Głos Ziemi

Głos Ziemi

Autorzy: Bernard Werber

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Cena książki papierowej: 37.00 zł

cena od: 26.29 zł

Najsłynniejszy naukowiec wśród pisarzy kontynuuje sagę o mikroludziach z apokalipsą w tle!
Bernard Werber kontynuuje swoje poszukiwania idealnego świata. Opowieść splata to, co nieskończenie wielkie z tym, co nieskończenie małe. Siła powieści polega na stworzeniu poczucia, że Czytelnik znajduje się w centrum rozgrywki.
Siedmiu graczy, siedem wizji przyszłości. Celem każdego jest zdobyć przewagę. A gdyby tak ósmy gracz zburzył dotychczasowy porządek? Ziemia nie powiedziała jeszcze swojego ostatniego słowa...
Na horyzoncie pojawia się widmo trzeciej wojny światowej, a Gaja – Ziemia, chce najwyraźniej zbuntować się przeciwko swoim mieszkańcom. Czy ludzie i mikroludzie usłyszą jej głos?
„Ziemia próbuje z nami rozmawiać. O tym pisze Bernard Werber w swojej filozoficzno-fantastycznej bajce”. France info

Tytuł oryginału:

LA VOIX DE LA TERRE

Copyright © Editions Albin Michel et Bernard Werber - Paris 2014

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Marcin Grabski i Olga Rutkowska

Korekta: Anna Just, Marta Chmarzyńska, Maria Zając

ISBN: 978-83-8110-329-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

OSTRZEŻENIE

Akt pierwszy. Wiek asteroidy

Czas samotności

Czas spotkania

Czas podsumowań

Akt drugi. Wiek wojny

Czas komunikacji

Czas miłości

Czas spojrzenia z perspektywy

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Ligue de l’Imaginaire

OSTRZEŻENIE

Niniejsza historia toczy się w czasie względnym, a nie w absolutnym.

Rozgrywa się dokładnie dziesięć lat – co do dnia – po tym, jak otworzycie tę książkę i zaczniecie ją czytać.

ENCYKLOPEDIA: TRZECIA FAZA METAMORFOZY – WYNURZENIE SIĘ

Trzecią fazą procesu metamorfozy motyla – po stadium larwalnym i poczwarce – jest „wynurzenie się nowej istoty”. Na tym etapie przemiany nie pozostaje już nic z pierwotnej gąsienicy – ciemnej, włochatej i pełzającej.

Rozłożone skrzydła mienią się kolorami: metalicznym niebieskim, pomarańczowym, żółtym, fioletowym, czerwonym nakrapianym czernią i bielą. Cudowne wzory układają się w psychodeliczne maski, powstają jaskrawe odbicia.

Wszystko w tym nowym stworzeniu jest pięknem, harmonią i lekkością.

Tuż po opuszczeniu poczwarki motyl rozkłada skrzydła, żeby je osuszyć, i wzbija się ku słońcu – źródłu ciepła i jasności.

Odwiedzi kilka kwiatów, ale odtąd jego jedyną misją będzie wykorzystanie w pełni czasu, jaki pozostał mu do życia, aby spotkać partnera seksualnego i rozmnożyć się, zapewniając gatunkowi przetrwanie.

Motyla fascynuje jednak światło i zdarza mu się, kiedy niebo ciemnieje albo zauważa zapaloną świeczkę, pomylić blask słonecznej gwiazdy ze zwykłym płomieniem.

Wówczas, nieubłaganie przyciągany przez pułapkę dla zmysłów, motyl się zapala.

Wszystkie gatunki, które doświadczyły ognia, instynktownie oddalają się od niego, odruch ten zapisany jest w ich genach.

Wszystkie. Oprócz motyla.

Można się więc zastanawiać, dlaczego natura – wytworzywszy tak niezwykły i złożony proces, jakim jest metamorfoza z gąsienicy w motyla – pozostawiła w jego owadziej inteligencji pociąg do najbardziej destrukcyjnego żywiołu: ognia.

Edmund Wells,

Encyklopedia wiedzy względnej i absolutnej

AKT PIERWSZY

Wiek asteroidy

Czas samotności

1.

Mam cztery miliardy pięćset milionów lat i czuję się jeszcze młodo.

W tym czasie dokonałam wielu bohaterskich czynów.

Doprowadziłam do powstania życia na mojej powierzchni, zróżnicowałam je.

Sprawiłam, że wśród tej obfitości roślin i zwierząt pojawiła się inteligencja.

Moje najnowsze eksperymentalne okazy – same siebie nazywające „ludźmi” – są zwykłymi pasożytami, którym pozwoliłam ewoluować.

Chcąc opisać ludzi, można powiedzieć, że są małymi, ciepłokrwistymi stworzeniami o cienkiej skórze i dłuższej sierści na czubku głowy. Utrzymują pozycję pionową i wydają dźwięki ustami. Pachną grzybem. Przekłuty człowiek wydziela czerwony sok.

W ciągu kilku milionów lat ludzie zaczęli rozmnażać się na dużą skalę i mrowić na mojej skorupie.

Zorganizowali się, zaczęli budować coraz większe gniazda.

Miałam zamiar ich wyeliminować, ostatecznie jednak postanowiłam im pomóc w rozwoju.

Sprzyjałam nawet pojawieniu się osobników z zalążkiem świadomości, aby pewnego dnia mogli porozumiewać się ze mną i mi służyć.

Odtąd udawało mi się przechwytywać wiadomości, które moje ludzkie pasożyty przekazywały mi za pośrednictwem fal dźwiękowych.

To one nadały mi nazwę:

„Ziemia”.

2.

– Nie wierzę.

– A jednak to prawda, zapewniam pana.

Chwila ciszy, po czym odzywa się niski głos:

– Czyli Ziemia jest, pana zdaniem…

– Nie moim zdaniem, panie prezydencie. Fakt ten, niestety, potwierdzili wszyscy eksperci. Nasza planeta naprawdę jest zagrożona.

– Asteroida?

– Właśnie ją zauważyliśmy. Pojawiła się zaledwie kilka minut temu na ekranach wszystkich ośrodków astronomicznych świata.

– Dlaczego jest to aż tak niepokojące?

– Jej wielkość i prędkość są wyjątkowe. Ma ona dwadzieścia osiem kilometrów długości i pędzi na nas z prędkością piętnastu tysięcy kilometrów na godzinę. Nie zdołaliśmy określić dokładnie jej masy, ale z pewnością wynosi co najmniej sto milionów ton.

– Co z jej trajektorią? Jest pan pewien, że nie przeleci obok, jak zazwyczaj?

– Znajduje się dokładnie na naszej osi. Jeśli szybko nie znajdziemy sposobu…

Zapada długa cisza, po czym prezydent szepcze, marszcząc czoło:

– Cholera!

3.

Kciuk i palec wskazujący wykonują prztyczek, żeby pozbyć się małego, okrągłego, brunatnego kamyka, który znalazł się na mahoniowym biurku. Następnie dłoń poprawia okulary na grzbiecie nosa, a wargi artykułują:

– Oto ważna chwila, na którą wszyscy czekaliście.

Profesor David Wells nie spieszy się, pozwala narastać napięciu.

– Ogłoszę trzech tegorocznych szczęśliwych zwycięzców konkursu „Ewolucja”.

Studenci wpatrują się w niego z zaciekawieniem i podziwem. Wszyscy znają jego dokonania. David Wells sam był laureatem tej nagrody, a dzięki zwycięstwu odniesionemu w konkursie „Ewolucja” dziesięć lat wcześniej udało mu się powołać do życia nowy, mniejszy, mocniej sfeminizowany i bardziej solidarny gatunek ludzki. Prototyp nazwał Homo metamorphosis, ale powszechnie przyjęły się nazwy Mikroczłowiek lub Emcek (od inicjałów M.C.).

Mimo upływu lat David Wells wciąż robi ogromne wrażenie.

Jest dojrzałym mężczyzną, niewysokim – metr siedemdziesiąt – o młodej twarzy, szerokim czole i łakomych ustach. Za okularami kryje się niespokojne spojrzenie, jakby nieustannie targane tysiącami myśli zderzających się pod czaszką.

Odkasłuje w dłoń, jak gdyby chciał z góry przeprosić za to, że nie może nagrodzić wszystkich studentów obecnych na uroczystości.

– Każdy z trojga laureatów otrzyma kopertę zawierającą czek na dwadzieścia pięć tysięcy euro, a także statuetkę Ewolucja z figurą tiktaalika. Wyjaśnię tym, którzy tego nie wiedzą, że ryba ta – jej nazwa pochodzi z eskimoskiego języka inuktitut – jest pierwszym wodnym stworzeniem, które trzysta siedemdziesiąt pięć milionów lat temu wyszło z wody na powierzchnię. Ryba, która wyskakuje na stały ląd, bez wątpienia jest osobnikiem odważnym i pomysłowym. Niech posłuży nam ona za symbol dążenia naprzód, ku nieznanym i niebezpiecznym terytoriom, które mimo wszystko doprowadzą do ewolucji gatunku.

Studenci z zazdrością przyglądają się statuetce z brązu, przedstawiającej rybę, która czołga się na czterech płetwach, żeby wydostać się z wody.

– Pierwszy zwycięzca: Nissim Amzallag, doktor biologii, za projekt miasta na Księżycu, które może pomieścić tysiąc osób dzięki technologii wewnętrznego recyklingu powietrza i wody, stanowiącego w pełni autonomiczny ekosystem.

Wstaje młody brunet w okularach w białych plastikowych oprawkach, ubrany w biały garnitur, uśmiecha się skromnie i przyjmuje z rąk Davida Wellsa figurkę tiktaalika oraz kopertę. Pozostali studenci nagradzają go brawami, po czym mężczyzna zasiada po prawej stronie stołu.

– Drugi zwycięzca: Jean-Claude Dunyach, doktor chemii, za projekt empatiazyny, molekuły wywołującej zrozumienie punktu widzenia innych.

Nieco puszysty młodzieniec o kręconych włosach i uradowanej twarzy dołącza przy akompaniamencie braw do pierwszego nagrodzonego.

– Wreszcie nasz trzeci zwycięzca, a raczej zwyciężczyni: doktor Hypatia Kim, studentka archeologii, otrzymuje nagrodę za projekt badawczy dotyczący prób komunikacji dawnych cywilizacji z Ziemią za pośrednictwem piramid używanych w charakterze nadajników i odbiorników.

Kobieta o okrągłej i jasnej twarzy, długich jedwabistych włosach i brązowych oczach w kształcie migdałów, ubrana w marynarkę z czerwonego jedwabiu, również otrzymuje trofeum wśród oklasków stu sześćdziesięciu pozostałych studentów, rozczarowanych, że nie należą do wybranej trójki.

Profesor David Wells ponownie sięga po mikrofon.

– Drodzy laureaci, oto moja rada: wykorzystajcie te pieniądze świadomie. Chciałbym również przekazać wam myśl mojego pradziadka Edmunda Wellsa: „Kropla wody może przepełnić ocean”. Jedna osoba, w której zrodzi się oryginalna myśl, może zmienić historię swojego gatunku.

Pośród gwaru komentarzy i pełnych emocji rozmów laureaci i widzowie podnoszą się z miejsc. Małymi grupkami, tworzącymi niespokojny pochód, kierują się w stronę wyjścia.

Aurore Kammerer-Wells dołącza do męża, Davida Wellsa. Jest od niego wyższa, a jej krótkie włosy, postawa i zdecydowany wyraz twarzy budzą szacunek.

– Są żałośni.

– Jesteś surowa.

– Nie. Nie zgadzam się z twoim wyborem, Davidzie. Żaden z tych trzech projektów nie zostanie zrealizowany do końca.

– O co ci naprawdę chodzi, Aurore? Odnoszę wrażenie, że wszystko, co robię, cię denerwuje.

– Cała ta trójka to nieudacznicy. Przyznaję, że ogólny poziom tegorocznych zgłoszeń był przeciętny. Pamiętasz, w naszych czasach powstawały naprawdę oryginalne pomysły na przyszłość, nie takie niedorzeczności.

David nie przestaje się ubierać i wzrusza ramionami.

– Nie sposób funkcjonować, powtarzając w kółko, że „dawniej było lepiej”, Aurore. Nie tobie powinienem to mówić.

– Jeśli sądzisz, że umknął mojej uwadze tryb uwodzenia włączony przez azjatycką archeolożkę… A ty właśnie nagrodziłeś ją za idiotyczny projekt wykorzystania piramid do porozumiewania się z naszą planetą!

Mężczyzna bierze głęboki wdech i kręci głową.

– Nic takiego nie zauważyłem.

– Wydaje mi się, że ostatnio niewiele zauważasz, mój biedny Davidzie. Jak na człowieka wychwalającego ewolucję świata, powiedziałabym, że raczej osiadłeś na mieliźnie przeszłości i zaślepienia teraźniejszością.

David szuka w myślach riposty, ale rezygnuje, stwierdziwszy, że tym razem lepiej będzie nic nie mówić. Z roztargnieniem całuje Aurore w policzek i obraca się na pięcie.

Uniwersyteckie korytarze znów są pogrążone w ciszy.

Kiedy wychodzi z budynku i idzie ulicą, ma wrażenie, że podąża za nim jakaś postać. Przygląda się jej w odbiciu witryny sklepowej i rozpoznaje koreańską studentkę. Waha się, zamierza się odwrócić i porozmawiać z nią, ostatecznie jednak decyduje się wrócić do domu, gdzie wkrótce dołączy do niego żona.

4. ENCYKLOPEDIA: NAUKA I UCZUCIA

Biolog musi mieć żonę i kochankę.

Żonie mówi, że jest u kochanki, kochance – że jest z żoną. Dzięki temu może w spokoju swojego laboratorium prowadzić badania naukowe.

Edmund Wells,

Encyklopedia wiedzy względnej i absolutnej

(dopisek autorstwa Charlesa Wellsa)

5.

Jak to możliwe, że potrafię rozszyfrować fale dźwiękowe odpowiedzialne za mowę ludzi?

Kwiaty porozumiewają się za pomocą ziaren pyłku gnanych wiatrem.

Ryby utrzymują kontakt za pośrednictwem pola magnetycznego.

Insekty – wydzielając zapachy.

Ptaki rozmawiają ze sobą, modulując śpiewy i trele.

Wszystkie te istoty nie przekazują sobie specjalnie interesujących treści, zazwyczaj chodzi o:

„Masz może ochotę na kopulację ze mną w celu rozmnożenia się?”

„Znalazłem miejsce z pożywieniem. Chcielibyście pomóc mi je złapać, przetransportować, a następnie się nim podzielić?”

„Alarm! Zbliża się drapieżca! Rozproszyć się!”

„Precz stąd! Jesteś obcy na moim terytorium!”

„Ta samica jest dla mnie, nie próbuj mi jej odebrać, bo oberwiesz!”

Prokreacja, pożywienie i strach to powracające podstawowe tematy podejmowane przez istoty, które rozmawiają na mojej powierzchni.

Tylko ludzie zdołali stworzyć naprawdę zróżnicowany i złożony język, który pozwala im wyrażać myśli dotyczące innych tematów.

Nasłuchiwałam ich głosów, używając moich naturalnych anten, „czułych włosów”, czyli drzew.

Drzewa wyłapują wszystkie drgania. Każdy liść jest nie tylko minireceptorem światła, ale także przechwytuje wszystkie inne formy promieniowania i fal. Roślinne soki przekazują je następnie aż do korzeni zanurzonych w moim ciele.

Ludzkie rozmowy docierają więc do mnie dzięki licznym lasom pokrywającym moją powierzchnię.

Początkowo był to tylko hałas.

Przerodził się w muzykę.

Następnie zmienił się w zrozumiałą mowę.

Przy odrobinie cierpliwości udało mi się rozszyfrować wszystkie kody ich języków.

Ludzie nie zdają sobie sprawy ze szczęścia, jakie mają, dysponując nieskończoną niemal liczbą różnych słów, dzięki którym mogą się porozumiewać.

Ich język pełen jest finezji.

Szczerze mówiąc, ze wszystkiego, co dały mi moje ludzkie pasożyty, najbardziej imponujący jest olbrzymi zasób ich słownictwa. Pozwolił mi on odkryć złożoność własnej myśli. Dzięki nim zorientowałam się, że posiadam coś, co oni nazywają „uczuciami”: radość, smutek, samotność, nostalgia, melancholia, a także przywiązanie, podziw, wątpliwość i złość.

Aby je wyrazić, po słowach pojawiły się zdania. Zestawienia wyrazów połączonych ze sobą niczym perły w naszyjniku tworzyły całkiem nowe jednostki.

Zanim pojawili się ludzie, nie rozumiałam znaczenia, jakie ma rozwinięcie myśli linearnej.

Nie miałam ani celu, ani planu, po prostu stwierdzałam stan rzeczy – bez jakiejkolwiek perspektywy w czasie.

Najdziwniejsze jest być może to, że ponieważ to ludzie nauczyli mnie myślenia, zaczęłam myśleć tak jak oni.

6.

Nowy Jork. Nieprzejrzysta mgła rozpościera się koronką kryształów między wieżowcami Manhattanu.

Ulice są zablokowane samochodami i – nagle – zaczyna padać śnieg, najpierw drobnymi, następnie grubymi, lśniącymi płatkami.

Samochody jeszcze bardziej zwalniają.

Reflektory oświetlają tę srebrzystą mannę, która prószy na asfalt, podczas gdy chmury szarych oparów wydobywają się z otworów wentylacyjnych niczym z piekielnych paszczy.

Gęste tłumy poruszają się chodnikami, znikają w wylotach korytarzy metra albo idą przed siebie, zatrzymywane tylko przez czerwone światła sygnalizacji, aby następnie ruszyć dalej, gdy pojawi się światło zielone.

Migoczą szyldy restauracji. W oddali wyją syreny wozów policyjnych i karetek pogotowia.

Furgonetki z logotypami stacji telewizyjnych zbierają się wokół siedziby Organizacji Narodów Zjednoczonych – miejsca, w którym decyduje się o wszystkim, co ważne dla ludzkości. W trzydziestodziewięciopiętrowym wieżowcu górującym nad East River odbija się niebo plujące płatkami śniegu.

Dziennikarze wyskakują z samochodów i zbierają się przy budynku, dowiedziawszy się o zwołaniu nadzwyczajnego posiedzenia.

Wewnątrz ambasadorowie i przywódcy państw dwustu ziemskich narodów zebrali się w głównej sali posiedzeń, utrzymanej w barwach niebieskiej, zielonej i złotej.

Wszystkie oczy są zwrócone na podwyższenie, gdzie sekretarz generalny ONZ Stanislas Drouin, mężczyzna o nieprzeniknionym obliczu i rysach twarzy zastygłych w marsowej minie, ogłasza:

– …olbrzymia planetoida została zauważona przez wszystkie teleskopy i radioteleskopy świata. Mówiąc dokładniej, mierzy ona dwadzieścia osiem kilometrów długości, ma kształt litery „Y” i pędzi na nas z prędkością piętnastu tysięcy kilometrów na godzinę. Jeżeli jej nie powstrzymamy, zderzenie z Ziemią może nastąpić za dwanaście dni.

Sekretarz Drouin usiłuje zachować spokój, ale jego zdenerwowanie rzuca się w oczy. Wiszący nad jego głową okrągły herb z mapą świata, zwieńczony dwoma liśćmi laurowymi, inspiruje go.

– Badacze kosmosu – ogłasza – nazwali ją Teja 13, w nawiązaniu do pierwszej wielkiej asteroidy Teja 1, która dokonała zniszczeń na Ziemi, a także do jedenastu innych zidentyfikowanych ciał niebieskich, które później stworzyły zagrożenie dla naszej planety.

Po tej wypowiedzi zapada długa cisza.

– Co się stanie, jeśli nie uda nam się zapanować nad tym zagrożeniem? – pyta prezydent Malediwów, świadomy, że jego pozbawione wzniesień wyspy mogłyby być w pierwszej kolejności pochłonięte przez wezbrany ocean.

Stanislas Drouin bierze głęboki wdech i poprawia niebieski krawat.

– Eksperci przygotowali dla mnie notatki, które pozwolą mi przedstawić sytuację możliwie najbardziej zwięźle. Aby więc mogli to sobie państwo wyobrazić: w dwa tysiące drugim roku dziesięciometrowa asteroida przeniknęła do atmosfery ziemskiej i wpadła do oceanu, nie powodując ofiar. Wytworzyła jednak energię o mocy odpowiadającej bombie dwudziestokrotnie większej niż ta, którą zrzucono na Hiroszimę.

Wśród zebranych przebiega szmer. Sekretarz ONZ kontynuuje:

– Zgodnie z obliczeniami naukowców pięćdziesięciometrowa asteroida całkowicie zniszczyłaby Paryż i jego przedmieścia, powodując piętnaście milionów ofiar. Asteroida dwustupięćdziesięciometrowa zniszczyłaby Francję.

– A Teja 13? – nalega prezydent Malediwów, którego głos zdradza niepokój.

Sekretarz generalny Drouin, niewzruszony, odczytuje notatki.

– Dwieście pięćdziesiąt milionów lat temu jedenastokilometrowa asteroida uderzyła w północną Australię. Wyżłobiła olbrzymi krater, wykraczający daleko poza kontynent, i spowodowała wymarcie siedemdziesięciu procent gatunków żyjących na całej powierzchni planety. Potrzeba było trzydziestu milionów lat, żeby przywrócić równie bogatą różnorodność biologiczną. Asteroida ta, uderzając w Australię, wywołała czwartą wielką zagładę planety.

Na sali rozbrzmiewają szepty komentarzy.

– Co jednak z Teją 13? – rzuca prezydent Malediwów, coraz bardziej zaniepokojony.

Sekretarz Drouin nie podnosi nawet nosa znad notatek. Mówi dalej:

– Sześćdziesiąt pięć milionów lat temu szesnastokilometrowa asteroida uderzyła w powierzchnię Ziemi na wysokości Meksyku, w regionie Chicxulub, i spowodowała piątą masową zagładę, która pociągnęła za sobą zniknięcie dinozaurów i pozostawiła Ziemię pogrążoną w mroku na wiele miesięcy. Tym razem wyginęło osiemdziesiąt procent gatunków.

– Ale co z Teją 13!? – krzyczy prezydent Malediwów, podnosząc się z fotela.

– Teja 13… O ile dobrze zrozumiałem, panie i panowie, i zgodnie z pierwszymi szacunkami ekspertów, jej rozmiary, czyli dwadzieścia osiem kilometrów długości, oraz duża prędkość, szacowana na piętnaście tysięcy kilometrów na godzinę, hm… a także prosta zasada balistyki wskazują na szóstą masową zagładę, która zniszczyłaby dziewięćdziesiąt procent form życia na powierzchni naszej planety.

Ze wszystkich stron rozlegają się okrzyki powtarzające przerażającą liczbę:

– Dziewięćdziesiąt procent ofiar śmiertelnych!

– Być może więcej – dodaje sekretarz generalny Drouin, wzdychając bezsilnie.

Królowa Emma 109, przedstawicielka nowego narodu Emceków żyjących na wyspie Flores w archipelagu Azorów, prosi o głos, podczas gdy sekretarz Drouin usiłuje zaprowadzić spokój na sali, powtarzając „proszę, panie i panowie, bardzo proszę…”.

Monarchini zostaje wyniesiona przez asystenta na wysokość mównicy. Natychmiast rozlega się jej przenikliwy głosik. Sekretarz stuka młotkiem, żeby wymusić ciszę.

– Tylko bez paniki, tym razem jest inaczej – stwierdza królowa. – W przeciwieństwie do czasów czwartej i piątej zagłady, obecnie możemy zareagować.

– W jaki sposób? – woła wzburzony prezydent Malediwów.

– Bardzo naukowy. Nasz system obrony przed asteroidami RPM, czyli Ratować Planetę Matkę, jest w pełni sprawny. My, mikroludzie, podejmowaliśmy już podobne akcje obrony planety przed asteroidami i teraz także się nam uda. Zaufaliście nam w przeszłości i wszystko dobrze się potoczyło, możecie więc zaufać nam zarówno teraz, jak i w przyszłości.

– Jeżeli przez wyrażenie „nasz system obrony jest sprawny” nawiązuje pani do ubiegłorocznej misji „Limfocytu 12”, którego celem była Teja 12, pragnę przypomnieć, że chodziło o asteroidę dziesięciokrotnie mniejszą i trzy razy wolniejszą niż Teja 13 – wtrąca prezydent Rosji Władimir Pawłow, który zdaje się doskonale orientować w temacie.

– Akcja z Teją 12 pokazała, że panujemy nad technologią kosmiczną. Udowodniliśmy, że potrafimy wysłać rakietę w kosmos, a także wyprowadzić z niej załogę, która podkłada i uruchamia bombę nuklearną skutecznie niszczącą obiekt. Z asteroidy Teja 12 pozostały obecnie jedynie międzygwiezdne okruchy i gwarantuję, że potrafimy obrócić w pył asteroidę Teja 13, mimo że jest ona większa i szybsza niż poprzednia, drogi prezydencie Pawłow.

Ponownie ambasadorowie i przywódcy państw wyrażają swoje wzburzenie, a sekretarz Drouin jest zmuszony użyć młotka z kości słoniowej, żeby uspokoić szacowne zgromadzenie.

– Bardzo proszę, panie i panowie! Wydaje mi się, że królowa Emma 109 nie skończyła jeszcze przemawiać. Wysłuchajmy jej.

– Dziękuję, panie sekretarzu. Przyznaję, że jest to misja bardzo skomplikowana. Jak się okazuje, mamy również pewien problem techniczny. Nasz stary radioteleskop się zepsuł i potrzebowalibyśmy w trybie pilnym nowego urządzenia, żeby przygotować i skoordynować tę misję w optymalnych warunkach. Traktujemy ten radioteleskop jak celownik strzelby…

– Nie macie skutecznego radioteleskopu? – przerywa jej prezydent Malediwów. – Myślicie, że z tego powodu misja mogłaby się nie udać?

Mikroludzka królowa ciągnie uspokajającym tonem:

– My, Emceki, chcemy użyczyć społeczności ludzkiej wszystkich środków i naszego doświadczenia w misjach kosmicznych, niemniej jednak, jeśli życzą sobie państwo gwarancji pełnego bezpieczeństwa, trzeba będzie bardziej nam pomóc. Jesteśmy wszyscy świadomi, że chodzi o sytuację wyjątkową, nieprawdaż?

Sekretarz Drouin marszczy brwi. Chiński prezydent Czang wyraża na głos to, co jego towarzysze skrycie myślą:

– Czyżby to była zawoalowana groźba, królowo Emmo? Chce pani wziąć ludzkość jako zakładników?

Maleńka kobieta zbliża się trochę bardziej do mikrofonu.

– Stwierdzam jedynie, że potrzebujemy nieco doskonalszego sprzętu, żeby poprawić usługę ochrony kosmicznej, z której skorzystają wszyscy. Leży to w interesie całego naszego gatunku. Po pięciu masowych zagładach… wydaje mi się, że stawka jest wystarczająco duża, żebyśmy zapewnili sobie maksymalną szansę na odniesienie sukcesu.

Irański prezydent Jaffar wstaje i oznajmia:

– Wy, mikroludzie, nie macie żadnego prawa domagać się czegokolwiek. Jesteście tylko podgatunkiem powstałym w laboratorium. Tego by jeszcze brakowało, żebyście ośmielili się nas pouczać...

Jego mikrofon zostaje wyłączony, żeby nikt nie mógł dosłyszeć końca zdania.

– Przykro mi, prezydencie Jaffar. Jeżeli życzy pan sobie zabrać głos, trzeba o niego poprosić, choćby gestem dłoni – wyjaśnia dyplomatycznie sekretarz Drouin.

– W takim razie ja poproszę o głos! – odzywa się Natalia Ovitz. Wyjątkowa kobieta, karlica i jednocześnie wojskowy. Ona również awansowała: zwykła dyrektor jednej z komórek specjalnych związanych z Republiką Francuską została obecnie ambasadorką Francji przy Organizacji Narodów Zjednoczonych. – Dysponujemy w Tuluzie olbrzymim radioteleskopem najnowszej generacji i szukaliśmy właśnie lokalizacji w pobliżu równika, która zapewniłaby mu niezakłóconą możliwość prowadzenia obserwacji. Możemy zainstalować go na Azorach dla ogólnego dobra. Wystarczy, że Emceki podłączą swoje małe komputery do dużego komputera kontrolnego i z łatwością będą mogły nim sterować na swoich ekranach. Niemniej jednak jest to olbrzymi sprzęt i brakuje nam wystarczająco dużego samolotu, żeby przetransportować go z Tuluzy do Mikrolandu.

Rosyjski prezydent podnosi rękę.

– Jesteśmy gotowi odpowiedzieć na tę prośbę. Mamy samolot typu Albatros. Może transportować ciężkie i niestandardowe ładunki. Został zaprojektowany do przewożenia części samolotów i rakiet. To największa machina latająca w dziejach lotnictwa.

Stanislas Drouin uderza młotkiem w mównicę.

– Doskonale. Nasz los znajduje się odtąd w państwa rękach, królowo Emmo 109, ambasadorko Ovitz i prezydencie Pawłow. Osobiście czuję się w pełni uspokojony, możemy więc, aby uniknąć paniki, przekazać naszym społeczeństwom dobrą nowinę: sytuacja jest całkowicie opanowana, nie ma się czego obawiać.

Jeden po drugim, wszyscy zebrani się uspokajają, żałują swojej porywczości i niepokoju. Ich wykrzywione twarze łagodnieją. Niektórzy żartują, kpią sobie nawet z własnego przerażenia.

Chcąc odwrócić uwagę zgromadzonych, sekretarz Drouin przechodzi do tematów znajdujących się w porządku obrad: zanieczyszczenia Morza Bałtyckiego, topnienia lodowców na biegunie północnym, wymierania pszczół, kontroli polowań na wieloryby w Japonii, terroryzmu na Środkowym Wschodzie i nowych prowokacji młodego dyktatora północnokoreańskiego. Każdy z przedstawicieli państw stara się jak najszybciej zapomnieć o skoku adrenaliny wywołanym wzmianką o asteroidzie Teja 13.

Wkrótce salę obrad wypełniają odgłosy zwyczajowych kłótni. Rutyna.

7.

Od pewnego czasu martwię się o moich ludzi.

Są inteligentni i ewoluują szybko, choć niekoniecznie we właściwym kierunku.

Są niczym mrówki, które drepczą po mojej powierzchni, ale różnią się od nich (te pojawiły się ponad sto trzynaście milionów lat przed ludźmi): są więksi, ciężsi, bardziej niszczycielscy, mocniej brudzący i – prawdę mówiąc – okazują mi mniej szacunku.

Z pewnością myślą, lecz tylko dążąc do własnej natychmiastowej wygody. Nie dostrzegają konsekwencji swoich czynów w czasie i przestrzeni.

Bałam się asteroid, brakowało mi poczucia bezpieczeństwa, osiągnęłam je dopiero dzięki słynnym misjom Ratować Planetę Matkę.

Moje pasożyty chroniły mnie przed zewnętrznymi niebezpieczeństwami.

Cóż jednak się tu dzieje?

Dziwne, mam wrażenie, że jedna z wiadomości jest skierowana bezpośrednio do mnie.

Moje anteny-drzewa drżą, przyjmując tę osobliwą, nową falę.

Nie jest to wyraźny przekaz – pochodzi z bardzo daleka, jakby nie został nadany przez ludzi z mojej powierzchni.

Co to może być?

8.

ALARM W ZWIĄZKU Z ASTEROIDĄ: Po ogłoszeniu informacji o pojawieniu się wielkiej asteroidy o nazwie Teja 13 sekretarz generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych Stanislas Drouin odbudował we wszystkich poczucie bezpieczeństwa, zapewniając, że sytuacja znajduje się pod kontrolą i że mikroludzcy inżynierowie w najbliższym czasie wyślą swoje przechwytujące rakiety obronne, żeby uwolnić nas od tego drobnego problemu. „Nie ma powodów do obaw i nikt nie jest zagrożony” – stwierdził. Po fali niepokoju powrócił spokój.

PIŁKA NOŻNA: Drugim wydarzeniem dnia jest bez wątpienia mecz w ramach mistrzostw świata w piłce nożnej, który rozegrają w Atenach reprezentacje Francji i Mołdawii. Kapitan drużyny francuskiej Jovanovic zapewnia, że ma dobre przeczucia, mimo kontuzji swojego napastnika Kouassi Kouassiego. Piłkarze Francji będą jednak musieli strzec się zmotywowanej mołdawskiej drużyny, która może wiele zyskać, podejmując ryzyko, szczególnie zaś uważać na prawego skrzydłowego Gazinskiego, gwiazdę tej ekipy.

ZAGRANICA: Eksplozja samochodu pułapki przed sunnickim meczetem w Bagdadzie, w porze gromadzenia się wiernych na modlitwę. Naliczono około pięćdziesięciu ofiar śmiertelnych i setkę rannych. Zamach, do którego przyznała się szyicka frakcja o nazwie „Sprawiedliwość i Wolność”, jest zapewne aktem zemsty za przypisywany sunnickiemu komando pożar, jaki trzy dni wcześniej wybuchł w jednym z szyickich meczetów i przyniósł około dwudziestu ofiar śmiertelnych. Wszystkie podejrzenia skupiają się na Iranie, obecnie głównym filarze wsparcia logistycznego i finansowego dla tej szyickiej grupy terrorystycznej, podczas gdy Arabia Saudyjska otwarcie wspiera grupy terrorystyczne w Iraku.

TECHNOLOGIA: Profesor Francis Frydman zaprezentował w swoim francuskim laboratorium ostatni prototyp robota androida typu Asimov 004. Chodzi o nowy model ze „świadomością samego siebie”, rozwiniętą w większym stopniu dzięki dostępowi do trzech procesów zachodzących w psychice: ego, superego i id. Francuski naukowiec napotkał jednak przeszkodę. Wyposażone w coraz sprawniejsze umysły androidy miałyby obecnie przeżywać osobiste rozterki. Między innymi czułyby strach przed śmiercią.

ASTRONAUTYKA: Kolejny ciężki cios zadano projektowi „Gwiezdny Motyl 2”, którego celem jest, przypomnijmy, zabranie na pokład statku kosmicznego typu arka Noego stu czterdziestu czterech tysięcy ludzkich pasażerów (a także szczepów roślin i okazów zwierząt ziemskich) i dotarcie na nowy ląd poza Układem Słonecznym. Ten statek o napędzie fotonowym był w ostatnim dziesięcioleciu nękany licznymi awariami i wypadkami, stał się także celem sabotaży. Tym razem kanadyjski miliarder Sylvain Timsit, którego wszyscy nazywają obecnie „Pan Kosmiczny Pech”, ponownie uwiarygodnił swoje przezwisko, stając w obliczu strajku generalnego robotników. Wygląda na to, że protest został wywołany plotką rozpowszechnianą przez jednego z pracowników, jakoby projekt miał być przerwany, a wszyscy pracownicy zwolnieni.

GERONTOLOGIA: Rekord długości życia został pobity przez panią Fabienne Foulon. Tym sposobem dostała się ona do Księgi rekordów Guinnessa jako najstarsza żyjąca osoba. Świętuje dziś ona swoje... sto pięćdziesiąte pierwsze urodziny w Centrum Gerontologii w Genewie, kierowanym przez doktora Gérarda Saldmaina.

Na miejscu znajduje się nasz reporter Georges Charas, który przeprowadzi wywiad z nestorką.

– Jak to się stało, że żyje pani tak długo, madame Foulon?

– Swoją długowieczność zawdzięczam nowoczesnym zabiegom, którym poddał mnie doktor Gérard Saldmain. Mam świadomość, że to dzięki przeszczepowi świńskiej trzustki, regeneracji wątroby komórkami macierzystymi pochodzącymi od płodu i sercu podtrzymywanemu przez elektroniczny stymulator najnowszej generacji udało mi się przetrwać tak długo. Aparat wszczepiony do ucha pozwala mi słyszeć, ale mimo wszystko noszę okulary! Ha, ha! Wierzę, że obudzę nadzieję w całej ludzkości: istnieje życie po setnych, a nawet po sto pięćdziesiątych urodzinach!

– A oprócz medycyny, jakie są sekrety pani długowieczności, madame Foulon?

– Cóż… są cztery. Przede wszystkim: śmiech. Zawsze kpiłam sobie ze wszystkiego. Absolutnie ze wszystkiego. Oddałam swój dom w zamian za dożywotnią rentę i facet, który go ode mnie wziął, licząc na moją rychłą śmierć (zajmował się ubezpieczeniami na życie!), właśnie zmarł. Po drugie, całkowity brak sportu. Moim zdaniem ćwiczenia fizyczne tylko zużywają i niszczą stawy. Po trzecie, powiedziałabym, że brokuły. Zawsze jadłam dużo brokułów – w zupie, w formie purée albo wywaru. Zawierają selen i mają doskonały wpływ na mózg. Czwarty sekret jest być może najważniejszy. Moją wielką tajemnicą jest brak pracy. Urodziłam się w zamożnej arystokratycznej rodzinie i nigdy nie pracowałam, moją jedyną troską było zarządzanie gosposiami, ogrodnikami i służącymi. Wyznawałam zawsze następującą dewizę: „Jeśli chcesz, żeby coś było dobrze zrobione, wysłuż się kimś, kto zna się na tym lepiej niż ty”. Dobrze się składa, ponieważ ja nie znam się na niczym…

– Podobno pali pani i pije, madame Foulon? Co stoi w sprzeczności ze wszystkimi wskazówkami medycznymi.

– To prawda, nigdy nie ograniczałam tych dwóch używek: kieliszeczek czerwonego bordeaux wieczorem przed snem (pomaga zasnąć) i papierosek (mimo wszystko z filtrem) po przebudzeniu – pomaga wstać. Jak mawiał Serge Gainsbourg: „Alkohol konserwuje owoce, dym konserwuje mięso”.

DEMOGRAFIA: Centrum Demografii Światowej przedstawiło najnowszy roczny bilans. Zgodnie z ostatnimi danymi ludzkość liczy dziesięć miliardów osobników podzielonych na dwieście narodów.

Przeciętna istota ludzka jest większa. Średnia wzrostu – poprzednio metr siedemdziesiąt pięć – osiągnęła metr siedemdziesiąt siedem. Populacja ludzi składa się w większości z mężczyzn (pięćdziesiąt osiem procent ludzi to mężczyźni). Średnia długość życia wzrosła z osiemdziesięciu sześciu do osiemdziesięciu siedmiu lat u mężczyzn i z osiemdziesięciu dziewięciu do dziewięćdziesięciu jeden lat u kobiet. Ogólny iloraz inteligencji spadł jednak o trzy procent w ciągu dziesięciu lat. Jedną z przyczyn może być ogólny dostęp do komputerów i smartfonów, które sprawiają, że nie musimy już rozwijać w sobie umiejętności skupienia ani zapamiętywania. Niewiele osób potrafi obecnie liczyć w pamięci.

Interesującym uzupełnieniem tej analizy mogą być wyniki niedawnego badania, które wskazują, że wzrost liczby ludzi i wykładniczy wzrost konsumpcji może doprowadzić do wyczerpania się zapasów wody i powietrza w ciągu najbliższych trzydziestu lat.

POGODA: Nadchodzą deszcze i burze, wzrosło również ryzyko porywistych wiatrów, a nawet wichur. Ubierajcie się ciepło.

9.

Ręka gwałtownie wyłącza program informacyjny.

– Dość dramatów na jeden wieczór – stwierdza Aurore Kammerer-Wells. – Przejdźmy do przyjemności. Mam dobrą i złą nowinę.

Wstaje i przynosi półmisek z ociekającym ciepłym tłuszczem kurczakiem ze złocistą skórką, wśród przyrumienionych ziemniaków, krążków cebuli i goździków.

– Dobra jest taka, że będziemy się delektować.

Jej trojaczki – Isztar, Quetzalcoatl i Ozyrys – mają dziesięć lat. Kiedy tylko jedzenie trafia na ich talerze, pochłaniają potrawę żarłocznie przy użyciu sztućców i palców.

– A zła? – pyta David.

– Nie mam pewności, czy wystarczy dla wszystkich.

– Powiedz, tato, czy to prawda, że kury pochodzą od dinozaurów? – pyta Isztar z pełnymi ustami.

– Cóż, to znaczy… Prawdę mówiąc, nie jest to fałszywe założenie… Ptaki to dalecy krewni dinozaurów. Zresztą widać to po odnóżach. Skóra kurczaków jest identyczna jak u gadów.

– Czyli natura postanowiła je zmniejszyć i uczynić ciepłokrwistymi?

– Ziemia modyfikuje gatunki, żeby jak najmniej uprzykrzały jej życie. Dinozaury, za ciężkie i zbyt niszczycielskie, zmieniły się po ostatniej zwierzęcej zagładzie w kury wydziobujące robaki.

– Ale jaszczurki to także małe dinozaury – przypomina Ozyrys.

– Możemy sobie wyobrazić, że jaszczurki, jako zbliżony, lecz mniejszy gatunek, nie przeszkadzały naturze. Nie musiała więc ich zmniejszać, modyfikować ich systemu regulacji termicznej ani eliminować.

– Czyli Isztar ma rację: jemy potomków dinozaurów?

– Z keczupem są smaczniejsi.

Dzieci przekomarzają się, rzucając w siebie kuleczkami chleba mającymi imitować asteroidy.

– Czy ta dwudziestoośmiokilometrowa Teja 13 jest niebezpieczna? – pyta Ozyrys, żeby pokazać, że i on interesuje się nauką.

David Wells przełyka kęs i kręci głową.

– Znam dobrze królową Emmę 109 i ufam jej. To słowna i doświadczona kobieta. Doskonale sobie poradzi w tej sytuacji. Nie ma żadnego ryzyka.

– Mnie nie niepokoją asteroidy, lecz wykładnicze rozmnażanie się moich współbraci – oznajmia Isztar z pełnymi ustami. – Powiedzieli, że w ciągu zaledwie dziesięciu lat liczba ludzi zwiększyła się z siedmiu do dziesięciu miliardów. To czysta matematyka. Jeśli nie wprowadzi się kontroli narodzin, wkrótce będzie nas za dużo. Skończy się na tym, że będziemy się zabijać o pożywienie.

Przełyka przyrumienionego ziemniaka.

– Przestań gadać głupoty, Isz – odzywa się jej brat, Quetzalcoatl. – Wiesz dobrze, że neoekolodzy proponują, żeby rodziny miały najwyżej po dwoje dzieci, żeby ustabilizować masę ludzką, a nas jest już troje rodzeństwa. Gdyby ich posłuchać, byłoby nas o jedno za dużo.

– W takim razie trzeba będzie się ciebie pozbyć – stwierdza złośliwie Ozyrys.

– Raczej ciebie! Jesteś brzydki i leniwy, Ozi.

– Nie, ciebie! Jesteś głupi i zły.

– Ach, to następne pokolenie – wzdycha Aurore. – Chwilami żałuję, że was urodziłam.

Skutek jest natychmiastowy. Cała trójka nieruchomieje, oniemiała. W obliczu reakcji dzieci Aurore czym prędzej wyjaśnia:

– Przecież żartowałam, uwielbiam was.

Trojaczki zdają się jednak nie gustować w osobliwym poczuciu humoru ich matki.

– Mama powiedziała, że żartowała – wtrąca się David. – Poza tym nie martwcie się, niezależnie od tego, co mówią neoekolodzy, kontrola narodzin nie zostanie nigdy wprowadzona – dodaje, żeby ich uspokoić.

– Dlaczego tak sądzisz, tato? – pyta mała Isztar.

– Ponieważ wszyscy uważają, że posiadanie dowolnej liczby dzieci to niezaprzeczalne i główne prawo każdej ludzkiej istoty.

– A jeśli będzie nas za dużo, w jaki sposób wszystkich wyżywimy?

– Zwiększymy produkcję żywności.

– Tak, ale wyczerpiemy glebę – mówi rudy chłopiec. – Odbije się to na jakości.

– Ależ nie – sprzeciwia się Quetzalcoatl. – Wszystko będzie uprawiane hydroponicznie, bez ziemi, jedynie w odżywczej kąpieli.

– Fuj! Przestanie mieć smak!

– Chemicy temu zaradzą. Będzie się dodawało witaminy i sztuczne aromaty. Nauka naprawia szkody spowodowane przez naukę.

– Ona ma rację, ziemia nie jest niezbędna do wzrostu roślin – przyznaje David.

– Ale woda i produkty odżywcze pochodzą z ziemi – ciągnie dziewczynka. – Nie można produkować jedzenia na bazie niczego. Nie można wyprodukować sztucznej wody.

Rodzice słuchają, nieco zdziwieni, swoich dziesięcioletnich dzieci dyskutujących o własnej przyszłości.

– Mam wrażenie, że nie przegłosowując prawa dotyczącego światowej kontroli narodzin, tworzymy świat, w którym będziemy się dusić – kontynuuje Isztar poważnym tonem, chcąc zaimponować braciom.

– Nie wierzysz w ludzką umiejętność znajdowania oryginalnych rozwiązań – odpowiada Quetzalcoatl.

David dokłada wszystkim ziemniaki.

– W każdym razie dzisiaj jedzenia wystarczy dla całej rodziny. Dzieci, podajcie talerze…

David Wells wydaje się pogrążony w myślach, je w roztargnieniu.

– O czym myślisz, kochanie?

– Stwierdzam, że nasze dzieci, mimo swojego wieku, mają już bardzo dojrzałe opinie. Przyszłe pokolenie to dwieście pierwszy naród. Powinni mieć oficjalnych przedstawicieli.

– Przedstawiciel „dzidziusiów” w ONZ?

– Podczas narad wodzów Indian amerykańskich decyzje podejmowano, rozważając ich konsekwencje dla siedmiu kolejnych pokoleń. Mamy do spełnienia obowiązki nie tylko wobec naszej planety, ale także wobec wszystkich ludzi, którzy otrzymają ten świat w spadku po nas. Czy to nie ty mi powiedziałaś: „Jeśli trzeba wybierać między rozliczaniem się z rodzicami i rozliczaniem się z dziećmi, i gdy nie można pogodzić tych dwóch rzeczy, lepiej inwestować w te drugie”?

– Mówiłam tak, bo nie miałam wtedy jeszcze na koncie porodu… Teraz widzę to inaczej. Wiem, że przyszłe pokolenie składa się wyłącznie z… rozpieszczonych, niewdzięcznych i zarozumiałych dzieci.

Słysząc opinię matki, trojaczki zaczynają wydawać zwierzęce odgłosy.

– Ach! Obiecujące przyszłe pokolenie, żadnego poczucia humoru!

Wszyscy parskają śmiechem.

Tylko Aurore robi poważną, a następnie zakłopotaną minę.

– Przestań się boczyć, mamo, co z tobą? – pyta Ozyrys.

– Isztar ma rację. Jak tak dalej pójdzie, zostawimy naszym dzieciom planetę, która nie będzie nadawała się do życia. W końcu zacznie brakować pożywienia, ludzie zaczną się nawzajem zabijać. Doświadczyłam tego, patrząc na klatkę ze szczurami. Im więcej ich tam było, tym dziksze się stawały, rozbudzały w sobie zapędy kanibalistyczne.

– Co proponujesz, żeby temu zapobiec, mamo?

– Zawrócić ślepe stado, które pędzi prosto w stronę otchłani.

Nagle jej twarz przechodzi metamorfozę. Zaciska dłoń na ścierce, jak gdyby chciała kogoś udusić. Odgarnia kosmyk włosów z twarzy i spogląda surowo na męża.

– Możemy zareagować.

– My? – pyta zaintrygowana Isztar.

Ale matka nie zwraca się do niej.

– Dzieci, do łóżek! Już pora.

Zdziwione tą nagłą zmianą, trojaczki wolą wykonać polecenie.

– Powiedzcie tacie „dobranoc”, pocałujcie mnie, a naszą rozmowę dokończymy jutro.

– Dobranoc, dzieci! – rzuca ojciec.

– Dobranoc, tato!

Dzieci całują po kolei rodziców i rozchodzą się do swoich pokoi.

Aurore zbiera naczynia ze stołu, po czym ze stanowczą miną siada naprzeciw męża.

– Nie jest dobrze, Davidzie. Przestało być dobrze. Nie mogę już znieść tego życia.

– Coś nowego.

– Od dziesięciu lat żyjemy jak emeryci. Sukces nas znieczulił. Nagrody odebrały nam wolę buntu. Dzieci zmieniły nas w zarządców pieniędzy, czasu, pożywienia i wakacji. Nie robimy już nic ciekawego.

Aurore ściska jeszcze mocniej ścierkę, jej źrenice się kurczą.

– Dziesięć lat temu, Davidzie, to o nas mówiło się w wiadomościach. Dziś oglądamy je jak spektakl. Ziewamy w obliczu katastrof i skandali, a w końcu zasypiamy na kanapie jak staruszkowie.

– Nie rozumiem, do czego zmierzasz.

– Przygoda polega na zapuszczaniu się w mrok, żeby rozjaśnić przyszłość. Nie polega na… rozsiadaniu się i rozdawaniu czeków mieszczańskim dzieciakom.

– I to ty robisz mi wyrzuty? Przypominam, że zaprzestaliśmy awanturniczego trybu życia, kiedy pojawiły się trojaczki. To chyba dobry powód, prawda? Musieliśmy się dobrze nimi zająć…

David sięga po kiść winogron leżących w koszyku i zjada je owoc po owocu.

– Nie bądź nielojalny, Davidzie! Wykorzystujesz dzieci jako pretekst dla swojego braku inicjatywy. W ciągu dziesięciu lat ty też się zmieniłeś, wiesz? Masz brzuszek i przybyło ci co najmniej dziesięć kilogramów. Jeden na rok.

Niezauważalnie David prostuje się i wciąga brzuch, nie udaje mu się jednak zachować dłużej tej niewygodnej pozycji. Aurore celuje w niego obieraczką do warzyw.

– Co się z nami stało, Davidzie? Pytam tu i teraz.

– Nie możemy zrezygnować z naszych obowiązków, żeby zacząć robić byle co, musimy wykształcić nasze dzieci.

– Wykształcić? Żartujesz sobie? One już spędzają czas przed telewizorem albo z nosami w smartfonach, oglądając filmy i grając w gry w celu rozładowania energii. Teraz, kiedy rozmawiamy, jestem pewna, że cała trójka gra na tabletach. Dlaczego nie spróbować wpoić im zamiłowania do czytania książek, skoro już o tym mowa?

David nie reaguje na sarkastyczną uwagę.

– Podobnie zachowują się wszyscy normalni ludzie w naszej epoce.

– Cóż, być może to właśnie mam ci za złe, Davidzie. Mam wrażenie, że „normalne życie naszej epoki” doprowadza mnie do szału. Emma 109 wystrzeliwuje rakiety, żeby ratować naszą planetę, Drouin przewodniczy ONZ, a co my robimy tak naprawdę pożytecznego?

David wpatruje się w nią nieruchomym wzrokiem, nie znajdując sensownego argumentu, w końcu jednak się odzywa:

– Wybieramy najlepszych studentów w konkursie „Ewolucja” na Sorbonie, którzy działają dla przyszłości.

– …to znaczy tych, którzy będą odgrywać rolę wizjonerów zamiast nas? – ironizuje Aurore.

Nachyla się nad mężem.

– Spójrz na mnie, Davidzie! Stałeś się własnym duchem. Czy to ty jesteś tym mężczyzną, który podczas epidemii grypy pędził ratować swoją matkę? Czy jesteś tym mężczyzną, który wynalazł mikroludzi, przeżywając w transie swoje przeszłe egzystencje?

Ponownie wytyka go obieraczką do warzyw.

– Ostrzegam cię, Davidzie! Nie widzę własnej przyszłości w charakterze eksponatu muzealnego. Mam czterdzieści lat i, o ile dobrze zrozumiałam, dzięki Saldmainowi moglibyśmy żyć ponad sto pięćdziesiąt lat. Nie widzę się leżącej na tej kanapie przez kolejne sto dziesięć lat, patrzącej, jak pijesz piwo, tyjesz i usiłujesz żartować, oglądając świat wijący się w konwulsjach w wiadomościach telewizyjnych.

David prostuje się gwałtownie, stawia jej czoło.

– O co ci tak naprawdę chodzi, z czym masz problem, kochanie?

– Nie mów do mnie „kochanie”. Mój problem polega na tym, że się nudzę, Davidzie.

– Cóż, znajdziemy ci rozrywki. Możemy pojechać do Disneylandu albo w podróż do Hiszpanii czy Włoch.

– Nasza rodzina jest jak minispołeczeństwo. Ma tylko trzy możliwości: ewoluować, stać w miejscu lub umrzeć. Jeśli nic nie zrobisz, to nie cywilizacja Atlantów zniknie, ale nasz związek.

– Grozisz mi?

Aurore odwraca się do niego plecami, ze wzrokiem ostentacyjnie zwróconym w stronę okna.

– Byłam u psychologa. Zdiagnozował u mnie początek depresji.

– To tylko psycholog. Zarabia na nieszczęściu innych.

Aurore bierze głęboki wdech, odwraca się do Davida.

– Nie oszukujmy się. Nas dwoje miało swój dobry czas. Teraz to już zupełnie nie działa. Chcę zmienić swoje życie, Davidzie. Chcę skończyć nasz związek.

– Mamy się rozstać? Ot tak? Z powodu jakiegoś widzimisię? Wszystko zniszczyć? A dzieci?

– Nie wykorzystuj tego podłego argumentu. Wolę nie serwować im spektaklu rozpadającego się związku rodziców, którzy nie mają już ze sobą nic wspólnego. Naprawdę bardzo cię kochałam… na początku, Davidzie. Imponowałeś mi, podziwiałam cię. Znasz porzekadło: kocha się trzy miesiące, kłóci trzy lata, trzydzieści lat się znosi. Nie jestem gotowa na te trzydzieści lat.

– Nie wiesz sama, co mówisz.

– Dziesięć lat z tobą bardzo mi się dłużyło. Mam wrażenie, że zniszczyła nas codzienność, Davidzie. Nadszedł czas, żebyś odszedł i zostawił mnie samą z dziećmi. Wierz mi, tak będzie lepiej dla nas wszystkich.

David, zupełnie oszołomiony, nie wie, co powiedzieć. Aurore całuje go w usta. Z początku jest to delikatny pocałunek, po którym następuje mocniejszy.

– Ten jest ostatni. Naprawdę będzie nam lepiej osobno niż razem. Pewnego dnia podziękujesz mi za to, że miałam odwagę podjąć tę konieczną decyzję.

David ma ochotę się zbuntować, ale coś go powstrzymuje – głębokie przeczucie.

„Ona już mnie nie kocha”.

Rozpaczliwie szuka odpowiedniego zachowania, słowa, formy obrony, ale jest jak sparaliżowany.

„Nieprzypadkowo sprawa wybuchła dzisiaj. To rocznica naszego spotkania. Od dawna kumulowała w sobie żale i nagle wszystko wydostało się na powierzchnię”.

Czuje się malutki.

– Mamy się rozstać? Tak po prostu? – powtarza, oszołomiony.

– Tak, po prostu.

– Natychmiast?

– Czekanie tylko odroczyłoby to, co nieuniknione.

– Ależ Aurore…

– Wystarczy uświadomić sobie, że nasz związek to ślepy zaułek. Zrozumiałam to przed tobą, zyskajmy na czasie. Odejdź. Odejdź natychmiast.

Wsuwa mu dłoń we włosy, jak matka, która tłumaczy dziecku, że pora już iść do szkoły. Uśmiecha się przez zaciśnięte usta, po czym ze źle ukrywanym wzruszeniem mówi:

– Nie czekajmy dłużej. Oboje już zrozumieliśmy, że to koniec.

David zaciska pięść i szczękę.

– Kto to zrozumiał? Ty! Tylko ty!

– Chcę ci pomóc. Tak będzie lepiej dla nas dwojga. Musisz kontynuować własną ewolucję, tymczasem na razie trwasz w stagnacji. A zatem, gąsienico, ewoluuj, zmieniaj się w motyla, leć w stronę światła. Czeka na ciebie wiele innych kwiatów.

Mężczyzna walczy z samym sobą, z obrazami, które pojawiają mu się przed oczami, widzi siebie chwytającego Aurore za włosy i wyrzucającego ją za drzwi: „Jeśli ktoś ma odejść, nie będę to ja!”.

Otwiera usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Jego pięść się rozluźnia. Szczęka również. Wzrusza ramionami.

„A więc wszystko może się skończyć, ot tak, bez oporu, bez powodu, bez miłości”.

Wzdycha, a w jego głowie dźwięczy krótkie zdanie:

„Leć, motylu…”

10. ENCYKLOPEDIA: NIESTOSOWANIE PRZEMOCY

Chińskie przysłowie: „Dopiero kiedy komar usiądzie na twojej mosznie, uświadamiasz sobie, że zawsze istnieje sposób na rozwiązanie problemu bez użycia przemocy”.

Edmund Wells,

Encyklopedia wiedzy względnej i absolutnej, tom XI

11.

Komar zostaje rozgnieciony energicznym ruchem dłoni.

Miażdżąc insekta, pasażerka samolotu uświadamia sobie:

„Nie miałam pojęcia, że wewnątrz samolotu mogą znajdować się komary”.

Obserwuje rozgniecionego owada w zagłębieniu dłoni – głowa splątana z odnóżami i skrzydłami tworzy swoistą nowoczesną rzeźbę – po czym stwierdza, że komar był oszustem i leniem, który chciał szybciej i bez zmęczenia podróżować na dużych odległościach.

„Lepiej byś zrobił, pokonując ocean siłą własnych skrzydełek”.

Chce usunąć zwłoki paznokciem, te jednak lepią się do dłoni.

Stewardesa zbliża się do niej z tacą z posiłkiem, którą stawia na rozkładanym blacie.

– Jeśli mogę sobie pozwolić, była pani naprawdę wspaniała, Wasza Wysokość – oznajmia, nalewając napój na bazie zielonej herbaty.

– Dziękuję – odpowiada Emma 109, wycierając komarzą miazgę w papierową serwetkę.

– Naprawdę uważa pani, że ta wielka asteroida, która na nas pędzi, zostanie bez trudu powstrzymana?

Stewardesa kiwa głową z podziwem.

Królowa Emma 109 podziwia przez okienko prerię chmur, po której samolot sunie z wdziękiem.

Zawsze nieco bolą ją plecy, szczególnie lędźwie, kiedy zbyt długo pozostaje w jednej pozycji w fotelu.

Zauważa, że ewolucja człowieka jeszcze się nie skończyła, gdyż plecy nie dostosowały się w pełni do pionowej pozycji i, w pewnym wieku, wszyscy ludzie cierpią na bóle w lędźwiach, panewki międzykręgowe uciskają na nerwy, szczególnie na nerw kulszowy.

„Jest również ta niepotrzebna kość ogonowa, cząstka zwierzęcia lub przedstawiciela naczelnych, która pozostaje w człowieku w formie częściowo zrośniętych trzech kosteczek.

My, mikroludzie, odziedziczyliśmy przejściową formę człowieka: jego nie w pełni dostosowane do dwunożnej pozycji plecy, szczątkowy ogon, szczękę o niepotrzebnych trzonowcach, które miały służyć do przeżuwania korzeni. Nawet włosy stanowią futro, które, moim zdaniem, będzie zanikać, do uzyskania gładkiego ciała bez jakiegokolwiek owłosienia. Czoło nie powinno być ograniczane linią włosów”.

Emma 109 myśli także o mowie. Zawsze miała wrażenie, że ludzie odziedziczyli mieszankę wszystkich krzyków bólu i radości po swoich przodkach.

„Rejestr głosów pozostał głównym przekaźnikiem emocji. Stanowi dźwięczną pamięć tych wszystkich stworzeń, z których wywodzi się obecny człowiek”.

Bawi ją ta myśl.

„Ale ja nie mam przodków, mój głos jest więc całkowicie neutralny, bez śladu cierpień lub przyjemności moich krewnych. Dlatego tak trudno jest mi przekonywać słuchaczy, brakuje mi zdolności przekazywania emocji.

Jestem »ludzkim terminatorem« nawet w kwestii wymawiania ich słów”.

Przypomina jej się scena zgromadzenia plenarnego w ONZ, w którym uczestniczyła poprzedniego dnia.

„Prezydent Malediwów zawsze reaguje najaktywniej. Musi być bardziej zaangażowany niż pozostali, gdyż wie, że jego wyspy położone na poziomie morza mogą w razie najmniejszej anomalii zostać zatopione. Jemu pierwszemu przyjdzie za wszystko zapłacić. Trzeba przyznać, że on potrafi przemawiać przekonująco, ale reszta ani się nie niepokoi, ani nie solidaryzuje. Myślą, że jeśli śmierć trafi w ich współbraci, pozbędą się konkurencji.

Prawdę mówiąc, ludzie z natury nie lubią innych ludzi, a jeszcze bardziej mikroludzi, ale zrobię wszystko, żeby to zmienić. Już przestali się nas bać, czasami potrafią nam zaufać, wkrótce sprawimy, że staniemy się dla nich niezbędni”.

Wyciąga notes, w którym tworzy swoje dzieło – Następna ludzkość – i zapisuje przemyślenia na temat ewolucji Homo sapiens, jego dwunożnej pozycji i źle dostosowanych do tej niedawnej mutacji pleców.

„Będąc niższego wzrostu, Emceki nie obciążają za bardzo lędźwi i zyskują przewagę: są mniej podatne na rwę kulszową i choroby reumatyczne”.

Emma 109 próbuje przypomnieć sobie książki na temat paleontologii Dużych, szkicuje rysunek i podpisuje go na dole, przy dacie: „7 milionów lat – pierwszy znany praczłowiek: australopitek”.

Rysuje pień drzewa w kolumnie „Afryka”.

„2,8 miliona lat” – pień drzewa rozszerza się, lecz pozostaje w kolumnie Afryki. Emma 109 podpisuje go Homo habilis.

„2 miliony lat” – pień poszerza się jeszcze bardziej, zaczyna wkraczać w kolumny „Europa” i „Azja”: Homo erectus.

Drzewo gatunku ludzkiego rośnie w czasie i przestrzeni.

„200 tysięcy lat” – pień rozdziela się, o ile dobrze pamięta, na trzy różne gałęzie. Na lewej gałęzi, europejskiej, Emma notuje: Homo neanderthalensis (większy, silniejszy, węższe czoło).

Na prawej gałęzi, azjatyckiej: Homo floresiensis (mniejszy, zręczniejszy).

Na środkowej gałęzi, afrykańskiej, Emma dodaje: Homo sapiens (średniego wzrostu, szerokie czoło).

Wreszcie nadchodzi epoka, w której dwie grube gałęzie w Europie i Afryce – człowiek neandertalski i człowiek z Flores – znikają około 30 tysięcy lat przed naszą erą.

„Te dwa gatunki ludzkie w tajemniczy sposób zniknęły w wyniku kaprysów pogody lub erupcji wulkanów”.

Ogarnięta skrupułami, królowa Emma 109 wymazuje górną część oficjalnej tabeli i rysuje inną. Po Homo erectus dodaje odkrycie swojego przyjaciela Davida Wellsa.

„Terytorium: Atlantyda, nazwa gatunkowa: Homo gigantis”.

„O ile dobrze pamiętam to, co mi opowiadał David, Homo gigantis dał początek nowej gałęzi ludzi od niego mniejszych. Były to istoty stworzone sztucznie w laboratoriach Olbrzymów z Atlantydy: druga ludzkość. Mieliby oni przysposobić sobie później nazwę Homo sapiens”.

„Faktem pozostaje, że mali Homo sapiens rozprzestrzeniają się następnie niemal równocześnie po wszystkich kontynentach, eliminując ewentualnych konkurentów (ssaki naczelne lub innych nieznanych praludzi).

Co się tyczy Homo gigantis, przodka nowego zaborczego człowieka, został on przegnany ze wszystkich kontynentów 8 tysięcy lat temu przez istoty, które sam stworzył, dlatego też szuka schronienia na wyspie Atlantydzie, skąd również znika”.

Emma 109 ciągnie swój szkic ku górze, Homo sapiens zajmuje Amerykę, Afrykę, Azję i Europę.

„Homo sapiens, zniszczywszy swoich rywali (neandertalczyków, Homo floresiensis, a następnie Homo gigantis), rozprzestrzenia się wykładniczo – wówczas 10 milionów osobników, obecnie 10 miliardów.

A następnie… dziesięć lat temu… tworzy przedłużenie własnego gatunku”.

Królowa Emma 109 dodaje w strefie Europy, naprzeciw miejsca na linii czasu oznaczonego „+2000 lat”, cienką gałąź Homo metamorphosis.

„My. Oto nasze miejsce na gałązce drzewa ewolucji gatunku ludzkiego. Jedynie sto tysięcy osobników, ale obdarzonych olbrzymim potencjałem”.

Emma jest zadowolona z prostego schematu, który ukazuje jej gatunek w nowej perspektywie.

Odczytuje kilka fragmentów ze swojego notesu i stwierdza, że w przyszłości stanie się on cennym świadectwem: jej wizją ewolucji ludzkiej.

Przygląda się swojej dłoni i głaszcze jej wnętrze, zdejmuje jedno z odnóży komara, które się do niej przykleiło.

„Wszystko, co dzisiaj przeżywamy, jest wynikiem kombinacji cząsteczek, które przez przypadek, lub z konieczności, wymieszały się, aby cztery i pół miliarda lat później stworzyć… mnie. Mam tak wielkie szczęście, że istnieję, że mogę działać tu i teraz. Mam więc zobowiązanie. Muszę wpłynąć na świat, aby stał się lepiej dostosowany do przyszłych wyzwań. W przeciwnym razie czemu miałyby służyć moje narodziny?”

Podnosi klosz chroniący tacę i odkrywa dania typowe dla mikrolandzkiej gastronomii: algi w sosie curry, tofu, warzywa i grzyby.

Długo przygląda się tabeli, dodaje szkice prawdopodobnej fizjonomii człowieka neandertalskiego, człowieka z Flores, a także pierwszych Homo sapiens.

– Wszystko w porządku, Wasza Wysokość? – pyta stewardesa, podając jej smakołyk na bazie marcepanu i miodu.

Mikrokobieta przyjmuje energetyczny produkt i prosi jednocześnie o kawę.

Stewardesa natychmiast znika, żeby uszanować spokój szacownej pasażerki.

Przez małe okienko Emma 109 dostrzega wreszcie rysujący się w oddali archipelag Azorów.

Królewski samolot ląduje łagodnie na płycie nowego mikrolandzkiego lotniska. Maszyna nieruchomieje i wysuwają się schody.

Natychmiast rozlegają się owacje. Królowa schodzi powoli po stopniach, pozdrawiając zebranych dyskretnym gestem dłoni.

Monarchini mikroludzi ma trzynaście lat, co odpowiada wiekowi stu trzydziestu lat u ludzi. Mimo krągłych kształtów i zaawansowanego wieku jest bardzo dynamiczna i kochana przez swój lud. Ze względu na swoją postawę, nieco pochyloną naprzód, przypomina miniaturowego Churchilla.

Dołącza do niej znacznie szczuplejsza postać, ubrana w suknię z fioletowego jedwabiu.

Papieżyca ma tyle samo lat, o ile jednak królowa stała się okrągła i jowialna, o tyle jej towarzyszka jest szczupła i wysuszona.

„Duchowość sprzyja chudnięciu” – myśli, całując ją.

– Proszę posłuchać owacji poddanych, Wasza Wysokość. Widzieli panią i słyszeli podczas wystąpienia w ONZ, i uznali, że wspaniale pani wypadła.

– A ty, 666, jak mnie oceniasz?

Papieżyca zwraca się do niej per „pani”, okazując jej w ten sposób szacunek, królowa woli mówić do niej po imieniu – ze względu na łączącą je przyjaźń. Kontynuują więc rozmowę w tych dwóch rejestrach, z których pierwszy tworzy dystans, a drugi go skraca.

– Sądzę, że wszystkich ambasadorów i przywódców państw Dużych zaskoczyła pani pewność siebie, Wasza Wysokość.

– Powiedziałam prawdę: chcemy się włączyć w globalną społeczność ludzi, nic poza tym.

Obie przywódczynie docierają do limuzyny, wiernej repliki rolls-royce’a z otwieranym dachem, phantoma z lat osiemdziesiątych, tyle że w pomniejszeniu.

Szoferka i mikrokobieta ochroniarz siadają z przodu. Rolls-royce kieruje się spokojnie w stronę centrum miasta.

Królowa Emma 109 zawsze była amatorką przedmiotów „dążących do doskonałości”, ceni sobie komfort miniaturowej kopii angielskiego samochodu.

– Ja ich nie lubię – stwierdza Emma 666.

– Kogo?

– Dużych.

Królowa odkasłuje w dłoń.

– Ach, tak? Ja ich lubię.

– Przynajmniej obie zgadzamy się co do tego, że należy ich wykorzystywać, Wasza Wysokość – dodaje papieżyca.

Rolls-royce wjeżdża w głąb stolicy mikrolandzkiej. Mija przedmieścia Mikropolis. Gapie rozpoznają królewską limuzynę.

– Niech żyje królowa! Niech żyje 109!

Ta ostatnia odpowiada protekcjonalnym gestem.

– Chciałabym Waszej Wysokości coś pokazać – zaczyna papieżyca.

Daje znak szoferowi, żeby skręcił w stronę katedry.

Święty budynek ma kształt róży. U podstawy kwiatu, w zielonym betonie łodygi, wygrawerowano po prawej raj, a po lewej piekło. Pośrodku – postacie wyglądające tak, jakby zmagały się ze strachem i z niepewnością.

Wewnątrz pierwszoplanowe witraże przedstawiają narodziny Wszechświata z pierwotnego jaja. Z pękniętej skorupy wyłania się chmura gwiazd i planet. W ławkach siedzi około dziesięciu wiernych. Żegnają się, kiedy tylko rozpoznają dwie szacowne nowo przybyłe. Nad ołtarzem znajduje się olbrzymia rzeźba – rozpołowione jajo, z którego wyłania się ciało nagiej kobiety z czerwonego marmuru, mające symbolizować Emmę 001, pierwszą mikrokobietę, która zapoczątkowała ich gatunek.

Emma 666 kieruje swojego gościa na prawo i otwiera zamknięte na kłódkę drzwi, za którymi zaczynają się strome schody.

Papieżyca prowadzi Emmę 109 do piwnicy świątyni, ku korzeniom betonowej róży. Schodzą po monumentalnych schodach i docierają do przestronnej sali o kamiennym łukowatym sklepieniu.

Tam Emma 666 zgromadziła tysiące półek z książkami z prawdziwego papieru. Kapłanki operują dźwigami unoszącymi ciężkie i cenne woluminy.

– Poczyniłaś nowe nabytki?

– Wasza Wysokość nawet sobie nie wyobraża, ile wysiłku i pieniędzy kosztowało zgromadzenie tych rzadkich okazów.

Na półkach książki ustawiono według daty ich publikacji.

– Książki z papieru i kartonu… Wkrótce Dużym ich zabraknie, tylko my będziemy znajdować się w ich posiadaniu – podkreśla z dumą papieżyca.

Prowadzi Emmę 109 do pomieszczenia, w którym króluje dzieło pod tytułem Encyklopedia wiedzy względnej i absolutnej.

– Znalazłaś papierową wersję?

– Wydanie autorskie wytworzone przez samego Edmunda Wellsa. Wykonał po dwadzieścia egzemplarzy każdego tomu. Oto jeden z nich.

Królowa wyraża swój podziw wobec tego dokonania.

Emma 666 otwiera księgę na przypadkowej stronie i czyta, artykułując powoli: „Wszystkie cywilizacje rodzą się, dojrzewają, starzeją się i znikają”.

Emma 109, rozbawiona grą, robi to samo i otwiera księgę, żeby odczytać przypadkowe zdanie.

– „Aby zrozumieć system, trzeba się z niego wydostać”.

– „Gatunek ludzki rozwija się, wykonując trzy kroki naprzód i dwa do tyłu, a następnie znów trzy naprzód. Ale ostatecznie posuwa się do przodu”. A to bardzo mi się podoba…

Pokazuje rozdział Współpraca, wzajemność, wybaczenie.

– Zasada ta opiera się na obserwacji gry komputerowej, odwzorowującej wirtualnie społeczeństwo, która wyjaśnia, że najlepszym sposobem na funkcjonowanie z innymi jest: po pierwsze, proponowanie im współpracy, po drugie, jeśli zawiodą lub zdradzą – odwzajemnienie im się. Kiedy to się już dokona, trzeba o tym zapomnieć, aby móc znów razem pracować, a to jest trzeci element: wybaczenie.

– Chyba pamiętam ten fascynujący fragment.

– Muszę przyznać, że Duzi znaleźli odpowiedzi na wiele pytań, problem polega na tym, że zapomnieli o rozwiązaniach. „Współpraca – wzajemność – wybaczenie” to niesamowity wynalazek, dzięki któremu wiadomo, jak osiągnąć długoterminową skuteczność.

Obie kobiety lubią się spotykać, żeby odkrywać i porównywać swoją wiedzę z wiedzą Dużych.

– Wyobraź sobie, że i ja chciałam napisać książkę, tak jak ludzie, w każdym razie podjęłam taką próbę. Nosi roboczy tytuł Następna ludzkość. Pisanie jest wycieńczające, poza tym to czynność dla samotnika.

– Jestem mistyczką, dlatego obcowanie godzinami z książką, czytając ją lub pisząc, nie przeraża mnie…

Królowa przygląda się swojej coraz szczuplejszej towarzyszce, która kobiecym gestem poprawia kosmyk włosów.

– Muszę ci również coś pokazać. Chodź za mną, 666.

12.

Co to za wiadomość?

Staje się coraz wyraźniejsza, w miarę jak jej źródło zdaje się zbliżać.

Udało się, zaczynam odbierać dokładny przekaz.

Niewiarygodne! Wiadomość jest skierowana do mnie osobiście i nie pochodzi ode mnie, lecz z zewnątrz.

Sygnał z… przestrzeni kosmicznej.

Ale co to może znaczyć?

13.

– Patrz, jak leziesz!

Mężczyzna, który się do niego odezwał, jest kloszardem. Grozi mu ręką, rusza powoli naprzód, zatacza się i wpada do rowu, w którym natychmiast zasypia. David Wells nie zwraca na niego uwagi i kroczy samotnie ulicą, ciągnąc walizkę na kółkach, do której spakował najpotrzebniejsze rzeczy: laptopa, dziesięć par slipów, dziesięć par skarpetek, dziesięć koszul, dziesięć par spodni, parę butów sportowych, okulary przeciwsłoneczne, czapkę z daszkiem, kosmetyczkę, egzemplarz Encyklopedii wiedzy względnej i absolutnej swojego pradziadka w wersji drukowanej.

Idzie i czuje, że powoli ogarnia go gotowość, żeby stać się jak ten leżący w rowie kloszard. Odwraca się, żeby nie oglądać już tej możliwej, tak bardzo go przerażającej przyszłości. Po niespodziewanym zerwaniu z Aurore nie wie, dokąd się udać.

Zaczyna padać deszcz, który po chwili zmienia się w grad smagający go po twarzy.

„Motyl musi wzlecieć w stronę światła?”

Zauważa migający neon „Hotel Ikar”. David waha się, po czym – uznawszy, że symbol mężczyzny frunącego ku słońcu, którego skrzydła stopiły się, przez co spadł, nie ma w sobie nic pocieszającego – postanawia odwrócić się i ruszyć w stronę bulwaru Świętego Michała (bohatera walczącego ze smokami). Widzi inne hotele i mniej symboliczne nazwy. Coś go jednak powstrzymuje przed wejściem do holu, jak gdyby się bał, że zostanie rozpoznany i ludzie dowiedzą się, że został wygnany z domu przez własną żonę, pod pretekstem, że ta się z nim nudzi. Wciąż przemierza paryskie chodniki wśród nieprzyjaznej nocy. Drobny grad staje się coraz większy.

David próbuje oderwać się od osobistych problemów. Stwierdza, że z każdym rokiem pogoda staje się coraz bardziej kapryśna.

„Prawdopodobnie z powodu zanieczyszczania środowiska przez człowieka i topnienia lodu na biegunie północnym”.

Ostatecznie postanawia spędzić noc w swoim gabinecie na Sorbonie, gdzie stoi rozkładana sofa.

Wybiera kod do drzwi wejściowych uniwersytetu i kieruje się w stronę Wydziału Ewolucji. Po drodze, na korytarzach, mija portrety ojców ewolucjonizmu, od Demokryta po własnego ojca, Charlesa Wellsa, przez Arystotelesa, Giordana Bruna, Jeana-Baptiste’a Lamarcka, Karola Darwina i Gregora Mendla.

„Ciężkie dziedzictwo przodków, którzy próbowali pojąć, kim jesteśmy, skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy”.

Dociera do biura i otwiera drzwi własnym kluczem. Miejsce wydaje mu się dostatecznie przestronne, żeby zapewnić schronienie w pierwszą noc kryzysu rodzinnego. Myje zęby w umywalce i podkręca termostat kaloryfera. Dach dźwięczy pod uderzeniami kulek gradu. David cieszy się, że ma gdzie spędzić noc, w miejscu, w którym nie będzie musiał stawiać czoła wyrzutom swojej towarzyszki, niezrozumieniu własnych dzieci albo litości znajomych.

Odrywając się myślami od separacji, uświadamia sobie nagle, że od dziesięciu lat nie prowadził żadnych prawdziwych badań naukowych. Na ścianie narysował kiedyś pochód ewolucji – od naczelnego po Homo sapiens, który nagle redukuje się do Emceków.

Po prawej widzi materiały ze swoich doświadczeń. Po sukcesie mikroludzi chciał stworzyć „nanoludzi”, kontynuację pierwszego sukcesu – istoty już nie siedemnastocentymetrowe, ale o wzroście siedemnastu milimetrów. Przez trzy lata pracował nad projektem redukcji, nic jednak nie osiągnął i porzucił badania.

„Tu leży granica moich zdolności innowacyjnych. Tu kończy się mój talent. Stworzyłem już dzieło życia, pozostaje mi zapełnić czymś czas, który pozostał do śmierci”.

Widzi sterylne jajeczka, których nigdy nie udało mu się zmienić w maleńkie żywe istoty.

„Aurore ma rację – poniosłem klęskę i nawet tego nie zauważyłem, gdyż dałem się złapać na lep komfortu rodzinnego i zawodowego. Zaszczytny tytuł kierownika Wydziału Ewolucji jeszcze bardziej mnie znieczulił. Miniony sukces uniemożliwia mi triumfowanie w teraźniejszości.

Muszę się zmienić, gdyż przeżywam porażkę jako naukowiec, mąż, ojciec i człowiek”.

Spogląda na brzuch, który zasłania mu już nogi.

Przygląda się zdjęciu z ostatniego rozdania nagród „Ewolucji”.

„W tej kwestii Aurore być może również ma rację. Możliwe, że pomyliłem się, wybierając zwycięzców.

Dotarłem do kresu systemu, który funkcjonował, ale przestał działać. Muszę przejść metamorfozę”.

Wzdycha, czuje się stary, samotny i niepotrzebny. Ma ochotę z kimś porozmawiać.

Przypomina mu się Natalia Ovitz, karlica i oficer, która połączyła jego i Aurore w projekcie stworzenia mikroludzi.

David wie, że ze stanowiska doradcy prezydenta, gdy Drouin został sekretarzem generalnym ONZ, została awansowana na ambasadorkę Francji przy tej organizacji.

Mieszka w Nowym Jorku, a teraz jest tam godzina dwudziesta trzecia. David wybiera numer. Pięć sygnałów, wreszcie Natalia odbiera.

– Dlaczego dzwoni pan do mnie o tak późnej porze, profesorze Wells?

– Mam kłopoty.

– Nie wiem, czy śledzi pan programy informacyjne, ale wszyscy mamy duży kłopot. Istnieje ryzyko końca świata: zbliża się do nas olbrzymia asteroida. Pański kryzys egzystencjalny będzie musiał poczekać, aż nasz gatunek zostanie ocalony – stwierdza z ironią.

– Przykro mi i mam świadomość, że moje problemy zakrawają na kpinę.

Natalia wsłuchuje się w długie sekundy ciszy, po czym decyduje się wyszeptać:

– Proszę mimo wszystko opowiedzieć, Davidzie.

– Ja i Aurore to już przeszłość. Psycholog powiedział jej, że znajduje się na skraju depresji i powinna zmienić swoje życie, więc się mnie pozbyła.

Natalia Ovitz nie odpowiada, zdaje się rozważać sytuację, po czym stwierdza:

– Jestem odpowiedzialna za wasz związek, dlatego nie mogę was zostawić własnemu losowi, Davidzie. Tak się składa, że mam się jutro udać do Mikrolandu, żeby w imieniu państwa francuskiego dostarczyć radioteleskop najnowszej generacji, który ma pomóc w zwalczeniu kryzysu związanego z asteroidą Teja 13. Może moglibyśmy połączyć przyjemne z pożytecznym. Chciałby pan odwiedzić nasze stworzenia w archipelagu Azorów?

14.

Kto do mnie mówi?

To obca myśl, ale mogę przetłumaczyć tę zawiłą wiadomość.

Potrafię rozdzielić ten pochodzący z daleka dźwięk na słowa, które tworzą zdania.

Coraz bardziej zrozumiałe.

Udało się, pojmuję ich sens! Zadano mi pytanie:

„Kim… jesteś?”

15.

– Jestem… już spóźniona.

Królowa Emma 109 i papieżyca Emma 666, opuściwszy betonowy kwiat pełniący funkcję katedry, wsiadają do rolls-royce’a i ruszają w stronę centrum miasta.

Zręczna szoferka płynnie prowadzi pojazd.

Wreszcie pojawia się pałac królewski.

Jako architektoniczny wzór Emma 109 wybrała nie białą różę, lecz fioletowy kwiat lotosu.

Wchodzą przez korzeń, wspinają się na szczyt, gdzie w żółtym sercu kwiatu znajduje się okrągłe pomieszczenie o oknach oferujących panoramiczny widok na cały Mikroland.

Z tak wysoko położonego punktu widokowego królowa i papieżyca mogą podziwiać zarówno całe miasto, jak i wyspę Flores, dostrzegają także inne wyspy archipelagu Azorów, na przykład Corvo.

– Interesujesz się najnowszą historią Dużych. Mnie intryguje ich odległa przeszłość – mówi Emma 109. – Tutaj, moim zdaniem, znajduje się klucz do wszystkiego.

Wracają do okrągłej komnaty, gdzie królowa pokazuje Emmie 666 notes ze swoim szkicem. Gałąź australopiteków, niczym drzewo, rośnie wzwyż w czasie, rozgałęziając się w końcu na mniejsze odnogi Homo sapiens i Homo metamorphosis.

– Jesteśmy w trakcie procesu ewolucji, który obecnie znajduje się na tym etapie…

Podchodzi do stołu nakrytego purpurową tkaniną i podnosi materiał, odsłaniając siedmioboczną szachownicę. Na polach każdego trójkąta znajdują się pionki.

– Gra towarzyska?

– Gra towarzyska obecnego społeczeństwa. Wymyśliła ją pułkownik Ovitz. Nazwała ją „siedmiobocznymi szachami”. Nie wspominałam ci o niej do tej pory, ale być może gra ta pozwoli nam zrozumieć, kim są prawdziwi gracze, którzy walczą ze sobą o jedyną naprawdę interesującą stawkę…

Gdy wspomina osobę Natalii Ovitz, królowej przychodzi nagle ochota, by ją naśladować, i sięga po nefrytową cygarniczkę. Wsuwa w nią papierosa, którego zapala. Zaciąga się, kaszle, znów się zaciąga, wywołuje atak kaszlu u papieżycy, aż wreszcie odnajduje zadowalający ją rytm.

Wygląda, jakby zatruwanie się gęstym dymem sprawiało jej wielką przyjemność, papieżyca nie próbuje więc nawet jej zniechęcać.

– …narzucić osobistą wizję idealnej przyszłości. To, co się obecnie dzieje, jest po prostu zderzeniem siedmiu różnych wizji przyszłości.

Emma 666 przygląda się uważnie osobliwej szachownicy.

– Pułkownik Natalia Ovitz… miałaby to wymyślić?

– Jedną z jej zalet jest duża czujność. Potrafi gromadzić ważne informacje i przewidywać kolejne ruchy. Gra ta jest naturalnym przedłużeniem jej analitycznego umysłu.

– Nie znam jej dobrze, ale wydawała mi się paranoiczna.

– Normalni ludzie nie mają w sobie nic niezwykłego. Jeśli o mnie chodzi, wolę obracać się w gronie tych, którzy czymś się wyróżniają.

– Szaleńców?

Królowa długo zaciąga się dymem i mruga oczami, żeby odgonić pachnącą, mętną chmurę.

– A kim są strony tej gry, ta siódemka graczy, Wasza Wysokość?

Królowa celuje cygaretką w pierwszy bok szachownicy.

– Pierwsza strona to BIALI. Kapitaliści. Ci, którzy uważają, że wciąż trzeba więcej wszystkiego. Więcej produkcji, więcej konsumpcji, więcej pieniędzy, więcej ludzi. Wiodą tu prym Amerykanie i Chińczycy, gdyż dziś to oni kontrolują grę za pośrednictwem banków, przemysłu, giełdy, a także mediów i armii. Obecnie to on jest najpotężniejszym człowiekiem na naszej planecie.

Podnosi figurę białego króla.

– A raczej „ona”. Pani Ling, prezydent Bank of China. Udzieliła kredytu wszystkim krajom, wszystkie są zadłużone w jej banku. Finansuje budowę nowych miast, dróg, pól uprawnych i kopalni. Ma ich wszystkich w garści. To również kobieta dysponująca największą osobistą fortuną.

Druga strona to ZIELONI. Pobożni. Ci, którzy uważają, że wszystko pochodzi od ich boga, jedynym zaś życiowym celem jest modlitwa i posłuszeństwo boskiej woli. Z tym drobnym zastrzeżeniem, że to są kapłani, którzy przemawiają w jego imieniu i dyktują własne prawa. W burzliwych i złożonych czasach ludzie odwołujący się do religii przynoszą proste (gdyż nie do sprawdzenia) rozwiązania wszystkich problemów. A kiedy to nie wystarcza, zalecają ukierunkowanie agresywnych popędów na zabijanie niewiernych (śmierć niewiernych ma stanowić dowód na to, że się mylili). Wspierają ich ludzie niewykształceni i wystraszeni. A więc coraz większa masa.

Królem zielonych jest na razie Abd al-Aziz ibn Su’ud, ósmy tego imienia, dwunasty następca tronu saudyjskiego i drugi najbogatszy człowiek na świecie po pani Ling. Kupuje wszystkie duże inwestycje na rynku nieruchomości w stolicach europejskich, kupuje drużyny futbolowe, kupuje winnice we Francji, zamki w Anglii i fabryki samochodów w Niemczech. Finansuje bezpośrednio lub pośrednio salafickie grupy terrorystyczne na całym świecie, ogłaszając się jednocześnie wszem i wobec największym sprzymierzeńcem Amerykanów. Gra na dwa fronty, przywódcy i instytucje jedzą mu z ręki. W jego kraju kamienuje się publicznie niewierne kobiety i odcina się dłonie złodziejom. Przywódcy państw i wielcy przemysłowcy wykonują jego rozkazy.

Trzecia strona to NIEBIESCY. Geeki. Ci, którzy wierzą, że informatyka, roboty i ogólnie maszyny wyznaczają kierunek ewolucji gatunku. Żyją w fuzji ze swoimi komputerami lub smartfonami. Ich przedstawicielem jest doktor Francis Frydman. To on usiłuje opracować androidy udoskonalone do tego stopnia, że byłyby zdolne do uświadomienia sobie własnego jestestwa. Celem doktora Frydmana jest obdarzenie tych maszyn psychiką możliwie najbliższą ludzkiej, aby mogły nam pomagać i zastępować nas we wszystkich czynnościach.

Papieżyca sięga po niebieskiego króla.

– Frydman ma kłopoty z powodu niekontrolowanych humorów swoich androidów.

– W końcu uda mu się je przezwyciężyć.

Czwarta strona to CZARNI. Zwolennicy podboju kosmosu. Ci, którzy są przekonani, że na Ziemi sytuacja się nie poprawi, lepiej więc ją opuścić i uciec daleko w przestrzeń kosmiczną. Oceniają, że jest już za późno, żeby naprawić naszą planetę i ludzkość, dlatego lepiej będzie zacząć od nowa gdzie indziej. Biorąc pod uwagę, że tu nie ma już żadnej terra incognita, szukają swojego „gdzie indziej” bardzo daleko, nawet poza Układem Słonecznym. Miliarder z Kanady, Sylvain Timsit, który zbił fortunę na grach wideo, jest ich najbardziej aktywnym przedstawicielem.

Piąta strona to ŻÓŁCI. Dwustulatkowie. Myślą, że przyszłość należy do tych, którzy będą potrafili przedłużyć życie. Używają wszystkiego: przeszczepów, komórek macierzystych, kriogenizacji, przeprogramowania DNA w celu przedłużenia życia, a więc i starości. Wierzą, że osiągnąwszy dwieście lat, zdobywamy doświadczenie i mądrość, posiadamy bowiem odpowiednią perspektywę, mogąc spojrzeć daleko wstecz. Starcy dysponują obecnie pewną władzą, stoją na czele państw i przedsiębiorstw. Obecnie to profesorowi Gérardowi Saldmainowi wiatr wieje w żagle w dziedzinie poprawiania technik długowieczności, w jego Centrum Gerontologii w Genewie, dokąd napływają marzący o nieśmiertelności miliarderzy.

Szósta strona to CZERWONE. Feministki. Uważają, że świat ocali feminizacja. Ich zdaniem kobiety są mniej skłonne do przemocy, łagodniejsze, staranniejsze, a ich zdolność rodzenia dzieci niesie energię życia i pokoju. Tymczasem mężczyźni są nosicielami przemocy i złości, co jest związane z testosteronem (niezbędnym w radzeniu sobie podczas rywalizacji z innymi samcami i przy obronie terytorium, które to pojęcia, jak uważają feministki, zdezaktualizowały się obecnie). Oprócz amerykańskiego Woman’s Lib, francuskiego MLF i ukraińskiego Femen, nie ma rzeczywistego ucieleśnienia ich władzy. Większość kobiet działa za kulisami, wpływając na swoich mężów, jak żony sekretarza ONZ Drouina, prezydenta Francji Pélissiera, ale także prezydenta amerykańskiego czy chińskiego i właściwie wszystkich innych, nie licząc machistowskich krajów, gdzie kobiet nie dopuszcza się do skolaryzacji. Obecnie, w miarę jak kapitalizm rośnie w siłę (BIALI), status kobiet tylko się pogarsza, są one wykorzystywane w charakterze niewolnic lub prostytutek. Nie można również zapominać o sukcesie zwolenników religii (ZIELONI), którzy starają się zepchnąć je do poziomu kur niosek wyznawców.

Królowa Emma 109 krąży wokół siedmiobocznej szachownicy.

– Wreszcie my... Siódma strona to FIOLETOWI. Emceki. Niegdyś obóz ten ucieleśniał David. Pierwszy człowiek, który z obserwacji mrówek wywnioskował, że kierunek ewolucji ludzkiej może dokonywać się nie przez wzrost, lecz – przeciwnie – przez redukcję wzrostu. Jego ojciec odkrył szkielety olbrzymów na Antarktyce i stwierdził, że ludzkość ewoluowała stopniowo, w proporcjach dziesięć do jednego. Uważał, że pierwsza ludzkość mierzyła średnio siedemnaście metrów wysokości, druga, pośrednia (czyli jego własna) – metr siedemdziesiąt, a trzecia (my) – siedemnaście centymetrów. Tak więc David Wells „wyobraził” nas sobie, zanim nas stworzył. Teraz my, istniejąc, ożywiamy wizję ewolucji gatunku ludzkiego przez redukcję wzrostu. To my jesteśmy liderkami mikroludzi, ty, Emmo 666, i ja reprezentujemy obrońców tej gałęzi przyszłości.

Papieżyca jest pod wrażeniem globalnego narzędzia myśli strategicznej.

Królowa Emma 109 szykuje się na najlepsze i wreszcie stwierdza:

– Trzeba jeszcze wziąć pod uwagę ósmego gracza.

– Przykro mi, Wasza Wysokość, ale widzę tylko siedem boków, siedem obozów, siedem kolorów, siedem wizji i siedem możliwych przyszłości.

– Ósmym graczem jest sama szachownica… Nasza planeta, Gaja, Ziemia. Jej kolor to BRĄZOWY, który powstaje z wymieszania wszystkich barw.

Królowa i papieżyca krążą wokół planszy, jak gdyby obchodziły dookoła świat.

Papieżyca przesuwa naprzód fioletową królową i otacza ją gońcami w sześciu pozostałych kolorach.

– Oto na jakim etapie, moim zdaniem, znajduje się rozgrywka, Wasza Wysokość. Duzi nigdy tak naprawdę nas nie zaakceptują. Gońcy już nas otaczają, a pewnego dnia – wyeliminują.

Przesuwa pozostałe fioletowe pionki tak, żeby utworzyły krąg wokół sześciu gońców.

– Chyba że pozbawimy ich możliwości szkodzenia nam, zanim zrealizują swój ponury plan.

Królowa Emma 109 wzrusza ramionami, porządkuje metodycznie wszystkie pionki i figury, jak gdyby nie mogła znieść, że ktoś je przemieszcza niezależnie od realnych posunięć geopolitycznych.

– Duzi nie są naszymi wrogami.

– Pewnego dnia staniemy wobec dylematu: ONI albo MY. Wasza Wysokość dobrze o tym wie.

– Mylisz się, 666. Duzi dobrze nam życzą: dostarczą nam radioteleskop najnowszej generacji, bardzo dla nas przydatny w związku z planowanymi misjami kosmicznymi.

– Francuzi nas wspierają, to fakt, chociaż tak naprawdę tylko Natalia Ovitz, która nas zna. Pozostali pozwoliliby nam umrzeć na dżumę na naszej wyspie, nie wysłaliby nam nawet jednej skrzynki antybiotyków. Czy Wasza Wysokość nie rozumie, że Duzi to przebrzmiały gatunek, zazdrosny o naszą nowoczesność?

– Skąd ci do głowy przychodzą takie bzdury?

– Z rozsądku. Czytałam historię naszej planety w Encyklopedii wiedzy względnej i absolutnej. Kiedyś dinozaury były naturalnymi drapieżcami ssaków. Te potężne i olbrzymie stworzenia królowały przez miliony lat. Nigdy nie traktowały mniejszych od siebie ssaków jak równych sobie (chociaż te często o tym marzyły), miały je za mniej ważne, nieliczące się, służące im za paszę. Terroryzowały je. Dawały im do zrozumienia, że tolerują je tylko dlatego, że są im przydatne.

Papieżyca sięga do miski z owocami po brzoskwinię.

– Aż nagle pojawiła się asteroida. Spowodowała katastrofę grawitacyjną i klimat planety zmienił się na korzyść mniejszych stworzeń, które z pozoru wydawały się słabsze. Dinozaury zachorowały, oddały władzę i powoli wyginęły.

Królowa wydmuchuje dym przez cygaretkę.

– Do czego zmierzasz, 666?

– Mniejsze ssaki nie wykazały się litością wobec dużych dinozaurów, których niegdyś się bały. To naturalne zachowanie.

– Nasza sytuacja jest inna.

– Historia się powtarza. Stary gatunek i młody gatunek, szybcy i wolni, ciężcy i agresywni oraz mali i sprytniejsi. Dlaczego mielibyśmy litować się nad Dużymi Starymi Ludźmi, powolnymi i agresywnymi, którzy niczym dinozaury stanowią gatunek niedostosowany do obecnych czasów i, prawdę mówiąc… przestarzały?

Emma 109 wypuszcza kilka kółek niebieskiego dymu, po czym kieruje się w stronę tarasu wieży. W dole krząta się jej miasto, mrowiące się od pojazdów i ludzi, przemierzających ulice niczym krew w tętnicach.

Bierze głęboki wdech.

– Na razie pomyślmy o przygotowaniach do jubileuszu dziesięciolecia naszego istnienia, o francuskim radioteleskopie, o wystrzeleniu rakiety „Limfocyt 13”, która zniszczy asteroidę Teja 13.

Dwie maleńkie kobiety, gruba i chuda, wychylają się przez balkon betonowego kwiatu lotosu pałacu królewskiego. Obok przelatują groźne mewy, zdolne porwać jedną z nich w swoim dziobie, lecz one nie zwracają na to uwagi.

– Musimy wypełnić ten obowiązek, choćby dla ósmego gracza, który nigdy nie okazał nam niechęci i pewnego dnia z pewnością stanie się naszym najlepszym sprzymierzeńcem. A teraz, proszę, zostaw mnie samą, 666.

Papieżyca wykonuje polecenie.

Kiedy królowa zostaje sama, rusza przez okrągły taras, a dotarłszy do najbardziej na zachód wysuniętego brzegu, obserwuje górę położoną pośrodku wyspy Flores, otoczoną strzępkami chmur.

„Emma 666 nie zrozumiała. Gardzi Dużymi, gdyż jej spojrzenie na świat, podobnie jak w ich wypadku, jest ograniczone w czasie i przestrzeni. Nie pojęła, że tak naprawdę chodzi o coś innego, leżącego w odległej przyszłości i w głębszej świadomości. Wierzy w swoją religię Jaja, chociaż czcić należy tylko jedno: Życie, będące u źródła wszystkich zarodków, wszystkich jaj i wszystkich płodów. Najbardziej spektakularnym przejawem Życia jest właśnie ta planeta i zamieszkująca ją różnorodność.

Życie…

To nie wymyślony przez religie bóg. Życie widzę przed sobą. To planeta, po której stąpam.

To ono jest prawdziwym celem, który może sobie obrać myślący perspektywicznie przywódca państwa.

Ósmy gracz jest najbardziej interesujący.

Gdyby tylko pewnego dnia udało nam się nawiązać kontakt z naszą planetą, taki prawdziwy, to byłoby…”

W tym momencie w jej gabinecie rozlega się hałas – odłamek sufitu spada na szachownicę, strącając pionki.

Ogarnięta złym przeczuciem, królowa sięga po telefon.

– Halo, Emma 103? Jesteś pewna, że asteroida… ta Teja 13… jest pod kontrolą?

16. ENCYKLOPEDIA: ASTEROIDY

Ziemia jest nieustannie bombardowana obiektami z kosmosu. Astronomowie szacują na tysiąc ton masę materii, która każdego dnia nadlatuje z przestrzeni kosmicznej i uderza w powierzchnię ziemską pod różnymi postaciami – od pyłu po ważące kilkaset kilogramów kamienie.

W Układzie Słonecznym astronomowie ocenili na trzy miliony liczbę planetoid, przy czym 90% z nich miałoby nie być jeszcze rozpoznanych.

Większość z nich pochodzi z pasa asteroid znajdującego się między Marsem a Jowiszem.

Są to pozostałości prymitywnego systemu słonecznego, miriady kamieni, którym albo nie udało się połączyć i stworzyć planety, albo będących wynikiem rozpadu planety trafionej przez inną asteroidę.

Spośród miliona obiektów zawieszonych w pasie między dwiema planetami tysiąc ciał niebieskich jest każdego roku spychany ze swojej trajektorii. Fenomen ten miałby być związany z zaburzeniami grawitacyjnymi Jowisza, który – ze względu na swoją masę – sprzyja zderzeniom asteroid i spycha je poza ich zwyczajowe trajektorie.

Błąkające się asteroidy w 60% zostają wessane przez Słońce, z kolei 20% zderza się z innymi planetami.

Za zagrażające Ziemi uznaje się asteroidy o średnicy przekraczającej 140 metrów. Astronomowie są zdania, że potrafią zidentyfikować 30% spośród nich. (Mniejsze spalają się, wchodząc w atmosferę, albo powodują nieznaczne szkody). Do dziś obiekty spadające z kosmosu nie spowodowały wielu ofiar w ludziach (większość z nich wpada do oceanu albo eksploduje w powietrzu), lecz ich liczba i rozmiary stale rosną.

Proroctwo głoszące, że „pewnego dnia śmierć nadejdzie z nieba, żeby zmiażdżyć Ziemię”, pojawia się w wielu kulturach.

Edmund Wells,

Encyklopedia wiedzy względnej i absolutnej, tom XI

17.

Ciemny punkt z dużą prędkością przenika przez warstwę chmur.

To, co z początku wydaje się tylko ptakiem, zmienia się w samolot, ściślej – hydroplan.

Z zewnątrz jego kadłub przypomina otyłego ptaka o przerośniętych skrzydłach, z których każde jest wyposażone w dwanaście silników ze śmigłami, hałaśliwych i dymiących.

Widząc go, łatwo sobie uświadomić, że żaden pas do lądowania nie będzie wystarczająco szeroki i wytrzymały, żeby przyjąć tego metalowego potwora – nadaje się do tego tylko ocean.

Rosyjska maszyna rekordowych rozmiarów, zdolna przewozić części samolotu albo rakiety, nosi nazwę „Albatros”. Podczas tej podróży w jego wnętrzu znajduje się tylko jeden przedmiot: francuski radioteleskop najnowszej generacji oraz jego centrum sterowania i pomiarów, czyli olbrzymie szafy wypełnione elektroniką.

Porucznik Martin Janicot siedzi za sterami maszyny. Dwumetrowy mężczyzna ściska dźwignię w swoich wielkich dłoniach. Lekko zaciśnięta kwadratowa szczęka zdradza najwyższy stopień skupienia.

Obok niego w kokpicie znajdują się jego żona, pułkownik Natalia Ovitz, towarzysząca mu w charakterze ambasadorki Francji przy ONZ, i profesor David Wells z Sorbony.

– Cel na trzynastej – oznajmia Natalia, która sięgnęła po lornetkę, żeby zbadać horyzont przez grubą szybę. – Oto ostatnia z wysp archipelagu Azorów, tutaj kończy się Europa.

– Widać stolicę?

– Jest tam.

– Ten ogród kwiatowy?

– Betonowe kwiaty to budynki Mikropolis na wyspie Flores, co po portugalsku oznacza właśnie „kwiat”.

– Czy wieże w kształcie kwiatów mogą naprawdę być solidne?

– Nawet płatki są wykonane ze zbrojonego betonu. Chcieli skopiować naturę, w końcu prawdziwe kwiaty stawiają opór wiatrom i deszczom…

Martin Janicot zaczyna zmniejszać moc silników i uruchamia klapy hamujące.

– Osiem tysięcy stóp – oznajmia.

Olbrzymi hydroplan zaczyna powoli kołować nad miastem przed lądowaniem.

– Halo? Wieża kontrolna w Mikropolis? Mamy zamiar lądować za pięć minut.

Kiedy „Albatros” rozpoczyna schodzenie w dół, pojawia się wyspa Flores – cudowna mimo swoich wymiarów: siedemnastu kilometrów długości i dwunastu szerokości.

Przypięty pasami w tyle samolotu radioteleskop wydaje z siebie przeróżne odgłosy pod wpływem ciśnienia wywołanego obniżeniem wysokości.

– Trzymajcie się! – nakazuje porucznik Janicot, zaciskając nerwowo ręce na sterach.

Wszyscy poprawiają pasy bezpieczeństwa i wczepiają dłonie w podłokietniki. Wysokościomierz wskazuje po kolei trzy tysiące stóp, dwa tysiące, wreszcie tysiąc. Chociaż „Albatros” pochodzi z najlepszych rosyjskich warsztatów, czwórka pasażerów wie, że lądowanie takim potworem zawsze jest niebezpieczne.

W końcu maszyna dotyka fal. Niesiony siłą rozpędu ze względu na swoją masę, „Albatros” długo ślizga się po oceanie, zanim udaje się go ustabilizować.

Pilot otwiera klapy, żeby odwrócić pęd, i metalowy ptak o wyjątkowej rozpiętości skrzydeł decyduje się wreszcie znieruchomieć, kołysany falami przyboju.

Martin Janicot rozchyla poły kurtki i odsłania aktualne prawa Murphy’ego wydrukowane na koszulce:

92. Próbując uparcie, w końcu odnosimy sukces. Im więc dłużej nam się nie udaje, tym większe są szanse na to, że jednak się uda.

93. Jeśli nie ma rozwiązania, to znaczy, że problem nie istnieje.

94. Ludzie i narody zaczną zachowywać się sensownie, kiedy wyczerpią się wszystkie inne możliwości.

Te paradoksalne zdania rozluźniają atmosferę.

– Wierzysz w ostatnie prawo? – pyta David Wells.

Martin Janicot wciska kilka guzików w kokpicie swojej latającej ciężarówki, ale nie odpowiada, kontynuuje procedurę, wyłączając po kolei dwadzieścia cztery silniki.

Natalia rozpina pas i idzie sprawdzić, czy radioteleskop i sprzęt elektroniczny nie zostały uszkodzone podczas lądowania.

Wokół nich, na horyzoncie, pojawiają się setki maleńkich statków.

Pilot otwiera kabinę, swoiste wielkie wyłupiaste oko sterczące z grzbietu „Albatrosa”.

Kiedy statki znajdują się już dostatecznie blisko, rozlegają się huczne brawa, rozbrzmiewają dźwięki syren i radosne okrzyki.

– Trzeba przyznać, że mikroludzie potrafią zadbać o odpowiednie powitanie – stwierdza Natalia Ovitz.

Zmierza ku nim sterowana przez mikroludzi motorówka umożliwiająca transport osób ich wzrostu.

Rozpoznają Emmę 103, kapitana ekspedycji batyskafem, która towarzyszyła im w podróży w głąb grzbietu oceanicznego, aż na Atlantydę.

– Zależało mi na powitaniu was osobiście, przez wzgląd na stare dobre czasy – mówi mikrokobieta. – Obecnie jestem ministrem nauki. Mam dla was niespodziankę.

Emma 103 ma twarz pooraną zmarszczkami, lecz nie zatraciła ani swojego wdzięku, ani energii.

Powoli docierają do portu. Nadbrzeże wypełnia hałaśliwy i ciekawski tłum.

Tu i tam powiewają flagi mikrolandzkie i francuskie oraz powitalne transparenty.

Kiedy wreszcie troje nowo przybyłych stawia stopy na stałym lądzie, parkuje przy nich maleńki rolls-royce otoczony strażą w fioletowych mundurach ze złotymi galonami.

Wysiada z niego królowa Emma 109 w towarzystwie kilku ministrów. Dźwig unosi ją w górę, tak by znalazła się na wysokości oczu swoich gości. Pozuje razem z nimi dziennikarzom i fotografom mikrolandzkich mediów.

– Drogie obywatelki, drodzy obywatele. Pewnego dnia David Wells zacytował mi zdanie pochodzące ze słynnej encyklopedii jego przodka, które mocno na mnie wpłynęło: „Po ewolucji doznawanej, nadszedł czas na ewolucję wybraną”. To zdanie mówi wszystko. Niegdyś nasi przodkowie znosili cierpliwie świat, nie mogąc działać. Miało to tę jedną zaletę, że nie musieli dźwigać odpowiedzialności za to, co się działo. Pojawiała się dżuma i umierali. Pojawiał się chłód i umierali. Pojawiał się głód i umierali. Pojawiały się asteroidy i umierali. Wszyscy to akceptowali, wiedząc, że nic nie mogą zrobić. Nazywali te zdarzenia „bogiem”, „diabłem”, „karą boską”, „losem”, „przypadkiem”, „pechem”, „naturą” albo „fatum”.

Przemowę nagradzają pojedyncze okrzyki poparcia. Czując zachętę, królowa ciągnie dalej:

– Nasze pokolenie jest pierwszym, które otrzymało możliwości zrozumienia zjawisk i działania. Na epidemie mamy leki, na zimno – ogrzewanie, na głód – rolnictwo, na asteroidy mamy… nasze rakiety „Limfocyt”.

Wśród patriotycznie nastawionego tłumu rozlega się przepełniony dumą aplauz.

– Przeszliśmy od ewolucji doznawanej do ewolucji wybranej… Oto jednak staliśmy się odpowiedzialni za to, co się może stać. Teraz, gdy już wiemy i mamy szansę działać, możemy również się pomylić… Możemy popełnić błąd. Tego ciężaru nasi przodkowie nie musieli dźwigać. To, co wydarzy się w przyszłości, będzie bezpośrednią konsekwencją naszych dzisiejszych wyborów.

Ponownie odgłosy poparcia podkreślają wypowiedź królowej.

– Jakiego wyboru osobistego dokonali David, Aurore i Natalia w związku z ewolucją ich gatunku? Postanowili stworzyć nas: mikroludzi.

Rozlegają się brawa, a wspomniani Duzi kłaniają się uprzejmie.

– Nie prosiliśmy o to, żeby zaistnieć. Biernie pojawiliśmy się na Ziemi, ale teraz, kiedy już tu jesteśmy, teraz, gdy już rozumiemy, kim jesteśmy i po co tu żyjemy, teraz, kiedy pojęliśmy naszą zdolność do działania… staliśmy się odpowiedzialni za kontynuację ewolucji gatunku. Wierzcie mi, drodzy duzi przyjaciele, że sprowadziliśmy was tutaj nie tylko dlatego, że potrzebujemy waszego radioteleskopu…

Śmiechy wśród zebranych.

– …ale dlatego, że wydało mi się logiczne, aby w chwili, gdy naszemu gatunkowi grozi niebezpieczeństwo, a ewolucja może być gwałtownie przerwana, wy, Davidzie, Natalio i Martinie, którzy uczestniczyliście w naszym stworzeniu, będziecie razem z nami, żeby oglądać z pierwszego rzędu naszą decydującą akcję, mającą na celu nadanie przyszłości odpowiedniego kierunku.

Gromkie brawa. Uśmiechnięta królowa przekazuje mikrofon Natalii.

Ambasadorka Francji przy ONZ czeka z zabraniem głosu, aż zapanuje cisza.

– Dziękuję, królowo Emmo 109. Ten radioteleskop, istne cacko, doskonały przykład tego, co potrafią wykonać nasi najlepsi naukowcy, jest prezentem Republiki Francuskiej dla młodego narodu mikrolandzkiego. Ofiarowujemy wam jednak coś więcej niż narzędzie. Dajemy wam OKO. W tysiąc dziewięćset dwudziestym drugim roku znany wszechświat obejmował sto tysięcy lat świetlnych. W dwa tysiące dwunastym roku znany wszechświat obejmował dziesięć miliardów lat świetlnych. Dzisiaj, dzięki temu arcydoskonałemu narzędziu, możemy pomnożyć tę liczbę przez dziesięć i przejść do… stu miliardów lat świetlnych! Skoro lubicie aforyzmy, mogłabym zacytować ten: „Im potężniejsze oko ludzkości, tym większy wszechświat”. Im dalej jednak możemy sięgnąć wzrokiem, tym lepiej przychodzi nam zapobieganie grożącym nam niebezpieczeństwom. Niech przyjaźń między naszymi dwiema ludzkościami, które różnią się jedynie „kilkoma” centymetrami wzrostu, przyczyni się do przeżycia i globalnej ewolucji naszego gatunku.

Królowa znów przejmuje mikrofon.

– Droga Natalio, jak zapewne pani wie, wasz prezent dotarł tuż przed naszym Świętem Niepodległości, które odbędzie się jutro. Wszyscy ci mikroludzie, których dziesięć lat temu widzieliście wykluwających się z jaj w waszych inkubatorach, umożliwili nowym osobnikom stworzenie wielkiego narodu liczącego sto tysięcy obywateli. Będziecie naszymi najszlachetniejszymi gośćmi przy okazji tego ważnego wydarzenia. Poprosiliśmy również Dużych z wyspy, żeby stąd wyjechali, i zaprosiliśmy wszystkie Emceki z całego świata.

Duzi, zaskoczeni tą wiadomością, dziękują jej ukłonami.

Mikrolandzka królowa pochyla się i wymierza Davidowi Wellsowi przyjacielskiego kuksańca.

– Nasz komitet festiwalowy od dwóch miesięcy organizuje to olbrzymie wydarzenie. Możecie mi wierzyć, będą szaleństwo, tańce, muzyka i wspaniałe widowiska.

– Hm… – wtrąca porucznik Janicot – jest pani pewna, że nasza „drobna” różnica wzrostu nie…

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Głos Ziemi Mikroludzie Trzecia ludzkość Tajemnica bogów Oddech bogów Szkoła bogów 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona