Wspomnienia warszawskie

Wspomnienia warszawskie

Autorzy: Antoni Słonimski

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Literatura faktu Publicystyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 120

Cena książki papierowej: 29.99 zł

cena od: 15.24 zł

Zabawna i mądra życiowo książeczka arcymistrza błyskotliwej puenty to tyleż opowieść o mieście, którego już nie ma, co zdumiewający portret jego… dzisiejszych mieszkańców i dygresje jak z najbardziej aktualnych felietonów! 

Antoni Słonimski (1895–1976) kochał Warszawę miłością absolutną, choć nie bezkrytyczną. Tu się urodził i umarł, po wybuchu wojny opuścił miasto na dwanaście lat, wrócił w roku 1951. W jego „Wspomnieniach” anegdota goni anegdotę, a nad wszystkim unosi się przewrotny duch przedwojennej Warszawy: biedny, bogaty, pachnący, cuchnący, wielokulturowy i niepowtarzalny. 

"Antoni Słonimski – poeta, mistrz felietonu i gawędy – był zakochany w Warszawie. Tak jak Bolesław Prus i Stefan Wiechecki Wiech. Niech dzisiejsi warszawiacy poznają tę piękną książeczkę mojego wspaniałego szefa – warszawiaka rogatego, który pisał o swoim mieście z dumą i czułością."
Adam Michnik 

"Antoni Słonimski potrafi znaleźć historię na każdą okazję i spuentować nią każdy temat. W tym uroczym tekście poznajemy go również jako surowego dozorcę dbającego o dobro miasta."
Sylwia Chutnik 

"Jeśli o każdym mieście sprzed stu lat można powiedzieć, że nie istnieje – to Warszawa ówczesna, ze względu na swoją historię, nie istnieje w dwójnasób. I tym cenniejsze są świadectwa takie jak ta błyskotliwa, bardzo osobista książeczka będąca dokumentem odmalowującym obraz znacznie mniej idylliczny niż ten z frazesów o przedwojennej Warszawie jako Paryżu północy, ale nadzwyczaj ciekawy."
Jacek Dehnel

Korekta: Marta Śliwińska

Projekt graficzny okładki: Wojtek Kwiecień-Janikowski

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

© copyright by Agora SA 2017

© copyright for the Polish translation by Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi Stowarzyszenie w Laskach 2017.

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2017

ISBN: 978-83-268-2059-5 (epub), 978-83-268-2060-1 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

Urodziłem się na nieistniejącej już dziś ulicy...

Pierwsze moje zainteresowanie polityczne...

Przeniesiony z tej beztroskiej atmosfery...

Teoretyczna, odległa prawda o nędzy i poniżeniu...

Zwykło się owe czasy nazywać pogodnymi...

Pamięć wzrokowa jest samodzielnym departamentem...

Tradycyjne w naszej rodzinie zainteresowania naukowe...

Nim słowo stało się moim narzędziem i bronią...

Gdy myślę o Warszawie mej młodości...

Urodziłem się na nieistniejącej już dziś ulicy Niecałej, która łączyła kiedyś Ogród Saski z ulicą Wierzbową. W roku 1945, gdy przyjechałem po wojnie do Warszawy, stała jeszcze fasada domu, poznałem okna frontowe i żelazny balkonik na drugim piętrze. Tyle zostało z domu pod numerem szóstym. Za arkadą na wpół zrujnowanej, osmalonej pożarem bramy roztaczał się typowy pejzaż warszawski owych czasów: gruzy i zwaliska porosłe zielskiem. Z tej bezkształtnej masy rumowisk wyobraźnia zasilana pamięcią z trudem wydobywała dawne ramy architektoniczne, w których rozgrywały się małe dramaty i beztroskie sceny mego dzieciństwa.

Notując wspomnienia związane z miastem tak bezprzykładnie zniszczonym jak Warszawa, trudno jest odświeżać pamięć widokiem dawnych ulic, placów i domów, bo na ich miejscu albo wre zaciekła robota murarska, albo też stoją już nowe ulice, domy czy osiedla.

Dorzucając własne wspomnienia do licznych historii warszawskich, pragnąłbym dać możliwie wierny obraz czasów mego dzieciństwa i jak ten, co schodzi do piwniczki po dość już omszałą butelkę wina i wynosi ją na światło dnia, chciałbym, aby ta wyprawa w przeszłość nie była daremna, aby czytelnik, patrząc na nowe budowle socjalizmu, nie zagubił sentymentu do starej Warszawy. Jest to moja mała, prywatna odbudowa Starego Miasta. Nie brak tu będzie może złudnych czasem polichromii i upiększeń, bo takie jest prawo wspomnień, w których odnaleziony na nowo czas młodości rozjaśnia i rozprasza cienie i mroki. Stare Miasto było już kiedyś, w czasie dwudziestolecia, restaurowane i pokryte malowidłami pełnymi złoceń, ale nie trzeba zapominać, że te bogato dekorowane fasady kamieniczek kryły wnętrza pełne brudu i zaduchu, gdzie w dwupokojowym zapluskwionym mieszkaniu, bez łazienki, a nieraz i bez kanalizacji, gnieździło się po kilkanaście osób. Pod cechowymi godłami, barwnie na nowo odmalowanymi, kryły się w tych kamieniczkach rodziny rzemieślników, nędznie opłacanych robotników z dziećmi bez rumieńca, bez nadziei awansu społecznego, bez prawa do nauki.

I dziś Stare Miasto podźwignięte z gruzów zdobią malowidła ścienne. I dziś bogactwo fasad nie zawsze odpowiada zamożności wnętrz, ale nie ma tu już dawnego, kłamliwego kontrastu, owej obłudy i pogody na pokaz, bo domy mieszkalne Starego Miasta budowano z troską o nowych mieszkańców tej dzielnicy i ten, który to mieszkanie dostał, ma nie tylko łazienkę, ale ma też pewność pracy i możność wychowania i wykształcenia swych dzieci.

Myśląc o dawnych czasach, pamiętać więc należy, że jak na dawnym Starym Mieście niejedną prawdę smutną i gorzką gotowi jesteśmy przesłaniać żywymi barwami naszej młodości i względną beztroskę życia jednej grupy społecznej przyjmować za obraz całego społeczeństwa.

W czasach mego dzieciństwa mieszkania ludzi zamożnych izolowały się od innych mieszkańców tego samego domu ryglami i zasuwami, łańcuchem u drzwi i służbą w przedpokojach. Tylko biedota z czwartego piętra, z oficyn czy suteren pożyczała sobie balii, rondla, szczypty soli, zapałek, przychodziła z pomocą w wypadku choroby czy połogu. Solidarność bogatych wyrażała się w bardziej skomplikowanych formach działania społecznego i politycznego; oddawano sobie wzajemne usługi w bankach, urzędach, w prasie i ustawodawstwie, ale w życiu codziennym stykano się ostrożnie i był to normalny stan rzeczy, że adwokat z pierwszego piętra nie znał osobiście swego sąsiada fabrykanta czy doktora z drugiego piętra. Mieszkanie mego ojca było pod tym względem nietypowe. Drzwi zarówno od frontu, jak i od kuchni nigdy na klucz nie zamykano.

Drzwi kuchenne były głównym wejściem do mieszkania dla wszystkich domowników i w kuchni koncentrowało się nasze rodzinne życie towarzyskie. W tej kuchni, dużej i przestronnej, królowała kucharka Franciszka Weronowska. Tęgawa, o cerze oliwkowej, odpowiadała swym wyglądem nazwisku. Nie wiem, czy to był wymysł stryja Józefa, czy też istotnie Frania pochodziła z rodziny, która przybyła kiedyś do Polski z Werony. Utwierdzał nas w tym fakt, że Frania mówiła po włosku. Była również jedyną osobą w naszym domu, która mówiła po żydowsku. Wychowała się i służyła długie lata u mego dziadka na Królewskiej, gdzie włoskiego nauczył ją stryj Józef, a żydowskiego dzieci, z którymi bawiła się na podwórku.

Frania śpiewała bardzo ładnie. Szczególnie podobała mi się pieśń na nutę „Santa Lucia”, zaczynająca się od słów: „Burza, noc cicha, wolnym oddycha pierś marynarza...”. Dopiero kiedyś, po wielu latach, zastanowiła mnie oryginalność tych słów i pewna, powiedziałbym, sprzeczność obrazu burzy i nocy cichej. W dzieciństwie wydawało mi się to najzupełniej naturalne. Równie naturalny wydawał mi się fakt, że w zielonym kuferku Frani, na wewnętrznej stronie wieka wśród wyklejonych obrazków świętych, amorków pogańskich i gołąbków z różami, znajdował się również portret japońskiego generała Nogi.

Był to niewątpliwie wpływ środowiska, w którym łączono z wojną rosyjsko-japońską wiele nadziei niepodległościowych i rewolucyjnych. Temu egzaltowanemu kultowi Japończyków przypisać należy fakt, że generał Nogi awansował do rzędu niemal świętych pańskich. Ludzie o prostych sercach łatwo łączą dawne kulty z nowymi. I w naszych czasach zdarzają się fakty podobne. Nasza pracownica domowa, aby wykonać w tym roku czyn pierwszomajowy, umaiła statuę Marii Panny w kościele bernardyńskim.

Z początkiem wybuchu wojny rosyjsko-japońskiej zaczął narastać mit o potędze armii japońskiej, której pierwsze sukcesy rozbudzały i ośmielały wyobraźnię. Japończycy w ciągu paru miesięcy awansowali na coś w rodzaju uniwersalnych demonów. Ojciec mój opowiadał, jak ta nowa mitologia przedostała się nawet do cukierenek dzielnicy żydowskiej i jak wyglądała bitwa pod Cuszimą w relacji mieszkańców ulicy Bielańskiej. Opowiadający upaja się olimpijskim spokojem japońskiego admirała, delektuje się każdym szczegółem i trzyma w napięciu słuchaczy. „...Generał Nogi siedzi u siebie w kabinie i on je zsiadłe mleko z kartoflami. I przylatuje adiutant i mówi: – Wasze Wieliczestwo! Już widać na horyzoncie flotę rosyjską. – On nic, tylko je zsiadłe mleko z kartoflami. To przylatują generałowie i kapitanowie i krzyczą: – Wasze Prewaschaditielstwo! Flota rosyjska już tu jest! – A on dalej, jak gdyby nigdy nic, je zsiadłe mleko z kartoflami. To przylatują znów i krzyczą, że Rosjanie już strzelają. To on wstał, wytarł usta serwetką, wyszedł na pokład i zatopił całą flotę rosyjską”.

Bardzo też lubiłem opowiadanie o oblężeniu Portu Artura. Oficerowie marynarki rosyjskiej schronili się w twierdzy, pozostawiając w porcie opuszczone okręty. Jeden z kapitanów obserwował przez lunetę port i co pewien czas wykrzykiwał nazwy zatapianych pancerników, krążowników czy torpedowców. Wtedy wydobywano kasę okrętową, gdyż kasy były przezornie zabrane do twierdzy, i następował podział gotówki. „Jekatierina Wielikaja!” – krzyczał kapitan – padawaj diengi. „Baris Gadunow!”. Padawaj.

Liczne były opowiadania ojca na temat wojny rosyjsko-japońskiej i słynny był jego dowcip po zawarciu pokoju, że Rosja ma teraz pokój z japońskim obiciem. Ojciec mój miał opinię jednego z najdowcipniejszych ludzi w Warszawie. Potwierdza tę opinię Prus w jednej z „Kronik tygodniowych”, a Ignacy Baliński w swoich pamiętnikach wspomina, że gdy wyszła „Lalka”, w postaci doktora Szumana poznano popularnego w Warszawie doktora Słonimskiego. Mnie osobiście nie wydaje się ta wersja prawdopodobna. Ojciec mój nie miał nic ze zgryźliwości i pesymizmu doktora Szumana. Dowcip jego był pogodny i niedokuczliwy, jego pogląd na świat miał szlachetną prostotę, typową dla postępowej inteligencji końca wieku dziewiętnastego. Ojciec mój wierzył w socjalizm i niepodległość Polski i służył tym dwu ideom, w jego pojęciu jednoznacznym. Złudzenia jego i nadzieje, nawet jego błędy, wynikały z wiary w człowieka, z wiary w postęp i z patriotyzmu, a obowiązek przychodzenia z pomocą ludziom cierpiącym praktykował na co dzień. Lekarze w owych czasach nie mieli, jak dziś, wyraźnie określonych specjalności. Ojciec wzywany był do najrozmaitszych wypadków i często, sam będąc chory, otulony podniszczonym futerkiem, biegał po mroźnych ulicach, drapał się na poddasza i schodził do suteren warszawskich. Był lekarzem ludzi biednych i często nie tylko honorarium nie brał, ale zostawiał u pacjenta ostatnie parę rubli.

Prus bywał u nas w domu. Z mglistego o nim wspomnienia zostały mi tylko w pamięci jego czarne okulary. Charakterystyczną jednak cechą najlepszych ludzi tych czasów były raczej okulary różowe. Pozytywizm warszawski i przodująca inteligencja późniejszego okresu, czytająca Milla, Spencera, Wacława Nałkowskiego, Ludwika Krzywickiego czy Aleksandra Świętochowskiego, wiele nadziei łączyła z postępem wiedzy ścisłej i cywilizacji technicznej i zbyt pochopne stąd wyciągała wnioski. Trwały i przez dwudziestolecie te złudzenia radykalizującej inteligencji, która wierzyła, że nauka rozwiąże wszystkie problemy społeczne, że można perswazją odebrać środki produkcji klasie posiadającej. Ojciec mój był typowym przedstawicielem tego kierunku, ale nieobcy mu był pewien sceptycyzm nieodłączny od prawdziwego poczucia humoru. Pamiętam jego znakomite powiedzenie na temat ciasnego empiryzmu: „Doświadczenie nas uczy, że zawsze kto inny umiera”. Obraz świata w oczach mego ojca był harmonijny i prosty. Wiedza ówczesna była dostępna inteligentnemu czytelnikowi. Ojciec mój mógł zarówno rozumieć Newtona, jak i Darwina. Wykształcenie przyrodnicze nie kolidowało ze znajomością matematyki i nauk humanistycznych. Nie było tej specjalizacji, która dziś czyni z wybitnego fizyka absolutnego ignoranta w biologii, i odwrotnie. Fizyka nie zeszła jeszcze do podziemi i nie stała się wiedzą tajemną. Kapłani tej sekty nie mówili jeszcze wtedy językiem niezrozumiałym dla swoich kolegów, profesorów innych fakultetów.

Na początku naszego wieku ludzie oświeceni zdolni byli śledzić postęp nauki we wszystkich niemal dziedzinach. Żywe było zainteresowanie literaturą i teatrem; zwłaszcza w zaborze rosyjskim, jak w dawnej Grecji, teatr był niemal widowiskiem religijnym. Brak parlamentu i niezależnego życia politycznego, egzaltacja marzeń niepodległościowych, wszystko czyniło z teatru świątynię i salon polityczny; scena była ołtarzem, a kuluary rewią mody i kuźnią plotek. Cenzura carska tamowała i jednocześnie wyostrzała uczucia patriotyczne młodzieży. Wszystko bowiem, co było zakazane, nęciło i pobudzało wyobraźnię. Pamiętam afisz teatru „Rozmaitości”, na którym pod tytułem sztuki „Mazepa” widniały małe literki: Napisał J.S. Ojciec objaśnił mi, co te inicjały znaczą, i fakt, że historię miłości młodego Mazepy do pięknej wojewodziny opisał Juliusz Słowacki, nadawał specjalny patriotyczny sens każdej scenie. Jako dwunastoletni chłopiec pewien byłem, że Wojewoda to car, Wojewodzina to Polska, a Mazepa to Kościuszko. Starsi koledzy wyszydzili ten pogląd. Oczywiście Polską był Mazepa i dlatego został przez cara zamurowany.

Czarowały nas kostiumy teatralne i stroje narodowe dopuszczalne tylko na scenie. Bardzo mnie wtedy interesowało, czy szabla Mazepy była prawdziwa. Bogatsi w doświadczenie koledzy twierdzili, że na pewno jest z blachy, bo prawdziwej cenzura by nie puściła.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wspomnienia warszawskie Antologia 100/XX. Minibook 1 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI