że wojna z Ameryką jest nieuchronna. Że nie da się jej uniknąć. Z drugiej strony Chiny zdają sobie sprawę, iż nie zdołają pokonać Stanów Zjednoczonych w wojnie konwencjonalnej. Mamy nad nimi zbyt dużą przewagę technologiczną. Jednak, cytując szefa sztabu Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, generała Fu Haotiana, słabszy może pokonać silniejszego. Może tego dokonać jedynie pod warunkiem odrzucenia przyjętych reguł wojny. W latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku uczynili to dwaj bardzo niebezpieczni pułkownicy chińskiej armii, Qiao Liang i Wang Xiangsui, rewolucjonizując chińską wizję wojny i własnego kraju.

– W jakim sensie?

– W swojej doktrynie Liang i Xiangsui odrzucili pogląd, że Chiny muszą zmierzyć się ze Stanami w wojnie konwencjonalnej. Po co walczyć w sposób, który skazuje ich na porażkę? Chiny powinny toczyć jedynie te bitwy, które mogą wygrać. Bezwzględne, niekonwencjonalne ataki to sedno ich nowej filozofii. Pułkownik Liang uważa, że pierwszą zasadą wojny nieograniczonej jest brak wszelkich zasad. Wszystko jest dozwolone. Podkładanie bomb w kinach, ataki na amerykańską sieć energetyczną i internet, zatruwanie żywności i wody, brudne bomby, ataki chemiczne lub biologiczne. W ich nowej doktrynie nie ma żadnych niedozwolonych środków. Oprócz tego wspomniana strategia daje Chinom przewagę. Nie zauważymy, że nadchodzą. Nie będzie powszechnej mobilizacji, niczego w tym rodzaju. Wojna nieograniczona spowoduje, że samoloty, żołnierze i czołgi staną się niemal całkowicie nieefektywne.

– Przecież ktoś będzie musiał przeprowadzić ataki – wtrącił szef personelu Białego Domu.

Esposito skinęła głową.

– Zgadza się. O ile w szeregach Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej służą miliony hakerów, którzy mogą zatrzeć ślady cyberataków, o tyle konwencjonalnego ataku na Stany Zjednoczone nie dałoby się ukryć. Właśnie dlatego Liang i Xiangsui opowiedzieli się za finansowaniem, uzbrajaniem i wykorzystywaniem osób trzecich, zawsze gdy to możliwe. Najlepiej muzułmańskich terrorystów.

Siedzący przy stole spojrzeli po sobie.

– Należy pamiętać, że dla Chin kluczowe znaczenie ma to, by ich kraju nie dało się powiązać z atakiem. Osoby trzecie, przypuszczalnie nieświadome tego, że działają na rozkaz Chin, dostarczą im wiarygodnego alibi. Świat dostanie swojego winowajcę, a Chiny zdołają uniknąć międzynarodowych reperkusji. Nasi sojusznicy nie podejmą działań odwetowych bez twardych dowodów, że za atakami na Stany Zjednoczone stoją Chiny.

– A nawet jeśliby je mieli – dodał wiceprezydent – część z nich nie paliłaby się do konfrontacji. Podjęcie działań mogłoby doprowadzić do wybuchu trzeciej wojny światowej.

– Właśnie na to liczą Chiny – przytaknęła Esposito.

Sekretarz Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego pokręcił głową.

– Nie mogę uwierzyć, że Chiny byłyby gotowe postawić wszystko na jedną kartę i nas zaatakować. W jakim celu?

Esposito spojrzała na prezydenta, który dał znak, aby udzieliła odpowiedzi.

– Chińczycy są bardzo wyrachowani i pragmatyczni – podjęła. – Przewidują nie dwa, a cztery ruchy do przodu. Panie sekretarzu, Chiny umierają. Mają skażone powietrze. Skażoną wodę. Wycięły swoje lasy, wyeksploatowały złoża minerałów. Mniej niż pięć procent areału Chin nadaje się pod uprawę roli. Ich inwestycje w Afryce Północnej okazały się kompletnym fiaskiem. Poniosły znaczne straty. Tamtejsze kopalnie nie przyniosły nawet ułamka prognozowanych zysków. Populacja Chin stale rośnie, ale rozwój gospodarczy zwalnia. W kraju codziennie wybuchają zamieszki, a skala niepokojów społecznych jest ogromna, choć nie mówi się o tym w międzynarodowych wiadomościach. W miastach nie ma pracy, a wieśniacy, którzy wracają na prowincję, głodują. Z rejonów, gdzie panuje szczególnie duża bieda i bezprawie, zaczynają napływać doniesienia o praktykach okultystycznych, a nawet kanibalizmie. W miarę pogarszania się warunków życia Chiny, podobnie jak Korea Północna, stają się siedliskiem nowych, opornych na leki chorób, które zagrażają całemu światu. W tej kwestii Chiny stale okłamują WHO i inne światowe organizacje. Chińczycy zdają sobie sprawę, że światełko w tunelu, które widzą, to reflektory pociągu pędzącego na ich spotkanie.

– Dlatego chcą nam ukraść nasze zasoby?

– Właśnie. Chińczycy nie uważają tego za kradzież. Traktują to jako sposób przetrwania. Wszystko, co im je zapewni, jest nie tylko dopuszczalne, ale postrzegane jako konieczność.

– Nawet jeśli oznacza to wojnę?

Esposito skinęła głową. Prezydent jej podziękował i zwrócił się do dyrektora Wywiadu Narodowego.

– Posłuchajmy, czego CIA dowiedziała się w Hongkongu.

– Dziękuję, panie prezydencie – odparł dyrektor Wywiadu Narodowego, spoglądając na pozostałych członków Rady Bezpieczeństwa. – Jak wiecie, informator CIA, mający dostęp do wysokich rangą członków Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej i chińskiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego, dowiedział się o planowanym ataku na Stany Zjednoczone, operacji o kryptonimie Śnieżny Smok.

Nasz informator nie potrafi podać daty ani metody ataku, ale ma on nastąpić w niedalekiej przyszłości. Chińczycy przewidują dziewięćdziesięcioprocentowy współczynnik umieralności w pierwszym roku działań, co skłania nas do wniosku, że w grę wchodzi atak jądrowy lub biologiczny.

– Rakiety? – spytał prokurator generalny.

Dyrektor Wywiadu Narodowego pokręcił głową.

– Nie sądzimy. Z informacji wywiadowczych zebranych przez CIA wynika, że Chińczycy wykorzystali pośrednika nazwiskiem Ismail Kashgari z regionu Sinciang-Ujgur, by nawiązać kontakt z Ahmadem Yaqubem, człowiekiem Al-Kaidy, przebywającym na terenie Pakistanu. Sądzimy, że Yaqub został wynajęty do zwerbowania ludzi, którzy wezmą udział w operacji.

– Region Sinciang-Ujgur graniczy z Afganistanem, prawda? – zapytał dyrektor Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego. – Nie możemy schwytać tego Kashgariego?

– Kashgari nie żyje – odparł dyrektor Wywiadu Narodowego. – Sądzimy, że Chińczycy usunęli go, by ukryć, że za tym stoją.

– A Ahmad Yaqub? Możemy do niego dotrzeć?

– Tak – odrzekł prezydent. – Posiadamy dane wywiadowcze na temat miejsca pobytu Yaquba. W tej chwili nasi ludzie opracowują plan operacji.

– Czy mamy inne tropy oprócz Yaquba? – spytał prokurator generalny.

– Jeden – odpowiedział dyrektor Wywiadu Narodowego. – Informator CIA uważa, że Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza szkoli swego rodzaju oddział specjalny w Korei Północnej.

– Co w tym niezwykłego? – zdziwił się przewodniczący Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego.

– Uważamy, że jest to oddział desantowy, który wkroczy po ataku. Jak widać na ekranach, obszar, na którym odbywa się szkolenie, został ukryty pod siatką maskującą. Nie możemy zobaczyć, co szykują. Gdybyśmy mogli, dowiedzielibyśmy się więcej o charakterze ataku.

– Jak zamierzacie tego dokonać?

– Wyślemy czteroosobowy zespół inwigilacyjno-zwiadowczy złożony z komandosów Navy SEALs – odpowiedział sekretarz obrony.

Prokurator generalny spojrzał na niego ze zdumieniem.

– Do Korei Północnej?!

Przewodniczący skinął głową.

Prokurator generalny spojrzał na sekretarza stanu i zapytał:

– Co pan o tym sądzi?

Sekretarz stanu pomyślał chwilę, zanim udzielił odpowiedzi.

– Zgadzam się z panem prezydentem, choć mam kilka wątpliwości.

– Jakich?

– Zdołaliśmy potwierdzić niektóre z dostarczonych informacji, ale pochodzą one w większości z jednego źródła. To ryzykowne. Nie ma pewności, czy jest to oficjalny plan Chińskiej Republiki Ludowej. Może to pomysł jakiejś grupki wywrotowców w szeregach wywiadu, armii, a nawet Komunistycznej Partii Chin. Po prostu tego nie wiemy.

– Dlatego trzeba zatrzymać Ahmada Yaquba i przeprowadzić operację w Korei Północnej – wtrącił przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów. – Jeśli to panu pomoże w podjęciu decyzji, proszę potraktować tę operację jako misję rozpoznawczą.

– Z bronią i żołnierzami sił specjalnych?

– To nie wycieczka do Disneylandu, panie sekretarzu.

Sekretarz stanu wziął głęboki oddech, wydął policzki, a następnie wykonał powolny wydech, dając wyraz swojej irytacji.

– Zajmuję się dyplomacją, dlatego preferuję środki dyplomatyczne, ale pan prezydent ma słuszność. Nie możemy pozwolić, by Chińczycy zorientowali się, że ich podejrzewamy.

Oczy wszystkich zwróciły się na prezydenta. Chociaż ryzyko było duże, brak działań tylko by je zwiększył. Obie operacje muszą zostać przeprowadzone. Odpowiedzialny przywódca nie mógł obrać innego kursu.

Porter skinął głową dyrektorowi Wywiadu Narodowego i powiedział:

– Daję zielone światło.

Siedzący przy stole natychmiast chwycili za telefony.

– Mamy zgodę na operację Kos – powiedział dyrektor Wywiadu Narodowego do swojego rozmówcy.

Chwilę później odebrano telefon od sekretarza obrony.

– Przystępujemy do operacji Złoty Pył – potwierdził swojemu rozmówcy.

Kos i Złoty Pył były kryptonimami stworzonymi przez CIA i Departament Obrony na oznaczenie dwóch misji, które miały ocalić Amerykę przed straszliwym atakiem lub wyniszczającą wojną na wielką skalę.

Uczestnicy spotkania ustalili, które zasoby wojskowe przemieścić, by nie zdradzić swoich zamiarów Chińczykom, po czym narada dobiegła końca.

Kiedy członkowie zespołu do spraw bezpieczeństwa narodowego opuszczali centrum operacyjne, prezydent poprosił sekretarza skarbu o pozostanie. CIA była w posiadaniu dodatkowych informacji, o których nie wspomniano podczas narady.

Kiedy zostali sami, prezydent powiedział:

– Dennis, chcę, żebyś coś dla mnie zrobił. Trzeba to załatwić bardzo dyskretnie.

Rozdział 2

WYBRZEŻE KOREI PÓŁNOCNEJ

Czterech mężczyzn w skafandrach wynurzyło się na powierzchnię lekko wzburzonej, czarnej wody i omiotło wzrokiem skaliste wybrzeże. Obywatele Korei Północnej paranoicznie bali się inwazji. Podjęli daleko idące środki ostrożności, grabili nawet plaże, żeby było widać odciski stóp.

Skok z otwarciem spadochronu na niewielkiej wysokości nie wchodził w grę. Żaden samolot nie zdołałby dotrzeć dostatecznie blisko przestrzeni powietrznej Korei Północnej. Przerzut musiał zostać dokonany drogą morską.

Użyli miniaturowej łodzi podwodnej typu ASDS. W przeciwieństwie do odkrytych okrętów SDV, które wystawiały żołnierzy na działanie zimnej wody, ASDS były całkowicie zamknięte, ciepłe i szczelne. Po problemach z akumulatorami, które zapalały się w prototypach, plotkowano, że Navy SEALs zrezygnowali z ich produkcji. W rzeczywistości jedynie tymczasowo wstrzymano prace, dopóki jakiś student Instytutu Technologicznego w Massachusetts nie stworzył zupełnie nowej koncepcji zasilania. W obecnej chwili prace szły pełną parą.

Miniaturowa łódź podwodna mogła rozpocząć misję podczepiona do okrętu podwodnego typu Virginia i miała zasięg ponad stu pięćdziesięciu mil morskich. W celu dokonania przerzutu na terytorium Korei Północnej ASDS zwodowano z okrętu podwodnego USS Texas. Kiedy czteroosobowy zespół opuścił miniaturową łódź przez właz w dnie statku, ASDS odpłynęła z rejonu operacji, aby połączyć się z okrętem Texas i krążyć po Morzu Japońskim przez kolejne siedemdziesiąt dwie godziny, a następnie podjąć wracających komandosów.

W skład zespołu inwigilacyjno-zwiadowczego miało początkowo wchodzić czterech komandosów Team Six, ale skończyło się na trzech komandosach SEALs i jednym agencie z Jednostki Operacji Specjalnych Centralnej Agencji Wywiadowczej. Dowódca oddziału nie był tym zachwycony. Trzydziestodwuletni porucznik James „Jimi” Fordyce z Lancaster w Pensylwanii uważał, że zastąpienie jednego z własnych strzelców agentem, nawet takim, który miał kontakty wśród miejscowych i znał język, nie było ani wskazane, ani niezbędne dla powodzenia operacji. Ludzie z Pentagonu, Białego Domu, Centralnej Agencji Wywiadowczej oraz Połączonego Dowództwa Operacji Specjalnych byli jednak odmiennego zdania, więc sprzeciw Fordyce’a został odrzucony.

Dwoma pozostałymi komandosami Navy SEALs byli dwudziestoośmioletni starszy bosman Lester Johnson z Freeport w stanie Maine oraz dwudziestopięcioletni bosman Eric „Tuck” Tucker z Bend w Oregonie.

Skład grupy uzupełniał trzydziestoletni agent CIA Billy Tang z Columbus w stanie Ohio.

Billy nie tylko władał płynnie miejscowym językiem, ale znał Koreę Północną jak mało kto w Stanach. W ciągu ostatnich sześciu lat jedenaście razy z powodzeniem przedostał się na teren Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej. Jego towarzysze być może nie zdawali sobie z tego sprawy, ale w KRLD mogli napotkać mnóstwo problemów, których nie dało się rozwiązać za pomocą karabinu.

Ponieważ Koreańczycy umieli przechwytywać transmisje nadawane ze swojego terytorium, operacja miała przebiegać bez kontaktu z dowództwem. Członkowie zespołu mogli porozumiewać się ze sobą za pomocą szyfrowanych komunikatów radiowych, ale pouczono ich, by czynili to sporadycznie. Gdyby zostali wykryci lub schwytani, nie byłoby ratunku. Stany Zjednoczone wyparłyby się wszelkiej wiedzy na ich temat oraz celu ich misji. Właśnie dlatego do zespołu dokooptowano Billy’ego Tanga. Billy stanowił ich polisę ubezpieczeniową, gdyby coś poszło źle.

Na sygnał Jimiego Fordyce’a jego ludzie zaczęli płynąć do brzegu, a miniaturowa łódź podwodna zawróciła ku USS Texas. Łódź ASDS mogła pozostawać pod wodą wiele dni bez uzupełniania zapasów, ale uczestnikom misji zależało, by odpłynęła jak najszybciej. Chociaż znajdowali się w odludnym, niedostępnym rejonie wybrzeża Korei Północnej, jednostka patrolowa nieprzyjaciela przepłynęła tuż nad nimi, gdy przebywali jeszcze na pokładzie ASDS. Ich łódź zdążyła się opuścić w zagłębienie w morskim dnie, ale byli o włos od wykrycia. Nie mogli tak po prostu zostawić jej w zatoczce na jałowym biegu – wiedzieli, że i bez tego będą mieli dość kłopotów.

Żaden z elementów misji nie był prosty i właśnie dlatego jej wykonanie powierzono komandosom Navy SEALs. Niezależnie od tego, co by się wydarzyło, przeprowadziliby ją od początku do końca. Bo faktycznie mogło wydarzyć się wszystko. Nawet w przypadku tak precyzyjnych działań i tak świetnie wyszkolonych ludzi prawo Murphy’ego lubiło się potwierdzać w najgorszym możliwym momencie. Choćby podczas operacji likwidacji Osamy bin Ladena. Czasami tak się po prostu zdarzało, a wówczas komandosi Navy SEALs przystosowywali się do nowych okoliczności i doprowadzali sprawy do końca. W ich branży porażka po prostu nie wchodziła w grę.

Pływanie utrudniał silny prąd, który oddalał ich od brzegu. Kiedy w końcu do niego dotarli, a następnie wywlekli się z wody wraz ze sprzętem, odpoczęli kilka minut. Potrzebowali sił. Przed nimi wznosiło się urwisko wysokości osiemnastopiętrowego biurowca.

Trzej komandosi podnieśli się jak na komendę, jakby potrafili czytać sobie nawzajem w myślach, i zaczęli szykować sprzęt do wspinaczki.

Billy Tang współpracował wcześniej z komandosami Navy SEALs, inteligentnymi, twardymi facetami, którzy kalkulowali i działali jak maszyny. SEALs stanowili ucieleśnienie wytrzymałości, która w dzisiejszych czasach cechowała tak niewielu. Jakkolwiek rozpaczliwa byłaby ich sytuacja – choćby stali oko w oko ze śmiercią – komandosi Navy SEALs zawsze parli naprzód.

Tang podziwiał ich za to, ale miał przeczucie, że wszyscy czterej będą musieli wspiąć się na wyżyny swoich możliwości – psychiczne i fizyczne – zanim operacja dobiegnie końca. Zadanie, z jakim przybyli do Korei Północnej, było prawie, jeśli nie całkowicie, niemożliwe do wykonania.

Rozdział 3

KARACZI, PAKISTAN

Scot Harvath spojrzał na swoje odbicie w bocznym lusterku ciężarówki. Był ubrany w tradycyjny salwar kamiz – obszerne pantalony, przypominające spodnie od pidżamy, oraz długą bawełnianą koszulę. Jego skóra zbrązowiała od przebywania na słońcu. Miał przenikliwe niebieskie oczy, krótkie jasnobrązowe włosy i lepszą kondycję niż większość mężczyzn o połowę młodszych od niego. Pewnie przydałyby mu się prysznic i golenie, ale jak na byłego komandosa Navy SEALs, któremu niedawno stuknęła czterdziestka, prezentował się całkiem dobrze.

Siedzący obok niego dwudziestoośmioletni Chase Palmer kierował SUV-em marki Toyota. Osiem lat temu został najmłodszym żołnierzem, jakiego kiedykolwiek przyjęto do oddziału Delta Force – lub Jednostki, jak mawiali jej członkowie. Jego włosy były jaśniejsze od włosów Harvatha, ale byli do siebie tak podobni, że wyglądali niemal jak bracia.

Tylne siedzenie zajmowała dwudziestopięcioletnia Sloane Ashby, tuląc pod burką pistolet maszynowy H&K MP7. W ciągu swojej krótkiej kariery wojskowej zaliczyła więcej potwierdzonych trafień niż jakakolwiek kobieta służąca w armii Stanów Zjednoczonych oraz większość mężczyzn. Jej mocno zarysowane kości policzkowe, szare oczy podkreślone makijażem typu smoky eyes i blond włosy sprawiały, że przypominała bardziej cizię z uczelnianego kalendarza niż komandosa, który ma w zwyczaju otwierać drzwi kopnięciem i strzelać prosto w twarz złym facetom.

Harvath przesunął wzrok na tylne światła samochodów jadących przed nimi. Noc tętniła życiem. Elektryzowała. Motocykle przemykały obok nich, znikając z warkotem. Ciężarówki tarasowały ulice. Wśród spalin diesla wyczuwał woń oceanu. Zbliżali się do celu. Włączył nadajnik i zakomunikował:

– Miejcie oczy szeroko otwarte!

Liczące ponad dwadzieścia trzy miliony mieszkańców Karaczi było trzecią co do wielkości aglomeracją na świecie i najgęściej zaludnionym miastem Pakistanu. Miastem, w którym łatwo się ukryć. Pozostawanie w ukryciu wymaga dyscypliny, pomyślał Harvath. A to oznaczało, że trzeba się powstrzymać przed odwiedzeniem ulubionej restauracji, nawet jeśli było się w mieście ostatnią noc. Jednak Ahmad Yaqub się nie powstrzymał.

Dyskutowali o tym, gdzie go zgarnąć. Czy powinni zrobić to w Karaczi, gdzie znajdował się pod ochroną ISI – służby specjalnej Pakistanu – czy zaczekać, aż powróci do swojej twierdzy w Waziristanie?

Sekretarz stanu wolał poczekać. I zapłacić za jego porwanie frakcji wrogiej klanowi Yaquba, zamieszkującej niespokojny obszar pomiędzy Pakistanem i Afganistanem, aby nic nie wskazywało, że Amerykanie maczali w tym palce. Atak na kolumnę pojazdów ISI oznaczał proszenie się o kłopoty – całe mnóstwo kłopotów – ale zegar nieprzerwanie tykał.

Yaqub był związanym z Al-Kaidą Saudem, który wyjechał do Afganistanu na dżihad i wżenił się we wpływowy klan z Waziristanu. Ze swojej twierdzy w górach pomagał finansować i koordynować operacje terrorystyczne wymierzone w skorumpowanych pakistańskich i afgańskich polityków oraz wszystkich innych, których uważano za wrogów islamu i talibów.

Jego największym sukcesem było zabójstwo Benazir Bhutto w Rawalpindi. Bhutto uważano za marionetkę Ameryki. Przewidywano, że wygra wybory i zostanie prezydentem Pakistanu. Nie kryła, w jakim kierunku poprowadzi kraj ani że zamierza rozgromić Taliban.

Yaqub wiedział, że po jej śmierci zostanie przeprowadzone wnikliwe dochodzenie, dlatego pozostawił po sobie ślady w taki sposób, by wszystkich zdezorientować. Niektórzy uważali, że zabójstwo Bhutto zlecili jej polityczni rywale. Inni obwiniali Taliban. Jeszcze inni byli gotowi przysiąc, że to sprawka ISI – gwarantem ich władzy był chaos w regionie. Za to żaden trop nie prowadził do Ahmada Yaquba, a przynajmniej tak mu się zdawało.

Jednak mieszkańcy Waziristanu byli rozmowni, szczególnie gdy ujrzeli pieniądze. Talibowie często się skarżyli, że to gotówka jest najpotężniejszą bronią, którą Amerykanie dysponowali na polu walki. Pieniądze przerażały ich bardziej niż drony, które zabijały bez ostrzeżenia. Amerykańskie dolary były niczym lodowaty wiatr zimą. Niezależnie od tego, jak szczelnie zabezpieczono by dom, on i tak zawsze przenikał do środka. Dolary Amerykanów też w końcu dotarły, do kogo trzeba.

Stany Zjednoczone uznały zatrzymanie Ahmada Yaquba za sprawę najwyższej wagi. Poruszono niebo i ziemię, by jak najszybciej zebrać wszelkie możliwe informacje na jego temat. Najbardziej wartościowych danych dotyczących Yaquba dostarczyła prywatna agencja wywiadowcza prowadzona przez byłego asa wywiadu CIA, Reeda Carltona.

Realizując umowy z zakresu ochrony personelu i mienia dla Departamentu Obrony, agencja Carlton Group stworzyła niezrównaną siatkę szpiegowską obejmującą swoim zasięgiem terytorium Afganistanu i Pakistanu. Nikt nie miał lepszego rozpoznania wywiadowczego w regionie. Nawet CIA.

W ciągu dwudziestu czterech godzin od przyjęcia zlecenia członkowie Carlton Group nawiązali kontakt ze swoimi informatorami i zgromadzili imponujące dossier na temat Yaquba. Wiedzieli dokładnie, gdzie przebywa, ile czasu zajmą mu sprawy bankowe i rozmaite interesy w Karaczi. Wiedzieli nawet, gdzie zamierza spędzić ostatni wieczór. Jednak wkład Carlton Group nie ograniczał się do tych informacji.

Oprócz zatrudniania czołowych ekspertów ze świata wywiadu agencja Carlton Group rekrutowała najlepszych ludzi z branży operacji specjalnych. Jednym z ich największych sukcesów było zwerbowanie Scota Harvatha.

Harvath służył w Navy SEALs – w Team Two i Team Six – oraz w zespole Secret Service, ochraniającym prezydenta Stanów Zjednoczonych. Poprzedni prezydent wykorzystywał go z powodzeniem do potajemnego tropienia i likwidowania terrorystów. Harvath i prezydent doskonale się rozumieli – skoro terroryści nie przestrzegali żadnych zasad, nikt nie oczekiwał tego od Harvatha.

Carlton dostrzegł w Harvacie olbrzymi potencjał. Kiedy go zatrudnił, nie tylko pomógł mu udoskonalić jego wyjątkowe umiejętności w dziedzinie zwalczania terroryzmu, ale też nauczył go wszystkiego, co wiedział o swoim fachu i świecie wywiadu.

W efekcie Harvath stał się kimś więcej niż tylko utalentowanym tropicielem i zabójcą. Był teraz drapieżcą doskonałym – siał postrach ze szczytu łańcucha pokarmowego.

W kontekście obecnej operacji Harvath miał dodatkowy atut – nie działał w imieniu rządu USA. Carlton Group była firmą prywatną. Gdyby operacja Kos zakończyła się fiaskiem, żaden trop nie prowadziłby do Białego Domu.

Chcąc zapewnić Stanom Zjednoczonym jeszcze lepszą ochronę przed ewentualnymi oskarżeniami, Harvath zaproponował, by do przeprowadzenia operacji zamiast Amerykanów wykorzystać kurdyjskich Peszmergów. Peszmergowie, wyszkoleni przez amerykańskie Siły Specjalne, byli twardymi ludźmi, na których można było polegać w każdej sytuacji.

Do Peszmergów miała dołączyć grupka zaufanych Pakistańczyków z siatki Carlton Group, którzy w przeszłości wspierali firmę podczas delikatnych, tajnych operacji w kraju. Harvath i jego ludzie zamierzali wkroczyć do akcji dopiero wtedy, gdy okaże się to absolutnie konieczne. Biorąc pod uwagę okoliczności, misji nie dało się przeprowadzić inaczej. Stany Zjednoczone musiały dopaść Yaquba. Czas płynął. Trzeba było zrobić to teraz, w Karaczi. Sekretarz stanu niechętnie wyraził zgodę.

Kiedy dostali zielone światło, Harvath i Carlton zaczęli opracowywać plan operacji. Musieli zadbać o każdy szczegół – broń, logistykę, scenariusze awaryjne i przede wszystkim znaleźć odpowiednich ludzi. Kluczowe było ujęcie Yaquba w trakcie przejazdu, kiedy najtrudniej było mu się bronić. Harvath doskonale wiedział, kogo wziąć do takiej akcji.

Chase Palmer był bystry, agresywny i niezwykle utalentowany. Choć miał dwadzieścia osiem lat, uczestniczył w większej liczbie operacji niż lwia część jego kolegów z Jednostki i niecierpliwie oczekiwał na następną przygodę. Harvath współpracował z nim podczas poprzedniej misji i wiedział, że chłopak będzie doskonałym nabytkiem dla Carlton Group. To wystarczyło, by go zwerbować.

Potrzebował jeszcze tylko jednego rekruta.

Armia wycofała Sloane Ashby z pola walki, ponieważ Taliban i Al-Kaida wyznaczyły nagrodę za jej głowę w związku z liczbą wrogów, których zlikwidowała na terenie Afganistanu. Przydzielono ją do Fortu Bragg, gdzie została instruktorką kobiecego oddziału Delta Force, znanego jako Athena Project. Świetnie się odnalazła w nowej roli, ale była za młoda, żeby pójść w odstawkę. Poza tym brakowało jej akcji. Kiedy poznali się z Carltonem, zaproponował jej pracę, a ona entuzjastycznie skorzystała z okazji.

Widząc skrzyżowanie, Sloane zawołała:

– Dojeżdżamy do Khayaban-e-Jami!

Kilkakrotnie przejechali trasę z kryjówki Yaquba do jego ulubionej restauracji. Doskonale znali każde skrzyżowanie i wyznaczyli kilka miejsc, w których mogli go zgarnąć. Peszmergowie mieli wkroczyć do akcji, kiedy Yaqub znajdzie się w rękach Harvatha i jego ludzi. Kluczowe znaczenie miało jak najszybsze unieszkodliwienie członków ochrony Yaquba.

Yaqub zmierzał do popularnej restauracji o nazwie Bar-B-Q Tonight. Lokal znajdował się niedaleko klubu jachtowego Karaczi, jak na ironię, naprzeciwko parku imienia Benazir Bhutto. Co w oczach Yaquba mogło przydawać temu miejscu swoistego uroku.

– Piętnaście metrów do skrzyżowania! – zawołała Sloane.

– Jasna cholera! – zaklął Chase, bo samochód przed nimi zaczął zwalniać. – Zgubimy ich! Za chwilę zmieni się światło!

Złożona z dwóch samochodów kolumna Yaquba zdążyła wjechać na skrzyżowanie, a za nimi Peszmergowie.

– Spróbuj ich dogonić! – ponaglił go Harvath.

Chase wcisnął klakson i wykrzyknął:

– Dalej, cieniasie! Bądź mężczyzną! Rusz tyłek!

– Facet musi być jedynym idiotą w Karaczi, który nie dodaje gazu na widok żółtego światła!

– Będzie dobrze – uspokoił go Harvath. – Tylko nie zwracajmy na siebie uwagi.

Chase próbował objechać auto przed nimi, ale nie było dość miejsca.

– Kiepska sprawa – zawyrokowała Sloane z tylnego siedzenia.

– Spokojnie – pouczył ich Harvath. Nie był rad, że zostaną oddzieleni od kolumny Yaquba i pozostałych członków zespołu, ale nie mogli dać się zdemaskować. Jak dotąd zachowywali ostrożność, dbali o to, by zanadto nie zbliżać się do celu, i ciągle zmieniali pozycję. Agenci ISI byli dobrze wyszkoleni, więc na pewno sprawdzali, czy nie mają ogona. Poza tym nie dało się stwierdzić, ilu ludzi śmigających na motocyklach i skuterach w ciżbie pojazdów było ich obserwatorami.

– Wiemy, dokąd jadą – podjął Harvath – i mamy oko na…

Nie zdążył dokończyć, bo potężna ciężarówka wpadła na skrzyżowanie i uderzyła w wóz, którym jechali Peszmergowie.

Rozdział 4

– Jedź! Jedź! – krzyknął Harvath, gdy kolumna pojazdów Yaquba ruszyła z piskiem opon.

Chase uderzył w samochód przed nimi i wdepnął gaz. Opony ciężkiego SUV-a zadymiły, kiedy wpychał mniejszy pojazd na skrzyżowanie.

– Straciliśmy kontakt! – zawołała Sloane, gdy Peszmergowie otworzyli ogień do ośmiu uzbrojonych ludzi, którzy wyskoczyli z ciężarówki.

Harvath sięgnął po karabin Chase’a i wykrzyczał rozkaz. Nie zostawią swoich na pewną śmierć.

Chase przyhamował i raptownie skręcił w lewo. Kiedy duży SUV wpadł w poślizg i zjechał na bok, Harvath i Sloane wystawili przez okno broń z tłumikiem. Otworzyli ogień, sunąc przez skrzyżowanie równolegle do ciężarówki, która uderzyła w samochód Peszmergów.

Niewielkie pistolety maszynowe MP7, które Harvath i Sloane wzięli do akcji, były bronią osobistą przeznaczoną do walki na małą odległość. Używali nabojów typu HK 4,6x30 milimetrów, które potrafiły przebić kamizelkę kuloodporną. Harvath chwycił broń Chase’a, żeby zwiększyć pole rażenia. Był to lekki, łatwy do ukrycia karabin typu hoplite, wytwarzany przez firmę Citizen Arms. Skuteczność tego niezwykle celnego cacka na naboje kalibru 5,56 zwiększał dodatkowo celownik kolimatorowy Aimpoint Micro T-1. Sloane sprzątnęła najbliższych napastników, a Harvath skupił uwagę na tych stojących dalej.

Unieszkodliwił pierwszego, a później zmienił pozycję i załatwił drugiego. Sloane położyła jednego strzałem w szyję, drugiego trafiła w głowę. Napastnicy wycofali się, szukając osłony za ciężarówką. Kiedy Harvath i Sloane prowadzili ogień, Peszmergowie zajęli lepszą pozycję. Ostatni z nich zakończył potyczkę, wrzucając granat odłamkowy do ciężarówki napastników.

– Granat! – krzyknął Harvath. – Jedź! Jedź! Jedź!

Chase wcisnął gaz. Wyjechali ze skrzyżowania w chwili, gdy granat eksplodował. Usłyszeli za sobą brzęk pękających szyb, a w nocne niebo wzbił się wysoki słup ognia. Sekundę później na dach SUV-a posypały się odłamki, niczym metaliczny grad.

Harvath i Sloane zlikwidowali połowę grupy, która zaskoczyła Peszmergów, i pomogli im opuścić miejsce potyczki. Jeśli któryś z napastników przeżyłby wybuch granatu, pożałowałby, że tak się stało. Rozwścieczeni Peszmergowie wywarliby na nim zemstę. Nie spoczęliby, dopóki ostatni wróg nie padłby martwy. Dopiero wtedy mogliby zniknąć w mroku nocy. By rozdzielić się i przegrupować w kryjówce za miastem i w ciągu dwudziestu czterech godzin opuścić kraj. Harvath wiedział, że nie będzie z nich mieć żadnego pożytku. Zostali spaleni. Trzeba było przejść do planu awaryjnego.

Jakim sposobem Peszmergowie zostali zdemaskowani? Czy członkowie ISI wiedzieli także o Harvacie, Sloane i Chasie? Czy przygotowali kolejną zasadzkę? Nie było sposobu, żeby się tego dowiedzieć. Musieli być przygotowani na wszystko. Albo, jeszcze lepiej, zastawić własną pułapkę, zanim opiekunowie Yaquba z ISI przewiozą go w bezpieczne miejsce. Nie było wątpliwości, że wezwą posiłki przez komórkę i postawią całe miasto w stan pogotowia.

Harvath nawiązał łączność radiową ze swoimi ludźmi na motocyklach i naniósł ich położenie na mapie Karaczi. Agenci ISI nie zawieźliby Yaquba do jego kryjówki. Wybraliby inne miejsce. Nie miało to zresztą większego znaczenia, bo Harvath planował zaatakować kolumnę na którymś z odcinków pomiędzy trzema następnymi przecznicami. Nie mogli pozwolić, żeby Yaqub się wymknął.

Oddalali się od oceanu, zmierzając do centrum miasta. Niedobrze. Zbyt wiele jednokierunkowych uliczek, bocznych alejek i magazynów, w których ludzie ISI mogli zniknąć bez śladu. Gdyby im się udało, Yaqub zapadłby się pod ziemię, a oni pomogliby mu pozostać w ukryciu. Minęłoby dużo czasu, zanim powróciłby do swojej twierdzy w Waziristanie, jeśli w ogóle by się tam pojawił. Harvath i jego zespół mieli ostatnią szansę. Postanowił postawić wszystko na jedną kartę.

Wymawiając nazwę ulicy, najlepiej jak potrafił, Harvath wyjaśnił pakistańskim członkom swojej załogi, co powinni zrobić. Przedmioty znajdujące się w ich plecakach miały zadecydować o przetrwaniu Stanów Zjednoczonych.

Harvath wskazał uliczkę z prawej i powiedział:

– Skręć! Tutaj!

– Trzymajcie się! – odkrzyknął Chase.

Opony wielkiego SUV-a zapiszczały w proteście, kiedy wóz wykonał ostry skręt. Chase ponownie dodał gazu.

Jechali uliczką równoległą do arterii, którą poruszała się kolumna Yaquba, ale nadal znajdowali się w tyle. W dodatku samochody przed nimi zaczęły zwalniać.

– Trzymajcie się! – powtórzył Chase.

Wjechał na chodnik, trąbiąc i krzycząc na ludzi, żeby uciekali z drogi.

Kiedy Harvath spojrzał na swoją mapę, w radiu odezwały się głosy Pakistańczyków.

– Zajęliśmy pozycje! – zameldowali jednocześnie.

– Nie róbcie niczego, dopóki nie zobaczycie samochodów. Jasne? – wydał polecenie.

– Jasne.

Harvath przeniósł wzrok na Chase’a i powiedział:

– Na drugim skrzyżowaniu skręć w lewo i dodaj gazu. Zrozumiałeś?

– Tak jest – odparł Chase.

Dwie przecznice dalej Chase zjechał z chodnika na ulicę, skręcił ostro w lewo, a następnie przyspieszył, mknąc boczną uliczką na spotkanie z kolumną Yaquba. Musieli dotrzeć na miejsce, zanim agenci ISI wysiądą ze swoich wozów.

– Jadą – zameldował przez radio jeden z Pakistańczyków. – Są niedaleko. Zaraz będą na miejscu. Jeszcze chwila.

Przez kilka chwil panowała kompletna cisza, a później Pakistańczyk wydał rozkaz koledze:

– Teraz! Teraz! Teraz!

Harvath wyobraził sobie, jak mężczyźni zdejmują plecaki. Jeden wyciąga przedmiot przypominający duży ciemny krąg szwajcarskiego sera. SQUID, zainspirowany postacią Spider-Mana, wystrzeliwał lepką siatkę, która oplatała osie pojazdu, powodując jego natychmiastowe zatrzymanie. Było to bezpieczniejsze i znacznie bardziej skuteczne od kolczatki rozwiązanie, mogące zatrzymać każdy wóz od mini coopera po chevroleta suburbana.

Drugi z Pakistańczyków miał przy sobie dwie bomby magnetyczne, pierwotnie opracowane przez Izraelczyków, by zlikwidować irańskich naukowców pracujących nad zbudowaniem bomby atomowej. Ich zastosowanie wyglądało następująco: kiedy Irańczycy utknęli w korku, izraelski agent na motocyklu zatrzymał się obok, przymocował bombę do ich pojazdu i odjechał, zanim ładunek eksplodował.

Z danych wywiadowczych zgromadzonych przez Carlton Group wynikało, że w samochodzie Yaquba znajdowało się dwóch bojowników z Waziristanu oraz kierowca pracujący dla ISI. Dwaj kolejni agenci ISI jechali w drugim wozie. Żaden z pojazdów nie był opancerzony. Mimo to Harvath wierzył w motto Navy SEALs – ostrożności nigdy za wiele. Wolał, aby wyrządzone szkody były zbyt duże, niż niewystarczające.

Pierwszy z Pakistańczyków miał aktywować SQUID, gdy samochód Yaquba znajdzie się na jego wysokości, żeby unieruchomić pojazd. Drugi miał wyłonić się z ukrycia, gdy kierowca wozu jadącego z tyłu wdepnie hamulec, i przymocować jedną bombę do podwozia, a drugą do boku pojazdu. Później obaj mieli wycofać się w bezpieczne miejsce, skąd Pakistańczyk numer dwa mógł zdetonować ładunki.

Chase, Harvath i Sloane znajdowali się w odległości niecałych trzydziestu sekund od nich, gdy rozległ się pierwszy wybuch, a zaraz po nim drugi.

Kiedy wjechali na skrzyżowanie, okazało się, że wszystko poszło zgodnie z planem. Siatka oplotła osie samochodu Yaquba, a wóz obstawy stał w płomieniach. Obaj agenci ISI byli wewnątrz, martwi lub umierający.

Chase zatrzymał SUV-a z piskiem opon. Harvath nie odczuwał żadnego współczucia dla agentów ISI lub bojowników z Waziristanu. Udzielali pomocy i schronienia terroryście, który pragnął przyczynić się do zagłady milionów Amerykanów. Sami sobie zgotowali ten los.

Harvath i Sloane wyskoczyli z SUV-a z pistoletami MP7 gotowymi do strzału. Chase podążył ich śladem, odebrawszy swój karabin od Harvatha. Cała trójka podbiegła do wozu Yaquba.

Siedzący z przodu członek obstawy wyciągnął obrzyn. Kiedy Harvath ujrzał broń nad linią deski rozdzielczej, krzyknął: Strzelba! i oddał kilka strzałów, zabijając go na miejscu.

Szofer ISI próbował wyjąć broń z kabury, ale Sloane przyskoczyła do okna. Strzeliła dwukrotnie, mierząc w głowę, rozbijając szybę i zabijając go w okamgnieniu.

Kiedy bojownik na tylnym siedzeniu się ujawnił, Chase był niedaleko. Mężczyzna nie zawracał sobie głowy otwieraniem drzwi i oddał serię ze swojego AK-47. Pociski kalibru 7,62 milimetra przebiły plastik i metal. Chase musiał skoczyć między dwa zaparkowane samochody, żeby nie zostać trafionym. Gdyby nie zależało im na tym, aby Yaqub wyszedł z tego cały, odpowiedziałby ogniem i zlikwidował gościa.

Bojownik z Waziristanu był dobrze wyszkolony, więc wykorzystał trudne położenie Chase’a, aby ostrzeliwać się w poszukiwaniu lepszego schronienia. Towarzyszył temu straszliwy huk – o ile strzelaniny są głośniejsze, niż się powszechnie sądzi, o tyle seria z AK-47 jest wprost ogłuszająca.

Bojownik unieruchomił Chase’a i szykował się, by strzelić do Sloane, kiedy zjawił się Harvath. Przebiegł za płonącym wozem obstawy, wycelował i nacisnął spust.

Kule trafiły bojownika w tył głowy, czemu towarzyszył rozbryzg krwi i tkanki mózgowej oraz chrzęst pękającej kości. Ochroniarz wyglądał tak, jakby został trafiony pociskiem rakietowym – miał odstrzelone oko, zęby i pół twarzy.

Harvath ruszył naprzód, kryjąc się za zaparkowanym samochodem. Nie widział Yaquba, więc uznał, że mężczyzna przykucnął na tylnym siedzeniu i prawdopodobnie jest uzbrojony.

– Ręce do góry! – krzyknął po arabsku.

Yaqub nie posłuchał.

Harvath wystrzelił serię trzech pocisków w tylną szybę, pokrywając siedzenie wewnątrz auta odłamkami szkła. Później powtórzył polecenie po arabsku.

Yaqub powoli uniósł ręce.

Celując w jego głowę, Harvath podszedł do tylnych drzwi. Skinął Sloane, która zarzuciła MP7 na ramię i sięgnęła po glocka. Wyciągnęła latarkę, oślepiając Yaquba i oświetlając tylną kanapę.

– Broń! – krzyknęła. – Na kolanach!

Chase powtórzył po arabsku, żeby Yaqub podniósł ręce do góry.

– Raweenee edeek! Raweenee edeek!

Harvath zarzucił MP7 na plecy i wycedził:

– Zabijcie go, jeśli się poruszy!

Oboje skinęli głową.

Na kolanach Yaquba Harvath zauważył berettę kalibru dziewięć milimetrów. Nie odrywając wzroku od Yaquba i jego dłoni, sięgnął przez rozbitą szybę od strony kierowcy, odblokował i powoli otworzył tylne drzwi. Yaqub ani drgnął.

Utkwiwszy w nim wzrok, Harvath sięgnął po pistolet. Upewnił się, że broń jest zabezpieczona, wetknął ją za tylną część pasa, i polecił po arabsku:

– Z samochodu! Ale już!

Yaqub powoli wykonał polecenie.

Był rosły i odpychający. Harvath mierzył metr osiemdziesiąt wzrostu, ale Yaqub był przynajmniej pięć centymetrów wyższy od niego. Wyglądał tak, jakby lekarz wyciągnął go na świat szczypcami do lodu. Jego twarz pokrywały blizny i ślady po trądziku.

Harvath odwrócił go plecami do siebie, przycisnął do bagażnika i przeszukał. Znalazł telefon komórkowy i rzucił go Chase’owi. W oddali rozległ się dźwięk policyjnych syren.

Wyciągając z kieszeni kajdanki typu flex cuff, uniwersalną taśmę izolacyjną i czarny kaptur, polecił Chase’owi i Sloane:

– Zabezpieczcie teren. Znikamy za czterdzieści pięć sekund.

Skrępował ręce Yaquba za jego plecami, podniósł go i odwrócił.

– Wiesz, kim jestem? – spytał po arabsku.

Terrorysta przyglądał mu się chwilę, a później odrzekł po angielsku:

– Trupem.

Harvath się uśmiechnął.

– Błędna odpowiedź – odparł i uderzył go głową.

Krzywy, haczykowaty nos chrupnął i bryznął krwią.

Nogi Saudyjczyka się ugięły, gdy ciało przeszła fala bólu.

Harvath podtrzymał go i wyprostował. Kiedy to robił, pochylił się i szepnął mu do ucha:

– Jestem aniołem śmierci. Zabiorę cię do piekła, gdzie twoje miejsce.

Rozdział 5

USS Florida, uzbrojony w pociski balistyczne podwodny okręt atomowy typu Ohio, oczekiwał u wybrzeży Pakistanu. Za kioskiem okrętu podczepiono do kadłuba suchy schron pokładowy DDS, z którego mogły wyruszać nie tylko pojazdy podwodne używane przez Navy SEALs, ale także szybkie, zwinne łodzie pontonowe CRRC, niezależnie od tego, czy Florida znajdowała się na powierzchni, czy pod wodą.

Harvath chętnie dostarczyłby Ahmada Yaquba na pokład Floridy drogą podwodną. Taka podróż napędziłaby mu stracha i uczyniła bardziej uległym w trakcie przesłuchania. Z drugiej strony próba zmuszenia Yaquba, by spokojnie wdychał tlen z butli, podczas gdy będą wlec go pod wodą, mogłaby się źle skończyć. Dlatego Harvath obmyślił inny plan.

Zespół komandosów Navy SEALs z Floridy spotkał się z Harvathem i jego więźniem nieopodal plaży Clifton Beach w Karaczi. Po skrępowaniu Yaquba i ułożeniu go twarzą do dołu na dnie łodzi CRRC Harvath oraz komandosi wskoczyli do środka i wypłynęli na otwarty ocean. Chase i Sloane mieli dołączyć do reszty zespołu, który zaatakował kryjówkę ISI, przejrzeć znalezione materiały i przygotować raport dla dowództwa w Stanach, a następnie wrócić do USA prywatnym samolotem.

Czarny ponton o długości niespełna pięciu metrów, wyposażony w pięćdziesięciopięciokonny przyczepny silnik, mknął po powierzchni oceanu, uderzając twardo o co większe fale. Przy każdym takim uderzeniu Harvath słyszał jęk Yaquba, bo ze złamanym nosem przytkniętym do dna pontonu odczuwał je wszystkie. Jednak ciosy fal były niczym w porównaniu z tym, co go czekało.

USS Florida wynurzyła się na powierzchnię w rozpryskach wody. Przedstawiała imponujący widok nawet przez szarozielone gogle noktowizora, które miał na głowie Harvath i reszta komandosów Navy SEALs. Komandos kierujący pontonem dał znak, aby byli gotowi, a następnie skręcił przepustnicę i skierował łódź prosto na potężny okręt.

Kilka sekund później silnik zawył. Gumowa łódź wystrzeliła z wody i wylądowała na grzbiecie Floridy. Natychmiast rozpoczęła się gorączkowa krzątanina.

Harvath wyciągnął nóż i uwolnił nogi Yaquba. Dwaj komandosi SEALs chwycili go pod ręce i wynieśli z łodzi. Usłyszeli charakterystyczne kliknięcia towarzyszące przesuwaniu ciężkich rygli i duży właz zaczął się otwierać.

Członkowie załogi pojazdu podwodnego SEALs (SDV) pospieszyli, by wciągnąć CRRC do środka. Jednocześnie jeden z nich wskazał Harvathowi sprzęt, o który poprosił.

Kiedy łódź znalazła się w środku i właz zaczął się zamykać, przystąpili do spuszczania z niej powietrza i demontażu.

Suchy schron pokładowy DDS miał kształt kadłuba samolotu. Mierzył niespełna trzy metry wysokości i szerokości oraz jedenaście i pół metra długości. Składał się z trzech oddzielnych komór, w których można było utrzymać odpowiednie ciśnienie. Część, w której się obecnie znajdowali, była nazywana hangarem. Właśnie tam przechowywano pojazdy typu SDV i CRRC, stąd też, po zalaniu hangaru wodą, komandosi SEALs mogli wyruszyć wraz ze swoimi pojazdami pod wodę.

Z drugiej strony schronu, naprzeciw włazu, znajdowała się tak zwana bańka – pleksiglasowa komora podczepiona do sufitu, sięgająca połowy wysokości pomieszczenia. Jej wnętrze znajdowało się pod ciśnieniem, więc gdy woda wypełniała DDS, dochodziła jedynie do pasa tych, którzy przebywali wewnątrz. Właśnie tam znajdowały się urządzenia kontrolne DDS i stamtąd członek załogi SDV komunikował się z załogą Floridy. Kiedy wszyscy przebywający w DDS byli gotowi, komandos znajdujący się wewnątrz bańki przekazał wiadomość Floridzie.

Chwilę później operator komory ostrzegł, że Florida szykuje się do zanurzenia. Harvath wyciągnął rękę i zdjął kaptur z głowy Yaquba, a następnie zdarł kawałek taśmy zaklejającej jego okolone zarostem usta. Pokryta zaschłą krwią taśma zerwała kępę włosów z brody. Yaqub skrzywił się z bólu.

Chociaż wnętrze DDS pozostawało słabo oświetlone, oczy Saudyjczyka potrzebowały chwili, aby przywyknąć. Pierwszą rzeczą, którą spostrzegł, było to, że wszyscy zakładali skafandry nurkowe. Kiedy Harvath skinął głową, dwaj komandosi, którzy wprowadzili Yaquba do DDS, sięgnęli po skafandry, pilnując go na zmianę.

Harvath milczał, gdy Florida zanurzyła się pod wodę i zaczęła schodzić coraz niżej. Zakładając skafander, zauważył strach w oczach Yaquba. Nie miał pojęcia, czy facet umie pływać, ale nie miało to żadnego znaczenia. Bo nie pływaniem Yaqub powinien był zaprzątać sobie głowę.

Odkręciwszy zawór butli, Harvath wcisnął przycisk upustowy. Rozległ się głośny syk wskazujący, że tlen wydostaje się na zewnątrz.

Harvath skinął komandosowi w bańce, żeby zaczął zatapiać hangar.

– Co robicie? – spytał Yaqub, kiedy woda zaczęła wypełniać hangar.

Harvath spojrzał na niego i splunął do maski.

– Przecież powiedziałem. Zabieram cię do piekła.

Terrorysta spojrzał w dół. Harvath zdjął mu buty i skarpety w Karaczi. Zimna woda sięgnęła mu kostek.

– Czego ode mnie chcecie?

Harvath zignorował pytanie i podniósł maskę do światła, żeby sprawdzić, czy ślina pokryła szybkę.

– Odpowiedz mi – zażądał Saudyjczyk.

Harvath podniósł butlę, ostrożnie umieścił ją na plecach i powoli wyregulował paski. W końcu odezwał się do więźnia:

– Jak długo zdołasz wstrzymać oddech, Ahmad?

Yaqub rozejrzał się nerwowo po wąskiej, ciasnej komorze i mimo niskiej temperatury zaczął się pocić.

Suchy schron nie był pierwszym wyborem Harvatha. Wolałby wejść pod pokład, zaciągnąć Yaquba do przedziału torpedowego, wepchnąć drania do wyrzutni i zalać wodą. W ten sposób dostarczyłby mu z pewnością większych wrażeń. Wcześniej musiałby go jednak przeprowadzić przed całą załogą Floridy. Waszyngton odrzucił ten plan, bo byłoby zbyt wielu świadków. Cokolwiek zamierzał zrobić z Yaqubem, musiał się zadowolić suchym schronem pokładowym DDS.

Mógł więc albo zagrozić, że go utopi, albo zamknąć go w przedniej komorze hiperbarycznej i trzymać w niej tak długo, aż uszy zaczęłyby mu krwawić, a oczy wyszły z orbit. Tak czy owak, był pewien, że Yaqub powie mu wszystko, co Harvath chciał wiedzieć.

Każdy z komandosów SEALs wiedział, kim jest więzień i jakie stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Nie tylko nigdy nie ujawniliby tego, co Harvath zamierzał zrobić, ale w razie potrzeby by mu pomogli. Prezydent osobiście dał mu wolną rękę. Polecenie przekazane Harvathowi było jasne – zrobić wszystko, aby zneutralizować zagrożenie. Właśnie to zamierzał zrobić.

Gdyby okazało się to konieczne, nie miałby żadnych oporów przed torturowaniem takiego łotra jak Ahmad Yaqub. Robił to już wcześniej.

W przeciwieństwie do zwolenników politycznej poprawności, potępiających wszelkie środki nacisku, Harvath cenił korzyści, które można było dzięki nim osiągnąć. Niedoinformowani obywatele nie odróżniali tortur od zaawansowanych metod przesłuchania takich jak głośna muzyka, pozbawienie snu lub wymierzenie policzka otwartą ręką. Wspomniane środki nie były torturami i nie sprowadzały Amerykanów, którzy je stosowali, do poziomu terrorystów.

Staliby się tacy jak oni, gdyby odznaczali się okrutną pogardą dla ludzkiego życia. W oczach bojowników dżihadu było ono bezwartościowe, ale nie w oczach Amerykanów. Stany Zjednoczone szanowały ludzkie życie i były gotowe zrobić wszystko, by je chronić. W niektórych przypadkach stosowanie zaawansowanych metod przesłuchania, a nawet tortur, dowodziło, jak wielką wartością było dla Ameryki życie jej obywateli.

Ludzie lubili rozprawiać o konwencji haskiej i genewskiej, ale niewielu je przeczytało. Terroryści nie tylko nie ratyfikowali wspomnianych dokumentów, ale nie nosili munduru na polu walki, co było jednym z najważniejszych warunków ich przestrzegania. Zamiast tego ukrywali się wśród ludności cywilnej, za plecami kobiet i dzieci, dlatego nie chroniła ich żadna z obu konwencji.

W innych czasach czekałaby ich śmierć zamiast zsyłki na jakąś karaibską wyspę, gdzie serwują dozwolone przez ich religię posiłki halal, złożone z daktyli, miodu, oliwy i świeżego chleba pita. Nie wspominając o dostępie do prawników, gazet, nieograniczonej ilości filmów DVD, biblioteki i piłki nożnej.

Terroryści postanowili nie tylko wypowiedzieć wojnę Ameryce, ale kontynuować ją, przeprowadzając kolejne mordercze ataki. Ich zawiła doktryna religijna nie podlegała – w ich ocenie – żadnej dyskusji. Wbrew oczywistym faktom nie można było ich przekonać, że w historii świata to Ameryka była najpotężniejszą siłą działającą na rzecz dobra. Byli gotowi zabijać bezbronnych mężczyzn, kobiety i dzieci, żeby narzucić swoją wolę całemu światu. W opinii Harvatha Ameryka i jej sojusznicy powinni zlikwidować wszystkich tych fanatyków tak szybko, jak to możliwe.

Woda w schronie DDS sięgnęła kolan Yaquba.

– Jeśli chciałeś mnie zabić – wycedził terrorysta, siląc się na odwagę – mogłeś to zrobić w Karaczi.

Harvath odniósł wrażenie, że usłyszał lekkie drżenie w głosie Saudyjczyka, choć mogło ono zostać wywołane przez niską temperaturę.

– To prawda – odparł Harvath. – Nie chcę cię zabić. Nie od razu. Najpierw chcę patrzeć, jak cierpisz.

Zanim twarz Yaquba przybrała wyzywający wyraz, jej mięśnie się napięły. Wszystko trwało zaledwie ułamek sekundy, ale w Secret Service nauczyli Harvatha zwracać uwagę na tego rodzaju szczegóły. Był to nieświadomy sygnał, który oznaczał, że człowiek działa pod wpływem stresu. I że kłamie lub chce wyrządzić komuś krzywdę. Albo jest potwornie przerażony.

Yaqub się denerwował, ale próbował to ukryć. Rozejrzał się wokół.

– To wszystko dla jednego człowieka?

Oblicze Harvatha było pozbawione emocji.

– Nie byle jakiego człowieka, Ahmad. To wszystko dla ciebie. Tak się dzieje, gdy zabijasz Amerykanów. Przybywamy po ciebie. Nie zapominamy. Nie przestajemy szukać. Wcześniej czy później cię znajdujemy.

– Nie wierzę ci – odrzekł, patrząc, jak lodowata woda podchodzi do wysokości genitaliów. Spróbował stanąć na palcach.

Komandosi SEALs szarpnęli go i pociągnęli do dołu. Jego ciało zaczęło dygotać z zimna. Nadszedł czas, aby Harvath zwiększył presję.

– Chcę, abyś zapamiętał moją twarz, Ahmad. Chcę, żebyś się jej przyjrzał w ostatnich chwilach życia, które ci pozostały. Kiedy umrzesz, zbezcześcimy twoje ciało i wyrzucimy do oceanu jak zwłoki szejka Osamy, by mieć pewność, że nie trafisz do raju. Później odwiedzę twoją rodzinę.

Przyjrzał się twarzy terrorysty, a po chwili podjął:

– Będę torturować, a później zabiję twoje żony i dzieci. Jedno po drugim – wycedził Harvath. – Następnie złożę wizytę twojemu ojcu i matce, twoim czterem braciom i dwóm siostrom oraz ich rodzinom w Arabii Saudyjskiej. Umrą jeszcze straszniejszą śmiercią niż ty. Kiedy będą wić się z bólu i błagać o śmierć, powiem, że to ty sprowadziłeś na nich nieszczęście.

Wargi Yaquba posiniały, zęby zaczęły szczękać.

– Przeklinam ciebie i twój kraj! Ciebie i twoją amerykańską pychę! Bądź potępiony!

Harvath zrobił krok naprzód i uderzył pięścią w pierś terrorysty. Kiedy Saudyjczyk zwinął się z bólu, Harvath dał znak dwóm komandosom, żeby go puścili. Następnie chwycił Yaquba za kark i zanurzył mu głowę pod wodą.

Rozdział 6

Harvath trzymał terrorystę pod wodą, dopóki ten nie zużył całego powietrza w płucach i nie zaczął się szamotać. Żeby ujarzmić Yaquba, trzeba było odwieść go od idei męczeńskiej śmierci. Saudyjczyk musiał ponad wszystko pragnąć żyć.

Kiedy w końcu wyciągnął go z wody, Yaqub zaczerpnął kilka głębokich oddechów i zwymiotował. Harvath odczekał, aż torsje ustaną, a później ponownie wepchnął go pod powierzchnię.

Po kilku sekundach znów go wyciągnął, pozwolił złapać oddech i zanurzył. I tak kilka razy.

Gdy ponownie podniósł mu głowę, przedstawił żądanie. Zaczekał, aż terrorysta przestanie wymiotować, i powiedział:

– Dam ci tylko jedną szansę, Ahmad. Jeśli nie powiesz mi tego, co chcę usłyszeć, otworzymy śluzę do końca, zalejemy komorę i będziemy patrzeć, jak toniesz.

Yaqub potrząsnął głową, kaszląc i charcząc.

– Następnie, jak obiecałem, złożę wizytę twojej rodzinie.

Terrorysta znów potrząsnął głową, po czym zwymiotował morską wodą.

Harvath czekał, świdrując Yaquba spojrzeniem błękitnych oczu, zimnych jak dwa sople lodu.

– Masz coś, czego pragnę – podjął. – Jeśli mi to dasz, pozwolę ci żyć i nie wyrządzę krzywdy twojej rodzinie. Zrozumiałeś?

Yaqub skinął głową.

– Wiem o nadciągającym ataku, Ahmad. O wszystkim. Także o tym, że bierzesz w tym udział. – Harvath obserwował go chwilę, a później podjął: – Wiem, że Ismail Kashgari przyjechał ci pomóc. Mam rację?

Yaqub przytaknął.

– Dlaczego?

– Potrzebował ludzi – wymamrotał terrorysta.

– Ilu?

– Sześciu – odparł Yaqub.

– Po co? – spytał Harvath.

– Nie wiem.

Harvath uderzył go w twarz.

– Nie okłamuj mnie, Ahmad. Wiesz, jaki los czeka twoją rodzinę, jeśli będziesz kłamać. Opowiedz mi o ataku.

– Nic nie wiem – powtórzył uparcie Yaqub, choć woda sięgała mu piersi. – To był interes.

– Jak to interes?

– Pomogłem mu zwerbować ludzi, a on mi zapłacił.

Harvath przyjrzał mu się uważnie.

– Znasz cel ataku, prawda?

– Tak. To Ameryka.

– Dlatego mu pomogłeś?

– Tak – skinął głową Yaqub.

– Nie pytałeś o atak? Nie byłeś ciekawy? Nie wierzę.

Saudyjczyk zwymiotował ponownie. Woda sięgnęła mu ramion. Zęby zaczęły mu szczękać i Harvath musiał natężyć słuch, aby go zrozumieć.

– I tak by mi nie powiedział.

– Dlaczego?

– Dał do zrozumienia, żebym więcej nie pytał. Myślę, że sam nie wiedział. Myślę, że pracował dla kogoś innego.

– Dla kogo? – zapytał Harvath.

– Nie wiem.

– A jak ci się zdaje?

– Nie wiem. Kashgari jest Ujgurem. Chińskim muzułmaninem. Znamy się z dżihadu. Nie wiem, dla kogo pracował.

Harvath zmienił taktykę.

– Kim jest tych sześciu?

– Za późno.

– Gdzie oni są? – powtórzył.

– Przedostali się do Stanów.

– W jaki sposób?

– Nie wiem – odparł Yaqub. – Nie zajmowałem się tą częścią operacji.

– Można odnieść wrażenie, że niewiele wiesz, prawda, Ahmad? Ale coś ci powiem, nie wierzę ci.

– Ismail Kashgari poprosił o specjalnych ludzi – wyjaśnił terrorysta. – Mądrych. Inżynierów.

Harvatha przeszedł zimny dreszcz. Terrorystom werbującym inżynierów mogło chodzić tylko o jedno: bomby.

– Wiesz, skąd pochodzili?

– Nie mam pojęcia.

Saudyjczyk bawił się z nim w kotka i myszkę, a to było nie w smak Harvathowi. Ponownie zanurzył mu głowę w wodzie.

Yaqub osłabł, nie walczył długo. Harvath wiedział, że ryzykuje.

Wyciągnął go i wrzasnął:

– To nie żarty, Ahmad! Gadaj, ale już! Kim są i skąd pochodzą?!

Ciało Yaquba gwałtownie dygotało, zmarznięte i wielokrotnie pozbawiane tlenu.

– Nie wiem – powtórzył.

– Które z twoich dzieci i żon chciałbyś, abym zabił w pierwszej kolejności?

– Khuram Hanjour – wybełkotał Ahmad. – Khuram Hanjour.

– Kim jest Khuram Hanjour?

– Khuram Hanjour… – powtórzył terrorysta, spoglądając na niego szklistym, niewidzącym wzrokiem.

Harvath zdzielił go w twarz. Yaqub wyglądał tak, jakby miał zapaść w stan hipotermii.

– Ahmad, kim jest Khuram Hanjour? Ahmad. Ahmad!

Wymierzył mu kolejny policzek. Ich oczy spotkały się na chwilę.

– Ahmad, powiedz mi, kim jest Khuram Hanjour.

– To werbownik – odparł tamten.

– Khuram Hanjour ich zwerbował?

Głowa Yaquba opadła na bok. Woda sięgała mu już brody.

Harvath uderzył ponownie.

– Ahmad, gdzie znajdę Khurama Hanjoura?

Cisza.

– Dla kogo pracował Kashgari? Mów!

Wszystko na nic, bo Yaqub stracił przytomność.

Rozdział 7

SZTAB GENERALNY CHIŃSKIEJ ARMII LUDOWO-WYZWOLEŃCZEJ

KWATERA GŁÓWNA, PEKIN, CHINY

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Żadnych zasad Zanim wybuchnie świat Tajny układ Za ciosem Kryptonim Atena Czarna lista 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer