To był maj

To był maj

Autorzy: Anna Konstanty

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 2.70 zł

Ewa, od wielu lat wdowa, matka blisko osiemnastoletniej Marty, ma dobrą pracę i ustabilizowane życie, ale wieczory spędza zwykle samotnie przed telewizorem. Gdy w majowy poranek w dniu swoich urodzin słyszy od córki, że właśnie została „ryczącą czterdziestką”, zaczyna lekko się niepokoić upływającym czasem. Tego samego dnia Marta wyciąga Ewę jako przyzwoitkę na spotkanie z poznanym kilka tygodni wcześniej Mateuszem.


Czy z potencjalnej dziewczyny naprawdę staje się potencjalną teściową dla męskiej części ludzkości? – zastanawia się Ewa, obserwując z ukrycia randkujących zakochanych. Czy w macierzyńskim zapamiętaniu nie przegapiła własnego czasu na miłość? – To pytanie dręczy ją jednak tylko do momentu, gdy z opresji ratuje ją pewien przystojniak…


– Piotr uważa, że łóżko w sypialni to bardzo wygodna trumna dla namiętności – powiedziałam przekornie. – Twierdzi, że takie rzeczy lepiej robić w dziwnych miejscach, bo to podgrzewa atmosferę.

– W takim razie nie będę kupował łóżka do takich rzeczy. Ostatecznie możemy kochać się pod prysznicem.

– Albo na podłodze przed kominkiem – zgodziłam się.

– Albo na leżaku przed domem – zaproponował.

– Ale bardzo cichutko, żeby nie płoszyć zajęcy – zastrzegłam. – Albo klasycznie, w samochodzie.

– Albo mniej klasycznie, na pomoście nad jeziorem.

– Zawsze też możemy wykorzystać jakieś pochyłe drzewo w lesie.

– Albo drugie drzewo w drugim lesie.

– Albo trzecie w trzecim? Możliwości są nieograniczone.

– No widzisz! – zgodził się. – Nuda nam nie grozi.

– Nuda nie, prędzej mandaty za obnażanie się w miejscach publicznych – powiedział do nas pan stojący w kolejce za nami.


Czterdzieste urodziny wcale nie muszą oznaczać kryzysu i zatopienia się w cieple puchowych kapci. Ewa, główna bohaterka najnowszej powieści Anny Konstanty, odrzuca wszelkie stereotypy i daje się ponieść emocjom.

Gorąca, pełna szaleństw książka, która sprawi, że codzienność ubierze się w zwiewną, majową sukienkę.

Polecam!


Agnieszka Krizel (Recenzje Agi)

www.nietypowerecenzje.blogspot.com


Anna Konstanty


Rocznik 1980, Lubuszanka. Miłośniczka nadodrzańskich krajobrazów, porannej kawy i deszczowych popołudni. Pierwsze opowiadanie napisała w wieku dwunastu lat. Laureatka kilkunastu konkursów literackich. Autorka tomiku „Wiosna i inne opowiadania”. Członek Zarządu Gubińskiego Towarzystwa Kultury. W 2014 roku została uhonorowana nagrodą Powiatu Krośnieńskiego za działalność kulturalną. Od dwudziestu pięciu lat nieprzerwanie pisze pamiętnik.

SPIS TREŚCI

CZWARTEK

PIĄTEK

SOBOTA

NIEDZIELA

PONIEDZIAŁEK

PIĄTEK

SOBOTA

PONIEDZIAŁEK

ŚRODA

CZWARTEK

PIĄTEK

SOBOTA

NIEDZIELA

WTOREK

ŚRODA

MINĄŁ MAJ…

ZNÓW BYŁ MAJ…

ZAKOŃCZENIE

CZWARTEK

– Rycząca czterdziestka. – Usłyszałam za plecami, zanim zobaczyłam w lustrze rozczochrane odbicie córki. Buchało z niej jeszcze, pachnące płynem do płukania, ciepło kołdry i poduszki. Była rozmazana, zaspana i ubrana w wygniecioną piżamę w uśmiechnięte księżyce. W dłoni trzymała pojedynczą czerwoną różę. Wsunęła kwiat pomiędzy mnie a lustro i cmoknęła mnie w policzek.

– Wszystkiego najlepszego – powiedziała.

– Umyj zęby – odparłam, wykrzywiając nos, ale było mi miło, że nie zapomniała o moich urodzinach.

– Dobrze, mamo.

– I uczesz się.

– Dobrze, mamo.

Spróbowała wepchnąć się bliżej lustra, ale nie pozwoliłam jej się odsunąć i, stojąc twardo na najlepiej oświetlonej pozycji, kończyłam tuszować rzęsy.

– Prosiłam dziewczyny, żeby nie robiły nic z okazji mojego posuniętego wieku, ale możliwe, że pójdziemy na jakiegoś drinka po pracy – uprzedziłam ją. – W razie czego odgrzej sobie makaron.

– Dobrze, mamo – wyjęczała i wypchnęła mnie z łazienki. – Idź, bo muszę na kibelek.

– Mięso też masz zjeść! – krzyknęłam przez zamknięte drzwi.

– Idź do pracy! – odkrzyknęła.

– I dziękuję za życzenia.

Zamknęłam oczy i z czułością pomyślałam o tym, że chociaż jej nie widzę, z pewnością stroi do mnie śmieszną minę. Pogłaskałam drzwi, z trudem powstrzymując się od ich pocałowania. Córka była największą miłością mojego życia, jedyną, która mnie nie zawiodła, nie oszukała ani nie zostawiła. Ze zgrozą myślałam o jej pełnoletności i wkraczających pomału do naszego życia „kolegach”, którzy odprowadzali ją do domu, wpadali na herbatę albo odnosili jakieś pożyczone przedmioty i zwracali się do mnie „proszę pani”. Nie pamiętam, kiedy uzmysłowiłam sobie, że dla przystojnych młodych mężczyzn przestałam być potencjalną dziewczyną, a zamieniłam się w potencjalną teściową, ale nie była to specjalnie przyjemna chwila. Niby byłam młoda, ale do określenia „młoda” niepokojąco często zaczęto dodawać słowo „jeszcze”. „Młoda” to co innego niż „jeszcze młoda”, bo „jeszcze” ma nieprzyjemny wydźwięk krótkiego terminu przydatności. „Jeszcze młoda” to ostatni przystanek przed „niemłoda”. Lada chwila czekało mnie więc „niemłoda, ale jeszcze się trzyma”, „niemłoda” i „babcia”. Na myśl o babci zaniepokojona spojrzałam w stronę łazienki, gdzie moja dorastająca córka rozpoczęła już zabiegi kosmetyczne, i postanowiłam kolejny raz „poważnie” z nią porozmawiać.

Z westchnieniem starej matki włożyłam buty oraz płaszcz i chwyciłam wypchaną torebkę, zerkając jednocześnie w lustro zawieszone przy wyjściu.

– Jesteś jeszcze młoda – wyszeptałam, sama sobie patrząc w oczy i próbując nadać temu spojrzeniu beztroskiego optymizmu, ale nie wyszło. Czterdziestka na karku przygnębiła mnie bardziej, niż chciałabym przyznać, a pod oczami wyraźnie zaznaczyły się cienie nieprzespanej nocy. Jakoś to tak w życiu jest, że kobiety dzieli się na te „przed” czterdziestką i te „po”. Przez kilka lat mogłam jeszcze pociągnąć określenie „około”, ale te kilka minie pewnie tak samo szybko, jak minęło poprzednie czterdzieści.

Przyjrzałam się własnej twarzy, umalowanej z okazji urodzin znacznie staranniej niż zwykle. Koloryt poprawiony dobrym pudrem wypełniającym zmarszczki, oko podkreślone mocniejszym cieniem do powiek, włosy świeżo farbowane chemikaliami, które miały za zadanie zwalczać oznaki siwizny. Jeszcze młoda i jeszcze się trzymałam. Jeszcze co któryś mężczyzna obejrzał się za mną na ulicy, ale bez szaleństw.

– Mamo, muszę z tobą poważnie porozmawiać.

– Jezus Maria! – przeraziłam się nie na żarty. Moja osobista córka unikała poważnych rozmów jak ognia, więc na taki tekst z jej ust wyobraziłam sobie wszystko, co najgorsze. Zwłaszcza że zaatakowała mnie nim od razu po wejściu do mieszkania, nie czekając, aż zdejmę buty, płaszcz czy cokolwiek innego.

– Nie rozbieraj się, proszę cię – wyjęczała, łapiąc mnie za nadgarstki, ale uspokoiłam się, widząc, że podskakuje z entuzjazmem. Nie mogło się stać nic złego, skoro uśmiechała się od ucha do ucha, a jej buzia emanowała radością.

– Poznałam chłopaka przez Internet – powiedziała.

– I? – spytałam. Niespecjalnie podobało mi się to zawieranie znajomości na odległość, ale wciąż sama siebie upominałam, że przecież trzeba iść z duchem czasu. Spróbowałam zrzucić pantofle, ale ona natychmiast wcisnęła mi je z powrotem na nogi.

– I on chce się spotkać.

– I? – spytałam znowu, powstrzymując się chwilowo przed kategorycznym zabronieniem jej spotykania się z chłopakiem z Internetu. Po moim trupie.

– I chodź ze mną!

– Ja? Gdzie? W życiu. – Zaskoczyła mnie. Przede wszystkim ulżyło mi, że nie postanowiła zobaczyć się z nim w tajemnicy i dać się zamordować na jakiejś drugorzędnej stacji kolejowej, ale pomysł uważałam za beznadziejny, a pośpiech w tym zakresie – za najzupełniej zbędny.

– Błagam cię, mamo! – jęczała. – Wiem, że są twoje urodziny i w ogóle tego nie planowałam, ale rozmawialiśmy na czacie i napisał, że dłużej nie wytrzyma i musi mnie spotkać osobiście. I choćby nie wie co, to będzie koło Palmiarni o osiemnastej, a ja mam zdecydować, czy przyjdę.

Zerknęłam na zegarek. Osiemnasta miała wybić za kwadrans. Postawiła mnie przed faktem dokonanym, nie dając nawet możliwości negocjacji.

– Nie mogłaś zadzwonić?

– Dzwoniłam sto razy! Gdzie masz telefon?

Odruchowo sięgnęłam do torebki, ale od razu przypomniałam sobie komórkę podłączoną do ładowarki pod biurkiem w pracy. Pamięć mi nawalała. Może to już kolejny objaw przemijającej młodości?

– Trudno – powiedziałam. – Spotkacie się następnym razem.

Trzeba być matką, żeby wiedzieć, ile można pozwolić, a ile zabronić własnemu dziecku. Wyraz twarzy mojej córki powiedział mi niezbicie, że niepozwolenie jej na tę nieplanowaną randkę, na którą już włożyła najlepsze ciuchy, cieniutkie rajstopy i moje (moje!?) buty na obcasie, groziło całkowitym rozpadem rodziny. Mina jej zrzedła, w oczach błysnęło rozczarowanie, natychmiast rozmazane łzami. Ramiona najpierw sklęsły w rezygnacji, a zaraz potem wyprostowały się buntowniczo.

– Dobrze – uległam. – Pozwolisz mi jeszcze zrobić siusiu?

– Nie pozwolę, musimy jechać!

– Niby czym? – spytałam. Samochód został na parkingu w centrum, bo po pracy faktycznie poszłam z koleżankami do knajpki i pozwoliłam sobie najpierw na piwo, a później na kilka lampek wina. Wracając do domu komunikacją miejską, zastanawiałam się, czy warto było dla paru kieliszków kołatać się w śmierdzącym autobusie, ale przecież nie codziennie kończy się czterdzieści lat!

– O matko! – zbulwersowała się moja córka. – Piłaś!

– O matko i córko! – odparowałam. – Zabronisz mi?

– To lecimy na autobus! – zarządziła i chwyciła mnie za rękę. W ostatniej chwili z trudem zdążyłam zamknąć na klucz drzwi do mieszkania.

Jakimś cudem autobus podjechał równocześnie z naszym dotarciem na najbliższy przystanek, o ile cudem można nazwać fakt, że pięćset metrów biegłyśmy chodnikiem jak oszalałe, obie wystrojone, wymalowane i na szpilkach. Ponieważ kondycja moja odbiega znacznie od kondycji mojego nastoletniego dziecka, przez cały czas byłam dobre kilka metrów za nią. Żeby ją dogonić, w połowie drogi do przystanku po prostu zdjęłam buty i wymachując nimi na wysokości twarzy przechodniów, przebiegając przejście dla pieszych na czerwonym i wymyślając Bogu ducha winnym kierowcom, dotarłam do autobusu bosa i zdyszana jak parowóz.

– Mam nadzieję, że doceniasz mój udział w twoim szaleństwie – wysapałam.

Marta w tym czasie wyszperała w torebce (mojej?!) puder oraz pomadkę i poprawiała swój wizerunek dla internetowego chłopaka. Postanowiłam, że rozmowę wychowawczą na temat pożyczania moich rzeczy przeprowadzę z nią później, bo potrzebowałam chwili na złapanie oddechu i włożenie butów. Wypiłam resztkę wody z małej butelki i spróbowałam zasłonić oczka w rajstopach, które porobiły się w trakcie sprintu po chodniku. Przy okazji urwał mi się też pasek od torebki i rozerwał szew w spódnicy, ale ponieważ to nie ja jechałam na randkę, mój rozchełstany wygląd specjalnie mnie nie stresował. Marta z kolei histeryzowała z powodu rozmazanego tuszu.

– A jeśli mu się nie spodobam?

– Niemożliwe. – Przyjrzałam się jej młodziutkiej, jasnej buzi. Im była starsza, tym bardziej upodabniała się do ojca. Miała kasztanowe włosy, śliczne brązowe oczy i brzoskwiniową cerę. Jej kobiecość rozkwitała powoli, ale już było widać, że jest w przededniu swojej pełni. W porównaniu z nią jak mogłabym określić siebie? Babie lato? Wczesna jesień? Ostatnio nawet zafarbowałam włosy na kolor opadających liści.

Chłopak stał przy fontannie prezentującej skarłowaciały glob zalany wodą z miejskiego wodociągu. Zielonogórska Palmiarnia stanowiła eleganckie tło dla jego wyprostowanej, spiętej sylwetki. Był nawet schludnie ubrany i uczesany. Trzymał w ręku bukiecik malutkich, kolorowych kwiatków. Zobaczyłyśmy go, zanim on zobaczył nas, a jak tylko ukazał się naszym oczom, Marta szarpnęła mnie w dół do pozycji kucznej, przyciskając plecami do pobliskiej latarni.

– Co jest? – oburzyłam się.

– Nie chcę, żeby zobaczył, że przyszłam na randkę z mamą – powiedziała teatralnym szeptem.

– To po jakiego grzyba mnie tu ciągnęłaś?

– Żebyś mi nie wymawiała, że jestem nieodpowiedzialna. Teraz przynajmniej widzisz sama, że jest niegroźny i nie ma ze sobą żadnych morderczych akcesoriów. I zobacz, jaki jest słodki, no zobacz!

Dyskretnie wychyliłyśmy głowy zza słupa i przyjrzałyśmy się chłopakowi w milczeniu. Wysoki, raczej chudy niż szczupły, ciemnowłosy. Raz po raz spoglądał na zegarek albo wyciągał z kieszeni telefon. Wyraźnie się niecierpliwił.

– Spóźniłam się – jęknęła Marta.

– Kocha, to poczeka – wygłosiłam. – Ale co ja mam teraz robić?

– Idź do domu albo posiedź tutaj. – Usłyszałam.

– Oszalałaś? Mam siedzieć pod latarnią w podartych rajstopach jak jakaś kurtyzana dla ubogich? – bulwersowałam się. Wracanie do domu bez niej zupełnie nie wchodziło w rachubę. Poza tym chciało mi się pić i sikać – nie wiedziałam, co bardziej.

– To idź do Palmiarni – doradziło mi dziecko. – My pospacerujemy dookoła, będziesz nas widziała przez okna. Zamówisz sobie kawę i ciasteczko i poczekasz, dobrze?

Chociaż byłam doskonale świadoma tego, że manipuluje mną za pomocą słodkiego głosu i trzepotania rzęsami, to zgodziłam się bez wahania. Nie miałam najmniejszej ochoty na dyskusję pod latarnią i instynktownie czułam, że Marta i tak pozostałaby głucha na wszelkie rozsądne argumenty. W momentach zakochania rozsądek nie ma dużej siły przebicia.

– Idź pierwsza i udawaj, że mnie nie znasz. – Usłyszałam, jeszcze zanim zostałam wypchnięta na chodnik prowadzący do kawiarni.

– I nie gap się, bo mi go wystraszysz!

Przy wejściu poprawiłam rozwiane włosy i od razu zapytałam dziewczynę za ladą o toaletę.

– Toaleta tylko dla klientów – poinformowała mnie oschle, jakbym była naciągaczką próbującą wyłudzić darmowe sikanie w jej ekskluzywnym kibelku.

– Oczywiście, zamówię za chwilę – powiedziałam jeszcze bardziej oschle niż ona. Zdenerwował mnie jej protekcjonalny ton i sztuczne paznokcie, które przesadnie eksponowała na blacie.

Przeszło mi przez myśl, że takie jak ona wyrzucam ze stażu po pierwszych dwóch tygodniach, bo przez długie pazury nie potrafią przepisać prostego tekstu do edytora.

– Proszę zamówić od razu – burknęła bezczelnie, czym wprawiła mnie niemal w osłupienie, ale zważywszy, że parcie na pęcherz stawało się dokuczliwe, postanowiłam darować sobie dyskusje.

– Poproszę gazowaną wodę z kostką lodu, kawę z mlekiem i jakieś ciastko – powiedziałam wyniośle i zabębniłam o blat swoimi naturalnymi paznokciami, które wyglądały znacznie lepiej niż jej tipsy.

– Dwadzieścia dwa pięćdziesiąt bez napiwku – wygłosiła znad kasy.

A jużci dostaniesz napiwek, bezczelna smarkulo. Sięgnęłam do torebki, która wisiała smętnie na naderwanym z jednej strony pasku, i wyszperałam portfel, pusty co prawda, ale przywykłam do tego, że wszędzie mogę zapłacić kartą.

– Niestety, mamy uszkodzony terminal – powiedziało słodko dziewczę za kasą. – Dzisiaj przyjmujemy tylko gotówkę.

– Proszę pani – wymusiłam z siebie to „pani”, bo nasuwała mi się raczej „gówniara”, „laleczka” albo „larwa”. – Nie mam przy sobie gotówki, a chciałabym się czegoś napić i skorzystać z toalety.

– Nic pani nie poradzę.

Rozejrzałam się po wnętrzu. Chciałam podnieść głos i powiedzieć, że to skandal i że dziś prawie nikt nie nosi przy sobie pieniędzy, ale przy stolikach siedziało kilkoro szczęśliwców, którzy widocznie jednak dysponowali gotówką. Zła i odrobinę zażenowana tym, że niektórzy zwrócili uwagę na moją przydługą rozmowę z ekspedientką, oczka w rajstopach i podartą spódnicę, zaczęłam przetrząsać torebkę w poszukiwaniu drobnych. Na szklankę niegazowanej wody powinnam uzbierać, ale czy to wystarczające zamówienie, by ta sztuczna hetera za ladą uznała mnie za klientkę?

– Zapłacę za tę panią. – Usłyszałam nad głową. Dziewczę zatrzepotało rzęsami i uśmiechnęło się uroczo, zgarniając z blatu należność wraz z napiwkiem.

– Jestem wdzięczna, ale… – Odwróciłam się, żeby powiedzieć, że niepotrzebna mi niczyja pomoc, bo przywykłam do tego, żeby w życiu radzić sobie w pojedynkę, ale za mną stał chłopak, jakiego nie co dzień spotyka się na ulicy. W Palmiarni – owszem, doskonale się komponował z egzotyczną roślinnością, dusznym zapachem południowych kwiatów i soczyście orientalnym kolorytem. Mógł akurat kręcić reklamówkę dla firmy odzieżowej albo pozować do jakiejś rozkładówki, w pobliżu pewnie czekała już zaborcza asystentka i limuzyna z przyciemnionymi szybami, bo tak atrakcyjni mężczyźni nie chodzą tak po prostu po ulicach. Ja przynajmniej nigdy takiego nie spotkałam.

Był przede wszystkim młody. Albo energiczny. Albo młody, albo energiczny, bo jakoś nie potrafiłam określić, w każdym razie buchało z niego coś takiego, że niemal z rozpaczą wspomniałam swoje czterdzieści lat. On miał młodość w oczach i uśmiechu, modne ubranie osłaniało ciało, które również było pełne życia, energii, zapachu i takiej jakiejś…

– Nie ma sprawy – uśmiechnął się i wrócił do stolika przy oknie.

Chwilowo zabrakło mi języka w gębie, więc poszłam do wytęsknionego ustronnego miejsca, odrobinę się ogarnęłam i wróciwszy do wnętrza kawiarni, podziękowałam mu za pomoc.

– Proszę mi zapisać numer telefonu, zadzwonię, poda mi pan numer konta i zwrócę należność – powiedziałam.

– Nie ma potrzeby – odrzekł uprzejmie. – Wystarczy, że napije się pani ze mną kawy.

Dopiero wtedy zauważyłam, że na jego stoliku, obok na wpół opróżnionej szklanki z colą stoi moje zamówienie. Jeszcze raz rozejrzałam się po wnętrzu, po pierwsze – nikt nie zwracał na mnie uwagi, a zapewne zwróciłby, gdybym zaczęła przenosić szklanki i talerzyki od stolika do stolika, po drugie – miejsce przy samym oknie zapewniało świetny widok na Martę spacerującą bardzo wolnym krokiem z chłopakiem, który już zdążył podarować jej bukiecik, po trzecie – ekspedientka dałaby się pokroić, żeby być na moim miejscu, więc postanowiłam zrobić jej na złość. Ona, ze swoim wyglądem lalki Barbie prosto z pudełeczka, pasowałaby do chłopaka znacznie lepiej niż ja, ale proszę – zaproszono mnie, nie ją.

– Dziękuję – powiedziałam, siadając. – Zwykle mam przy sobie dość pieniędzy, żeby kupić sobie szklankę wody, ale dzisiaj… dzisiaj jest zupełnie zwariowany dzień.

Postanowiłam nie opowiadać mu, że skończyłam właśnie czterdziestkę, wypiłam odrobinę za dużo wina, dałam się wyciągnąć na randkę córki jako obstawa i obudziłam w sobie demoniczny strach przed dniem, gdy Marta się zakocha i odstawi mnie na boczny tor, bo zupełnie nie wyglądał na człowieka, którego interesują takie zgredowskie problemy.

– Proszę sobie wyobrazić, że mój też – odparł. – Widzi pani tę parkę tam?

Spojrzałam we wskazanym kierunku i z przerażeniem stwierdziłam, że pokazuje na Martę. Z trwogą pomyślałam o tym, że ze swoją orientalną urodą może być naganiaczem z jakiegoś burdelu na Wschodzie…

– To mój brat – wyjaśnił, a mnie kamień spadł z serca. – Zakochał się przez Internet. Powiedział, że jak nie zawiozę go do Zielonej Góry na osiemnastą, to umrze z rozpaczy, bo ani jednej godziny dłużej nie przeżyje bez tej dziewczyny.

Zrobiło mi się ciepło koło serca i chłopak za szybą od razu wydał mi się sympatyczniejszy. Moja córka przy nim nie wyglądała jak dziewczynka, za jaką ją wciąż uważałam. Była wysoka, smukła, uśmiechała się zalotnie i śmiało patrzyła mu w oczy. Pozwalała się adorować z pełnokrwistą, kobiecą kokieterią. On nieporadnie próbował ją objąć albo złapać za rękę, ale wciąż go zwodziła.

Jakże pozazdrościłam im emocji towarzyszących takim pierwszym zalotom, nieśmiałym, ale już świadomym tego, do czego zmierzają. Stojącym wciąż przed wszystkimi rozkoszami miłości, oczarowania, pierwszej fizycznej fascynacji i tymi zdziwieniami, które towarzyszą pierwszym razom. Maj, który od niedawna opanował miasto z całym dobrodziejstwem inwentarza, asystował im w tych zalotach ze śpiewem ptaków i powiewami pachnącego ziemią powietrza.

– I nie mogłeś odmówić? – Bezwiednie przeszłam na „ty”, ponieważ jakoś skojarzyłam go z rówieśnikami Marty, a oni wszyscy życzyli sobie, by mówić do nich po imieniu.

– Nie chciałem go mieć na sumieniu.

Postanowiłam nie przyznawać się, że znam obiekt uczuć jego brata, i wyciągnąć o nim trochę informacji.

– Ile lat ma twój brat? – spytałam.

– Dziewiętnaście – odparł. – Właśnie zdaje maturę, ale nie wydaje się tym specjalnie przejęty. Łazi, snuje się, udaje, że czyta.

– Zakochany. – Nie potrafiłam ukryć rozrzewnienia w głosie. – A co planuje po maturze?

– Chce być studentem.

– Jakiego kierunku?

– Jeszcze nie wie. Mnie się widzi, że chodzi raczej o sam fakt zostania studentem i wyprowadzenia się od rodziców, teraz pewnie będzie szukał czegoś w Zielonej Górze, żeby być bliżej dziewczyny. – Wypił resztę coli i spojrzał wymownie na lalkę przy ladzie. Natychmiast zjawiła się przy nim z notesikiem w ręku i lukrowanym uśmieszkiem na ustach.

– Czym mogę służyć? – zaćwierkała.

Zamówił jeszcze raz to samo i zupełnie zignorował jej podrasowane wdzięki, czym natychmiast zaskarbił sobie moją sympatię.

– A brat skąd jest? – Wróciłam do interesującego mnie tematu. Miałam rzadką okazję zasięgnięcia języka o ewentualnym przyszłym zięciu.

– Jesteśmy z Gubina – odparł.

– To tam, gdzie przejście graniczne?

– Tak, jakieś sześćdziesiąt kilometrów stąd. Godzina drogi, w porywach można przejechać do czterdziestu minut. Nie tak daleko, ale mam nadzieję, że nie będzie mnie tu ganiał codziennie.

Nie wiedziałam, co na to powiedzieć. Kto mógł przewidzieć, jak się rozwinie ta internetowa miłość?

– Ładna dziewczyna, prawda? – Pierwszy przerwał milczenie.

– Śliczna – odpowiedziałam, nie musząc się nawet przyglądać.

– Wydaje się trochę zarozumiała, ale mam nadzieję, że to ten szczególny rodzaj eleganckiej wyniosłości, trzymającej kobietę na dystans od facetów, którzy nie są jej warci.

Roześmiałam się.

– Istnieje taki rodzaj wyniosłości?

– Oczywiście, ale nie da się go wyuczyć. Z tym trzeba się urodzić – powiedział i spojrzał mi prosto w oczy, zupełnie jakby próbował ze mną flirtować albo oczekiwał, że rozpocznę polemikę. Bynajmniej nie zamierzałam dyskutować na ten temat, dziwnie się poczułam pod wpływem jego spojrzenia, więc przeszłam do omawiania korków na drodze, pogody i stanu okolicznej sieci wodno-kanalizacyjnej – bezpiecznych, jałowych tematów wałkowanych przez wszystkich dla zabicia czasu.

Marta z adoratorem w tym czasie cztery razy zeszli i weszli po schodach umiejscowionych malowniczo między rzędami winorośli, a po piątym zniknęli na dłuższą chwilę. Domniemywałam, że siedzą na ławeczce zakochanych i nawzajem łowią swoje spłoszone spojrzenia, ale usłyszałam jej głos za plecami:

– Mamo, poznaj Mateusza.

Wstałam odrobinę skonsternowana.

– Mamo? – Dobiegło mnie rozbawione pytanie człowieka, który zapłacił za moją kawę.

– Marto, poznaj Adriana – zagłuszył je odrobinę jeszcze chłopięcy głos Mateusza.

Adrian nie skomentował faktu, że od dłuższego czasu wyciągam od niego informacje, ale kiedy młodzi poszli coś sobie zamówić, cmoknął na mnie z umiarkowanym uznaniem.

– Sprytnie.

– Dziękuję – odparłam uprzejmie.

– Ale mogłaś powiedzieć, zaoszczędziłbym sobie domysłów – powiedział, też przechodząc na „ty”, czego w tamtej chwili nawet nie zauważyłam.

– A jakież to domysły może budzić moja skromna osoba? – spytałam przekornie, być może nawet zaczynając flirtować.

Upił łyk napoju i zaczął mówić:

– Wyobraź sobie, że jedziesz samochodem po ruchliwej drodze miejskiej, załóżmy zielonogórskiej, odwozisz kogoś gdzieś na wskazaną godzinę, więc dość się spieszysz, ale zatrzymujesz się przed każdym czerwonym światłem, ufając naiwnie, że inni zrobią to samo. Nagle, mimo twojego zielonego, wpada ci na samochód rozczochrana kobieta z pantoflami w ręku, wymyśla ci od ślepych kretów i wali obcasem w maskę. Myślisz sobie, że coś musiało się stać, coś niezwykle ważnego, skoro tak jej się spieszy, że ryzykuje życie, ale po kwadransie spotykasz ją w kawiarni spokojnie zamawiającą kawę i ciastko…

Z trwogą popatrzyłam, czy Marta jest wystarczająco daleko, by tego nie słyszeć. Z jego perspektywy historyjka nie świadczyła o mnie najlepiej.

– Marta wzięła mnie z zaskoczenia – zaczęłam się tłumaczyć. – Ciągnęła mnie rozhisteryzowana i krzyczała: „szybciej, szybciej”… Hej, nie walnęłam obcasem w maskę!

– Faktycznie – roześmiał się – to dodałem od siebie.

W Palmiarni spędziliśmy jeszcze godzinę. Młodym kompletnie nie spieszyło się do rozstania, więc przeciągali rozmowę, zamawiali jeszcze coś do picia, jeszcze coś do pochrupania, jeszcze wyciągali jakieś wspólne historie internetowe, których nie potrafiłam pojąć. W końcu zaczęłam dawać Marcie znaki, że czas wracać do domu, zanim mój żołądek zacznie głośno oznajmiać wszem wobec, że jest pusty i domaga się jedzenia.

– Może pojedziemy na pizzę – wymyśliła latorośl radośnie, ale postanowiłam sprzeciwić się kategorycznie.

– Zanim dobijemy do domu podmiejskim, będzie dziewiąta – zaprotestowałam – a rano trzeba wstać.

Mateusz mrugnął na Adriana i odeszli na kilka kroków porozmawiać na osobności. Schowali się za grubym pniem jakiejś palmy, ale ponieważ na zewnątrz zmierzchało, doskonale widziałam ich sylwetki i gesty odbite w szybie. Uścisnęli sobie dłonie w jakiś dziwaczny, młodzieżowy sposób, używając do tego samych palców, i trącili się ramieniem. Mateusz żywo gestykulował i rozpływał się w uśmiechach, z czego nietrudno było wywnioskować, że opowiada, jak jest zachwycony Martą. Marta, korzystając z tego, że zostałyśmy same, z równie żywą gestykulacją opowiadała mi, jak jest zachwycona Mateuszem.

– Widziałaś, jaki przystojny? – Przewracała oczami.

Nad jej głową znów zerknęłam na odbite sylwetki chłopaków. Obaj byli atrakcyjni, ale Mateusz był jeszcze chłopcem, ładnym co prawda, ale odrobinę za szczupłym i za wiotkim, żeby nazwać go mężczyzną. Poza tym z całą swoją schludnością, uprzejmością i galanterią przypominał mi ucznia jakiegoś przyklasztornego gimnazjum dla młodzieńców z dobrych domów. Adrian za to wszystkie męskie atrybuty miał już doskonale rozwinięte, co stwierdziłam mimochodem na zasadzie porównania. Z twarzy był nawet podobny do młodszego brata, obaj mieli bardzo ciemne, właściwie czarne oczy w ciemnej oprawie gęstych brwi i rzęs, proste nosy i przecudnej urody usta, w których górna warga wydawała się jakby odrobinę większa od dolnej i przydawała twarzy uroczo-całuśnego wyrazu. Ale on przy tym wszystkim był taki bardziej… pornograficzny. Taki jakiś, że od razu kojarzył się ze scenami dla dorosłych. Tak szczelnie wypełniał wszystkie elementy ubrania, że nie sposób było nie myśleć o jego mięśniach, skórze, tudzież innych elementach cielesnej architektury. Proporcjonalnie zbudowany, ubrany w wąskie spodnie i skórzaną motocyklową kurtkę, z przydługimi włosami opadającymi na czoło, był zupełnie jak z filmu o niepokornych nastolatkach z Hollywood.

– Odwieziemy was – zaproponował Mateusz, kiedy wrócili.

Próbowałam oponować, głównie z powodu wrodzonej niechęci do tego, aby podawać obcym miejsce zamieszkania, ale Marta od razu wyśpiewała cały adres łącznie z numerem mieszkania.

Wychodząc, pozwoliłam Adrianowi otworzyć przed sobą drzwi i objąć się w pasie. Nawet z daleka słyszałam, jak barmanka zgrzyta zębami z zazdrości.

Centralny zamek samochodu zadziałał z daleka i Marta z Mateuszem zajęli miejsca z tyłu, zanim ja zdążyłam pokonać całą odległość parkingu. Siłą rzeczy usiadłam z przodu i, odwracając się od czasu do czasu, zaglądałam, co robią na szerokiej kanapie. Szeptali do siebie, zachowując stosowną odległość, ale oboje położyli dłonie tak, że ich małe palce stykały się ze sobą. Wzruszył mnie ten objaw powściągliwego szukania kontaktu, choć nie byłam pewna, czy gdyby zostali sami, poprzestaliby tylko na tym. Odkąd Marta zaczęła dorastać, uważałam, że młodzież jest zdecydowanie zbyt postępowa w realizacji fizycznych zbliżeń.

Wolno przejechaliśmy przez centrum miasta i ustawiliśmy się w kolejce do skrętu w prawo. W samochodzie cichutko pobrzękiwało radio i miarowo pstrykał włączony kierunkowskaz, ale generalnie cisza była dość gęsta i krępująca, zwłaszcza że młodzież z tyłu wyraźnie starała się ukryć, co do siebie mówi. Niecierpliwie poszukałam tematu do rozmowy:

– Czym się zajmujesz, Adrianie?

Oderwał wzrok od jezdni i skierował go na mnie.

– Właśnie skończyłem wymarzone studia i zamierzam poszukać pracy w zawodzie – powiedział.

Miałam spytać jakie, ale Marta zaczęła chichotać.

– Patrzcie. Na jedenastej – wykrzyknęła.

Prawie na wprost przedniej szyby zataczał się na chodniku jakiś pijaczek prowadzony przez odrobinę mniej nietrzeźwego kolegę. Obaj byli średnio czyści i średnio atrakcyjni, a ten bardziej pijany najwyraźniej zgubił gdzieś pasek, bo trzymał w garści wymykające mu się spodnie. Bielizną, niestety, nie dysponował, wobec czego raz po raz częstowani byliśmy widokiem jego wymiętych, porośniętych siwymi włosami genitaliów. Nienaturalnie duże jądra zwisały mu prawie do kolan.

– Uuuu – skrzywili się jednocześnie obaj chłopcy. Marta nadal chichotała. Wystraszyłam się, że wypali z jakimś niestosownym komentarzem, więc zmieniłam temat:

– Zapomniałam kupić ziemniaków – powiedziałam szybko – i pietruszki.

Na moje słowa wszyscy wybuchnęli śmiechem.

– Gratuluję szybkości kojarzenia – powiedział do mnie Adrian, po raz pierwszy demonstrując mi cudowny, szeroki uśmiech. – Oby tylko nie działało to także w drugą stronę.

Położyłam się spać dużo później niż zwykle, a i tak nie mogłam zasnąć. Wino wywietrzało mi z głowy, pozostawiając nieprzyjemny, ćmiący ból. Marta też kręciła się po mieszkaniu i skrzypiała drzwiami, raz po raz wyrywając mnie z płytkiego, niespokojnego snu.

Kotłowały się we mnie wydarzenia całego dnia, a mieszanka emocji, będąca ich efektem, powodowała niepokój i nudności. Próbowałam sama siebie pocieszać, że rano wstanie nowy dzień i wszystko będzie się toczyło swoim zwykłym, uporządkowanym rytmem, tak samo jak działo się przez ostatnie tygodnie, miesiące i lata, ale, nie wiedzieć czemu, takie pocieszenie wcale nie dawało mi ukojenia. Wręcz przeciwnie. Skończyłam czterdzieści lat, moja córka kwitła pięknym, wiosennym uczuciem do chłopca, który prawdopodobnie wypełni jej czas poświęcany dotychczas mnie, a w moim życiu nic się nie zmieniało. Ta sama praca, te same przyzwyczajenia, ci sami ludzie spotykani codziennie w drodze do pracy. Zaczęłam myśleć o tym, jak będzie wyglądało moje życie bez niej. Smutne życie w pojedynkę w za dużym mieszkaniu z dwiema sypialniami. Niemal zobaczyłam, jak się starzeję na własnej kanapie, z kieliszkiem wina w ręku, przykryta ulubionym szarym kocem, do którego stopniowo upodobni się moja twarz.

Może trzeba było szukać szczęścia, kiedy był jeszcze na to czas? Chodzić na te wszystkie aranżowane randki z kuzynem koleżanki, sąsiadem ciotki Matyldy albo bratem szwagra kasjerki ze spożywczego? Każdy z tych protegowanych kandydatów na męża miał być takim dobrym człowiekiem i mieć takie wspaniałe podejście do dzieci.

– Jeśli nie dla siebie, to dla dobra dziecka, Ewuniu. – Słyszałam dziesiątki razy, a ja uparcie, dla dobra dziecka, wolałam jednak spędzać czas z nim, zamiast szukać mu nowego tatusia.

Gdyby jeszcze któryś z owych absztyfikantów był choć w połowie tak przystojny jak… no, dajmy na to, jak Adrian. Kiedyś chyba w ogóle nie było takich facetów jak on, takich zbudowanych, zadbanych, z takim niezwykłym uśmiechem. Gdyby faktycznie pozował do rozkładówek, z przyjemnością powiesiłabym sobie jego zdjęcie przy łóżku.

Westchnęłam głośno i odpędziłam od siebie obraz jego ciała odzianego w skąpą bieliznę, ale on wracał uparcie mimo kolejnych westchnień.

PIĄTEK

Następnego ranka, w drodze do pracy, postanowiłam zrezygnować z windy i pomaszerowałam na swoje piętro schodami. Noga za nogą, w takt echa własnych kroków, pogrążałam się znów w sennych fantazjach. Moje życie erotyczne wciąż niewzruszenie tkwiło w sąsiedztwie paleozoicznych skamielin, ale nagle, po raz pierwszy od lat, zaczęło mnie to dziwnie uwierać. Miałam przecież sprawne ciało o nienajgorszym kształcie, dłonie, usta… Miałam wszystko, co w życiu erotycznym odgrywa znaczące role. Miałam nawet seksowną bieliznę, kupowaną od czasu do czasu pod wpływem jakiegoś filmu lub książki, i pierwszy raz od wieków zapragnęłam, żeby ktoś ją na mnie zobaczył! I to nie ktoś, byle kto, ale ktoś podniecający, ktoś warty uwagi, ktoś, kto potrafiłby sprawić, że ciało sztywnieje, serce przyspiesza, a krew buzuje jak chłodny szampan w eleganckim kieliszku na wysokiej nóżce.

Z chichotem i stukaniem obcasami minęła mnie dwójka młodych ludzi z mojego piętra. Zdaje się, że ona próbowała uciec przed jego dążeniami do podszczypywania albo pocałowania jej na półpiętrze, ale z tego, co słyszałam, nie broniła się szczególnie zaciekle. Szef nie pochwalał romansów w pracy, więc od jakiegoś czasu usiłowali się kryć z uczuciami, ale trzeba być ślepym i głuchym, żeby nie rozpoznać pary zakochanych. Wodzili za sobą oczami jak szczeniaczki za piszczącą zabawką, ona podsuwała mu smakołyki w przerwie na śniadanie, a on dziesięć razy dziennie miał jakiś interes przy jej biurku.

– Dzień dobry, pani Ewo.

– Dzień dobry, pani Ewo – przywitali się po kolei.

– Dzień dobry – odpowiedziałam z uprzejmym rozbawieniem i przystanęłam, żeby mogli przejść.

Traktowałam ich trochę jak dzieci, bo przyszli do firmy zaraz po szkole i uczyli się odpowiedzialności niemal na moich oczach. Do tej pory bawiły mnie ich podchody i powłóczyste spojrzenia rzucane sobie ponad słuchawką telefonu, czasem nawet dawałam im coś, co mieli zrobić razem, bo świetnie się dogadywali również w sprawach służbowych.

Wtedy na schodach pierwszy raz pomyślałam, że zakochanie nie jest zarezerwowane dla młodych. Że ja też tak chcę!

W małej kuchence na zapleczu przygotowałam kawę dla siebie i dla Piotrka. Piotrek był Piotrkiem tylko dla mnie, dla pozostałych był panem Piotrem, założycielem firmy, która od kilku lat zbierała obfite żniwo jego zaangażowania i umiejętności.

Byłam z nim od początku istnienia firmy, a raczej nawet chwilę przed. Po śmierci mojego męża Piotrek był jedynym mężczyzną, który wydał mi się wart czasu zabieranego Marcie. Urzekł mnie tym, że któregoś razu na spacerze przystanął nagle i z rozbrajającą szczerością wyznał mi, że się we mnie zakochał. Dwa miesiące później z równie rozbrajającą szczerością powiedział, że już się odkochał, a jego sercem zawładnęła inna kobieta, o ironio, o tym samym imieniu, ale do tej pory skończyłam kurs samodzielnej księgowej i byłam zatrudniona w jego firmie za nieduże pieniądze. Zbyt nieduże, by się mnie pozbywać z tak błahego powodu jak odkochanie.

Potem firma się rozrosła, zatrudnialiśmy coraz więcej ludzi, zmieniliśmy siedzibę, ja stałam się prawą ręką szefa, a szef trzymał z dala od firmy wszystkie kolejne Ewy, Magdy, Roksany i inne warte kochania dziewczęta, które, jak mi się wydawało, z biegiem lat stawały się coraz młodsze. Nikt nie wiedział, że kiedyś byliśmy razem, nawet ja zapomniałam o tym z upływem kolejnych lat bilansowych, chociaż od czasu do czasu puszczał do mnie oko i mówił, że niepotrzebnie się rozstaliśmy.

Podałam mu kawę jak zwykle i jak zwykle spytałam, jak mu się spało. Jeśli był we frywolnym nastroju, wspominał również o tym, z kim spało się tym razem, a ja nieodmiennie przypominałam mu o rozsądku i antykoncepcji.

Kilka godzin po kawie poprosił mnie do siebie i wręczył wielki bukiet róż w stonowanym, herbacianym kolorze.

– Przepraszam, że nie pamiętałem wczoraj – pokajał się.

– O czym? – spytałam zaskoczona, bo mimo wieloletniej znajomości nigdy nie kupował mi kwiatów.

– O twojej czterdziestce – powiedział głośno i zamknął drzwi gabinetu.

– Daj spokój. To niby taka szczególna okazja?

– Czterdziestka to dość ważne wydarzenie. Można powiedzieć, że kamień milowy w życiu kobiety.

– A ty postanowiłeś mnie tym kamieniem docisnąć do gleby – warknęłam z wyrzutem. – Do wczoraj czułam się jeszcze zupełnie normalnie. Od wczoraj mam wrażenie, że postarzałam się o dziesięć lat i zaczęłam się nad sobą użalać jak stara baba.

– Ty nigdy nie będziesz stara – roześmiał się. – Starość to stan umysłu.

– W takim razie dzisiaj wysyłam swój umysł na urlop i wychodzę godzinę wcześniej, o ile oczywiście nie masz nic przeciwko temu.

– Nie ma sprawy, potraktuj to jak prezent z okazji przekroczenia magicznej granicy.

– Wolę taki niż kwiaty. Pozwól, że zostawię je na twoim biurku, żeby nie wzbudzać sensacji wśród innych. Gotowi pomyśleć, że próbujesz mnie uwieść.

– Pozwalam. A przed wyjściem nie zapomnij przelać mi dyszki.

– Nie zapomnę. – Wymownie machnęłam ręką.

Zanim jeszcze firma zaczęła przynosić pokaźne zyski, Piotrek powierzył mi wszystkie loginy i hasła do kont, także prywatnych. Można powiedzieć, że zarządzałam pieniędzmi, ludźmi i dokumentacją. Moje stanowisko na pewno dumnie by brzmiało z angielska. Kapitał żelazny, który nie był przeznaczany na rozwój firmy, inwestowałam długoterminowo, na rachunkach bieżących zakładałam krótkoterminowe lokaty, choćby jednodniowe, jeśli pieniądze miały czekać na jakiś większy wydatek. Lubiłam przyjść do pracy w poniedziałek rano i policzyć, ile zysku przyniosły moje operacje w ciągu weekendu. Zarządzałam również prywatnymi pieniędzmi Piotrka, ale polegało to głównie na pilnowaniu, żeby nie wydawał za dużo. W piątki moim stałym obowiązkiem było uzupełnić jego rachunek bieżący do pełnych dziesięciu tysięcy złotych. To był jego tygodniowy limit, bo miał zasadę, że żadna podrywka nie jest warta więcej niż dyszkę na tydzień. Zgadzałam się z tym, chociaż niektóre potrafiły wyczerpać limit do ostatniej złotówki.

Przed wyjściem z pracy zadzwoniłam do Marty. Z okazji urodzin postanowiłam zrobić coś dla siebie, żeby poczuć się lepiej i stworzyć okazję do szczerej rozmowy matki z córką. Zamierzałam zaproponować jej wspólne wyjście na basen i do sauny. Może nawet udałoby mi się zapisać nas obie na masaż…

– Mamunia, umówiłam się z Mateuszem – wykręcała się przez telefon.

– Kiedy?

– Teraz właśnie się umawiam, na czacie.

– Na czacie?

– Na czacie na fejsie.

– Boże, dziecko, mów do mnie po polsku, nie jesteś w szkole? – zdenerwowałam się.

– Jestem w szkole, ale mam Internet w komórce – wyjaśniła. – Mati chce mnie zaprosić na pizzę i na spacer.

– Koniecznie dzisiaj? – spytałam, ale nie wspomniałam o swoich planach, nie chciałam stawiać jej w sytuacji wyboru. A może nie chciałam poznać rezultatu takiego postawienia.

– Koniecznie dzisiaj. I prosto po szkole polecę po niego na PKS, więc nie wiem, o której będziemy.

– Będziemy?

– W domu, na obiedzie. Chyba zaprosimy go na obiad?

Pozostało mi wykorzystać wolną godzinę na zakupy w spożywczym.

To był maj

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8083-655-6

© Anna Konstanty i Wydawnictwo Novae Res 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Monika Turała

KOREKTA: Emilia Kapłan

OKŁADKA: Anna Gręda

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

To był maj Wiosna i inne opowiadania 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter