Góry umarłych

Góry umarłych

Autorzy: Tomasz Hildebrandt

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 20.74 zł

Jeszcze żaden polski autor nie pisał jak Jo Nesbo.

Strach, zmowa zmilczenia, ponure echa mrożących krew w żyłach wydarzeń z przeszłości. W okolicach Cisnej w tajemniczych okolicznościach znika 10-letni chłopiec. Zadanie rozwiązania zagadki spoczywa na barkach nadkomisarza Andrzeja Bondara. Grono podejrzanych szybko się rozszerza: należą do niego także miejscowi notable i ukraińscy przedsiębiorcy, powszechnie kojarzeni z mafią. Okazuje się też, że to już kolejny przypadek zaginięcia dziecka w tej okolicy. Śledztwo zatacza coraz szersze kręgi, a Bondar, chcąc nie chcąc, daje się wciągnąć w bagno podejrzeń, pomówień i niechęci, w której miejscowa społeczność żyła od lat. Intruz z zewnątrz burzy układy i rozbija skorupę milczenia, skupiając na sobie nienawiść „tutejszych”. Do głosu dochodzi także jego własna, pogmatwana przeszłość. Obudzone upiory są żądne krwi, a czasu na rozwiązanie zagadki jest coraz mniej…

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/Panczakiewicz Art.Design

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Anna Sawicka-Banaszkiewicz, Elżbieta Steglińska

Konsultacja: Alla Romanowska

Copyright © for the text by Tomasz Hildebrandt

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2017

ISBN 978-83-287-0810-5

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

„Nie da się zwyciężyć mocy Mordoru”.

Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia, reż. Peter Jackson,

scen. Frances Walsh, Philippa Boyens, Peter Jackson

na podst. powieści J.R.R. Tolkiena, premiera 2001 r.

Spis treści

PROLOG

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

EPILOG

PROLOG

Słońce powoli chowało się za pofałdowanym horyzontem Bieszczad i zgasło, zabierając ze sobą resztę światła. Zupełnie jakby ktoś nagle wyłączył lampę i nie zamierzał jej już więcej zapalać. Pełznący od strony gór cień zalał po brzegi cały krajobraz i zamienił kolory w odcienie szarości. Złota jesień stała się jesienią ponurą, prawdziwą.

Ostatni piękny dzień tego roku – podejrzanie wesołym głosem anonsował przed paroma godzinami spiker w radiu. Satysfakcją napawało go chyba odchodzące lato lub, co bardziej prawdopodobne, zbliżająca się zima. Wygłaszał przy tym takie peany na temat piękna umierającej przyrody, jakby była co najmniej konającą ojczyzną w inscenizacji przegranego powstania. Widocznie zapomniał, że śmierć jest mroczna i lodowata jak przedzimowe noce i nie ma w niej absolutnie nic pięknego.

Andrzej zerknął na zegar, minęła dziewiąta. Podkręcił ogrzewanie do maksimum i uruchomił nawiew, im wyżej piętrzyła się wokół niego ziemia, tym silniej odczuwał górskie zimno. Do Leska zostało jeszcze parę kilometrów, choć według planu dawno powinien już tę mieścinę minąć i dotrzeć na miejsce. Przytrzymały go korki przy wyjeździe z Rzeszowa, a potem jeszcze wypadek w okolicy Humnisk. Znowu jakiś idiota pomylił gminną drogę z torem wyścigowym, a swojego starego golfa z bolidem. Dwie godziny piętnaście minut, które wskazywała nawigacja, zmieniły się w ten sposób w trzy, a do przejechania pozostała jeszcze co najmniej jedna. Nie będzie szarżować, skutecznie go do tego zniechęcił widok rozprutej jak puszka mielonki maski rozbitego volkswagena i poszatkowanych blachami pasażerów w środku.

Pęd do powszechnego samobójstwa czy masowego morderstwa? Pokręcił głową, by odpędzić natrętne myśli. Stanowczo zbyt dużo czasu spędzał na próbach rozwiązania nierozwiązywalnego. Jak gdyby świat zmierzał w jakimś określonym celu, a on posiadł nadprzyrodzoną moc zrozumienia wszystkiego. A i tak za każdym razem dochodził do tego samego wniosku: jest jak jest, chyba że ktoś ważniejszy od niego zadecyduje inaczej. Badura, sąsiad pijaczyna z rodzinnego wieżowca na Ursynowie, miał w tym względzie zupełną rację, a nie kosztowało go to ani jednej abstrakcyjnej myśli. Dojrzał prawdę przez denko pustej butelki, bo porządek świata według niego był przejrzysty jak wóda: każdy ma swoją truciznę, tylko niektórzy jeszcze o tym nie wiedzą. I to ona nami rządzi, nie my nią. Gul.

Andrzeja ogarnęła senność, którą przeganiał z coraz większym trudem. W reflektorach mignęła zielona tablica witająca go w Lesku. Wyprężył się i odetchnął głośno, zostało niecałe czterdzieści kilometrów.

Skąpane w mdłym żółtawym świetle ulice lśniły jak po deszczu, dwoje przechodniów karnie czekało przy przejściu dla pieszych, aż przejedzie, nikt nie jest w stanie uwierzyć w dobre intencje kierowcy. Andrzej przeczesał wzrokiem mijane kamienice i szklane pawilony w poszukiwaniu jakiegoś przyjaznego lokalu, ale niczego interesującego nie dojrzał. Miasto wyglądało na wymarłe. Nic zresztą dziwnego, Bieszczady żyją rytmem turystów, nie mieszkańców, a sezon się właśnie zakończył. Jesień nie oznacza tu umierania przyrody, oznacza zagładę wszystkiego.

Przebił się przez Lesko jak przez kostkę miękkiego masła. Po minięciu ostatnich zabudowań ciemność przytłoczyła go z podwójną mocą, zamknęła w kordonie ciężkich wzniesień. Nie widział ich, zlewały się w jedną masę z czarnym niebem, ale czuł ich monumentalną obecność po obu stronach szosy. W rzeczywistości ledwo pagórki, ale i tak budziły w nim niechęć. Andrzej nie wiedział, czy bardziej boi się gór, czy bardziej ich nienawidzi. Bez określonego powodu, uczuciem czystym i niezmąconym logiką, jak bez powodu od pierwszego wejrzenia nienawidzi się niektórych ludzi. Jedyne wysokości, z którymi do tej pory miał do czynienia, to dziesięciopiętrowe granie socjalistycznych blokowisk, a dzicz kojarzyła mu się wyłącznie z wielkomiejską dżunglą. Na wsi był zaledwie parę razy w życiu i nigdy nie potrafił wyzbyć się irracjonalnego wrażenia przekraczania granic. Jeśli nie światów, to przynajmniej odrębnych kontynentów. Bardziej obco czuł się w polskiej Koziej Wólce niż w azjatyckim Bangkoku.

Kolejny atak senności odparł dźwiękami muzyki. Ściana decybeli uderzyła w niego niczym trzydziestotonowa ciężarówka z drewnem, przyspieszyła tętno. Utwory The Berzerker trudno nawet nazwać muzyką, to wariacja złożona z najczarniejszych elementów metalu i techno. Nie ma nic skuteczniej spędzającego sen z powiek. Nikt nie wygrywa ani nie przegrywa – darł się do mikrofonu wokalista piekielnym głosem – bo ostatecznie i tak wszyscy zgniją w ziemi. To doskonale ilustrowało wrażenie, że wszystko się kończy, któremu ulegał teraz Andrzej: cmentarny mrok, zalegające na ziemi grubą warstwą liści odchodzące życie, przekraczane rubieże cywilizacji i coraz bliższa granica państwa. Kres bez gwarancji nowego początku. Śmierć bez zapowiedzi odrodzenia.

Głód, który przedtem objawiał się poczuciem pustki, przeszedł nagle w bolesne żądanie. Andrzej nie jadł od południa, żeby nie tracić czasu, postanowił kupić coś po drodze. Wcześniej nie trafił na nic odpowiedniego, teraz nie było w ogóle nic. Mijane z rzadka wsie były równie nieprzystępne, jak piętrzące się w oddali góry, odstręczały przyjezdnych wyblakłymi tablicami pozamykanych sklepów. Ani śladu przydrożnego zajazdu czy choćby baru w przyczepie kempingowej. Wpatrywał się w tunel drogi, jakby była niespodziewanie odkrytą jaskinią, a on niecierpliwie wyczekiwał jej końca. Z głodu i zmęczenia piekły go oczy, z irytacji coraz mocniej zaciskał dłonie na kierownicy, jakby siłą mięśni chciał pchnąć auto do przodu.

Andrzej przestał po prostu prowadzić, zaczął polować.

Jest! Neony przydrożnego baru mignęły przy wylocie z Baligrodu, przez który przemknął z niedozwoloną prędkością. Zahamował z piskiem, nie zważając na niebezpieczne pobocze, zawrócił i wtoczył się na podjazd wysypany zgrzytającym pod kołami jasnym tłuczniem. Stanął w stosownej odległości od olbrzymiego SUV-a Toyoty, którego lśniący lakier odbijał czerwony neon niczym czarne lustro. U Wieśka, trafniejszej nazwy nikt by chyba w tych okolicznościach nie wymyślił.

W środku nie było nic, co nadawałoby temu miejscu jakikolwiek charakter. Kilka stolików, obdrapana lada i pokancerowana gęba kelnera, który do złudzenia przypominał westernowego szynkarza. Na środku lokalu rozbiła się hałaśliwa gromadka mężczyzn w skórzanych kurtkach i kobiet w miniówkach, imprezowali przy wódce i pustych talerzach po kurczaku z frytkami, na co wskazywały obgryzione kości i tłuste kałuże brązowawego oleju.

Andrzej poczuł ssanie w żołądku, w tej chwili raczej z obrzydzenia niż z głodu.

– Rybę z wody z gotowanymi na parze warzywami i ryżem – poprosił.

Kelner mrugnął dwa razy i wymownie wydął dolną wargę. Andrzej natychmiast się poprawił.

– Gołąbek bez sosu i ziemniaki z surówką.

Siedemnaście złotych w zestawie z puszką coli, pańskim gestem rzucił na ladę dwadzieścia i podziękował za resztę. Zajął miejsce w rogu, jak najdalej od chichoczących dziewczyn i podejrzanych kolesi. Towarzystwo rozmawiało w jakimś dziwacznym języku, mieszance polskiego z rosyjskim. Po ukraińsku? Nie potrafił rozpoznać, mężczyźni porozumiewali się głównie konspiracyjnym półszeptem. Zachowywali się dużo ciszej od kobiet, które hałaśliwym chichotem zdawały się nadrabiać braki w ogładzie. Myślały pewnie, że tak właśnie trzeba reagować na każdy, nawet ten najmniej wyszukany komplement.

Talerz pojawił się na stole nadspodziewanie szybko, jakby kucharz czekał w gotowości za drzwiami. Chemiczny smród dania wskazywał na mikrofalówkę. Andrzej przysiągłby, że rozpoznaje woń przypalonej kości. Znów zerknął z obrzydzeniem na resztki po kurczaku na nieposprzątanych talerzach i wziął się do pracy. Częściej połykał, niż gryzł, gęsto podlewał kęsy colą, powstrzymując w ten sposób odruch wymiotny. Nie jadł, po prostu napychał żołądek.

Wrażenie ciężkiej sytości było ohydne. Odsunął talerz na drugi koniec blatu i dokładnie otarł usta serwetką. Pomyślał o kawie i przez chwilę ważył ryzyko, czy warto próbować. Poddając się zalewającej organizm błogości, zapatrzył się na przeciwległą ścianę, lakierowane deski dziurawej od korników boazerii, na której rozwieszono ekspozycję plakatów w zmatowiałych antyramach. Były tam Psy z Lindą i kałasznikowem, Ekstradycja z wąsatym Kondratem i cycatą Dancewicz, coś wypisane wyblakłymi literami z Seagalem w skórze i Kiler z burzą białych loków Figury i czarną jak smoła brodą Rewińskiego. Chyba na dowód, że lokal pamiętał dużo lepsze czasy. Konstatacja tyle nostalgiczna, ile smutna, każdy kiedyś przeżywał swoją świetność. Andrzej również, ale zanim pojawiła się senna projekcja przeszłości, jego uwagę przykuło coś innego.

Cisza. Zerknął na imprezowiczów przy sąsiednim stoliku, którzy nagle zamilkli. Tylko z zaplecza dobiegał zgrzyt źle nastrojonego radia. W lokalu zapanowało pełne napięcia milczenie. I coś jeszcze, czego nie dawało się jednoznacznie określić. Jakiś podejrzany stan skupienia, koncentrująca się energia.

Cisza wybuchła gardłowym wrzaskiem jednego z mężczyzn. Najpierw on zerwał się ze swojego miejsca, przewracając krzesło, zaraz po nim jedna z dziewczyn, która na ugiętych w kolanach nogach cofnęła się o dwa kroki w stronę drzwi. Tym razem Andrzej nie miał wątpliwości, że słowa były obce.

– Pyzda jibucza! Wbju twoju matir!

Razem z ostatnim zdaniem w kierunku dziewczyny wystrzeliła dłoń mężczyzny i z głośnym plaśnięciem trafiła wewnętrzną stroną w twarz. Błysnęły groteskowo wielkie złote sygnety i kilka iskier z kołyszącego się u jego szyi tłustego łańcucha. Dziewczyna runęła do tyłu, przewróciła stolik, z brzękiem rozbijając naczynia, i wylądowała pod nogami Andrzeja. Ten odruchowo zerwał się z krzesła, po sekundzie wahania wyciągnął do uderzonej rękę.

– Nie rusz, jak nie twoje! – warknął mężczyzna, zbliżając się na odległość dwóch kroków. Jego kompani podnieśli się z miejsc, w identycznym geście naciągając poły skórzanych kurtek. Jedynie druga kobieta pozostała na miejscu znieruchomiała ze strachu, ze zwieszoną głową, kurczowo obejmując się ramionami.

– Zostaw!

Dziewczyna, której Andrzej pomógł wstać z podłogi, szarpnęła się. Z wściekłością na zapłakanej twarzy wydęła usta i splunęła mu w twarz, ślina nie dotarła jednak do celu, przykleiła się jej do brody i kapnęła w dekolt.

Mężczyzna złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie, wyraźnie zaznaczając swój teren. Ona nie oponowała, w dalszym ciągu wpatrywała się w Andrzeja z groźbą w oczach, jakby to on dopiero co obił jej mordę, nie tamten. Co powinien zrobić, walczyć o nią? Rzucić się na damskiego boksera i nauczyć go szacunku dla kobiet? Może i wdałby się w bójkę, gdyby był w stanie się ruszyć. Przywykł do przemocy, ale tej zorganizowanej, planowej. Złapany w chwili pełnego odprężenia zareagował szokiem, zupełnie jakby ktoś chlusnął go wodą we własnym łóżku. Poza tym nie potrzebował oficjalnego dochodzenia, żeby domyślić się, z kim ma do czynienia. Nawet gdyby był postrzelonym bohaterem, a nie trzeźwo myślącym tchórzem, musiałby wycofać się w konfrontacji z trzema bandziorami o pozornie dobrodusznych ruskich gębach. Tacy potrafią poderżnąć człowiekowi gardło, a później tym samym nożem smarować kanapki. Ciągle wyglądając przy tym jak milutkie niedźwiadki.

Na szczęście nie musiał nic robić, z niespodziewaną odsieczą przyszedł mu kelner. Wybiegł z zaplecza i odważnie stanął pomiędzy nimi.

– No co ty, Stiepan, znowu wariujesz? Siadajcie, chłopaki, przyniosę wódki, firma stawia! – Wykrzywił pokancerowaną twarz w lisim uśmiechu.

Odwrócił się do Andrzeja, zbliżając twarz na odległość oddechu. Śmierdział trawionym alkoholem i świeżym czosnkiem.

– A ty won! – wycedził cicho, wskazując na drzwi. – Dla własnego dobra spierdalaj, już!

Pchnięty Andrzej posłusznie skierował się do wyjścia. Na bezdechu wyszedł na zewnątrz, dotarł do swojego auta i wsiadł. Dopiero kiedy trzasnął drzwiami, wrócił do rzeczywistości, jakby huk uderzających o siebie blach był policzkiem na otrzeźwienie. Nabrał powietrza i o mało nie zwymiotował kolacji. Żeby uspokoić drżenie, oparł głowę na kierownicy. Z wnętrza lokalu wylały się stłumione śmiechy oznajmiające powrót do poprzedniej zabawy.

Andrzej nie był pewien, co zadziałało gorzej: bijatyka czy wściekła napaść dziewczyny. Pewnie wszystko po trochu, wliczając w to zmęczenie i przedłużającą się drogę. Nie pierwszy raz padł ofiarą czyjejś agresji, na pewno też nie ostatni. Zdawał sobie sprawę, że po ataku strachu zawsze pojawia się fala adrenaliny, a wtedy łatwo o głupi wyskok. Widział herosów, którzy za krótko się bali i za szybko ruszali do akcji. W najlepszym razie kończyli z siniakami pod okiem, w najgorszym w prosektorium. Artysta ma rację, nikt nie wygrywa ani nikt nie przegrywa. Na końcu wszyscy lądują w ziemi.

W rozgrywającej się przed minutą scenie było jeszcze coś, co uświadomił sobie dopiero teraz. Nie mierzył się wzrokiem z jednym bandytą, było ich tam dwóch. Takie odniósł wrażenie, bo mężczyzna miał każde oko o innym kolorze tęczówki. Jedno niebieskie, drugie brązowe. Fałszywe niczym piracka opaska. Przeszywające jak laser.

Odpalił swojego starego saaba i wykonał ostrożny manewr. Powoli ruszył w dalszą drogę.

Im bliżej celu, tym bardziej traci się koncentrację, łatwiej o błąd. Andrzej znał tę prawidłowość, zdjął nogę z gazu i uważnie lustrował jezdnię. Bębniący w radiu Rammstein dodawał mu otuchy i wyznaczał rytm jazdy, świetnie dopełniał klaustrofobiczną atmosferę grozy ukształtowaną z mroku, pustki i piętrzących się zaraz za poboczem kilkusetmetrowych wałów ziemi. Chwilami zdawało się Andrzejowi, że spomiędzy drzew obserwują go czyjeś oczy, ale krótkie błyski równie dobrze mogły być refleksami porozrzucanych butelek i innych odbijających światło śmieci.

Licznik kilometrów kręcił się nieznośnie wolno, wskazówka prędkościomierza drżała niecierpliwie pomiędzy siedemdziesiątką a osiemdziesiątką, turbodoładowany silnik burczał niskim klangiem. Łatwo było sobie wyobrazić bezkres amerykańskich czy australijskich bezdroży, mrożące krew w żyłach horrory i szarpiące struny nerwów dreszczowce. Andrzej nie zdziwiłby się, gdyby nagle w reflektorach zauważył stado żywych trupów czy postapokaliptycznego mutanta. Bo zwykły niedźwiedź wydawałby się w tych okolicznościach wręcz prozaiczny, śmieszny.

Właśnie dlatego nie znosił wyjeżdżać za miasto. Nie należał do kategorii obieżyświatów i odkrywców. Wiedzy na temat dalekich stron dostarczały mu książki, filmy i internet, wiedzę na temat ludzi zdobywał w zaułkach miasta, nikt nie wymyślił jeszcze lepszej szkoły życia. Metropolia była całym jego światem, wrósł w jej tkankę i nie potrafił funkcjonować poza jej betonową skorupą, która stanowiła jednocześnie ochronę i więzienie. W mieście zresztą czuł się dużo bardziej wolny niż poza jego murami, w pozornie swobodnej przestrzeni na zewnątrz. Bał się i pustki, i ciszy, i nieograniczonej perspektywy, czaiło się w nich za dużo nieznanego.

Cienie drzew po drugiej stronie szosy położyły się w kierunku przeciwnym do jazdy, widlastymi koronami w jego stronę. Coś nadjeżdżało z naprzeciwka, w ostatniej chwili zmienił światła, przywarł do skraju swojego pasa ruchu. Nawet przez hałas w kabinie saaba rozpoznał zbliżający się warkot ogromnej maszyny, na niskim biegu walczyła z ciągniętym ciężarem i nierównościami terenu.

Tir oślepił Andrzeja na całą sekundę, kurtyna bolesnego światła opadła odrobinę za późno, jakby kierowca ciężarówki nie zauważył go lub o nim zapomniał. Jaskrawe plamy przysłoniły widok drogi, ogłuszający klakson zawył tuż nad uchem, Andrzej automatycznie przekręcił kierownicę, odbił w prawo. Wielotonowa masa przewaliła się bokiem z głuchym grzmotem, jakby była osuwającą się ze zbocza lawiną. Oślepione oczy panicznie próbowały zajrzeć poza taniec świetlistych krążków, dostrzec cokolwiek realnego. Trwało to zaledwie ułamek chwili, dwa mrugnięcia powiek, które czyściły źrenice niczym wycieraczki szybę samochodu. Obraz wrócił tak samo jak zniknął i w ogóle się nie zmienił. Ten sam połatany asfalt, te same niewyraźne pasy jezdni, identyczne wrażenie kopalnianego szybu. Gdyby nie oddalająca się w tylnym lusterku poświata reflektorów tira, cała sytuacja wydawałaby się fragmentem jakiegoś snu.

Na wszelki wypadek Andrzej zwolnił jeszcze bardziej, teraz ledwo przekraczał sześćdziesiątkę. Zwiotczałe kolana zdawały się topnieć i wsiąkać w podwozie, palce u stóp nieprzyjemnie swędziały. Byle do końca, powtarzał sobie w myślach, do Cisnej zostało jeszcze kilkanaście minut. Przejechał otwartą przestrzeń z zabudowaniami po prawej stronie i mostek, za którym las otoczył go niczym zwarta pięść, droga wygięła się w ciasną serpentynę. Zredukował bieg do dwójki. Na skraju światła dostrzegł ruch, dwa obiekty, których nie powinno tam być.

Hamulec. Kierownica szarpnęła jak koło sterowe w sztormie, samochód popłynął. Z prawej mignęła mikroskopijna postać ludzka w czerwonej kurtce do złudzenia przypominająca znak stopu, z drugiej strony cień, zalśniły krążki fluorescencyjnych oczu. Zmęczenie i senność opóźniły reakcję, auto wypadło zza zakrętu o ułamek sekundy za szybko. Pierwsze uderzenie było miękkie i ledwo odczuwalne, lekko zakołysało wozem. Drugie nastąpiło prawie natychmiast, samochód trafił w drzewo prawą stroną maski, zakręcił się wokół własnej osi i stanął bokiem do osi jezdni, bagażnikiem schował się w ścianie lasu. Andrzej poczuł w głowie silny wstrząs i nagle przestał widzieć.

Stracił przytomność.

Ocknął się po kilkunastu sekundach. Silnik zgasł, ale reflektory ciągle oświetlały przeciwną stronę szosy. Jeden reflektor, drugi oślepł. Radio odtwarzało ten sam kawałek co wcześniej, ale do gardłowego wokalu Lindemanna przyłączył się drugi, którego atawistyczny ryk paraliżował umysł.

Andrzej otworzył drzwi i wypadł z samochodu, z trudem podniósł się na chwiejnych nogach. Podrapał swędzącą twarz, palce oblepiła mu świeża krew. Skierował dłoń do wiązki reflektora, w jego promieniach błyszczała jak kamienie ognistego opalu. Dopiero wtedy poczuł ból głowy, dotknął rozbitego o kierownicę czoła, wymacał pękniętą skórę. Ryk wzmógł się, połączył w jedno z piskiem i przeciągłym rzężeniem. Andrzej powoli odwrócił się, poszedł kilka kroków do tyłu. Wzrok przyzwyczaił się do ciemności dopiero po chwili, w czerni zarysował się jaśniejszy kształt zwierzęcego łba i kopyt konwulsyjnie zagarniających liście w słabnących podrygach.

Jeleń. Łania, której pysk pojawił mu się teraz przed oczami niczym zdjęcie. Tuż przed wypadkiem jej lśniące jak latarki oczy odszukały jego spojrzenie, jakby zamierzały zapamiętać swojego kata na zawsze. Spotkali się wzrokiem, przerażenie zwierzęcia było niemal ludzkie. Ranił je, być może śmiertelnie. I nie miał pojęcia, jak się w tej sytuacji zachować. Jego ogłuszony mózg nie zrodził ani jednego pomysłu.

Prawdopodobnie dlatego nie zauważył dotąd stojącego pomiędzy drzewami samca. Oświetlony lampami stopu tonął w ciemnoczerwonym blasku, jakby zanurzył się w jeziorze krwawej farby. Na zmianę to podnosił łeb i przeraźliwie ryczał, to opuszczał go i stroszył poroże. Andrzej patrzył na ten spektakl jak urzeczony. Nie odczuwał strachu, choć w każdej chwili mógł zostać rozniesiony tymi rogami na strzępy. Byk był chyba tak samo sparaliżowany rozpaczą, jak człowiek wskutek szoku. Stali naprzeciw siebie tak długo, aż ciało rannej łani znieruchomiało i zwierzę ucichło. Samiec wyszedł z cienia i dostojnie przeparadował na drugą stronę jezdni, przystanął w świetle samochodowego reflektora, jakby postanowił zaprezentować się w całej swojej bolesnej potędze. Ryknął ostatni raz, wykonał nieokreślony ruch łbem i zniknął w lesie. Mogło to być pożegnanie lub jakaś obietnica. Groźba.

W tej samej chwili w oddali zapłonęło niebo. Nie był to wschód ani zachód słońca, kolor łuny wyraźnie różnił się od barwy reflektorów saaba. Był pomarańczowy, ognisty, koncentrował się w jednym punkcie niczym jęzor ognia. Andrzej przymknął oczy, ale płomień nie zgasł, zdawał się prześwietlać powieki. Wyrastał z wierzchołka oddalonego szczytu i piął się w górę, przybierając ognisty kształt Oka Saurona. Andrzej powtórzył szeptem znany na pamięć cytat z Władcy Pierścieni: „Tam, dokąd sięga jego władza, pan Mordoru jest w stanie dostrzec wszystko. Jego wzrok przeziera przez chmury, cień, glebę i ludzką tkankę”[1]. Paraliżujący ból rzucił go na kolana, pulsował w skroniach. Po omacku doczołgał się do samochodu i wpełzł do kabiny. Blaszana puszka karoserii saaba nie dawała żadnego schronienia, Andrzej nie miał się gdzie schować przed prześwietlającym go wzrokiem.

Docierające do niego z dużej odległości echa myśli kazały wyciągnąć z kieszeni telefon i wybrać uprzednio zapisany numer. Czekać na odpowiedź, nawet jeśli miałoby to trwać dwadzieścia sygnałów. Trwało pięć, męski głos po drugiej stronie chrypiał przerwanym snem.

– Nadkomisarz Andrzej Bondar – nakazały mu powiedzieć myśli. – Zgłaszam wypadek na trasie pomiędzy Jabłonkami a Cisną. Funkcjonariusz policji wymaga natychmiastowej pomocy.

Na tyle starczyło mu głosu. Przyłożył głowę do kierownicy, ten sam dotyk plastiku, który przed chwilą rozbił mu czaszkę, teraz koił swoim chłodem ból. Andrzej z całej siły zacisnął powieki.

Nie wiedział, czy powinien teraz pragnąć zasnąć, czy się raczej obudzić.

ROZDZIAŁ 1

17.9.1945

Anulu!

Nie wiem, jak powinienem zatytułować ten list, jak Ciebie nazywać. Ukochaną? Najdroższą? Jedyną? Które z tych słów jest prawdziwe, jeśli Ty okazałaś się kłamstwem? Wszystkie Twoje wyznania, obietnice, spojrzenia, z których odczytywałem więcej niż ze słów. Wszystkie wspólnie spędzone chwile i te, których nam brakowało do pełni szczęścia. Każdy gest, który chłonąłem, odgadywane przeze mnie myśli, nim zmieniły się w tajemnice. Oszukałaś mnie wszystkim.

Nie będę do Ciebie pisał o miłości, zabrałaś ją ze sobą. Opowiem Ci o wściekłości, którą mi zostawiłaś. Wiesz, że pustka nie pozostaje wieczna, wypełnia się szybko. Moje serce zostało zajęte przez gniew. Już nie mam kogo kochać, ale widzę aż nadto obiektów nienawiści. Są pośród nas, jest ich tu coraz więcej. Plenią się jak robactwo, dumnie podnoszą z ziemi łby niczym glisty po deszczu. Bezczelnie otwierają gęby, oznajmiając swoje prawo do tego, co nigdy im się nie należało. Robotnicy przejmują nie swoje fabryki, chłopi na cudzej ziemi organizują kołchozy, cwaniacy wstępują do partii i rozsiewają propagandę. Uwierzyli w fałszywego bożka i będą musieli ponieść za to karę.

Czujesz? Jestem silny, nie udało Ci się mnie złamać. Łzawię złością, pocę się gniewem, mam pełne usta wściekłości, iskrzę szałem. Po Twoim odejściu uzmysłowiłem sobie, że wcale nie byłaś dla mnie najważniejsza. Jesteś kobietą, a kobiet jest wiele. Setki, tysiące, miliony potencjalnych miłości. Ojczyzna jest tylko jedna. Ona mnie nigdy nie opuści, nie zdradzi. Nie wybierze łatwiejszej drogi, jak Ty to zrobiłaś. Odrzuciłaś mnie, więc poświęcę się dla niej. Cały, swoim ciałem i swoją duszą. A jeśli będzie trzeba – życiem.

Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o wolności? Wolność jest jeszcze możliwa. Czerwona zaraza zajęła naszą ziemię, ale nie nas. A póki jesteśmy w stanie walczyć, nie złożymy broni. Nie zrezygnujemy z marzeń, nie podniesiemy rąk, aby zakuto je nam w kajdany. Niedługo ponownie wybuchną płomienie wojny, w tej chwili musimy jednak podtrzymać tlący się żar. Komuniści nie utrzymają się długo, alianci rzucą się sobie do gardeł i wzajemnie zagryzą. A my dobijemy rannego, będziemy go toczyć od środka jak bakteria. Zamęczymy i zwyciężymy. Będziemy wolni!

Nie wiem, czy przyjmę Cię wtedy z powrotem. W tej chwili o tym nie myślę, głowę zaprząta mi wojna. Wyruszam do naszych oddziałów, jak tylko uda mi się zwerbować drużynę. Jeśli Bóg da, to nawet jutro.

A Ciebie żegnam, być może na zawsze…

Obudził go huk.

Echo rozbrzmiewało w czaszce niczym w pudle rezonansowym gitary. Zamilkło po kilku długich sekundach, pozostawiając po sobie szmer, który, jak dobrze wiedział, nie ustąpi. Szmer przypominający szum morza. Ciągły, nieustający szept, tylko niekiedy składający się w zrozumiałe słowo. „Zbliż się”, „podejdź”, „zanurz się we mnie”, „weź mnie w ramiona”. Wiedział też, że prześladujące go dźwięki skończyłyby się, gdyby tylko odpowiedział na to wezwanie. Skończyłoby się wszystko.

Oczy wolno przyzwyczajały się do ciemności. Wyostrzające się krawędzie mebli były jak zagięcia mroku, czarnej płachty misternie ułożonej w kształty. Nieba nie rozświetlała ani jedna gwiazda, a wlewająca się przez okno noc była jeszcze gęstsza niż ta w pokoju. Duszna i lepka.

Wstał i podszedł do okna, wyjrzał na zewnątrz. Wyrastające wokoło góry oddzielone były od nieba prawie niezauważalnym odcieniem, odrobiną szarości. W trudnej do zdefiniowania odległości świeciła lampa wyglądająca jak niewielki otwór w grubej kotarze, przez który przebija promień dziennego światła. Przymknął oczy, głębiej wsłuchując się w pozostały po huku szmer. Teraz był bardziej podobny do szumu drzew, mniej miarowy od morskich fal i o zmiennej częstotliwości. Nie jeden szepczący do niego głos, a kilka. Próbowały skomunikować się z nim z różnych odległości. Najbliższy był tuż za szybą, na wyciągnięcie ręki. Najgłośniejszy. Gdyby nie pewność, że hałas jest powstałym w jego głowie tworem neurologicznym, a huk efektem przekroczenia granicy snu i jawy, odpowiedziałby.

Włączył leżący na szafce telefon komórkowy, mdła poświata zalała fragment pokoju. Odsłonięte przedmioty przechyliły się o kilka centymetrów, jakby odsuwały się od światła. Zegar wskazywał 0:30. Tylko minutę później aniżeli poprzednim razem. Spał więc zaledwie dwie i pół godziny. Aż dwie i pół godziny, jeśli wziąć pod uwagę dolegliwość, na jaką cierpiał. Insomnia nie odbiera jedynie snu, ona deprawuje psychikę. Po trochu wyciąga duszę z naczynia ciała niczym prażone orzeszki z miseczki. Nie przestaje, dopóki nie wchłonie wszystkiego, nie zostawi kompletnej pustki. Szumu wygaszonego telewizora, który nie odbierze więcej żadnego obrazu. Bezsenność przychodzi i odchodzi, atakuje falami jak nałóg alkoholowy. Odpuszcza na chwilę, ale nigdy na zawsze.

Diagnozę postawił sobie sam. Kilka miesięcy temu, ale dopiero teraz miał okazję ją zweryfikować. W szeregu teorii była dokładnie trzecia, tym bardziej więc prawdopodobna. Do trzech razy sztuka. Pierwsze dwie możliwości podsunięte mu przez lekarzy wyczerpał przed laty, zawiodły go. Ta musiała więc być prawdziwa. Choćby tylko dlatego, że sprawiała niepokojące wrażenie ostatniej. Poza tym stanowiła efekt skomplikowanej i wnikliwej indukcji, jakiej poddał olbrzymią liczbę dowodów medycznych, zestawiając je z faktami z przeszłości swojej rodziny. Wynik nie pozostawiał najmniejszej wątpliwości. Wirusem wywołującym u niego bezsenność była pamięć. Pamięć komórkowa odziedziczona w genach po przodkach. Spuścizna epigenetyczna.

Ubrał się i po omacku spakował plecak. W głowie odtworzył checklistę i przeliczył przyrządy, czy żadnego z nich nie zapomniał. Czekała go długa droga, nie zamierzał zawracać w połowie, bo przeoczył któryś z niezbędnych rekwizytów. Ostrożnie otworzył drzwi i wyjrzał na korytarz. Pensjonat tonął w ciszy, a mrok korytarza rozrzedzała w okolicach schodów zielonkawa lampka wskazująca drogę ewakuacyjną. Z daleka przypominała radioaktywną plazmę. Delikatnie stąpając po drewnianej podłodze, ruszył w kierunku światła. Bezszelestnie zszedł na dół, zaraz za schodami skręcił w lewo. Na końcu holu przystanął, sięgnął dłonią na najwyższą półkę, gdzie gospodyni trzymała klucz do bocznego wyjścia, co zauważył od razu po przyjeździe. Odbezpieczył zamek.

Wyszedł, pozostawiając za sobą podmuch lodowatego powietrza.

Hamulec. Kierownica szarpnęła jak koło sterowe w sztormie, samochód popłynął. Z prawej mignęła mikroskopijna postać ludzka w czerwonej kurtce do złudzenia przypominająca znak stopu, z drugiej strony cień, zalśniły krążki fluorescencyjnych oczu. Zmęczenie i senność opóźniły reakcje, auto wypadło zza zakrętu o ułamek sekundy za szybko. Pierwsze uderzenie było miękkie i ledwo odczuwalne, lekko zakołysało wozem. Drugie nastąpiło prawie natychmiast, samochód trafił w drzewo prawą stroną maski, zakręcił się wokół własnej osi i stanął bokiem do kierunku jazdy, bagażnikiem schował się w ścianie lasu. Andrzej poczuł w głowie silny wstrząs i nagle przestał widzieć. Stracił przytomność.

Ocknął się po kilkunastu sekundach. Silnik zgasł, ale reflektory ciągle oświetlały przeciwną stronę jezdni. Jeden reflektor, drugi oślepł. Radio odtwarzało ten sam kawałek co wcześniej, gardłowy wokal Lindemanna zdawał się wypełniać powietrze aż po samą kopułę nieba.

Andrzej otworzył drzwi i wypadł z samochodu, z trudem podniósł się na chwiejnych nogach. Podrapał swędzącą twarz, palce oblepiła mu świeża krew. Skierował dłoń do wiązki reflektora, w jego promieniach błyszczała jak kamienie ognistego opalu. Dopiero wtedy poczuł ból głowy, dotknął rozbitego kierownicą czoła, wymacał pękniętą skórę. Odwrócił się, podszedł kilka kroków do tyłu. Coś leżało w krzakach pobocza, ciemna nieruchoma plama. Wzrok przyzwyczaił się do ciemności dopiero po chwili, w czerni zarysował się kształt. Andrzej podszedł bliżej, nachylił się nad nim. I zaraz odskoczył do tyłu.

Zamknął oczy, z całych sił zacisnął powieki. Gdzieś w oddali rozpalił się ogień, rozjaśnił widok. Cienie drzew wiły się i splatały, tańczyły na leżącej postaci, tak że zdawała się ruszać. Andrzej ukląkł i dotknął czerwonej kurtki. Nachylił się, potrząsnął niewielkim ciałem. W blasku łuny głowa zdawała się żarzyć i lśnić jak rozpalony węgiel. Z nosa i lewego kącika ust spływały po twarzy rubinowe strużki. Otwarte oczy błyszczały fosforyzującą bielą, źrenice zniknęły gdzieś w środku. Andrzej przyłożył palce do delikatnej szyi. Nie wyczuł pulsu, a skóra parzyła arktycznym lodem.

Chłopiec nie żył. Andrzej nie poczuł żalu ani rozpaczy, ogarnął go paniczny strach. Czuł na sobie czyjś wzrok, ktoś mu się z oddali przyglądał. Zdawało mu się jednak, że ciągle ma szansę. Jeśliby się pospieszył, dałby radę ukryć swą zbrodnię. Rozejrzał się, wypatrzył odpowiednie miejsce pomiędzy drzewami. Dźwignął niewielkie ciałko i powlókł je w tamtą stronę, rzucił na liście. Ukląkł i zaczął rozgarniać ściółkę, zamienił dłonie w łopaty i kopał. Rozgrzebywał ziemię jak pies, nie przestawał. Już po chwili nora była głęboka na ramię. Przyciągnął do siebie zwłoki i wrzucił je w dziurę. Przygniótł do dna, odpowiednio ułożył ręce i nogi. Przywalił improwizowany grób wygrzebaną ziemią, uklepał dłońmi, pozostawiając ptasie ślady. Przysypał liśćmi i wygładził, jak gdyby ścielił łóżko.

Wstał i jeszcze raz dokładnie przyjrzał się nocy. Słyszał tylko głos ze swojego radia, nikogo innego w pobliżu nie było. Przemknął pomiędzy drzewami i stanął na środku drogi, zadarł głowę. Spojrzał wprost w spoglądające z oddali Oko Saurona. Odważnie, z wyraźnym wyzwaniem. Nawet raz nie zmrużył powiek pod siłą tego spojrzenia. Zakopał swój strach razem z ciałem potrąconego dziecka, a jedyny świadek był nierealny, nic nie mógł z tym zrobić.

Dudnienie dochodziło z oddali, jakby na pobliskim placu budowy pracował młot. Uderzał seriami: trzy, cztery uderzenia, pomiędzy nimi podniesiony głos. Męski, nerwowy, a obok niego drugi, przechodzący z głośnego szeptu w piskliwy falset.

Andrzej otworzył oczy, w półmroku pomieszczenia dostrzegł jaskrawą ramę białych drzwi, przypominały olbrzymią kartkę zawieszoną na ścianie. Miał coś na niej rysować? Pamięć wróciła mu strzępkiem wczorajszej nocy, przegnała rozlewającą się w śnie pomarańcz wijącego się ognia.

Podniósł głowę, rozejrzał się po pokoju. Kartka wisiała, ale na przeciwległej ścianie, dokładnie na wprost łóżka. Prawie pusta, spoglądały z niej jedynie zarysy czyichś oczu. Próbował naszkicować twarz tamtego mężczyzny z baru, ale nie dał rady. A teraz nie potrafił jej sobie dokładnie przypomnieć, każda próba sięgnięcia w przeszłość targała mu głowę przeszywającym bólem.

Głowa. Delikatnie zbliżył do niej dłoń, poczuł pod palcami miękką tkaninę opatrunku. Kolejne wspomnienie z wczorajszej nocy uderzyło go równocześnie z dudnieniem w drzwi. To nie była maszyna, ktoś dobijał się do jego pokoju.

– Zaraz! – wyrzucił z gardła ochryple, choć planował wrzasnąć. – Pięć minut i wychodzę.

Nie starał się nawet rozpoznać głosów za drzwiami. Z całą pewnością któryś z tutejszych gliniarzy, może nawet ten sam, który odwoził go nocą do domu. Misiewicz, Musiewicz? Jakkolwiek się zwał, Andrzej pewny był tylko bujnych pejsów, które tamten zapuścił sobie po bokach. Wyglądał jak wiktoriański wilkołak. Co nie miało większego znaczenia, człowiek okazał się wyjątkowo pomocny. Sam zorganizował pomoc drogową i transport rozbitego saaba do warsztatu. No i zdawał się autentycznie zmartwiony, gdy ranny odmówił wizyty w szpitalu. Jak gdyby Andrzej spotkał nagle syna, którego zostawił w młodości, wykonując klasyczny manewr z wieczornym wyjściem po fajki.

Podniósł się i usiadł na łóżku. Wnętrze pokoju zatańczyło, po doskonałym piruecie wykonało cyrkowe salto. Czuł się jak po trzydniowym melanżu z litrami wódki i garściami koki, a od paru tygodni nie spróbował nawet łyka piwa. Może i pejsaty miał rację z tym szpitalem. Jakoś nie potrafił jednak przekonać się do sensu przechodzenia badań w powiatowej trupiarni w Lesku. Lokalni szamani zapisaliby mu pewnie antybiotyk albo od razu zdiagnozowali tętniaka, wszystko, co pośrodku, nuży ich lub się nie opłaca. Oczywiście szastał stereotypami niczym bezrobotny zasiłkiem, ale nawet ekipa karetki nie oponowała, kiedy podziękował za transport. Dyżurny lekarz wcisnął mu do ręki fiolkę tabletek na ból głowy i życzył powodzenia. Nie bardzo było wiadomo, co tak naprawdę miał na myśli.

Andrzej podniósł się z łóżka i podszedł do najbliższej ściany, przejrzał się w oszklonej reprodukcji górskiego pejzażu. Jeleń z podniesionym łbem rozpaczliwie zaryczał, ślepia zalśniły mu czerwonym blaskiem. Tak, wczoraj śmiertelnie ranił zwierzę, a lekko samego siebie. Teraz mierzył się z wyrzutami sumienia, które widział w oczach byka i swoich własnych, choć te stanowiły tylko słabo widoczne tło obrazu. Niewielki opatrunek pomiędzy włosami wyglądał w tej sytuacji jak wstążeczka, niewinna dekoracja psychopatycznego zbrodniarza. Z sykiem bólu zerwał opatrunek i rzucił go w kąt, przeczesał palcami włosy. Gdyby nie opuchlizna i podsiniałe oko, wyglądałby normalnie, przynajmniej w fałszywym zwierciadle szklanego obrazu.

Wyciągnął z kieszeni gumkę i związał z tyłu włosy, przygładził brodę. Spał w ubraniu, więc ściągnął przez głowę T-shirt i rozejrzał się po pokoju za swoim plecakiem. Leżał pod zaciemnionym zasłonami oknem, rzeczy walały się pod nim na kupie jak wymioty. Pewnie czegoś wczoraj szukał, czego raczej i tak nie znalazł. Zapomniał to wziąć lub zapomniał, czego szuka, w efekcie narobił jedynie klasycznego bajzlu.

Schylił się i wyszperał ze sterty koszulkę, naciągnął na nią starą bluzę i spojrzał na drzwi do łazienki. Aż prosił się o prysznic i wyszorowanie zębów, usta lepiły się gorzkim snem i tłustym smakiem wczorajszego gołąbka. Później, postanowił, jak najszybciej musi się zameldować w komendzie. Zgarnął ze stołu fiolkę z tabletkami, zarzucił na siebie skórzaną kurtkę i przewiesił przez ramię torbę od laptopa. Wyszedł, dokładnie zamykając za sobą drzwi. Intuicyjnie skierował się do schodów, nie miał pojęcia, jak doszedł wczoraj do swojego pokoju. W salonie będącym jednocześnie jadłodajnią i recepcją czekali na niego elegancka kobieta i mundurowy policjant.

Ten doskonale wpisywał się w krajobraz widziany z panoramicznego okna. Był wielki jak góra, Andrzej czuł się przy nim jak kopczyk piasku. Mundur musieli mu chyba uszyć z dwóch kompletów, specjalnie rozpisali na to dodatkowy przetarg. Na widok Andrzeja policjant kilka razy zamrugał niewielkimi oczkami, jakby zastanawiał się, czy to na pewno ten człowiek, po którego przyjechał. Dokładnie widać było, jak traci wiarę i na nowo ją odzyskuje, przecież w pensjonacie nie było innego gościa. Odchrząknął zmieszany.

– Sierżant Roman Karaś, dzielnicowy – przedstawił się, za bardzo podnosząc głos, jakby wyrażał ukrytą naganę. – Jeśli pan pozwoli, nadkomisarzu, komendant czeka.

– A co ze śniadaniem? – wtrąciła się oburzona kobieta, z lekkim akcentem zawijając końcówki. – Zrobiłam już, stoi, ło! – wskazała brodą zastawiony stół. – Stygnie, boczek to pewnie całkiem wystygł!

– Dajcie spokój, Rąbałowa, czasu teraz nie ma – niepewnie zaprotestował dzielnicowy, zerkając pytająco na Andrzeja, który skinął na potwierdzenie głową. Tym razem zwrócił się do gospodyni bardziej stanowczym tonem: – Później, kobieto, nie widzisz, że musimy jechać?!

– O nie, nie ma mowy, nie zmarnuję jedzenia, kto za to zapłaci? Przecież mówiłam wyraźnie, ósma godzina, nie mówiłam? Nie słyszał? To po co się zgodził? – rozgdakała się jak kwoka, strosząc przy tym brwi i palce niczym pióra.

Ciskała spojrzeniami ostrymi jak kolce, Andrzej nie miał zamiaru dać sobie wykłuć oczu. Podszedł do stołu i złożył naprędce kanapkę z wędliną i serem, popił herbaty, rozmemłał na talerzu jajecznicę i włożył do ust małą porcję. Kobieta miała rację, była zimna i twarda jak pianka montażowa, smakowała mydłem. Przez cały czas czuł na sobie tryumfujący wzrok gospodyni, która odchyliła głowę i skrzyżowała ramiona pod wyraźnie zaznaczoną linią biustu. Teraz spokojnie mogła wystawić rachunek.

Wyszli bez pożegnania, dzielnicowy odezwał się dopiero w radiowozie, odpalając silnik.

– Wredne babsko. Co pana w ogóle podkusiło, żeby tu zamieszkać? W Cisnej działa jeszcze hotel i parę pensjonatów. Nie byłoby lepiej?

Andrzejowi nie chciało się tłumaczyć ani gadać. Wzruszył ramionami i wgryzł się w kanapkę, która bez masła rozłaziła się jak rozklejona podeszwa. Ściśnięty żołądek kategorycznie odmawiał przyjęcia pokarmu, ale nadkomisarzowi łeb pękał z niezmienną siłą, musiał coś zjeść, żeby zażyć tabletki.

– Słyszałem, że wczoraj nie chciała was wpuścić – kontynuował kierowca, nie zrażając się milczeniem swego pasażera. – Wyjątkowa franca. Nic dziwnego, że się nazywa Rąbała. Bo wie pan, mówią, że jej prababka dawała się rąbać drwalom. Siekierami! – Wybuchnął krótkim, ptasim śmiechem. Andrzej był pewny, że nie chodziło mu o ćwiartowanie zwłok. – I tak im zostało, cała rodzina rąbnięta. Ta to jeszcze nic, powstrzymuje się, bo światową biznesłomen zgrywa. Jej matka to do naczelnika, za komuny jeszcze, z dubeltówki strzeliła! Wyobraża pan sobie? Solą co prawda, ale zamach na władzę państwową ogłosili. Prokuratura, sądy, prasa z Warszawy przyjeżdżała, a na końcu i tak ją puścili do domu.

Zmienił bieg i sięgnął gorylą dłonią do czoła, wyrysował w powietrzu kilka kółek, porozumiewawczo zerkając na nadkomisarza.

– Biegli orzekli – dodał dla pewności. – Dwa lata wariatkowa i puścili, bo dać sobie z nią rady nie mogli. Za bardzo szajbnięta nawet na szpital dla psycholi!

Pokręcił głową i prychnął pod nosem niczym tłusty kocur.

Andrzej wrzucił do ust pastylkę, jej gorzka powłoka zachrobotała o podniebienie, na długą chwilę utknęła w przełyku. Spojrzał pożądliwie na przepływającą wzdłuż drogi Solinkę, tak chciało mu się pić, że wyżłopałby nawet deszczówkę. Odwrócił się do dzielnicowego, żeby poprosić o przerwę w jeździe, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie.

– Zatrzymajcie się, Karaś, przy najbliższym sklepie – poprosił dzielnicowego, który przyjął polecenie z dziwacznym ruchem cielska, aż zakołysało samochodem.

Raczej wieloryb, nie karaś, pomyślał Andrzej, przymykając oczy. Pod powiekami natychmiast zobaczył wpatrzoną w siebie źrenicę ognistego oka.

– Halo, proszę pana, interesantów przyjmujemy tutaj! – usłyszał głos funkcjonariuszki zza lady recepcyjnej.

Odsunął się od oszklonych drzwi do dalszej części komendy, spojrzał na kobietę. Walnąłby jej w ten obdrapany blat legitymacją służbową, ale zostawił ją w pensjonacie. Mógłby zacząć drzeć ryja jak agent gestapo, nic jednak nie wskazywało, że dałaby się na to nabrać, jej zacięta mina wyrażała służbową tępotę.

Cofnął się, grzecznie zajął miejsce na jednym z plastikowych krzeseł pod ścianą. Postanowił poczekać na dzielnicowego, który zostawił go przy wejściu do komendy, żeby z tyłu budynku zaparkować radiowóz. Nie miał ani ochoty, ani siły użerać się z babą. Po raz kolejny zamarzył o aparycji Ashtona Kutchera. Nie żeby miał jakieś specjalne kompleksy z powodu wyglądu, ale być może lepiej reagowaliby na niego ludzie. Niestety, nadal był sobą, a policjantka zza lady przyglądała mu się coraz bardziej nieprzyjaznym wzrokiem.

– Czy tam jest napisane strefa relaksu? – warknęła, ledwo otwierając usta.

Andrzej rozejrzał się, jakby rzeczywiście szukał stosownej tabliczki.

– Jak przyszedł pan sobie posiedzieć, to zapraszam do parku, tutaj się interesantów przyjmuje, nie turystów.

Podniósł się z krzesła i gdyby nie silne ukłucie bólu w skroni, wcieliłby w życie plan z gestapowcem. W tej samej chwili do poczekalni wszedł jednak dzielnicowy, wylewnie przywitał się z recepcjonistką.

– Poznałaś już pana nadkomisarza z Rzeszowa? – Palcem wielkości szczapy drewna wskazał stojącego pod ścianą Andrzeja.

Funkcjonariuszka obrzuciła go jeszcze bardziej zniesmaczonym wzrokiem niż przedtem. Każdemu potrafiłaby wybaczyć niechlujstwo i prezencję upadłego rockmana. Policjantowi nigdy.

– Posterunkowa Helena Glinka – przedstawiła się, przełykając ślinę, jakby w ostatniej chwili zrezygnowała z drugiej części zdania.

Nie byłoby w niej nic godnego ust funkcjonariusza na służbie. Za to prywatnie obiecała sobie wyrazić swoją opinię przy najbliższej okazji. Odznaka policyjna to styl życia, a nie byle błyskotka. Powód do dumy, który ten człowiek jej bezpowrotnie odbierał.

Andrzej uśmiechnął się bez słowa i skinął głową, co dla kobiety było równoznaczne ze splunięciem w twarz. Zlekceważył ją, kompletnie zignorował wyzwanie.

Dzielnicowy otworzył oszklone drzwi i przepuścił nadkomisarza w progu, wskazał kierunek. Recepcjonistka wyskoczyła zza lady, szarpnęła go za rękaw munduru.

– Nie trzeba mnie było uprzedzić? – wysyczała, przypominając w tym wydrę atakującą żubra. – Cholera jasna, myślałam, że mi tu jakaś skacowana menda wlazła, żeby sobie posiedzieć. Kazałam mu spieprzać do parku.

Karaś ściągnął z głowy czapkę, patrząc przez ramię w głąb korytarza, poprawił wiecheć sztywnych jak u dzika włosów.

– Też tak o nim pomyślałem, jak wyszedł ze swojego pokoju. Co się zresztą dziwić, Hela, gwiazdy ci na takie zadupie nie przyślą, co najwyżej, o – machnął czapką za plecy – łachudrę. Tego wariata z Detektywa.

– Skąd?

– Z Detektywa, taki serial ostatnio oglądałem. Ten sam typ, rozwiązywał dziwaczną sprawę.

– I co, rozwiązał ją?

Dzielnicowy naciągnął czapkę z powrotem na głowę i wyrównał daszek. Przybrał zaskoczoną minę.

– O dziwo tak, Hela. Jakimś cudem ją rozwiązał!

Biurko komendanta zrobione było z tej samej dykty co stanowisko recepcyjne, kanty zaokrągliły się, jakby ktoś je obżarł, spod okleiny sterczały pojedyncze drzazgi. Kolor charakterystyczny dla wszystkich komisariatów policji w Polsce, najtańsza podróbka wiśni. Wyposażenie stanowiska pracy stanowiły plastikowy przybornik z jednym długopisem i kupką śmieci, trzy popękane kuwety z paroma papierami i wielki jak komputer notes z wytłoczoną na okładce reklamą jakiejś drukarni, pewnie prezent od nieoficjalnego sponsora.

– Bondar, mówicie, nadkomisarzu? – Komendant wyprostował się na krześle, by lepiej przyjrzeć się swojemu gościowi. – Na Bonda, że tak powiem, to wy mi nie wyglądacie.

Wybuchnął ochrypłym śmiechem przypominającym szczeknięcie buldoga. Co nie bardzo pasowało do jego wyglądu, był chudy i wysuszony niczym zaskroniec pozostawiony na słońcu, o twarzy obszytej szarą i chropowatą imitacją prawdziwej skóry. Stary, spracowany wiarus albo zachlana łazęga.

Andrzej udał rozbawienie i nie przestając szczerzyć zębów, zażądał lodowatym tonem akt sprawy. Komendantowi zrzedła mina, jakby niespodziewanie dostał w mordę.

– A także środka transportu oraz przewodnika, inspektorze, może być ten cały Karaś, zna ludzi.

– O żadnym radiowozie nie było mowy, chłopcze, skąd ja mam ci tu nagle wziąć furę? Wyczarować? – Zamyślił się, jakby rozważał, czy przy tym żarcie również powinien się roześmiać. Przybrał jednak minę prywaciarza, który szykuje się do wywalenia kogoś z pracy bez pensji za ostatni miesiąc. – Karasia potrzebuję na rejonie, dostaniecie śledczego, oni od początku zajmują się sprawą. Zrozumiano?

Nadkomisarz powoli podniósł się z krzesła, jakby gotował się do zasalutowania i podziękowania za dobre chęci. Zamiast tego sięgnął po jedną z walających się na biurku komendanta kartek i długopisem z przybornika wypisał na niej numer komórki. Papierek przesunął w stronę inspektora.

– Telefon do mojej szefowej, jeśli ma pan jakiekolwiek wątpliwości co do posiadanych przeze mnie pełnomocnictw. Poczekam przy swoim biurku, bo, jak się domyślam, zdążył pan polecić przygotowanie mi stanowiska pracy?

Komendantowi drgnęła prawa powieka, oblizał wargi wężowatym językiem, udowadniając w ten sposób, że w wypalonej słońcem skórze tli się jeszcze jakieś gadzie życie.

– Czyli co, Bondar, wojewódzka mi tutaj mądralę przysłała, chcesz przez to powiedzieć? Cwaniaczka z miasta, co mu się wydaje, że na prowincji gliniarz zajmuje się zgarnianiem z szosy krowich gówien i ganianiem po nocy obszczymurków w gumiakach?

Tak właśnie Andrzej myślał, ale nie dał tego po sobie poznać. Ostatnim, czego teraz potrzebował, była awantura z szeryfem. Jeszcze nie zajął się na dobre swoją robotą, a już miał jej kompletnie dosyć. W trakcie ostatniej doby przeżył więcej niespodzianek niż przez ostatnie miesiące. I żadna z nich nawet w części nie była przyjemna.

Wstał i wyprężył się w parodii postawy zasadniczej.

– Odmeldowuję się, komendancie, za pana pozwoleniem. Im szybciej zacznę, tym szybciej rozwiążę tę sprawę z korzyścią dla nas obu. Mam rację?

– Ha! – Inspektor pacnął otwartą dłonią w stół, plasnęło, jakby trafił w wodę. – Rozwiąże sprawę, dobre sobie. Archiwum X się gówniarzeria naoglądała, pieprzonych CSI. Jak chcesz, chłopcze, ale tu nie ma żadnej sprawy. A teraz won i nie pokazuj mi się więcej na oczy, szkoda mojego czasu.

Andrzej wydał nieartykułowany dźwięk na do widzenia, z głupkowatym uśmiechem strzelił obcasami i wyszedł. Rozejrzał się po korytarzu, ale nie znalazł dzielnicowego, a trudno byłoby przeoczyć jego sylwetkę nawet w otoczeniu identycznie przyodzianych mundurowych, którzy snuli się po komendzie wolno niczym zmory. Znalazł klatkę schodową i wszedł na górę. Na piętrze było jeszcze spokojniej niż na dole, nie dostrzegł nikogo. Zatrzymał się przy drzwiach z dwunastką, ale tylko dlatego, że zaciekawił go rdzawy wykwit w kształcie sylwetki człowieka. Powiódł palcem po plamie, jakby próbował zapisać ją sobie w pamięci. W tej pozycji nakryła go wychodząca z biura kobieta, o mało nie staranowała go drzwiami.

– Mogę w czymś pomóc? – zapytała, wyginając usta w grymasie uśmiechu.

Śmiała się do niego czy z niego?

Andrzej zatrzymał dłoń w połowie ruchu, ale nie odsunął jej od ściany, jakby zaznaczał miejsce, w którym przerwał czytanie.

– Wydział kryminalny. To znaczy szukam wydziału kryminalnego.

– Zgłoszenie pobicia? – Przebadała mu twarz uważnym wzrokiem.

– Nie, nie pobicie… – Zrobił krótką przerwę. Czyżby miał się tutaj tłumaczyć przed każdym napotkanym mundurem? – Sprawy służbowe, tak można to określić. Wskaże mi pani, gdzie to jest?

Kobieta wyprężyła się, jakby przymierzała się do walki, ale z jakiegoś powodu zrezygnowała, głośno wypuszczając powietrze. Albo nie miała czasu, albo Andrzej nie wydał jej się równorzędnym przeciwnikiem.

– Koniec korytarza, dwoje ostatnich drzwi po prawej – rzuciła i przemaszerowała obok, kierując się w stronę schodów.

Andrzej przymknął oczy i wytężył węch, ale nie poczuł absolutnie nic prócz silniejszego powiewu powietrza. Przeciętny policjant zazwyczaj trochę śmierdzi, kobieta raczej zawsze pachnie, a funkcjonariuszki policji najczęściej w ogóle nie wydzielają żadnego zapachu. Nie mieszczą się w żadnej z poprzednich kategorii i jeśli nie są tajemniczymi hybrydami ich obu, to Andrzej nie miał pojęcia, czym jeszcze mogłyby być.

Do biura wszedł bez pukania, jak do siebie. Zbędne uprzejmości dobre są dla mięczaków, a nie dla tajniaków z ekipy śledczej. Im dalej mu było do twardziela, tym bardziej starał się trzymać poziom.

– Nadkomisarz Andrzej Bondar – zaczął od progu. – Wojewódzka Komenda Policji. Kto tu dowodzi?

To też wiedział, nie lubił działać bez przygotowania. Nie chwalił się ignorancją, a dawał wyraz nonszalancji wynikającej z zajmowanej pozycji. On był rasowym psem z miasta, oni wiejskimi burkami.

Jeden ze śledczych bez słowa wskazał brodą drzwi do gabinetu szefa, który w tej samej chwili stanął w progu. Grzebał sobie w zębach wykałaczką, drugą dłoń trzymał głęboko w kieszeni spodni. Zanim cokolwiek powiedział, wyjął patyk z ust i przyjrzał się upolowanemu okazowi. Wytarł go o koszulę, po czym wcisnął wykałaczkę z powrotem w zęby. Kiedy mówił, poruszała się jak kieł ryjącego dzika.

– Komisarz Wojciech Knurowski. Usiądziecie przy tamtym stoliku, nadkomisarzu – zaordynował bez cienia sympatii. – Aspirant sztabowy Mazur wprowadzi pana w szczegóły sprawy. I nie świrujcie, Bond, to nie jest MI-six, tylko komenda powiatowa w Bieszczadach. Zrozumiano?

Nie czekał na odpowiedź, odwrócił się i pchnął za sobą drzwi, które odbiły się od futryny, zostawiając dużą szparę. Andrzej domyślił się, że naczelnik będzie go przez nią podglądał, wykorzystując najprostszy sposób na prowadzenie inwigilacji. Może i byli tam niedofinansowani i niedoposażeni, ale na pewno nie brakowało im pomysłowości.

Podszedł do swojego stanowiska pracy, wziął do ręki leżącą na stole kartkę. „Po przeczytaniu spalić”, napisano na jednej stronie. Na drugiej widniał nieudolny rysunek łani, w dymku z jej pyska znajdowały się cyfry 007. Podpaliłby kartkę dla samej zgrywy, ale nie miał przy sobie ognia. Najprościej zignorować takie wygłupy, nauczył się już płacić frycowe. Kilkukrotnie w swojej policyjnej karierze zmieniał miejsce służby, za każdym razem spotykał się ze złośliwościami. Był jednym z najmłodszych nadkomisarzy w kraju, ze specjalnego nadania, a takich nikt nie lubi. Więcej, z jakiegoś pokrętnego powodu gardzili nim zarówno zwierzchnicy, jak i koledzy z pracy. Przyzwyczaił się, od dziecka zaliczał się raczej do prześladowanych niż prześladujących.

Stolik służył wydziałowi kryminalnemu jako blat kuchenny, Andrzej przesunął kilka brudnych kubków i elektryczny czajnik bliżej ściany, papierowym ręcznikiem wytarł tłuste plamy po zupkach chińskich. Zanim zajął miejsce, kilkoma zamaszystymi ruchami naszkicował na kartce z łanią stado wyglądających spomiędzy drzew wilków, każdemu sterczał fiut wielkości przedramienia, a z paszczy zwisał jęzor do pasa. Swoje dzieło zawiesił na korkowej tablicy obok wydziałowych notatek. Śmiechy zamieniły się w kaszlnięcia i pociągania nosem.

– Stołówkę zamykam do odwołania, nikt nie będzie mi tu smrodził pod nosem – zakomunikował, przeciągając wzrokiem po ekipie śledczych. Dłużej zawiesił spojrzenie na aspirancie sztabowym, który miał wprowadzić go w szczegóły sprawy. – A pana zapraszam do siebie.

Mężczyzna około pięćdziesiątki, w sztruksowej marynarce, przeklął pod nosem, ale zwlókł się z krzesła i poczłapał w kierunku wyjścia.

– Bez jaj, James, w kuchni to siedzą tylko baby, zapraszam do klubu dżentelmena.

Dowcip aspiranta wywołał kolejną salwę śmiechu. Andrzej dźwignął z krzesła torbę na laptop i ruszył śladem kolegi. Poległ, ale przynajmniej nie poddał się bez walki.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia, reż. Peter Jackson, scen. Frances Walsh, Philippa Boyens, Peter Jackson na podst. powieści J.R.R. Tolkiena, premiera 2001 r.

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Góry umarłych Dotyk 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer Zombie Syreny