Do Betlejem!

Do Betlejem!

Autorzy: zbiorowe Opracowanie

Wydawnictwo: Tygodnik Powszechny

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 11.73 zł

AUSTER I TOKARCZUK, HALÍK I TISCHNER, RYŚ I ŻYCIŃSKI, KISIEL I STASIUK, KARŁOWICZ I ŚRODA… z gromadzonej przez ponad 70 lat „Tygodnikowej” skarbnicy wybieramy teksty, reportaże, wywiady i prozy świąteczne – choć daty publikacji związane z Bożym Narodzeniem, to przecież uniwersalne, i to na wielu poziomach.

Po pierwsze, opowieść o Bożym Narodzeniu jest opowieścią o Wcieleniu. Fakt, że Bóg stał się człowiekiem, więcej: dzieckiem, ma wielkie znaczenie dla współczesnej religijności, o czym przez lata przypominali zapraszani przez redakcję „TP” najznakomitsi duszpasterze i teologowie.

Po drugie, życie można celebrować, przyjmując je lekko i z radością, a przepisy na dobre świętowanie mogą podawać nie tylko specjaliści od jedzenia. Równie ważne jak uczta dla ciała (choć i o niej pamiętamy) są przecież doświadczenia artystyczne i duchowe, zwłaszcza literatura, której autorki i autorzy potrafią odnaleźć w dawnej formule „opowieści wigilijnej” bardzo współczesne nadzieje i niepokoje.

Po trzecie, odnalezienie sensu w znaku opłatka, w pustym talerzu czy wu ważnym składaniu sobie życzeń nie jest dla dramatycznie podzielonego kraju świątecznym luksusem, tylko palącą potrzebą. Podobnie jak zrozumienie, że Wigilie katolickiej większości nie muszą kogokolwiek wykluczać.

Po czwarte, święto narodzin może trwać cały rok. Dzieci przychodzą na świat codziennie, codziennie zaczyna się czyjeś doświadczenie macierzyństwa i ojcostwa, od którego historia sprzed ponad dwóch tysięcy lat nie jest bynajmniej oderwana.

Można myśląc o Bożym Narodzeniu widzieć Izrael i Palestynę, można też widzieć Polskę. Można na święta patrzeć historycznie i można naukowo, serio i z przymrużeniem oka, teologicznie i obyczajowo, rodzinnie i społecznie.

Wszystkie te perspektywy znajdą Państwo na stronach „Do Betlejem!”, ale ich połączenie prowadzi chyba ku perspektywie najbardziej osobistej. Przygotowując ten dodatek myśleliśmy bowiem, że kolędowe wezwanie „Do Betlejem!” oznacza także: do początku wszystkiego.

Życzymy więc udanej podróży.

Michał Okoński, redaktor wydań specjalnych (wstęp do wydania)

NASZA OKŁADKA

MIECZYSŁAW WASILEWSKI: profesor Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, był wykładowcą na uczelniach artystycznych od Iranu, poprzez USA i Chile, do Finlandii. Brał udział w kilkuset wystawach polskiego plakatu i ilustracji w kraju i za granicą, a także w dziesiątkach międzynarodowych imprez sztuki plakatu. Laureat wielu nagród za plakaty i grafikę wydawniczą. Autor okładek naszych „Kanonów” www.wasilewski.art.pl

TYGODNIK POWSZECHNY WYDANIE SPECJALNE NR 1 (5)

ISSN 2392-3628

REDAKCJA Michał Okoński, współpraca Andrzej Leśniak

PROJEKT GRAFICZNY Marek Zalejski

FOTOEDYCJA Grażyna Makara, współpraca Marek Zalejski

TP TYPOGRAFIA Marta Bogucka, Andrzej Leśniak, Artur Strzelecki

KOREKTA Grzegorz Bogdał, Katarzyna Domin, Sylwia Frołow, Maciej Szklarczyk

OPIEKA WYDAWNICZA Maja Kuczmińska, Anna Pietrzykowska, Mateusz Gawron

WYDAWCA Tygodnik Powszechny Sp. z o.o.

PREZES ZARZĄDU Jacek Ślusarczyk

ADRES WYDAWCY I REDAKCJI 31-007 Kraków, ul. Wiślna 12, tel.: 12-422-25-18, 12-422-23-11, redakcja@tygodnik.com.pl

REKLAMA, OGŁOSZENIA tel. 12-422-05-70, reklama@tygodnik.com.pl

PRENUMERATA tel. 12-431-26-83, prenumerata@tygodnik.com.pl

PROMOCJA promocja@tygodnik.com.pl

www.TygodnikPowszechny.pl

▪ Prawa autorskie i majątkowe do wszystkich materiałów zamieszczonych w „Tygodniku Powszechnym” należą do Wydawcy oraz ich Autorów i są zastrzeżone znakiem © na końcu artykułu. Materiały oznaczone na końcu dodatkowym znakiem mogą być wykorzystane przez inne podmioty tylko i wyłącznie po uiszczeniu opłaty, zgodnie z Cennikiem i Regulaminem korzystania z artykułów prasowych, zamieszczonymi pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl/nota-wydawnicza.

PARTNERZY WYDANIA

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

SPIS TREŚCI

Betlejem

Zuzanna Radzik. W owym czasie

Marek Zając. Wydarzyło się właśnie tam

Andrzej Stasiuk. Człowieku, nie przejmuj się

Teologia

Ks. Józef Tischner. Przeszedł dobrze czyniąc

Ks. Tomáš Halík. Znak dziecięcia

O. Anselm Grün. Urodził się dziś

O. Jan Andrzej Kłoczowski. Kolęda na koniec wieku

Krzysztof Dorosz. Ma granice Nieskończony

Szymon Hołownia. Antychryst i produkty uboczne

Boniecki

Ks. Adam Boniecki. Święto dzieci

Ks. Adam Boniecki. Opowieść wigilijna

Ks. Adam Boniecki. Podróż zimowa

Kolęda Indian Huronów

Nauka

O. George V. Coyne. Cud wszechświata

Anna Bartosik. Biologia rośnie na drożdżach

Piotr Siergiej. Choinka eko, czyli jaka?

Mateusz Hohol. Prezenty przynosi Darwin

Michał Kuźmiński. W święta nie ma jak umami

Łukasz Lamża. 33 znaki na niebie

Ks. Michał Heller. Przez czerwone okulary

Witold Lenart. Mroźne ciepło

Wojciech Bonowicz. Skazany na wiarę

Opowieści wigilijne

Paul Auster. Wigilijna opowieść Auggiego Wrena

Olga Tokarczuk. Droga Chlebowa

Stefan Chwin. Po morzu szli ludzie

Zośka Papużanka. Ślady

Magdalena Tulli. Walizka

O. Paweł Kozacki OP. Urodzony na gnoju

Historia

Ewa Wipszycka. Najbardziej radosne święto

Ks. Jan Kracik. Wigilie pierwszych chrześcijan

Ks. Stanisław Musiał SJ. Radosne Światło

Ludzie

Róża Thun. Prawdziwe świeczki na choince

Maria Iwaszkiewicz. Wilie na Stawisku

Marcin Żyła. Postać z bańki

Agnieszka Sabor. Schody do nieba

Julia Hartwig. Adwent

Obyczaje

Ks. Andrzej Draguła. Figa, czyli jabłko

Tadeusz Sławek. Stawiaj mądry opór światu

O. Wacław Hryniewicz. Znak opłatka

Jacek Filek. Nie mam czasu

Ks. Jacek Prusak. Obrona świąt przed Wigilią

Dariusz Karłowicz. Święty Mikołaj i jego wrogowie

Józefa Hennelowa. Tylko jeden talerz

Sztuka

Krzysztof Lipka. Duch minionych Wigilii

Tadeusz Boruta. Obietnica nieśmiertelności

Abp Józef Życiński. Wyzwoleni z lęku

Bliźni

Stanisław Krajewski. Chanuka i choinka

Magdalena Środa. Święta małej wspólnoty

Arcybiskup Miron. Soczelnik

Ks. Lech Tranda. Na pograniczu dwóch światów

Ewa Szumańska. Stół. Inne życzenia. Pod choinkę

Stół

Wojciech Nowicki. Wilia

Paweł Bravo. Nie z tego świata

Michał Kuźmiński. Wigilia Marjam i Josego

Matka

Sylwia Szwed. Zrodzony, a nie stworzony

Małgorzata Borecka. Dobrze urodzeni

Abp Grzegorz Ryś. Cur Deus Puer?

Ojciec

Jerzy Sosnowski. Mężczyzna na zakręcie

O. Wojciech Prus. Męska wiara

Elżbieta Adamiak. Trzy sny Józefa

Wołanie na puszczy

Stanisław Mancewicz, Grzegorz Turnau. Narzekanie na życzenie

Josif Brodski. Ucieczka do Egiptu

Kisiel. Gwiazdki w znajomym mroku

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Jerzy Nowosielski, rysunek na okładce świątecznego wydania „Tygodnika Powszechnego”, 1990 r.

AUSTER I TOKARCZUK, HALÍK I TISCHNER, RYŚ I ŻYCIŃSKI, KISIEL I STASIUK, KARŁOWICZ I ŚRODA…

…z gromadzonej przez ponad 70 lat „Tygodnikowej” skarbnicy wybieramy tym razem teksty, reportaże, wywiady i prozy świąteczne – choć datą publikacji związane z Bożym Narodzeniem, to przecież uniwersalne, i to na wielu poziomach.

Po pierwsze, opowieść o Bożym Narodzeniu jest opowieścią o Wcieleniu. Fakt, że Bóg stał się człowiekiem, więcej: dzieckiem, ma wielkie znaczenie dla współczesnej religijności, o czym przez lata przypominali zapraszani przez redakcję „TP” najznakomitsi duszpasterze i teologowie.

Po drugie, życie można celebrować, przyjmując je lekko i z radością, a przepisy na dobre świętowanie mogą podawać nie tylko specjaliści od jedzenia. Równie ważne jak uczta dla ciała (choć i o niej pamiętamy) są przecież doświadczenia artystyczne i duchowe, zwłaszcza literatura, której autorki i autorzy potrafią odnaleźć w dawnej formule „opowieści wigilijnej” bardzo współczesne nadzieje i niepokoje.

Po trzecie, odnalezienie sensu w znaku opłatka, w pustym talerzu czy w uważnym składaniu sobie życzeń nie jest dla dramatycznie podzielonego kraju świątecznym luksusem, tylko palącą potrzebą. Podobnie jak zrozumienie, że Wigilie katolickiej większości nie muszą kogokolwiek wykluczać.

Po czwarte, święto narodzin może trwać cały rok. Dzieci przychodzą na świat codziennie, codziennie zaczyna się czyjeś doświadczenie macierzyństwa i ojcostwa, od którego historia sprzed ponad dwóch tysięcy lat nie jest bynajmniej oderwana.

Można myśląc o Bożym Narodzeniu widzieć Izrael i Palestynę, można też widzieć Polskę. Można na święta patrzeć historycznie i można naukowo, serio i z przymrużeniem oka, teologicznie i obyczajowo, rodzinnie i społecznie. Wszystkie te perspektywy znajdą Państwo na kolejnych stronach, ale ich połączenie prowadzi chyba ku perspektywie najbardziej osobistej. Przygotowując ten dodatek myśleliśmy, że kolędowe wezwanie „Do Betlejem!” oznacza także: do początku wszystkiego. Życzymy więc udanej podróży.

Michał Okoński,

redaktor wydań specjalnych „TP”

BETLEJEM

AKG / EAST NEWS

Pieter Brueghel Młodszy, Spis powszechny w Betlejem, 1611 r.

W owym czasie

ZUZANNA RADZIK

Do Betlejem szli przez wiele dni. Młoda para po przejściach, z pewnym niesmakiem za sprawą niespodziewanej ciąży. Dostojna para z ikony świętej rodziny czy małżeństwo nastolatków odbudowujące nadwątlone zaufanie?

Na pewno wiemy jedno – że niewiele wiemy: Betlejem, żłóbek, bo nie znaleźli noclegu, dwoje młodych ludzi i ich pierworodny syn. Historyk doda do opowieści ewangelistów, że może nawet nie tam i może bez stajenki. Zatem ona i on, pierwsze dziecko i związana z nim tajemnica. Już to wystarczy, by ta noc była niezwykła. Nawet jeśli to nie ta grota, nie to miasto i nie ten dzień, to Bóg się narodził, struchlała moc, Pan Niebiosów leżał w pieluszkach.

Ten dzień

Nie wiemy kiedy, bo przecież nie 25 grudnia ponad dwa tysiące lat temu. Nie mogło się to wydarzyć zarówno za czasów Heroda, jak i kiedy Syrią rządził Kwiryniusz. Herod zmarł w 4 roku p.n.e., Kwiryniusz zaś został rządcą Syrii w 6 roku n.e. Można jednak uznać, że autor mówiąc „Herod” miał na myśli nie Heroda Wielkiego, lecz jego syna, Heroda Antypasa. Wtedy daty mogłyby się zgadzać.

Ewangeliści nie dają nam wskazówek co do pory roku. Możemy tylko spekulować, kiedy najwygodniej byłoby zrobić spis ludności. Pewnie nie w czasie wiosennych świąt i zbiorów, kiedy z jednej strony zajęcia rolnicze, a z drugiej dwie obowiązkowe pielgrzymki do Jerozolimy. Tylko czy na pewno spis wymagał powrotu do rodzinnego miasta? Dość karkołomne wymaganie, które musiałoby zmusić tłumy do kłopotliwych, wielodniowych podróży. Możliwe, że podróż do miasta ojców nie tyle była konieczna, co warta fatygi: wiemy, że mieszkańcom metropolii i położonych w okolicy miejscowości przysługiwała 50-procentowa zniżka podatkowa. Kobiet nie wymieniano w spisie, ale rejestrowano każde dziecko płci męskiej. To tłumaczyłoby, czemu w męczącą podróż Józef zabrał bliską rozwiązania Maryję.

Czy wiemy zatem, kiedy? Jeśli spis nie wymagał rejestracji w rodzinnym mieście i Józef udał się tam dobrowolnie, trudno powiedzieć, by była jakaś szczególna pora ułatwiająca przeprowadzenie ewidencji.

Na samym początku chrześcijanie wiązali datę narodzenia Jezusa z wiosną, w okresie po Wielkanocy, centralnym święcie roku liturgicznego. Najwcześniejsze wzmianki mamy z Egiptu, gdzie około roku 200 Klemens Aleksandryjski ubolewał, że pewni teologowie nadgorliwie wyznaczają nie tylko rok, ale i dzień narodzenia. Według ich obliczeń był to 20 maja. Inne daty, wynikające z podobnych wyliczeń, to 19 lub 20 kwietnia albo 28 marca, kiedy zrodziło się materialne Słońce. Również Klemens wspomina, że bazylidianie obchodzą epifanię, a wraz z nią prawdopodobnie narodzenie, 10 lub 6 stycznia. Właściwie nie ma miesiąca w roku, w którym nie umieszczano narodzin Chrystusa. Ostatecznie rozpowszechniły się dwie daty: 6 stycznia i 25 grudnia. Obie umowne.

Droga

Załóżmy na chwilę, że rzeczywiście była zima. Na pewno nie było śnieżnie, jak w pastorałkach i na pocztówkach. Mały Jezus mógł płakać z zimna, wszak w górzystej okolicy wieczorem temperatura spada i nawet latem potrafi być chłodno. Jeśli zima, to nie byłoby dotkliwego w podróży upału, mogło jednak być zimno i bardzo deszczowo. W lecie (a wiosny i jesieni prawie w Palestynie nie ma) w drodze doskwierałby upał.

Prawdopodobnie szli pieszo. Z Nazaretu do Betlejem najprostsza droga wiodła prosto na południe, przez Szechem i Jerozolimę. Jednak ze względu na waśnie między Żydami a Samarytanami podróżowano doliną Jordanu. Zeszli zatem ze wzgórz, na których leży Nazaret, na urodzajną dolinę Jezreel. Stamtąd przez górę Gilboa szli w dolinę Jordanu.

Widoki zapierały dech: za nimi dolna Galilea, a pod nimi rozpostarta tropikalna dolina przecięta rzeką Jordan. W niej potrafi być gorąco nawet zimą – nie bez powodu od starożytności budowano tu zimowe rezydencje. Już w dolinie minęli Scytopolis, helleńskie miasto Dekapolu.

Potem droga prowadziła drugą stroną rzeki, po lewej zamknięta górami Moabu. Wzdłuż Jordanu ciągnęły się uprawy, choćby palm daktylowych, korzystające z niezwykłego klimatu. Rzekę z powrotem przekroczyli w okolicach Jerycha. Stąd do Jerozolimy droga wspina się przez Pustynię Judzką. Upalną przez większość roku, grożącą niebezpiecznymi powodziami w porze deszczowej. Krajobraz zachwycający, lecz surowy. Szlak trudny, możliwy jednak do pokonania w ciągu dnia. Wreszcie Betania, Góra Oliwna, może nocleg na przedmieściach.

Ale może wcale nie poszli tędy? Może ominęli miasto, skracając drogę do Betlejem pustynnym szlakiem? Jednak czy przybysze z prowincjonalnego Nazaretu nie chcieliby spojrzeć na majestatyczną świątynię przebudowaną przez Heroda Wielkiego, na blask i gwar stolicy? W końcu droga przez miasto nie była dużo dłuższa, za to bezpieczniejsza i ciekawsza.

Ona i on

Mówiono, że córka to słabe ogniwo honoru rodziny (Syr 42, 14). Filon zalecał wręcz, by pokoje córek były najbardziej wewnątrz domu. Zaręczano je w wieku dwunastu lat, z mężczyzną wybranym przez ojca. Prawdopodobne jest, że dziewczyna mogła zamieszkać z małżonkiem przed osiągnięciem dojrzałości płciowej. Małżeństwo z niedojrzałą było źle widziane tylko przez tych, którzy za jego jedyny cel uznawali prokreację, np. przez esseńczyków.

Miszna, żydowskie prawo spisane w II wieku, mówi, że w wieku lat 18 młody mężczyzna powinien się ożenić. Zatem Józef nie był stary, jak w kolędzie, lecz trochę starszy od Marii. Wiemy, że był cieślą. Wbrew opinii o ubóstwie świętej rodziny był to bardzo dobry zawód, zwłaszcza w Nazarecie. Odkąd w 1 roku n.e. Herod Antypas został tetrarchą, postanowił uczynić ozdobą Galilei miasto Seforis oddalone o 6 kilometrów, a zrujnowane parę lat wcześniej przez rzymską armię. Dla cieśli z Nazaretu oznaczało to dobrą pracę w pobliżu.

Ona i on, para narzeczonych. Ich zaręczyny były poważnym kontraktem: by je zerwać, trzeba było rozwodu. I tak się stało. Dowiedziawszy się o ciąży, Józef uważa ją za powód do rozwodu. Chce Marię oddalić. Zrozumieć i pozostać przy niej pozwala mu według ewangelicznej opowieści cudowny sen. Co jeszcze? Współczucie dla narzeczonej? Strach przed konsekwencjami, które mogły ją czekać?

Parę miesięcy później szli przez wiele dni do Betlejem. Młoda para po przejściach, z pewnym niesmakiem wokół niespodziewanej ciąży. Dostojna para z ikony świętej rodziny czy małżeństwo odbudowujące nadwątlone zaufanie?

Przedmieścia stolicy

Prorok Micheasz mówił o Betlejem, że jest najlichsze – może to tłumaczyć, dlaczego tak niewiele o nim wiemy. Niewątpliwie musiało zyskać, gdy Herod Wielki umocnił Masadę i wybudował niedaleko Herodion, twierdzę na szczycie sztucznie usypanego wzgórza, która, jak dziś wiemy, była też miejscem jego pochówku.

Betlejem było zatem pierwszym miasteczkiem, które napotykali podróżujący z Masady i oazy Ein Gedi nad Morzem Martwym do Jerozolimy. Tak jak we wszystkich podobnych miasteczkach, tak i tu domy budowano z nieciosanych kamieni. Na zewnątrz przylegały ciasno do siebie, by stworzyć obronny mur. W środku znajdował się centralny plac, przy nim zapewne rytualna łaźnia, może synagoga, z pewnością cysterny.

A więc Betlejem, położone około 10 kilometrów od Jerozolimy, satelickie miasteczko metropolii. Etymologia wiążąca to miejsce z chlebem (Bejt Lechem tłumaczy się z hebrajskiego jako „dom chleba”) zaskakuje, gdy spojrzeć na kamieniste wzgórza sąsiadujące z pustynią. Wiadomo natomiast, że w okolicy hodowano zwierzęta przeznaczone na ofiary w świątyni jerozolimskiej. To tłumaczy, skąd wzięli się tam gromadnie pasterze. Widać stąd, jak pustynia opada przez prawie 30 kilometrów ku morzu, widać też masywne góry po jego drugiej stronie.

To w takiej scenerii aniołowie zaśpiewali pasterzom: „Gloria!”. Choć raczej nie po łacinie, lecz po aramejsku.

Stajenka czy grota

Nie było dla nich miejsca w katalyma, czyli w pomieszczeniu mieszkalnym. Czemu nie zatrzymali się u krewnych? Może z powodu spisu ludności Betlejem było tłumnie odwiedzane i nie starczyło już dla nich miejsca? Może rodzina nie chciała przyjąć Józefa z narzeczoną, której ciąża wydawała się podejrzana?

Ewangelista mówi, że po urodzeniu Jezus położony został w żłobie. Justyn i protoewangelia Jakuba, a potem Orygenes, wspominają grotę. Zatem grota czy stajenka ze żłobem? Wiemy, że wtedy (i nawet dziś) wiele domostw w tej okolicy znajdowało się w jaskiniach. Archeologowie potwierdzili, że czczony dziś w Bazylice Narodzenia kompleks grot był w czasach rzymskich zamieszkany. Często ludzie i zwierzęta żyli w jednej izbie, rodzina czasem na podwyższonej platformie. Może zatem zatrzymali się u kogoś w domu, ale w części przeznaczonej dla zwierząt?

Możliwe jednak, że wyszli z miasta i Maryja powiła w grocie. Jednej z tych, które do dziś rozsiane są po okolicach Betlejem i na Pustyni Judzkiej, służąc za schronienie pasterzom. Może pragnęli intymności w momencie narodzin lub nie chcieli sprawiać kłopotu rytualną nieczystością porodu?

Poród

Wchodząc do Betlejem od strony Jerozolimy, mijali pewnie grób Racheli. Tu matriarchini zmarła, rodząc Beniamina, a na jej grobie Jakub postawił stelę. Czy Marii przeszło przez myśl, jak niebezpieczny może się okazać również jej poród? Będąc w pierwszej ciąży i mijając grób Racheli, nie mogła o tym nie pomyśleć. Dziś łatwo zapominamy, jak niebezpieczne były niegdyś porody. Jak wyraźnie wiązały przekazywanie życia z bliskością i ryzykiem śmierci.

Gdy już urodziła, zapewne nie siedziała dumnie niczym tron dla dzieciątka, lecz leżała, jak na wschodnich ikonach i obrazach Giotta.

Betlejem?

Długa droga z brzemienną narzeczoną, obce miasto, poród w stajni. Betlejem jako miasto narodzenia wymieniają Łukasz i Mateusz, którzy o narodzinach nam opowiadają. U Jana i Marka nigdy nie jest wspomniane, Jezus jest po prostu Nazarejczykiem.

Uprawnione są teorie, że Jezus nie urodził się wcale w Betlejem, tylko w Nazarecie. Ale ten Nazaret… czy jest to miasteczko warte wspomnienia, zwłaszcza gdy próbuje się przekonać słuchaczy, że człowiek, o którym opowiadamy, był mesjaszem i królem Izraela z linii Dawida? Jakkolwiek niedużym miasteczkiem było Betlejem, narodziny tam miały zupełnie inne apologetyczne znaczenie.

Rodząc się w Betlejem w wyniku zawiłej fabuły Łukasza, i prostej u Mateusza, Jezus przychodzi na świat w mieście króla Dawida, z którego rodu miał się narodzić mesjasz: ten, który odnowi królestwo Izraela. Obie Ewangelie podkreślają zresztą związek Jezusa z Dawidem na wiele sposobów. Wywodzą od niego genealogię aż do Józefa i Jezusa, choć ci sami Ewangeliści podkreślają przecież, że Józef nie jest „biologicznym ojcem” Jezusa. Genealogia u Mateusza układa się w podwójny cykl siedmiu pokoleń, co nie tylko powtarza liczbę oznaczającą pełnię, ale też odnosi się do numerycznej wartości imienia Dawid, którą jest 14.

Trudno powiedzieć, czy większość – ale wielu badaczy uważa, że najprawdopodobniej Jezus urodził się jednak w Nazarecie. Skoro narodziny w Betlejem są kluczowym argumentem za tym, że Jezus był mesjaszem, automatycznie wzbudza to podejrzenia historyków. Nie można też jednak wykluczyć, że w zawiłej opowieści Łukasza jest prawda. Wiemy tak niewiele, że nie jesteśmy w stanie rozstrzygnąć.

Narodził się… ktoś ważny

Właściwie obaj Ewangeliści, mówiąc o narodzinach w Betlejem, wcale nie informują gdzie, ale kto się narodził. Betlejem – a zatem potomek Dawida, prawomocny król, inaczej niż władcy z rodu Heroda. O jego narodzinach opowiada się jak o narodzinach herosa. Autor chciał powiedzieć, że narodził się ktoś bardzo ważny, szczególny.

Odłóżmy na chwilę dogmaty i przyjrzyjmy się zagadnieniu narodzenia z dziewicy. Nie byłoby niemożliwe, by dziewczyna poczęła, nie osiągnąwszy na pozór dojrzałości płciowej. Biorąc pod uwagę niewielką wiedzę starożytnych o kobietach i płodności, mogli oni nie rozumieć, jak to się mogło stać. Nie da się jednak wykluczyć zajścia w ciążę w czasie pierwszej owulacji, a zatem przed wyraźnym znakiem osiągnięcia dojrzałości, którym jest miesięczne krwawienie. Jednak u Łukasza Maria mówi aniołowi, że „nie zna męża”, a u Mateusza od rozwodu powstrzymuje Józefa jedynie cudowny sen. Zatem oboje wiedzą, że ciąża Marii nie jest efektem ich przedmałżeńskiego pożycia. Obaj autorzy zgodnie argumentują, że ten, który się rodzi, jest kimś niezwykłym, bo i niezwykłe było jego poczęcie z matki bez męża.

Że mówimy o kimś ważnym, świadczą też paralele między narodzinami Jezusa a dzieciństwem Mojżesza. Obydwu towarzyszy zagrożenie życia, którego unikają poprzez ucieczkę (czy do Egiptu, czy Nilem w koszyku). Obaj są adoptowani.

Królowie czy pastuszkowie?

W pokłon pasterzy w betlejemskiej stajence łatwiej uwierzyć niż w odwiedziny trzech mędrców ze Wschodu. Wiemy, że Betlejem było pasterską okolicą, trudno jednak sobie wyobrazić, że do tej mieściny na skraju pustyni przybywają wschodni uczeni, by tu odszukać zbawcę. Wróćmy do pytania nie o to, jak było, bo tu niewielkie mamy kompetencje, ale do pytania, co autor chciał przez to powiedzieć.

Nam pastuszkowie pasują do rustykalnej szopki, ale w starożytności nie kojarzyli się tak dobrze. W źródłach rabinicznych są uważani za grzeszników, traktowani najczęściej z pogardą. Jeśli w opowieści biblijnej to oni jako pierwsi odnajdują dziecię i padają na kolana, to dowiadujemy się, że Jezus przyszedł do ludzi marginesu, odrzuconych.

Gdy u Mateusza przed grotą, w której się Jezus narodził, staje orszak wschodnich mędrców, autor opowiada nam w ten sposób o kosmicznej doniosłości tego wydarzenia. Nie tylko przedstawiciele innych ludów oddają mu hołd, ale ciała niebieskie ogłaszają narodziny.

Tak naprawdę nie wiemy, czy ktokolwiek odwiedził młodą parę w połogu. Trudno jednak myśleć, żeby zostali kompletnie anonimowi. Do dziś ludzie Bliskiego Wschodu są gościnni i pomocni. Może trudna ziemia uczy, jak bardzo przydaje się czasem pomoc. Może nic się nie zmieniło.

▪▪▪

Tak przyszło na świat żydowskie niemowlę, osiem dni później obrzezane. Czy to w Betlejem judzkim, czy – jak sądzą inni – w galilejskim miasteczku, które rozsławił swoim imieniem, na pewno urodził się gdzieś tam. Skoro święto jego narodzenia skłania do kontemplacji tajemnicy wcielenia, to przyjrzyjmy się jej właśnie w jej izraelskiej scenerii.

Zatem nie z Matką Bożą – blondynką o europejskich rysach, z dzieciątkiem rysowanym kreską północnych mistrzów. Bez śniegu przed stajenką. Przed stajenką-grotą pustynny pył i kamienie. Wewnątrz właściwie dziewczynka o bliskowschodniej urodzie, i jej niewiele starszy mąż zabawiający dziecko frędzlami swojego płaszcza.

Konkret tej historii ma przygiąć nas do ziemi. Pośród wszystkich legendarnych elementów nie może być dla nas legendą. Zatem grota, kamienie, chłodna noc w górskiej okolicy, para nastolatków piastuje swojego pierworodnego… ma granice Nieskończony! ©

ZUZANNA RADZIK ▪ 2010

GRAŻYNA MAKARA

ZUZANNA RADZIK jest teolożką, autorką książki „Kościół kobiet”. Stale współpracuje z „TP”, na którego stronie prowadzi bloga „Żydzi i czarownice”. Członkini Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów i zarządu Forum Dialogu Między Narodami.

Wydarzyło się właśnie tam

MAREK ZAJĄC

Dla Boga i dla człowieka, który Bogu zaufał – nie ma żadnych przeszkód. Może się nawet urodzić w Betlejem.

ODD ANDERSEN / AFP / EAST NEWS

Współczesne Betlejem (na dole ujęcia) oddzielone od izraelskich osiedli, 2006 r.

Nie ma większego rozczarowania niż Betlejem. Możesz, wędrowcze, zawczasu się przygotować, po stokroć powtarzając sobie, że nie będzie śniegu i kolęd – i tak przeżyjesz zawód.

Zimne srebro, zimny kamień

Pierwszy raz zobaczyłem Betlejem, gdy trzeci rok trwała druga intifada. Po arabsku: rewolucja kamieni. Od wieków na Bliskim Wschodzie w cenie są górnolotne metafory, ale akurat w intifadzie nie było nic z poezji. Tamtego dnia w końcu zniesiono blokadę miasta. Szedłem przez wymarłe ulice. Patrzyłem na opustoszałe hotele, zamknięte sklepy. Szosa była przeorana gąsienicami izraelskich czołgów. Równoległe, prążkowane ślady ciągnęły się od granicznego checkpointu aż na plac przed Bazyliką Narodzenia Pańskiego. Żeby trafić do celu, nie trzeba było przewodnika ani drogowskazów. Na murach dziesiątki plakatów z twarzami – portrety samobójców, którzy wysadzali się w autobusach, sklepach i dyskotekach Jerozolimy, Hajfy i Tel Awiwu (tam uchodzą za wcielenie diabła, tu są umiłowanymi dziećmi Allaha). Wokół placu Żłóbka zwisała smutnie długa girlanda bożonarodzeniowych światełek. Nie świeciło się ani jedno.

Z zewnątrz Bazylika nie przypomina kościoła, lecz twierdzę – wznoszoną niechlujnie, łataną w pośpiechu, byle zdążyć przed kolejnym szturmem. Ostry łuk portalu zamurowano, u dołu pozostawiwszy niewielki otwór. To Drzwi Pokory. Nie warto wierzyć pięknym słowom, bo maskują brutalną prawdę: wejście z czasów krzyżowców zmniejszono, żeby nie mogli tu wjechać konni wojownicy i wozy na załadunek łupów.

Wewnątrz – mrok. Powietrze ciężkie i zatęchłe, ale nie śmierdzi już uryną. Podobno przez długi czas trudno się było pozbyć smrodu. Przed niemal rokiem przez 39 dni trwało oblężenie Bazyliki. Ukryli się tu bojownicy Hamasu, Fatahu i Narodowych Sił Bezpieczeństwa Palestyny. Jak na ironię izraelski sztab zainstalował się w pobliskim Peace Center. Kiedy wreszcie Palestyńczycy opuścili świątynię, w środku znaleziono 40 ładunków wybuchowych.

Wyświecone krokami tysięcy pielgrzymów schody prowadzą do wapiennej groty.

Srebrna gwiazda o 14 ramionach, z napisem: „HIC DE VIRGINE MARIA JESUS CHRISTUS NATUS EST”. Wokół żywego ducha – do woli można napawać się atmosferą miejsca, gdzie miało narodzić się Dzieciątko. Żadnego elektryzującego zetknięcia z tajemnicą. Zimne srebro, zimny kamień. Jakże inne odczucia niż w Grobie Pańskim… Tam, w półmroku, też można dotknąć kamienia – tego, na którym złożono martwego Cieślę z Nazaretu. Początek i koniec, narodziny i śmierć. Ale w Jerozolimie – trudno się oprzeć wrażeniu, że za chwilę w ciemności rozbłyśnie światłość. Że TO się TAM wydarzyło. W Betlejem nie czuć nic.

Tak, to miejsce zawodzi. I to od grubo ponad dwóch tysięcy lat.

Kobieta ze stali

Jak to: grubo? Tak, właśnie od grubo ponad dwóch tysięcy lat. Z reguły rozprawiając o Betlejem przed czasami Jezusa, myślimy o miejscu opromienionym chwałą narodzin króla Dawida, autora Psalmów i pogromcy Goliata. Tymczasem Betlejem, pod nazwą Efrata (urodzajne), pojawia się już w Księdze Rodzaju, a główną bohaterką opowieści jest Rachela, żona patriarchy Jakuba. Oczywiście nie wiemy, czy w ogóle istniała; poruszamy się tu po obszarze legendarnym. Tak czy siak, Rachela należy do kobiet w Biblii najtwardszych.

W młodości musiała czarować niezwykłą urodą, skoro Jakub, wybrawszy się do Mezopotamii na poszukiwanie żony i ujrzawszy ją u studni – zupełnie stracił głowę. Dla przyszłego teścia musiał pracować siedem lat, nim nadszedł dzień zaślubin. Tyle że po uczcie, obudziwszy się nad ranem, ujrzał, że noc spędził nie z Rachelą, lecz z Leą. Przebiegły Laban wydał za mąż wpierw córkę starszą i brzydszą, co dobrze świadczy o jego przedsiębiorczości, ale spostrzegawczości przyszłego ojca dwunastu pokoleń Izraela wystawia świadectwo jak najgorsze. By połączyć się z Rachelą, musiał Jakub poświęcić Labanowi następne siedem lat.

Na tym jednak nie koniec, bo los nadal drwił z Racheli. Gdy Lea rodziła kolejnych synów, jej łono pozostawało martwe. Musiała to być kobieta z kamienia, ta Rachela, ba – ze stali! Skracając zawiłą historię – obejmującą także handel między siostrami, która może sypiać z mężem, oraz dzieci rodzone przez ich niewolnice – do Racheli wreszcie uśmiechnął się Bóg. Powiła Józefa, potem znowu zaszła w ciążę.

Kolejny poród zaczyna się właśnie w drodze do Betlejem. Rachela rodzi w wielkich bólach. Położna stara się podnieść ją na duchu, mówiąc: „Już nie lękaj się, bo oto masz syna”. Ale Racheli nic nie uratuje, przed ostatnim tchnieniem nazwie tylko nowo narodzonego Ben-oni. To znaczy: syn boleści, syn nieszczęścia. Jak widać, od wieków niektórzy rodzice psuli dzieciom życie przez wybór imienia.

Na grobie Racheli pod Betlejem Jakub ustawił stelę. I choć dziś pielgrzymują tam bogobojne Żydówki, by prosić o upragnione macierzyństwo – naprawdę trudno uznać, by z biblijnego punktu widzenia było to najszczęśliwsze miejsce na rodzenie dzieci.

Kiedyś i gdzieś

A może w ogóle nie zawracać sobie głowy nieszczęsnym Betlejem? Silna jest pokusa, żeby bożonarodzeniowe historie z Ewangelii Mateusza i Łukasza uznać wyłącznie za pobożną baśń; pouczający midrasz, który przez misternie utkaną fikcję głosi fundamentalne prawdy o Bogu i człowieku. W tym zaś przypadku – o Bogu, który stał się Człowiekiem. I to wybierając egzystencję faktycznie lichą, czego niezwykłość chyba już się nam opatrzyła.

Ale właśnie po to, byśmy nie stracili poczucia, jak unikalnym i skandalicznym dla tego świata wydarzeniem było Wcielenie – warto w relacjach obu Ewangelistów szukać okruchów historycznych faktów. Bo Jezus przyszedł na świat nie w abstrakcyjnym, ale w konkretnym KIEDYŚ i GDZIEŚ.

Naturalnie o każde zdanie, o każde niemal słowo z barwnych opowieści o Bożym Narodzeniu bibliści toczą ostre spory. Triumfalnie ogłaszano już dziesiątki teorii, które potem z hukiem obalano, by po latach do tych teorii powrócić i… ponownie zakwestionować. Zakrawa niemal na cud, że większość badaczy przychyla się do stwierdzenia, iż Jezus narodził się między 8 a 6 rokiem przed narodzeniem Chrystusa. To paradoksalne sformułowanie wynika – jak wiadomo – z wielkiego błędu Dionizego Małego, który na osi historii starał się wyznaczyć punkt zero. Zakładając zaś, że Nazarejczyk umarł w 30 roku po narodzeniu Chrystusa – warto zauważyć, że w takim razie Jezus żył około 37, a nie 33 lata, jak zwykło się powszechnie uważać.

Są zresztą i tacy, którzy chcieliby wyznaczyć dokładny dzień, a nawet godzinę narodzin. Miało to być 5 grudnia 7 roku przed Chrystusem, o godzinie 16.38. To wtedy na niebie nastąpiła kulminacja koniunkcji Jupitera i Saturna w znaku Ryb, co miało zwiastować nadejście Króla królów. Boże Narodzenie mielibyśmy już w tym roku za sobą… Brzmi intrygująco, ale powyższą teorię zaliczyć trzeba do biblistycznych kuriozów.

Pozostaje więc pytanie: gdzie? I tu już o zgodności mowy nie ma.

Betlejem? Ale nie to!

Prześledźmy główne hipotezy, poruszając się od lewa do prawa. I tak: skrajni rewizjoniści twierdzą, że Jezus nie urodził się w Betlejem, lecz prawdopodobnie w Nazarecie, a ewangeliści dokonali geograficznego retuszu, żeby Jezusa powiązać z Dawidem i wypełnić m.in. proroctwo z piątego rozdziału Księgi Micheasza: „A ty, Betlejem Efrata, najmniejsze jesteś wśród plemion judzkich! Z ciebie mi wyjdzie Ten, który będzie władał w Izraelu, a pochodzenie Jego od początku, od dni wieczności”.

By stworzyć pozory rzetelności, Łukasz przywołał kilka historycznych odniesień: „W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz”. Tymczasem – po pierwsze – Kwiryniusz rozpoczął rządy dopiero po narodzeniu Chrystusa; spis zaczął zapewne w 6 roku n.e. Po drugie, nie znamy takiego dekretu Augusta. Po trzecie, absurdem byłoby rejestrowanie poddanych wymagające powrotu tam, skąd pochodzili ich przodkowie.

Rozstrzygnięcie kompromisowe podsuwa izraelski archeolog Aviram Oshri, a jego sensacyjna teoria obiegła światowe media przed dwoma laty. Otóż Jezus urodził się w Betlejem, tyle że nie w Judei, na południe od Jerozolimy, ale w Galilei. Oshri argumentował: w pierwszym przypadku ciężarna Maryja musiałaby przebyć z Nazaretu aż 150 km (wątpliwe), w drugim zaś tylko 7 (do przyjęcia). Poza tym w Betlejem w Galilei archeolog odkrył pozostałości dawnego kościoła, co miałoby potwierdzać, że dla chrześcijan było to miejsce szczególne. Ale to wszystko intrygujące poszlaki, a nie twarde dowody.

Samospełniające się proroctwo

Przejdźmy na stronę adwokatów Betlejem. I tak – po pierwsze – powyższy cytat z Ewangelii to błędny przekład. Tak naprawdę Łukaszowi chodziło o spis, który odbył się przed tym słynnym za rządów Kwiryniusza. Po drugie, kto powiedział, że Ewangelista miał na myśli dekret nakazujący jednorazowy i jednoczesny spis ludności całego Cesarstwa? Przypominał jedynie, że Oktawian August – głównie ze względów podatkowych i wojskowych – starał się przez różnorakie spisy rejestrować mieszkańców rozlicznych części Imperium. Po trzecie, odnaleziono papirus z tekstem, w którym namiestnik Egiptu, niejaki Gaius Vibius Maximus, ogłasza: niech ci, którzy opuścili swe ojczyste ziemie, powrócą tam, aby zadośćuczynić obowiązkowi zwyczajowego spisu. Oczywiście jest też mnóstwo innych linii obrony: że Kwiryniusz dwa razy zarządzał Syrią; że Kwiryniusz w czasie narodzin Chrystusa był już w Syrii legatem wojskowym; że jeden błąd o niczym nie przesądza itd.

Ale ważne są też źródła pozaewangeliczne. I tak św. Justyn pisze: „Kiedy Dziecię narodziło się w Betlejem, Józef, ponieważ nie znał miejsca, w którym mógłby się zatrzymać, wszedł do groty. Kiedy tam przebywał, Maryja porodziła Chrystusa i złożyła w żłobie”. Tu – uwaga: w połowie II wieku – po raz pierwszy mowa o grocie. Justyn pochodził z Neapolis, dzisiejszego Nablusu. Dobrze zatem wiedział, o czym pisze.

Najdziwniejsza jednak teoria – miłosiernie spuśćmy zasłonę milczenia na autora – głosi, że sprawcą całego zamieszania był… Józef, który działał z premedytacją. Gdy wreszcie uwierzył, że Maryja porodzi Mesjasza – uznał, że muszą ruszać do Betlejem, bo w przeciwnym razie nie wypełni się Pismo… Trudno o coś głupszego niż wyobrażenie Józefa sadzającego ciężarną kobietę na osiołka, narażającego Matkę i Dziecko – byle tylko potwierdzić kilka zdań, choćby nawet z Księgi Ksiąg.

To tu

A pointa? Paradoksalnie właśnie w tym Betlejem, które rozczarowuje od grubo ponad dwóch tysięcy lat, można się przekonać, że dla Boga i człowieka, który Bogu zaufał – nie ma żadnych przeszkód.

Chociaż Rachela chciała nazwać syna Ben-oni, Jakub nadał dziecku imię Ben-jamin. To znaczy: syn prawicy, syn szczęścia. Dlatego do dziś o najmłodszych, w czepku urodzonych i rozpieszczanych, mówimy: beniaminek.

Chociaż dla Maryi nie było miejsca w gospodzie, Józef znalazł bezpieczne miejsce na poród, a przyjście na świat Dzieciątka świętowali Aniołowie, pasterze i Mędrcy ze Wschodu.

Chociaż przez Ziemię Świętą od wieków przetacza się wojna za wojną, Bazylika w Betlejem to jeden z najstarszych, nieprzerwanie funkcjonujących kościołów na świecie. 12 lat temu, podczas – miejmy nadzieję – ostatniego już oblężenia, też nie wyleciała w powietrze.

Dlatego, wędrowcze, nie wolno omijać Betlejem. Bo może i skosztujesz tam goryczy zawodu, ale zasmakujesz też słodyczy wiary. ©

MAREK ZAJĄC ▪ 2014

GRAŻYNA MAKARA

MAREK ZAJĄC (ur. 1979) jest stałym współpracownikiem „TP”, autorem książki „Pędzę jak dziki tapir” o Władysławie Bartoszewskim. Laureat nagrody Ślad im. bp. Jana Chrapka, sekretarz Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Mój pierwszy bal Idiota skończony Gotuj z rodzinką.pl Dywan wschodni: Wybór arcydzieł literatury egipskiej, asyro-babilońskiej, hebrajskiej, arabskiej, perskiej i indyjskiej Delfin w malinach. Snobizmy i obyczaje ostatniej dekady Żydownik Powszechny 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI